niedziela, 30 maja 2021

Otchłań no.3

 

Kiedy wczoraj przedstawiałem tu kolejny odcinek refleksji na temat biedy, z którą najwyraźniej już się skutecznie żegnamy, a która nas jeszcze tak niedawno tak strasznie dojmująco oplatywała, napisałem że nie jestem w stanie odnaleźć tekstu, w którym wspomniałem o dwóch jajkach i kilogramie ziemniaków za dwa czterdzieści i oto udało się. Mamy go, z tym zastrzeżeniem że, jak się okazuje, aż tak źle nie było. To dziecko ściskało w swojej dłoni całe 2,60. Zapraszam więc do kolejnego odcinka owego strasznego powrotu do przeszłości. Mamy rok 2010 i wciąż pierwsza kadencja rządu Donalda Tuska.

 

 

 

       Symboliczna moc tego co się wczoraj wydarzyło pod Nowym Miastem i co się wokół tej katastrofy wciąż dzieje, poraża w stopniu trudnym do opisania. Dla przypomnienia. Właśnie wczoraj, kiedy dla wielu z nas dzień jeszcze nie zdążył się na dobre zacząć, samochód wiozący okolicznych mieszkańców do sezonowej pracy przy zbieraniu jabłek zderzył się z ciężarówką i wszyscy pasażerowie samochodu zginęli. W sumie 18 osób. 18 biednych ludzi, którzy z samego rana zapakowali się do tego ni to busa, ni to samochodu osobowego, stłoczyli się w środku, przysiadając gdzie się dało, na swoich pustych skrzynkach, i w porannej mgle zginęło zgniecionych w tym smutnym wnętrzu. Ci którzy zbierają tego typu informacje twierdzą, że była to największa drogowa katastrofa w najnowszej historii Polski.

      Wbrew temu co można wczoraj i dziś usłyszeć w mediach, bardzo łatwo jest się tu – właśnie ze względu na wspomnianą symbolikę zdarzenia – pokusić o zbyt łatwe refleksje i wyjątkowo oczywiste wnioski. Piszę „wbrew” dlatego, że gdybyśmy mieli podejść do medialnego przekazu w sposób zupełnie świeży, możnaby było sądzić, że stało się zaledwie coś co jest tylko jeszcze jednym smutnym przypadkiem z całej serii niefortunnych katastrof drogowych. Tu gdzieś nie zmieści się w zakręcie autokar, tu gdzieś zaśnie zmęczony kierowca, gdzie indziej znowu jakiś zaćpany mądrala wjedzie z przystanek pełen ludzi. Tak samo też było i w tym Nowym Mieście. Nie do końca wprawdzie wiadomo, czy to zawinił kierowca samochodu, czy może kierowca ciężarówki, czy może tylko mgła, a może całe nieszczęście spowodował fakt, że ci ludzie byli nie przypięci pasami, lub że ich było tam dużo za dużo. Fakt jest taki, że znów dostaliśmy kolejną lekcję tak zwanej kultury jazdy i miejmy dziś tylko nadzieję, że następnym razem wszyscy będziemy mądrzejsi. Tak choćby jak Szwedzi, gdzie za nadmierną prędkość można pójść do pudła.

      Od wczoraj cały niemal publiczny przekaz dokonuje najbardziej chorych piruetów, żeby coś co jest śmiertelnie proste i właściwie może być albo relacjonowane bez żadnego komentarza na okrągło od rana do nocy, albo pokazywane jako przerażająco surrealistyczny portret Polski i Polaków w dobie rozpasanego postępu, pokazać jako kolejną nauczkę adresowaną do tych, którzy wciąż się nie potrafią przystosować. Ja oczywiście rozumiem, że zupełnie przypadkowa czasowa zbieżność wydarzenia tak medialnie nośnego jak wydobycie uwięzionych w Chile górników z tym co się stało na tamtej drodze, stanowi dla współczesnych mediów nie lada kłopot, jednak to co mnie w tym wszystkim zadziwia i poraża – mimo wszystko – to to, jak łatwo one sobie z tym kłopotem poradziły. Oglądałem wczoraj wieczorem telewizję i z prawdziwym przerażeniem zobaczyłem, jak ten świat sparszywiał. Pytanie pozostaje tylko – dlaczego?

      Wczoraj, w komentarzach pod poprzednim wpisem na tym blogu, pojawiło się wspomnienie refleksji jakimi dość niedawno podzielił się ze mną i jeszcze paroma osobami pewien nasz kolega. Opowiadał on, jak to jechał samochodem z Warszawy do Katowic i na całej swojej drodze widział nieustannie albo grzybiarzy, albo prostytutki. I mówił też nam, jak to ten obraz przypomniał mu Afrykę, którą jako człowiek szczęśliwie zamożny, miał okazję jakiś czas temu zwiedzać. Opowiadał nam nasz kolega jak dla niego, kiedy on od czasu do czasu przejeżdża swoim samochodem przez nasza Polskę, nie może się oprzeć wrażeniu, że widzi kraj ludzi biednych, żyjących z tego co im da słońce i deszcz, niekiedy niewolników, często kompletnych nędzarzy – opuszczonych przez państwo i zapomnianych przez świat. Pamiętam jak opowiadał mi jeszcze wcześniej, jak w czasie urlopu gdzieś w Polsce podjechał swoim samochodem pod miejscowy sklep, zaparkował go pośród innych, równie szykownych samochodów, wszedł do środka i akurat trafił na dwoje dzieci, które miały ze sobą 2, 60 zł i kupowały kilogram kartofli i dwa jajka.

      Musiało być tak jak on mi mówił. Ziemniaki po dwa złote za kilogram i jajka po 30 gr. za sztukę. Akurat. W sam raz.

      Ale wspominał on też Afrykę, gdzie wszędzie się widzi te busy wożące ludzi tam i z powrotem. Busy wypełnione ludźmi do nieprzyzwoitości, ale tanie, więc dla wielu stanowiące podstawowy środek transportu. Tu zresztą niepotrzebny nam przyjaciel i jego afrykańskie refleksje. Busy, autobusy, pociągi i cholera wie co tam akurat mają, z ludźmi stłoczonymi w środku, lub jeżdżącymi na dachach znamy z pięknych, geograficznych filmów dokumentalnych, które nam serwują lepsze i bardziej ambitne kanały telewizyjne, czy to o Afryce, czy o Indiach, czy może o Ameryce Południowej. Wczoraj, pod Nowym Miastem – tu w samym środku nowoczesnej i niezwykle aspirującej Europy – rozbił się jeden z tych pojazdów. Przez straszny zbieg okoliczności – obok tego szczęśliwego wydobycia górników w Chile – w zupełnie innym wypadku zginęły, mniej więcej w tym samym czasie, dziesiątki osob w zaprzyjaźnionej z nami już na wszelkie możliwe sposoby Ukrainie. Euro 2012 już w przyszłym roku. Będzie pięknie!

      Wczoraj w programie Bogdana Rymanowskiego przez ułamek chwili, zanim przeszliśmy do spraw znacznie poważniejszych, i zanim nadeszła godzina 23 i rozpoczął się czas spraw już poważniejszych najbardziej i przy tym jak najbardziej międzynarodowych, pojawiła się ta katastrofa. Nie mam słów, by opisać wysiłek, jaki zarówno sam Rymanowski jak i zaproszony do udziału w programie Jarosław Gowin włożyli, by nie wspominać, lub wspominać w zakresie minimalnym, ów kulturowy aspekt całej tej tragedii. Gadano coś o drogach, o prędkościach, o busach, o przepisach i ich egzekwowaniu, a kiedy któryś komunistyczny poseł próbował coś wspomnieć o naszej pięknej polskiej nędzy, został natychmiast uspokojony przez prowadzącego redaktora, bo to akurat jest jasne dla wszystkich – że w Polsce jeszcze są miejsca biedniejsze – natomiast dobrze by było się zastanowić, dlaczego u nas nie jest jak w Szwecji. Albo gdzieś.

       Dziś jechałem busem do Mysłowic. Mam tam dwa razy w tygodniu pracę i sobie jeżdżę. Busem, dlatego, że one jeżdżą częściej i są tańsze, no i szybsze. Bus, jak zwykle był zatłoczony, a więc z ludźmi również stojącymi, i naturalnie nikt nie był przypięty pasami, których tam nawet chyba nie ma. Kiedy zbliżaliśmy się już do Mysłowic, zobaczyliśmy jak po przeciwnej stronie drogi patrol policyjny zatrzymuje samochody jadące w stronę Katowic. Nic dziwnego. W końcu jest akcja. Policzyliśmy się z dopalaczami, teraz się weźmiemy za busy. Jak idzie o mnie, być może, kiedy już rząd uzna, że trzeba ten rodzaj transportu zlikwidować, będę tam jeździł dalej, tyle że już publicznymi autobusami. Dalej często na stojąco, a jeśli uda mi się usiąść, to też bez pasów. A jak któregoś dnia zmęczony kierowca, albo mojego autobusu, albo jakiejś nadjeżdżającej ciężarówki zaśnie i dojdzie do katastrofy, to będzie mi już to czy jechałem busem, czy autobusem, czy – tak jak to było w Nowym Mieście – tym nie wiadomo czym, kompletnie obojętne. I to akurat chyba jest jasne nawet dla Jarosława Gowina.

      Bo tu w ogóle chodzi o coś zupełnie innego, niż jakieś idiotyczne bezpieczeństwo jazdy. Akurat w tym wypadku mgła, prędkość, bezmyślność kierowców, zły stan dróg jest na dziesiątym miejscu. Nie chodzi ani o to, ani nawet o ten kapitalizm, do którego Gowin, Rymanowski i ich kumple tak tęsknią. To co się liczy najbardziej, to te 18 osób, ten senny poranek i te skrzynki. I te rodziny czekające na te 2,60, żeby można było kupić dwa jajka i kilogram ziemniaków. Te rodziny, które dziś już wiedza, że tych pieniędzy przynajmniej na razie nie będzie. I że nie będzie jeszcze czegoś. I, przepraszam bardzo, ale ja nie mówię o autostradach na Euro2012.

      I myślę, ze oni też to wiedzą. Chyba jednak to wiedzą. Że tu chodzi o coś zupełnie innego, niż o bezpieczeństwo jazdy i wolną przedsiębiorczość. W końcu nie codziennie rozbijają się samochody dostawcze, które zamiast kapusty i buraków wożą ludzi, a gdy chodzi o wolną przedsiębiorczość, to właśnie z czymś mniej więcej tego rodzaju mieliśmy wczoraj akurat do czynienia, czyż nie? Więc oni, kiedy zamiast wzruszać nas losem tych biedaków, postanawiają poświęcić czas na akcję ratunkową w San Jose, doskonale wiedzą co robią i po co. Oni muszą na sto procent wiedzieć, że każda kolejna chwila poświęcona temu samochodowi wiozącemu przez sam środek Europy tych nieszczęsnych biedaków w poszukiwaniu kolejnej złotówki na kartofle i dwa jajka, to gwóźdź do ich trumny. Ich trumny. Skoro jednak tak zdecydowali, to mam nadzieję, że wezmą też pod uwagę fakt, że nazwa tej chilijskiej miejscowości oznacza imię pewnego świętego, a wyciągani po kolei górnicy, pierwsze co robią po wyjściu na powierzchnię, padają na kolana i się modlą do Boga Najwyższego. I że jeśli oni od wczorajszego wieczora postanowili być tacy światowi i pokazują tych bogobojnych ludzi, to tez kopią sobie grób. Sobie. Grób. Bo to są naczynia połączone.



