Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Boniecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Boniecki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 maja 2023

Dlaczego ks. Boniecki nie lubi słyszeć jak się modlimy

        Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze pamięta księdza nazwiskiem Tomasz Węcławski, a tym bardziej w jakikolwiek sposób kojarzy nazwisko Tomasz Polak. Ponieważ jednak podejrzewam, że wielu takich wśród nas nie ma, przypomnę. Otóż Tomasz Węcławski był przed laty dość znanym, a także powszechnie uznanym, księdzem Archidiecezji Poznańskiej, który w roku 2007 ni stąd ni z owąd ogłosił, że ma dość Kościoła i zrzuca sutannę, następnie dokonał aktu apostazji, ożenił się, by w końcu ogłosić, że resztę życia planuje spędzić jako stuprocentowy ateista. Wszystko to wydarzyło się w ciągu zaledwie roku czy dwóch i wydaje mi się, że do dziś dobrzy ludzie zachodzą w głowę, jak to możliwe, by będąc osobą nie dość że dorosłą, to jeszcze jakoś tam wydawałoby się przytomną, dla tak zwanej „baby” najnormalniej w świecie oszaleć, czy może za tym ciekawym bardzo gestem stało coś jeszcze, o czym być może Diabeł jeden tylko wie. Stało się jednak jak się stało, lata mijały, Węcławski zmienił nazwisko na Polak i wraz ze swoją żoną postanowili poświęcić się działalności naukowej w ramach czegoś co na poznańskim uniwersytecie działa do dziś i nosi nazwę Pracowni Pytań Granicznych i gdzie, wedle oficjalnych informacji, owa „graniczność” stanowi „perspektywę poznawczą co najmniej równoprawną wobec innych powszechnie przyjmowanych perspektyw. Obszary graniczne między różnymi źródłami poznania / dyscyplinami nauki okazują się szczególnie płodne eksploracyjnie, obiecują nowe możliwości, mimo ryzyka niepowodzeń”.

        Jak już wcześniej zaznaczyłem, nie przypuszczam by sprawa księdza Węcławskiego była wciąż powszechnie rozpamiętywana, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że takim na przykład czytelnikom „Tygodnika Powszechnego” zarówno sama jego osoba, jak i wygłaszane przez niego mądrości, nie są ani na moment oszczędzane. Tak też i było parę tygodni temu, kiedy wspomniane pismo najpierw na okładce zaanonsowało długi wywiad z Tomaszem Polakiem, następnie na odredakcyjnej stronie palcem naczelnego Bonieckiego wyjaśniło, że poglądy obywatela Polaka, choć kontrowersyjne, zasługują na uwagę, bo to są poglądy człowieka w swej mądrości wręcz wybitnego, by w końcu zapowiedzianą rozmowę w pełnym kształcie zaprezentować. A ja, przyznaję, przeczytałem to coś i powiem tylko, że tam nie ma jednej rzeczy, która nie mogłaby wyskoczyć z głowy takiej choćby Klaudii Jachiry, gdyby tylko jej wypowiedź podlać gęstym sosem intelektualnego żargonu. A więc, gdy chodzi o sedno tej wypowiedzi, zdaniem księdza Bonieckiego zasługującej na szeroką popularyzację, dowiadujemy się, że chrześcijaństwo to od samego swojego początku oszustwo nastawione na zniewolenie człowieka, a bez owego oszustwa świat byłby znacznie lepszy, a przede wszystkim piękniejszy. Na szczęście już niedługo nie pozostanie nawet wspomnienie nie tylko po Kościele, nie tylko po Jezusie, ale w ogóle po tym całym przekręcie.

