wtorek, 7 lipca 2020

Czy TVN24 popadł w czarny antysemityzm?


      Podczas niedzielnego wiecu Rafała Trzaskowskiego w Katowicach, który opisałem tu wczoraj, a który wcześniej obejrzałem na żywo w telewizji TVN24, w pewnym momencie w oku kamery – i to na dość długą chwilę – pokazał się plakat, wykonany w sposób ewidentnie metodą chałupniczą, gdzie na pierwszym tle widniał napis „CZOSNKOWSKI”, a pod spodem osiem gwiazdek w podziale pięć na trzy. Moja pierwsza reakcja była taka, że ten czosnek zdecydowanie musi coś oznaczać, a już chwilę później uznałem, że to jest coś absolutnie niezwykłego, że osoby odpowiadające za ów przekaz zdecydowały się się naprawdę dość długą część czasu poświęcić akurat na to coś.
      W tej sytuacji pomyslałem, że zrobię coś, co się wręcz w tej sytuacji narzuca, wpisałem słowo „czosnkowski” w Google’a i dowiedziałem się, że w ten sposób prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego określają ci sami ludzie, którzy zamiast nazwiska Duda używają słowa „Juda”. Pozostały te gwiazdki. Otóż i to sprawdziłem i okazuje się, że w tych właśnie dniach na Twitterze postał projekt o nazwie Ruch Ośmiu Gwiazdek, gdzie z zasady tępi się Prawo i Sprawiedliwość, a owe gwiazdki to wykropkowane, dość popularne ostatnio hasło, „Jebać PiS”.
       Oczywiście, z mojego punktu widzenia, najciekawsze było to, jak to się stało, że osoby realizujące ów wiec na potrzeby telewizji uznały, że to jest akurat obraz, który warto zachować dla historii. Czy to możliwe, że oni akurat swą myślą owego czosnku nie dotknęli, natomiast im się bardzo spodobały te gwiazdki, które musiały być im zarówno znajome jak i miłe? Owszem, to jest bardzo możliwe. Ja biorę bardzo mocno pod uwagę, że osoba decydująca o kształcie tej transmisji uznała, że choć prawdopodobnie telewidzowie ani owego czosnku, ani tych gwiazdek nie zrozumieją, to nic nie zaszkodzi, jeśli się w ten sposób zaznaczy teren i będzie gites. No i teren został zaznaczony. Podczas transmisji przemówienia Rafała Trzaskowskiego na katowickim rynku w świat poszedł przekaz, że PiS należy „jebać”.
       Jest jednak coś jeszcze, niewykluczone, że równie interesujące. Otóż ja bym bardzo chciał wiedzieć, któż to taki pojawił się tam z tym nagryzmolonym nad śląską roladą czosnkiem i PiS-em, który należy „jebać”. Jaka to polityczna siła zdecydowała się na ów wysiłek? Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że za tą akcją stoi organizacja, która tak naprawdę uważa, że „jebać” należy przede wszystkim Żydów, a więc zarówno Dudę, jak i Trzaskowskiego, jak i całe to jedno i drugie towarzystwo, które ich nam, prawdziwym polskim patriotom, próbuje wcisnąć. Jest też oczywiście prawdopodobne, że ten plakat w swoich drżących dłoniach trzymał człowiek, który o tej całej polityce nie ma bladego pojęcia, natomiast szalenie się nią interesuje – swoją drogą, takich każdy z nas ma wśród swoich bliskich znajomych wielu – ale jest zwykłym wariatem, który nawet nie wie, o co mu chodzi kiedy wykrzykuje jakieś hasła.
        Niezależnie od tego jaka jest prawda, faktem jest, że w dniu gdy prezydent Warszawy Trzaskowski przybył do Katowic i na katowickim rynku zorganizował wiec, który telewizja TVN24 postanowiła transmitować, w tłumie pojawił się ktoś, kto przedstawił opinię, że najbliższy wybór to wybór między dwoma Żydami, a ci durnie uznali że to jest świetna okazja, by zakomunikować światu, że należy „jebać” PiS.
        Przyznaję, że nie wiem, co można w tej sytuacji zrobić, nie wykluczam jednak, że tu by się jednak przydała interwencja ambasador Mosbacher.





      

poniedziałek, 6 lipca 2020

Krótka rozprawa między Rafałem, Gizelą i Gośką nad roladą z modrą kapustą


      Słuchajcie, powiem wam coś. Kiedy przyjechałem na Śląsk po raz pierwszy spotkałem się z Gizelą, moją przyszłą teściową i matką Gośki, i ona powiedziała do mnie „Rafał, czemu twój samochód jest taki brudny?” A ja od tego momentu zawsze dbam o to, by on był czysty, bo wiem, że Ślązacy cenią czystość. Bardzo więc cieszę się i jestem przy tym bardzo dumny, że jestem tu w Katowicach, bo wiem, że Ślązacy, tak jak wszyscy Polacy, nie zgadzają się na to, by władza mówiła im co mają robić. Dziękuję też bardzo pani senator za to, że przyjęła mnie u siebie na obiedzie, gdzie zjadłem roladę z modrą kapustą i mam przez to siłę, by do was mówić. Słuchajcie, powiem wam coś jeszcze. Popatrzcie jak was traktuje obecna władza. Jeszcze niedawno oni zamknęli szkoły i kazali wam ślęczeć po nocach i uczyć wasze dzieci, a dziś mówią, że opanowali pandemię. Ale powiem wam coś jeszcze. Wiecie co? Kiedy po raz pierwszy rozmawiałem z mamą Gośki, ona mi powiedziała, że jest różnica między Śląskiem i Zagłębiem, ale też Śląskiem Cieszyńskim. Chciałem w tym miejscu podziękować wszystkim Ślązakom, wszystkim nauczycielom z Katowic i z Zagłębia i ze Śląska Cieszyńskiego za to, że przez ten czas pandemii poświęcali swój czas by uczyć nasze dzieci, bo rząd tego robić nie chciał.
     Kiedy niedawno Andrzej Duda był w Warszawie obraził mieszkańców Warszawy. Obiecuję wam, że ja nigdy nie będę obrażał mieszkańców żadnej części Polski, ponieważ wiem, że Ślązacy by mi tego nie wybaczyli. A jak twardymi ludźmi jesteście, wiem od Gizeli, mojej teściowej i mamy Gośki.
     Wiecie co? Stoję tu przed wami z Gośką i chciałem wam powiedzieć, że jestem dumny, że Gośka reprezentuje wszystkie polskie kobiety, które mają dość. Chciałem tu podziękować Gośce za to, że mnie wspiera i wspiera też wszystkie polskie kobiety, które nie mogą się doczekać czasów, gdy będą szanowane tak jak mężczyźni.
     Ale słuchajcie. Powiem wam coś jeszcze. Moja 15-letnia córka przyszła do mnie i powiedziała: „Tato, czemu mężczyźni wciąż rozmawiają o problemach kobiet? Czemu problemami kobiet nie zajmują się kobiety?” A ja wtedy sobie pomyślałem, że kiedy słucham jak nasza władza wciąż każe nam rozmawiać na różne tematy, to proszę was, byście im te tematy odebrali. To nie są ich tematy, to są wasze tematy. Każdy temat, który oni zaproponują, powinniście im odebrać, bo to nie jest ich temat, ale wasz temat. Weźmy taką solidarność. Solidarność to my, a nie oni. Oni nie wiedzą nic o solidarności. Tak samo patriotyzm. Co oni wiedzą o patriotyzmie? Nic. Musimy im zabrać ten temat, bo to jest nasz wspólny temat, a nie ich.
      Ale słuchajcie, bo na zakończenie powiem wam coś jeszcze. Wiecie co? Przyjechałem tu na Śląsk i chciałem wam powiedzieć, że nie często bywam zazdrosny, ale tym razem jestem naprawdę zazdrosny. Zazdroszczę wam, że będziecie mieli tak wspaniałą pierwszą damę jak Gośka. Kocham Cię Gośka.
     
      Rafał, Rafał, Rafał! Gośka, Gośka, Gośka! Mamy dość! Mamy dość! Mamy dość!
    
      Powiem szczerze, że od wczoraj, mimo nadzwyczaj ciężkich doświadczeń, wciąż zaglądam do stacji TVN24, by sprawdzić, co się u nich dzieje i za każdym razem trafiam na kolejne informacje na temat tego, jak Andrzej Duda ułaskawił pedofila. Ktoś powie, że ja przesadzam. Otóż nie. Daję uroczyste słowo honoru, że ile razy tam wchodziłem, to oni zajmowali się wyłącznie kwestią owej pedofilii i jej pierwszego adwokata, Andrzeja Dudy. Miałem naprawdę nadzieję, że oni coś powiedzą o Trzaskowskim i jego kampanii, nic z tego. Wciąż trafiałem na kolejne wypowiedzi jakichś specjalistów od rozwiązywania rodzinnych kryzysów. Zachodziłem więc tam, wychodziłem, aż wreszcie w pewnym momencie trafiłem na spotkanie Rafała Trzaskowskiego tu u mnie w Katowicach i jego wystąpienie. I tak już zostałem. Był więc ów katowicki Rynek, był ten tłum, na moje oko, w ilości paruset osób, no i sam mistrz. Powiem od razu, że moim zdaniem, to że już po paru minutach owej prezentacji na widowni nie pozostało więcej niż pięciu lokalnych meneli, uważam za wynik dla mnie nie pojęty. No ale ponieważ nie takie cuda wcześniej przeżyłem, musiałem to co ujrzałem przyjąć jako fakt i dzięki temu też piszę te słowa. A przekaz mój jest taki, że każdy kto ma w ogóle świadomość, z kim ma do czynienia – bo wiem oczywiście, że jest wśród nas wielu takich, co o tym zwyczajnie nie mają bladego pojęcia i do nich pretensji mieć nie mogę – dziś zdecyduje się na to, by za tydzień zagłosować na Rafała Trzaskowskiego jest idiotą. Skończonym, nieuleczalnym idiotą. Po wysłuchaniu wystąpienia Rafała Trzaskowskiego na wczorajszym wiecu w Katowicach, które tu skrótowo, najlepiej jak potrafię, przedstawiłem, pragnę uroczyście ogłosić, że każdy kto uzna, że ten człowiek zasługuje na to, by zostać kolejnym Prezydentem RP, jest kompletnym idiotą.
          Każdy z nas, kto ma pretensje do tego by być traktowany jako człowiek przytomny i świadomy świata w którym żyje, powinien wiedzieć, że Polska która głosem ludu na kolejne pięć lat zostanie skazana na prezydenturę Rafała Trzaskowskiego, to Polska nie zasługująca na choćby najdrobniejsze uprzejmości losu. Polska, która wybierze Rafała Trzaskowskiego na prezydenta, to Polska chora i wymagająca najbardziej radykalnej terapii. To czego się obawiam, to sytuacja, gdzie już żaden lekarz się do tej roboty nie zgłosi.


