Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wstyd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wstyd. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 kwietnia 2013

O fałszu nie do zniesienia, z nadzieją na upragnione światło

Miałem już nie pisać o wódzie, bo raz że ktoś mnie zacznie podejrzewać o to, że ja pije więcej, niż piję, a od czasu, jak któregoś dnia wpadłem na moją koleżankę Ginewrę cały śmierdzący piwem, szczególnie mi zależy, by tu nie było żadnych nieporozumień, a dwa, że wydaje mi się, że wszystko, co miałem do powiedzenia na temat uzależnień i relacji między nimi, a tak zwaną „dupą”, w jakiej się znajduje człowiek uzależniony, już powiedziałem. Więc po co się dalej popisywać?
Stało się jednak tak, że, jak już wspominałem parę dni temu, kupiłem mojej żonie i jednemu z dzieci tygodniki „Sieci” i „Do Rzeczy”, i nie ma dnia, bym nie przeczytał czegoś jeszcze bardziej szczególnego, niż to, co mi się zdarzyło przeczytać dzień wcześniej. I oto trafiłem na tekst Piotra Skwiecińskiego o Aleksandrze Kwaśniewskim, a dokładnie o tym, jak to on chlał, kiedy był jeszcze prezydentem, no a później też, czyli mniej więcej zawsze. I jaki to wstyd i żenada dla kogoś, komu przyszło odgrywać rolę osoby publicznej.
Samego tekstu nie przeczytałem, bo mi się nie chciało, i ograniczyłem się tylko do leadu, a więc: „Kwaśniewski, czyli historia się powtarza, jako farsa. Wszystko wskazuje na to, że obserwujemy koniec Aleksandra Kwaśniewskiego. Koniec tyleż widowiskowy, co pouczający. A zarazem – nieco żenujący”. Obejrzałem sobie natomiast cztery zdjęcia, ilustrujące artykuł Skwiecińskiego. Dwa z nich przedstawiają Kwaśniewskiego nawalonego, jedno Kwaśniewskiego nawalonego być może, natomiast czwarte najprawdopodobniej trzeźwego Skwiecińskiego.
Problem jaki mam, pisząc ten tekst, jest taki, że ja używam słowa „najprawdopodobniej” bardzo świadomie. Rzecz bowiem w tym, że ja tak naprawdę nie wiem, czy na tym zdjęciu Skwieciński jest trzeźwy, czy może równie pijany, jak Kwaśniewski, tyle że to jest zdjęcie pozowane, więc diabli wiedzą, co się tam działo przed i po?
Zanim ktoś mnie spyta, czemu ja się znowu dopieprzam do ludzi, tym razem w osobie Bogu ducha winnego Skwiecińskiego, podzielę się pewnym kompleksem, który, jak idzie o tego człowieka, prześladuje mnie od kilku lat, a dokładnie od jesieni roku 2008. Jesienią owego roku udałem się mianowicie do Warszawy na tak zwane „3 Urodziny Salonu”. Wielokrotnie opowiadałem najróżniejsze przygody, które mi się podczas tego wieczoru przytrafiły, natomiast na temat jednej z nich milczałem, jak zaklęty. Otóż chodzi o to, że w pewnym momencie wpadłem na Piotra Skwiecińskiego we własnej osobie, który był pijany jak bela. On nie był pijany w taki sposób, że coś tam pokrzykiwał, poklepywał ludzi po plecach, i śmiał się głośniej, niż wypada. On był pijany tak, jak są pijani ludzie, którym pozostaje już tylko bardzo się starać, by się nie wyrzygać. On był pijany tak, jak mnie się zdarzyło jeden raz w życiu, tyle że byłem wówczas kompletnie sam i na szczęście nikt mnie nie widział.
A więc przeszedł obok mnie Skwieciński, pijany jak bela, taki biedny i skoncentrowany wyłącznie na tym, by się nie wywalić, a ja sobie myślałem, co za czort go opętał? Czemu on się tak fatalnie wystawił? Czemu on nie wziął pod uwagę tego, że jest w końcu osobą publiczną, i to go do czegoś zobowiązuje? Choćby do tego, by zadbać o to, by po latach ktoś, kto jest mu osobą całkowicie obcą, nie musiał go kojarzyć wyłącznie z kimś, kto się zawsze musi nawalić. A tak się niestety stało. Ja dziś widzę zdjęcie Skwiecińskiego pod tekstem poświęconym Kwaśniewskiemu i jego nodze i widzę go dokładnie w tym stanie, co przed pięcioma laty. Walczącego z siłami biologii, fizyki i przyrody, i walkę tę na całej linii przegrywającego.
