Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stefan Niesiołowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stefan Niesiołowski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 lutego 2014

Mikołaj Lizut jest nasz! Po nim idzie Wojewódzki.

Wbrew temu, co można by sądzić, nie jestem oczywiście ani na tyle pewny siebie, ani też zaczadzony swoim rozdętym ego, żeby się tu czuć do końca pewnym swego, ale faktem jest – i dawałem temu tu wyraz niejednokrotnie – że ja większość ekscesów czy to naszych dziennikarzy, czy polityków mam skłonność tłumaczyć ich ciężkim uzależnieniem od alkoholu. Czemu pisząc o tym, czynię owo szczególne zastrzeżenie? Otóż i sam to chętnie przyznaję, a i wielu moich znajomych może to potwierdzić, ile razy ktoś przede mną postawi flaszkę choćby i 10 letniego Laphroaiga, ja się natychmiast bezradnie uśmiecham. Nie zmienia to jednak faktu, że ja doskonale wiem, co by było, gdybym choćby został ważnym posłem Prawa i Sprawiedliwości, w dodatku Prawa i Sprawiedliwości trzymającym bezwzględną władzę na każdym możliwym poziomie, w dodatku pozostającym w świadomości, że to co robię nie ma żadnego moralnego sensu – otóż ja bym pewnie tylko chlał. I to ostro.
Jak mówię, przekonanie, że każda moralna zagadka, z jaką się musimy zmierzać od tylu już lat, prowadzi mnie do jednego i tego samego rozwiązania: oni najzwyczajniej w świecie chleją, i to chleją tak, że już nic nie ma znaczenia. Oto rejony, gdzie liczy się już tylko obietnica kolejnej okazji, w przynajmniej równie dobrym jak poprzednio towarzystwie. Kto owe szczególne okolice zamieszkuje? Z czysto procesowych względów wolałem zawsze się od wymieniania konkretnych nazwisk powstrzymywać, i oto nagle jeden z nich się nam sam objawił. Oto Stefan Niesiołowski dał się wmanewrować Mikołajowi Lizutowi i jemu kumplowi Kubie Wojewódzkiemu i przyznał, że jego życie to chlanie na umór w towarzystwie przypadkowym, obojętnym i nieokreślonym.
Co ta wiedza daje nam, pozostaje kwestią ściśle drugorzędną; w końcu trudno doprawdy, byśmy się mieli przejmować tym, że Niesiołowski chleje i w dodatku jest od tego chlania tak uzależniony, że przez to zatracił instynkt samozachowawczy. To co mnie w tym wszystkim naprawdę ciekawi, to zachowanie tak zwanych „naszych” mediów. Oto portal wpolityce.pl, ten sam dokładnie, który niedawno rozpętał kampanię nienawiści wobec Kuby Wojewódzkiego za to, że ten wskazał palcem ludzką podłość i zawodowy upadek jednego z ich kolegów dziennikarzy, dziś nagle wpada wręcz w zachwyt w stosunku do tego samego Kuby Wojewódzkiego za to, że ten – używając dokładnie tych samych metod dziennikarskiej prowokacji – skompromitował już nie swojego kumpla, lecz nielubianego przez nich polityka.
Nagle się okazuje, że już nie ma powodu, by drwić z Wojewódzkiego, wyzywać go od najgorszych i pomstować na upadek współczesnych mediów. Oto ni stąd niż owąd się dowiadujemy, że dziennikarskie zaangażowanie Wojewódzkiego zasługuje na uznanie. W końcu on skompromitował Niesiołowskiego, a to coś naprawdę poważnego.
Jeśli jednak ktoś myśli, że ten fałsz i to kłamstwo jest aż tak bezczelne, jest w dużym błędzie. Możliwe, że w najbliższym numerze tygodnika „W Sieci” ukaże się tekst Krzysztofa Feusette, gdzie nikt już niczym się nie będzie przejmował, a pochwały pod adresem Wojewódzkiego i Lizuta pójdą szerokim frontem. Dziś, redakcja portalu wpolityce.pl nie wymienia nazwiska ani Kuby Wojewódzkiego, ani Mikołaja Lizuta, ani nazwy programu, ani nazwy stacji, natomiast publikuje odpowiedni filmik, i jest na tyle otwarta, że nawet nie zamazuje twarzy Wojewódzkiego i Lizuta. Z tekstu jaki na ten temat znajdujemy na portalu wpolityce.pl dowiadujemy się tylko tyle, że któryś z radiowych dziennikarzy, w którejś z radiowych audycji, przedstawiając się imieniem Mikołaj, zadzwonił do Niesiołowskiego i go skutecznie skompromitował. No i że to jest autentycznie wspaniałe wydarzenie.
I ja to oczywiście świetnie rozumiem. W końcu trzeba się szanować. Jakby to wyglądało, gdyby to co mógł już dawno zrobić jeden czy drugi Karnowski, Łukasz Warzecha, czy Krzysztof Feusette, zrobił jakiś „51 letni podstarzały nastolatek” imieniem Władysław, czy jakiś cyngiel z Gazowni? To już lepiej niech się okaże, że mieliśmy po prostu do czynienia z prawdziwą dziennikarską robotą w wykonaniu niewidzialnej ręki. A nuż ktoś pomyśli, że to musiał być któryś z „naszych”.

Bardzo proszę o stałe wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy on nie ma żadnych szans, a my wraz z nim. Dziękuję.

czwartek, 7 marca 2013

Ile można dostać za kopnięcie w dupę posła Niesiołowskiego?

Tu, na tym blogu, chyba akurat sprawą tą się za bardzo nie zajmowałem i przyznam, że dlaczego – nie wiem, bo tak na prawdę nigdy nie twierdziłem, że inne tematy są ważniejsze, lub że mniej ważnych od tej akurat nie ma. A mimo to, tak jakoś wyszło, że tu już mieliśmy chyba już wszystko, a tego czegoś jednak nie. Podobnie zresztą rzecz się ma z człowiekiem, któremu postanowiłem poświęcić tę dzisiejszą refleksję. O nim, o ile się nie mylę, też nawet tu nie wspomniałem. Dlaczego? Nie wiem. Ktoś powie, że on nie zasługuje, by go zaczepić choćby myślą, a ja jestem się gotów nawet z tym zgodzić, tyle że od razu się pojawia pytanie: skoro on, to czemu nie inni? Czemu, skoro on tak, to taki Donald Tusk, czy Jerzy Urban już nie? A mimo to, jego imię skutecznie trzymałem z dala od tego miejsca. Jednak, jak się okazuje, przyszła pora i na niego. I na temat, który on tak systematycznie nam podrzuca.
Co jest więc tematem tych dzisiejszych refleksji? Otóż mam na myśli zjawisko polegające na tym, że kiedy myślimy o tak zwanej medialnej ochronie, obejmującej pewne osoby publiczne, i to obejmującej do tego stopnia, że nawet gdyby któraś z nich dokonała zbrodni bezdyskusyjnej i bezprecedensowej, to media zrobią wszystko, by sprawa ta w jednej chwili została zneutralizowana przez coś, co skutecznie zdezorientuje opinię publiczną, to często mówimy, że media kłamią, lub pewne sprawy przemilczają, czy właśnie przykrywają czymś mniej istotnym, a przez to bezpieczniejszym dla kondycji Systemu. To z taką opinią często się spotykam, a osobiście tymczasem uważam, że jest zupełnie inaczej. Otóż nie ma zdarzenia, które byłoby ważne w sposób obiektywny, o którym media by nie informowały, albo którego charakter by zmanipulowały. Oczywiście, jest bardzo prawdopodobne, że jeśli prezydent Komorowski i prezes Kaczyński w tym samym momencie spadną po pijanemu z łóżka, to o przypadku Komorowskiego się nie dowiemy, natomiast o tym, co się przydarzyło Kaczyńskiemu, jak najbardziej. No ale to akurat nie jest wydarzeniem szczególnie istotnym. Jeśli jednak prezydent Komorowski i prezes Kaczyński zostaną zatrzymani w lokalnym sklepie podczas próby kradzieży – co, musimy przyznać, jest już pewnego typu sensacją – jestem pewien, że nie ma takiej siły, która by powstrzymała media przed poinformowaniem o jednym i drugim. A zatem, jeśli po tygodniu zauważymy, że cała Polska wałkuje temat tego złodzieja-Kaczyńskiego, podczas gdy o Komorowskim cisza, to ostatni argument, jaki mamy do dyspozycji, to ten, że media nie informują, lub że media kłamią. Bo to akurat jest nieprawda, i jeśli z czymś takim wyskoczymy, to ktoś nam natychmiast wykaże, że się bez sensu czepiamy. I przedstawią nam listę miejsc, gdzie wiadomość o Komorowskim, który kradnie podana była jak najbardziej.
Rzecz bowiem wcale nie polega na tym, że media za mało informują, ale że informują za dużo; znacznie więcej, niż sprawa tego wymaga. Rzecz w tym, że media, wiedząc świetnie, że ludzie są tym co przekracza ściany ich domów raczej niezainteresowani, a jeśli nawet coś im się rzuci w oczy, to tego albo nie zrozumieją, albo zrozumieją nie tak jak trzeba, w wybranych sytuacjach tych biednych, nic nierozumiejących ludzi informują o tym, co się stało z intensywnością przypominającą już nawet nie informację, ale jakieś czary. No i właściwie nie ma dnia, w którym byśmy nie mieli okazji obserwować, jak się owe czary realizują.
Jest jednak jeszcze coś, co, jak sądzę, warto zauważyć. Jeśli idzie o osoby z pierwszego szeregu publicznej sceny, mam wrażenie, że niemal nikt nie został oszczędzony do końca. I nie mam tu na myśli tylko osób związanych z obecną opozycją. Ja świetnie pamiętam, jak dzień po dniu media rozprawiały się z prezydentem Komorowskim, by już nie wspominać o Donaldzie Tusku i przeróżnych jego współpracownikach, zaczynając na Pawle Grasiu, a kończąc na Ewie Kopacz. Oczywiście, to wszystko w pewnych ściśle zakreślonych granicach, niemniej ja naprawdę wszystko pamiętam, i dlatego, ile razy przychodzi mi do głowy powiedzieć, że to co oni robią, to czyste zło, to staram się szukać innych argumentów.
Powiedziałem wcześniej, że do końca nie został oszczędzony niemal nikt, i słowa „niemal” użyłem bardzo celowo. Otóż mam wrażenie, że jest jedna osoba, która z jakiegoś powodu podlega pełnej i bezwzględnej ochronie, a mam tu na myśli, proszę sobie wyobrazić, nawet nie Lecha Wałęsę, lecz samego Stefana Niesiołowskiego. Jestem pewien, że jeśli się nagle okaże, że Stefan Niesiołowski stoi na czele największej siatki pedofilskiej w Łodzi, lub że ma dzieci z pięcioma różnymi kobietami, głównie z Ukrainy i Białorusi, on pozostanie praktycznie nietknięty. Właśnie on. Jestem przekonany, że gdyby tego typu informacja pojawiła się na temat Donalda Tuska, on w jednej chwili zostałby zastąpiony przez Schetynę; jak idzie o Niesiołowskiego, ten askurat robi wrażenie czegoś wiecznego. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Jaką mroczną tajemnicę skrywa ten dziwny człowiek, że nie dość że stał się aż tak nietykalny, to jeszcze te swoją nietykalność a taką bezczelnością demonstruje.
Wcześniej powiedziałem, że z osób stanowiących pierwszy szereg polskiej sceny publicznej, niemal wszyscy już w ten czy inny sposób mieli okazję zobaczyć, że nic im nie zostało dane na zawsze. Otóż to nie do końca jest prawda. Pod ścisłą ochroną – i przyznać muszę, że przyczyna tego dziwnego traktowania jest dla mnie też pewną zagadką – są artyści teatru i filmu. Czy mamy do czynienia z Danielem Olbrychskim, z Jerzym Stuhrem, Andrzejem Wajdą, czy z Agnieszką Holland, System podchodzi do nich niemal na kolanach. Ja nigdy, dosłownie nigdy, nie spotkałem się z sytuacją, gdzie, czy to w prasie, czy w telewizji rozmawiano z którymś z nich, i żeby dziennikarz odważył się choćby zmarszczyć czoło w jego czy jej stronę. Właśnie jej. Mam na myśli Agnieszkę Holland. A jeśli wziąć pod uwagę fakt, że ona jest matką lesbijki, a i sama tak na moje oko też ma tu coś za uszami, jakikolwiek wrogi gest skierowany w jej stronę jest nie do pomyślenia. I oto w tej sytuacji pojawia się Stefan Niesiołowski i tę kobietę wraz z jej córką i córki tej żoną zwyczajnie wdeptuje w ziemię. Bez żadnej litości, no i bez śladu niepokoju na twarzy. I co? Nic. System nawet nie westchnął. Monika Olejnik zaryzykowała i Niesiołowskiego o sprawę bardzo delikatnie zapytała, ale on ją szybko odpowiednio ustawił i państwo zmienili temat. A ja mam już tylko jedno pytanie: kto poza Niesiołowskim by to przeżył? Kto poza Niesiołowskim uznałby, że nie ma ryzyka?
No i dziś mamy ten szczaw. Ktoś się pewnie spyta, o jakim to szczawiu ja mówię, ale ja nie uwierzę, by to pytanie było do końca szczere. Bo i tu, tak jak w wielu innych sytuacjach, sprawa została przedstawiona. Krótko, cichutko, ale na tyle wyraźnie i szeroko, by każdy kto zechce, mógł ją zanotować. A więc dowiedzieliśmy się, że Stefan Niesiołowski kwestionuje dane wskazujące na to, że w Polsce jest 800 tysięcy głodnych dzieci, bo on wie, że głód w Polsce owszem był, ale kiedy on był dzieckiem, bo on wtedy, z tego głodu chodził ze swoimi kolegami wzdłuż jakiegoś nasypu kolejowego i jadł szczaw. Ponieważ on dziś nie widzi dzieci chodzących wokół nasypów kolejowych, jedzących szczaw, wyciąga z tego logiczny wniosek, że te dzieci, które skarżą się że są głodne, zwyczajnie kłamią. Bo gdyby były głodne, to by jadły ten szczaw. Jak przed wielu laty mały Stefek. Wypowiedź ta jest tak oburzająca, że wiele bardziej wrażliwych osób z tych nerwów przekręciło wypowiedź Niesiołowskiego i zaczęło opowiadać, że Niesiołowski tak naprawdę powiedział, że jak komuś się chce jeść, niech idzie żreć szczaw na tory. On oczywiście tak nie powiedział, ale wydaje mi się, że aby wychodząc od jego słów dojść do takiego wyniku, nie trzeba się bardzo napinać, a i logika nie mogłaby się tu za bardzo poczuć obrażona. Weźmy mnie. Gdybym ja nie miał tego bloga i tej pracy, i moje dzieci by, jak ów Charlie Bucket z powieści Roalda Dahla, jadły od rana do wieczora tylko kartofle z kapustą, i na to pojawiłby się Stefan Niesiołowski i powiedział, że one nie są głodne, bo gdyby były, to by poszły na tory nawpieprzać się szczawiu, to ja bym go zwyczajnie gdzieś dopadł i kopnął w dupę. I to nie tak żeby go zabolało. Bardziej.
A tu – nic. Co to za cholera? Czemu on mówi takie rzeczy i skąd on wie, że jemu akurat wolno? Co się w Polsce stanie, jeśli któregoś dnia on zrobi, lub powie coś takiego, że już nie będzie innego wyjścia, jak go pozbawić wszystkich stanowisk i wysłać w cholerę. Co wtedy usłyszymy i zobaczymy? Co się wtedy zacznie dziać? I dlaczego aż tak? Jak ja bym chciał to wiedzieć!