     

niedziela, 5 lipca 2020

Andrzej Duda - to się uda! A Państwu już podziękujemy.


       Parokrotnie ostatnio dawałem tu wyraz swojemu zaniepokojeniu sposobem w jaki prezes Kurski, najpierw bezpośrednio, a ostatnio w sposób sobie tylko znany, uczestniczy w promocji wysiłków Andrzeja Dudy na rzecz przedłużenia swojej służby dla  Polski. Jednocześnie jednak, przy każdej kolejnej okazji, robiłem jedno i to samo zastrzeżenie, że oto mianowicie nie jesteśmy w stanie dokonać pełnej oceny zachowania publicznej telewizji w czasie bieżącej kampanii, o ile nie uzyskamy pełnego obrazu tego, co w tym samym czasie dzieje się tam, gdzie Andrzej Duda pozostaje możliwie najczarniejszym charakterem i gdzie jego ewentualne zwycięstwo stanowi zapowiedź nie mniej czarnej przyszłości z punktu widzenia najbardziej czarnego towarzystwa. A tu oczywiście miałem na myśli przede wszystkim telewizję TVN24.
        Ja akurat owej stacji zasadniczo nie oglądam od mniej więcej pięciu lat. Owszem, zaglądam na ich internetowy profil, gdzie siłą rzeczy – w końcu to jednak Internet – oni się muszą bardziej starać, gdy chodzi o telewizor jednak, pozostaję kompletnie niepoinformowany. Mimo to jednak, ani przez moment nie przyszło mi do głowy sądzić, że ów rodzaj agresji, jaką prezentuje Telewizja Polska, pozostaje bez jakiegokolwiek odniesienia do tego, co się najpewniej dzieje po przeciwnej stronie.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, że spędzaliśmy tu wczoraj bardzo przyjemnie czas przed telewizorem, gdzie Arsenal niszczył cudowne dziecko Eltona Johna, a kiedy owa męka dobiegła końca, przełączyliśmy na TVP Info, gdzie akurat emitowany był świeżo wznowiony po oficjalnym zakończeniu pandemii program „Studio Polska”, a w tej sytuacji ktoś z nas nagle zaproponował, by zajrzeć do stacji TVN24 i zobaczyć, jak oni sobie radzą z bieżącą sytuacją.
       Otóż muszę powiedzieć, że to czego w tym momencie doświadczyliśmy, problem jaki tu od czasu do czasu się pojawia, rozstrzyga ostatecznie. Nawet jeśli publiczna telewizja jakimś cudem osiągnie poziom niesławnego Dziennika Telewizyjnego, nawet jeśli ktoś powie, że tam ów poziom już dawno został osiągnięty, a nawet gdy jeszcze ktoś przyjdzie i aktualną produkcję TVP oceni, jako coś dotychczas na rynku medialnej propagandy nieznanego, to co – nie wiem, jak to jest na co dzień, bo, jak mówię, staram się nie angażować – w telewizji TVN24 pojawiło się wczoraj, to jest coś, co bije wszelkie rekordy.
      Ja nie mówię, że myśmy tam dzielnie trwali przez choćby i dziesięć minut, bo tego normalny człowiek by zwyczajnie nie zniósł, jednak te kilka minut spędzone na oglądaniu telewizji TVN24 mnie osobiście utwierdził tylko w podejrzeniu, że każdy przejaw słabości z naszej strony musi nas doprowadzić do nieuniknionej i bezdyskusyjnej porażki. Jeśli to co dziś, każdego wieczora o godzinie 19.30, jesteśmy zmuszeni cierpieć zmieni się choćby o jotę, po nas nie zostanie nawet kurz. Dlaczego? Bo po stronie przeciwnej cała moc propagandowego ataku ustawiona jest na jeden tylko kierunek i nie widać choćby śladu jakiegokolwiek ustępstwa. Ale mało tego. Tu nie chodzi tylko o ów wymiar propagandowy. Tu problemem nie jest tylko to, że oni agitują za Trzaskowskim, a Dudę przy tej okazji skutecznie niszczą. To jest akurat też coś, co systematycznie i bez cienia wstydu robi Telewizja Polska. Rzecz w tym, że z tego co udało nam się wczoraj zauważyć, TVN24 zachowuje się dokładnie tak samo jak ludzie, którzy uczestniczą w relacjonowanych przez telewizję spotkaniach Rafała Trzaskowskiego, owi kompletnie nieprzytomni w swojej nienawiści wariaci, którzy nawet jeśli sobie tego nie uświadamiają rozumowo, w jakiś sposób czują, że oto rozstrzyga się coś dla nich absolutnie najważniejszego, a więc ŻYCIE. W TVP choćby i najbardziej zaangażowani propagandziści przynajmniej są uśmiechnięci, by nie powiedzieć, weseli. Tam są wyłącznie zaciśnięte zęby i wściekłość na twarzach.
       Ktoś się zapyta, co tam się działo, a ja chętnie odpowiem. Otóż przez te dziesięć może minut które udało nam się wytrzymać, jedynym tematem – a zaznaczam, że mówimy o przekazie dnia – była sprawa ułaskawienia pedofila. Cały wysiłek, jaki stacja TVN24 poświęciła na wypełnienie tego czasu, skierowany był na to, by pokazać, jak w rzeczy samej Andrzej Duda skazał ową udręczoną córkę i jej matkę na kolejne lata  cierpień pod ciężką ręką bezwzględnego pedofila. Oglądaliśmy ów przekaz, a ja sobie natychmiast pomyślałem, że skoro, jak się okazuje, oni już naprawdę nie mają nic innego, jak ów tekst z dziennika „Fakt”, to znaczy, że oni w ogóle nie mają już nic i najbliższy tydzień albo zostanie wypełniony głosami jakichś wynajętych psychologów, którzy będą nam po raz kolejny objaśniać, na czym polega tak zwany „Syndrom Sztokholmski”, albo wpadną na jakiś nowy temat, tyle że aby do tego dojść będą musieli poczekać aż nadejdą nowe informacje z Niemiec, czy Rosji. Jedno jest pewne: na żadne realne argumenty na rzecz niedopuszczenia  Andrzeja Dudy do drugiej kadencji, liczyć nie możemy. Tam zwyczajnie nie ma już nic. Skończy się sprawa pedofila, pojawi się jakiś romans, czy świeżo odkryta afera finansowa i na tym koniec. Dziś jednak to jest już dla nas akurat całkowicie obojętne. Zwłaszcza że, oceniając choćby po opisanym wyżej zachowaniu, wynik tych wyborów jest ostatecznie rozstrzygnięty. A oni, nawet jeśli wciąż tego nie wiedzą, to z całą pewnością drżą i to drżą tak, że owe twarze powoli zaczynają się stawać rozmazane, jak szprychy w kole roweru.


Zdjęcie: Jakub Szymczuk Facebook

sobota, 4 lipca 2020

O nienawistnym bezwstydzie słów parę


       Zwracałem tu jakiś czas temu uwagę na fakt, że z niewyjaśnionych do końca powodów, ile razy któryś z polityków, czy z osób związanych z Prawem i Sprawiedliwością uczyni coś głupiego, w jednej chwili wielu z nas wpada w autentyczną histerię, zapowiadając, że ów wybryk przyniesie nam najpierw spadek w sondażach, a następnie już tylko ostateczną porażkę. Sugeruję tu przyczyny nie do końca wyjaśnione, mimo to jednak mam pewne swoje podejrzenia. Otóż biorę pod uwagę fakt, że z punktu widzenia wyborców prawicy kwestia rozróżnienia między prawdą a kłamstwem jest tak istotna, że każdy naruszenie owej granicy powoduje taki szok, że reakcja musi być natychmiastowa. Czy tak jest, pewności mieć nie mogę, natomiast faktem jest, że po raz kolejny wychodzi na to, że podczas gdy z jednej strony obserwujemy owo nieustanne zatroskanie, z drugiej triumfuje wieczne bezhołowie.
        Proszę zwrócić uwagę na najnowsze wyczyny posła Platformy Obywatelskiej Sławomira Nitrasa. My tu oczywiście znamy jego możliwości z lat minionych i w pewnym sensie traktujemy je z  odpowiednim przymrużeniem oka, mamy jednak ową kampanię i wszystko nagle staje się ważne bardziej niż zwykle, a na tym tle pojawia się wspomniany Nitras i zaczyna po raz kolejny prezentować swoje ciężkie deficyty. A ja w tym momencie, choć nie mam żadnego problemu z tym idiotą, to jednak co mnie zastanawia, to reakcja osób trzymających się jak pijany płotu strony przez Nitrasa w sposób oczywisty reprezentowanej. Oni w żaden sposób nie czują jakiegokolwiek zagrożenia; w najmniejszym stopniu nie uważają, że to co wyprawia Sławomir Nitras może ich projektowi w jakikolwiek sposób zaszkodzić. Oni najwyraźniej wierzą w to, że cel uświęca środki, a poza tym w doborze owych środków nie widzą nic złego.
        Poseł Sławomir Nitras – przypomnijmy, że jeden z najważniejszych członków sztabu wyborczego kandydata Trzaskowskiego – zachowuje się jak klasyczny ulicznik, w dodatku, jeśli weźmiemy pod uwagę pozycję jaką zajmuje w publicznej przestrzeni, prowokujący swoim zachowaniem jeszcze poważniejsze podejrzenia, sięgające jeszcze głębiej w rejony, których już normalna polityka nie toleruje, a tymczasem wszystko wskazuje na to, że tam, gdzie do tych wszystkich ekscesów dochodzi, nikt nie dość że nie uzna, że tego Nitrasa może należałoby odsunąć na chwilę od kampanii, to w ogóle nie poczuje najmniejszego niepokoju.
      Czemu tak? Otóż moim zdaniem odpowiedź na to jest jedna. Przede wszystkim oni żyją wyłącznie nienawiścią, i jakkolwiek owo słowo „nienawiść” stało się z biegiem lat zużyte, sama nienawiść oczywiście istnieje i to ona nadaje sens życiu ludzi o których dziś rozmawiamy. A zatem, jeśli po naszej stronie wciąż zwycięża pragnienie, nawet jeśli nie prawdy, to pewnej oczekiwanej w tej grze przyzwoitości, tam nie ma już żadnych ograniczeń. Z czego zatem wynika owa ostrożność? Tu też odpowiedź jest bardzo prosta. Otóż nam się wciąż wydaje, że, niezależnie od wszystkiego, za wyborami które podejmujemy, stoi wciąż i mimo wszystko jakieś pragnienie uniwersalnego porządku, w którym ktoś taki jak Sławomir Nitras się jednak już nie mieści. Co ja mówię, Sławomir Nitras? Tam się nie mieszczą autorzy najróżniejszych, nie mniej szokujących wystąpień. I to wtedy właśnie my, wciąż zachowując to nasze zupełnie podstawowe pragnienie zachowania jakiegoś uniwersalnego porządku, ile razy on zostanie zakłócony, najpierw protestujemy, a potem zaczynamy drżeć przed nieuniknioną karą.
        Oczywiście chciałbym bardzo byśmy zachowali ów pierwotny instynkt i nie zsunęli się do poziomu, gdzie żadne zasady już nie obowiązują. Myślę jednak, że jeśli uda nam się choć na chwilę przestać drżeć na widok choćby posła Tarczyńskiego, choćby i walącego czymś ciężkim po tępym łbie posła Nitrasa, nie stanie się nic złego. Najwyżej Tarczyński zamachnie się zbyt mocno i będziemy mieli jednocześnie dwa problemy z głowy. A co na ten temat pomyślą obie strony politycznego sporu, pozostanie bez zmian.