       Przeczytałem rozmowę z Tomaszem Polakiem, podumałem przez chwilę nad miejscem zajmowanym dziś w Polsce przez „Tygodnik Powszechny”, nad zadaniami, jakie ma on wyznaczone do realizacji, oraz rolą, jaką pełni w tym projekcie ksiądz Adam Boniecki i jego czarne towarzystwo, i pewnie bym już o tym wszystkim zapomniał, gdyby nie to, że ledwie co przedwczoraj na Twitterze znalazłem informację, że we wspomnianym tygodniku ukazał się tekst niejakiego Jaremy Piekutowskiego – tradycyjnie gorąco polecany przez księdza Bonieckiego – w którym ten dostaje jasnej cholery na to, że „Dziś w Polsce w wielu kościołach słychać słowa: ‘Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła’ i można odnieść wrażenie, że popularność owej modlitwy rośnie”. Co w tej modlitwie, czy może bardziej w tym, że pobożni ludzie tak bardzo ostatnio potrzebują zwracać się w ten sposób o wsparcie do św. Michała Archanioła, tak bardzo złości „Tygodnik Powszechny”? Otóż, jeśli dobrze rozumiem przekaz Piekutowskiego, chodzi o to, że „tekst mszy jest ustalony, dodatki usunięte, a nawet jeśli ten czy inny biskup próbuje je przywracać, są to jego własne, partykularne inicjatywy. W takich lokalnych instrukcjach odmówienie tekstu zalecanej w ten sposób modlitwy nabiera magicznego znaczenia, a sama religia zaczyna przypominać magię”, a magia, jak wiemy, to zło. Ale nie tylko to. Jest też bowiem ten jeden praktyczny powód, dlaczego Piekutowskiemu i Bonieckiemu tak bardzo zależy na tym, żeby owa modlitwa wreszcie zamilkła. Chodzi bowiem o to, że „nawet najlepszy tekst modlitwy może się zużyć przy zbyt częstym używaniu, że słowa tracą swą pierwotną siłę” i wówczas egzorcyzm papieża Leona XIII może się okazać nieskuteczny, a to by oczywiście całą redakcję „Tygodnika Powszechnego” bardzo zasmuciło. Wystarczy przecież „zdrowaśka”, czy „Ojcze nasz”, które akurat „jakoś wytrzymują próbę czasu i przemian kulturowych”. Dlatego im „nic nie przeszkadzają biskupi, którzy przywracają zniesione w soborowej reformie zdrowaśki i modlitwy po mszy świętej”. Chodzi tylko o to, by nie eksploatować tego cholernego egzorcyzmu, bo jeszcze nie daj Boże się zużyje. I choć w to trudno być może uwierzyć, to jest jedyny konkretny, podany przez Piekutowskiego powód, dla ktorego on zdecydował się ruszyć ze swoją krucjatą.

       Najmocniejsze jednak pojawia się na koniec. Otóż Piekutowski, w swej niezmierzonej bezczelności,  na swego rodzaju adwokata Diabła, przywołuje św. Jana Marię Vianneya, który podobno swego czasu zapytany, jak się modli, odpowiedział, że się modli w milczeniu. I tu się pojawia nauka, jakiej nam udziela „Tygodnik Powszechny” i jego załoga: należy „patrzeć w Najświętszy Sakrament i wiedzieć, że Pan Jezus też patrzy. Do takiej modlitwy się dochodzi przez długie monologi, wyszeptywane teksty, przez liturgiczne inwokacje. Żeby wreszcie ucichnąć. Patrzeć. Milczeć”. Tak się trzeba modlić. Trzeba brać przykład ze świętego Vianneya, który przecież wiedział co i jak. I przestać pieprzyć coś o szatanie i innych duchach złych, których trzeba strącić do piekieł amen. Bo to nikomu nie służy, tylko miesza w głowach. No i jeszcze się zużyje.

        Myślę od wczoraj o tym całym „Tygodniku Powszechnym” i wszystkim tym, co on, przynajmniej od czasu jak św. Jan Paweł II się nad nim tak strasznie zapłakiwał, niezłomnie stara się zrobić z naszym Kościołem. I myślę sobie, że jeśli nasi biskupi nie wezmą się w garść i nie przeprowadzą wreszcie nad tym gniazdem żmij poważnego i skutecznego egzorcyzmu, to nawet jeśli z każdą niedzielą owa niezwykłą modlitwa będzie odmawiana w coraz większej liczbie kościołów, to możemy nie dać rady. A jeśli egzorcyzmy nie dadzą efektu, to być może należy wziąść w garść żelazną rózgę i całe to szatańskie towarzystwo rozpędzić na cztery wiatry.