Parę centymetrów wyżej powiedziane zostało, że gdyby nie ta praca i nie ten blog, moje dzieci, za podpuszczeniem Stefana Niesiołowskiego, prawdopodobnie zbierałyby szcza, który podobno gdzieś tam rośnie niedaleko torów. Na szczęście jakieś tam resztki pracy mam, i oczywiście mam ten blog. Bardzo proszę o mnie nie zapominać. A numer konta jest tuż obok.

środa, 3 października 2012

Jak nastraszyć marszałka Niesiołowskiego

Rozmowę tę po raz pierwszy czytałem już wiele lat temu, ale wciąż ją sobie regularnie odtwarzam przy okazji lekcji, tak że jej fragmenty znam już niemal na pamięć. Mam tu na myśli tekst Boba Greene’a, w którym opisał on swoje spotkanie z jednym z najbardziej niesławnych seryjnych morderców minionego wieku, Richardem Speckiem.
Czym się ów Speck tak bardzo zniesławił, że jego postać w amerykańskiej kulturze popularnej zajmuje niemal taką samą pozycję jak postać Kuby Rozpruwacza w Anglii? Otóż Speck, będąc jeszcze stosunkowo młodym człowiekiem, zaszedł do szkoły pielęgniarskiej w Dallas i zamordował 8 uczennic. On ich ani nie zgwałcił, ani jakoś szczególnie nie zadręczył – zwyczajnie je zamordował. Za co? Po co? Nie wiadomo. Trudno powiedzieć.
Dziś Speck już nie żyje. Zmarł kilka lat temu w więzieniu w pobliżu Chicago bezpośrednio chyba na zawał serca, ale głównie z powodu bardzo niezdrowego trybu życia, jaki tam prowadził, a więc niekontrolowanego upijania się i narkotyzowania. Kiedy jednak jeszcze żył, i miał nadzieję, że prędzej czy później wyjdzie na wolność, Bob Greene któregoś dnia go odwiedził i namówił na tę rozmowę. A ja muszę przyznać, że to jest coś absolutnie porażającego. Czy dlatego, że on opowiada jakieś straszne rzeczy? Ależ skąd! Speck głównie mówi o tym, jak mu się żyje w więzieniu. Czy może chodzi o to, że on nie ma wyrzutów sumienia, lub wręcz jest dumny z tego co zrobił? Nic podobnego. Przeciwnie. W pewnym momencie przyznaje on nawet, że jemu jest okropnie przykro, że te dziewczyny zamordował. Jest mu przykro i z powodu tych dziewczyn i z powodu ich rodzin. A może szokujące jest to, że on jest jednym z tych nawróconych chrześcijan? Tym bardziej nie. Z rozmowy jaką nam przedstawia Greene wynika, że Speck te już kilkanaście lat po owej masakrze, jest jeszcze straszniejszy niż był kiedyś.
To co robi największe wrażenie jest to, że ów Speck jest jednocześnie kompletnie obłąkany i kompletnie normalny. On z jednej strony opowiada o tym, jak to lubi oglądać w telewizji filmy przyrodnicze, jak maluje martwe natury, jak to marzy o tym, żeby choć na jedną noc wyjść z więzienia i odwiedzić swoją mamę, i niemal w tym samym momencie zapewnia, że jest gotów zabić każdego, kto z nim zadrze. Siedzi w karnej izolatce, bo ponieważ nie chce mu się wcześnie wstawać, odmówił pracy, a jednocześnie narzeka, że w więzieniu pracę dostają tylko kapusie. Z jednej strony opowiada, jak to kiedyś z kolegami z celi wypili pięć litrów najmocniejszego bimbru na świecie, by za chwilę się skarżyć, że od lat nic mu się nie śni, bo o czym tu śnić przez 1200 lat? Z jednej strony opowiada pięknie o muzyce, że gdyby Chuck Berry nie był czarny, to Berry byłby królem rock’n’rolla, a nie Elvis, by zaraz potem wspominać, że jak zabijał te pielęgniarki, to nie czuł nic. Dokładnie nic. No i wreszcie to zdanie, które kończy całą rozmowę: „Przekaż Amerykanom ode mnie pewną prośbę. Niech oni mnie nie przestają ani na moment nienawidzić. Bo kiedy im zabraknie tej nienawiści, to pozostaną z gołymi rekami”.
W pewnym momencie Speck opowiada, jak to poprzedniego wieczoru oglądał w telewizji „Siłę Magnum” z Eastwoodem i że Eastwood to naprawdę świetny aktor. I że choć on osobiście jest człowiekiem raczej łagodnym, lubi oglądać filmy pokazujące przemoc. Właśnie tak: „I like violent movies, but I’m not a violent man”.
I to ten właśnie moment przypomniał mi się, kiedy dziś przeczytałem sobie drugą część rozmowy Stefana Niesiołowskiego dla Onetu, a szczególnie to zdanie, gdzie Niesiołowski nie stąd ni z owąd deklaruje, że on akurat posługuje się „bardzo pokojowym językiem”. Nie wiem, ilu z nas miało okazję ostatnią przeczytać rozmowę Nizinkiewicza, ale pod pewnymi względami ona jest absolutnie unikalna, nawet jak na to, do czego przez wszystkie ostatnie lata Niesiołowski zdążył nas przyzwyczaić. Czytałem to co on mówi i w pewnym momencie, jak nigdy dotąd, uświadomiłem sobie, że punkt jaki on w tym wywiadzie osiągnął nie nadaje się już nawet do sparodiowania. Gdybym ja sobie nagle wymyślił, że swój kolejny wpis na blogu poświecę na przykład na taki żart, że oto mamy rok 2018 i Stefan Niesiołowski udziela kolejnego wywiadu, to nie ma takiego literackiego sposobu, by ten pomysł wprowadzić w życie. Bo to w tej właśnie dzisiejszej rozmowie dla Onetu, Stefan Niesiołowski, po raz być może pierwszy w historii świata, zademonstrował, na czym polega prawdziwa doskonałość.
No i nagle to on właśnie wyznaje, że posługuje się „bardzo pokojowym językiem”, a mi natychmiast przychodzi do głowy niegdysiejszy Richard Speck i jego deklaracja: „I’m not a violent man”. I nie tylko ona. Cały ten wywiad i jednocześnie cała ta zagadka człowieka, który jest zwyczajnie dla nas nieprzenikalny. I już w następnym momencie uświadamiam sobie, że dokładnie tak samo nieprzenikalny dla nas jest Stefan Niesiołowski. I że gdyby już tak konsekwentnie do końca szukać punktów wspólnych między oboma panami, to wydaje mi się, że gdyby jakimś czaso-przestrzennym cudem Richard Speck w tym wywiadzie powiedział na przykład, że Marta Kaczyńska to głupia suka, Niesiołowski by jako wicemarszałek polskiego Sejmu, uruchomiłby odpowiednią procedurę mającą na celu ułaskawienie Specka. A my wszyscy bylibyśmy dokładnie tak samo otępiali, jak jesteśmy dziś.
Czy zatem, jak idzie o Stefana Niesiołowskiego, nie ma już żadnego ratunku? Czy to już naprawdę koniec? Otóż nie. I znów na pomoc przychodzi nam nie kto inny jak Richard Speck. W rozmowie z Greenem, Speck opowiada, jak to on codziennie do swojej celi otrzymuje listy od kobiet, które chcą go poznać i nawiązać romans. Mówi tak: „Przysyłają zdjęcia, często są naprawdę ładne. A ja wiem, że z nimi coś musi być nie tak. Cała Ameryka mnie nienawidzi, ludzie wyzywają mnie od najgorszych, a one chcą się ze mną zapoznać? To się nie mieści w pale. Daje ich adresy kumplom z celi. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego”.
I to jest moim zdaniem to. To jest sposób na takich ludzi. Trzeba ich zniszczyć najbardziej chorą – tak samo jak oni są chorzy – miłością. Proponuję więc rozpoczęcie ogólnonarodowej akcji. Niech wszystkie dziewczyny, młode, starsze – obojętne – wysyłają do marszałka Niesiołowskiego listy ze zdjęciami i oferują mu swoją miłość. Jestem pewien, ze on się tego wybuchu, a jednocześnie demonstracji, że jest coś jeszcze bardziej obłąkanego niż on sam, tak przestraszy, że to go zwyczajnie wykończy. I będziemy z nim wreszcie mieli święty spokój.