piątek, 3 lipca 2020

O tym jak nam zamazali twarze


       Moje felietony, pisane już od ponad pięciu lat dla „Warszawskiej Gazety” – swoją drogą, przypominam, że jedynego medium, które nie dość, że zaproponowało mi współpracę, to jeszcze realizuje owo zaproszenie bez jakichkolwiek cenzorskich ingerencji, pozwalając mi bezkarnie głosić wszystko, co mi przyjdzie do głowy – mają to do siebie, że od samego początku zawierają dokładnie 444 słowa. Czemu tak? Otóż jest to kwestia całkowitego przypadku. Kiedy Piotr Bachurski po raz pierwszy do mnie napisał, wspomniał o felietonie na 400 do 500 słów, ja napisałem co napisałem, zmierzyłem długość, wyszło mi 444 i tak już zostało. Muszę się pochwalić, że od samego początku, owej granicy udało mi się nie przekroczyć ani w jedną ani w drugą stronę i radzę sobie z tym zupełnie dobrze. Wydaje się jednak, że w przypadku dzisiejszego tekstu, choć oczywiście oryginalnie on zawiera wspomniane 444 słowa, będę się musiał nieco rozpisać i przedstawić czytelnikom tego bloga wersję mocno rozszerzoną. Czemu? Bo sprawa jest absolutnie podstawowa i nie sądzę, żebym nawet i dziś cały temat odpowiednio zamknął.
       Otóż oryginalnie felieton ten pisałem w miniony poniedziałek, zaraz po pierwszej turze wyborów i właśnie w związku z tym akurat dniem, uznałem że mam do przekazania parę refleksji. Otóż, jak może część z nas wie, mieszkam w Katowicach, gdzie od zawsze grubo ponad połowa zainteresowanych polityką mieszkańców, przy każdej wyborczej okazji, regularnie stawia na któregoś z kandydatów tak zwanej III RP. Owo szaleństwo sięgnęło szczytu, gdy w roku 2015 w moim lokalu wyborczym Bronisław Komorowski w pierwszej turze wyborów uzyskał aż 64 procent głosów osób, których znam ze spacerów z psem, z uprzejmych pogaduszek w sklepie, czy wreszcie z kościoła.
      Próbowałem wielokrotnie ów problem rozgryźć i przez jakiś czas chodziła mi po głowie myśl, że prawdopodobnie większość z osób biorących udział w wyborach, o polityce nie ma pojęcia i całą swoją polityczną wiedzę opiera na informacjach pozyskanych od swoich znajomych. A to już jest coś, co z pewnością każdy z nas zdążył zaobserwować. Otóż ludzie którzy są nastawieni do Prawa i Sprawiedliwości najbardziej wrogo, to są jednocześnie te same osoby, które – nawet do tego nie zachęcani – swoimi politycznymi opiniami dzielą się najchętniej. Nie ma bowiem takiej możliwości, by którykolwiek z naszych choćby przelotnie znajomych, który nienawidzi PiS-u, przy pierwszej możliwej okazji nas o tym nie poinformował. Mało tego. Nie ma możliwości, by ktoś kogo nawet nie znamy, ale z jakiegoś powodu nawiązaliśmy z nim rozmowę nie uznał za stosowne wspomnieć coś na temat tego, że Kaczyński to idiota. My tak, ze względu na swoją zwykłą delikatność, a oprócz tego, polityczną świadomość, nie postępujemy, a kiedy zostaniemy już w tej sytuacji postawieni, to zwyczajnie nie ragujemy. Znamy to, wiemy że tak jest i inaczej nie będzie i ten stan rzeczy akceptujemy.     
       I oto nadszedł ów powyborczy poniedziałek i ledwo co wyszedłem z psem na spacer zaczepił mnie człowiek, którego znam z widzenia i odezwał się do mnie następującymi słowami: „No i co pan powie na to, że pewnie Dupa wciąż będzie prezydentem?” Chwilę później spotkałem swoją, tym razem bliską, znajomą – serdecznie zaangażowanego w sprawę wyborcę Prawa i Sprawiedliwości – i ona z kolei opowiedziała mi, jak ją bardzo dobra koleżanka z pracy, jeszcze przed wyborami, zaczepiła uwagą, że ona nie może zrozumieć, jak normalny człowiek może chcieć głosować na Dudę. Chwilę potem moja córka opowiedziała mi jak to właśnie jej naprawdę bliska koleżanka wyznała, że ona się wielokrotnie zastanawiała, jak to jest, że ona nie zna nikogo, kto głosuje na PiS i że jedyne wyjaśnienie tego zjawiska jest takie, że ona się nie zadaje z patologią.
      Nie muszę wspominać, że ani ja, ani moja znajoma, ani też córka nawet nie mrugnęliśmy krzywo okiem, ale za to w tej oto sytuacji przyszło mi do głowy, że chyba poznałem odpowiedź na dręczące mnie pytanie, czemu tak wielu mieszkańców dużych miast głosuje przeciwko Prawu i Sprawiedlwości. Otóż jest bardzo możliwe, że największym sukcesem owej czarnej propagandy jest to, że wielu z nich udało się wmówić, że na PiS nie głosuje nikt; że wynik jaki Kaczyński i jego środowisko wciąż uzyskują, to albo skutek oszustwa, albo głosy jakichś mieszkających w zapadłych dziurach dzikusów, których normalny człowiek nie ma szansy w życiu spotkać. Dla wielu osób mieszkających w dużych ośrodkach miejskich, gdzie siłą rzeczy więzi międzyludzkie ograniczają się do wspomnianych pogaduszek w pracy, sklepie czy na ulicy, to co oni wiedzą o świecie to wynik wyłącznie tego, czego się dowiedzieli od przypadkowych znajomych, a to kolei jest wyłącznie wynikiem nadzwyczaj intensywnej i bezwzględnej zewnętrznej propagandy.
       I tu mamy do czynienia z samonapędzającym się mechanizmem. Ponieważ część z tych, którzy nas otaczają, serdecznie nienawidzi Kaczyńskiego i o tej swojej nienawiści nas nieustannie informuje, to znaczy, że my tu nie mamy nic do gadania. Jeśli dodatkowo – jak zresztą widzimy to na co dzień – oni są do tego stopnia pewni swego, że głoszą swoje poglądy otwarcie i zupełnie bezkarnie, to musi oznaczać, że każde nasze słowo sprzeciwu spowoduje wyłącznie ciężką konsternację, z którą jeśli sobie jakoś poradzą, to wyłącznie uznając, że albo jesteśmy pijani, albo nam za popieranie PiS-u PiS płaci. Bo jeśli nie to, to już tylko pozostanie owa świadomość, że ludzi głosujących na PiS w cywilizowanych rejonach świata nie ma, bo  jakiekolwiek zakłócenie tego stanu rzeczy musiałoby doprowadzić do eksplozji podobnej do tej wywołanej wiadomością, że my tu jesteśmy dzikusami wyjadającymi sobie brud spomiędzy palców u nóg i gwałcącymi przypadkowo spotkane dzieci. A skoro tak, to lepiej nam się nie wychylać. No ale znów, skoro tak, to jest bardziej niż pewne, że o tym że my w ogóle istniejemy, oni nie dowiedzą się nigdy i w swoim błogim błędzie będą tkwili już zawsze.
       Wielokrotnie rozmawialiśmy tu o przeróżnych metodach mieszania ludziom w głowach. Dziś jednak mam wrażenie, że wpadłem na coś zupełnie niezwykłego. Otóż wydaje mi się, że najbardziej perfidnym zagraniem antypolskiej propagandy było właśnie owo wmówienie im wszystkim, że nas nie ma. Widzimy to szczególnie pewnie dziś, w dniach gdy zbliżamy się do drugiej rundy wyborów. Niedawno pisarka Maria Nurowska poinformowała, że wyborcy PiS-u mają świńskie mordy; Leszek Miller – swoją drogą, jestem pewien, on doskonale wiedział, że kłamie – ogłosił, że PiS to niewykształcona, biedna wieś u progu ostatecznego zejścia; ktoś inny jeszcze powiedział, że wyborcy PiS-u nie płacą podatków; obok tego wszystkiego, w samej Sieci pojawiło się wiele kolejnych informacji, że jeśli ktoś chce spotkać wyborcę PiS-u powinien najlepiej udać się gdzieś za Kamczatkę, a owa wiadomość została oczywiście zilustrowana szalenie zabawnym obrazkiem. Otóż moim zdaniem oni wszyscy robią to realizując pewien bardzo starannie opracowany plan, który polega na tym, by w ten sposób zbudować polityczną świadomość społeczeństwa tak, by możliwie każdy wiedział, że jeśli mu tylko przyjdzie do głowy myśleć samodzielnie, to natychmiast się znajdzie na marginesie.
       I to właśnie może być powodem, dlaczego żadnemu z nich do głowy nawet nie przyjdzie by się wyłamać. Dla wielu z nich – skoro jest czymś oczywistym, że w ich środowisku na Andrzeja Dudę nikt nigdy nie głosował i nigdy nie zagłosuje – myśl o tego rodzaju ekstrawagancji jest czymś absolutnie niewyobrażalnym. Gdy chodzi akurat o nich – a nie oszukujmy się, to są naprawdę miliony – oni w życiu nie zrobią nic, co by ich usuwało poza nawias.
       A skoro tak, to chciałem oświadczyć, że choć owym oszustem gardzę, to jego skuteczność szanuję. To było naprawdę dobre. Rzekłbym, bardzo dobre. Chętnie bym tego geniusza osobiście spotkał i w nagrodę walnął go po łbie zdechłym montypythonowskim kurczakiem.




