Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Krajski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Krajski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 czerwca 2017

Do widzenia się z panem, panie ka

       Jak może część z nas pamięta, parę tygodni temu opublikowałem tu notkę pod tytułem „Za co masoni nie lubią listów Zyty Gilowskiej”, w której poskarżyłem się na pewnego Stanisława Krajskiego za to, że ten jeździ po Polsce z wykładami na temat masonerii i wspomagając się cytatami z mojej książki zawierającej wspomniane listy, nie dość, że uporczywie odmawia podania nazwiska jej autora, to jeszcze powtarza kłamliwą informację, jakoby listy od Zyty opublikowane zostały wbrew życzeniu rodziny. I oto, proszę sobie wyobrazić, że jeden z czytelników – a diabli wiedzą, czy nie sam zainteresowany – poinformował mnie, że pan K. trzyma rękę na pulsie i właśnie odpowiedział na moje pretensje na swoim blogu w wyjątkowo bezczelnym wpisie, w którym po pierwsze kłamliwie twierdzi, że on o listach od Zyty wspomniał podczas zaledwie jednego wykładu, że on nie miał nawet pojęcia, że listy od Zyty ukazały się drukiem poza tym co się pojawiło na jakimś anonimowym blogu, no i że on nie miał żadnego sposobu, by owego „anonimowego prawicowego blogera” zidentyfikować.
      Czemu ja z takim przekonianem używam słowa „kłamliwie”? Przede wszystkim, ja sam znam dwa różne, dostępne w Internecie wykłady Krajskiego, gdzie on powołuje się na listy od Zyty, a więc mogę z czystym sumieniem sądzić, że ich jest więcej, a on faktycznie dopuszcza się tego przekrętu notorycznie. Po drugie, nie ma takiego sposobu, by ktoś taki jak Krajski, jak sam pisze, „przypadkiem” trafił na mój blog i to akurat na tę jedną notkę z jednym z listów od Zyty. Mogło się oczywiście zdarzyć, że jemu ktoś o tych listach powiedział i wysłał mu link akurat do tekstu o Fogelmanie, no ale w tej sytuacji, pozostaje zagadką, skąd on ma taką wiedzę na temat moich początkowych targów z rodziną prof. Gilowskiej? On musiał czytać całość tych listów, a jeśli to faktycznie robił na moim blogu, to miał dziesiątki możliwości, by się dowiedzieć, że owe listy zostały wydane w formie książkowej i poznać nazwisko ich adresata. Ja oczywiście biorę pod uwagę ewentualność, że Krajski, tak jak wielu z nich, to w swojej gnuśności osoba w sposób naturalny dramatycznie beztroska, no ale nie aż tak. Przepraszam bardzo, ale nie aż tak.
