Przy okazji mojego kandydowania do Sejmu, poczułem w pewnym momencie konieczność ponownego zalogowania się w Salonie24, a to w związku z tym, że w niektórych komentarzach pojawiły się uwagi na mój temat całkowicie nieprawdziwe, a w których bezczelność tych nieprawd była tym bardziej dokuczliwa, im większa pewność ich autorów, że ja i tak nie zareaguję. Zalogowałem się więc w Salonie raz jeszcze, tyle że już nie jako Toyah, ale normalnie – Krzysztof Osiejuk, wyjaśniłem co było do wyjaśnienia… i w tym momencie okazało się, że skoro ja się tam pojawiłem, to nie ma co więcej nakręcać atmosfery. Teraz więc, jeśli w ogóle zamieszczam tam jakieś komentarze, to bardziej z przypadku i z tej zwykłej chęci powiedzenia czegoś w sytuacji, gdy powiedzieć wypada.
W sumie, ciekawa sprawa z tymi komentarzami. Prowadzę ten blog już niemal cztery lata, i przez ten czas zdążyłem się doskonale zorientować, czym jest Internet z punktu widzenia tego dowcipu, gdzie przed komputerem siedzą dwa psy i jeden z nich jest zachwycony, że ten system stwarza tak skuteczną zasłonę. Ale przez owe cztery już prawie lata, kiedy wklejam tu swoje teksty, miałem okazję też świetnie – niemal tak świetnie, jak podczas wieloletniej pracy nauczycielskiej – zauważyć, że człowiek pozostaje zagadką do końca i że jeśli ktoś uważa, że posiadł tu jakąkolwiek wiedzę, niech się lepiej zamknie. A przecież ja i tak nie mam najgorzej. Z osób tu komentujących miałem okazję poznać osobiście całkiem wielu, i muszę przyznać, że nie zawiodłem się ani razu. Ani razu nie musiałem sobie pluć w brodę, że gdzieś po drodze popełniłem błąd. A zatem, jak idzie o ten blog, mogę być tylko szczęśliwy.
Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że przez te wszystkie lata miałem okazję zobaczyć rzeczy przedziwne. A w tym wszystkim, najbardziej może wartościowe było to, że to właśnie tu zobaczyłem, że coś takiego jak podział na „naszych” i „tamtych”, to najgorsza i najbardziej niebezpieczna fikcja. Oczywiście – „oni” są tacy jacy są, i świetnie to wszyscy wiemy, natomiast nie ma nic gorszego jak ulec złudzeniu, że wszyscy co nie są „nimi” – to „nasi”. Ja dziś mogę na palcach obu rąk wymienić całą grupę najbardziej zawziętych i wymownych, tak zwanych prawicowych, blogerów – a wśród nich i tych najbardziej uznanych – których pierwszą wartością jest to, że z jakiegoś tajemniczego powodu, nie zostali ministrami w rządzie Donalda Tuska, a drugą – że chodzą do kościoła. Te niemal już cztery lata, to było nieustanne zmaganie się, oczywiście że przede wszystkim z najbardziej parszywymi trollami, ale wcale w nie mniejszym stopniu, z tymi niby „naszymi”. To jest moje doświadczenie, i nie odbiorą mi go jakiekolwiek zapewnienia, że wróg jest wspólny, a podziały niezdrowe. Każdy odpowiada za siebie i każdy jest rozliczany ze swojego.
Komentarze. Cóż tam się dzieje! Parę dni temu, nasz kolega Kazef zwrócił mi uwagę na coś co jest określone jako prawybory, a organizowane jest przez portal o nazwie
slask.naszemiasto.pl. Nie wiem, co to takiego ów slask.naszemiasto.pl. Nie mam pojęcia, czy oni są „nasi” czy „nie-nasi”. Nigdy wcześniej o tym czymś nie słyszałem i nie sądzę, żeby ten fakt stanowił w moim życiu jakąś istotną stratę. Natomiast widzę, że moja kandydatura na tym blogu wygrywa w tak zwanych cuglach. Czy to mnie cieszy? Pewnie! Nie widzę żadnego powodu, by się tym faktem martwić, jednak to co jest tu dla mnie znacznie ciekawsze, to fakt, że tej zabawie towarzyszą komentarze – w tej chwili już chyba ponad 100 – z których zdecydowana większość ma na celu stworzenie wokół mnie takiej atmosfery, żeby ktoś zechciał mnie w końcu, jeśli nie zastrzelić, to mi zwyczajnie nakłaść po pysku. Kto taki pisze te komentarze? Nie do końca się orientuję. Domyślam się, że większość, to jacyś wynajęci działacze młodzieżówki PO, jeden z nich to z całą pewnością pewien starszy pan, którego awanse, pani Toyahowa, jeszcze w czasach licealnych odrzuciła, i on od tego zwariował, ale niechybnie są tam też, jak najbardziej, nasi serdecznie pisowcy, którzy mnie z jakiegoś powodu nie lubią i to im nie daje spać. A więc, krótko mówiąc, to jest Internet i cały ten bagaż, który on ze sobą niesie. No i ludzie. Nie „nasi”, nie „nie-nasi”, ale zwykli ludzie – tacy jak my.
