Osobiście spodziewałem się, że to potrwa nieco dłużej. Czas jednak pędzi tak szybko, a rynek informacji stawia przed wszystkim tak pilne zadania, że już nawet, jak wiele na to wskazuje, przechodzi do historii sprawa tak by się wydawało świeża, jak seria planowanych zabójstw przedstawicieli reżimu, a co dopiero oficjalny komunikat Prokuratury Wojskowej, że wbrew oszczerczym kłamstwom opozycji, w rozbitym w drobny mak nad Smoleńskiem tupolewie, nie znaleziono śladu trotylu. Aż dziw bierze, że jakimś cudem udało się zachować w popularnej pamięci sam fakt katastrofy, sprzed jak by nie było trzech już blisko lat.
A więc wydawało mi się, że zanim prokuratorzy ogłoszą, że jednak trotyl był, minie trochę więcej czasu. Tymczasem człowiek ani się obejrzał, a tu cała Polska poderwana na równe nogi – niemal w tym samym stopniu co na wieść, że mama Madzi jeszcze nie zdążyła ponownie się ukryć, a już została ujęta – oświadczeniem prokuratorów, że trotyl oczywiście jak najbardziej był. Pierwsi oczywiście zareagowali nasi komentatorzy, formułując już swoje własne już oświadczenie, że skoro okazało się, że w Smoleńsku jednak był zamach, to prokurator Szeliga i jego mocodawcy są ostatecznie skompromitowani, i my od dziś będziemy się z nich już tylko śmiać.
Ze szczerą przykrością stwierdzam, że dotychczasowy ton tej notki jest zupełnie nieadekwatnie ironiczny. Zupełnie tak, jakbyśmy sobie tu rozprawiali o jakiś drobnych idiotyzmach. Ja oczywiście wiem, czemu tak się stało; czemu ja się nie mogę powstrzymać przed tym szyderstwem. Naiwność bowiem z jaką większość obserwatorów naszej sceny politycznej przyjmuje wszystko to co ona nam szczodrze przynosi jest tak porażająca, że trudno w pewnym momencie nie zacząć się śmiać. Z drugiej jednak strony sprawa jest jak najbardziej poważna. Powiedziałbym że wręcz trupio poważna. Wszystko bowiem wskazuje na to, że to na przykład co wciąż nam z uporem maniaka powtarza nasz kolega Coryllus, a więc że wszystko jest już pozamiatane, to najprawdziwsza prawda. Wszystko jest już dokładnie pozamiatane, a my się mamy na tym świeżo wysprzątanym parkiecie tylko już pląsać do dźwięków, które to tu to tam ktoś nam zagra.
Proszę łaskawie zwrócić uwagę na to, że te dwa, czy trzy tygodnie … może miesiąc temu – kto by ten dziwny czas zliczył – kiedy po raz pierwszy gruchnęła wiadomość, że w Smoleńsku jednak doszło do zamachu, przez te parę godzin – do czasu gdy prokurator Szeliga wszystko oficjalnie zdementował, a odpowiedzialni za to sianie nienawiści przykładnie ukarani – Polska znalazła się nieomal w oku cyklonu. Przez parę godzin atmosfera zrobiła się – oczywiście przy zachowaniu proporcji – niemal taka jak pamiętnej soboty. Co mamy z tego dziś? Dziś, kiedy informacja sprzed miesiąca została zwyczajnie, tyle że już oficjalnie, powtórzona. Nic. Dokładnie nic. Jeśli oczywiście na chwilę zapomnimy o tych żałosnych wybuchach zwycięskiej i starej jak świat satysfakcji i nowych zupełnie szyderstw, głównie ze strony paru blogerów. No tak. Jest jeszcze człowiek nazwiskiem Deresz, który chwilę zanim System uznał, że właściwie można już bezpiecznie wrócić do wersji z trotylem, ogłosił, że ta katastrofa to od początku do końca robota Jarosława Kaczyńskiego, a dziś wzywa tego samego Jarosława Kaczyńskiego do tego, by mu powiedział, kto mu zamordował żonę.