czwartek, 2 lipca 2020

Krzysztof Bosak, człowiek z zepustym kalkulatorem


      Ja naprawdę nie mam żadnego interesu w tym, by akurat w tych szczególnych dniach walić kijem po kratach za którym siedzą patrioci spod znaku Konfederacji, czy różnego rodzaju stowarzyszeń w rodzaju Marszu Niepodległości, Frondy, czy Polonii Christiana, ale uważam, że zostałem sprowokowany zachowaniem zarówno Rafała Trzaskowskiego, który postanowił wkraść się im wszystkim do ich serc, zapewniając, że kiedy mówił o faszystach, to wcale nie miał ich akurat na myśli, tylko jakąś zbliżoną do PiS-u patologię, która się ich uczepiła podczas jakże słusznych patriotycznych manifestacji, jak i reakcją samego kandydata Krzysztofa Bosaka, który do owych umizgów odwrócił się plecami i oświadczył, że on, jako „trzecia polityczna siła w Kraju”, nie będzie handlował Ojczyzną i Jej przyszłością. Żeby jeszcze doszło do tej wymiany raz, czy dwa i sprawa została skutecznie zagłuszona przez inne, znacznie ciekawsze wydarzenia, to pewnie bym dziś pisał o czymś innym, ponieważ jednak wiele wskazuje na to, że temat będzie żył jeszcze przez kolejne dni, jakie nam pozostaną do drugiej tury wyborów i wszystkie strony politycznego sporu będą z zacięciem godnym lepszej sprawy zachęcały Krzysztofa Bosaka do podjęcia mądrej decyzji, pomyślałem, że na ów idiotyzm muszę zareagować i poinformować tych wszystkich, którzy na to sami jeszcze nie wpadli, że to co zrobi czy powie Krzysztof Bosak dla wyniku wyborów nie ma najmniejszego znaczenia. Podobnie jak nie ma najmniejszego znaczenia, jakie deklaracje będą składać związani z owym narodowo-katolicko-patriotycznym projektem internauci okupujący miejsca takie jak Twitter, Facebook, czy wciąż stosunkowo mi najbliższa Szkoła Nawigatorów. Jeśli bowiem Andrzej Duda zdoła zebrać owe brakujące siedem procent głosów, to z całą pewnością nie przez to, że ktoś poza nim samym owe głosy mu załatwi. Krzysztof Bosak, z tego co mi wiadomo, przez wielu jego wyborców jest traktowany z bardzo mocnym przymrużeniem oka i jeśli oni są w ogóle gotowi oczekiwać jakiejkolwiek pomocy w swoich wyborczych decyzjach, to już zdecydowanie bardziej ze strony Grzegorza Brauna, czy ewentualnie samego Korwina, ale z całą pewnością nie od Bosaka. A tak naprawdę, oni wszelkie tego typu doradztwo mają głęboko w nosie, bo albo już tak zgłupieli w przekonaniu, że Duda tak naprawdę ma na nazwisko Juda, i ich już nic nie uratuje, albo zwyczajnie Polskę kochają i nawet palcem nie kiwną by jej w jakikolwiek sposób zaszkodzić.
       A w tej sytuacji ja bardzo wszystkich tych, którzy boją się o ostateczny wynik wyborów, proszę by zechcieli sobie wziąć do ręki kalkulator i policzyć, że Rafał Trzaskowski ma do wytargania dodatkowych 20 procent, co nawet zakładając że wszyscy wyborcy Hołowni pójdą za nim jak w dym, jest dużo za mało, podczas gdy Andrzejowi Dudzie wystarczy te głupie siedem. Ja wiem, że to też nie musi być aż takie łatwe, ale pomyślmy proszę logicznie. Przed nami jeszcze dziesięć dni kampanii, kampanii z całą pewnością obfitującej w najróżniejsze niespodzianki i nie dajmy sobie wmówić, że druga strona zdoła wymyślić coś ciekawszego niż ten idiotyzm z ułaskawieniem pedofila. Wręcz odwrotnie, ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że sztab Prezydenta, wraz z odpowiednimi służbami prezesa Kurskiego z całą pewnością przyniosą nam wystarczająco dużo nowych zupełnie informacji, które przynajmniej część tego dziwnego towarzystwa zachęcą do rezygnacji z dalszego udziału w tej zabawie. Bo, nie ukrywajmy, dla wielu z nich to jest wyłącznie zabawa.
      Ale ja tu widzę coś jeszcze. Otóż wygląda na to, że po stronie przeciwników Andrzeja Dudy zapanowała histeria, jakiej, mimo naprawdę wielu różnych innych równie dobrych okazji, Polska dotychczas nie doświadczyła. A w związku z tym, ja nie mam też najmniejszych wątpliwości, że przez te kilka dni jakie wciąż są przed nami, oni nie wytrzymają i odstawią coś takiego, że nie tylko Bosak ze swoją gromadką, ale nawet sztab Andrzeja Dudy nie będzie musiał robić już nic. Przyjdzie bowiem dzień, kiedy wszystkie media opublikują sondaże które doprowadzą do autentycznego piekła i pozostała część kampanii upłynie w cieniu kolejnych samopodpaleń... i mam tylko nadzieję że nie morderstw.
       I wówczas wreszcie będziemy się mogli wszyscy skupić na szukaniu dobrego rozwiązania, jak wyjść z twarzą z innego wariactwa, pod nazwą Covid19.




     
   

środa, 1 lipca 2020

Matury w zawsze ostrym cieniu pewnej kopalni


     Nowadays many manygers allow workers to take dogs to work. I will show pluses and minuses of this idea.
     To start with, this idea is good. First, dog needs company so he is very sad when the master go to work and the dog is alone. Another argument is that the master needs his lovely pet to have a good time and also work efisiently. Also other people in the office will feel good when they have a nice dog and will make them happy. Also the master can have a break to go with the dog for a walk and it is good for him.
      On the other hand, there is problem. Dogs can be a problem. They need company and they make a noise. It can make problems for the people in the office. Also some people are affraid of dogs and this is a problem. Also some people have alergy and they can’t be with dogs.
      In conclusion, the problem is difficult. On the one hand, it is good to take dogs to work, on the other hand, it is not good, because it is a problem.

      Ktoś zapyta, co to za cholera, a ja już odpowiadam. Otóż w tym roku, ze względu na pandemię, zarówno matury jak cały proces weryfikacji ich wyników, został znacznie przesunięty, w związku z czym ja sam, jako odwieczny egzaminator, dopiero teraz miałem okazję rzucić okiem na to, co tam w tym roku się wydarzyło. I również tym razem, moje refleksje są niezmienne, a dotyczą one tego, że gdyby szkoły i zatrudnieni przez nie nauczyciele mieli odrobine rozumu w głowie, no i swoją robotą byli zainteresowani w sposób choćby podstawowy, wszystko stałoby się znacznie prostsze.
       Otóż proszę sobie wyobrazić, że powyższy tekst, realizujący tegoroczne polecenie: „Niektórzy dyrektorzy firm pozwalają prawcownikom przyprowadzać do pracy psy. Przedstaw plusy i minusy owego rozwiązania”, wedle wszelkich aktualnie obowiązujących zasad oceniana prac maturalnych otrzymuje 10 punktów na 13. Dlaczego? Już tłumaczę. Otóż to co najważniejsze, a więc stanowiące ponad połowę punktów dotyczy kwestii technicznych, a zatem maturzysta ma przede wszystkim realizować polecenie i realizować je w sposób staranny. A zatem ma napisać tekst o tym, że niektórzy pracodawcy pozwalają przyprowadzać do pracy psy i że owo rozwiązanie ma swoje plusy i minusy, a nie na przykład pisać, że niektórzy z nas chcieliby chodzić do pracy ze swoim ulubionym zwierzątkiem i warto by się było zastanowić, czy to jest możliwe, bo to jest zwyczajnie maturalna klęska. Jeśli tylko zatem uczeń spełni owe wymagania formalne, już ma gwarantowane 7 punktów z dostępnych 13. Dalej jest problem z tak zwanym bogactwem językowym, a ja przyznaję, że to jest, owszem, coś czego przeskoczyć łatwo się nie da. W podanym wyżej przykładzie bogactwa nie ma, bo być nie może, natomiast, owszem, jest parę zwrotów, takich jak „to start with”, „on the one hand”, „on the other hand”, czy „in conclusion”, które dany kandydat mógł sobie wczesniej przygotować, a w związku z tym ma szansę na jeden skromy punkt na trzy dostępne, zwłaszcza gdy błędów zbyt wiele nie ma, a sama praca jest czysta i przejrzysta, napisana jest starannie, co każdwego egzaminatora z góry ustawia w nastroju życzliwym, zwłaszcza gdy liczba słów jest blisko dolnego marginesu, a nie górnego. Gdy chodzi o resztę, czyli wspomnianą poprawność, powyższy tekst nie zawiera zbyt wielu błędów, a zatem, zgodnie z zasadą, że „nieliczne błędy językowe i zapisu” są dopuszczalne, za poprawność językową otrzymuje się punktów trzy. A w tym wypadku, jak widzimy bez dłuższego liczenia, ów sprytny maturzysta za powyższe wypracowanie otrzymuje 11 punktów na 13, no może w najgorszym wypadku 10 na 13.
        Jestem egzaminatorem maturalnym od ponad dziesięciu lat i praktycznie każdy rok przynosi mi prace, gdzie maturzyści z pracy pisemnej otrzymują jeden, trzy i maksymalnie siedem punktów. Czemu tak? Otóż odpowiedź mam jedną. Przede wszystkim te dzieci są zwyczajnie słabe, co się oczywiście zdarza. Ale często jeszcze słabsi od nich są ich nauczyciele, którzy nie dość że nie są w stanie ich nauczyć języka, to jeszcze nie potrafią im powiedzieć, jak się należy zachować, by sobie w tej, przyznamy wszyscy, marnej sytuacji, sobie jakoś poradzić.
        Przez ostatnie kilka dni sprawdzałem te matury i powiem szczerze, że tym razem, chyba po raz pierwszy w całej swojej historii trafiłem na szkołę naprawdę dobrą. Nie dobrą, tak jak bym sobie wymarzył, ale, owszem, dobrą. Ale nawet i tu, miałem przykłady tekstów, gdzie ich autorzy nie mieli bladego pojęcia, jak sobie można poradzić z tak naprawdę zadaniem najprostszym. I w efekcie oni otrzymywali wspomniane jeden, trzy, czy pięć punktów na 13. Czemu tak? Bo, jak mówię, nikt ich tego jak pisać, nie nauczył.
       W tej sytuacji, jako odwieczny nauczyciel języka angielskiego, mam do przekazania pewną wiadomość, i jednocześnie apel. Poziom nauczania w polskich szkołach – i wcale nie chodzi tu tylko o język angielski – jest na poziomie bliskim zera. Jest wielu uczniów, którzy stojąc wobec obowiązku wybrania przynajmniej jednego rozszerzenia, decydują się na angielski, bo tu jedynie dostrzegają dla siebie jakąkolwiek szansę, a w momencie, gdy otworzą swój arkusz, wpadają w panikę. Nie mam bladego pojęcia, co mogą w tej sytuacji zrobić dzieci, które w przyszłym roku pragną zdawać rozszerzenie z polskiego, biologii, czy historii. Gdy chodzi jednak o język angielski, zapraszam do siebie. Ja uczę, również przez Skype’a, a mówiąc „uczę”, mam na myśli to że uczę. I gwarantuję, że wynik będzie wyższy od wymarzonego.
       Dzisiejszy tekst, jak widzimy, z polityką nie ma nic wspólnego, natomiast, owszem, mamy tu do czynienia z kwestią jak najbardziej polityczną, czyli poziomem naszej polskiej edukacji. Jest jednak przy tym coś, co jest jak najbardziej polityczne i to nawet w kontekście aktualnej wyborczej awantury. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ile razy podczas sprawdzania tych matur zachodziłem do kuchni, by sobie zrobić kawę, czy herbatę, miałem za oknem taki widok. Kto zgadnie, co to takiego?