 

sobota, 29 maja 2021

Otchłań no.2

 

We wczorajszej notce wspomniałem o zakupach za 2,40 i ktoś mnie poprosił bym wyjaśnił, o co chodzi z tymi jajkami i ziemniakami. A ja bardzo chętnie przypomniałbym pewien stary już tekst, gdzie owa kwestia została wybita wielkimi literami, ale ponieważ wśród tych owych tysięcy dziś już notek, ciężko mi się jest poruszać, nic z tego nie będzie. Wspomnę może tylko, że było tak, że pewien mój znajomy, przemieszczając się owego strasznego czasu samochodem przez Polskę, zatrzymał się w którymś z wiejskich sklepów, by coś tam sobie zażyczyć i tam trafił na dziecko, które za wspomniane 2,40 poprosiło o kilogram ziemniaków i dwa jajka. Taka to historia. Ja natomiast, coraz bardziej wpadam w nastrój, by opowiadać o czasach, które, mam nadzieję, już nigdy do nas nie wrócą w innej formie, jak owo memento i okazja do refleksji, bez której sobie zwyczajnie nie poradzimy. Oto zatem mój tekst jeszcze z roku 2010, zaledwie jeden z wielu, które dziś przed nami.

 

 

      Wpadło mi dziś w oko coś, co właściwie nie powinno mieć najmniejszego znaczenia, a jeśli już zdarzy się to coś uznać za godne pewnego zainteresowania, to ostatnią rzeczą jaką można zrobić, byłoby wyciąganie jakikolwiek wniosków ogólnych. Mimo to, myślę o tym nieustannie, i czym dłużej myślę, tym bardziej jestem poruszony. Może to być spowodowane tym, że w ogóle od pewnego czasu tkwię w nastroju chorobliwie refleksyjnym, i nie zdziwię się, jeśli nagle któregoś dnia wstanę z łóżka, spojrzę na tę poranną mgłę i się rozpłaczę. Ale może też być tak, że za tym coś stoi. Jakieś głębsze znaczenie, które tym bardziej nabiera swojej głębi, im bardziej doświadczamy tego co nas otacza.

       Żeby już dłużej nie utrzymywać tego zawieszenia, powiem, że mam na myśli list, jaki do premiera Tuska napisała jakaś dziewczynka z Łodzi i odpowiedź, jaką otrzymała z Tuskowej kancelarii. Dziś – i jak znam życie tylko dziś – sprawa jest dość szeroko komentowana w mediach, więc pewnie część z osob, które czytają te słowa, wie o czym mówię. Na wszelki wypadek jednak opowiem. Otóż najpierw należy powtórzyć to co zostało powiedziane nieco wyżej: sprawa jest całkowicie prozaiczna. W Łodzi mieszka mama z dziesięcioletnią córką i z mężem, który odszedł. Mama jest matematyczką i nie ma pracy. Próbuje szukać jakiegoś zajęcia, ale nic z tego. Zero. Ponieważ rodzina klepie biedę, dziesięcioletnia córka tej pani, niejaka Natalia – dziecko uzdolnione, ambitne i jak na swój wiek mądre – wymyśliła, że ona napisze list do Donalda Tuska i go poprosi, żeby znalazł pracę jej mamie. Skąd jej taki idiotyzm przyszedł do głowy? Otóż, ponieważ, jak wspomniałem, ona jest dość wyjątkowa, gdzieś się dowiedziała, że ruski premier Putin dostał podobny list od jakiegoś dziecka i w try miga wszystko załatwił. A więc w pewnej chyba desperacji – możliwe, że widząc jak mama płacze – pomyślała, że taka inicjatywa może przynieść skutek, no i napisała ten list.

       My tu na blogu jesteśmy strasznie mądrzy i naturalnie świetnie wiemy, jak tragicznie bezsensowny był ten jej gest, no ale raz, że ona nie wiedziała, a dwa, że na jej list nadeszła odpowiedź i zrobiła się jednodniowa afera. Oto całe sedno tego wpisu, a więc coś, co można by było za Mrożkiem zatytułować „Dwa listy”, ale sobie tego typu żartów oszczędzimy. Proszę bardzo:

Dzień dobry. Mam na imię Natalia. Mam 10 lat. Moja mama od roku nie może znaleźć pracy. Możecie jej pomóc? Mieszkamy w Łodzi. Moja mama jest nauczycielem matematyki i uczy się, aby być nauczycielem maluchów. Mój tata od 7 lat z nami nie mieszka (...). Moja mamusia się stara szukać pracy, ale jej nie wychodzi. Może Wam coś się uda. Natalia”

Droga Pani!
My nie pośredniczymy w szukaniu pracy. Proszę poszukać na stronach www.praca.gov.pl.
Kancelaria Premiera
”.

      Jestem w stu procentach przekonany, że powyższa wymiana – mimo całej swojej bezsensownej treści, a przede wszystkim zamiaru – robi wrażenie. Albo inaczej – może robić wrażenie. Ja na przykład zaczynam tracić głos, kiedy widzę to słowo „mamusia”. Komu innemu może zadrżeć warga, kiedy przeczyta, że „mój tata od 7 lat z nami nie mieszka”. Jeszcze ktoś może się autentycznie wzruszyć, kiedy zaledwie przeczyta to „Dzień dobry”, zamiast zwyczajowego „Witam”. Ten list robi wrażenie. I mam też niewzruszoną pewność, że jeszcze większe wrażenie robi odpowiedź, jaka jakiś urzędnik z Kancelarii wklikał w klawiaturę swojego komputera. A może oni korzystali z Poczty Polskiej? Obojętne.

      I znów. Może nie tyle robi wrażenie, ale z pewnością może wrażenie robić. Ja, na przykład, dostaję jasnej cholery, kiedy widzę to „Droga Pani!” Kto inny, być może, zaciśnie dłonie w rządzy mordu, widząc ten internetowy adres www.praca.gov.pl. A jeszcze ktoś inny zwyczajnie przeczyta całość tej niezwykłej odpowiedzi i zaklnie najgrubiej jak tylko można sobie wyobrazić.

      A ja, choć, jak wspomniałem, sam nie jestem tu bez winy, uważam wszelkie tego typu reakcje za kompletnie niesprawiedliwe i pozbawione sensu. W końcu wiemy wszyscy świetnie, że Polska jest postkolonialnym krajem rządzonym przez bandę pozbawionych najbardziej podstawowych ludzkich odruchów zaprzańców. Ale wiemy też, że nawet gdyby dziś rządzili najwybitniejsi, najbardziej charyzmatyczni i najbardziej uczciwi politycy, to też żaden z nich, poza bezpośrednim politycznym interesem, nie jest w stanie w tego typu sprawie zrobić nic. Bo premier rządu – każdego i wszędzie – nie załatwia obcym ludziom pracy. No a urząd to urząd, i trudno się spodziewać, że tam ktoś w ogóle myśli, a tym bardziej czuje. A mimo to, wciąż – czytając tę niezwykły dialog dwóch kompletnie obcych światów – czujemy, że tam jest jeszcze coś. Coś bardzo szczególnego, wręcz egzotycznego, coś kompletnie wyjątkowego, co sprawia, że to biedne dziecko całkowicie zatraciło swój kompas. Bo ono ten list powinno była napisać do mnie, a nie do Tuska. Ono mogło go napisać do mnie, bo ja bym przede wszystkim jej odpisał, adresując swoją odpowiedź „Droga Natalio”, a nie tym skurwysyńsko-burackim „Droga Pani”, a poza tym zaapelował na tym blogu, żeby może do czasu aż jej mama nie znajdzie pracy, pieniądze które łaskawie wpływają na moje konto, wysyłać właśnie dla tych dwóch biednych kobiet.

      Ktoś więc może się spytać, po jasną cholerę ja próbuję atakować ten rząd, uciekając się do czegoś tak niskiego. Czy nie mam innych powodów i innych argumentów? Oczywiście że mam. Argumentów i powodów, żeby gnoić tych kosmitów, mam całe mnóstwo, i nawet gdybym miał pisać dziesięć takich tekstów dziennie od rana do wieczora, nie zabrakłoby mi wyobraźni. To jest jednak znak. Ten list, a szczególnie ta odpowiedź, to znak. Niemal tak samo mocny i dźwięczny, jak niedawna katastrofa dostawczego samochodu z osiemnastoma niewolnikami w środku, czy też całkiem świeża wiadomość o tym, jak to prezydent Komorowski zapytany przez studentów o możliwość rządowej dotacji do mleczno-barowych obiadów, opowiedział wszystkim parę anegdot, jak to on za studenckich czasów nie chodził do żadnych głupich barów, ale normalnie – na piwo.

      No i jeszcze coś. Gdyby taki numer jak z tą Natalią przydarzył się cztery lata temu polskiemu premierowi, lub prezydentowi, nie mam najmniejszej wątpliwości, że obok Irasiada, Borubara i odwróconego szalika, mielibyśmy jeszcze jeden super-greps do opowiadania przy stole w dużych polskich miastach, przez niezwykle starannie wykształconych Europejczyków z aspiracjami. I choćby ze względu na oczywistość tego przeczucia, warto było rzucić tym kamieniem. Z nadzieją, że trafi prosto w skroń. Lub przynajmniej w ryj.




 

piątek, 28 maja 2021

Czy Donald Tusk mógłby znaleźć zatrudnienie jako drwal?

 

Obejrzałem niedawno filmik, na którym posłowie Szczerba i Joński próbują porąbać drewniany pieniek i po raz któryś już pomyślałem sobie, że im częściej i z coraz większym przekonaniem, że wcale nie ulegamy głupiemu złudzeniu, widzimy  jak tym razem już chyba na dobre Polska wchodzi na drogę, z której przez tyle lat była bezlitośnie spychana, tym częściej przypomina nam się obrazy sprzed lat, które owo spychanie mają potwierdzać. I pewnie nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie wrażenie, że choćby nie wiadomo ile jeszcze razy wciąż licznym jeszcze niedowiarkom odtworzono dawną wypowiedź ministra Rostowskiego o pieniądzach, których nie ma i nie będzie, czy skargę tamtych ludzi opowiadających o tym, jak zniszczono ich zakład pracy i oni teraz nie mają za co żyć, zawsze się znajdzie ktoś, kto powie, że dla zaradnego nie ma nic trudnego i nie ma nic gorszego jak pisowskie rozdawnictwo. Myślę, że nawet gdyby oni zaczęli przypominać tamto dziecko, płacące w miejscowym sklepie dwa złote czterdzieści groszy za kilogram ziemniaków i dwa jajka, to też by nie zrobiło na części z nich odpowiedniego wrażenia i wzruszając ramionami odpowiedzieli, że to nie był system, lecz tzw. koszty rozwoju. A ja w tym miejscu proponowałbym, by specjaliści od propagandy poszperali gdzieś w archiwach i odnaleźli serię wypowiedzi Donalda Tuska na temat spawalnictwa. Nikt nie wie, o czym mówię? Bardzo proszę, oto mój tekst z roku 2012.

 

 

       Głupio się przyznawać, ale jakoś przegapiłem niedawną wypowiedź Donalda Tuska, w której to zachęcał on młodych ludzi, by jeśli chodzą im po głowie jakieś ambitne plany zawodowe, i gdzieś tam szumi im myśl o robieniu kariery, porzucali te dyrdymały i brali się za co popadnie, zwłaszcza że podobno akurat jest zapotrzebowanie na spawaczy. Gdybym chciał z Donaldem Tuskiem wejść w debatę, powiedziałbym mu pewnie, że z tego co wiem, rynek spawania jest już dość szczelnie obłożony, natomiast podobno w Coventry poszukują operatorów wózków widłowych, no i w Warszawie niedługo ma się zwolnić stanowisko premiera, ale gdy chodzi akurat o niego, to jedyne na co mam ochotę, to kiedy będzie schodził po schodach, zwyczajnie mu podstawić nogę, i liczyć na pomyślny rozwój wypadków, a poza tym ten akurat temat jest tak smutny, że nawet ta noga nie gwarantuje choćby minimalnej satysfakcji.