Zacząłem od Salonu24, bo to właśnie Salon zmobilizował mnie do pisania dzisiejszego tekstu. Pierwsze co mnie tam dziś uderzyło, to informacja, że ukazał się właśnie nowy tygodnik, zatytułowany „Wprost przeciwnie”, mający, wedle zapowiedzi, wesprzeć na rynku prasowym bardziej tradycyjnie zorientowaną część opinii publicznej. Ja już wcześniej słyszałem o tym tygodniku, o tym, że jest on szykowany, i że ma stanowić reakcję na przejęcie przez Tomasza Lisa i jego patronów oryginalnego „Wprostu”. Słyszałem, że on będzie „nasz”, że tam będą pisali sami „nasi” i że dzięki temu tygodnikowi, „nasi” urosną w siłę, a nam przez to zrobi się lepiej. I oto okazało się, że po pierwsze, do współredagowania owego pisma zgłosiła się najpierw cała plejada – jak najbardziej „naszych” – najznakomitszych publicystów, a po drugie, kiedy okazało się, że zaszła pomyłka, bo owo „Wprost przeciwnie” wcale nie jest „nasze”, tylko „ich” – i to jeszcze najprawdopodobniej „ich” w wydaniu turbo – większość z nich w popłochu uciekła, mrucząc pod nosem, że oni nie wiedzieli, że chcieli dobrze i że im się tylko wydawało.
No trudno. Zdarza się. Wprawdzie ja, gdyby mi ktoś zaproponował, bym został redakcyjnym kolegą Korwina-Mikke, natychmiast bym zaczął coś węszyć, no ale, jak wiadomo, ja jestem inny, więc się tu nie liczę. A więc trudno. Bywa i tak. Z tego też powodu, przyjmuję wyjaśnienia na przykład Sławomira Cenckiewicza, że on się dał wyrolować i nie zamierzam go już dręczyć. Natomiast bardzo mnie zainteresowała reakcja innego chętnego do tworzenia nowego, „prawdziwie prawicowego pisma przeznaczonego dla polskiej prawicy” – Tomasza Terlikowskiego. On, jak czytam w Salonie, najpierw zgodził się firmować swoim nazwiskiem ten szary projekt, następnie napisał na swoim blogu tekst, promujący pierwszy numer tego czegoś, wraz z otwierającym go głównym tekstem, a kiedy zorientował się, jakie palnął głupstwo, natychmiast rakiem się wycofał, udając, że on nic nie wie, bo jak się to gówno działo, to on akurat siedział w swojej przydomowej kaplicy i się modlił.
Szczegółów tej kompromitacji nie znam, ale sprawa mniej więcej wygląda tak, że redakcja „Wprost przeciwnie” postanowiła swój pierwszy numer poświęcić bardzo oczywiście ciekawemu zjawisku, że politycy – wszystkich jak najbardziej opcji – politycznie wykorzystują Kościół, i że to jest karygodne, następnie u Terlikowskiego – jako najpopularniejszego katolika w kraju – zamówiła odpowiedni tekst, Terlikowski go pięknie sprokurował pod tytułem „Kościół Tuska kontra Kościół Kaczyńskiego”, a Redakcja go zamieściła, zdobiąc go okładką, na której Kaczyński i Tusk, przebrani w szaty liturgiczne, udzielają sobie wzajemnie komunii. Takie jaja. Kiedy Terlikowski zobaczył tę okładkę, wpadł w panikę, bez słowa wyjaśnienia usunął swój tekst o tym, jak to ten grzesznik Kaczyński, wraz ze swoim bratem w grzechu, Tuskiem, plugawią naszą wiarę, i – jak już wcześniej wspomniałem – udał, że się akurat modli i o niczym nie wie.
