Nie bardzo wiem, jak to się dzieje, ale mimo, z jednej strony, znacznego upływu czasu od wybuchu tzw. afery Nergala, a z drugiej, owej oczywistości, że współczesne czasy pozwalają tematom żyć góra dwa dni, problem Adam Darskiego i jego niewątpliwej misji, wciąż żyje, i to żyje bardzo aktywnie. Może oczywiście chodzić o to, że sytuacja, w której najbardziej oczywisty przejaw satanizmu uzyskuje oficjalną autoryzację ze strony polskiego państwa, sama w sobie jest na tyle poruszająca, że dwa dni to mało, by się z tego otrząsnąć. Może też być tak, że każde tego typu starcie Dobra ze Złem tworzy napięcie, które trudno ugasić. Może być różnie, natomiast faktem jest, że temat, zamiast niknąć w powodzi innych, bardziej świeżych – zagadka tego ataku wręcz promieniuje. Uważam to za znak, i wierzę, że naszym obowiązkiem jest ten znak przyjąć.
Jeśli opierać się na oficjalnych informacjach, publikowanych czy to w Wikipedii, czy w popularnej prasie, należy zakładać, że artysta estradowy Adam Darski, zwany powszechnie „Nergalem” rozpoczął swoją drogę do sławy w wieku 10 lat, kiedy to wraz ze swoimi przyjaciółmi zapragnął stworzyć zespół muzyczny, który będzie opiewał potęgę Szatana. Ponieważ wszyscy wiemy, że 10-letnie dziecko, choćby ze względu na swoje mikroskopijne rozmiary, nie bardzo jest w stanie grać na normalnej gitarze, ten akurat element biografii Darskiego musimy uznać za rodzaj mitu, natomiast zgódźmy się przyjąć jako fakt, że kiedy on i jego koledzy zdali do siódmej klasy, założyli też swój zespół, a chwilę później nagrali pierwszą płytę, zatytułowaną – jak najbardziej po angielsku – „Endless Damnation”, co się zgrabnie tłumaczy, jako wieczne potępienie. Talent i konsekwencja poprowadziła młodego Darskiego tak, że dziś jest on w świecie uznawany za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli pogańskiego rocka, a w Polsce za pierwszego celebrytę i bohatera sztuki popularnej.
Adam Darski, dziś już – wedle tego co nam mówi dostępny przekaz – człowiek 34-letni, swojej publicznej pozycji, wbrew temu, co można by było sądzić, nie zawdzięcza jednak ani temu, że, jak mówią, jest świetnym gitarzystą, ani też temu, że zespół, który stworzył, należy do najlepszych tego typu na świecie, lecz przede wszystkim jednemu i tylko jednemu wydarzeniu, kiedy to podczas jednego ze swoich występów podarł Pismo Święte, rozrzucił strzępy po publiczności, wezwał zebranych by „żarli to gówno”, a Kościół nazwał „zbrodniczą sektą”. A więc to ten właśnie gest, a nie oczywisty muzyczny talent, przyniósł Darskiemu sławę i powszechne uznanie. Nie wypada jednak zapominać, że to wszystko – i to akurat w najlepszym dla Darskiego wypadku – nie miałoby żadnego znaczenia, gdyby za tym aktem bluźnierstwa stał charakter człowieka otwarcie złego, okrutnego, bezwzględnego i drapieżnego. Gdyby Darski, również poza sceną, opiewał tę śmierć i tę czerń. Tymczasem on, kiedy występuje już przed szerszą, nie interesującą się black metalem, publicznością, pozostaje już tylko niezwykle łagodnym, sympatycznym i szalenie ujmującym człowiekiem, który do tego zna język angielski, jest bardzo oczytany i przedziwnie elokwentny. On – jak mówię, w najlepszym dla siebie razie – pozostałby zaledwie jednym z elementów artystycznego undergroundu, gdyby nie ten jego uśmiech – uśmiech człowieka wesołego, otwartego, pełnego szacunku i tolerancji.