       No ale owszem, w końcu dowiedziałem się, że Donald Tusk każe moim obu córkom i synowi brać się za spawanie. Co więcej, okazuje się, że jemu ten pomysł strzelił do głowy nie na zasadzie wypadku, ale on go najwidoczniej teraz będzie się lansował regularnie. Ostatnio powtórzył go w „Kropce nad i” i to wrażenie było tak mocne, że ja praktycznie do dziś nie potrafię się z tego wygrzebać. Otóż proszę sobie wyobrazić, że mamy tę Polskę, te Europę, mamy ten rząd, mamy tę minister Kudrycką, która dba o rozwój tak zwanego szkolnictwa wyższego, mamy w tej chwili już chyba tysiące wyższych uczelni, na których studiują grube miliony maturzystów, mamy te najróżniejsze kierunki studiów, których liczba i różnorodność zwiększa się w postępie geometrycznym, mamy wreszcie tę naszą dumę, że Polska staje się krajem ludzi wykształconych, a na to przychodzi ten piłkarz i mówi: „A spawać już umiecie?”

      Mało tego. Oto przed nami stoi magister historii bez minimalnej choćby zawodowej praktyki, typowy przedstawiciel tak zwanej klasy próżniaczej, a więc ktoś kto w normalnej sytuacji mógłby faktycznie już tylko aplikować na stanowisko spawacza właśnie gdzieś u niemieckiego bauera, i poucza tych wszystkich naiwnie jeszcze liczących na to, że ta nasza Polska podniesie się z tego błota, że on akurat wie najlepiej, jak to jest i być bez pracy i pracować, no bo i był nauczycielem, i wykładowcą na uczelni, a spawaczem jak najbardziej też. I on szczerze ten typ kariery wszystkim poleca. W końcu mamy kurwa kryzys, nie?

       To co mnie jednak w tym wszystkim porusza szczególnie to fakt, że namawiając moje dzieci do tego, by spróbowały się przekwalifikować i zapisać na kurs spawacza, on ma jak najbardziej właściwy ogląd sytuacji. Tak się bowiem składa, że ja w ostatnich tygodniach i miesiącach odbyłem na temat tak zwanych perspektyw z moimi dziećmi bardzo dużo rozmów i powiedziałem im mniej więcej to samo. Że prawdopodobnie przyjdzie im w końcu machnąć ręką na te swoje ambicje i marzenia, wsiąść w samolot i wiać stąd gdzie pieprz rośnie, i liczyć na to, że ktoś gdzieś ich zechce zatrudnić jak człowieka, płacąc przy okazji tyle, by gdy przyjdzie weekend mogli sobie gdzieś pójść i pospędzać czas. Tyle że moje gadanie i ich lęki to są nasze osobiste sprawy, do których mamy prawo, i na które możemy sobie pozwolić. Jeśli jednak pojawia się człowiek, który – właśnie przez to, że nie nadawał się do żadnej pracy, a którego wykształcenie też nie bardzo dawało mu jakikolwiek wybór, a miał w sobie wystarczająco dużo bezwzględności – postanowił swego czasu zostać premierem rządu i w ten sposób wziął na siebie nie byle jaką odpowiedzialność, i dziś informuje ludzi, że nie ma już nic – to znaczy, że mamy do czynienia z bezczelnością wręcz kosmiczną. A bezczelność ta jest tym większa, że ten tak zwany premier przedstawia swój raport wręcz z szyderstwem w głosie skierowanym wobec tych, którzy nie chcą zrozumieć, że odpowiedzialne życie wymaga elastyczności. I żeby, gdy o tym mowa, brać przykład właśnie z niego, który, kiedy było ciężko, się nie opierdalał.

      Czytam to tu to tam, że Donald Tusk jest w stanie bliskim obłędu. Że on jest już na krawędzi. A ja się zastanawiam, co dalej? I jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że on już niedługo ogłosi, że z punktu widzenia interesów Polski i Europy te 10 procent Polaków mający jakiś tam fach w ręku tak naprawdę całkowicie wystarczą. Reszcie wystarczyć powinna umiejętność rachowania i czytania. I w ten sposób jakiś wariat w końcu nie wytrzyma i mu zrobi jakąś krzywdę, a Angela Merkel, w dowód tradycyjnej niemieckiej wdzięczności, odznaczy go pośmiertnym medalem za zasługi dla polityki Rzeszy w stosunku do Państwa i Narodu Polskiego.



 

 

środa, 26 maja 2021

Przepis na onet: kilo cebuli, kilo cebuli, kilo cebuli plus osiem dorodnych buraków

 

Było tak, że jadąc pociągiem Intercity z Przemyśla do Pragi, jakiś internetowy śmieszek nagrał na telefonie odczytywany przez kierowcę pociągu w języku angielskim komunikat, i stwierdzając z dziką satysfakcją, że człowiek zna język gorzej od niego, wrzucił filmik do Sieci. Na filmik trafił któryś z dziennikarzy Onetu, uznał że i od niego ów maszynista jest z angielskiego gorszy, ryknął śmiechem i opublikował na ten temat specjalny tekst. W swoim tekście szydzi ów mądrala z kierowcy niemiłosiernie, nazywając go dowcipnie „lingwistą” i sugerując, że jadący pociągiem pasażerowie słysząc ów popis musieli „zdębieć”, a jednocześnie dzieli się spostrzeżeniami natury ogólnej, z których wynika, że Polacy, którzy jeszcze kilka lat temu, gdy chodzi o znajomość języka angielskiego, zdecydowanie wspinali się po europejskiej drabince, dziś niebezpiecznie kręcą się w okolicy dna.

       Zanim przejdę dalej, proszę popatrzeć może o czym mówimy:



        O owych kompleksach, jakie dręczą wielu z nas, gdy chodzi o język angielski, wspominałem tu wielokrotnie i aż do znudzenia. Przypomnę jednak przy tej okazji, że nigdy nie chodziło mi najbardziej o tych – a są ich niestety legiony – dla których znajomość języka jest czymś za czym oni sami boleśnie tęsknią i co z ich punktu widzenia świadczy o człowieku w stopniu kto wie, czy nie najwyższym, lecz o tych wszystkich, którzy nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że gdy chodzi o znajomość języka, nie przekraczają choćby poziomu pre-intermediate, szydzą z tych, którzy nie znają go w ogóle. Ja do dziś pamiętam jak jedna z dziś już czołowych gwiazd TVN-u, Arleta Zalewska, udała się przed laty do Sejmu i tam przepytywała napotkanych posłów po angielsku, chcąc pokazać, jak kiepscy są oni na lingwistycznym polu. Do dziś pamiętam jak ona, usiłując oczywiście mówić po angielsku, poprosiła któregoś z polityków Prawa i Sprawiedliwości, by jej powiedział: „How in English is the name of your ‘partaj’”. Ja oczywiście wiedziałem, skąd się owo „partaj” wzięło: ona, wiedząc oczywiście, jak się czyta słowo „by”, czy „cry”, uznała że podobnie jest ze słowem „party”, no i wyszło jak wyszło. I znów, ja bym na tę jej biedę wzruszył ramionami, bo jakie to w końcu ma znaczenie? W końcu Niemcy regularnie każde angielskie „w” czytają jak „w”, a „th” jak „z”, co powoduje bardzo komiczny efekt w postaci sekwencji typu „Waj is zys bir so worm?”, a Francuzów kompletnie nie da się zrozumieć, przez co oni starają się w obcych językach w ogóle nie rozmawiać. W końcu nigdy nie zapomnę tego brytyjskiego komentatora, który relacjonując mecz Anglików na stadionie w Chorzowie, miejsce w którym się znalazł uparcie wymawiał „czirczał”. To nie ja jednak zacząłem ten temat, tylko owa anglistka z TVN-u, i to ona jako pierwsza zaczęła się krztusić z rozbawienia.

       Od tego czasu minęły lata, a ja z prawdziwą rozpaczą stwierdzam, że w owym językowym temacie nic się nie zmieniło, tyle że teraz, skoro już nawet Donald Tusk potrafi coś tam przeczytać po niemiecku, a nawet wydusić z siebie kilka zdań po angielsku, oni już się za politykami nie uganiają, ale za to postanowili sprawdzać zwykłych ludzi.

       Gdy wspomniany tekst ukazał się na stronie internetowej portalu, a jednocześnie redakcja postanowiła go zareklamować również na Twitterze, dowcipnym jak jasna cholera „etenszyn plis”, na ów anons trafiła moja córka i skomentowała go w następujący sposób:

Jestem zniesmaczona sytuacją, w której pracownik PKP nie posiada perfekcyjnej znajomości fonetyki angielskiej. Mam szwagra w Düsseldorf i ciotkę w Northampton – zakosztowałam trochę świata i powiem wam, że tam na zachodzie to się z nas śmieją. Kpią. Mówią na nas: polaki śmieszaki. Bo według nich jesteśmy właśnie tacy ‘śmieszni’ i ta nasza wymowa... no najlepiej to mówię wam – zamknąć mordę. Ja akurat skończyłam szkołę mając 5 z angielskiego, i jak już wspomniałam byłam tu i tam, ale czasem to się brzydzę jak słucham tych polaków co tak dukają jak wieśniaki. Raz też byłam z Bartoszem Węglarczykiem w takiej włoskiej restauracji w Warszawie i kelner włoch przychodzi i mówi po angielsku ‘can I take your order’, a Bartek tam że yes we would like to order two pizzas coś tam, a ten włoch też taki szok, że on jest w 1/3 szkotem i super wymowa. Więc to potwierdził. No nic, w każdym razie ja mam takie marzenie, że ten kraj kiedyś będzie taki światowy i europejski, i że ludzie będą tak pięknie mówić po angielsku jak np Angela Merkel, Emanuel Macron, Donald Tusk albo ja”.

       Planowałem coś jeszcze dodać od siebie, ale ponieważ widzę, że nic mądrzejszego od tego co napisało moje dziecko, do głowy mi już nie przyjdzie, chciałem przedstawić jeszcze jeden filmik także z Youtuba, na którym redaktorzy Onetu mogą sobie popodziwiać angielszczyznę takiego choćby Jose Mourinho, prawdziwego Man of the World, a potem wspólnie z nim się pośmiać z tego motorniczego w pociągu Przemyśl – Praga.



wtorek, 25 maja 2021

Dylan vs. Pratasiewicz nokaut w piętej sekundzie

 

       Pierwszym moim zamiarem było skomentowanie tego co się właśnie przydarzyło pewnemu białoruskiemu działaczowi o nazwisku Pratasiewicz działającemu na rzecz usunięcia prezydenta Łukaszenki ze stanowiska i zaprowadzenia na Białorusi tak zwanego „demokratycznego ładu”, jednak po dłuższym przymierzaniu się do tego zadania, zdecydowałem, że to nie ma sensu i zmieniłem plany. W czym rzecz? Oczywiście, zmuszenie do lądowania, pod groźbą zestrzelenia, cywilnego samolotu z kupą ludzi na pokładzie, tylko po to, by spośród nich wydłubać owego działacza i go posadzić, to jest gest na który, o ile się nie mylę nawet Mosad w całej swojej historii nie pozwolił. Kiedy oni chcieli przewieźć do siebie Eichmanna, to wysłali do Argentyny paru agentów, tego szkopa zgarnęli i po krzyku. Ale czegoś takiego to ani cywilizowany, ani mniej cywilizowany świat nie widział. I pewnie bym ten gest skomentował dokładnie w taki sam sposób, w jaki to robi dziś niemal cały świat, gdyby nie to, że w tym całym zgiełku pojawiła się dawno nie widziana Swietłana Cichanouska i, jak gdyby nigdy nic, po długich miesiącach korzystania z życia, wlazła na barykady i zaczęła zadawać szyku. Nie zacząłbym też marudzić, gdyby przy okazji nie okazało się, że wspomniany Pratasiewicz, zamiast siedzieć grzecznie w Polsce, która swego czasu udzieliła mu politycznego azylu, i korzystać z opieki polskich służb, postanowił wraz świeżo zapoznaną dziunią pojechać na wakacje do Grecji, tam się zabawić, no i przy okazji dać się  wystawić tym którzy od dawna ostrzyli sobie na niego zęby. No i wreszcie zachowałbym też pewnie do końca poważny nastrój, gdyby nie pamiętne zdjęcie ze spacerniaka w Białołęce, zatytułowane po latach „Pięciu Wspaniałych”, na którym widzimy Onyszkiewicza, Rulewskiego, Wujca, Kuronia i Dymarskiego, jak niczym owi wspaniali idą jedną ławą przeciwko komunie.

      Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że te wszystkie trzy obrazki, a więc z Cichanouską na barykadzie, Pratasiewiczem i tą cizią pod greckim słońcem, oraz z ową nieustraszoną piątką w komunistycznych kazamatach stanęły mi przed oczyma i pomyślałem sobie: A idźcie sobie wy wszyscy, z całą tą waszą walką o wolność, i demokrację w diabły! Jeśli dwa niemal symbole walki Białorusinów z rzekomo znienawidzonym przez siebie reżimem, zanim udało im się wykonać choćby jeden, najmniejszy krok do sukcesu, to już się nie mogą powstrzymać i zaczynają żyć jak nie przymierzając ci cwaniacy w Białołęce, to mi na to by komentować to co się tam dzieje miedzy nimi, a Łukaszenką brakuje sił i chęci. Czemu? Bo ja już dziś znakomicie sobie wyobrażam, dzień kiedy oni obejmą władzę i, podobnie jak przed laty zrobili to Onyszkiewicz, Wujec, czy Kuroń, pokażą co oni tak naprawdę od początku mieli na myśli.

      A zatem, jak już wspomniałem, dość o tej nędzy, porozmawiajmy lepiej o tym co realne. Otóż mieliśmy wczoraj bardzo piękny i ważny dzień. Bob Dylan obchodził swoje 80 urodziny, a ja sobie myślę, że tak jak kończy się wiele innych rzeczy, które trwały przez wieki i wydawało się, że nic im nie zagraża, tak też powoli przemija pokolenie – a mam tu na myśli nie tylko muzyków, takich jak Dylan, Clapton, czy Jagger – którego odejście świat ogłosi nie Eliotowskim skomleniem, lecz hukiem nie do wytrzymania. Posłuchajmy owego huku zaledwie zapowiedzi. Niestety, nie mam możliwości wklejenia tu gotowej prezentacji, a więc zachęcam do skorzystania z linku.

http://video.bobdylan.com/desktop.html

niedziela, 23 maja 2021

Czy szczury wykluwają się z jajek?

 

      W tych dniach trafiłem gdzieś w Sieci, czy to na Facebooku, czy na Twitterze – nieważne – na krótki, moze dwuminutowy filmik, pokazujący na jednym nieprzerwanym ujęciu obraz paryskiej dzielnicy. Oto widzimy drogę, po której przejeżdzają samochody, po obu stronach drogi mamy chodnik, po którym na rowerach jeżdżą sobie Paryżanie, w tle widać wysoki biurowiec, normalnie Zachód. W pewnym momencie jednak kamera skręca nieco w bok i – przypominam, że tu nie ma mowy o jakiejkolwiek manipulacji, bo ujęcie jest prowadzone równo i bez cięć – nagle przed naszymi oczami pojawia się ogromne wysypisko śmieci, po którym buszują setki szczurów. Następuje odpowiednie zbliżenie, a potem kamera przesuwa się w drugą stronę i znów ulica i eleganccy jak jasna cholera Paryżanie.

      Obejrzałem ów filmik i wpadłem oczywiście w szampański nastrój, który natychmiast zainspirował mnie do tego by od razu pomyśleć sobie, że u nas w Polsce takich widoków nie ma i to zapewne sprawi, że znów cały świat – włącznie z Gabonem – będzie się z nas śmiał, a w reakcji na owe szyderstwa natychmiast pojawią się obywatelskie inicjatywy pod hasłami typu „Szczur w każdym domu”, czy „Wszyscy jesteśmy szczurami”, by z kolei w odpowiedzi na nie, prezydent Trzaskowski podjął odpowiednie starania, aby również w zarządzanym przez niego mieście było jak w Paryżu, co konsekwentnie doprowadzi do tego, że w następnych wyborach mieszkańcy Warszawy oczywiście wybiorą go na kolejną kadencję.

      Pożartowałem więc sobie co nieco i kiedy już myślałem, że w ten sposób zamknę swój dzień, dowiedziałem się, że wprawdzie na szczury w Warszawie póki co się nie zanosi, ale za to prezydent Warszawiaków najpierw zadeklarował zwężenie Alei Jerozolimskich i obsadzenie jej drzewami oraz ścieżkami rowerowymi, a w dalszej kolejności taką przebudowę tak zwanego Placu Pięciu Kątów u zbiegu ulic Brackiej, Chmielnej, Kruczej, Zgody i Szpitalnej, tak by ulica Krucza została zaślepiona i w ten sposób ruch samochodów w okolicy został zlikwidowany przy pomocy wielkiego, dwumetrowego jaja, które będzie emitowało dźwięki wykluwającego się pisklęcia, ale przy tym też odczuwalne przez wdzięcznych Warszawiaków drgania.

       Nie muszę w tym momencie nikogo zapewniać, że los Warszawy i jej mieszkańców nie obchodzi mnie w najmniejszym stopniu, a gdy chodzi o mieszkające tam bliskie mi osoby, to polecam przeprowadzkę do Katowic, jeśli jednak o Warszawie dziś piszę, to wyłącznie z powodu owego jaja, a dokładnie osoby, która przez władze miasta do stworzenia go została wynajęta, czyli niejakiej Joanny Rajkowskiej. Otóż ja akurat nie pamiętam, by kiedykolwiek wcześniej słyszał to nazwisko, natomiast tym razem usłyszałem, zapamiętałem i oto czego się dowiedziałem. Uwaga - będzie długo i przeciągle, ale inaczej się nie dało. Poza tym, skoro ja to już przeczytałem, to teraz niech się Państwo męczą.

 

Rajkowska jest artystką wszechstronną, posługuje się różnorodnymi mediami, dostosowując język wypowiedzi artystycznej do potrzeb komunikatu, który kieruje do odbiorcy. Jej prace odznaczają się sporą dozą ironii i dystansu do podejmowanych tematów.

Bardzo ważnym problemem, wokół którego powstało wiele prac Rajkowskiej, jest ciało i wzajemne relacje między cielesnością a psychiką człowieka, samopoznaniem w sferze fizycznej i zmysłowej. Artystka często wykorzystuje w sztuce własne ciało i jego wizerunek. W 1994 roku sformułowała teorię ‘ciała jako rzeźby’. Niedługo potem zwróciła na siebie uwagę krytyki i publiczności rzeźbami – manekinami naturalnej wielkości człowieka, na poły fantastycznymi, na poły realistycznymi. Estetycznie wykonane, lśniły wypolerowaną powierzchnią żywicy epoksydowej, wabiły wzrok czystym kolorem, ale przedstawiały okaleczone, zdeformowane lub zmutowane ciała, androgyny, hybrydy, postaci o niezdefiniowanej tożsamości seksualnej.

Rajkowska korzystała z nietypowych technik – figury produkowane były na zamówienie w fabrykach manekinów, elementem niektórych z nich stawały się martwe zwierzęta i owady, artystka wykonywała także odlewy własnego ciała. W pracach tych estetyka materiału przeciwstawiona została fizycznym wynaturzeniom, które sygnalizowały zaburzenia świadomości ludzkiej wywołane m.in. patologiami zmysłów (‘Ucho, które słyszy. Ucho, które nie słyszy’, 1996), lęki przed własną seksualnością (‘White Spirits. Sans Odour’, 1996; ‘Miłość człowieka zwanego Psem’, 1997/1998) czy funkcjonowanie ciała w ekstremalnej sytuacji (‘Wieża Ciśnień. Ból głowy’, 1996).

W 2000 roku powstała ‘Satysfakcja gwarantowana’, w której artystka przedstawiła serię produktów konsumpcyjnych – napojów i kosmetyków – wytworzonych na bazie własnego ciała. Radykalizm tego projektu i zawarty w nim ładunek prowokacji intelektualnej przewyższył wszystkie dotychczasowe dokonania Rajkowskiej. To przedsięwzięcie było jedną z najbardziej ekscentrycznych i przewrotnych propozycji artystycznych, jaka w tym czasie pojawiała się w polskiej sztuce.

Na pierwszy rzut oka kojarzy się bardziej z operacją marketingową niż ze sztuką. Rajkowska wyprodukowała swoje prace metodami przemysłowymi, w setkach i tysiącach egzemplarzy. W skład projektu wchodziła seria puszkowanych napojów chłodzących w sześciu smakach, dwa gatunki mydeł, wazelina i perfumy. Towary zostały przygotowane według zasad obowiązujących na rynku: miały swój brand (‘Satysfakcja gwarantowana’), logo, starannie zaprojektowane opakowania. Nadawały się do użytku: napoje można było wypić, mydło się mydliło, perfumy pachniały. Jednak produkcja masowa jest z zasady bezosobowa, anonimowa, tymczasem towary Rajkowskiej przekazywały treści niezwykle osobiste. Puszki, perfumy, wazelina i mydło składały się na rodzaj intymnego autoportretu, i to intymnego do granic możliwości, bo ich surowcem była... sama artystka. Na liście substancji wykorzystanych do produkcji napojów, oprócz wody, dwutlenku węgla i konserwantów, pojawiły się tak niecodzienne ingrediencje, jak DNA, szara substancja mózgu, wyciąg z gruczołu piersi, śluz z pochwy, rogówka, endorfina – wszystko pobrane z Joanny Rajkowskiej. Podobnie z kosmetykami. Wazelina była zrobiona na bazie śliny artystki, perfumy z dodatkiem jej feromonów, a mydło - tłuszczu.

Równie osobiste w charakterze były ‘handlowe’ nazwy produktów oraz design opakowań. Artystka wykorzystała na nich fotografie z rodzinnego albumu, wizerunki najbliższych, zdjęcia fragmentów własnego ciała, w tym tych, które uważane są powszechnie za intymne. Artykuły z serii ‘Satysfakcja gwarantowana’ miały nie tylko niezwykłe składy, lecz także ich działanie wykraczało daleko poza to, czego spodziewamy się po ‘soft drinku’ czy wazelinie. Informacja o tym, co stanie się z nami po użyciu danego towaru, jest wyraźnie podana na opakowaniu. Napoje mają właściwości odświeżające, stymulują doznania erotyczne, uśmierzają ból, ale można się spodziewać także zacznie poważniejszych efektów: koją uczucie braku i przeciążenie nudą, a nawet transformują genotyp. Jeszcze bardziej niecodzienne konsekwencje wynikają z używania kosmetyków. Mydło ‘Życie rodzinne’ powoduje ‘lęk przed życiem rodzinnym i wspólnym oglądaniem telewizji’, zaś skutkiem ubocznym może być samogwałt. Użytkownicy wazeliny odczują ‘natychmiastową ulg’" lecz jednocześnie muszą liczyć się z ‘zanikiem instynktu rozmnażania się’. Skutkiem ubocznym jest w tym wypadku ‘odraza wobec zwierząt’ oraz uczucie ‘stałego zażenowania’. Zapach perfum ‘likwiduje związki krwi i daje poczucie zupełniej pojedynczości’, z efektem ubocznym w postaci ‘nagłego wsiadania do autobusu, aby gdzieś pojechać i z kimś się spotkać’.

Cały projekt skonstruowany został według zasad artystycznej fikcji. Jest to jednak fikcja niezwykle realistyczna. Naprawdę istnieją towary, istnieje idea przerobienia człowieka w zestaw produktów oraz techniczne możliwości zrealizowania tego pomysłu. Rajkowska zgromadziła wszystko, co najintymniejsze i najdroższe: swoje dzieciństwo, bliskich, życie codzienne, adres, lęki i przeżycia, wreszcie swoje ciało. Następnie przerobiła to na towar, artykuł konsumpcyjny do szybkiego zużycia.

W 2001 roku w projekcie zatytułowanym ‘Dziennik snów’ Joanna Rajkowska po raz kolejny podjęła problem komunikacji pomiędzy artystą a widzem. W ciągu sześciu dni około 300 młodych osób spało rotacyjnie w dzień w Galerii XXI, a po przebudzeniu każdy z nich zapisywał swoje sny. ‘Dziennik snów’ był odpowiedzią artystki na pogłębiające się osamotnienie i próby radzenia sobie z tym stanem. To doświadczenie zostało przeniesione na grupę obcych, przypadkowo zebranych osób, które zdecydowały się na bycie razem podczas tak intymnej czynności jak spanie.