      No i wreszcie rzecz trzecia. Pisze Krajski, że „przez swoją krótką wypowiedź chciałem złożyć hołd autorowi bloga za to, że te listy jednak opublikował w internecie”. I to jest już bezczelność niewyobrażalna. Krajski, opowiadając swoim słuchaczom o Fogelmanie i jego interesach tak jak to relacjonowała Zyta Gilowska w listach do „anonimowego prawicowego blogera”, połowę swojej wypowiedzi poświęca na to, by publiczność zapamiętała bardzo dokładnie ów fakt, że te listy ukazały się mimo prostestów rodziny, tak jakby bez tej informacji jego wykład tracił sens, i on dziś chce nas przekonać, że zrobił to tylko po to, by „złożyć hołd” anonimowemu autorowi owej publikacji?
      Ale jest jeszcze coś, o czym Krajski napisał na swoim blogu (https://kukonfederacjibarskiej.wordpress.com/2017/05/30/dlaczego-zostalem-zaatakowany-i-obrazony-nie-wiem/), a czego ja akurat wcześniej nie wiedziałem. Otóż okazuje się, że on opowiadając o listach od Zyty na publicznie organizowanych spotkaniach, przede wszystkim promuje swoją kolejną książkę o masonerii, gdzie się wspomaga opublikowanymi przeze mnie listami od Zyty jednocześnie, jak się sam chwali, „zgodnie z zasadami pracy naukowej podając w przypisach adres internetowy tej strony”, owe listy cytuje. A skoro zatem jest tak, to ja muszę uznać, że ta cała gadka, jaką Krajski zabawia swoją publiczność na spotkaniach to nie jest tak zwany „heat of the moment”, lecz dokładnie opracowana akcja.  Ja wiem, jak się pisze książki, a więc też wiem, że on nad tymi listami musiał siedzieć i je opracowywać na tyle uważnie, by wiedzieć, co i jak. A zatem, kiedy on dziś cytuje fragment mojej wypowiedzi, że „kiedy już wydawało się, że sprawa jest do końca rozstrzygnięta, zainterweniował syn Zyty Gilowskiej i poinformował nas, że on sobie nie życzy, żeby listy, jakie jego mama wysyłała do mnie, wydawać drukiem [co sprawiło, że] w tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak całość tej korespondencji opublikować tu na blogu”, tym bardziej wtedy, kiedy tę książkę pisał, musiał mieć świadomość, że zastrzeżenia Pawła Gilowskiego nie dotyczyły publikacji na blogu, lecz wydawania tych listów drukiem. A to dowodzi, że kiedy Krajski podczas swoich spotkań z takim namaszczeniem podkreśla, że owe listy zostały opublikowane wbrew stanowisku rodziny, nie mówi o blogu, lecz o książce. A skoro o książce, to wie też na pewno, że na książkę zgoda być musiała, no a przede wszystkim, że ta książka w ogóle istnieje. A zatem, kiedy zapewnia nas o tym, że o książce nie miał pojęcia, kłamie jak bura suka. Czemu to robi, to już problem jego i jego sumienia.
      I to jest wszystko co chciałem przekazać Krajskiemu dziś, kiedy wiem, że on doskonale wie, z kim ma do czynienia. I to nie od dziś.
     Gdy chodzi o resztę, to już w całości dla Czytelnika. I tu też nigdy nie było inaczej.