Uprzejmie przypominam, że mam wciąż tu na miejscu dość dużo egzemplarzy obu swoich książek, a więc zapraszam serdecznie: jeśli ktoś ma ochotę otrzymać „Liścia”, bądź też „Elementarz” z osobistą dedykacją, może się zgłaszać. Numer konta jest tuż obok, a cena wynosi 30 złotych za „Elementarz” i 40 złotych za „Liścia”. Z darmową wysyłką. Jeśli ktoś jednak albo ma jedną i drugą i na dodatek kupowaniem prezentów zająć się ma zamiar dopiero w grudniu, proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod również obok podanym numerem konta.Dziękuję.

piątek, 15 czerwca 2012

O kapusiach, bohaterach i szmacianych pacynkach

Pomijając, opisywany tu już parokrotnie, niefortunny przypadek notki o Górnikach z Wujka, jak idzie o „Twój pierwszy elementarz” – moją nową, ledwo co wydaną, książkę – prześladuje mnie tylko jeden wyrzut sumienia. I jeśli ktoś sądzi, że mam tu na myśli fakt, że posłance Senyszyn dałem na imię Jolanta, jest w dużym błędzie. Ona akurat nie spędzałaby mi snu z powiek, nawet gdybym wymyślił, że jej jest Iwona, czy Józefina. Chodzi mi mianowicie o Niesiołowskiego, a dokładnie o to, że coś mnie podkusiło, by go w tym Elementarzu w ogóle umieścić.
Już śpieszę wyjaśniać w czym rzecz. Otóż może niektórzy z nas pamiętają człowieka nazwiskiem Łopuszański. Jeśli nie, pozwolę sobie przypomnieć. Otóż Łopuszański w pierwszej połowie lat 90-tych był jednym z ważniejszych posłów do Sejmu, ważniejszych w tym sensie, że on – obok Marka Jurka i właśnie Stefana Niesiołowskiego – ile razy System chciał pokazać, jaka to dzicz z tych katolików, wyciągany był przez media, jak królik z kapelusza i straszył szerokie rzesze społeczeństwa. Oczywiście, polski parlament w tamtych czasach był znacznie bardziej żywiołowy, a więc przez to też znacznie bardziej interesujący, niż to z czym mamy do czynienia dziś, a zatem różnych dziwadeł było tam co niemiara. Jednak Łopuszański, Jurek i Niesiołowski – przy czym kolejność nie miała żadnego znaczenia – to było naprawdę coś.
Dziś z tej trójki w powszechnej świadomości funkcjonują dalej Jurek i Niesiołowski – o Łopuszańskim słuch zaginął. Czy to świadczy o tym, że ci dwaj okazali się od niego zręczniejsi jako politycy, bardziej inteligentni, sprytniejsi? Nie sądzę. Łopuszański był dokładnie tak samo wyszczekany i merytorycznie przygotowany, by już do końca świata pełnić wszelkie możliwe funkcje państwowe, jak ci dwaj. Kiedy się słuchało Łopuszańskiego, jak walczy o polską wiarę i śmierć dla jej wrogów, ani on, ani jego koledzy z Klubu nie mieli żadnego powodu do wstydu, czy zazdrości. To była autentyczna silna grupa pod wezwaniem. A więc, jak to się stało, że oni wciąż się tu kręcą, a po Łopuszańskim ani widu ani słychu? Otóż stało się to, że zarówno Jurek jak i Niesiołowski w odpowiednim momencie zorientowali się, że jeśli postanowią działać samodzielnie, mogą równie dobrze przestać działać w ogóle. Że ktoś o takich jak oni politycznych talentach, może istnieć wyłącznie jako asystent asystenta, i na tym koniec. Łopuszański był głupio ambitny. I dlatego, większość z tych, którzy czytają w tej chwili ten tekst, nie ma pojęcia, o kim ja w ogóle mówię.
I oto jest przyczyna moich wyrzutów sumienia. W moim Elementarzu, o Jurku i Łopuszańskim nie ma ani słowa, natomiast o Niesiołowskim – jak najbardziej. Dlaczego? Czyżby – skoro już wiemy, że jak idzie o polityczne zasługi, oni są wszyscy mniej więcej równie wybitni – Niesiołowski ma w sobie coś, co go wyróżnia na tyle, by można było skorzystać z niego jako choćby źródła inspiracji? Otóż nie. Zero. Tam nie ma nic. Zresztą, jeśli rzucić okiem na samą notkę, widać to wyraźnie. Bo co ja tam o nim piszę? Że Niesiołowski to plwacz i że prawdopodobnie ta jego przypadłość wiąże się z jakimiś kompromitującymi zaszłościami. Przepraszam bardzo, ale to już faktycznie może lepiej było napisać o Łopuszańskim. On przynajmniej w 2000 roku kandydował przeciwko Kwaśniewskiemu na prezydenta. Co z tego? Nic. No ale co z tego, że Niesiołowski dziś pluje, podczas gdy czterdzieści lat temu prawdopodobnie sypał?
No właśnie. Czterdzieści lat temu. To jest coś, co wielu z nas zdecydowanie umyka. I to umykanie jest wciąż bardzo umiejętnie podkręcane przez odpowiednie służby. Jak się bowiem zastanowić nad karierą Niesiołowskiego i pozycją publiczną, jaką on zajmuje w dzisiejszej Polsce, to wszystko tak naprawdę zaczęło się i skończyło ponad czterdzieści lat temu. W latach sześćdziesiątych młody Niesiołowski działał w jakiejś dziwnej organizacji antykomunistycznej, wspólnie z kolegami planował jakąś akcję, zostali oni zdemaskowani, poszli siedzieć i na tym koniec. I naprawdę nie ma znaczenia, czy Niesiołowski kapował, czy nie. Bo to co się dla nas liczy, to fakt, że od tamtego czasu, jeśli Niesiołowski jest jakąś figurą, to wyłącznie wśród pionków.
Zaglądam do czegoś co się nazywa „Encyklopedią Solidarności”, a więc do źródła, które zgromadziło wiedzę na temat wszystkich, mniej czy bardziej znaczących, osób kiedyś tam zaangażowanych w walkę z komuną. Są tam całe tłumy kompletnie nieznanych nazwisk, no a wśród nich oczywiście jest i Niesiołowski. Popatrzmy na ten wpis. W całości:

Stefan Niesiołowski (ps. Kostek, Paweł Caliński, Weronika Mandylion, Zbigniew Orszański, Ewa Ostrołęcka, Marek Radomski, Świerszcz, Marek Widawski, Janusz Zbaraski, Ewa Zdanowicz), ur. 4 II 1944 w Kałęczewie k. Łodzi. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego w Łodzi, Wydz. Biologii i Nauki o Ziemi (1966), w 1979 doktorat, w 1990 habilitacja, od 1995 prof. w Katedrze Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii UŁ.
Od 1966 pracownik naukowy UŁ. Podczas studiów uczestnik Duszpasterstwa Akademickiego prowadzonego przez o. Huberta Czumę. W 1965 współzałożyciel (z Andrzejem i Benedyktem Czumami, Marianem Gołębiewskim i Emilem Morgiewiczem) konspiracyjnej organizacji Ruch; 1966-1970 uczestnik akcji wynoszenia z instytucji państwowych sprzętu poligraficznego na potrzeby wydawania podziemnego „Biuletynu”, autor tekstów o wojnie polsko-bolszewickiej tamże; uczestnik zjazdów Ruchu, współautor deklaracji programowej Mijają lata...; w 1970 pomysłodawca podpalenia Muzeum Lenina w Poroninie, 20 VI 1970 aresztowany wraz bratem Markiem i innymi działaczami Ruchu, oskarżony o przygotowania do obalenia przemocą ustroju PRL, 20 IX 1971 skazany przez Sąd Wojewódzki w Warszawie na 7 lat więzienia, 24 IX 1974 zwolniony na mocy amnestii. W 1975 sygnatariusz listu do Sejmu przeciwko zmianom w Konstytucji PRL; od 1977 uczestnik ROPCiO, autor do niezależnego pisma „Opinia”
.
We IX 1980 współzałożyciel „S” na UŁ, w V/VI 1981 delegat na I WZD Ziemi Łódzkiej, członek ZR; redaktor niezależnego pisma „Solidarność Ziemi Łódzkiej”, autor artykułów o tematyce historycznej. 13 XII 1981 internowany w Ośr. Odosobnienia w Jaworzu, nast. Darłówku, 1 XII 1982 zwolniony. Od 1983 szef TKZ, kolporter wydawnictw podziemnych na UŁ; prowadził wykłady i prelekcje w kościołach; autor tekstów do pism podziemnych „Antyk”, „Kurs”, „Biuletyn Uniwersytetu Łódzkiego”, „Prześwit”.
W 1989 uczestnik kampanii wyborczej KO „S”. 1989-1991 poseł RP z listy KO „S”. 1989-2001 współzałożyciel, działacz ZChN, od 2005 w PO. 1991-1993 poseł RP z listy ZChN, 1997-2001 z listy AWS; 2005-2007 senator RP z listy PO; od 2007 poseł RP z listy PO, wicemarszałek Sejmu. Autor wielu prac naukowych z dziedziny entomologii, monografii „Ruch” przeciw totalizmowi pod ps. Ewa Ostrołęcka (NOWa, 1985).
14 IX 1970-5 VI 1973 rozpracowywany przez Wydz. III KW MO w Łodzi w ramach SOR krypt. Omega; od 12 III 1975 rozpracowywany przez Wydz. III KM MO w ramach SOS krypt. Sekstet/SOR krypt. Niepoprawni, zdjęto z ewidencji 16 I 1986; 11 II 1986-5 II 1987 rozpracowywany przez Wydz. III-1 WUSW w Łodzi w ramach SOR krypt. Tercet”.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z czytelników nie ma ochoty czytać biografii Niesiołowskiego, i informacje, jakie zamieściłem wyżej zwyczajnie opuścili. Jednak bardzo proszę rzucić na to okiem, a następnie spróbować odpowiedzieć na pytanie: „Co dla Polski zrobił Niesiołowski” poza tym, że w roku 1970 wymyślił, by spalić muzeum Lenina, ale zanim mu się to udało, został posadzony? Ktoś mi powie, żeby się od Niesiołowskiego odpieprzyć, bo to profesor, i to nie jakiś lewy, jak śp. Lech Kaczyński, ale jak najbardziej autentyczny. Popatrzmy więc na jego dorobek naukowy: „Autor wielu prac naukowych z dziedziny entomologii”. Jakie to prace? Sięgam do Wikipedii i oto co tam mamy: „Meszki (Simuliidae, Diptera) rzek Widawki i Grabi, Wyd. UŁ, Łódź 2001”. I jeszcze coś: „Muchówki (Diptera), wujkowate (Empididae: Hemerodromiinae, Clinocerinae), Wyd. UŁ, Łódź 2005”. O to chodzi? To jest ten dorobek? Nieudany plan wysadzenia muzeum Lenina 40 lat temu i dwie publikacje o meszkach i muchówkach? To ma być gwiazda naszej wspólnej historii? Człowiek, którego nie wolno tknąć? Bo to bohater?
Dalej nie wiadomo, o co chodzi? Proszę więc słuchać dalej. Czy ktoś z nas zna nazwisko Marka Czachora? No dobra, niektórzy znają. Zwłaszcza ci, którzy też wiedzą kto to Toyah. O nim też możemy przeczytać w „Encyklopedii Solidarności”:

Marek Czachor, ur. 30 III 1960 w Słupsku. Absolwent Uniwersytetu Gdańskiego, Wydz. Matematyki, Fizyki i Chemii (1986), w 1994 doktorat, w 2000 habilitacja.
We IX 1980 współzałożyciel Niezależnego Zrzeszenia Studentów Polskich na UG, od jesieni 1980 współpracownik NZS, drukarz niezależnego pisma NZS UG „Reduta”, kolporter wydawnictw niezależnych.
14-15 XII 1981 uczestnik strajku na UG, po strajku uczestnik ukrycia powielacza NZS, udostępnił mieszkanie na drukarnię, 20 XII 1981 zatrzymany na 48 godz., 15 I 1982 aresztowany, sądzony z grupą działaczy NZS i „S”, m.in. swoją matką Ewą Kubasiewicz, 3 II 1982 skazany w trybie doraźnym wyrokiem Sądu Marynarki Wojennej w Gdyni na 3 lata więzienia i 2 lata pozbawienia praw publicznych, osadzony w ZK w Koronowie i Potulicach; od 21 XII 1982 przerwa w odbywaniu kary na kontynuowanie studiów, 28 VII 1983 zwolniony na mocy amnestii. Od 1984 współpracownik Solidarności Walczącej Oddział Trójmiasto, łącznik między E. Kubasiewicz a Andrzejem Kołodziejem, kolporter wydawnictw podziemnych, gł. prasy SW. 1986-1988 zatrudniony przy pracach wysokościowych w Spółdzielni Pracy Absolwent w Gdańsku, w XI 1987 pracownik naukowy Wydz. Mechanicznego Politechniki Gdańskiej, aresztowany za odmowę podjęcia służby wojskowej, przetrzymywany 42 dni, zwolniony po pierwszej rozprawie; od V 1988 w ukryciu, inicjator powstania Wydawnictwa Petit (z pomysłem zwrócił się do zwolnionego z więzienia w X 1988 Romana Zwiercana, który przystąpił do organizowania sprzętu drukarskiego oraz papieru); w I 1989 aresztowany, skazany wyrokiem Sądu Marynarki Wojennej w Gdyni na 1 rok więzienia w zawieszeniu. I 1987 – XII 1989 z żoną Magdą Czachor redaktor pisma „Solidarność Walcząca. Oddział Trójmiasto”, I-XI 1988 po aresztowaniu A. Kołodzieja szef SW Oddz. Trójmiasto (ps. Michał Kaniowski).
1989-1990 redaktor pisma SW i LDPN „Żołnierz Solidarny”, koordynator akcji logistycznej związanej z przesyłaniem pisma oficerom WP, od wiosny 1989 zaprzysiężony członek SW, jawny przedstawiciel SW na Wybrzeżu; przeciwnik obrad Okrągłego Stołu, zwolennik bojkotu wyborów 4 VI 1989. Od 1990 przywrócony do pracy na PG, 1991-1994 doktorant w Instytucie Fizyki PAN w Warszawie, 1994-1995 stypendysta Programu Fulbrighta w Massachusetts Institute of Technology w USA, 1999-2002 stypendysta Fundacji im. Aleksandra von Humboldta w Technische Universitat Clausthal w Niemczech.
Autor publikacji z zakresu fizyki teoretycznej. Taternik.
Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2007).
23 VI 1983 – 14 VII 1989 rozpracowywany przez Wydz. III KW MO (od VII 1983 WUSW) w Gdańsku w ramach SOR krypt. Cela; 18 VII 1989 – 29 I 1990 przez Inspektorat 2 WUSW w Gdańsku w ramach SOR krypt. Ośmiornica”.
Wczoraj nasz kolega Coryllus wydal swoją kolejną książkę i w związku z tym na jego i moim blogu w Salonie24 zrobiła się maleńka dyskusja. W pewnym momencie, na któryś z moich komentarzy zareagował Coryllus właśnie, i ze smutną ironią przypomniał jeden z najgorszych, najbardziej obrzydliwych mitów funkcjonujących w przestrzeni publicznej, a sugerujących, że „to co wartościowe, samo się obroni”. A ja już tylko do tego mogę dodać, że owszem, może i się obroni. Samo. Niestety, wyłącznie samo. Bo poza tym, nikt nawet w jego obronie palcem nie kiwnie. Bo wszystkie palce będą zajęte czymś zupełnie innym.

Jakoś się trzymamy, prawda? Damy radę. Proszę tylko zostać ze mną. Kupować ksiązki i wspierać ten blog w każdy możliwy sposób. A ja obiecuję, że będę na miejscu. Dziękuję.

środa, 18 stycznia 2012

O czarnej sztuce przepraszania

Nie wiem, czy tylko mnie się udało to zauważyć, ale ponieważ zauważyłem i uznałem to spostrzeżenie za ciekawe, chciałbym się tu nim podzielić. Otóż mam wrażenie, że cywilizacyjny – niektórzy mówią, że polityczny, ja jednak bym się upierał przy cywilizacji – podział, jakiego jesteśmy świadkami, i przy okazji uczestnikami, od kilku już dobrych lat, pomijając kwestie podstawowe, doprowadził nas też do tego, że nie tylko to co mówimy, ale również to co sobie każdego dnia myślimy strasznie się zuniformizowało. Chodzi mi tu o to, że jeśli dajmy na to mamy grupę osób, które są przekonane, że samolot z polskim prezydentem na pokładzie, skutkiem błędu pilotów, zawadził skrzydłem o brzozę i tym sposobem uległ praktycznej anihilacji, to dziewięć osób na dziesięć, na wieść o tym, że, na przykład, jednak, jak się okazuje, załoga wykonywała wszystkie zadania idealnie, natomiast przyczyna katastrofy leży gdzie indziej, natychmiast sobie pomyśli, że to w takim razie jednak Lech Kaczyński musiał być pijany i się na tym pokładzie awanturował. A jeśli wśród tych dziewięciu osób znajdzie się dwóch blogerów, obaj niemal na pewno napiszą tekst właśnie poświęcony pijaństwu Prezydenta.
Ale podobnie też, jeśli weźmiemy inną grupę osób, tym razem złożoną z tych, którzy uważają, że drobna brzoza nie jest w stanie uśmiercić wielkiego samolotu, i że w tej sytuacji nie może być najmniejszych wątpliwości, że owa katastrofa została sprowokowana przez ludzi złych i występnych, w sytuacji kiedy nagle się okaże, że – tym razem już z całą pewnością – piloci zachowali się bez zarzutu, należy się spodziewać, że dziewięciu na dziesięć, wystąpi z zadaniem, by ci którzy dotychczas uporczywie kłamali, powiedzą „przepraszam”. A jeśli wśród tych dziewięciu znajdzie się dwóch blogerów, to oni z całą pewnością natychmiast napiszą tekst o tym, że wypadałoby przeprosić.
Nie należy jednak zapominać, że, po obu zresztą stronach, znajdą się też i tacy, którzy ani nie pomyślą sobie o pijanym Prezydencie, ani o „pięknym słowie ‘przepraszam’”, tylko o czymś zupełnie innym. To są tak zwane „oryginały”. Niestety, tu też – właśnie na tym poziomie oryginalności – można zaobserwować dość duże podobieństwo refleksji. Jak to jest po tamtej stronie – ani nie wiem, ani też nie chce mi się za bardzo dociekać, natomiast tu miałem okazję zaobserwować bardzo podobną reakcję na kwestię tego przepraszania najbliżej jak się tylko da, a mianowicie u siebie i u mojego kolegi Coryllusa. A stało się tak, że kiedy nagle podniosła się wrzawa w sprawie konieczności przeproszenia pani Błasik za to, co ją spotkało ze strony reżimu, kiedy w jednym momencie niemal cała patriotyczna Polska zaczęła żądać od premiera Tuska, by natychmiast wracał z wakacji i się pokajał, kiedy telewizyjni dziennikarze zaczęli jak mantrę powtarzać jedno i to samo pytanie: „Czy pan przeprosi?”, pomyślałem sobie, że jeśli to się natychmiast nie skończy, to ja zacznę wrzeszczeć… i w tym momencie, patrzę, a tu wrzeszczy Coryllus.
Szczęśliwie jednak jest tak, że, jak idzie o nas dwóch, to nawet jeśli wrzeszczymy w jednej sprawie, robimy to na tyle inaczej, że każdemu zostaje wystarczająco duża przestrzeń na własne przemyślenia, by nikt nas nie posadził o to, że się wzajemnie nakręcamy. W związku z tym, chciałbym się tu dziś podzielić swoimi własnymi uwagami na temat tego nieszczęsnego przepraszania.
Przyznam się, że nie umiem precyzyjnie wskazać momentu, kiedy oczekiwanie, by polityka stała się bardziej elegancka i kulturalna stało się na tyle powszechne, że weszło do społecznego kanonu. Przypominam sobie oczywiście dzień, kiedy to niegdysiejszy Lech Wałęsa ogłosił tak zwaną „wojnę na górze”, i w jednej chwili całe najbardziej agresywne i bezwzględne chamstwo podniosło rwetes, że co to ma znaczyć? Jaka wojna? A może by tak pokój i przyjaźń? Pamiętam też, jak – może już nie Wałęsa, bo on już nawet wtedy samodzielnie myśleć nie potrafił – ktoś zaczął nieśmiało tłumaczyć, że jeśli jest wojna na górze, nie ma jej na dole, i że z punktu widzenia interesów społecznych tak właśnie jest dobrze, a najbardziej brutalni i bezwzględni przedstawiciele establishmentu zaczęli kolejno składać deklaracje swoich jak najbardziej pokojowych intencji. Pamiętam też słynną wypowiedź Andrzeja Celińskiego o spoconych mężczyznach goniących za władzą, czy pewnego z jego kolegów – a może to też był on? – o jedzeniu nożem i widelcem. Pamiętam Jacka Kuronia, człowieka o sercu tak pojemnym, że zmieściłoby się w nim kilkunastu Owsiaków, plus Bożena Walter, jak tłumaczył, że on Jarosławowi Kaczyńskiemu podaje rękę od czasu, jak obiecał sobie, że poda rękę nawet najgorszemu mordercy. W ogóle, pamiętam wiele najróżniejszych chwil, kiedy to problem „umiaru, wdzięku i elegancji” wracał jak niekończąca się zaraza. Natomiast to, że dziś nagle doszło do, jak gdyby niemal oficjalnego, potwierdzenia tamtej fikcji, trochę mnie zaskakuje i, jak mówię, nie bardzo wiem, jak to się wszystko zaczęło przepoczwarzać, i jak to się stało, że nagle przychodzi jedno bydle do drugiego bydlaka, mówi do niego: „Powiedz przepraszam”, a tamten, bez zastanowienia, wali: „Przepraszam”. Lub: „A czy poda, pan panie, pośle rękę panu ministrowi?” „Ależ bardzo chętnie”. A potem wszyscy wybuchają radosnym śmiechem, a oba pajace jednocześnie zwracają się do skołowanej publiczności i wspólnie recytują: „Widzicie?”
Ale pamiętam też czasy znacznie świeższe – choć też już sprzed paru lat – kiedy to w którejś z audycji Bogdana Rymanowskiego wystąpił Janusz Palikot, Rymanowski zapytał go: „Czy gotów jest pan, panie pośle, przeprosić prezydenta Kaczyńskiego”, a Palikot bez choćby jednego mrugnięcia odpowiedział: „Ależ oczywiście. Przepraszałem już siedem razy – mogę przeprosić po raz ósmy. Przepraszam”.
Ja wszystko pamiętam. A już szczególnie, te wciąż powtarzające się pytania: „Czy pan zechce przeprosić pana posła?” i odpowiedź – „Ależ jak najbardziej. Ja – w odróżnieniu od tego bydła – nie mam z tym najmniejszych problemów. Przepraszam.”. I zastanawiam się tylko, co to za cholera, że dziś to już tylko chyba Stefan Niesiołowski się tak zaperza? Przecież, gdyby on któregoś dnia uronił łzę i oświadczył, że, no, w sumie głupia sprawa, ale niech już będzie, on przeprasza wszystkich, którzy się tam jakoś poczuli dotknięci przez jego zbyt emocjonalne podejście do różnych spraw, to może ekscelencja Nycz by mu nawet dał jakiś order.
Niedawno opublikowałem tu refleksję naszego Księdza, w której opowiedział nam on, jak działa coś, co się mądrze nazywa dekonstrukcją. Jak to jest, kiedy dzięki pewnym bardzo szczególnym pomysłom dotyczącym języka, nie jest on już dłużej, jak dotychczas, nośnikiem znaczeń i informacji, lecz jedynie – zależnie od intelektualnego formatu użytkownika – czy to zaledwie zabawką, czy też aż narzędziem do ćwiczenia się w błyskotliwości. I oto przed nami słowo „przepraszam”. Jak świat światem, a czas czasem, człowiek używał tego słowa, by wyrazić skruchę z powodu tego co zrobił złego. W różnych językach ma ono swoje właściwości – na przykład, w angielskim może również służyć do wyrażenia współczucia – niemniej jednak chyba nigdzie nie było ono używane zwyczajowo do szydzenia z kogoś, komu się wcale nie współczuje, lecz wręcz przeciwnie. Tymczasem, od pewnego czasu, czym kto kogo bardziej nienawidzi, tym chętniej informuje go – a przy okazji cały słuchający świat – że jest mu naprawdę przykro i że go przeprasza. Po co to wszystko? Oczywiście, na podstawowym poziomie chodzi o to, żeby temu komuś pokazać, że ma się go w takiej pogardzie, że żadne słowo skierowane pod jego adresem nie ma jakiegokolwiek znaczenia, a z drugiej, aby każdy zainteresowany zobaczył, jacy to z nas eleganccy i czarujący ludzie.
I tak jest z wieloma innymi słowami, które kiedyś znaczyły to co znaczyły, a dziś służą wyłącznie temu, by albo kogoś albo wystawić do wiatru, albo zrobić jakiś poważny biznes – co i tak najczęściej na jedno wychodzi. „Kocham cię”, „Pogódźmy się”, „Przestańmy się kłócić”, „Porozmawiajmy”, „Cieszę się”, „Miło mi”, „Dziękuję”, „Przepraszam”, „Myliłem się”… Ciekawe tylko w tym wszystkim jest to, że ta dramatyczna dekonstrukcja jakoś nie dotknęła słów, które zawsze związane były z tak zwanymi złymi intencjami. Jakoś tak się ułożyło, że kiedy ktoś mówi „Nienawidzę cię”, „Zdechnij w męczarniach”, czy „Niech cię jasna cholera weźmie” – wcale nie ma na myśli czegoś innego, niż te słowa sugerują. Kiedy ja, na przykład, na żądanie, bym przeprosił, odpowiadam: „Po twoim trupie”, myślę dokładnie to, co mówię. Ja w żadnym wypadku nie chcę zasugerować temu komuś, że go kocham i chciałbym się z nim pogodzić. I teraz, kiedy doszedłem już tak daleko, jak doszedłem, zastanawiam się, czemu tak właśnie jest? I jedyna odpowiedź, jaka mi przychodzi do głowy, to taka, że dziś już chyba tylko my z nasza nienawiścią zachowujemy się tak poważnie, jak wymaga tego od nas powaga sytuacji. Dla nich, to wszystko jest już tylko zabawą. W świecie przewrotnej miłości – lub wesołej nienawiści – obojętne – jedyną autentyczną wartością może się już niedługo okazać jedynie autentyczna i szczera pogarda.
A jeśli tak, to kto wie, czy wspomniany przeze mnie nieco wcześniej Stefan Niesiołowski jest już jednym z ostatnich żywych ludzi po tamtej stronie? Nawet jeśli to swoje życie przypłacił szaleństwem.