A więc powstaje pytanie, czemu ja się znęcam nad Skwiecińskim, który – co jest bardzo prawdopodobne – ma na sumieniu tylko tyle, że lubi sobie golnąć? I to ja, a więc ktoś, dla kogo flaszka stanowi w pewnym sensie wręcz obsesję. Otóż, jak idzie o mnie, niech Skwieciński będzie sobie zwykłym pijaczkiem, człowiekiem o bardzo słabej głowie, ciężkim alkoholikiem, względnie kimś, kto się nie potrafi oprzeć – tak jak ja – miłej atmosferze. To co mnie dziś dręczy, to fakt, że on będąc jednym z wymienionych wyżej typów, a jednocześnie osobą publiczną, postanawia nagle napisać tekst wyśmiewający chlanie prezydenta Kwaśniewskiego. Przepraszam bardzo, ale to już jest wyjątkowa bezczelność. Zwłaszcza w sytuacji, gdy ja widziałem Kwaśniewskiego setki razy, w tym pijanego razy trzy, natomiast Skwiecińskiego tylko raz, i to właśnie ten jeden raz.
Ale to też nie jest największy problem. To że Skwieciński, sam nie dbając w ogóle o dobrą opinię, zarzuca dokładnie to samo innym. U nich to jest, zwłaszcza ostatnio, wręcz plaga. On jest zaledwie jednym z dziennikarzy, w dodatku dziennikarzem, któremu w tej walce szczurów przypadło miejsce po stronie tak zwanej opozycji, gdzie wszystkiego jest mniej, i w znacznie gorszej jakości. To, co mnie wręcz niszczy wewnętrznie, to to, że on jest tak naprawdę zaledwie przykładem czegoś znacznie szerszego. Mam tu na myśli coś, co można określić bardzo wulgarnym zawołaniem: „A chuj tam!” Fakt, że ta obelżywość dobiegła nas ze strony tak zwanych „naszych”, jest wyjątkowo upokarzający.

Bardzo proszę wszystkich, którzy czytają te teksty i znajdują w nich czy to pocieszenie, czy codzienną inspirację do walki, o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. A ja mogę tylko obiecać, że te pieniądze nie pójdą na wódkę. Niestety, te czasy jeszcze wciąż daleko przed nami. Dziękuję.

poniedziałek, 26 września 2011

Nasi atakują

Przy okazji mojego kandydowania do Sejmu, poczułem w pewnym momencie konieczność ponownego zalogowania się w Salonie24, a to w związku z tym, że w niektórych komentarzach pojawiły się uwagi na mój temat całkowicie nieprawdziwe, a w których bezczelność tych nieprawd była tym bardziej dokuczliwa, im większa pewność ich autorów, że ja i tak nie zareaguję. Zalogowałem się więc w Salonie raz jeszcze, tyle że już nie jako Toyah, ale normalnie – Krzysztof Osiejuk, wyjaśniłem co było do wyjaśnienia… i w tym momencie okazało się, że skoro ja się tam pojawiłem, to nie ma co więcej nakręcać atmosfery. Teraz więc, jeśli w ogóle zamieszczam tam jakieś komentarze, to bardziej z przypadku i z tej zwykłej chęci powiedzenia czegoś w sytuacji, gdy powiedzieć wypada.
W sumie, ciekawa sprawa z tymi komentarzami. Prowadzę ten blog już niemal cztery lata, i przez ten czas zdążyłem się doskonale zorientować, czym jest Internet z punktu widzenia tego dowcipu, gdzie przed komputerem siedzą dwa psy i jeden z nich jest zachwycony, że ten system stwarza tak skuteczną zasłonę. Ale przez owe cztery już prawie lata, kiedy wklejam tu swoje teksty, miałem okazję też świetnie – niemal tak świetnie, jak podczas wieloletniej pracy nauczycielskiej – zauważyć, że człowiek pozostaje zagadką do końca i że jeśli ktoś uważa, że posiadł tu jakąkolwiek wiedzę, niech się lepiej zamknie. A przecież ja i tak nie mam najgorzej. Z osób tu komentujących miałem okazję poznać osobiście całkiem wielu, i muszę przyznać, że nie zawiodłem się ani razu. Ani razu nie musiałem sobie pluć w brodę, że gdzieś po drodze popełniłem błąd. A zatem, jak idzie o ten blog, mogę być tylko szczęśliwy.
Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że przez te wszystkie lata miałem okazję zobaczyć rzeczy przedziwne. A w tym wszystkim, najbardziej może wartościowe było to, że to właśnie tu zobaczyłem, że coś takiego jak podział na „naszych” i „tamtych”, to najgorsza i najbardziej niebezpieczna fikcja. Oczywiście – „oni” są tacy jacy są, i świetnie to wszyscy wiemy, natomiast nie ma nic gorszego jak ulec złudzeniu, że wszyscy co nie są „nimi” – to „nasi”. Ja dziś mogę na palcach obu rąk wymienić całą grupę najbardziej zawziętych i wymownych, tak zwanych prawicowych, blogerów – a wśród nich i tych najbardziej uznanych – których pierwszą wartością jest to, że z jakiegoś tajemniczego powodu, nie zostali ministrami w rządzie Donalda Tuska, a drugą – że chodzą do kościoła. Te niemal już cztery lata, to było nieustanne zmaganie się, oczywiście że przede wszystkim z najbardziej parszywymi trollami, ale wcale w nie mniejszym stopniu, z tymi niby „naszymi”. To jest moje doświadczenie, i nie odbiorą mi go jakiekolwiek zapewnienia, że wróg jest wspólny, a podziały niezdrowe. Każdy odpowiada za siebie i każdy jest rozliczany ze swojego.
Komentarze. Cóż tam się dzieje! Parę dni temu, nasz kolega Kazef zwrócił mi uwagę na coś co jest określone jako prawybory, a organizowane jest przez portal o nazwie slask.naszemiasto.pl. Nie wiem, co to takiego ów slask.naszemiasto.pl. Nie mam pojęcia, czy oni są „nasi” czy „nie-nasi”. Nigdy wcześniej o tym czymś nie słyszałem i nie sądzę, żeby ten fakt stanowił w moim życiu jakąś istotną stratę. Natomiast widzę, że moja kandydatura na tym blogu wygrywa w tak zwanych cuglach. Czy to mnie cieszy? Pewnie! Nie widzę żadnego powodu, by się tym faktem martwić, jednak to co jest tu dla mnie znacznie ciekawsze, to fakt, że tej zabawie towarzyszą komentarze – w tej chwili już chyba ponad 100 – z których zdecydowana większość ma na celu stworzenie wokół mnie takiej atmosfery, żeby ktoś zechciał mnie w końcu, jeśli nie zastrzelić, to mi zwyczajnie nakłaść po pysku. Kto taki pisze te komentarze? Nie do końca się orientuję. Domyślam się, że większość, to jacyś wynajęci działacze młodzieżówki PO, jeden z nich to z całą pewnością pewien starszy pan, którego awanse, pani Toyahowa, jeszcze w czasach licealnych odrzuciła, i on od tego zwariował, ale niechybnie są tam też, jak najbardziej, nasi serdecznie pisowcy, którzy mnie z jakiegoś powodu nie lubią i to im nie daje spać. A więc, krótko mówiąc, to jest Internet i cały ten bagaż, który on ze sobą niesie. No i ludzie. Nie „nasi”, nie „nie-nasi”, ale zwykli ludzie – tacy jak my.
Zacząłem od Salonu24, bo to właśnie Salon zmobilizował mnie do pisania dzisiejszego tekstu. Pierwsze co mnie tam dziś uderzyło, to informacja, że ukazał się właśnie nowy tygodnik, zatytułowany „Wprost przeciwnie”, mający, wedle zapowiedzi, wesprzeć na rynku prasowym bardziej tradycyjnie zorientowaną część opinii publicznej. Ja już wcześniej słyszałem o tym tygodniku, o tym, że jest on szykowany, i że ma stanowić reakcję na przejęcie przez Tomasza Lisa i jego patronów oryginalnego „Wprostu”. Słyszałem, że on będzie „nasz”, że tam będą pisali sami „nasi” i że dzięki temu tygodnikowi, „nasi” urosną w siłę, a nam przez to zrobi się lepiej. I oto okazało się, że po pierwsze, do współredagowania owego pisma zgłosiła się najpierw cała plejada – jak najbardziej „naszych” – najznakomitszych publicystów, a po drugie, kiedy okazało się, że zaszła pomyłka, bo owo „Wprost przeciwnie” wcale nie jest „nasze”, tylko „ich” – i to jeszcze najprawdopodobniej „ich” w wydaniu turbo – większość z nich w popłochu uciekła, mrucząc pod nosem, że oni nie wiedzieli, że chcieli dobrze i że im się tylko wydawało.