Chciałam żeby ludzie odcięli sobie cały obszar świadomości, tak by kontakt oparł się na tolerowaniu jednego ciała obok drugiego.

W 2002 roku, po dwuletnim okresie przygotowań, Rajkowska zrealizowała projekt publiczny zatytułowany ‘Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich’. W samym centrum Warszawy, na rondzie de Gaulle'a stanęła sztuczna palma daktylowa o wysokości 15 metrów. Początkowo palma miała stać w tym miejscu tylko przez dwanaście miesięcy, jednak później władze miasta zgodziły się przedłużyć termin jej zdemontowania. Pomysł ustawienia w Warszawie sztucznej palmy powstał po podróży artystki do Izraela, wyniknął z chęci przeniesienia tego, co zachowało się w jej wspomnieniach, do warszawskich Alej Jerozolimskich, których nazwa z kolei odsyłała do Izraela. Absurdalność tego pomysłu odpowiada w warstwie pojęciowej polskiemu powiedzeniu ‘palma odbiła’, którym kwituje się coś wyjątkowo zwariowanego, nie mieszczącego się w granicach zdrowego rozsądku. Jeszcze w fazie realizacji projekt wywoływał wiele kontrowersji, ale po sfinalizowaniu stał się jedną z wizytówek Warszawy, symbolem wiary w to, że rzeczy z pozoru niemożliwe okazują się jednak możliwe.

W 2003 Rajkowska przeprowadziła w Berlinie akcję pt. ’Artysta do wynajęcia’, która była kolejnym rozwinięciem tematu wzajemnych relacji między ludźmi, bycia z kimś na ściśle określonych zasadach. Przez 25 dni artystka wykonywała na zlecenie osób, które zgłosiły się za pośrednictwem ogłoszenia, proste prace: nadawała przesyłki pocztą, odnawiała meble, dekorowała wnętrza przed balem, pomagała ‘odczarować’ mieszkanie.

Studiowałam u malarza, mistyka i znawcy teologii prawosławnej, profesora Jerzego Nowosielskiego. Profesor często powtarzał, że aby namalować dobrze jakiś przedmiot, trzeba się stać tym przedmiotem, utożsamić się z nim. Za jego słowami stała długa tradycja malarstwa ikon, tradycja w której przedmiot nie jest reprezentowany lecz jest obecny poprzez malarstwo. W ten sposób malowanie stało się dla mnie doświadczeniem żywego, intensywnego kontaktu z rzeczywistością, sposobem komunikowania się.

Doświadczenie to, przeniesione w sferę relacji międzyludzkich stało się bodźcem do tworzenia sytuacji i wydarzeń, w której najistotniejszy jest intensywny, pozawerbalny kontakt człowieka z człowiekiem – opowiadała artystka.

Rajkowska kontynuowała berliński projekt ‘Artysta do wynajęcia’ także w Łodzi. Relację z obu wydarzeń przedstawiła na przełomie 2004 i 2005 roku w warszawskiej Galerii Program na wystawie ‘Dwadzieścia dwa zlecenia’. Prezentacja w formie pokazu slajdów, wideo i obszernych komentarzy tekstowych była niezależnym przedsięwzięciem artystycznym ukazującym artystkę w szczególny sposób służącą społeczeństwu.

Bardziej kameralną akcję o podobnym wydźwięku (‘Tylko miłość’) wykonała Rajkowska w marcu 2004 w Warszawie: stanęła za ladą baru ‘Smaczek’ w Szpitalu Wolskim, gdzie na kilka godzin zastąpiła pracującą tam bufetową. Akcję rejestrowaną niewielką kamerą zamocowaną na obroży jamnika artystki, Tofiego, można było obejrzeć na telewizorze ustawionym na barze”...

      Cytowany tekst – który, co ciekawe, nie został stworzony przez komputerowy program, ale został przez kogoś napisany – wcale się tu nie kończy, ale prezentacja zasług owej dziwnej kobiety dla polskiej kultury jest o wiele, wiele dłuższa, ja jednak, nawet gdybym był chorobliwie złośliwy, to bym tego Czytelnikom nie uczynił. Zwłaszcza ze to co nas najbardziej tu zajmuje, to ani Trzaskowski ze swoimi szczurami, ani nawet ta bezczelna wariatka, ale Polska. Otóż, jak się dowiadujemy, częścią oto właśnie przedstawionego programu „Polski Ład” jest również propozycja wsparcia polskich artystów, w taki sposób by każdy z nich uzyskał status artysty zawodowego i od tego momentu był traktowany jak lekarz, nauczyciel, czy pani listonoszka. W tej chwili zapewne część z Czytelników pomyśli, że oto nadszedł moment gdy ja zadeklaruję, że dopóki oni się nie ogarną, to ja na nich w życiu już nie zagłosuję. Otóż nic z tego, są dla nas bowiem rzeczy ważniejsze niż los choćby takiej Rajkowskiej i jej piszczącego jaja. Natomiast, owszem, mogę tu zadeklarować, że jeśli jakimś cudem sam prezes Kaczyński zorientuje się, że ja napisałem i sprzedałem osiem książek i przyjdzie tu do mnie osobiście z nominacją na artystę zawodowego oraz ofertą stałego stypendium, to ja mu z całym szacunkiem powiem, żeby wypierniczał.  



piątek, 21 maja 2021

Jest dobrze - nie ruszać

Dla "Warszawskiej Gazety" piszę regularnie i, bez jednego piątku, przerwy od siedmiu już lat, a widząc jak ów tygodnik z każdym rokiem ewoluuje w stronę pozycji, z którymi ani się nigdy nie utożsamiałem ani też utożsamiać nie zamierzam, dochodzę do wniosku, że ów mój felieton, niezmiennie wyróżniany przez Piotra Bachurskiego stałym miejscem oraz tradycyjną ekspozycją, stanowi tam już prawdopodobnie jeden z ostatnich śladów czegoś, co osobiście lubię nazywać prostą przytomnością umysłu. I powiem szczerze, że z każdym też kolejnym rokiem zachodzę w głowę, jakim to cudem przyrody Bachurski mnie stamtąd jeszcze nie pogonił na zbity pysk. Biorę tu pod uwagę dwie możliwości, z których oczywiście żadna może nie być prawdziwa. Pierwsza to ta, że Moje teksty, zgodnie z tym co on mi wielokrotnie już powtarzał, on bardzo to co ja piszę i sposób w jaki to robię  lubi i szanuje. Druga jest taka, że moja obecność – i to obecność za każdym razem bardzo wyróżniana  stanowi dla niego swego rodzaju alibi.

W tej sytuacji pozostaje jeszcze jedna rzecz do wyjaśnienia. Otóż zwłaszcza ostatnio spotykam się z pełnymi pogardy zarzutami, że ja się zadaję z jednoznacznie kompromitującym mnie towarzystwem i czemu ja owo towarzystwo, uporczywie toleruję? Tu odpowiedź jest znacznie prostsza. Otóż przede wszystkim dlatego, że Piotr Bachurski był jedynym poza Coryllusem wydawcą, który przez te wszystkie lata zaproponował mi współpracę i w tym czasie ani razu mnie nie potraktował bez szacunku. Ale też przez to, że skoro on o mnie każdego dnia walczy – a tego że walczy, jestem pewien na sto procent – to mi zwyczajnie nie wypada go potraktować z góry. Kolejny powód jest taki, że z tego co mi wiadomo, dziś "Warszawska Gazeta" każdego tygodnia czytana przez jakieś 100 tys. Polaków, a możliwość docierania do nich z przekazem takim jak poniższy, jest dla mnie nadzwyczaj cenna. No i wreszcie być może powód najważniejszy. Otóż ja bym się naprawdę wstydził, gdybym nagle znalazł się na pensji u Tomasza Sakiewicza, braci Karnowskich, czy – by już nie wchodzić na poziomy  najniższe – jakiegoś Roli. W porównaniu z całą resztą tak zwanym mediów prawicowych, ja w "Warszawskiej Gazecie" czuję się ja na bardzo przyjemnej imprezie.


       Możliwe że są tu osoby, dla których wciąż tematem dnia jest pozycja Borysa Budki w strukturach Platformy Obywatelskiej, czy wysiłki podejmowane przez marszałka Grodzkiego na rzecz odsunięcia w jak najbardziej odległą przyszłość kwestii związanych z jego osobistą chciwością, moim jednak zdaniem to co powinno dla nas wszystkich stanowić temat numer jeden, to przedstawiona właśnie przez Prawo i Sprawiedliwość prezentacja programu związanego z robieniem nam Polakom dobrze.

        Osobiście, przyznam zupełnie szczerze, od paru już lat, widząc jak miłościwie nam panująca władza nie wykonuje żadnych wrogich mi gestów, nie za bardzo zwracam uwagę na kolejne komunikaty wydawane przez owej władzy przedstawicieli. Muszę jednak przyznać, że przy okazji ledwo co zorganizowanej przez Prawo i Sprawiedliwość prezentacji tego wszystkiego co nas w najbliższej przyszłości czeka, poświeciłem nieco uwagi owym obietnicom, i z jednej strony uznając, że nie mam najmniejszego powodu by w nie nie wierzyć, a z drugiej widząc jak w jednej niemal chwili pojawiły się bardzo konkretne pretensje, że to co proponuje rząd, to kolejny krok na drodze prowadzącej do ostatecznego upadku polskiego narodu, spod którego się już nigdy nie podniesiemy, uznałem że nie pozostaje mi nic innego jak zwyczajnie zareagować.

      A zatem reaguję. Otóż mija sześć lat od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość – złośliwie nie wspominam o Zbigniewie Ziobrze, a już zwłaszcza Jarosławie Gowinie – odzyskało Polskę z rąk gangów i nie wydaje mi się, by wśród nas – a mówiąc „nas” mam na myśli całość społeczeństwa – znalazła się choć jedna osoba gotowa uczciwie stwierdzić, że jej codzienny los się nie poprawił. I nie mam tu na myśli obrazu dostarczanego nam przez codzienną propagandę, ale o jak najbardziej realne bytowanie, oraz – co wcale nie najmniej ważne – zewnętrzne owego bytowania okoliczności.  Jestem głęboko przekonany, że żaden z nas, choćby najbardziej wrogo nastawiony do obecnej władzy, nie byłby w stanie zupełnie uczciwie stwierdzić, że jego życie niezmiennie tonie w owej beznadziei minionych lat. Wręcz przeciwnie, nie wierzę w to, że wśród nas znajdzie się choć jedna uczciwa osoba, która będzie gotowa stwierdzić, że od roku 2015 życie jego i jego bliskich, ale też wszystko to co ich otacza, nie przeżyło autentycznego odrodzenia.

       Z powodu bardzo zaawansowanego wieku, pamiętam bardzo dobrze koniec roku 1989, kiedy w moim mieście pojawił się pierwszy wielkopowierzchniowy, jak od razu mogliśmy się zorientować niemiecki, sklep o przedziwnej nazwie „Future 2”, i nie wiem jak inni, ale ja wówczas po raz pierwszy w życiu zobaczyłem jak w tak zwanym realu wygląda kokos oraz ananas. To była faktyczna zmiana, dziś natomiast mam wrażenie, że to co Polska przeżywa w tych dniach, to wydarzenie o randze podobnej do owej, jaką niektórzy z nas doświadczyli wtedy, w roku 1989. Jedyna realna różnica to ta, że dzisiejsza jest jak najbardziej prawdziwa.




czwartek, 20 maja 2021

Czy politycy Prawa i Sprawiedliwości znają angielskie słowo "presumptiousness"?