Dziękuję wszystkim tym, którzy ostatnio zechcieli nas poratować. Proszę nadal o nas pamiętać i kupować książkę, w której takich tekstów jak ten powyżej – a kto wie, czy nawet nie lepszych – jest cała masa. No i proszę też, jeśli komuś się spodobało to co wyżej, wrzucić za niego co łaska pod podanym obok numerem konta.

środa, 19 października 2011

O baranach na mecie

Tak się dziwnie porobiło, że poprzedni tekst zacząłem pisać w powyborczy poniedziałek, a skończyłem tuż przed publikacją. Muszę jednak się pochwalić, że jak idzie o główną tezę tego tekstu, a więc moje smutne podejrzenie, że nadchodząca kadencja przyniesie nam sytuację, kiedy to Donald Tusk wraz ze swoimi ministrami wycofają się z publicznej przestrzeni, natomiast całe oficjalne życie polityczne będzie się toczyć między pisowską opozycją, a Klubem Parlamentarnym Ruchu Palikota, ona akurat narodziła się jako pierwsza. To jest bowiem to, co mi przyszło do głowy już w pierwszym momencie, kiedy dowiedziałem się, że Ruch Palikota osiągnął w tych wyborach trzeci wynik i że większość zapowiadanych przez niego gwiazd do Sejmu się dostała. Że nowa debata ograniczy się wyłącznie do tego, co do niej wprowadzi Janusz Palikot, a usłużne media sprawią tylko, że spragniony codziennej porcji newsów obywatel uzna, że to jest właśnie to, czego on zawsze potrzebował. Nie jakiegoś przynudzania na temat finansów, tej jakiejś infrastruktury i walących się szpitali, ale czegoś w temacie Krzyża, bogatych księży, prześladowanych transwestytów i gejów, którzy chcą mieć dziecko i w ogóle życia, panie, życia!
Moje obawy potwierdzał każdy kolejny dzień, a wczoraj wszystko się przepięknie dopełniło w telewizyjnym programie Tomasza Lisa. Nie oglądam tego programu. O ile sobie dobrze przypominam, zdarzyło mi się to w życiu zaledwie dwa, czy trzy razy. Kiedyś, może jakimś przypadkiem, i stosunkowo niedawno, przy okazji słynnej już rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim. A i to tylko dlatego, że ktoś na blogu wspomniał o tym, że u Lisa będzie Kaczyński. Gdyby nie to, pewnie bym o tej rozmowie nawet nie wiedział. Ostatni program Lisa obejrzałem więc już tylko w Internecie, a zrobiłem to, ponieważ z wielu naprawdę miejsc zaczęły do mnie dochodzić informacje, że było naprawdę ciekawie i że warto popatrzeć. Obejrzałem więc ten program w całości i przyznaję – było fascynująco.
Skład uczestników był jak najbardziej słuszny, zrównoważony i sprawiedliwy. A zatem, z jednej strony siedzieli przedstawiciele Nowej Europy, a więc Magdalena Środa, Robert Biedroń i Robert Leszczyński, a z drugiej dewocja, czyli Stefan Niesiołowski, Tadeusz Cymański, jeden ksiądz i jeden Murzyn. Murzyn akurat z mety został z dyskusji wyeliminowany, trochę pewnie dlatego, że układ czterech na trzech – nawet biorąc pod uwagę miejsce zajmowane przez Lisa – byłby niesprawiedliwy, a poza tym on w swojej pierwszej, i, jak się okazało, jedynej wypowiedzi, uczciwie zapowiedział, że jemu akurat jest obojętne, czy krzyż w sejmie będzie wisiał, czy nie, Biedroń na to powiedział, że on mu dziękuje za wsparcie, no i to, jak idzie o Murzyna, jest wszystko.
A zatem, jak wspomniałem, wszystko zostało starannie i uczciwie zorganizowane, a więc był panel dyskutantów, osoba dyskusję moderująca, no i niezwykle ważny społecznie, i interesujący jak diabli temat: „Czy w Sejmie powinien wisieć krzyż?”. Wbrew temu, czego pewnie niektórzy się po mnie spodziewają, nie będę tu relacjonował punkt po punkcie tej debaty, nie będę krytykował Lisa za to, że jak zwykle nie potrafił zapomnieć o tym, że ma poglądy i to poglądy dramatycznie jednoznaczne, ani nawet nie planuję się tu znęcać nad Środą. Chcę bowiem wyłącznie zwrócić uwagę na dwie rzeczy, związane z moimi kasandrycznymi przepowiedniami z początku zeszłego tygodnia. Pierwsza to taka, że program ten w sposób bardzo jednoznaczny potwierdził moje obawy, i jednocześnie bardzo dokładnie pokazał, jak to co przed nami będzie wyglądać. Pokazał też przy tym, jak bardzo zdeterminowani są ci, którzy dojrzeli tu swoją szansę i postanowili zacząć wprowadzać nowe porządki ostro i od zaraz.
Druga rzecz, na którą chcę pokazać i podzielić się w tym temacie pewnymi refleksjami, to wyraźnie dziś już widoczna przyczyna, dla której to co się stało, mogło w ogóle mieć miejsce. A chodzi mi tu ni mniej ni więcej jak tylko o fakt, że ów zamach na Kościół i religię ma dziś miejsce po raz pierwszy od wczesnych lat 90-tych, kiedy to System w tak pamiętny i zorganizowany sposób próbował tę operację przeprowadzić, i że są ku temu jednoznaczne powody. To w jaki sposób Środa, Biedroń i Leszczyński prowadzili swoją krucjatę, robiło naprawdę wrażenie imponujące. I nie chodzi mi oczywiście o merytoryczną wartość ich wystąpień, ale o czystą i żywą determinację. Z tego, jak oni się zachowywali, co mówili, w jaki sposób to mówili, wynikało w sposób oczywisty, że oni świetnie wiedzą, o co toczy się walka i jakie się otwierają przed nimi szanse. Każdy z nich zachowywał się, jak zwierzę, najpierw trzymane przez wiele długich dni w klatce, o brudzie i głodzie, i nieustannie karmione złością i obietnicą już bliskiej wolności, a następnie z tej klatki wypuszczone z okrzykiem: „Bierz!”. Każdy ich gest, każde najkrótsze słowo, każdy grymas na twarzy – a może przede wszystkim, każdy uśmiech – pokazywały, że oni świetnie wiedzą, po co są tam gdzie ich postawiono. Oczywiście i Niesiołowski i Cymański, a szczególnie ksiądz, jak idzie o stronę merytoryczną, byli mocni dokładnie tak jak mocny jest ten nasz pierwszy i jedyny Kościół. Jednak za tym, co oni mówili, stała wyłącznie wiara i poczucie bycia wciąż w większości. Czego natomiast tam brakowało – i nie ma się nawet czemu dziwić – to świadomość tego, że oto zaczęła się wojna. Oni nie walczyli. Oni siedzieli rozsadzeni wygodnie w swoich fotelach i pokazywali, że Bóg jest z nimi.
Jest jednak jeszcze owa druga kwestia, na temat której chciałem tu powiedzieć parę słów. A mianowicie związana z pytaniem, cóż to takiego się stało, że ten atak nadszedł tak nagle, i z taką siłą? Ktoś powie, że odpowiedź jest oczywista. Palikot wszedł do Sejmu z 40 swoimi ludźmi i robi awanturę. Otóż nie. Palikot mógł wchodzić do Sejmu pod wieloma pretekstami, a pretekst antyreligijny wcale tu nie był najmocniejszy. On zabrał się za Kościół i naszą wiarę wyłącznie dlatego, że otrzymał od nas sygnał, że my jesteśmy tak bardzo skłonni do ustępstw. Ale i to by pewnie mu nie wystarczyło, gdyby ta nasza deklaracja nie została tak mocno wsparta autorytetem Episkopatu, biskupów i często też zwykłych księży. Uważam, że pierwszym powodem tej agresji, jest to, że Palikot, a z nim cała ta hałastra, poczynając od Środy, a kończąc na dzieciach ze szczególnym upodobaniem dewastujących ostatnio nasze cmentarze, otrzymali bardzo czytelny sygnał ze strony polskiej hierarchii, że to coś cośmy zawsze nazywali Ludem Bożym, czy niekiedy, bardziej górnolotnie, Jego Owczarnią, zostało pozbawione pasterza. Kiedy ten sygnał został wysłany po raz pierwszy? Oczywiście, nie mam żadnych wątpliwości, że pierwsze próby pojawiały się już dawno – może jeszcze wtedy, kiedy zmarł Jan Paweł II – natomiast bardziej zdecydowanie owa wiadomość została podana tuż po smoleńskiej katastrofie, a w sposób już zdecydowanie bardziej jednoznaczny została potwierdzona w sytuacji, gdy zjednoczone siły Systemu rzuciły się na bezbronnych ludzi stojących tamtego lata pod smoleńskim krzyżem, a Kościół na to wszystko wzruszył ramionami. Uważam że to właśnie wtedy Zło dostrzegło światło w tym czarnym tunelu i przegrupowało siły.
Podczas wczorajszej – czy tak naprawdę przedwczorajszej – debaty u Lisa, zdarzyły się jednak dwie rzeczy, o których chciałbym tu wyjątkowo wspomnieć. Obie związane z osobą Stefana Niesiołowskiego, który – trzeba mu to przyznać – do pewnego momentu bardzo dzielnie wypluwał potoki swojej kultowej już śliny w stronę Środy i jej towarzystwa. Pierwsza miała miejsce, kiedy to pogardliwie rzucił poganom w twarz ową starą prawdę, że Kościoła nikt nigdy nie zniszczy, bo Kościół jest święty i boży, a Lis z uśmiechem go spytał: „A co z Hiszpanią?” I Niesiołowskiego zatkało.