No trudno. Zdarza się. Wprawdzie ja, gdyby mi ktoś zaproponował, bym został redakcyjnym kolegą Korwina-Mikke, natychmiast bym zaczął coś węszyć, no ale, jak wiadomo, ja jestem inny, więc się tu nie liczę. A więc trudno. Bywa i tak. Z tego też powodu, przyjmuję wyjaśnienia na przykład Sławomira Cenckiewicza, że on się dał wyrolować i nie zamierzam go już dręczyć. Natomiast bardzo mnie zainteresowała reakcja innego chętnego do tworzenia nowego, „prawdziwie prawicowego pisma przeznaczonego dla polskiej prawicy” – Tomasza Terlikowskiego. On, jak czytam w Salonie, najpierw zgodził się firmować swoim nazwiskiem ten szary projekt, następnie napisał na swoim blogu tekst, promujący pierwszy numer tego czegoś, wraz z otwierającym go głównym tekstem, a kiedy zorientował się, jakie palnął głupstwo, natychmiast rakiem się wycofał, udając, że on nic nie wie, bo jak się to gówno działo, to on akurat siedział w swojej przydomowej kaplicy i się modlił.
Szczegółów tej kompromitacji nie znam, ale sprawa mniej więcej wygląda tak, że redakcja „Wprost przeciwnie” postanowiła swój pierwszy numer poświęcić bardzo oczywiście ciekawemu zjawisku, że politycy – wszystkich jak najbardziej opcji – politycznie wykorzystują Kościół, i że to jest karygodne, następnie u Terlikowskiego – jako najpopularniejszego katolika w kraju – zamówiła odpowiedni tekst, Terlikowski go pięknie sprokurował pod tytułem „Kościół Tuska kontra Kościół Kaczyńskiego”, a Redakcja go zamieściła, zdobiąc go okładką, na której Kaczyński i Tusk, przebrani w szaty liturgiczne, udzielają sobie wzajemnie komunii. Takie jaja. Kiedy Terlikowski zobaczył tę okładkę, wpadł w panikę, bez słowa wyjaśnienia usunął swój tekst o tym, jak to ten grzesznik Kaczyński, wraz ze swoim bratem w grzechu, Tuskiem, plugawią naszą wiarę, i – jak już wcześniej wspomniałem – udał, że się akurat modli i o niczym nie wie.
Co za wstyd! Co za kompromitacja! Jakież to za dno! A jednocześnie – jakaż to nauka. Nie tylko dla Terlikowskiego, ale i dla nas wszystkich. Tym się właśnie kończy z jednej strony kłamstwo, a z drugiej głupota. To jest właśnie ten błąd i to jest właśnie ta kara. I powtarzam – Cenckiewicz jeszcze przynajmniej potrafił się zachować. Terlikowski pokazał wyłącznie, że jest niczym więcej, jak rozmodloną szmatą. Czy to mnie zaskakuje? Otóż nie. Jak pisałem już wcześniej, ja nigdy nie byłem na tyle nieroztropny, żeby ufać ludziom tylko z tego powodu, że mi pokażą krzyżyk na szyi, zdjęcie Kaczyńskiego w portfelu, opowiedzą mi dowcip o Piterze i zapewnią, że są przeciwko aborcji i pedałom. Ale to nie tylko to. Ja Terlikowskiego znam jeszcze z wcześniejszych czasów. Kiedyś, jeszcze bardzo dawno temu, kiedy nawet w głowie mi nie migotało, że kiedykolwiek będę prowadził ten blog, lubiłem pisać różne teksty i je wysyłać do gazet. Ponieważ pisanie zawsze mi przychodziło łatwo, owe teksty często były publikowane. A więc któregoś dnia napisałem taki żartobliwie-gorzki tekst, stanowiący parodię przemówienia sejmowego z przyszłości, które wzywa do uchwalenia ustawy o dopuszczalności aborcji wobec dzieci pięcioletnich, bo one bywają dokuczliwe i przeszkadzają dorosłym w oglądaniu piłki w telewizji. Nie pamiętam, gdzie go opublikowałem – chyba był to „Tygodnik Solidarność” – ale byłem z niego tak dumny, że go już w toyahowych czasach odtworzyłem z pamięci, i opublikowałem ponownie w Salonie, na swoim blogu. I co się stało? Otóż niedługo potem, Terlikowski napisał swój tekst, całkowicie i bezczelnie – zarówno pod względem treści, jak i samego pomysłu – z mojego zerżnięty. Ponieważ nie chciałem się awanturować, napisałem mu tylko grzeczny komentarz, że owszem, ładnie, i że ja też niedawno podobnie, i takie tam, no i żeby sobie Terlikowski zajrzał. Nic. Cisza. Zero reakcji. Tylko te komentarze, że Terlikowski to jednak mocny zawodnik. I jaki dowcipny!