Co za wstyd! Co za kompromitacja! Jakież to za dno! A jednocześnie – jakaż to nauka. Nie tylko dla Terlikowskiego, ale i dla nas wszystkich. Tym się właśnie kończy z jednej strony kłamstwo, a z drugiej głupota. To jest właśnie ten błąd i to jest właśnie ta kara. I powtarzam – Cenckiewicz jeszcze przynajmniej potrafił się zachować. Terlikowski pokazał wyłącznie, że jest niczym więcej, jak rozmodloną szmatą. Czy to mnie zaskakuje? Otóż nie. Jak pisałem już wcześniej, ja nigdy nie byłem na tyle nieroztropny, żeby ufać ludziom tylko z tego powodu, że mi pokażą krzyżyk na szyi, zdjęcie Kaczyńskiego w portfelu, opowiedzą mi dowcip o Piterze i zapewnią, że są przeciwko aborcji i pedałom. Ale to nie tylko to. Ja Terlikowskiego znam jeszcze z wcześniejszych czasów. Kiedyś, jeszcze bardzo dawno temu, kiedy nawet w głowie mi nie migotało, że kiedykolwiek będę prowadził ten blog, lubiłem pisać różne teksty i je wysyłać do gazet. Ponieważ pisanie zawsze mi przychodziło łatwo, owe teksty często były publikowane. A więc któregoś dnia napisałem taki żartobliwie-gorzki tekst, stanowiący parodię przemówienia sejmowego z przyszłości, które wzywa do uchwalenia ustawy o dopuszczalności aborcji wobec dzieci pięcioletnich, bo one bywają dokuczliwe i przeszkadzają dorosłym w oglądaniu piłki w telewizji. Nie pamiętam, gdzie go opublikowałem – chyba był to „Tygodnik Solidarność” – ale byłem z niego tak dumny, że go już w toyahowych czasach odtworzyłem z pamięci, i opublikowałem ponownie w Salonie, na swoim blogu. I co się stało? Otóż niedługo potem, Terlikowski napisał swój tekst, całkowicie i bezczelnie – zarówno pod względem treści, jak i samego pomysłu – z mojego zerżnięty. Ponieważ nie chciałem się awanturować, napisałem mu tylko grzeczny komentarz, że owszem, ładnie, i że ja też niedawno podobnie, i takie tam, no i żeby sobie Terlikowski zajrzał. Nic. Cisza. Zero reakcji. Tylko te komentarze, że Terlikowski to jednak mocny zawodnik. I jaki dowcipny!
Właśnie wtedy pomyślałem sobie, że z Terlikowskiego katolik, jak z koziej dupy trąba, i że jeśli mam wybierać między nim, a jakimś na przykład Kutzem, to nie mam zdania, tyle że jemu akurat już dziękuję. A zatem dziś, kiedy widzę, jak on się próbuje ślizgać, to nawet nie bardzo mi się chce na to patrzeć. I oto nagle mamy Kutza. Też w Salonie i chyba wczoraj. Napisał on tekst zatytułowany jakoś tak, że on nie lubi patrzeć na całujących się staruszków, a konkretnie chodziło mu o Jarosława Kaczyńskiego i Zytę Gilowską, kiedy to oboje spotkali się na sobotniej konferencji w Katowicach i się tam uścisnęli. Żart i satyra Kutza polegały na tym, że prezes Kaczyński i prof. Gilowska to stare pierniki i że jak oni się tak ściskają, to Kutza bierze na śmiech. I to uważam za przypadek niezwykle znamienny. Bo ja akurat miałem okazję oglądać Kutza wczoraj w telewizji, i to co on pokazał, było autentycznie szokujące. Ja nie wiem, ile on ma lat dokładnie, ale nawet jeśli 90, lub 100, to stanu, w jakim on się znajdował, nie usprawiedliwia nic. Przede wszystkim, Kutz praktycznie nie siedział, lecz leżał, mówił tak bełkotliwie, że jego słów w większości nie sposób było zrozumieć, a kiedy ten bałwan Kajdanowicz zadawał mu pytania, ten tylko stękał, by mu powtórzyć, bo on nie dosłyszał. W pewnym momencie zrobiło się tak upiornie, że zacząłem się autentycznie bać, że Kutz za chwilę umrze, zrobi się atmosfera jak z tego skeczu Mony Pytona o krykiecie, i będzie głupio, bo z jednej strony tragedia, a drugiej – powiedzcie państwo sami, jak tu się nie śmiać?
No ale rozumiem. Sprawa jest poważna, wszyscy się starzejemy i nie ma w tym nic zabawnego. Natomiast mi dziś chodzi o coś znacznie szerszego, a mianowicie o sytuację, w której ludzie, którzy powinni milczeć – gadają. I tu nie ma żadnych ograniczeń. Pełna demokracja. Starzy, młodzi, dzieci, mądrzy, głupi, pobożni, ateiści, nasi i obcy – wszyscy. Widzą, że się coś dzieje, natychmiast się pojawiają i zaczynają nadawać. I ani im do głowy nie przyjdzie, że świat staje jak wryty i zaczyna się już tylko rumienić.
Jak widzimy, kampania wciąż w zawieszeniu, ale proszę się nie martwić. Wszystko jest pod kontrolą. Proszę natomiast tradycyjnie kupować książkę o liściu. Naprawdę warto. No i, jeśli ktoś ma możliwości, proszę wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Jestem pewien, że też warto. Dziękuję.