 

          


poniedziałek, 4 września 2017

Czy ksiądz Boniecki to człowiek ciepły i miły?

Informował nas już o tym Gabriel, a ja muszę tę smutną informację potwierdzić, że faktycznie pewne narastające od pewnego czasu kłopoty na rynku spowodowały dość poważny kryzys sprzedażowy w samym wydawnictwie. Nie muszę chyba wspominać, że owe problemy dotykają i nas tu osobiście, co w połączeniu z różnymi nieoczekiwanymi, a często bardzo finansowo wyczerpującymi zawirowaniami tu na miejscu, spowodowało, że zmuszony jestem prosić stałych czytelników tego bloga o doraźne – mam nadzieję, że jednorazowe – wsparcie dla tego bloga. Ponieważ mamy już za sobą podobne, tyle że na znacznie większą skalę, doświadczenie, mam nadzieję, że zwłaszcza ci, którzy są tu od zawsze, znają drogę. Jeśli potrzebne będą bardziej szczegółowe informacje, bardzo proszę o kontakt na adres toyah@toyah.pl. Bardzo dziękuję. A tymczasem zapraszam do paru zupełnie nowych refleksji na tematy już bardziej ogólne.

Jak część z nas z pewnością zauważyła, po kilku latach słodkiej nieobecności, pojawił się w mediach ksiądz Adam Boniecki i, jak się należało spodziewać, swój powrót ogłosił w taki sposób, by wszyscy ci, co za nim tęsknili, dostali w jednej chwili to, czego im brakowało najbardziej plus jeszcze trochę. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że z prośbą o skomentowanie tego wszystkiego, co komentarza od księdza Bonieckiego wymagało, zgłosił się nie kto inny, jak telewizja TVN24, a więc ktoś, kto prawdopodobnie na temat misji Kościoła ma do powiedzenia jeszcze więcej, niż „Gazeta Wyborcza”, która z kolei w tej dziedzinie, jak wszystkim wiadomo, jest autorytetem najwyższym.
Rozmowa z księdzem Bonieckim jest bardzo długa i zahacza o wszelkie możliwe tematy, od Krzyża w Sejmie po marsze KOD-u, ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na dwa fragmenty, pierwszy, związany z przyjacielskim gestem, jaki swego czasu ksiądz Boniecki wykonał w stosunku do satanisty Nergala, a drugi, dotyczący oceny Jarosława Kaczyńskiego, jako człowieka. Zapytany przez dziennkarkę stacji TVN24 o epizod z Nergalem, Boniecki odpowiada tak:
„Darł Biblię niejeden raz. Przynosili mu i on ją darł jak szalony. Ten numer programu się podobał widzom. Uważam i tak napisałem, że to chamstwo. Z Nergalem rozmawiałam w życiu raz, może 15 minut. Odkryłem wtedy, że jest człowiekiem rozsądnym, miłym, ciepłym. Nie darł się, jak to robi na scenie, nie przewracał oczami. Po prostu miły człowiek. Podarował mi swoją książkę. Przeczytałem. Nie są to ‘Księgi Pielgrzymstwa i Narodu Polskiego’, ale sporo można się o autorze dowiedzieć. Miałem wrażenie, że dla niego największą wartością jest sukces jego zespołu. Behemota. To jest dla niego najważniejsze. Warte każdej ceny. Zobaczył, że darcie Pisma Świętego ściąga mu publiczność, więc darł”.