Właśnie wtedy pomyślałem sobie, że z Terlikowskiego katolik, jak z koziej dupy trąba, i że jeśli mam wybierać między nim, a jakimś na przykład Kutzem, to nie mam zdania, tyle że jemu akurat już dziękuję. A zatem dziś, kiedy widzę, jak on się próbuje ślizgać, to nawet nie bardzo mi się chce na to patrzeć. I oto nagle mamy Kutza. Też w Salonie i chyba wczoraj. Napisał on tekst zatytułowany jakoś tak, że on nie lubi patrzeć na całujących się staruszków, a konkretnie chodziło mu o Jarosława Kaczyńskiego i Zytę Gilowską, kiedy to oboje spotkali się na sobotniej konferencji w Katowicach i się tam uścisnęli. Żart i satyra Kutza polegały na tym, że prezes Kaczyński i prof. Gilowska to stare pierniki i że jak oni się tak ściskają, to Kutza bierze na śmiech. I to uważam za przypadek niezwykle znamienny. Bo ja akurat miałem okazję oglądać Kutza wczoraj w telewizji, i to co on pokazał, było autentycznie szokujące. Ja nie wiem, ile on ma lat dokładnie, ale nawet jeśli 90, lub 100, to stanu, w jakim on się znajdował, nie usprawiedliwia nic. Przede wszystkim, Kutz praktycznie nie siedział, lecz leżał, mówił tak bełkotliwie, że jego słów w większości nie sposób było zrozumieć, a kiedy ten bałwan Kajdanowicz zadawał mu pytania, ten tylko stękał, by mu powtórzyć, bo on nie dosłyszał. W pewnym momencie zrobiło się tak upiornie, że zacząłem się autentycznie bać, że Kutz za chwilę umrze, zrobi się atmosfera jak z tego skeczu Mony Pytona o krykiecie, i będzie głupio, bo z jednej strony tragedia, a drugiej – powiedzcie państwo sami, jak tu się nie śmiać?
No ale rozumiem. Sprawa jest poważna, wszyscy się starzejemy i nie ma w tym nic zabawnego. Natomiast mi dziś chodzi o coś znacznie szerszego, a mianowicie o sytuację, w której ludzie, którzy powinni milczeć – gadają. I tu nie ma żadnych ograniczeń. Pełna demokracja. Starzy, młodzi, dzieci, mądrzy, głupi, pobożni, ateiści, nasi i obcy – wszyscy. Widzą, że się coś dzieje, natychmiast się pojawiają i zaczynają nadawać. I ani im do głowy nie przyjdzie, że świat staje jak wryty i zaczyna się już tylko rumienić.

Jak widzimy, kampania wciąż w zawieszeniu, ale proszę się nie martwić. Wszystko jest pod kontrolą. Proszę natomiast tradycyjnie kupować książkę o liściu. Naprawdę warto. No i, jeśli ktoś ma możliwości, proszę wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Jestem pewien, że też warto. Dziękuję.