Druga wydarzyła się też tak mniej więcej w tym samym czasie, a więc już pod koniec spotkania. Ani niczym nie sprowokowany, ani nie zmuszony jakąś bieżącą potrzebą sklejenia kolejnego argumentu, Stefan Niesiołowski – człowiek, czego wszyscy jesteśmy pewni, pobożny i wierny – zaczął ni z tego ni z owego informować wszystkich, co on sądzi o Kaczyńskim i o ojcu Rydzyku. I w tym momencie rozległy się brawa. Brawo biła Magdalena Środa, brawo bił homoseksualista Biedroń i jak najbardziej brawo bił człowiek nazwiskiem Leszczyński. Oni bili brawo, Tomasz Lis siedział wygodnie w swoim fotelu, spokojny i pełen satysfakcji, a Stefan Niesiołowski kończył swoją kwestię, ciężko dysząc gniewem i zwykłym przecież zmęczeniem. Jak po długim biegu.
I to mnie akurat nie zdziwiło. Bo wiem, że ten bieg był naprawdę długi. Stefan Niesiołowski, podobnie jak wielu jego przyjaciół z Platformy Obywatelskiej, wliczając w to ludzi może nawet jeszcze bardziej pobożnych od niego, jak poseł Gowin, czy prezydent Waltz, nie mówiąc już o ich wybitnych pasterzach, jak kardynał Dziwisz, czy sam metropolita Nycz, właśnie dobiegli do mety. Dziś stoją u swojego celu, rozglądają się ciekawie wokół, widzą, że wprawdzie nie udało się wygrać, bo tak jakoś wyszło, że wygrał kto inny, no ale stoją i dyszą. Trochę zdziwieni, trochę rozczarowani, ale z całą pewnością dumni, że przynajmniej mieli dobre intencje. A ja jestem tylko ciekaw, czy oni w ogóle słyszą te brawa. Jestem bardzo ciekawy, czy wśród nich są tacy, co te brawa słyszą i je rozumieją. Myślę, że się tego już niedługo dowiemy. Tymczasem my róbmy swoje. Ja będę pisał te teksty, inni będą je czytali, i też robili swoje. Mam nadzieję, że znajdzie się też w tym wszystkim i miejsce dla tej mojej książki i tej pomocy, o której wciąż tu ze wstydem przypominam.

wtorek, 28 czerwca 2011

Rykoszet nieznany i czarny jak wieczność

Dziś już mam oczywiście swoje lata, a z tymi latami, pewne bardzo typowe myśli, niemniej muszę przyznać, że jak idzie o myślenie o śmierci, towarzyszy mi ono właściwie od zawsze. Nie mam tu na myśli jakiś szczególnych obsesji, od których – pomijając krótki okres lat szczenięcych – byłem raczej wolny, lecz zwykłą świadomość tej tajemnicy, która w moim wypadku od czasu do czasu powodowała autentyczne drżenie. Obecnie mam tak, że kiedy dowiaduję się, że ktoś umarł, lub choćby zachorował na tyle poważnie, że bardzo łatwo umrzeć może, to przede wszystkim się tą śmiercią, czy tylko jej perspektywą przejmuję, a na dodatek, oczywiście, nie umiem nie wkomponować w ten nastrój siebie samego.
Miałem nie pisać dziś o śmierci, lecz o życiu. Życiu, owszem, poplątanym jak jasna cholera, pełnym tak potężnych inspiracji, że wręcz nie pozwalających spokojnie umrzeć, o ludziach, którzy swoim właśnie życiem, a nie śmiercią, pootwierali drzwi, które dotychczas wydawały się zamknięte na siedem spustów i pokazali nam z przeraźliwą wyrazistością, do czego zdolny jest człowiek opętany – ale jednak o życiu. Nie o śmierci. Tymczasem zmarł Maciej Zembaty i zwykłe dla tego miejsca refleksje będą musiały jeszcze chwilę poczekać.
Co mnie obchodzi Maciej Zembaty? Powiem zupełnie szczerze, że gdyby nie jeden naprawdę drobny element jego życia, zupełnie nic. To co mam do powiedzenia na temat Macieja Zembatego w żadnej mierze nie przekracza tego, co mam do powiedzenia na temat Marii Czubaszek, Jacka Janczarskiego, Jana Kaczmarka, Stefana Friedmana, Jana Tadeusza Stanisławskiego i całej plejady innych radiowych kabareciarzy sprzed lat, których kiedyś chętnie słuchałem, a czasem nawet podziwiałem, ale po których zostało dziś już tylko wspomnienie. A więc pamiętam, jak kiedyś zadzwoniłem do jakiegoś trójkowego programu, prowadzonego przez właśnie Macieja Zembatego – nazywał się chyba ‘Mój program na antenie’ – i on właśnie odebrał telefon, ja mu powiedziałem, że jest mi bardzo miło i że bardzo mnie zawsze śmieszyły jego stare jeszcze bardzo programy, w których on puszczał swoje ulubione piosenki, a on powiedział, że jemu też jest bardzo milo i żeby nie mówić do niego ‘pan’, lecz ‘Maciek’.
Pamiętam też oczywiście jego zaangażowanie w promocję Cohena w Polsce. Tyle że, ponieważ ja raczej należałem do fanklubu Dylana, a nie Cohena, samego Cohena, w odróżnieniu wielu młodych dziewcząt i chłopców, znałem jeszcze przed Zębatym, a język szczęśliwie też znałem na tyle, by sobie piosenki Cohena tłumaczyć samodzielnie, jego dzieło nie było mi tu do niczego potrzebne. Wręcz przeciwnie – Zembaty śpiewający Cohena wyłącznie mnie irytował.
Jest jednak coś, co uważam za autentyczny wkład Zembatego w całą polską współczesną kulturę, i to wkład tak silny, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, wręcz tę kulturę zmieniający. Mam tu na myśli piosenkę, którą on w pewnym momencie swojego życia napisał do muzyki marsza żałobnego Chopina. Zastanawiam się, czy to dlatego, że w tamtych latach, kiedy ta piosenka była przebojem, sam osobiście byłem bardziej od innych zaangażowany w tę część polskiej rozrywki, czy może wszyscy, którzy w tamtym czasie słyszeli tę piosenkę już na zawsze pozostali nią skażeni, niemniej jednak pozostaje faktem, że kiedy dziś słyszę melodię szopenowskiego marsza – tak niebywale porażającą w swoim smutku – nie potrafię nie podśpiewywać sobie pod nosem tekstu, który Maciej Zembaty kiedyś, kiedy był jeszcze młody i silny, uznał za stosowne do niej dopisać.
Jest oczywiście możliwe, że każdy kto czyta ten tekst wie, o czym mówię, ale na wszelki wypadek sprawę przybliżę. Otóż piosenka Zembatego zaczyna się tak: „Jak dobrze mi w pozycji tej, w pozycji horyzontalnej”. Później jest jeszcze zabawniej, czyli na przykład: „Choć właśnie pada - pada deszcz ,w dębowej trumnie sucho jest. Ubodzy krewni przemoczeni są zupełnie. Żona pewnie się przeziębi”. No i wreszcie, już pod sam koniec, tak: „O wieko bębnią krople dżdżu, kołyszą słodko mnie do snu. Ubogim krewnym trumna wrzyna się w ramiona i już ledwo idzie żona. Raz dwa i lewa! Raz dwa i lewa!”
Uczeni specjaliści od spraw kultury, to co przedstawiłem powyżej, nazywają ‘czarnym humorem’, a ja oczywiście jestem w stanie ten opis przyjąć i zaakceptować. Nawet jeśli, jak już napisałem na początku, śmierć, na ten swój osobliwy sposób, traktuję – nomen omen – śmiertelnie poważnie. To co mnie jednak tu uderza na tyle, by dziś w ogóle o śp. Macieju Zembatym i jego piosence pisać, to oczywiście, poza oczywiście samym tu niezwykłym pomysłem, by podmiotem lirycznym tego utworu był człowiek, który umarł i ów fakt swojej śmierci uważał za świetny żart, to, że jakimś absolutnie niezwykłym gestem – Bóg jeden wie, tak naprawdę czyim – ten tekst wkomponował się już na zawsze w melodię tego strasznego marsza. I teraz, kiedy Maciej Zembaty, jak się okazuje, nagle zmarł i sam znalazł się w owej „dębowej trumnie” zlewanej kroplami deszczu, myślę sobie, że oczywiście jest całkiem możliwe, że zasługi Zębatego dla naszej kultury leżą bardziej po stronie zajmowanej przez Leonarda Cohena, tyle że obawiam się, że jest jednak inaczej. Że Maciej Zembaty w zupełnie inny sposób zmienił nasze życie.
Czy o ten marsz mam do Zembatego pretensje? Nie. I powiem to jeszcze raz. O ten marsz do Zembatego pretensji nie mam. Przede wszystkim, uważam, że to jest naprawdę bardzo dobrze i dowcipnie napisany tekst, i że, co więcej, nie ma w tym nic złego, by ktoś – ratując się być może jak tylko potrafi przed swoim własnym lękiem przed śmiercią – postanowił być może sobie z niej pożartować. Natomiast dziś dręczy mnie jednak jedyna myśl. Że Maciej Zembaty leży dziś w tej swojej rozpaczliwie smutnej trumnie i chyba jednak nie jest mu do śmiechu. Ani jemu, ani też jego bliskim i jego rodzinie. I że nawet jeśli jakiś cymbał, który nawet dziś nie jest w stanie pojąć tego, co się naprawdę stało, postanowi sobie z tej śmierci dworować, będąc szczerze przekonany, że Maciej Zembaty właśnie tego by sobie od nas dziś życzył, to z całą pewnością nie jest wesoło. Jest smutno jak sto diabłów. Bo w tym deszczu padającym na wieko trumny, choćbyśmy się nie wiadomo jak napinali, nie znajdziemy nic śmiesznego.
A więc jest mi smutno, że i nawet jego śmierć w końcu dopadła. Ale też sobie myślę, że kiedy za parę dni będziemy mieli pogrzeb Macieja Zembatego, wszyscy, którzy przyjdą go żegnać, staną wobec bardzo poważnego kłopotu. Przede wszystkim nie bardzo sobie potrafię wyobrazić, by mu w jego ostatniej drodze nie towarzyszyła melodia żałobnego marsza Chopina. Dlaczego? Raz z tej przyczyny, że to jest melodia w tej sytuacji zwyczajnie oczywista, a dwa, że jeśli jej mu nie zagrają, będzie to gest brzmiący bardzo, ale to bardzo, fałszywie. Z drugiej strony, nie potrafię sobie wyobrazić, by mu ta melodia towarzyszyła. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Bo może w pewnym momencie dojść do takiej sytuacji, że cały kondukt zacznie się nagle śmiać. I to by było okropne. Pogrzeb, który zamienia się w parodię może się stać czymś całkowicie nie do zniesienia.
Wypadałoby skończyć te refleksje myślą jakąś bardziej może ogólną. I oczywiście ta myśl będzie. Będzie, bo ona właściwie stoi na samym początku powstania tego tekstu. Jest to myśl z całą pewnością bardzo trywialna, dla niektórych wręcz nieciekawa. Jednak uważam, że nic nie zaszkodzi, jeśli będziemy ja sobie powtarzać. Otóż powinniśmy pamiętać, że wszystko co w życiu robimy, powinniśmy robić z przekonaniem, że przyjdzie czas, gdy ten nasz czyn, czy choćby tylko gest, prędzej czy później odbije się i do nas wróci tak zwanym rykoszetem. I oczywiście, dobrze będzie, jeśli ów rykoszet pozwoli nam zasypiać w spokoju. Gorzej, jeśli nie.
A od tej refleksji, mamy już naprawdę bardzo blisko, by wrócić do naszych zwykłych codziennych politycznych zgryzot. Pierwszy obraz, jaki mi przyszedł do głowy, to Stefan Niesiołowski, aż zacierający ręce na samą myśl o tym, że Jarosława Kaczyńskiego będzie można oficjalnie uznać za obłąkanego. Ale o tym już pewnie następnym razem.