Czy to oznacza, że Adam Darski ukrywa swój satanizm? Ależ w żadnym wypadku! Jakkolwiek by na to nie patrzeć, on go wręcz eksponuje, tyle tylko, że robi to z tym swoim ujmującym uśmiechem i łagodnością, co dla osób bardziej doświadczonych jest całkowicie naturalne, a dla tych już bardziej naiwnych – sensacją. W którymś z biograficznych opracowań na temat Darskiego przeczytałem, że on kiedyś nosił pseudonim „Holocausto”, jednak życzliwe mu, i prawdopodobnie bardziej od niego politycznie świadome otoczenie, doradziło mu tu pewną naturalną ostrożność, i dopiero wtedy przybrał imię owego Nergala. Te same dane biograficzne informują, że Nergal, to ledwo jeden z licznych pogańskich bogów, natomiast, jak idzie o kwestię, czy to jest może bóg artystów, czy może bóg płodności, czy miłości, czy choćby nawet i orgazmu – z tymi poganami nigdy w końcu nie wiadomo – tego już się nie wyjaśnia. A fakt jest jasny jak słońce i czarny jak dusza tego człowieka – Nergal to bóg zarazy, wedle sumeryjskich wierzeń odpowiedzialny za zsyłanie chorób i epidemii. A zatem stoi przed nami ktoś, kto swoim patronem uczynił owego Nergala, i prawdopodobnie, gdyby go spytać, czemu Nergal, on by się tylko uśmiechnął i po raz kolejny opowiedział tę niezwykle zabawną historię o tym, jak to on swoją pierwszą gitarę otrzymał na pamiątkę swojej Pierwszej Komunii Świętej, i od tego czasu śpiewa wyłącznie o miłości i Jezusie.
Po co ja w ogóle tyle pisze o tym Darskim? W końcu on jest dziś już bardzo szeroko znany i odpowiednio oceniony przez wszystkie zainteresowane strony. Otóż piszę o nim tak szczegółowo, przede wszystkim dlatego, że, zanim zajmę się tym, co moim zdaniem jest tu najważniejsze, bardzo bym chciał, żeby nie było tu żadnych nieporozumień. A przede wszystkim, nie chciałbym, żeby i tu pokutowało to dziwne przekonanie, że ten Darski to jakiś potwór i idiota. Lub, co jeszcze gorsze, że to kompletnie nieistotny wyprysk na współczesnej historii naszej popularnej kultury. Bo tego typu wiara, zamiast nam cokolwiek rozjaśniać, wyłącznie nam sprawę zaciemnia, i tym samym uniemożliwia ujrzenie problemu w pełnym jego kształcie. A kształt tego czegoś, to wypisz wymaluj sylwetka owego fantastycznie przemiłego historyka-poligloty z Patriarszych Prudów. I niech nas Bóg broni, byśmy ten szczegół mieli przegapić. Niech nas Bóg Wszechmogący broni.
Ja raz tylko w swoim życiu widziałem Diabła w akcji – w tym sensie, oczywiście, że patrzyłem na niego, słuchałem go i wiedziałem, że to Diabeł. I był to jak najbardziej Adam Darski w telewizyjnym programie zapomnianej już nieco gwiazdy telewizji TVN24, Małgorzaty – co za znak! – Domagalik. Darski siedział, piękny i swobodny, grzeczny i elokwentny, a Domagalik z każdą chwilą była w nim coraz bardziej zakochana. Zakochana w taki sposób, jak pewien typ nauczycielek zakochuje się w niektórych swoich bardziej przebiegłych uczniach, czy panie psychoterapeutki w psychopatach, których miały zbadać i już w pierwszym dniu okazało się, kto w tym pojedynku jest intelektualnie sprawniejszy. Od momentu jak ona wybłagała, żeby Darski pozwolił do siebie mówić „Adamie” i do niej zwracał się per „Małgorzato”, przez prośbę, żeby pozwolił sobie zrobić z nią zdjęcie, po finałowe „fajnie z tobą rozmawiać”, to co Małgorzata Domagalik odstawiła na oczach telewidzów, było tak straszne, że w pewnym momencie zacząłem się autentycznie obawiać, że ona za moment poprosi go nagle, żeby pozwolił jej dotknąć swojego tatuażu, albo wręcz żeby ją pocałował.