Zapraszam wszytskich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupowaćmoje ksiązki.

czwartek, 25 maja 2017

Za co masoni nie lubią listów Zyty Gilowskiej?

Zupełnie uczciwie i szczerze muszę wyznać, że zabieranie się do dzisiejszego tekstu przychodzi mi szczególnie ciężko z dwóch względów. Przede wszystkim ja naprawdę bardzo unikam sytuacji, by bohaterami moich notek, i to z jakiegokolwiek powodu, stawali się ludzie, których obecność tutaj przyniesie mi hańbę raczej niż zaszczyt. Oczywiście, w ciągu tych niemal już 10 lat zdarzało mi się pisać o elemencie absolutnie najgorszym, jak choćby, niedawno zupełnie, o Radku Sikorskim, czy Ewie Kopacz, niemniej jednak zawsze mogłem się próbować wykręcić argumentem, że przynajmniej o żadnym z nich nie można było powiedzieć, że są nikim, a ich obecność w przestrzeni publicznej jest niczym więcej, jak wyplutą gumą do żucia. Drugi powód, dla którego czuję się tu wyjątkowo niezręcznie jest taki, że naprawdę nie sądzę, by ten akurat tekst miał mieć jakiekolwiek obiektywne znaczenie. A ja lubię, gdy moje teksty są jednak po coś.
Mimo to, postanowiłem sobie dziś pofolgować i mam tylko nadzieję, że uda mi się z tematu wycisnąć coś więcej, niż ową prostą, doraźną interwencje w sprawie w gruncie rzeczy kompletnie nieinteresującej. Otóż już parę tygodni temu okazało się, a zaledwie wczoraj potwierdziło, że wśród licznych czytelników tego bloga znajduje się człowiek nazwiskiem Stanisław Krajski. By się dowiedzieć, kim jest ów Krajski możemy zajrzeć do Wikipedii i stamtąd się dowiedzieć, że to jest człowiek ojca Rydzyka, znany głównie z badań nad historią masonerii. Ja sam, podobnie zresztą jak, w co mocno wierzę, wielu czytelników tego bloga, na temat osób, które dziś, a więc w roku 2017 przyłażą do nas, by nam zawracać głowę tymi pieprzonymi piramidami, mam zdanie jak najgorsze i szczerze powiedziawszy, uważam ich za wyjątkowo cwanych prowokatorów. O ile dobrze pamiętam, o samej masonerii na tym blogu pisałem jeszcze rzadziej, niż o Władysławie Frasyniuku, a w związku z tym tym bardziej uważam, że pisanie o Krajskim nie przynosi mi chluby. No a jednak piszę. Czemu? Rzecz mianowicie w tym, że jak się właśnie dowiedziałem, ów Krajski w ostatnich tygodniach jeździ po Polsce z wykładami, podczas których, z jednej strony, systematycznie zabawia publiczność, cytując fragmenty mojej książki o zapomnianej łodzi, a jednocześnie informuje – zauważmy, że w sposób bezczelnie kłamliwy – owych nieszczęśników, którzy zdecydowali się zarwać wieczór i pójść na to gówniane spotkanie, że ja wydałem listy od Zyty Gilowskiej wbrew stanowisku rodziny.
I tu dochodzimy do momentu, w którym mam nadzieję, że to iż na tym blogu pojawiło się nazwisko Krajski, będzie jednak miało jakąś wartość. Otóż chodzi o to, że ja oczywiście rozumiem, że ów biedny człowiek, by zarabiać na życie, musi pasożytować na pracy innych osób. Rozumiem też, że on, cytując listy, jakie do mnie pisała Zyta Gilowska, jak ognia unika wspomnienia zarówno mojego nazwiska, jak i tytułu książki, w której te listy zostały opublikowane. Jest bowiem pewien rodzaj ludzkiej nędzy, która nie jest w stanie funkcjonować na powszechnie akceptowanym cywilizacyjnym poziomie, bo by się zwyczajnie posrała.
Jest jednak coś, czego autentycznie nie rozumiem, a to tego mianowicie, że Krajski, bezczelnie wykorzystując opublikowane przez mnie listy Zyty Gilowskiej, uznał jednocześnie za konieczne powtarzać owo kłamstwo, że ja owe listy opublikowałem wbrew stanowisku rodziny. Tematem jego pogadanek nie jest osoba Zyty Gilowskiej, nie jest ich tematem moja książka, tym bardziej nie są ich tematem moje relacje z rodziną prof. Gilowskiej, a mimo to on zanim zacznie mi kraść te historie, czuje potrzebę opowiedzenia zebranym o tym, jak to syn Zyty napisał mi kiedyś, że on nie chce publikacji tych listów. Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, a wnioskuję to z informacji, którymi sam Krajski ze swoją publicznością bez wstydu się dzieli, że on musi doskonale wiedzieć, że książka o łodzi, wyspie i oceanie została wydana z bardzo silnym poparciem ze strony pana Andrzeja Gilowskiego, męża Zyty, a mimo to, ile razy w swoich kolejnych wykładach podpiera się tym, co przeczytał w mojej książce, a skoro znaczną część swojego czasu poświęca na powtarzanie owych kłamstw, to znaczy, że tam są jakieś ciemne intencje. Jakie to są intencję, pewności mieć nie mogę, natomiast mam swoje podejrzenia. Otóż najprawdopodobniej Krajski – znany tropiciel światowej masonerii – doszedł do jakże słusznego przekonania, że momencie gdy to, o czym się pisze tu na naszym blogu stanie się własnością publiczną, on wraz z całą tą gadką o masonach zostanie skutecznie unieważniony, a ci wszyscy, którzy dotychczas stanowili jego publiczność nagle otworzą oczy i zobaczą to, co jest faktycznie zmartwieniem naszego świata. Co ciekawsze – i to jest najważniejsze przesłanie dzisiejszej notki – wygląda na to, że nie on jeden. A to jest wiadomość naprawdę dobra.