wtorek, 30 czerwca 2020

Andrzej Duda, czyli samotność długodystansowca


      Andrzej Duda rusza do ostatecznej walki o reelekcję, a ja sobie myślę, że jeśli dziś jednak sytuacja jest mocno inna od tej, którą mieliśmy pięć lat temu, to przede wszystkim dlatego, że wówczas jeszcze nie było tak, że naprzeciwko siebie stali on i cała reszta, już nawet nie Polski ale w ogóle całego politycznego świata. Również, powinniśmy pamiętać, że w roku 2015 także media nie były nastawione tak wrogo ani do PiS-u, ani tym bardziej do kandydata, który zresztą wcale nie robił wrażenia, jakby stanowił jakiekolwiek zagrożenie. Poza telewizją publiczną, właściwie nie było widać jakiejś szczególnej agresji. No i wreszcie, po wygraniu pierwszej tury wyborów, Andrzej Duda mógł jednak liczyć na tak zwany „przepływ elektoratów”. Dziś, gdy o to chodzi, praktycznie nie ma takiej możliwości, by udało się uzyskać te dodatkowe osiem czy dziewięć procent od kogokolwiek z głównych bohaterów tego pojedynku. A zatem Prezydentowi zostają już tylko ci, którzy w minioną niedzielę z jakiegoś powodu nie głosowali, oraz paradoksalnie ci co poszli na wybory ze względu na Bosaka, czy Hołownię, a skoro ich już nie ma, to oni umywają ręce.
       A ja, proszę sobie wyobrazić, uważam, że wciąż nie jest wcale gorzej niż było pięć lat temu. Przede wszystkim wierzę, że ta kampania będzie tak mocna, że druga tura wygeneruje jeszcze większą frekwencję i że to będą jednak głównie wyborcy Dudy. Poza tym – i to moim zdaniem jest coś, o czym nie wolno nam zapominać – on jest wciąż naprawdę dobry. Jest nawet lepszy niż był wtedy, jeszcze w roku 2014.
       Pisałem wtedy o tym. Była wczesna jesień owego roku, Jarosław Kaczyński zdecydował, że w nadchodzących wyborach kandydatem Prawa i Sprawiedliwości będzie Andrzej Duda, nad całym krajem rozległ się szyderczy śmiech, a ja niemal w tym samym momencie opublikowałem tu tekst z takim mianowicie fragmentem:
      Oto Prawo i Sprawiedliwość wystawia do tej walki Andrzeja Dudę i wszyscy wybuchają perlistym śmiechem. Przepraszam bardzo, ale z jakiego to powodu? W czyją to stronę ów śmiech jest skierowany? Czy naprawdę w stronę Dudy? A niby z jakiego powodu? Powiedzieliśmy już sobie, że, obiektywnie rzecz biorąc, od Komorowskiego lepszy jest każdy, a więc oczywiście też Duda. Jednak Duda jest też lepszy od wielu innych chętnych do tego, by kandydować w tych wyborach. Z tego co wiem, Duda wygląda nie najgorzej, jest bardzo elokwentny, inteligentny, jak się zdaje stosunkowo uczciwy, politycznie bardzo kompetentny, krótko mówiąc prezentuje się jako ktoś, przy kim wielu kandydatów w normalnej demokratycznej walce nie miałoby szans. A my tu mówimy o Bronisławie Komorowskim. Przepraszam bardzo, ale w jaki sposób Komorowski jest w stanie wygrać z Dudą, jeśli przyjmiemy, że te wybory będą uczciwe? Ktoś powie, że nie będą. Ktoś powie, że propaganda Systemu rozbije Dudę w proch. No i zgoda. Ja to bardzo poważnie biorę pod uwagę, tyle, że kogo nie rozbije? Nowaka? A czemu niby Nowak byłby się jej w stanie oprzeć, skoro w lipcu roku 2010 oni pokazali, co są w stanie zrobić z samym Jarosławem Kaczyńskim?
      Sprawa polega na tym, że przede wszystkim – podkreślam, z tego co o nim wiem – Duda jest dobry. Po prostu. To nie jest George Clooney, nie jest to też Ronald Reagan, czy Margaret Thatcher, ale jest dobry. Przede wszystkim jednak, jak już wcześniej się umówiliśmy, na Komorowskiego dobry jest każdy, tyle że nam nie jest potrzebny każdy, ale ktoś przynajmniej na te smutne czasy – adekwatny. Jeśli System uzna, że dość już tych oszustw, Duda wygra i to wygra w pierwszej turze. Jeśli nie, nie wygra ani Jarosław Kaczyński, ani nikt, kogo sobie wymyślimy. Jedno powinniśmy pamiętać – by się nie dać aż tak zaczarować. Trzymajmy się rzeczywistości”.
       Minęło pięć lat, mimo różnych przykrych niespodzianek, lat bardzo dobrych. Kto tego nie chce przyjąć, niech jego myśl gnije w spokoju. Bo prawda jest taka, że Duda jest zwyczajnie dobry, i podobnie jak pięć lat temu, wystarczająco dobry, zwłaszcza gdy naprzeciwko siebie ma kogoś być może jeszcze gorszego niż Bronisław Komorowski.




poniedziałek, 29 czerwca 2020

Kiedy polityka to być bardzo trudna temat


      Jeszcze zanim w ogóle doszło do tych wyborów, a już z pewnością dużo przed tym, jak dowiedzieliśmy się, że Andrzej Duda jednak nie powtórzył sukcesu Aleksandra Kwaśniewskiego z roku 2000 i będziemy musieli czekać kolejne dwa tygodnie na rozstrzygnięcie wciąż jak najbardziej aktualnej kwestii, co z Polską, rozmawiałem z naszą córką o sprawach dla nas tak ważnych, i ona mi powiedziała, że większość z jej koleżanek i kolegów nie ma bladego pojęcia, jak się nazywa obecny premier polskiego rządu; że już nie wspomnę o tym, że one tak naprawdę nie wiedzą nawet, czy ten rząd to to samo co Senat, czy może Parlament..
      Dziś, kiedy już wiemy, że Andrzej Duda zdobył te swoje czterdzieści parę procent głosów i brakuje mu jeszcze trochę, ja mam już tylko jeden problem: co z tymi wszystkimi, którzy w ogólnym zachwycie, że oto została pokonana kolejna bariera frekwencji, pozostają tam gdzie byli dotychczas, a więc w miejscu, gdzie tak naprawdę nikt nie wie, kto jest dziś premierem, a kto prezydentem, że już nie wspomnę o tym, jak się nazywa prezydent Warszawy.
      Pamiętam wybory w roku 2007, kiedy wydawało się, że Prawo i Sprawiedliwość musi odzyskać władzę, która mu została tak niespodziewanie odebrana, i moja, tym razem starsza, córka poinformowała mnie, że jej koleżanki ze studiów planują iść głosować, tyle że one nie bardzo wiedzą, kto jest tym kandydatem SLD: Tusk czy Kaczyński, bo im ktoś mówił, że na jednego z nich nie wolno głosować i one zapomniały, na którego to. Mało tego. Mam znajomą, osobę starannie wykształconą, inteligentną, z dobrą bardzo pracą, od dawna już nie należącą do tak zwanych młodych, wykształconych z dużych miast, która niedawno opowiedziała mi, jak się to właśnie dowiedziała, że Wałęsa żyje z wykładów, które wygłasza na całym świecie i choć ona wie, że to jest kompletny głupek, to podziwia go za to, że udało mu się nauczyć angielskiego aż tak dobrze, żeby wygłaszać wykłady. A ja sobie myślę, że punkt do którego doszliśmy my, ludzie którzy polityką żyją i jak najbardziej wiedzą, jak ma na nazwisko obecny Prezydent RP, i co to w ogóle jest owa III RP, to zarówno koniec pewnego etapu, jak i początek nowego, a my wobec owej nowej perspektywy stoimy kompletnie bezradni i nie jesteśmy w stanie wydusić z siebie jednego stęknięcia.
       A zatem jesteśmy po pierwszej rundzie wyborów, a ja już wiem, nie sprawdzając nawet oficjalnych wyników, że gdy chodzi o moją okolicę, tu dziś prezydentem jest Rafał Trzaskowski. Wiem, że wszyscy ci ludzie, lub zdecydowana większość z tych, których każdej niedzieli spotykam na mszy w kościele, z całą pewnością zagłosowali przeciwko Andrzejowi Dudzie. A to świadczy o tym, że moje dotychczasowe przekonanie, że ja żyję wśród osób, które lubią spokój i stateczność, jest funta kłaków warte. Oni nie marzą o niczym innym jak o tym, by coś się wreszcie zmieniło. Na spokój i stateczność czas również przyjdzie, ale dopiero wtedy, gdy o drugą kadencję będzie walczył ten no... no ten.... Trzaskiewicz, czy jak mu tam.
      A zatem przed nami druga tura wyborów i wszyscy się zastanawiamy, jak się dotychczasowe głosy rozłożą w niedzielę za dwa tygodnie. Gdy chodzi o mnie, to powiem szczerze, że nie mam bladego pojęcia, choć oczywiście mój wrodzony optymizm każe mi wierzyć w zwycięstwo prostego wiejskiego instynktu, swoją drogą Diabeł jeden wie, jak długo jeszcze. Natomiast nie da się ukryć, że sytuacja, gdy ktoś taki jak Rafał Trzaskowski zjednuje sobie sympatię 30 procent z części społeczeństwa, która w ogóle wie, z kim ma do czynienia, a cała reszta na temat prezydenta Andrzeja Dudy nie ma innych refleksji niż ta, że to jest zwykły fantom, musi martwić.
      Wydawało się, że kiedy rząd wprowadzi pamiętne 500+, 13 i 14 emeryturę dla starszych państwa, i pojawi się cała dodatkowa masa najróżniejszych – wydawałoby się, że zupełnie naturalnych –  gestów ze strony opiekuńczego państwa, okaże się, że wszyscy ci z nas, którzy z tych dobrodziejstw skorzystali, zechcą się zainteresować, dzięki komu to wszystko i jaka nauka z tego dla nich wynika.
        Okazuje się jednak, że nic z tego. Znaczna część z nas wciąż jest przekonana, że nasze życie faktycznie ogranicza się do tego, co my możemy zaobserwować na lokalnych placach zabaw, gdzie spędzamy czas czas ze swoimi dziećmi lub wnukami, no a potem oczywiście w audycjach Polsatu. Rozmyślam więc na temat wyników pierwszej tury prezydenckich wyborów i widzę ów wynik Rafała Trzaskowskiego: 30 procent. Trzydzieści procent ludzi w ogóle zainteresowanych tym co się dzieje, uznało, że to jest ich wybór.
      Nie wiem, jak się potoczy dalsza część kampanii. Nie mam pojęcia, czy wygra Andrzej Duda, czy prezydentem zostanie Rafał Trzaskowski, wiem natomiast, że po tych wszystkich latach najpierw peerelu, a potem tego wszystkiego, co nawet nie jest w stanie uzyskać swojej odpowiedniej nazwy, przed nami jeszcze bardzo daleka droga, i może wtedy dopiero uda nam się ogłosić, że jest nas bezwzględna większość.
         A co się stanie za dwa tygodnie, jak mówię, nie mam bladego pojęcia, natomiast jak najbardziej jestem pewien, że przyjdzie w końcu taki moment, że się obudzimy. Tendencja w każdym razie jest zachowana.