Spotkałem dziś pewną znajomą, z którą znamy się od lat, a która o mojej pisarskiej aktywności dowiedziała się swego czasu z „Warszawskiej Gazety” i od tego momentu moje notowania u niej radykalnie wzrosły. Niestety od tego czasu upłynęło juz na tyle dużo czasu, że – jak sądzę głównie przez pandemię koronawirusa – niektórym z nas ostatnio poprzewracało się kompletnie w głowach i również i ona uznała, że Prawo i Sprawiedliwość to klasyczna komuna, no i oczywiście przez to właśnie, jako bezkrytycznemu pisowcowi, mnie się przy okazji oberwało. Próbowałem znajomej tłumaczyć, że ze mnie bezkrytyczny pisowiec jak z koziej dupy trąba, natomiast moje poparcie dla nich wynika z dwóch zaledwie rzeczy: pierwsza to ta, że Jarosław Kaczyński to moim zdaniem jedyny na całej od lewa do prawa politycznej scenie człowiek dobry, porządny i godny zaufania, druga natomiast to ta, że w moim przekonaniu, ktokolwiek zaczyna się bawić w politykę, ma – i powinien mieć – jedno na celu: prowadzić taką politykę, by zatrzymać przy sobie jak największą liczbę wyborców i tym sposobem utrzymać, a być może nawet umocnić władzę. Innego powodu uprawiania polityki nie ma i nigdy nie było. I gdy chodzi o PiS, dopóki oni trzymają przy sobie wystarczającą liczbę ludzi, którzy przy okazji kolejnych wyborów oddadzą na nich swój głos, to dla mnie jest rzeczą oczywistą, że ów głos również będzie należeć do mnie i na tę całą gadke o komunie, będe jedynie wzruszał ramionami. To natomiast co co ja sobie o nich myślę w swoim wyjątkowym sprycie i przenikliwości na co dzień, nie ma najmniejszego znaczenia, bo polityka którą oni prowadzą w żaden sposób  nie jest prowadzona z myślą o mnie.  A rzecz w tym, że ja sobie o nich myślę bardzo różnie i daje temu wyraz nie tylko od zeszłego roku, ale od wielu już lat, choćby od dnia gdy Andrzej Duda zatrudnił u siebie w pałacu tego gnoma Kędrynę. Ale przecież i dużo póżniej. Oto znalazłem właśnie pewien tekst, jeszcze z końca roku 2016, zamieszczony chyba tylko w Salonie24, który pragnę dziś przypomnieć, byśmy pamiętali, że nic się nie zmienia od lat. Zarówno w jedną jak i drugą stronę. A co najważniejsze, również gdy chodzi o naszą ocenę szans dla Polski. I stąd niektórzy nas nazywają zaczadzonymi pisowską propagandą durniami. Zachęcam do refleksji.

 

 

 

 

      Wczoraj nasz kolega Coryllus wyraził troskę z powodu tego, że nasza wspaniała władza, czyniąc pierwszy krok w ramach przygotowań do przypadających na roku 2018 obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, przedstawiła logo wspomnianego święta, no i że owo logo, zamiast napawać dumą, nas jedynie kompromituje. W tym momencie pod tekstem Coryllusa rozgorzała szalenie specjalistyczna dyskusja, tak jak to zwykle się dzieje, na tematy kompletnie nieistotne, a więc w tym wypadku związane z dylematem, czy praca nad owym projektem trwała 10 minut, czy dłużej, czy ta czerwień bardziej przypomina czerwień polskiej flagi, czy prostokątu w logo „Gazety Wyborczej”, no i czy większą winę za to gówno ponosi ręka, czy głowa. Tak się złożyło, że ja to coś miałem okazję widzieć wcześniej i od początku podejrzewałem, że awantura, jaka z tego powstanie, po raz kolejny potwierdzi ów smutny fakt, że moje problemy zaczynają się tam, gdzie inne się kończą.

     Przede wszystkim, moim zdaniem, to jakie logo będą miały uroczystości setnej rocznicy odzyskania przez nas niepodległości, nie ma dla nas najmniejszego znaczenia, zarówno w skali indywidualnej, jak i ogólnej. Przyjdzie rok 2018, przez kolejne dwanaście miesięcy będą w kraju organizowane różnego rodzaju imprezy, najczęściej na poziomie zbliżonym do owej unoszącej się nad tym wszystkim czerwonej szmaty z jakimś bazgrołem na środku, a zdecydowana większość z nas nie zawiesi na niej nie dość że wzroku, to nawet pojedynczej myśli. Ona będzie miała dokładnie taką samą siłę oddziaływania, jak choćby to coś, co stanowi logo Katowic, jako miasta ogrodów, a pies z kulawą nogą, ani nie wie, co to takiego, ani go to w ogóle nie obchodzi.

      A więc to po pierwsze. Po drugie, ja się nie zgadzam z głosami tych wszystkich, którzy projektowi zarzucają, że jest on tani i głupi, a tym bardziej, że za nim stoi dziesięć minut pracy jakiegoś cwaniaka, który jedyne co potrafi, to liczyć słupki. Problem z tym logo polega na czymś zupełnie odwrotnym, a o co chodzi, przedstawię na przykładzie kampanii Hillary Clinton. Oto w pewnym momencie, ona kilkakrotnie użyła pod adresem Trumpa słowa „presumptuous”, i w jednej chwili co bardziej inteligentni obserwatorzy zwrócili uwagę na to, że mimo że być może celne,  było to wyjątkowo głupie. Rzecz w tym mianowicie, że kiedy Trump nazwał Clinton „crooked Hillary”, to wszyscy tę wiadomość natychmiast odebrali, tu natomiast znaczna większość odbiorców nie wiedziała nawet, co to całe „presumptuous” znaczy. Tu sytuacja jest bardzo podobna. Ten ktoś, kto, jak rozumiem, po ciężkiej i pełnej intelektualnego wysiłku pracy, wpadł na pomysł, żeby setną rocznicę odzyskania niepodległości uczcić czerwoną planszą na której umieszczone zostanie napisane ręką samego Piłsudskiego słowo „niepodległa”, i ani mu do głowy nie przyszło, że przede wszystkim nikt nie będzie sobie zadawał trudu, by to próbować odcyfrowywać, a poza tym, nawet jeśli ktoś mu powie, o co chodzi, cały efekt, dokładnie tak samo, jak objaśniany dowcip, będzie i tak dawno spalony. Problem z owym logo i z jego autorami jest związany z tym samym nieszczęściem, jakie prześladuje czy to polski film, czy polska literaturę, czy polską piosenkę. To w ogóle nie jest dla ludzi, z tej prostej przyczyny, że ludzie, traktując to jako byt obcy, albo nic z tego nie rozumieją, albo nie uważają za powód do wzruszeń. Kiedy patrzę na ten czerwony prostokąt z tymi białymi robaczkami na środku, nie mogę nie podejrzewać, że osoba, która wpadła na ów przedziwny pomysł, to jeden z tych intelektualistów, których patronem już kiedyś tu uczyniłem reżysera Filipa Bajona, który skacowany oddaje poranny mocz gdzieś na skraju szosy, nagle, zachwycony krajobrazem, jaki się przed nim rozciąga, postanawia, że nakręci o tym film, opowiada swoim objawieniu kolegom, a oni wszyscy krzyczą: „Stary, rozwalasz!” I nikomu z tych gagatków nawet do głowy nie przyjdzie, że jeśli nie ma prostej historii z życia, to całą resztę można wsadzić sobie w nos.

      Problem jednak, wbrew pozorom, jest, i to problem niemały. Oto, jak się dowiadujemy, nasz rząd tak zwanej dobrej zmiany, zamiast ogłosić normalny konkurs z zastrzeżeniem, że zawodowe firmy nie biorą w nim udziału, do opracowania tego projektu wytypował coś o nazwie Futu Creative. Aby się dowiedzieć, z kim mamy do czynienia, wchodzimy na ich stronę i co widzimy? Oto po kolei:

* Edwin Bendyk - zajmuje się problematyką cywilizacyjną i wpływem technologii na życie społeczne, kwestiami modernizacji, ekologii i rewolucji cyfrowej. Wykłada w Collegium Civitas, gdzie kieruje Ośrodkiem Badań nad Przyszłością;

* Paula Bialski - prowadzi badania nad infrastrukturą cyfrową, anonimowością i cyfrową komunikacją społeczeństw;

* Grzegorz Boorgo - na co dzień pracuje jako redaktor w magazynie „MaleMEN”, pisze rozprawę doktorską analizującą trend slow journalism;

* Łukasz Drgas – historyk sztuki, promotor dizajnu, założyciel jednego z pierwszych w Polsce concept store Magazyn Praga;

* Noemi Gryczko – trenerka, konsultantka, ambasadorka konferencji 99U i organizatorka jej polskiej edycji 99U Local: Warsaw. Ośmiela firmy i instytucje do eksperymentowania z angażującymi formami spotkań i konferencji;

* Joanna Jeśman - autorka książki Żywa sztuka. Wielowymiarowość bioartu w kontekście posthumanistycznym;

* Dorota Kabała - współwłaścicielka studia projektowego We design for physical culture, które umożliwiło wyjazd do Brazylii, by na miejscu obserwować proces powstawania deski surfingowej;

* Agata Kiedrowicz - oscyluje pomiędzy teorią a praktyką. Autorka tekstów i wywiadów z obszaru mody, dizajnu i sztuki. Szczególnie interesuje ją sensoryczny i krytyczny wymiar projektowania. Zajmuje się również trendami i strategią w obszarze kreatywnej współpracy;

* Jakub Koźniewski - projektant interakcji i artysta nowych mediów, współzałożyciel grupy panGenerator, tworzy obiekty i instalacje interaktywne przekraczające tradycyjne podziały między dizajnem, sztuką, a technologicznym R&D;

* Adam Liwiński - Wymyśla i realizuje projekty uczące efektywnej komunikacji, prowadzi warsztaty z wystąpień publicznych. Prezes Fundacji „Seriatim”, organizacji stojącej m.in. za TEDxWarsaw;

* Anna Mazerant – psycholog, badacz, Qualitative Insights Director w 4P research mix. Specjalizuje się w realizacji badań marketingowych polegających m.in. na poszukiwaniu insightów dla pozycjonowania i komunikacji marek;

* Monika Rosińska – socjolożka, badaczka, zajmuje się rozwijaniem refleksji na temat dizajnu;

* Martyna Rzepecka - związana z tematyką transferu wiedzy i technologii w obszarze nauk kognitywnych oraz projektowaniem produktów.

     Można by było tak ciągnąć, bo ich tam jest znacznie więcej, a każdy inny, ewentualnie zostawić tylko tego Boorgo z magazynu MaleMEN i zapytać go, co mu mówi nazwisko Kędryna, jednak nie o to chodzi. Rzecz w tym, że przedstawiona tu tak obrazowo menażeria to jest zaledwie jeden z wielu punktów na mapie owego cwaniactwa, które jak zaraza oplotła nasz kraj i o którym tu już wielokrotnie pisałem. I teraz nagle się dowiadujemy, że nie dość że, jak wiele na to wskazuje, ono rozrasta się w takim tempie i z taką bezczelnością, że nie ma sposobu, by choćby jednego z nich złapać za kołnierz i wyprowadzić, to na domiar złego, Rząd Dobrej Zmiany traktuje je z pełną atencją, organizując im catering za grube, jak się możemy domyślać, miliony.

      Pisałem tu wielokrotnie, że moje poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości opiera się na jednej skromnej podstawie, w osobie Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli jego zabraknie – a niewykluczone, że on mnie przeżyje i z tym problemu mieć już nie będę – będę pisał wyłącznie o moim parku, moim psie i ewentualnie wnukach. Gdy jednak dziś widzę, jak ministrowie Gliński i Sellin, mając przed sobą ewidentnego oszusta zajętego poszukiwaniem insightów dla pozycjonowania i komunikacji marek, marszczą w zadumie czoło i zaczynają się głaskać po brodzie, to coraz bardziej dochodzę do wniosku, że to zdecydowanie nie jest moje towarzystwo.