Książka z listami od prof. Zyty Gilowskiej znajduje się tuż obok. Wystarczy kliknąć w okładkę. Gdy chodzi natomiast o księgarnię, mamy już nową, pod nowym adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam serdecznie.

czwartek, 11 maja 2017

Stanisław Krajski, czyli narodowe czytanie

Wprawdzie już wczoraj o sprawie wspomniał u siebie na blogu Coryllus, jako że jednak tak się składa, że to ja tu jestem owej sprawy pierwszym bohaterem, pomyślałem, że wypada mi się przynajmniej odezwać. Otóż poszło o to, że znany niektórym z nas łowca masonów, prof. Stanisław Krajski, wziął wspólnie z Grzegorzem Braunem udział w jednym z licznych ostatnio, a adresowanych przede wszystkim do prawicowej publiczności, spotkań i w pewnym momencie, dla zadania sobie odpowiedniego szyku, pomógł sobie znalezioną w opublikowanych przez mnie listach od Zyty Gilowskiej historią o tym, jak to Leib Fogelman lobbował na rzecz banku Unicredito (swoją drogą, jakież to znamienne, że Krajski nazwy owego banku przezornie „zapomniał”) i prowadzonych przez niego w Polsce interesów, i nie dość, że nie uznał za stosowne wymienić ani mojego nazwiska, ani tytułu wydanej przez Klinikę Języka książki ze wspomnianymi listami, to zachciało się akurat owemu cwaniaczkowi wspomnieć o tym, jak to w pewnym momencie syn prof. Gilowskiej sprzeciwiał się publikacji tej korespondencji. Wystąpił więc prof. Krajski z Grzegorzem Braunem gdzieś w Polsce, i w znacznej mierze zainspirowany uzyskanymi z mojej książki informacjami, zabawiał przez półtorej godziny zgromadzoną publiczność swoimi mądrościami, i żadnemu z nich nawet nie przyszło do głowy ani to, by ujawnić, który to „prawicowy bloger” opublikował wspomniane listy, gdzie je opublikował, no i ile go wysiłku kosztowało, by na tę publikację uzyskać ostateczną zgodę od rodziny.
Oczywiście pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, po tym jak dotarła do mnie informacja o owym szwindlu, była taka, że to jest przecież bardzo typowe. Krajski to część jednego i tego samego towarzystwa, a oni wszyscy mają tam bardzo stanowczo przykazane, by pewnych nazwisk i pewnych tytułów nie wymawiać pod żadnym absolutnie pozorem… no ewentualnie z wyjątkiem sytuacji, gdy jest okazja do oszczerstwa, tak jak to miało miejsce niedawno w przypadku wspominanego tu niedawno wystąpienia Rafała Ziemkiewicza w tygodniku „Do Rzeczy”. A zatem, powiem szczerze, że nawet się tym co usłyszałem, nie oburzyłem. Wręcz przeciwnie, od pewnego już czasu, ile razy mam do czynienia z tego rodzaju demonstracją, mam poczucie pewnej siły. Czy ktokolwiek z czytelników tego bloga byłby sobie w stanie wyobrazić, że moja niechęć do choćby i wspomnianego Krajskiego jest tak wielka, że ja bym sobie musiał dodawać animuszu przez udawanie, że on jest dla mnie osobą kompletnie nieznaną. A przecież mógłby być, czyż nie? W końcu nie oszukujmy się, kto to jest Krajski? Człowiek, który twierdzi, że Lecha Kaczyńskiego zamordowali masoni? Przecież gdyby on miał jakiekolwiek znaczenie, to by od rana do wieczora nie wychodził ze studia TVN24. A zatem rzecz w tym, że ja udawać, iż Krajskiego nie znam, nie muszę, a on z Braunem na nasz widok, owszem, zarzucają sobie na głowy mokre szmaty. I to jest coś.