sobota, 27 czerwca 2020

Konfederacja, czyli o rozgrywaniu tych, którzy się nigdy rozegrać nie pozwolą


       Zwycięstwo Andrzeja Dudy w prezydenckich wyborach roku 2015 zapowiadałem tu na tym blogu jeszcze jesienią roku 2014, kiedy chyba nawet sam Jarosław Kaczyński nie wierzył w to, że owe marzenia mogą się spełnić. Andrzej Duda został więc prezydentem, a ja muszę tu zupełnie szczerze przyznać, że – pomijając oczywistą radość z tego sukcesu – moja pierwsza poważna powyborcza refleksja dotyczyła tego, że w jego najbliższym otoczeniu pojawił się niejaki Kędryna. O tym też zdecydowałem się natychmiast napisać, jednak ponieważ w owej kwestii nie zmieniło się nic ani wówczas, ani też w kolejnych latach, z czasem postanowiłem to dziwadło i całą tajemnicę z nim związaną przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza i skupić się na kwestiach bardziej istotnych. I również dziś, kiedy patrzę na całość prezydentury Andrzeja Dudy, nawet owo najświeższe zupełnie ujęcie, gdzie ów Kędryna, w całym swoim anturażu, prezentuje się Białym Domie w Waszyngtonie, nie zmienia mojej oceny pięciu lat owej prezydentury, i ten dziwny człowiek do dziś pozostaje jedynym, coraz mniej istotnym zgrzytem.
       Kiedy Andrzej Duda obejmował urząd Prezydenta RP i oczywiście w kolejnych latach, mimo różnego rodzaju wątpliwości, wiedziałem, że przede wszystkim nikogo lepszego od niego w najbliższych latach mieć nie będziemy, ale też, że on po zakończeni kadencji, w drugą wejdzie z takim przytupem, że świat się zatrzyma w podziwie. Czemu? No własnie z tego powodu, że on jest w tak oczywisty sposób najlepszy, że tu nie może być jakiejkolwiek dyskusji.
      I oto dziś stoimy przed jutrzejszymi wyborami i wygląda na to, że się pomyliłem. Mało tego. Nie dość że się pomyliłem, to w swoich zupełnie fatalnych przewidywaniach nie uwzględniłem takiej oto możliwości, że na drodze Andrzeja Dudy może stanąć coś równie marnego jak Rafał Trzaskowski. Tymczasem jutro mamy te wybory i jest bardzo prawdopodobne, że potrzebna będzie jeszcze druga tura, a i ona może nie wystarczyć.
       Czemu tak? Myślę o tym od pewnego czasu i przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Przede wszystkim oczywiście ta, że kampania nienawiści, z jaką mamy do czynienia nieprzerwanie od roku 2005 nie ustaje i zapewne nie ustanie do momentu, gdy jej pomysłodawcy nie zejdą ostatecznie ze sceny. To owa nienawiść do wszystkiego co jest związane czy to z nazwiskiem „Kaczyński”, czy bardziej już konkretnie z Prawem i Sprawiedliwością, przez te wszystkie lata do tego stopnia spętała umysły wielu, że, tak jak mówię, jedyne z tego wyjście prowadzi przez ostateczne unicestwienie projektu, który za tą nienawiścią stoi. I to jest pierwszy powód, dla którego ktoś taki jak Rafał Trzaskowski ma szanse by zostać Prezydentem RP w starciu z Andrzejem Dudą.
      Jest jednak coś jeszcze, co może stanowi siłę znacznie poważniejszą. W końcu nikt z nas chyba nie liczył, że wspomniana nienawiść tak łatwo wygaśnie. Tego akurat, że oni wszyscy nie odkleją się od owej strasznej obsesji mogliśmy się spodziewać. Mogliśmy się też oczywiście spodziewać, że przez minione pięć lat pojawi się grupa wyborców Andrzeja Dudy rozczarowanych jego prezydenturą, którzy konsekwentnie uznają, że trzeba postawić na kogoś, kto będzie znacznie lepszy. Powiem jednak zupełnie uczciwie, że absolutnie nie spodziewałem się tego, że po stronie przeciwników drugiej kadencji prezydenta Dudy pojawią się ludzie, którzy nie stwierdzą, że on popełnił mnóstwo błędów, czy okazał się wielokrotnie zwyczajnie nieudolny, ale że Andrzej Duda to przedstawiciel tak zwanej „żydokomuny”, a dziś odnoszę wrażenie, że jeśli faktycznie przyszłym Prezydentem RP zostanie Rafał Trzaskowski, to przede wszystkim z powodu zachowania jego wcześniejszych wyborców, którzy dziś uznali, że Duda to w rzeczy samej zdrajca, a kto wie, czy właśnie nie zwyczajny Żyd.
        Czytelnicy tego bloga, którzy przede wszystkim mają mnóstwo innych zajęć niż śledzenie internetowych debat, a poza tym zachowują jasność spojrzenia, mogą uznać, że tym razem to ja chyba jednak przesadziłem. Otóż nie.  Proszę sobie wyobrazić, że ja sam osobiście znam dziesiątki osób, dla których Andrzej Duda jest dziś przedstawicielem nowej żydokomuny i między nim a Trzaskowskim nie ma żadnej różnicy. A to są ludzie, którzy będą w nadchodzących wyborach głosować albo na Krzysztofa Bosaka, albo w ogóle. I to oni ostatecznie mogą sprawić, że Andrzej Duda nie wygra tych wyborów a na jego miejscu pojawi się Rafał Trzaskowski, „taki sam Żyd – bez znaczenia”.
      Zastanawiam się, jak do tego doszło, że tak wielu – a zapewniam, że ich jest naprawdę wielu – tak łatwo dało się uwieść tej propagandzie, zwróćmy uwagę, że propagandzie nie byle jakiej. Otóż mam wrażenie, że choć przez te pięć lat oczywiście wciąż słyszeliśmy głosy, że Duda to dupa, Adrian, długopis i takie tam, to jednak co moim zdaniem mogło mieć znaczenie największe, to owa zupełnie niezwykła informacja, uderzająca prosto w nasze najbardziej wrażliwe emocje, w nasze najbardziej bolesne obawy związane z przyszłością Polski, że prezydent Duda to żydowski agent.
       I znów, ktoś powie, że ja przesadzam, a ja na to mam wciąż tę samą odpowiedź: ja ludzi, którzy są o tym o czym powyżej napisałem święcie przekonani, i którzy wydawałoby się stanowią jądro prawicowego elektoratu, znam naprawdę wielu. I wiem też, że oni na Andrzeja Dudę głosować nie będą. Pozostaje pytanie, skąd oni się o zdradzie Andrzeja Dudy dowiedzieli? Czy wyłącznie z własnych przemyśleń? Czy na podstawie obserwacji jego zachowań? A może z którejś z jego nadzwyczaj istotnych wypowiedzi? Otóż nie. Oni otrzymali tę wiadomość ze szczególnego źródła, którego nie dość że sami nie znają, to co do istnienia którego nie mają nawet świadomości. Oni zostali najzwyczajniej w świecie  wypatrzeni przez tych, którzy z nas nawet na moment nie spuszczają wzroku i uznani za wręcz świetny materiał, który im posłuży do realizacji bieżących zadań.
         Jutro wybory, a ja mam już tylko jeden apel do części z nas: nie dajcie się oszukać, bo są sytuacje, gdzie jeśli okażemy się durniami, nawet Dobry Bóg nam tego nie daruje.



piątek, 26 czerwca 2020

Kto się boi Zbigniewa Preisnera?

Tak jak to zwykle bywa z tekstami, które piszę dla „Warszawskiej Gazety”, ze względu na tak zwany „cykl redakcyjny”, w chwili gdy one się ukazują, często są już kompletnie nieaktualne. Tym razem jednak sądzę, że to co dziś przedstawiam na naszym blogu, sobie bardzo dobrze poradzi niemal w przeddzień z dawna wyczekiwanych wyborów prezydenckich. A zatem serdecznie zapraszam.