Zanim przejdę do drugiej części, chciałbym zwrócić uwagę na jeden fragment zpowyższej wypowiedzi, kiedy to Ksiądz mówi o Nergalu, że to człowiek „rozsądny, miły i ciepły”. Proszę popatrzeć: widzi Nergal znanego katolickiego księdza i przychodzi mu do głowy pomysł, by zrobić sobie z nim zdjęcie i zamieścić je na Facebooku. Podchodzi więc do księdza, z miłym uśmiechem i bardzo grzecznie, przedstawia się i prosi o wspólną fotografię, prezentując mu jednocześnie swoją książkę z osobistą dedykacją. Czemu to robi, my oczywiście już wiemy, natomiast to co jest w tym najciekawsze, to nie intencje Nergala, lecz reakcja księdza Bonieckiego, który robi wszystko, o co Nergal go prosi i, jak widzimy, w przekonaniu, że to jest do czego zachęcał Jezus, do dziś jest ze swojej postawy bardzo zadowolony. Dlaczego? Bo przecież wiemy, że ten cały satanizm to zaledwie zwykły biznes, a najważniejsze i tak jest to, gdy człowiek jest „miły i ciepły”.
Tyle na temat Nergala. W dalszej części rozmowy pojawia się jednak element prawdziwie złowieszczy, w postaci Jarosława Kaczyńskiego, a więc, jak się domyślamy, kogoś kto najpewniej nie jest ani miły, ani ciepły, ani, tym bardziej, rozsądny, a co może jeszcze ważniejsze, kto w żaden sposób nie kieruje się kaprysami publiczności. Posłuchajmy jednak samego księdza Bonieckiego:„Myślę, że nie jest mu łatwo. Żyje w stanie wielkiego napięcia. Jego wybuch, kiedy w bardzo nieelegancki sposób obrażał parlamentarzystów, pokazał, że w nim jest jakieś straszne ciśnienie niechęci, wrogości, strachu. I już nawet nie chodzi o to, co mówił, bo człowiek różne rzeczy mówi w gniewie. Ale jeśli ten człowiek, w takim miejscu, w takim momencie, przestaje panować nad sobą… to jest niepokojące. Do jakiego stanu on się doprowadził! Już jedna iskra wystarczy, żeby spowodować wybuch. Człowiek, który jest spokojny, pewny swojej drogi, tak nie działa”.
A my już wiemy, jak działa człowiek, który jest spokojny, pewny swojej drogi, bo nauczył nas tego sam ksiądz Boniecki. Taki człowiek działa jak Nergal. No ale nie każdy tak potrafi. By tak postępować, trzeba mieć w sobie pewne ciepło.
Prowadzę ten blog już od niemal dziesięciu lat i przyznaję, że zdarzyło się parę razy, że pojawił się temat, wobec którego poczułem paraliżującą bezradność. I to, z czym do nas dzis zawitał ksiądz Boniecki jest dla mnie wyzwaniem nie lada. Gapię się w to, co już napisałem i nie mam pojęcia, jak z tego nieszczęścia wyjść. I oto czytam, jak ów dziwny ksiądz tłumaczy powody, dla których postanowił zapuścić brodę. Oddajmy mu głos po raz ostatni:
„Ludzi, którzy się golą trzeba raczej zapytać: po co codziennie podejmują tę mordęgę, żeby się golić? Żeby zapuścić brodę, właściwie nic nie trzeba robić. Raz w miesiącu pani fryzjerka mi tę brodę podcina”.
A więc o to chodzi. Nie trzeba nic robić. Zero. Człowiek, siedzi, broda rośnie, raz na miesiąc fryzjerka ją przystrzyże i jest dobrze. Wprawdzie można by było zapytać, po co ją w ogóle podcinać, Czyż w końcu nie liczy się tak naprawdę jedynie ciepło i rozsądek? Rozsądek i ciepło? My jednak wiemy coś jeszcze, o czym w sposób oczywisty ksiądz Boniecki z prawdziwą radością zapomniał: gnuśność. A że człowiek wygląda jak wygląda? Co robić? W końcu nie wypada lekceważyć oczekiwań publiczności.