Stało się jednak przy okazji coś, co mnie autentycznie zasmuciło. Otóż w trakcie dyskusji pod wczorajszą notką Coryllusa pojawił się głos jednej z czytelniczek jego bloga, która przyznała, że nie dość, iż była przekonana, że to do Coryllusa Zyta Gilowska pisała swoje listy, to w dodatku Toyah i Coryllus to jedna osoba. W momencie gdy zaczęliśmy sobie to nieporozumienie wyjaśniać, wspomniana czytelniczka przyznała, że ona właściwie swój czas spędza na blogu Coryllusa i, owszem, wiele razy widziała jak tam się pojawia owo imię Toyah, no ale, jak już zostało powiedziane, uznała, że ten Toyah to jest sam Coryllus, no i konsekwentnie też, że to do Coryllusa Zyta adresowała swoje listy.
No ale i to ja też jestem w stanie zrozumieć. Zdążyłem się już przyzwyczaić do tego, że wielu z nas żyje w tak strasznym zgnuśnieniu, że to co do nas dociera odbieramy zaledwie w ułamku procenta, bo albo mamy myśli zajęte czym innym, albo jesteśmy zwyczajnie całym tym zgiełkiem zbyt zmęczeni, albo po prostu – i to jest opcja najbardziej z mojego punktu widzenia ponura – uważamy, że i tak wszystko już wiemy, więc w tym co słyszymy, czy czytamy, szukamy głównie potwierdzenia naszych wcześniejszych podejrzeń. To co mnie natomiast martwi, to fakt, że owa komentatorka, osoba z pewnością bardzo zaangażowana w polskie sprawy i chętna, by o nich dyskutować, nawet nie uznała za interesujące zajrzeć do jego księgarni i zobaczyć, cóż jej ulubiony bloger ma tam do zaoferowania. Ona oczywiście słyszała, że on korespondował z Zytą Gilowską i nawet opublikował te listy, no ale nie uznała tej informacji za wystarczająco pociągającej, by się nimi głębiej zainteresować. Choćby je przeczytać. Dlaczego tak? Mogę się oczywiście mylić, ale mam bardzo mocne podejrzenie, że ona tam nawet nie zajrzała, bo bardzo dobrze zna listę lektur obowiązkowych i wie, że na niej nie ma miejsca dla jakichś nie wiadomo jakich wydawnictw.
Ostatnio Gabriel często wspomina o tym, że musimy z naszą ofertą wyjść poza środowisko czytelników naszych blogów, tak by informacja o tych książkach dotarła do tych, którzy tu jeszcze nie byli i nie mieli okazji dowiedzieć się, jakie tu się dzieją cuda. Serdecznie mu w tych planach oczywiście kibicuję i sam robię wiele, by ów krąg czytelników możliwie poszerzyć. Obawiam się jednak niekiedy, że póki co mamy jeszcze bardzo wiele do zrobienia tu na miejscu. Podejrzewam też, że to mogą być naprawdę bardzo grube tysiące osób, którzy, owszem, bardzo chętnie tu przychodzą, by poczytać o tym, jak to System próbuje nas oszukać, ostatecznie jednak i tak wracają do tego, czemu tak nieroztropnie zaufali w pierwszej kolejności, i o czym można powiedzieć dużo okropnych rzeczy, ale nie to, że tam jest zimno, brudno i ciemno. Bo choć tam kłamią na potęgę, to człowiek wie, że żyje.
Myślę, że w momencie gdy Krajski i reszta to zrozumieją, zaczną wreszcie spokojnie wymieniać nasze nazwiska, nie mając najmniejszych obaw, że to w jakikolwiek sposób może zagrozić ich interesom. W końcu uwierzą w człowieka i ta wiara pomoże im odnaleźć w sobie odwagę, której dziś jeszcze im tak bardzo brakuje. I to jest dopiero wiadomość okropna.



Mimo wszystko podaję adres księgarni: www.coryllus.pl i niesmiało zwracam uwagę, że te obrazki u góry po prawej to okładki książek. Mozna klikać

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...