       Kiedy ten tekst ukaże się w „Warszawskiej Gazecie”, zdąży się wydarzyć wiele rzeczy, które zajmą naszą uwagę, ja natomiast dziś myślę o czymś, co – mam nadzieję – pozostanie z nami przez jakiś czas. Otóż kiedy w ramach swojej kampanii prezydent Duda zagościł w Krakowie i odbył spotkanie z sympatykami, nieopodal zorganizowali demonstrację wyborcy Rafała Trzaskowskiego i aby podnieść temperaturę swojego wystąpienia, puścili z taśmy utwór wybitnego krakowskiego kompozytora Zbigniewa Preisnera zatytułowany „Miejcie nadzieję”. Tak się przy tym złożyło, że na miejscu pojawiły się szpicle z „Gazety Wyborczej” i uznały, że oto jest szansa by ponformować kogo trzeba – a w tym oczywiście samego Preisnera – że sztab Andrzeja Dudy bezprawnie wykorzystał jego dźwięki. Kiedy Preisner dowiedział się o tym, co się rzekomo stało, natychmiast opublikował oświadczenie, że on jako pierwszy wróg Andrzeja Dudy protestuje przeciwko owej kradzieży, a złodziei pozywa do sądu. W tym momencie jednak, kiedy okazało się że „Wyborcza” jak zwykle kłamała, wszyscy najbardziej owym newsem podekscytowani położyli uszy po sobie, a sam Preisner oświadczył, że on sam pozostaje bez winy, bo on tylko uwierzył słowom „Gazety Wyborczej”, no ale skoro ktoś tego potrzebuje, to on oczywiście przeprasza.
        Po co o tym piszę? Otóż rzecz polega na tym, że kompozytor Preisner już po raz drugi urządza publiczną awanturę związaną z tym, że PiS bezprawnie wykorzystuje jego melodie do partyjnej promocji, i po raz drugi strzelając kulą prosto w płot. Po raz drugi w ciągu ostatnich lat kompozytor Preisner daje o sobie znać wyłącznie z tego powodu, że coś mu się zwidziało odnośnie tego, że jest rzekomo bardzo popularny i że bez niego świat nie jest w stanie się kręcić. A ja bym w tym miejscu zwrócił uwagę na to, że ta choroba z pewnością ma nazwę, a w przypadku Zbigniewa Preisnera ona się po raz pierwszy objawiła w momencie gdy on zdecydował, że będzie się przedstawiał jako „Preisner, z domu Kowalski”.
      Oto bowiem mamy przed sobą człowieka, od pewnego czasu stanowiącego jeden z podstawowych autorytetów w walce o odsunięcie Jarosława Kaczyńskiego od politycznych wpływów, który dla nadania sobie powagi zmienia nazwisko z Kowalski na Preisner, a my zamiast go zwyczajnie wyszydzić i wyrzucić jednym kopem na margines zarówno politycznej, jak i artystycznej debaty, uznajemy jako głos w politycznej przepychance.
         Bardzo się wszyscy przejmujemy, gdy media doniosą o jakiejś mniej lub bardziej poważnej wpadce któregoś z polityków Prawa i Sprawiedliwości. Wystarczy że któryś z nich wypowie jakieś głupstwo, czy wykona jakiś niepotrzebny gest, natychmiast załamujemy ręce, że oto od dziś możemy się żegnać z nadzieją na zwycięstwo. Tymczasem wygląda na to, że oni sobie mogą folgować do woli. I to zupełnie bezkarnie. Już za chwilę wybory. Bardzo proszę, ogarnijmy się i uwierzmy wreszcie, że jesteśmy nietykalni. 


czwartek, 25 czerwca 2020

Za co kochamy kłamstwo, za co nim gardzimy?


      Jestem pewien, że choć prawdopodobnie większość z nas nie uznała tego za fakt jakoś szczególnie interesujący, z całą pewnością zauważyliśmy ową prawidłowość realizująca się w tym, że ile razy ktoś ze strony Prawa i Sprawiedliwości – czy to będzie Jarosław Kaczyński, czy premier Morawiecki, czy Andrzej Duda, czy choćby któryś z mniej eksponowanych polityków – powie lub zrobi coś, co doczeka się poważniejszych komentarzy, wśród owych głosów z całą pewnością pojawią się i takie, że tym razem słowo to czy gest Prawu i Sprawiedliwości zaszkodzi, a to się z całą pewnością przełoży na wyniki notowań w sondażach. I wcale mi najbardziej nie chodzi o oceny formułowane przez stronę opozycyjną, zwłaszcza że w owych środowiskach panika i wściekłość pozostają od lat na niezmienionym poziomie i im trudno byłoby zupełnie poważnie z jednej strony prorokować ostateczny upadek znienawidzonego projektu, a z drugiej demonstrować tak wielki przed nim strach. Mam tu raczej na myśli głosy dochodzące ze strony Prawa i Sprawiedliwości sympatyków. To my mianowicie od niemal zawsze jesteśmy tak strasznie wyczuleni na każdą naszą kompromitację, każdy błąd, czy choćby niezręczność, że nie dość, że to wszystko w jednej chwili otwarcie krytykujemy, to jeszcze właśnie wyrażamy bolesne przekonanie, że teraz to już jest po nas. A i tak nie wspominam o tych, co już dawno przez te wszystkie lapsusy nie dość, że nie pozostawili na ich autorach suchej nitki, to jeszcze wielokrotnie deklarowali, że na nich Prawo i Sprawiedliwość już nie powinno liczyć. Kto z nas choćby nie pamięta słynnego wystąpienia środowiska „Gazety Polskiej” na czele z Tomaszem Sakiewiczem, gdzie tuż po odwołaniu z rządu Antoniego Macierewicza, zadeklarowali oni, że już nigdy nie zagłosują na Andrzeja Dudę?
      Czemu oni to robią? Otóż moim zdaniem – niezależnie od tego jak ja ten rodzaj politycznej przenikliwości oceniam – ich problemem jest to, że jednak myślą, analizują, kombinują, oceniają, a przy tym wszystkim są nadzwyczaj wyczuleni na to, by ich poparcie miało uczciwe podstawy. Tacy są wyborcy prawicy. Uważam, że zdecydowana większość z nich – a powinienem właściwie napisać „nas” – nie chce kupować czegoś, do czego po pierwsze nie jest serdecznie przekonana, a przynajmniej w wyniku bardzo starannych kalkulacji nie dojdzie do przekonania, że jednak należy zacisnąć zęby i pozostać wiernym czemuś znacznie większemu. Nigdy jednak nie będzie tak, że jeśli nam się zwróci uwagę na oczywisty błąd, będziemy udawać, że niczego nie widzieliśmy, a nawet jeśli, to i tak nic nie szkodzi.
       Jak sytuacja wygląda po stronie przeciwnej? Bardzo dobrej odpowiedzi na to pytanie udziela reakcja elektoratu Platformy Obywatelskiej na niedawny podwójny wyrok sądu w sprawie oczywistego kłamstwa Rafała Trzaskowskiego w kwestii liczby osób, które straciły pracę w wyniku wirusowego kryzysu. Gdyby sytuacja była taka, że środowisko sędziowskie zastraszone przez PiS wydawałoby tego typu wyroki z tego typu uzasadnieniem, jak w przywołanym przypadku, przeciwko tak nędznej nawet opozycji jak Platforma Obywatelska, to przede wszystkim jego wyborcy w jednej chwili podnieśliby wielki wrzask, że skoro tak, to już jest z pewnością po PiS-ie, a duża część z nich – choćby i ja – ogłosiłaby, że takie towarzystwo to wstyd i się z niego wymiksowało. Czy coś takiego ma miejsce po tamtej stronie? Czy tam ktoś choćby coś mruknął na temat tego, że owe wyroki Trzaskowskiemu zaszkodzą? Mowy nie ma! Oni wszyscy dławią się nieprzytomną satysfakcją, a jeśli ich poprosić o opinię, to jak jeden mąż ogłoszą, że oto wreszcie zatriumfowała sprawiedliwość. I nie mówię tu tylko o politykach, czy wynajętych dziennikarzach, ale o zwykłych internetowych komentatorach. Tam nie można znaleźć jednego słowa obawy, że ta zabawa robi się dla nich bardzo niebezpieczna.
       Wczoraj Telewizja Publiczna przekroczyła jak się zdaje pewną całkiem nową granicę i Wiadomości TVP bez choćby próby pozorowania, że mamy do czynienia z wiadomościami, wyemitowały klasyczny program wyborczy Andrzeja Dudy. Kiedy czytam komentarze na Twitterze, a są to głównie głosy zdecydowanych wyborców Andrzeja Dudy, nie mogę nie zauważyć z jednej strony autentycznej wściekłości na Kurskiego, włącznie z formułowanymi bezpośrednio zarzutami, że on postanowił tak rozwścieczyć jego wyborców, by nie dopuścić do reelekcji Dudy, a z drugiej wspomnianych wcześniej obaw, że tego rodzaju bezwstydna propaganda musi Prezydentowi zaszkodzić. Jednocześnie jednak – i to jest to na co chcę bardzo zwrócić uwagę – nie spotkałem jednego komentarza ze strony czy to polityków opozycji, czy zatrudnianych przez nią dziennikarzy, czy wreszcie samych sympatyków, gdzie oni – a to by było przecież jak najbardziej naturalne – zaczęliby kibicować Kurskiemu, skakać z radości, otwierać szampany, bo oto nadchodzi koniec tego parszywego  polactwaJest wręcz przeciwnie. Furia z jaką oni reagują na to co się dzieje w TVP stała się jeszcze większa, nienawiść jeszcze bardziej gęsta, a obłęd jeszcze bardziej autentyczny. Przepraszam bardzo, ale tak się nie zachowują ludzie, którzy w porażkach przeciwnika ujrzeli swoją z dawna wyczekiwaną szansę. To jest reakcja ludzi wściekłych ze strachu.
       Prezydent Duda pojechał do Stanów na spotkanie z Trumpem i kiedy czytam komentarze choćby na Onecie, wiem, że ta wizyta to kompletna porażka. Z tego co czytam, jedyne co z niej pozostało to wspólne zdjęcie, a poza tym wielkie zero. No ale skoro tak, to czemu oni wszyscy dostali tak strasznych nerwów? Czemu drą mordy, że Trump, popierając Dudę, złamał wszelkie zasady? Czemu oni się tej wizyty tak strasznie boją? Przecież, wedle wszelkich danych, ona powinna dla Dudy być gwoździem do trumny. No ale, z drugiej strony, czemu wielu z nas się tak strasznie martwi, że on tam pojechał i w ten sposób naraził się z jednej strony na te wszystkie zarzuty – które mu oczywiście obniżą notowania – a poza tym odpuścił bardzo ważną część kampanii?
        O tym jeszcze porozmawiamy, natomiast znów pojawia się pytanie, tym razem jednak kierowane pod adresem przeciwnej strony, czemu oni się tak zachowują. Otóż tu też mam swoje podejrzenia. Oni mianowicie doskonale wiedzą, że to co im dało tak spektakularną i jakże długą, niekiedy robiącą wrażenie nigdy się nie kończącej, serię zwycięstw, a mianowicie bezczelna propaganda, kłamstwo i najbardziej prymitywny pijar, działają jak najbardziej i jeśli cokolwiek może im zaszkodzić to nie to, lecz proste fakty, a dokładnie rzecz biorąc tak zwane „liczby” i ich wpływ na życie każdego z nas. Jednocześnie zatem jest to powód dla którego, z jednej strony, oni słuchając Wiadomości TVP truchleją ze strachu, a z drugiej z tak nieprawdopodobnym entuzjazmem reagują choćby na ostatnie wyroki sądów. Za tym stoi wyłącznie już lata temu skutecznie wszczepiona w nich wiara w potęgę kłamstwa.
         Gdy chodzi o stronę przeciwną, czyli w tym wypadku o nas, nas tak strasznie boleśnie przeszywa wiara w piękno prawdy. I to jest nasza siła, a jednocześnie słabość. Na szczęście, właśnie dzięki tej własnie sile i tej słabości, dajemy radę. Mam nadzieję, że już za trzy dni pokażemy jak to działa w praktyce.