 

 

 


środa, 19 maja 2021

Peggy Noonan: Ofiarna Dusza

 

Poniższy tekst, autorstwa znanej nam już skądinąd Peggy Noonan, ukazuje się tu po raz drugi. Pierwszy raz, w swoim tłumaczeniu, zamieściłem go 26 kwietnia 2014 roku, w przeddziń kanonizacji Ojca Świętego Jana Pawła II, a dziś, ponieważ znów, przy okazji 101 rocznicy jego urodzin, owa piękna postać jest nam przypominana, to i ja pragnę przypomnieć tamten zupełnie niezwykły tekst, zupełnie niezwykłej autorki, amerykańskiej dziennikarki, bliskiej współpracowniczki prezydenta Reagana, autorki wielu jego przemówień, w tym jednego z najsłynniejszych, wygłoszonego chwilę po katastrofie promu kosmicznego „Challenger”. Skupmy się proszę, bo Noonan zwraca uwagę na rzeczy, które być może nie przeszły nam nawet przez myśl.

 

 

      Myślę, jak pewnie wszyscy ostatnio, o Janie Pawle II. Wczoraj, przez swój niedawny pobyt w szpitalu, papież nie pojawił się na uroczystościach Środy Popielcowej. Środa Popielcowa przypomina nam katolikom, że któregoś dnia odejdziemy z tego świata, że z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy. Kościół apeluje do nas, byśmy odnowili nasze życie duchowe, zrezygnowali z pewnych drobnych przyjemności i tę rezygnację ofiarowali Bogu, przynajmniej do wiosny i Świąt Wielkanocnych

      Przewlekła fizyczna choroba Papieża jest częścią długiego pożegnania, które niesie w sobie bardzo duże znaczenie. Chciałabym więc dziś opowiedzieć trochę o tym, jak niektórzy z nas starają się owo znaczenie rozumieć i jak ja sama miałam okazję widzieć Jana Pawła II 18 miesięcy temu.

      Kiedy go zobaczyłam, pomyślałam sobie: Oto święty o zachodzie słońca. Tyle że to wcale nie był wieczór, lecz wczesny poranek, jak czytam dziś z moich notatek, godzina 7.30, 2 lipca 2003 roku. Piękny poranek w samym środku najgorszej od stulecia fali rzymskich upałów. Miasto pogrążone w ciszy, ulice rozpalone.

      Setki nas zdążyły się już zgromadzić na Piazza Del Suffizo, w cieniu Kolumnady Berniniego, owych marmurowych kolumn, otaczających Plac Św. Piotra. Wiał lekki ciepły wiatr, a my, czekając aż pojawi się ten już właściwy, nie do zniesienia upał, wachlowaliśmy się zielonymi audiencyjnymi karnetami. Tłum był radosny – rozszczebiotane siostry zakonne, cykający zdjęcia turyści.

      Już za chwilę mieliśmy ujrzeć Papieża podczas jego cotygodniowej audiencji. Wśród nas: pielgrzymka dorosłych głuchoniemych w białych czapkach z daszkiem, z zawiązanymi wokół szyi jedwabnymi zielono-żółto-białymi watykańskimi chusteczkami, członkowie chóru z Archidiecezji St. Louis, grupa sióstr zakonnych z Małej Misji dla Głuchoniemych z Bolonii. Był też mężczyzna z Monterrey z żoną i dwójką dzieci. Wraz z gęstniejącym tłumem, znaleźliśmy się obok siebie i zaczęliśmy rozmawiać, jak byśmy się znali od zawsze.

      - Czemu tu przyjechaliście? – zapytałam.

      - Zobaczyć Papieża – odpowiedział człowiek z Monterrey – To jest najważniejszy chrześcijanin na świecie. Następca Jezusa.

      Gdy po paru minutach odczytałam mu ze swoich notatek jego słowa, poprosił, bym poprawiła: „To jest najważniejszy człowiek na świecie”.

      Rozmawiałam z kobietą w słomkowym kapeluszu, z szerokim, osłaniającym przed twarz słońcem rondem. Na szyi miała zawieszony wisiorek z wielką muszlą. Miała 45, może 50 lat i do złudzenia przypominała starszą już bardzo Gretę Garbo. Powiedziała, że jest na pielgrzymce. On i jej mąż, potężny mężczyzna z siwą brodą, wyruszyli z Austrii w maju, by po setkach kilometrów wędrówki szosą i wiejskimi drogami, zwiedziwszy dziesiątki sanktuariów maryjnych, 1 lipca dotrzeć do Rzymu. Pokazała mi swój dziennik z pielgrzymki, gdzie starannym, ładnym pismem opisała każdy kościół, który spotkali po drodze, a jej mąż niebieskim długopisem zrobił piękne rysunki katedr. Fotografował też wszystkie mijane pod drodze kapliczki, by potem wklejać starannie te zdjęcia do dzienniczka żony. – Niech pani spojrzy na to – powiedziała, wskazując na stronę, gdzie widniała karykatura jej okropnie zmaltretowanej stopy po sześciu tygodniach wędrówki, całej w śmiesznie przerysowanych odciskach. Obok narysowała jakieś kremy i bandaże, którymi opatrywała rany. Powiedziała mi, że przez cały ten czas nie spędzili jednego dnia bez Mszy Świętej. A po co tu przyszli?

      - Jak to, po co? Żeby zobaczyć il Papa! – odpowiedziała i zrobiła gest, jakby chciała dodać: To jest kulminacja.

      Przeszliśmy przez bramki z wykrywaczami metalu, które najwyraźniej nie działały – żadnego piszczenia, bzyczenia, ani jednej osoby, która robiłaby wrażenie, że nas obserwuje – a następnie zostaliśmy poprowadzeni szerokim chodnikiem tuż obok Placu Św. Piotra. (Później, kiedy tamtędy wracałam, młody ksiądz powiedział do mnie: „Naszym zdaniem on został ukrzyżowany gdzieś tutaj, pod nami”. Gdy, nie wiedząc, o co mu chodzi, pokręciłam głową, dodał: „Święty Piotr. To mogło się dziać dokładnie tu, pod nami”, i wskazał na chodnik.)

      Weszliśmy do Auli Pawła VI, potężnej betonowej struktury, robiącej wrażenie nowoczesnej jaskini, trochę jak te nasze typowe protestanckie kościoły na przedmieściach. Przed sceną ustawiono rzędy krzeseł. Ludzie przybywali pojedynczo i w grupach, najpierw setki, potem już tysiące. Szłam razem z nimi i słyszałam jak mówią po francusku, angielsku, niemiecku, po czesku. Widziałam grupy z Zachodniej Afryki, Niemiec, Polski, Szkocji, Portugalii i Brazylii. Z Rumunii przybył chór kobiet w średnim wieku, które zasiadłszy na swoich miejscach, zaczęły nagle cichutko śpiewać. Kiedy skończyły, rozległ się donośny śpiew mieszanego, 30-osobowego chóru z Białegostoku.

      Nagle z samego przodu dał się słyszeć jakiś szum. Do sali wbiegło tańcząc kilkadziesiąt afrykańskich kobiet w długich, białych bawełnianych szatach, śmiejąc się i klaszcząc. Na obszyciu ich sukni widniała informacja, że przybyły z Archidiecezji Freetown w Sierra Leone. Usiadły tuż obok dzieci z katolickiej szkoły w Rwandzie, również klaszczących i potrząsających tamburynami.

      A ja sobie pomyślałam: Jest tu cały Kościół.

      Sala się rozkołysała. Tu okrzyki, tam bębny, gdzieś z tyłu jakiś amerykański spiritual. Jedni przejmowali dźwięk tych, co śpiewali wcześniej, tak że najpierw mieliśmy grupę z Santo Domingo, a kiedy ci kończyli, piosenkę kontynuował ubrany w białe fraki chłopięcy chór z Polski, po nich z kolei słychać już było bębny amerykańskich Indian, którzy w swoich tradycyjnych strojach i ogromnych pióropuszach wyglądali jak cudowne ptaki. A ja, kiedy te dźwięki odbijały się od siebie echem, tak się wzajemnie wspierając, pomyślałam sobie, że ta właśnie publiczność, taka różnorodna, a jednocześnie pozostająca tak bardzo razem, stanowi żywy symbol powszechnego Kościoła na całym świecie.

      I nagle coś się zaczęło dziać. Na scenę weszło dwóch szwajcarskich gwardzistów, w fioletowo-pomarańczowych mundurach, czerwonych pióropuszach na czarnych hełmach i z metalowymi pikami, i sztywno wyprostowani stanęli na środku. Rozległy się wiwaty.

      Po nich pojawił się wachlarz kardynałów ubranych na czarno, w czerwonych lub purpurowych stułach. Następnie dwóch papieskich szambelanów w białych frakach.

      Spojrzeliśmy w lewo od sceny. Coś się działo.

      No i to był on, Papież, 20 minut przed czasem. Kobieta obok mnie, najwyraźniej doświadczony uczestnik audiencji, zaśmiała się.

      – Ostatnio nie każe na siebie długo czekać – wrzasnęła do mnie, próbując przekrzyczeć hałas.

      Papież wjechał na scenę w brązowym, drewnianym krześle, zawieszonym na czymś, co przypominało drewnianą platformę na małych kółkach. Jechał bardzo powoli. Cała konstrukcja wyglądała trochę jak tron na kółkach, a trochę jak ów pojazd używany w wielkich sieciowych sklepach z towarem dla domu, gdzie niekiedy trzeba coś zdjąć z górnych półek. A więc z jednej strony jak coś naprawdę praktycznego, ale też tak bardzo absurdalnego.

      Ubrany na biało, lekko pochylony do przodu. Biała sutanna, biała piuska, biała stuła ze złotymi frędzlami. Kiedy pojazd znalazł się na środku sceny, w jednej chwili otoczony został przez tłum asystentów i kardynałów, którzy pomogli Papieżowi wstać, złapać równowagę i przenieść się na biały, wygodny fotel z wysokim oparciem, który następnie obrócono przodem do sali.

      Spojrzał na nas, a my na niego. Jego twarz… Boże! Ta jego twarz.

      Pomyślałam sobie w jednej chwili o tamtej dziewczynce z ostatniej papieskiej wizyty w Kanadzie dwa lata wcześniej. Było to dziecko może szczęścioletnie, które musiało przecież pamiętać to, co mówili jej rodzice, a mianowicie że papież to najwspanialszy człowiek na ziemi, i to, że oni ją tam specjalnie przyprowadzili na tę wielką mszę na stadionie, i że ona została specjalnie wybrana z tylu innych dzieci, by wręczyć Papieżowi kwiaty. Podeszła więc do niego z tym bukiecikiem, wyciągnęła rękę, a on wtedy nachylił się do niej. No i ona wtedy się odwróciła i z płaczem uciekła ze sceny. Bo był taki stary, jego głowa była taka wielka, a kark i plecy tak strasznie zgarbione, a przez to, że cały ów wysiłek, by unieść głowę, by można było ujrzeć jego twarz, stworzył na jego obliczu tak dramatyczny grymas. I jeszcze ta okropna choroba Parkinsona, która sprawia niekiedy, że wygląda na zagniewanego, złorzeczącego, czy choćby tylko smutnego. No więc ta biedna dziewczynka uciekła.

      Tłum powstał z miejsc, entuzjazm nie ustawał. Mimo to czuło się już pewną rezerwę, jak gdyby część tej radości sprzed audiencji gdzieś wyparowała.

      Sutanna była nieco zbyt krótka, jakieś 15 centymetrów ponad ziemię, odsłaniając jego bawełniane, sportowe skarpetki i znoszone brązowe buty. Oto Papież, który, jak zwykły człowiek, zakłada proste wysłużone trzewiki, a nie tradycyjne papieskie pantofle z jedwabiu.

      – Kochamy Cię, Ojcze! – ktoś krzyknął. – Kochamy Cię Ojcze Święty!