A ja już tylko czekam aż media przeprowadzą kolejną już sondę, tym razem jednak nie z pytaniem, czy Jarosław Kaczyński jest odpowiedzialny za ów nieszczęśliwy wypadek w Smoleńsku, lecz czy powinien on ujawnić nazwisko mordercy żony Pawła Deresza. No i oczywiście, co mu należy zrobić, jeśli nie ujawni?
Jak mówię, sytuacja jest dramatyczna aż do bólu serca. Wszystko bowiem wskazuje na to, że wspomniana na początku Informacja – Informacja pisana, jak widzimy, z dużej litery, i oznaczająca już wyłącznie taki sam towar jak cała pieprzona reszta – stanowi ten już ostatni gwóźdź do naszej trumny. To jest to, czego nie udało się całym pokoleniom, z tymi ich wszystkim systemami zniewalania człowieka. Udało się wreszcie osiągnąć to, że cokolwiek się stanie, cokolwiek zostanie ogłoszone – wszystko to zostanie przez nas w jednej chwili przyjęte, zaakceptowane, przeżute i wyplute.
Czytam dziś te idiotyczne komentarze, z jednej zresztą i z drugiej strony. A wśród nich też ten blogera Starego, jak by nie było przedstawiciela Systemu w blogosferze. Na wiadomość o tym, że to co miesiąc temu mówiło się o trotylu to jednak prawda – tym razem, jak twierdzą prokuratorzy, prawda w stu procentach – że to całe gadanie o tym, że urządzenia wykrywające materiały wybuchowe, czym bardziej czułe, tym bardziej zawodne, i że tak naprawdę minie co najmniej pół roku, zanim czegoś tam się może dowiemy, to była wyłącznie medialna akcja propagandowa, Stary zaczyna chichotać, że patrzcie no państwo patrzcie – prawacy znów mają o czym pisać w tych swoich mediach. I niech mi nikt nie mówi, że Stary to kretyn i to co on gada jest bez znaczenia. Fakt jest bowiem taki, że jego gadanie wcale nie jest bardziej bez znaczenia niż to co my tu sobie poopowiadamy. Fakt jest bowiem taki, że świat nowoczesnej informacji tak nas fatalnie ustawił, że kiedy wreszcie któregoś dnia wszystkie dzienniki i wszystkie media podadzą informacje, że oto się okazało, że w Smoleńsku doszło jednak do zamachu i że, zarówno w Polsce jak i w Rosji, są już pierwsze aresztowania, jedni zakrzykną: „Wreszcie!”, a drudzy ze zdziwioną buzią spytają: „Co wreszcie?”
A następnie i jedni i drudzy udadzą się do najbliższego kiosku „Ruchu”, by kupić swoje ulubione tygodniki. A każdy z nich z niemal identyczną okładką. Będzie na niej wrak polskiego samolotu i wielki tytuł: „Zamach”. Albo „Morderstwo”. To już zależnie od opcji.
Na sam koniec trzeba nam jednak zapytać, co z nami? A co my? My, jak zawsze. My mamy robić to co dotychczas. Stać bez ruchu, z jedną podniesiona nogą, gotowi do skoku. Cały czas gotowi do skoku. Tyle wystarczy.
Przy okazji, tak jak co dzień, wszystkich którzy po przeczytaniu ego tekstu poczuli się choćby minimalnie pełniejsi, proszę o wspieranie tego bloga – i przez kupowanie książek, ale też przesyłanie tego co tam komu może zbywa na podany obok numer konta. Bez tego, jest już po nas. Dziękuję.
Przy okazji, tak jak co dzień, wszystkich którzy po przeczytaniu ego tekstu poczuli się choćby minimalnie pełniejsi, proszę o wspieranie tego bloga – i przez kupowanie książek, ale też przesyłanie tego co tam komu może zbywa na podany obok numer konta. Bez tego, jest już po nas. Dziękuję.