Wszystkich czytelników tego bloga z całego serca zachęcam do kupowania moich książek. Tu. To są dobre książki. Ani w Matrasie ani w Empiku na tego typu emocje liczyć nie ma co.

sobota, 24 września 2011

Jeszcze Nergal, czyli kiedy Pan Bóg przemówił

Nie bardzo wiem, jak to się dzieje, ale mimo, z jednej strony, znacznego upływu czasu od wybuchu tzw. afery Nergala, a z drugiej, owej oczywistości, że współczesne czasy pozwalają tematom żyć góra dwa dni, problem Adam Darskiego i jego niewątpliwej misji, wciąż żyje, i to żyje bardzo aktywnie. Może oczywiście chodzić o to, że sytuacja, w której najbardziej oczywisty przejaw satanizmu uzyskuje oficjalną autoryzację ze strony polskiego państwa, sama w sobie jest na tyle poruszająca, że dwa dni to mało, by się z tego otrząsnąć. Może też być tak, że każde tego typu starcie Dobra ze Złem tworzy napięcie, które trudno ugasić. Może być różnie, natomiast faktem jest, że temat, zamiast niknąć w powodzi innych, bardziej świeżych – zagadka tego ataku wręcz promieniuje. Uważam to za znak, i wierzę, że naszym obowiązkiem jest ten znak przyjąć.
Jeśli opierać się na oficjalnych informacjach, publikowanych czy to w Wikipedii, czy w popularnej prasie, należy zakładać, że artysta estradowy Adam Darski, zwany powszechnie „Nergalem” rozpoczął swoją drogę do sławy w wieku 10 lat, kiedy to wraz ze swoimi przyjaciółmi zapragnął stworzyć zespół muzyczny, który będzie opiewał potęgę Szatana. Ponieważ wszyscy wiemy, że 10-letnie dziecko, choćby ze względu na swoje mikroskopijne rozmiary, nie bardzo jest w stanie grać na normalnej gitarze, ten akurat element biografii Darskiego musimy uznać za rodzaj mitu, natomiast zgódźmy się przyjąć jako fakt, że kiedy on i jego koledzy zdali do siódmej klasy, założyli też swój zespół, a chwilę później nagrali pierwszą płytę, zatytułowaną – jak najbardziej po angielsku – „Endless Damnation”, co się zgrabnie tłumaczy, jako wieczne potępienie. Talent i konsekwencja poprowadziła młodego Darskiego tak, że dziś jest on w świecie uznawany za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli pogańskiego rocka, a w Polsce za pierwszego celebrytę i bohatera sztuki popularnej.
Adam Darski, dziś już – wedle tego co nam mówi dostępny przekaz – człowiek 34-letni, swojej publicznej pozycji, wbrew temu, co można by było sądzić, nie zawdzięcza jednak ani temu, że, jak mówią, jest świetnym gitarzystą, ani też temu, że zespół, który stworzył, należy do najlepszych tego typu na świecie, lecz przede wszystkim jednemu i tylko jednemu wydarzeniu, kiedy to podczas jednego ze swoich występów podarł Pismo Święte, rozrzucił strzępy po publiczności, wezwał zebranych by „żarli to gówno”, a Kościół nazwał „zbrodniczą sektą”. A więc to ten właśnie gest, a nie oczywisty muzyczny talent, przyniósł Darskiemu sławę i powszechne uznanie. Nie wypada jednak zapominać, że to wszystko – i to akurat w najlepszym dla Darskiego wypadku – nie miałoby żadnego znaczenia, gdyby za tym aktem bluźnierstwa stał charakter człowieka otwarcie złego, okrutnego, bezwzględnego i drapieżnego. Gdyby Darski, również poza sceną, opiewał tę śmierć i tę czerń. Tymczasem on, kiedy występuje już przed szerszą, nie interesującą się black metalem, publicznością, pozostaje już tylko niezwykle łagodnym, sympatycznym i szalenie ujmującym człowiekiem, który do tego zna język angielski, jest bardzo oczytany i przedziwnie elokwentny. On – jak mówię, w najlepszym dla siebie razie – pozostałby zaledwie jednym z elementów artystycznego undergroundu, gdyby nie ten jego uśmiech – uśmiech człowieka wesołego, otwartego, pełnego szacunku i tolerancji.