Jeśli ktoś uznał ten tekst za wart przeczytania, a może i dalszych refleksji, bardzo jest mi z tą myślą dobrze. Będzie mi jednak jeszcze lepiej, jeśli dzięki niemu, ktoś uzna za odpowiedni gest wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję wszystkim bardzo serdecznie.

środa, 26 stycznia 2011

Powrót człowieka z frytą

Swego czasu, zamieściłem tu na tym blogu notkę, poświęconą szczególnemu rodzajowi polskiego reżimowego dziennikarstwa, dla którego wszelkie epitety o "specach od mokrej roboty", "cynglach", czy po prostu "kłamcach do wynajęcia", robią wrażenie kompletnie nieadekwatnych, i wybrałem dla nich specjalną, dość absurdalną nazwę 'topiarzy fryt'. Zaproponowałem tę nazwę, obudowałem tę propozycję wesołym tekstem i temat zamknąłem. I oto dziś pojawia się Tomasz Sekielski ze swoimi animatorami. Nie mam więc wyjścia. Muszę do sprawy powrócić.
Otóż nie minął chyba nawet tydzień jak ów szczególny dziennikarz, czerpiąc wzory z najbardziej brutalnej czarno-czerwonej propagandy, zaatakował Jarosława Kaczyńskiego, gdy, niewątpliwie w reakcji na słowa krytyki skierowane pod adresem jego stacji, red. Sekielski zabłysnął ponownie, tym razem prokurując audycję poświęconą specjalnie Platformie Obywatelskiej i osobiście Donaldowi Tuskowi. Oczywiście, sam pan redaktor jest specjalistą wysokiej klasy i należy mu oddać co jego, niemniej jednak nie sposób nie dojrzeć ogromu pracy, jaką sama stacja włożyła w to, by wszystko było zapięte na ostatni guzik, a sam ów gest ekspiacji przyniósł jak najlepsze rezultaty. TVN24 to rzeczywiście poważna firma i nie ma już wątpliwości, że każdy gest hołdu ze strony Systemu pod adresem jej właścicieli i pracowników jest jak najbardziej zasłużony.
Wczorajsza audycja Sekielskiego była właściwie, pod względem metod i siły rażenia, na podobnym poziomie co wcześniejszy program o Jarosławie Kaczyńskiemu, a więc każdy kto jest w stanie słuchać, patrzeć i myśleć, musiał w trakcie tych 30 minut uzyskać wszystkie potrzebne informacje, by dojść do wniosku, że Donald Tusk i jego projekt to wyłącznie, że się tak wyrażę, kłamstwo i dupstwo. Różnica była tylko taka, że tydzień wcześniej, dla podparcia swoich tez, zaprosił do siebie Romana Giertycha i Andrzeja Leppera, a więc ludzi którzy Kaczyńskiego nienawidzą tak, że są w stanie powiedzieć o nim wszystko, i jednego psychologa, który z kolei mógł w pełni profesjonalnie przedstawić telewidzom obraz choroby psychicznej, na jaką Jaroslaw Kaczyński w sposób oczywisty cierpi.
Wczoraj, całość programu została sprytnie podzielona na kilka części, a więc jedną o rocznicy Platformy Obywatelskiej, drugą o samym Donaldzie Tusku, trzecią o historii Hali Oliwii i czwartą o Mirosławie Drzewieckim, tak by biedny telewidz do końca nie wiedział, o czym jest mowa. No i naturalnie nie było ani psychiatrów, ani psychologów, ani też Joachima Brudzińskiego i pani poseł Kępy, lecz zwykli politolodzy, czy może socjolodzy, którzy skarżyli się, że z Platformą jest nienajlepiej.
A więc zwykły tefauenowski standard polegający na tym, by wszystko tak zamieszać, by nikt nie mógł, z jednej strony, nikomu zarzucić kłamstwa, czy choćby ukrywania prawdy, a z drugiej, żeby całość przekazu się zgrabnie i cichutku rozpłynęła w błękitnej mgle. Jeden jednak fragment dziennikarskiej pracy Tomasza Sekielskiego zrobił na mnie wrażenie kolosalne. Otóż podczas fragmentu audycji poświęconej Donaldowi Tuskowi, kiedy to dzięki starym migawkom, cytatom i odpowiedniemu komentarzowi uzyskiwaliśmy stopniowo obraz bezczelnego i całkowicie bezkarnego kłamcy i nieudacznika, nagle, bez żadnego powodu i całkowicie poza kontekstem i tematem, zobaczyliśmy Jarosława Kaczyńskiego, jak wdrapuje się niezgrabnie na mównicę. To było zaledwie pięć, czy dziesięć sekund filmu, bez żadnych jakichkolwiek słów, bez słowa komentarza. Po prostu nagle, w trakcie programu o Donaldzie Tusku i historii jego politycznej kariery, zobaczyliśmy, bez najmniejszego sensu, Jarosława Kaczyńskiego jak włazi na mównicę i zaczyna coś dukać. Ja oczywiście jestem wystarczająco doświadczony, żeby znać wszystkie tego typu zagrywki, ale z jakiegoś powodu ten akurat manewr zrobił na mnie wrażenie.
Mogłem sobie świetnie bowiem wyobrazić, jak przeciętny konsument tefauenowskiego projektu siedzi przed ekranem swojego telewizora, tuż po rozmowie Moniki Olejnik, a jeszcze przed rozmową Bogdana Rymanowskiego, nudzi się jak pies, ziewa, rozgląda się gdzieś po suficie, a tu nagle, patrzy – Kaczor. Jest! Jest sukinsyn! Ale lezie! Ale krzywi ten swój kaczy dziób. Co za dureń! Co za gnój!. Żeby go wreszcie szlag trafił! No wreszcie coś ciekawego. Ten Sekielski to jednak równy gość.
Wspomniałem o Olejnik i Rymanowskim. I tu już mam powód, by zwrócić uwagę na drugą stronę tego wczorajszego zagrania prezesa Waltera i jego drużyny. Chodzi mi mianowicie już nie o samego Sekielskiego, lecz o jego szefów i kumpli. Otóż tuż przed demaskatorskim atakiem na Platformę Obywatelską i osobiście Donalda Tuska, Monika Olejnik rozmawiała z Hanną Gronkiewicz Waltz. Jak się okazuje, oryginalnie do studia miała przyjść minister Ewa Kopacz, ale coś się pomieszało i pojawiła się Waltz. Biorę oczywiście pod uwagę, że Kopacz byłaby jeszcze lepsza, ale muszę pani prezydent oddać sprawiedliwość. Ona z każdym dniem jest coraz lepsza. Wczoraj właściwie była już prawie tak mocna, jak występujący dzień wcześniej Komorowski. Przez pół godziny płynął z ekranu czysty słowotok z jednym przekazem: „Dość o Smoleńsku, a Kaczyński jest chory na głowę”. Mogę się więc już tylko domyślić, że kiedy na ekranie pojawił się Sekielski ze swoim agresywnym jak cholera dziennikarstwem, wszyscy byli już odpowiednio napompowani.
Po Sekielskim z kolei przyszedł Rymanowski i jestem pewien, że jeśli komuś nie wystarczyła Waltz i te parę sekund Jarosława lezącego na mównicę, dostał już wszystko, o czym tylko mógł sobie zamarzyć. A więc z jednej strony Stefana Niesiołowskiego, a z drugiej Romana Giertycha. No i ci załatwili sprawę ostatecznie. Rymanowski zaczyna „Panie ministrze, jak pan ocenia poziom rządów Platformy Obywatelskiej w dziesiątą rocznicę istnienia partii?” A Giertych na to: „Dopóki Jarosław Kaczyński…”, i tak już do końca, na tle rozpromienionej buzi Rymanowskiego.
Oczywiście dalej już było tylko Szkło Kontaktowe, a więc tak zwane podsumowanie, i tak się skończył ten dzień.
A ja sobie myślę, że trzeba by było nam też powiedzieć coś, co będzie podsumowaniem tego niezwykłego wieczoru z naszej strony. I mam tu dwie uwagi. Otóż te dziesięć sekund Jarosława Kaczyńskiego w programie o Donaldzie Tusku, to jednak, jak by nie patrzeć, jakość nowa. Czy one świadczą o jakieś zmianie, o rozwoju, czy o regresie – nie wiem. Wiem natomiast, że walka trwa w najlepsze i już nikt niczego nie udaje. Przyłbice są odsłonięte, a wiatr hula. No i jest ten Stefan Niesiołowski. Ja wiem, że jest taki retoryczny zwyczaj, żeby o kimś mówić, że to wariat, dureń, czy wręcz człowiek psychicznie chory. Jak idzie o jego wczorajszy występ, po raz pierwszy, zupełnie na zimno, z pełnym spokojem i bez śladu uprzedzeń zobaczyłem człowieka autentycznie chorego psychicznie. Myślę, że tak to wygląda. Stefan Niesiołowski jest autentycznie umysłowo zdefektowany. On jest dziś już jedynym w Polsce politykiem, który mówi bez zastanowienia. Podejrzewam, że nawet Gronkiewicz Waltz, jak coś powie, to wcześniej jakoś tam sobie w swojej głowie kalkuluje. Nawet Tusk. Nawet Pitera. Niesiołowski jest jedyną publiczna postacią, którą już tylko działa na zasadzie odruchu. Doszło do tego, że on gadał, a Giertych z Rymanowskim się z niego śmiali.
Jacyż ci ludzie są podli. Apeluję dziś do wszystkich – bądźmy dobrzy dla Stefana Niesiołowskiego. Dajmy mu już spokój