I przez cały niemal – niemal – czas programu, imię Szatana nie padło ani razu. A rozmawiano o wszystkim. O życiu, o muzyce, o dzieciństwie, o szkole, o ukochanej gitarze, o miłości, o pięknie, o książkach. Domagalik mówiła mu o tym, jak jej się podoba jego muzyka, jej intensywność i ta „ściana dźwięku” i te emocje, a sam Darski przez cały czas był cudownie elokwentny, sympatyczny, uśmiechnięty, elegancki… no i piękny. Przepiękny. Dlaczego? Skąd? W jaki sposób? Domagalik go o to nie pytała. Nie miała ani siły, ani chęci, ani potrzeby. Wreszcie on sam, widząc że traci czas, i zamiast mówić o sprawach ważnych, musi odpierać awanse jakiejś pani, nie wytrzymał i parę razy powiedział nam, o co chodzi. Sam z siebie. W końcu, on tam też nie był po to, żeby zbierać punkty – jemu to jest naprawdę niepotrzebne – ale żeby, tak samo jak my, dawać świadectwo. A więc powiedział – właśnie wtedy – że jego wszystkie piosenki są „o miłości i Jezusie”. Czy o miłości do Szatana i nienawiści do Jezusa? Tego akurat nie wyjaśnił, a ona oczywiście nie spytała. Ale z uśmiechów – jej i jego – widać było, że jest dobrze. I cudownie. No i wtedy, już pod sam koniec, wspomniał też i o samym Szatanie – bez pytania, bez potrzeby. Że jest mądry i elegancki, i sympatyczny i wyszczekany. I że jego bardzo bawi, kiedy widzi, jak ludzie ulegają temu urokowi bardziej, niż choćby tej jakiejś Biblii.
Od czasu tej audycji minęło już dość dużo czasu, w międzyczasie sumaryjski Bóg zarazy zesłał na Adama Darskiego białaczkę, a Dobry Pan – któż zna Jego ścieżki? – go od tej zarazy wyzwolił. Czy po to, by Darski stał się jeszcze bardziej bohaterem zbiorowej wyobraźni? Czy może z jakiegoś jeszcze innego powodu? Tego nie wiemy i być może nigdy już się nie dowiemy. Faktem jest, że Darski przeżył, i dziś, swobodnie i radośnie, głosi chwałę tego, który go chciał uśmiercić. A ja mam następujące refleksje. Otóż wygląda na to, że całe to zło, które przez ostatnie lata tak skutecznie oplotło Polskę swoją pajęczyną, właśnie dało ostateczne świadectwo. Pierwszy był wymiar sprawiedliwości w osobie niezawisłego sędziego, który zaświadczył, że publiczne zbezczeszczenie Pisma Świętego jest czystym i niewinnym aktem wolnej twórczości artystycznej, i nikomu nic do tego. Po nim przyszły niezależne media, i poprosiły Darskiego, by został ich współpracownikiem i twarzą. Po nich pojawili się niezależni dziennikarze i poinformowali, że Adam Darski i jego poglądy są równie święte jak to niby święte pismo, i wara od nich różnej maści oszalałym z nienawiści do ludzkiej wolności dewotom. Po dziennikarzach przyszedł Prezydent Rzeczpospolitej i głosem swojego wysokiego urzędnika – co ciekawe, reprezentującego jednocześnie rządzącą partię – oświadczył, że Darski jest przyjacielem, a nie wrogiem. Następnie zabrała głos tak zwana Rada Etyki Mediów i ustami swego przewodniczącego wyjaśniła, że Adam Darski to niezależny ekspert i nauczyciel. Wreszcie, już na samym końcu, zabrała też głos najbardziej postępowa część Kościoła Katolickiego, i autorytetem księdza Adama Bonieckiego zaświadczyła, że Adam Darski to żaden satanista, lecz bardzo kulturalny i łagodny człowiek, a o tym, że on nie jest satanistą, poza jego miłym uśmiechem i ciepłym głosem, świadczy najlepiej to, że on temu jednoznacznie zaprzecza.