Czy to oznacza, że Adam Darski ukrywa swój satanizm? Ależ w żadnym wypadku! Jakkolwiek by na to nie patrzeć, on go wręcz eksponuje, tyle tylko, że robi to z tym swoim ujmującym uśmiechem i łagodnością, co dla osób bardziej doświadczonych jest całkowicie naturalne, a dla tych już bardziej naiwnych – sensacją. W którymś z biograficznych opracowań na temat Darskiego przeczytałem, że on kiedyś nosił pseudonim „Holocausto”, jednak życzliwe mu, i prawdopodobnie bardziej od niego politycznie świadome otoczenie, doradziło mu tu pewną naturalną ostrożność, i dopiero wtedy przybrał imię owego Nergala. Te same dane biograficzne informują, że Nergal, to ledwo jeden z licznych pogańskich bogów, natomiast, jak idzie o kwestię, czy to jest może bóg artystów, czy może bóg płodności, czy miłości, czy choćby nawet i orgazmu – z tymi poganami nigdy w końcu nie wiadomo – tego już się nie wyjaśnia. A fakt jest jasny jak słońce i czarny jak dusza tego człowieka – Nergal to bóg zarazy, wedle sumeryjskich wierzeń odpowiedzialny za zsyłanie chorób i epidemii. A zatem stoi przed nami ktoś, kto swoim patronem uczynił owego Nergala, i prawdopodobnie, gdyby go spytać, czemu Nergal, on by się tylko uśmiechnął i po raz kolejny opowiedział tę niezwykle zabawną historię o tym, jak to on swoją pierwszą gitarę otrzymał na pamiątkę swojej Pierwszej Komunii Świętej, i od tego czasu śpiewa wyłącznie o miłości i Jezusie.
Po co ja w ogóle tyle pisze o tym Darskim? W końcu on jest dziś już bardzo szeroko znany i odpowiednio oceniony przez wszystkie zainteresowane strony. Otóż piszę o nim tak szczegółowo, przede wszystkim dlatego, że, zanim zajmę się tym, co moim zdaniem jest tu najważniejsze, bardzo bym chciał, żeby nie było tu żadnych nieporozumień. A przede wszystkim, nie chciałbym, żeby i tu pokutowało to dziwne przekonanie, że ten Darski to jakiś potwór i idiota. Lub, co jeszcze gorsze, że to kompletnie nieistotny wyprysk na współczesnej historii naszej popularnej kultury. Bo tego typu wiara, zamiast nam cokolwiek rozjaśniać, wyłącznie nam sprawę zaciemnia, i tym samym uniemożliwia ujrzenie problemu w pełnym jego kształcie. A kształt tego czegoś, to wypisz wymaluj sylwetka owego fantastycznie przemiłego historyka-poligloty z Patriarszych Prudów. I niech nas Bóg broni, byśmy ten szczegół mieli przegapić. Niech nas Bóg Wszechmogący broni.
Ja raz tylko w swoim życiu widziałem Diabła w akcji – w tym sensie, oczywiście, że patrzyłem na niego, słuchałem go i wiedziałem, że to Diabeł. I był to jak najbardziej Adam Darski w telewizyjnym programie zapomnianej już nieco gwiazdy telewizji TVN24, Małgorzaty – co za znak! – Domagalik. Darski siedział, piękny i swobodny, grzeczny i elokwentny, a Domagalik z każdą chwilą była w nim coraz bardziej zakochana. Zakochana w taki sposób, jak pewien typ nauczycielek zakochuje się w niektórych swoich bardziej przebiegłych uczniach, czy panie psychoterapeutki w psychopatach, których miały zbadać i już w pierwszym dniu okazało się, kto w tym pojedynku jest intelektualnie sprawniejszy. Od momentu jak ona wybłagała, żeby Darski pozwolił do siebie mówić „Adamie” i do niej zwracał się per „Małgorzato”, przez prośbę, żeby pozwolił sobie zrobić z nią zdjęcie, po finałowe „fajnie z tobą rozmawiać”, to co Małgorzata Domagalik odstawiła na oczach telewidzów, było tak straszne, że w pewnym momencie zacząłem się autentycznie obawiać, że ona za moment poprosi go nagle, żeby pozwolił jej dotknąć swojego tatuażu, albo wręcz żeby ją pocałował.