      Z ogromnym wysiłkiem uniósł głowę, a my usiedliśmy i w tym momencie zdałam sobie sprawę z sensu oświadczenia, wydanego przez Watykan tydzień wcześniej, tuż po tym, jak przyjechałam do Rzymu. Ojciec Święty, jak stwierdziło biuro prasowe, tego lata nie będzie już tak jak wcześniej wędrował po górach, ale spędzi urlop na pisaniu wspomnień z czasów swojej młodości. Cały Rzym wrzał od zachwytów: jakież to niesamowite, że tak stary człowiek w swoim wolnym czasie będzie pisał książkę. I nikt jakoś nie zauważył tego, co zostało ukryte w owym oświadczeniu, tego mianowicie, że jego nogi są zwyczajnie niesprawne. Oczywiście, że nie pojedzie w góry.

      Kiedy wspomniałam o tym nieco później znajomemu księdzu, ten się zaśmiał. Powiedział mi, że Jan Paweł II stał się ostatnio bardzo przeczulony na punkcie spekulacji dotyczących jego choroby, i niedawno nawet trochę ironicznie poskarżył się pewnemu amerykańskiemu kardynałowi: „Powiedz tym swoim amerykańskim dziennikarzom, że Papież nie potrzebuje nóg, żeby rządzić Kościołem”.

      Ze zwykłych notatek, które trzymał w ręku, odczytał nam parę zdań. Głos miał niewyraźny i zachrypnięty. Kartki drżały w dłoniach. Mówił po włosku, a czuły mikrofon bardzo wyraźnie przenosił jego ciężki oddech.

      Wśród zebranych nastąpiło poruszenie. I wtedy zaczął mówić po polsku, jego głos nabrał mocy, a na sali, choć większość przecież nie rozumiała ani słowa, zapanowała cisza, i wszyscy pochylili się do przodu.

      Ręka drżała mu strasznie. Gdy tłumacz powtarzał jego słowa, pochylił głowę i oparł podbródek na lewej dłoni, jakby chciał opanować drżenie.

      A potem odkaszlnął i zaczął mówić po angielsku. Jednak jedyne, co byłam w stanie zrozumieć, to „duch Błogosławieństw”. Później przeczytałam doniesienia Associated Press na temat tego, co Papież do nas mówił. Tematem tych rozważań był Psalm 145, który on nazwał „pieśnią na chwałę poranka”. Kończy się on, powiedział „proklamacją panowania Boga nad historią człowieka”. Przypomina nam, powiedział, że „Pan będzie panował na wieki”.

      Dzieci z Santo Domingo zaintonowały starą piosenkę: Juan Pablo, Segundo, el padre de el Mundo, a on uniósł prawą dłoń, jakby chciał powiedzieć, że wszystko słyszy. Jednak te jego słynne dawne żarty, kiedy to przywoływał dzieci witające go w Nowym Jorku i Chicago, i wołał: „chodźcie do mnie, chodźcie”, teraz już nie wchodziły w grę.

      A mimo to, kiedy go obserwowałam, uświadomiłam sobie, że nie umiem na niego patrzeć, jak na człowieka słabego i chorego. Widziałam go, jako kogoś, kto jest zaledwie uwięziony w jakimś zewnętrznym, niezależnym od niego zupełnie, bezruchu. Kogoś, kto tak naprawdę wewnątrz wciąż pozostaje Janem Pawłem.

      I wtedy sobie pomyślałam: To jest ofiarna dusza. Jego cierpienie ma sens.

      Przez ten ból ona nas chce czegoś nauczyć.

      Pośpiewał nam jeszcze troszeczkę, jak siedzący na słońcu staruszek. Większość nie była nawet w stanie odcyfrować słów tej piosenki, tyle że on to robił dla nas, a w tym było coś tak bardzo pięknego i wzruszającego, że zwróciłam się do znajomej i powiedziałam: „Czy słyszysz, jak śpiewa człowiek święty?” Wdychałam ten śpiew, pozwalałam, by wpływał do moich uszu i już tylko marzyłam, by móc zakryć je dłońmi i zatrzymać je tam został na zawsze.

       I wtedy Jan Paweł uczynił znak krzyża. Kardynałowie wrócili, uklęknęli przed nim i ucałowali pierścień. Grupa amerykańskich Indian też weszła na scenę, by mu się pokłonić. Po nich też pojawiło się kilkadziesiąt par w ślubnych strojach, prosząc o błogosławieństwo. A na samym końcu, na wózkach inwalidzkich i na szpitalnych łóżkach wwieziono grupę dzieci i dorosłych.

      Zawsze, gdy idzie o Jana Pawła, mam wrażenie, że gdyby on tylko mógł ograniczyć liczbę ludzi, z którymi się spotyka i którym błogosławi, do tych, których lubi najbardziej, nie byliby to ani kardynałowie, ani książęta, ani kongresmeni, ale siostry zakonne z jakichś zapomnianych zgromadzeń i dzieci z zespołem Downa. A zwłaszcza te dzieci. Bo one ucierpiały najbardziej i ponieważ w jakiś niezwykły i przedziwny sposób one rozumieją znacznie więcej, niż większość ludzi. Wszyscy inni, mniej lub bardziej splątani jesteśmy swoimi ambicjami, by realizować jakieś najbardziej niezwykłe plany, podczas gdy ci najbardziej skromni i bezradni potrafią przyjąć najważniejsze przesłanie w sposób najbardziej głęboki i otwarty: Bóg nas kocha, Jego miłość nas otacza, pozwolił, byśmy Go też kochali, bawili się z Nim, służyli Mu i byli szczęśliwi.

      Znam kobietę, która miała okazję pracować z ludźmi upośledzonymi. Dzieci z zespołem Downa prosiły ją, by im pozwoliła rozczesywać swoje długie blond włosy, a następnie się w nich zanurzały i ginęły w tym ich pięknie. Dotykały tych włosów, rozdzielały i przedzierały się przez nie, jak przez jakieś zasłony. Potrzeba naprawdę wielkiego duchowego geniuszu, by w długich blond włosach odnaleźć niebo. A one to wiedziały. I Papież wie, że one wiedzą.

      I wtedy audiencja dobiegła końca. Znów pojawiło się całe mnóstwo kardynałów i osób towarzyszących i otoczyli Papieża. Unieśli go z fotela, przenieśli z powrotem na ten niby tron na kółkach, a następnie zwieźli go ze sceny.

      A on odwrócił się do nas raz jeszcze, uniósł prawą rękę i uczynił ledwo widoczny znak krzyża. I wtedy Polacy na sali zaczęli śpiewać piosenkę, której treść sięgała samych początków, prawdziwy znak czasów sprzed 25 lat, kiedy to Jan Paweł po raz pierwszy stanął na balkonie w Watykanie i spojrzał na świat. Śpiewali mu ją na każdym przystanku jego tak długiego pontyfikatu, w dobrych i złych czasach: „Sto lat, sto lat, niech żyje nam”.

      Zostałam do samego końca, jakieś dwie godziny, a potem obróciłam się, by spojrzeć na twarze ludzi stojących za mną, tak bym mogła je później dokładnie opisać… i aż mną wstrząsnęło. Bo już niemal nikogo nie było. Większość, może dwie trzecie, zdążyła już wyjść. Oni wyszli jeszcze zanim nawet sam Papież zjechał ze sceny. Zupełnie jakby skasowali bilet – no to zobaczyliśmy dziadka – i ruszyli w dalszą drogę, obejrzeć sobie koty w Koloseum.

      Jego całe życie stanowi dziś pożegnalną trasę. On świetnie wie, że oni przychodzą go zobaczyć trochę po to, by móc powiedzieć: „Widzieliśmy Jana Pawła Wielkiego”. W ten sposób wokół niego wciąż panuje pewien półmrok, od którego nie ma ucieczki.

      Wybuch radości i smutku zaznaczy jego odejście. Radości, ponieważ nadchodzi czas, by któryś z młodszych papieży odcisnął swoje piętno na naszych czasach. Smutku, bo to jest prawdziwy mocarz, ostatni papież starego wieku. I jeszcze coś. Po nim przyjdzie już prawdziwy, nowoczesny świat, ten zupełnie już nowy, świat po 11 września, i do gry zostaniemy zaproszeni wszyscy. On był ostatnim owocem starego świata. Jego obecność była równie prawdziwa i niewzruszona, jak sam Watykan.

      Jego cierpienie świadczy za niego. Ono ma swój cel. Ono chce nam coś powiedzieć. Wczoraj, kiedy sobie o tym myślałam i wspominałam tamtą audiencję, zadzwoniłam do wybitnego pisarza i myśliciela Michaela Novaka i poprosiłam go, by trochę pomyślał za mnie. Otóż Święta Teresa z Lisieux, przypomniał mi, wierzyła, że jej cierpienie może pomóc innym. A zatem brała ona wszystkie swoje chwile bólu, gniewu, czy smutku i ofiarowała je Bogu, wierząc, że w ten sposób one zjednoczą się z bożą miłością, a więc z czymś nieskończenie potężnym, co istnieje wyłącznie dla ludzkiego dobra. Prosiła Boga, by przyjął od niej to cierpienie i użył go w ten sposób, by pomóc misjonarzom na całym świecie. Wiedziała, powiedział mi Novak, to co wiedział Dostojewski: świat jest otoczony rodzajem sieci, sieci bardzo energetycznej, w której wszyscy jesteśmy zjednoczeni w naszym cierpieniu i w naszej miłości. Kiedy oddasz jej wszystko co posiadasz, masz swój udział w komunii miłości na całym świecie.

      Teresa była karmelitanką. Novak opowiedział mi o tym, co kiedyś zaobserwował George Weigel, że Papież mianowicie ma karmelitańską duszę, duszę, która znakomicie się czuje w karmelitańskiej tradycji codziennego mistycyzmu.

      Więc cóż takiego mówi nam cierpienie Papieża? Kilka rzeczy, powiedział mi Novak. Mówi nam, że w czasach, które obecnie przeżywamy, ważne bardzo jest, by szanować cierpienie ludzi starych i słabych. On chce, byśmy wiedzieli, że oni wszyscy mają swoje miejsce na tym świecie i ich życie ma sens. I nie tylko to mówi. On tym żyje. W młodości był aktorem, a więc jego nauczanie odbywa się trochę też i przez demonstrację, przez sam fakt, że on jest. Jego cierpienie to dramat, którym on żyje zupełnie świadomie. Jan Paweł opowiada się za życiem – za wszystkim co je stanowi. Pragnie oddać szacunek temu, czego świat nie szanuje.

      W takim razie, czemu, zapytałam, Bóg dopuszcza, by człowiek, którego z pewnością bardzo pokochał, musiał iść przez życie aż tak cierpiąc? Przecież mógł go wziąć do Siebie lata temu. Może, odpowiedział Novak, Bóg pragnie nam pokazać, jak bardzo nas kocha, a robi to każdego dnia, pozwalając, by to właśnie Papież nam pokazał, jak to on nas bardzo kocha. Jezus, cierpiąc na krzyżu, był bliski upadku, a mimo to pozostał tam do końca.

      I to mi przypomniało coś, co Papież powiedział komuś bardzo sobie bliskiemu, gdy parę lat temu pojawił się temat, by może przeszedł na emeryturę: „Chrystus nie zszedł z krzyża”. Chrystus odszedł, gdy się wykonało.

      Novak zauważył też, że Jan Paweł II często wspominał o potrzebie zaleczenia tysiącletniej rany w relacjach między Kościołami Wschodu i Zachodu. On wierzy, że jego misja nie skończyła się wraz z upadkiem Muru Berlińskiego, i że ona wciąż obejmuje próby naprawienia tego, co tak bardzo podzieliło Rzym, Konstantynopol i Moskwę. Powiedział Novak, że kto wie, czy to cierpienie nie jest poświęcone Bogu po to właśnie, by pogodzić oba Kościoły.

      - On będzie naprawdę bardzo nieszczęśliwy, jeśli umrze, nie pojechawszy z wizytą do Moskwy – powiedział Novak. – I możliwe, że Święty Piotr w związku z tym będzie musiał wiele wycierpieć.

Powyższy tekst Peggy Noonan opublikowała 10 lutego 2005 jako swój stały felieton w dzienniku „Wall Street Journal”, a dziś, wśród wielu innych jej tekstów, jest on do poczytania na stronie 
www.peggynoonan.com. Niestety już tylko za pieniądze.