W ten oto sposób, linia została nakreślona, role zostały rozdane, świadectwo zostało dane. A mnie najbardziej w tym wszystkim oczywiście interesuje miejsce, jakie w tym wszystkim zajął polski Kościół. Ksiądz Boniecki, zauroczony osobistą kulturą i elokwencją Darskiego, wyraził jednocześnie przypuszczenie, że atak na Nergala to atak motywowany politycznie, a Nergal jest tu tylko pretekstem. I ja, wbrew pozorom, gotów się jestem z Księdzem zgodzić. Tak, walka z Nergalem to w dzisiejszej Polsce walka polityczna. Bo wszystko wskazuje na to – a dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – że za tym całym nieszczęściem, jakie w ostatnich latach było udziałem tego Narodu, stoi właśnie Szatan. I ta nienawiść, i cała działalność polityków takich jak Palikot, ów moralny upadek wielu ludzi Kościoła, zamach w Smoleńsku, męczeństwo i śmierć Prezydenta, to szyderstwo, z jakim zostało zbezczeszczone jego rozdarte na strzępy ciało, jego trumna i jego grób, to wszystko co spotkało Krzyż i ludzi ściskających pod tym Krzyżem swoje biedne różańce, i znów ten Palikot, ukrzyżowany w chrystusowej pozie na okładce „Newsweeka”, wreszcie zdrada znacznej części naszych księży i biskupów – to wszystko tak naprawdę była tylko polityka i tylko Szatan. Kiedy więc dziś, czy to w przejawie tryumfu, czy może przeczucia porażki – Bóg mi świadkiem, że bardzo chciałbym wiedzieć, a nie wiem, dlaczego – Szatan powstał z tak strasznym wyciem, myślę sobie, że polski Kościół dostał nagle swoją drugą szansę i mam radosne wrażenie, że polscy biskupi i wielu księży dziś jednak zaczyna wreszcie widzieć to wszystko z właściwej perspektywy. Że to – owszem – jest polityka, tyle że polityka, która stała się placem boju między siłami Zła i Dobra. I że w tej walce, kwestia wyboru stron, to równocześnie kwestia wyboru cnoty, lub grzechu.
Mam naprawdę radosne wrażenie, że dziś, w sytuacji, jaka się przed nami otworzyła, wielu przedstawicieli polskiego Kościoła ujrzało bardzo wyraźnie, że jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, w pewnym momencie oni opowiedzieli się po stronie Zła. Bo dziś to wszystko widać bardzo jasno. Właśnie w głosach ludzi, którzy dają to swoje czarne swoje świadectwo. A Dobry Bóg nie pozwala im zamilknąć.
Na chwilę jeszcze wrócę do rozmowy Małgorzaty Domagalik z Adamem Darskim sprzed miesięcy. Powiedziała wówczas ta nieszczęsna kobieta, że to taki zabawny paradoks, że on swoją pierwszą gitarę kupił za pieniądze, które otrzymał z okazji Pierwszej Komunii. A Mistrz jej na to z miłym uśmiechem, że to rzeczywiście piękne. Naprawdę piękne. I na to mój syn, który, przyznaję, z całą pewnością ma w sobie coś szczególnego, zawołał wesoło: „O! To on jest ochrzczony! W ten sposób jest, jak my, Dzieckiem Bożym. I już go nic nie uratuje”. Przypominam sobie tę niezwykłą reakcję i myślę, że to może było właśnie tak. Że Pan Bóg wyrwał Darskiego z objęć śmierci, by mu kazać działać i nawracać zbłąkanych. Mam szczerą nadzieję, że On wiedział, co robi. I że to Dzieło niedługo stanie się też i naszym udziałem.
Jeśli komuś powyższy tekst się spodobał, lub go w jakikolwiek pozytywny sposób zainspirował, zapraszam do kupna książki, o której informacja podana jest tuż obok, i wspierania tego bloga pod podanym też obok numerem konta. Jednocześnie informuję wszystkich mieszkańców Katowic i okolic, że autor powyższego tekstu kandyduje w tegorocznych wyborach do Sejmu z list Prawa i Sprawiedliwości w okręgu 31 z pozycji 21.