I przez cały niemal – niemal – czas programu, imię Szatana nie padło ani razu. A rozmawiano o wszystkim. O życiu, o muzyce, o dzieciństwie, o szkole, o ukochanej gitarze, o miłości, o pięknie, o książkach. Domagalik mówiła mu o tym, jak jej się podoba jego muzyka, jej intensywność i ta „ściana dźwięku” i te emocje, a sam Darski przez cały czas był cudownie elokwentny, sympatyczny, uśmiechnięty, elegancki… no i piękny. Przepiękny. Dlaczego? Skąd? W jaki sposób? Domagalik go o to nie pytała. Nie miała ani siły, ani chęci, ani potrzeby. Wreszcie on sam, widząc że traci czas, i zamiast mówić o sprawach ważnych, musi odpierać awanse jakiejś pani, nie wytrzymał i parę razy powiedział nam, o co chodzi. Sam z siebie. W końcu, on tam też nie był po to, żeby zbierać punkty – jemu to jest naprawdę niepotrzebne – ale żeby, tak samo jak my, dawać świadectwo. A więc powiedział – właśnie wtedy – że jego wszystkie piosenki są „o miłości i Jezusie”. Czy o miłości do Szatana i nienawiści do Jezusa? Tego akurat nie wyjaśnił, a ona oczywiście nie spytała. Ale z uśmiechów – jej i jego – widać było, że jest dobrze. I cudownie. No i wtedy, już pod sam koniec, wspomniał też i o samym Szatanie – bez pytania, bez potrzeby. Że jest mądry i elegancki, i sympatyczny i wyszczekany. I że jego bardzo bawi, kiedy widzi, jak ludzie ulegają temu urokowi bardziej, niż choćby tej jakiejś Biblii.
Od czasu tej audycji minęło już dość dużo czasu, w międzyczasie sumaryjski Bóg zarazy zesłał na Adama Darskiego białaczkę, a Dobry Pan – któż zna Jego ścieżki? – go od tej zarazy wyzwolił. Czy po to, by Darski stał się jeszcze bardziej bohaterem zbiorowej wyobraźni? Czy może z jakiegoś jeszcze innego powodu? Tego nie wiemy i być może nigdy już się nie dowiemy. Faktem jest, że Darski przeżył, i dziś, swobodnie i radośnie, głosi chwałę tego, który go chciał uśmiercić. A ja mam następujące refleksje. Otóż wygląda na to, że całe to zło, które przez ostatnie lata tak skutecznie oplotło Polskę swoją pajęczyną, właśnie dało ostateczne świadectwo. Pierwszy był wymiar sprawiedliwości w osobie niezawisłego sędziego, który zaświadczył, że publiczne zbezczeszczenie Pisma Świętego jest czystym i niewinnym aktem wolnej twórczości artystycznej, i nikomu nic do tego. Po nim przyszły niezależne media, i poprosiły Darskiego, by został ich współpracownikiem i twarzą. Po nich pojawili się niezależni dziennikarze i poinformowali, że Adam Darski i jego poglądy są równie święte jak to niby święte pismo, i wara od nich różnej maści oszalałym z nienawiści do ludzkiej wolności dewotom. Po dziennikarzach przyszedł Prezydent Rzeczpospolitej i głosem swojego wysokiego urzędnika – co ciekawe, reprezentującego jednocześnie rządzącą partię – oświadczył, że Darski jest przyjacielem, a nie wrogiem. Następnie zabrała głos tak zwana Rada Etyki Mediów i ustami swego przewodniczącego wyjaśniła, że Adam Darski to niezależny ekspert i nauczyciel. Wreszcie, już na samym końcu, zabrała też głos najbardziej postępowa część Kościoła Katolickiego, i autorytetem księdza Adama Bonieckiego zaświadczyła, że Adam Darski to żaden satanista, lecz bardzo kulturalny i łagodny człowiek, a o tym, że on nie jest satanistą, poza jego miłym uśmiechem i ciepłym głosem, świadczy najlepiej to, że on temu jednoznacznie zaprzecza.