wtorek, 23 września 2008

O pożytkach z bycia zapchajdziurą

Zabierając się do pisania niniejszego tekstu, od razu muszę się przyznać do tego, że czynię to z bardzo mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, obiecałem sobie, że sprawę bojkotu TVN-u, i gorliwego udziału, jeszcze tak niedawno, polityków Prawa i Sprawiedliwości w rozbijaniu tego bojkotu, pozostawiam swojemu biegowi. Z drugiej jednak strony, każdy dzień moich kontaktów z telewizją Mariusza Waltera, zmusza mnie do oglądania Marka Jurka, Artura Zawiszy i Jarosława Sellina, jak świadczą swoje chętne usługi bojkotowanej przez PiS telewizji, zarzucając mnie kolejnymi refleksjami, którymi - naturalnie chyba - pragnę się dzielić.
Jest jeszcze jeden, tym razem już bardziej osobisty, powód mojej niechęci do zajmowania się tu tym tematem. Otóż chodzi mi o to, że bardzo nie chciałbym denerwować mojego kolegi, Piotra Strzembosza, z którym przy ostatniej okazji kłóciliśmy się tak serdecznie, że dziwne, że ten spór skończył się w sumie taj, jak się skończył. Trudno. Nie umiem się powstrzymać, a nadzieję mam tylko taką, że Piotr zrozumie te moje emocje.
Pierwszy raz przyszło mi do głowy, żeby jednak wrócić do tematu, w minioną niedzielę, podczas porannego programu Kawa na ławę. Przyznaję, że oglądam ten program bardzo regularnie i zwykle uważam to niedzielne przedpołudnie za czas niezmarnowany. Przedwczoraj, włączyłem telewizor, rzuciłem okiem na gości red. Rymanowskiego i, w pierwszym odruchu, wyłączyłem telewizor. Pomyślałem sobie, że nie ma najmniejszego sensu tracić czas na słuchanie, jak na tematy zaproponowane przez szefów TVN, dyskutują posłowie Kalisz, Palikot, Kłopotek i były poseł Artur Zawisza. Cóż jednak czyni siła przyzwyczajenia i słaba wola! Włączyłem natychmiast telewizor z powrotem i popadłem w tradycyjną zadumę.
Zaduma moja wzięła się oczywiście nie z tego, że Palikot był, jak zawsze, sobą i wszyscy się w związku z tym bardzo dobrze czuli. Ani też nie z tego, że Bogdan Rymanowski, jak się zdaje, już tak zgłupiał od tego, do czego go wyznaczyli jego szefowie, że jedyne, co jeszcze potrafi, to się cieszyć, jak dziecko, że znów może sobie posiedzieć w niedzielny ranek ze sławnymi ludźmi.
Zadumałem się, bo cały czas patrzyłem na Artura Zawiszę i widziałem człowieka, który wie - a może tylko czuje - że to, iż on w tym towarzystwie się w ogóle znalazł, to kwestia czystego przypadku, na który on nie miał absolutnie najmniejszego wpływu, a, co w tym wszystkim najgorsze, to fakt, że każda ze zgromadzonych w studio osób, doskonale z tego zdaje sobie sprawę.
Siedział więc sobie Artur Zawisza na miejscu posła Brudzińskiego, a może posła Cymańskiego - obojętne - i miałem wrażenie, że, kiedy tylko akurat nikt nic od niego nie chce, czyli przez trzy-czwarte programu, cały swój wysiłek wkłada w to, żeby jednocześnie wyglądać i poważnie i umiarkowanie i rozsądnie i tak, by każdy kto ten program ogląda po raz pierwszy, mógł zapytać: „A któż to jest ten mądry pan z wąsikiem?"
Ale nie to było najbardziej przykre. Oglądając te całą Kawę na ławę, nie mogłem przestać sobie wyobrażać, że jeśli ani Kalisz, ani Palikot - bo może akurat nie Kłopotek, który robi wrażenie osoby po prostu miłej - nie odezwali się jeszcze do Zawiszy w stylu ‘och, zamknij już się pan wreszcie', to tylko dlatego, że Rymanowski przed program ich uprzedził, że on żadnych przejawów ostentacyjnej pogardy w stosunku do Zawiszy nie będzie tolerował.
Nie mogłem pokonać myśli, że Zawisza doskonale wie, że musi uważać na każde słowo, bo jeśli nieopatrznie wejdzie w jakiś drastyczny konflikt z Palikotem, albo tym bardziej z Kaliszem, to od razu usłyszy, że dobrze by było, gdyby nie zapominał skąd on się tu wziął i zostanie mu bezlitośnie uświadomione, że w momencie, gdy Cygański, czy Brudziński - wszystko jedno - zechcą łaskawie skorzystać z gościny TVN-u, to on w jednej sekundzie przestanie być interesującą partią dla tej części mediów.
Było mi więc, w gruncie rzeczy smutno, bo zwyczajnie nie ma nic radosnego w obserwowaniu, jak ktoś jest tak paskudnie rozgrywany, wie, że jest rozgrywany, a przy tym, z jakim całkowicie nierealnym uporem, wierzy, że on sobie jakoś w tej sytuacji poradzi. Z mojego punktu widzenia, była to trochę sytuacja, w jakiej znalazł się chłopak, którego dotychczas nigdzie nie zapraszano, dziewczyny się nim nie interesowały, a koledzy traktowali z bezlitosną obojętnością, i którego, pewnego dnia, zaproszono na imprezę, bo jakaś dziewczyna chciała pokazać coś chłopakowi, którego lubi, a ten ją ma w nosie.
Coś takiego mniej więcej, co spotkało Sissy Spacek w wielkim filmie Briana DePalmy Carrie, z tą różnicą, że u DePalmy, Carrie wszystkich ostatecznie obraca w pył, a Zawisza akurat, jedyne na co go było stać, to parę razy gniewnie poruszył swoim bardzo czarnym wąsikiem.
Jest tak czasami, że, kiedy mówimy, że deklarujemy sprzeciw wobec aborcji, od razu pojawia się argument, że, a co byśmy mianowicie zrobili, gdyby to nasze dziecko zostało zgwałcone. Albo, kiedy mówimy, że jesteśmy za utrzymaniem kary śmierci, to natychmiast ktoś nas pyta, czy chcielibyśmy, żeby nasze dziecko zostało katem, albo czy sami bylibyśmy gotowi komuś ten łeb obciąć.
Myślę sobie, ze podobnie może być i tu. Ktoś może mi zwrócić uwagę - niepotrzebnie zresztą, bo sam to dobrze wiem - że dla byłego posła Zawiszy, występy w mediach to jedyny sposób na utrzymanie się w gruncie rzeczy w zawodzie. Że, jeśli on nie wykorzysta nadarzającej się okazji, to tak jakby popełnił polityczne samobójstwo. I może ktoś mnie spytać, co ja bym zrobił na jego miejscu, albo - jeszcze lepiej - co ja bym zrobił gdyby nagle, z jakiegoś powodu zarówno Jurek, jak i Zawisza i Sellin i wszyscy prawicowi politycy nagle zaczęli bojkotować TVN i kierownictwo TVN-u, w panice, uznając, że ta sytuacja psuje im wizerunek, postanowili zamiast polityków, do studia zapraszać prawicowych bloggerów-amatorów. I co ja bym zrobił, gdyby nagle wymyślili, że blogger toyah będzie dla nich w sam raz. Czy, widząc, że mam okazję zaistnieć - i to zaistnieć w skali właśnie takiej - uniósłbym się i powiedział: „Przepraszam, ale ja was bojkotuję"?
Otóż nie powiedziałbym im tak. Nie uniósłbym się ideologiczną niezłomnością. Ja bym im po prostu powiedział, żeby się nie wygłupiali, bo może i mam jakieś większe ambicje, ale nie na tyle wielkie, żeby robić z siebie publicznie idiotę.
Ja bym odmówił, bo doskonale wiem, że w tak zorganizowanym towarzystwie politycznym, wszyscy traktowaliby mnie, jak w zeszłą niedzielę Artura Zawiszę. Bo dyskusyjne panele organizowane przez media są ściśle zdeterminowane przez polityczny układ. A w tym układzie, miejsce jest tylko dla Platformy, PiS-u, komunistów, PSL-u, oraz dla licencjonowanych ekspertów. Polska polityka, a za nią polskie media, to nie jest festiwal młodych talentów. Nikomu nie są potrzebni wolni strzelcy z aspiracjami. Oni akurat mogą tam się na chwilę pojawić, jako ciekawostka, albo tak zwana zapchajdziura.
Więc patrzyłem na Zawiszę, jak próbuje zachować tę swoją smutna autonomię i myślałem sobie, jak niewiele mu brakowało do tego, żeby z innymi członkami PiS-u zadawać szyku w sejmowych korytarzach, udzielając wypowiedzi różnym mediom i demonstracyjnie patrząc obok mikrofonu z tabliczką TVN.
I to była ta niedziela. Wczoraj wieczorem, natomiast, tak się złożyło, że też Bogdan Rymanowski, do swojego studia zaprosił najpierw (a jakże!) Jarosława Selina, a później (a jakże!) Marka Jurka. Tu akurat, być może dzięki swoim dawnym jeszcze merytorycznym i ideowym koligacjom, zarówno Sellin, jak i Jurek, czuli się na tyle mocno, że zostali w dużym stopniu oszczędzeni, niemniej w pewnym momencie, podczas rozmowy ze Stefanem Niesiołowskim, Jurka spotkało coś, czego nawet ja mu nie życzę. Otóż marszałek Niesiołowski, kiedy już odmówił jednoznacznego potępienia Janusza Palikota za jego bezprzykładny atak na IPN, zupełnie jednoznacznie, otwartym tekstem, bardzo uprzejmie pochwalił Marka Jurka za to, że Marek Jurek - jak najbardziej mądrze i dzielnie - zerwał z PiS-owską hołotą.
Ta afirmacja ze strony Niesiołowskiego była tak niespodziewana, a jednocześnie tak absolutnie bezczelna, że biedny Jurek nawet nie zdążył jęknąć, a Rymanowski zachichotać. Zresztą po chwili, program i tak się już skończył i do dzieła mogli już przystąpić autorzy Szkła Kontaktowego z Krzysztofem Daukszewiczem w roli pajaca.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że znów, i tym razem, usłyszę słowa o walce politycznej, o demokracji, o tym, że każdy realizuje swój polityczny plan, jak tylko potrafi. Wiem dobrze, że znów się dowiem, że Kaczyńscy zrobili wszystko, żeby zarówno Jurek, jak i Zawisza nie widzieli dla siebie miejsca w PiS-ie, że Suski, że Kuchciński... Ja to wszystko wiem. Dziś chodzi mi tylko o to, że, jeśli na chwilę pominiemy wszystkie te argumenty - a myślę, że możemy tak zrobić - to zostaje tylko Marek Jurek i Stefan Niesiołowski, który klepie go po plecach i mówi: „Zuch chłopak!".
Dla czystości tego przekazu, z którym tu dziś przyszedłem, mogę nawet przyznać, że PiS i ci, którzy PiS-em rządzą, są na wieki wieków skompromitowani. Nie zmieni to jednak faktu, że Stefan Niesiołowski, zwracając uwagę na zasługi, jakie Janusz Palikot ma dla nowej polskiej rzeczywistości, pochwalił następnie postawę Marka Jurka wobec swoich byłych kolegów.
Ja oczywiście biorę pod uwagę, że jestem osobiście przewrażliwiony. Że na pewnym poziomie to wszystko, o czym piszę, nie ma najmniejszego znaczenia. Może i tak. Może to ja się nie nadaję. Do dziś nie mogę sobie darować sytuacji tu, z Salonu, kiedy nieopatrznie wszedłem w polemikę z moim kolegą Free Your Mind, na temat PRL-u i nagle, jak grom z jasnego nieba, spadł na mnie komentarz, w którym mnie pochwaliła niejaka Rudecka-Kalinowska. Fatalnie. No ale co ja mogę teraz zrobić? Mogę tylko pamiętać na przyszłość, czym się kończą spory w obozie patriotów.
W pierwszej części programu z udziałem Jurka i Niesiołowskiego, kiedy tematem rozmowy był stosunek polskiego rządu do polskich władz na Białorusi, Marek Jurek wspomniał coś o rozgrywaniu jednych przeciw drugim. Że niby niedobrze jest się dać rozgrywać. Nie mam wątpliwości, że polityk tej miary co Jurek, wie, o czym mówi.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...