poniedziałek, 15 lutego 2010

O Solidarności bezwstydnej



Zbigniew Romaszewski obraził się i wystąpił z PiS-u. Dlaczego? Wygląda na to, że pierwszą przyczyną było to, że został przez partię, z którą dotychczas się utożsamiał, ukarany. Za co został ukarany? Za to, że w tzw. sprawie senatora Piesiewicza, z punktu widzenia wrażliwości reprezentowanej przez projekt o nazwie Prawo i Sprawiedliwość, zajął stanowisko tak drastycznie kuriozalne, że osoby nawet najbardziej oddane legendzie Romaszewskiego, wręcz usłyszały, jak im opadają ręce. Dlaczego więc Zbigniew Romaszewski się obraził? Ta kwestia akurat jest najbardziej oczywista i w pewnym sensie nawet zrozumiała. Romaszewski jest osobą zbyt ważną i poważną, i to nie tylko dla PiS-u, by pozwalać sobie na tego typu upokorzenia, jak partyjna nagana. A więc odchodzi. Problem pozostaje jeden. Czemu on – taki człowiek – pozwolił sobie na tak żałosny i tandetny gest jak obrona senatora Piesiewicza? A więc czemu uznał za stosowne osobiście, bez żadnego nacisku i żadnego w gruncie rzeczy powodu, się wykluczyć?
Dziś słucham rozmowy, jaką z Romaszewskim przeprowadza jeden z dziennikarzy telewizji TVN24, którego zasługi dla medialnego kłamstwa są tak znaczące, że odruchowo zapomniałem jego nazwiska. I ten oto dziennikarz pyta Senatora o partyjną dyscyplinę. I na to Zbigniew Romaszewski odpowiada w sposób, który jest szokujący nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że naprawdę, z punktu widzenia kogoś takiego jak Romaszewski innego rozwiązania, jak wystąpienie z klubu, nie było. Otóż Romaszewski odpowiada mniej więcej tak: „Dyscyplina owszem. Tyle że nawet dyscyplina ma swoje granice”. I teraz pozostaje tylko dodać jedno „A granicą jestem ja”. Tego akurat Romaszewski nie powiedział. A szkoda, bo powinien. Przynajmniej byłoby uczciwie. I prawdziwie. Jednak nie mówi. Mówi co innego. Dyscyplina owszem, ale nie w sytuacji kiedy na szali stoi los człowieka uczciwego, moralnie nieskazitelnego, prawdopodobnie dobrego kolegi senatora Romaszewskiego, który najpierw angażuje się w zachowania, według wszelkich znanych cywilizowanemu światu standardów, kompromitujące, a następnie, zamiast wstąpić do klasztoru, bredzi coś o tym, że nigdy nikogo nie skrzywdził, a jedynie popełnił grzech nieroztropności. I to jest to, co mnie i zadziwia i smuci. Dlatego że to jest Romaszewski, a więc dla mnie nie byle kto.
Dlaczego dla Zbigniewa Romaszewskiego kwestia obrony dobrego imienia swojego kolegi, Krzysztofa Piesiewicza była tak istotna, że postanowił – wraz zresztą z innymi dobrymi swoimi kolegami i kolegami Senatora – postawić na szali cały swój autorytet i tym samym, jednym szybkim i krótkim gestem, go zmarnować? Jak to się stało, że Zbigniew Romaszewski przez tyle ciężkich lat potrafił znaleźć w sobie tyle siły moralnej, a przecież i siły fizycznej, że nic go nie złamało, a ugiął się w sytuacji pozornie tak prostej? Nie wiem i powiem szczerze, boję się wiedzieć. Jest mi naturalnie bardzo przykro, że wystąpił z klubu i że tym samym praktycznie otworzył sobie drogę do politycznego niebytu. Oczywiście, może jeszcze wstąpić do Platformy, jak Mężydło, ale to naprawdę nic nie zmieni. Ta przykrość i ten żal i tak pozostanie. Wiem jednak coś jeszcze. To mianowicie, że gdyby PiS – w końcu projekt, z którym i ja czuję się blisko – tolerował coś takiego, taki upadek, naraziłby się na stratę jeszcze większą. Bo po drugiej stronie tego wstydu jest Krzysztof Piesiewicz – zaćpany autorytet w sukience. Czyli coś, co znieść już jest naprawdę trudno.
Tak trudno, że nawet nie chce się znać odpowiedzi.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...