środa, 24 czerwca 2020

Polityka, czyli o chorobach psychicznych typu bezobjawowego


Dzisiejszy tekst chciałbym zadedykować wszystkim tym, którzy w minionych dniach zechcieli wesprzeć mnie w mojej potyczce z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Wyniki owej akcji przerosły moje najśmielsze oczekiwania i dziś mogę powiedzieć, że moje zaległości wobec ZUS-u zostały niemal w pełni pokryte przez ten blog i jego czytelników. Bardzo wszystkim dziękuję, a każdy z nas z pewnością wie, że to jest kierowane specjalnie  do niego. Bardzo proszę, bądźcie ze mną, a ja, póki jakoś ciągnę, będę z Wami.


      Jak niektórzy pewnie wiedzą, po tym jak z domu wyfrunęła najpierw nasza starsza córka, a potem syn, zostaliśmy tu w trójkę, a ja osobiście w swoim egoizmie mam nadzieję, że tak już zostanie. Tym razem jednak chciałem opowiadać nie do końca o tym, a wręcz w pewnym sensie nawiązać do bohatera mojej wczorajszej notki. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że moje najmłodsze dziecko podczas jednej z naszych jak najbardziej poważnych rozmów, wyraziło opinię, że każdy kto ma choćby odrobinę rozumu powinien mieć świadomość, że aby zostać, jak najbardziej słusznie zresztą, zakwalifikowanym jako pierwszej klasy zboczeniec, wcale nie trzeba być gejem, lesbijką, czy innym pedofilem. Jej mianowicie zdaniem, gdybyśmy tylko mieli możliwość zobaczyć co się dzieje za ścianą choćby mieszkania obok, moglibyśmy się bardzo zdziwić. Zdaniem mojej córki, cała masa ludzi jak najbardziej heteroseksualnych, a często owymi „zboczeńcami” zwyczajnie gardzących, w swoim domowym zaciszu odstawiają takie sztuki, że wielu z owych przebierańców poczułoby niekłamaną zazdrość.
       Pisałem zresztą już o tym, że moim zdaniem istnieją dwa żywioły, które jeśli tylko wymkną się spod kontroli, mogą prowadzić do absolutnie najgorszych wynaturzeń, a mam tu na myśli religię i seks. To właśnie seks i religia mają w sobie tak nieprawdopodobną moc, że w odpowiednim ujęciu mogą doprowadzić do śmierci... co ja mówię do śmierci? Wręcz do masakry. Przykłady znamy z mediów.
        A zatem, tu sprawa jest jasna: różnego rodzaju wariatów jest u nas pod dostatkiem i, powtórzę to raz jeszcze, by się zakwalifikować do owej dziwnej drużyny nie trzeba być tak zwanym gejem.
       Jeśli natomiast ktoś mnie spyta, co sprawiło, że postanowiłem tu dziś wspomnieć o moim dziecku, to już chętnie odpowiadam. Wcale nie chodzi ani o nią, ani tym bardziej o tych zboczeńców, ale o politykę, jak zawsze. Otóż stało się tak, że, jak słyszę, w telewizji TVN24 wystąpił, ostatnio już chyba pełną gębą profesor, Ireneusz Krzemiński, swoją drogą powszechnie znany gej, i ogłosił że kandydat w wyborach na prezydenta Robert Biedroń jest osobą psychicznie chorą, ponieważ zamiast wycofać się z kandydowania i przekazać swoje głosy Rafałowi Trzaskowskiemu, on z uporem godnym lepszej sprawy próbuje wciąż bez sensu walczyć o jak najlepszą polityczną pozycję. Dziennikarz, który prowadził z Krzemińskim rozmowę, znany nam aż nazbyt dobrze Andrzej Morozowski s.Mordechaja Mozesa, zamiast zwrócić Profesorowi uwagę na niestosowność jego wystąpienia, poparł go w całej rozciągłości i potwierdził, że faktycznie Robert Biedroń, nie rezygnując z kandydowania na rzecz Rafała Trzaskowskiego, musi być osobą psychicznie chorą.
        Dziś – niestety głównie tylko Internet – żyje owym wydarzeniem, a część wyborców Andrzeja Dudy wręcz wieści nieuchronną klęskę jego największemu rywalowi Rafałowi Trzaskowskiemu, który ni stąd ni zowąd okazał się kandydatem osób psychicznie chorych. A jeśli ktoś mnie spyta, o co chodzi, chętnie odpowiem. Otóż w moim mniemaniu, problemem największym wcale nie jest Robert Biedroń, który – a ja tu jestem jak najbardziej otwarty na dyskusję – jak najbardziej może zostać zakwalifikowany jako osoba ciężko zaburzona, ale cała masa innych, pozornie jak najbardziej ułożonych polityków i osób związanych z branżą obu płci, których twarze codziennie oglądamy w telewizji i których słów z mniejszą lub większą irytacją wysłuchujemy w jednej czy drugiej telewizji. Otóż moim, nadzwyczaj zresztą pewnym swego zdaniem, oni wszyscy są nie mniej, a kto wie czy nawet nie znacznie bardziej, psychicznie zaburzeni niż wspomniany wcześniej Robert Biedroń. Oczywiście, ja biorę też pod uwagę taką możliwość, że część z nich doskonale panuje nad miejscem, w którym się znaleźli i kiedy to się już wszystko skończy, oni wrócą do swoich zwykłych zajęć i znów staną sie normalnymi ludźmi, podejrzewam przy tym jednak, że wśród nich – a jest ich z całą pewnością znaczna większość – znajdują się pierwszej klasy wariaci. I w tym momencie, jestem gotów przyznać nawet i to, że zarówno prof. Krzemiński, jak i red. Morozowski mają absolutną rację twierdząc, że Robert Biedroń jest osobą psychicznie chorą, natomiast nie ma absolutnie najmniejszej szansy, by oni choćby wspomnieli coś w tym temacie, że również oni, jak jeden mąż, są najprawdopodobniej ludźmi ciężko umysłowo zaburzonymi.
        W czym rzecz? Opisywałem tu niedawno sytuację, kiedy to poseł Platformy Obywatelskiej Robert Kropiwnicki wszedł na sejmową mównicę i zwyczajnie zemdlał. Poinformowałem tu przy tej okazji, że gdybym to ja był posłem do Parlamentu i to mnie by się zdarzyło nagle walnąć na swój pisowski ryj – przy okazji, pozdrowienia dla pisarki Nurowskiej, jeszcze jednej z owej wesołej gromadki, której poświęcony jest dzisiejszy tekst –  podczas sejmowego wystąpienia, moja żona i dzieci zrobiliby wszystko, bym się w to gówno dłużej nie angażował. Poseł Platformy Obywatelskiej Robert Kropiwnicki natomiast w jednej chwili się pozbierał i wrócił do swoich codziennych zajęć, a na dowód tego że czuje się świetnie, oświadczył że jest wciąż w lepszej formie niż polski rząd.
        Jeśli ktoś wciąż nie rozumie, do czego zmierzam, pragnę oświadczyć że, moim zdaniem, znaczna część osób zaangażowanych w bieżącą politykę – czy to po stronie samej polityki, mediów, czy trybun – to są ludzie ciężko psychicznie zaburzeni. A w tej sytuacji, mam już tylko jedną uwagę, a przy okazji i apel, do tych wszystkich, co się obrazili na Roberta Biedronia: odpieprzcie się od pedała, bo jest całkiem możliwe, że on jest wciąż jeszcze najbardziej normalny z was wszystkich.





        

wtorek, 23 czerwca 2020

Czy szefem kancelarii prezydenta Trzaskowskiego zostanie aktor Deląg?


      Szczerze zupełnie powiem, że jeszcze chwilę temu nie dość, że nie wiedziałem kim jest Paweł Deląg, to owo nazwisko nawet nie pojawiło się w moich myślach. Dziś jednak – swoją drogą, Diabeł jeden wie, jak dziwnym wygibasem losu – wpadłem na jego trop i dziś już wiem: Paweł Deląg to wybitny polski aktor, a przy okazji tak zwany celebryta. Jak mówię, jak do tego doszło, nie mam bladego pojęcia, ale wystarczył ten jeden raz, by i on znalazł się na liście setek, a kto wie, czy dziś już nawet nie tysięcy bohaterów tego bloga.
      Przejdźmy może od razu do rzeczy:
W latach 1990-1993 był związany z aktorką Katarzyną Gajdarską, z którą ma syna Pawła (ur. 1993). W kolejnych latach spotykał się z Marią SewerynKatarzyną Skrzynecką (1996), Bogną Sworowską (2000-2002), Violettą Kołakowską (2002-2003), Elizą Ryciak (2003), Patrycją Markowską (2003–2005), Agnieszką Harlą (2005-2006), Marie Mouté (2007–2008), Agnieszką Sienkiewicz (2008), Jolantą Borowiec (2009), Emmą Kiworkową-Rączkowską (2009–2016), Dominiką Kulczyk (2016) i Ewą Misiak (2018). W 2013 zamieszkał w Moskwie.
      A teraz ciąg dalszy:
Jestem teraz singlem i to jeszcze potrwa jakąś chwilę. Potrzebny mi jest czas ochronny. Wierzę jednak w miłość.  Jeśli mężczyzna kocha, a potrafi pięknie i głęboko, to nie daj Boże, żeby trafił na pozbawioną empatii królową lodu. Mam na myśli kobietę, która nie jest w stanie odwzajemnić uczuć. To gotowy materiał na tragedię, niemal szekspirowską. Nie chce się wyłącznie brać, ale przede wszystkim dawać. Jest troska kobieca i troska męska. Chcę się opiekować kobietą, chcę, żeby czuła się przy mnie bezpiecznie”.
      Ktoś mnie spyta, jak to się stało, że upadłem aż tak nisko i czy nie jest mi z tego powodu wstyd. A ja chętnie odpowiem, że wcale nie uważam, bym w ogóle upadł, a nawet jeśli, to miałem naprawdę dobre intencje. W jakiś to przedziwny sposób? Otóż, jak wiemy, nadchodzi nieuchronnie dzień wyborów, a jednocześnie moment, kiedy albo odetchniemy z ulgą, albo będziemy musieli zacisnąć zęby i jakoś to upokorzenie znieść. Wiem że są chwile kiedy nie jest łatwo, ale chciałbym dziś zwrócić uwagę, że jeśli w najbliższą niedzielę uznamy, że trzeba tu wpuścić tego kosmitę, to pozostaniemy już tylko z nim, z Pawłem Delągiem i tym jego mięsem. A już na pewno nie poprawią naszego humoru otaczające nas z każdej strony pomazane billboardy z szalenie zabawnym napisem Dupa2010.