W ten oto sposób, linia została nakreślona, role zostały rozdane, świadectwo zostało dane. A mnie najbardziej w tym wszystkim oczywiście interesuje miejsce, jakie w tym wszystkim zajął polski Kościół. Ksiądz Boniecki, zauroczony osobistą kulturą i elokwencją Darskiego, wyraził jednocześnie przypuszczenie, że atak na Nergala to atak motywowany politycznie, a Nergal jest tu tylko pretekstem. I ja, wbrew pozorom, gotów się jestem z Księdzem zgodzić. Tak, walka z Nergalem to w dzisiejszej Polsce walka polityczna. Bo wszystko wskazuje na to – a dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – że za tym całym nieszczęściem, jakie w ostatnich latach było udziałem tego Narodu, stoi właśnie Szatan. I ta nienawiść, i cała działalność polityków takich jak Palikot, ów moralny upadek wielu ludzi Kościoła, zamach w Smoleńsku, męczeństwo i śmierć Prezydenta, to szyderstwo, z jakim zostało zbezczeszczone jego rozdarte na strzępy ciało, jego trumna i jego grób, to wszystko co spotkało Krzyż i ludzi ściskających pod tym Krzyżem swoje biedne różańce, i znów ten Palikot, ukrzyżowany w chrystusowej pozie na okładce „Newsweeka”, wreszcie zdrada znacznej części naszych księży i biskupów – to wszystko tak naprawdę była tylko polityka i tylko Szatan. Kiedy więc dziś, czy to w przejawie tryumfu, czy może przeczucia porażki – Bóg mi świadkiem, że bardzo chciałbym wiedzieć, a nie wiem, dlaczego – Szatan powstał z tak strasznym wyciem, myślę sobie, że polski Kościół dostał nagle swoją drugą szansę i mam radosne wrażenie, że polscy biskupi i wielu księży dziś jednak zaczyna wreszcie widzieć to wszystko z właściwej perspektywy. Że to – owszem – jest polityka, tyle że polityka, która stała się placem boju między siłami Zła i Dobra. I że w tej walce, kwestia wyboru stron, to równocześnie kwestia wyboru cnoty, lub grzechu.
Mam naprawdę radosne wrażenie, że dziś, w sytuacji, jaka się przed nami otworzyła, wielu przedstawicieli polskiego Kościoła ujrzało bardzo wyraźnie, że jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, w pewnym momencie oni opowiedzieli się po stronie Zła. Bo dziś to wszystko widać bardzo jasno. Właśnie w głosach ludzi, którzy dają to swoje czarne swoje świadectwo. A Dobry Bóg nie pozwala im zamilknąć.
Na chwilę jeszcze wrócę do rozmowy Małgorzaty Domagalik z Adamem Darskim sprzed miesięcy. Powiedziała wówczas ta nieszczęsna kobieta, że to taki zabawny paradoks, że on swoją pierwszą gitarę kupił za pieniądze, które otrzymał z okazji Pierwszej Komunii. A Mistrz jej na to z miłym uśmiechem, że to rzeczywiście piękne. Naprawdę piękne. I na to mój syn, który, przyznaję, z całą pewnością ma w sobie coś szczególnego, zawołał wesoło: „O! To on jest ochrzczony! W ten sposób jest, jak my, Dzieckiem Bożym. I już go nic nie uratuje”. Przypominam sobie tę niezwykłą reakcję i myślę, że to może było właśnie tak. Że Pan Bóg wyrwał Darskiego z objęć śmierci, by mu kazać działać i nawracać zbłąkanych. Mam szczerą nadzieję, że On wiedział, co robi. I że to Dzieło niedługo stanie się też i naszym udziałem.

Jeśli komuś powyższy tekst się spodobał, lub go w jakikolwiek pozytywny sposób zainspirował, zapraszam do kupna książki, o której informacja podana jest tuż obok, i wspierania tego bloga pod podanym też obok numerem konta. Jednocześnie informuję wszystkich mieszkańców Katowic i okolic, że autor powyższego tekstu kandyduje w tegorocznych wyborach do Sejmu z list Prawa i Sprawiedliwości w okręgu 31 z pozycji 21.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...