Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabójstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabójstwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 maja 2019

Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij


       Do Facebooka podchodziłem jak pies do jeża dwukrotnie. Pierwszy raz wiele lat temu, niestety tamta próba zakończyła się dla mnie tragicznie, ponieważ w momencie, gdy postanowiłem się pokazać publicznie, straciłem niemal wszystkie swoje lekcje, a tym samym jedyne wówczas moje źródło utrzymania. Dlaczego? No tu jest sprawa jasna. Wszystko w ramach walki z pisizmem.
       W tej sytuacji zamknąłem swoje facebookowe konto – swoją drogą, czy wiedzą Państwo, że prognozy są takie, że po koniec XXI wieku, Facebook będzie rejestrował więcej kont zmarłych użytkowników, niż tych, którzy jeszcze się tam kręcą? – i po tym, jak wreszcie udało mi się jako tako odbudować swoją pozycję na rynku, konto to reaktywowałem. Dziś trudno jest mi powiedzieć, czy przez te lata coś się tu zmieniło, czy tak było zawsze, ale dziś w równie znacznym stopniu jak korzystam z Facebooka, korzystam też z tak zwanego Messengera, a więc programu, który umożliwia bezpośredni kontakt między znajomymi. W moim wypadku owo korzystanie sprowadza się do czegoś, co uruchomiło moje dziecko, a co nosi nazwę „Rodzinka” i polega na tym, że moja żona, moje dzieci, moja synowa, no i ja osobiście, wciąż jesteśmy ze sobą w kontakcie. I tu jest pierwsza ciekawa, a jednocześnie bardzo ważna dla całej historii, rzecz. Otóż, jak bardziej uważni czytelnicy zauważyli, nie wymieniłem swojego zięcia. Otóż on w tym nie bierze udziału, bo, jak powiedział, nie jest w stanie się połapać w tym nieustannym rozgardiaszu, gdzie od rana do wieczora wszyscy ze sobą gadają, najczęściej o rzeczach kompletnie nieistotnych, a przez to dla niego zwyczajnie nieciekawych, a często zupełnie niezrozumiałych.
      I tu przechodzę do tematu dzisiejszej notki. Otóż w tym, jak już wspomniałem, rozgardiaszu, syn mój w pewnym momencie podzielił się z nami na wspomnianej „Rodzince” następującą refleksją:
     „Jak zabijasz dorosłego człowieka, to nie odbierasz mu życia, które już przeżył, bo tego już nikt nie skasuje, bo to już jest w przeszłości. Więc odbierasz mu tylko to, co dopiero ma się wydarzyć. Czyli nie ma różnicy między zabiciem dorosłego człowieka a zabiciem płodu, nawet gdyby to był tylko płód. Bo w obu przypadkach odbierasz tylko przyszłość. Jak ktoś zabije małe dziecko, to wszyscy to bardzo przeżywają i mówią, że to jest straszne, bo tak bardzo mało życia za nim, a tak dużo przed.  Co jest dowodem na to, co powiedziałem. A w przypadku aborcji to jest doprowadzone do skrajności, więc wszyscy powinni być jeszcze bardziej przeciwko”.
      Powiedziało moje dziecko co powiedziało, a następnie, jak ktoś niespełna rozumu, zachęciło nas wszystkich do dyskusji. Ponieważ, jak wszyscy rozumiemy, w ten sposób na tematy o takim poziomie powagi rozmawiać się nie da, ja, mimo bardzo szczerych chęci, machnąłem na ten apel ręką i zatopiłem się we własnych refleksjach. I oto co wymyśliłem i czym pragnę się podzielić dziś – również z nim – tu i teraz.
      Otóż pomyślałem sobie zupełnie nieoczekiwanie, że – choć syn mój zwrócił uwagę na coś prawdziwie niezwykłego – w jego rozumowaniu tkwi pewien błąd. I wcale mi nie chodzi o to, co się narzuca już w pierwszej chwili, a mianowicie to, że ze strony zwolenników aborcji pojawi się natychmiast argument, że płód to nie jest żadne życie, ale zaledwie zlepek komórek, a więc nie ma mowy o przeszłości, przyszłości, a więc również o życiu. Moja myśl – przyznaję, że myśl, która się pojawiła dziś w mojej głowie po raz pierwszy od 64 lat – jest taka, że, jak się zastanowić, to każde zabójstwo, bez względu na to, czy dotyczące nienarodzonego dziecka, ambitnej licealistki, czy starego dziada, takiego jak ja, wiąże się z odebraniem mu wyłącznie przeszłości, zapisanej we wspomnieniach. Żadne zabójstwo nie odbiera człowiekowi przyszłości, z tego prostego powodu, że przyszłość, poza naszymi aktualnymi i przeszłymi wyobrażeniami, zwyczajnie nie istnieje. Kiedy człowiek zostaje zamordowany, w tym momencie wszystko się kończy i dalej nie ma już nic. A zatem, jeśli spojrzymy na ów problem z praktycznego punktu widzenia, zabójstwo jest dokładnie takim samym występkiem, jak pospolita śmierć. Chodzi mi o to, że, czy człowieka zabije jakiś przygodny bandyta, czy lekarz ginekolog, czy rak trzustki, efekt jest dokładnie taki sam. Coś jak najbardziej realnego się kończy, a dalej nie ma już nic. A w związku z tym, że czegoś nie ma, nie ma też sposobu, by o tym mówić, jako o utracie. A w tej sytuacji, jeśli mamy na całą kwestię patrzeć, tak jak oni sobie życzą, a więc przez pryzmat owego symbolicznego już „szkiełka i oka”, to nawet najgorsze morderstwo nie jest tak naprawdę niczym specjalnym. Oczywiście, dla zabójcy to jest problem, bo za to co zrobił albo pójdzie siedzieć, albo po śmierci trafi do piekła.  Jednak fakt pozostaje faktem: czy człowieka zabije pijany kierowca, czy wesoły aborcjonista, czy zaćpany nożownik, czy wreszcie śmiertelna choroba, krzywda jest dokładnie taka sama, czyli praktycznie żadna. Odebrane zostaje bowiem wyłącznie to co jest tu i teraz, a więc życie. Nie wspomnienia, nie marzenia i tym bardziej nie jakaś kompletnie nieznana przyszłość, ale wyłącznie życie.
       I tu dochodzę do sedna moich rozważań, do których zachęcił mnie w tak piękny sposób mój syn. Otóż zabójstwo jako takie stanowi zło nie z tego powodu, że człowiek człowiekowi wyrządza krzywdę. Jeśli ja jutro z jakiegokolwiek powodu umrę, nie ma żadnego sposobu, by stwierdzić, czy to wydarzenie mi zaszkodziło, czy wręcz przeciwnie; czy ja coś straciłem, czy może jakąś przedziwną mocą nieznanego, zyskałem. Czy w związku z tym, co się stało, ja w tym ostatnim mgnieniu świadomości powinienem swojemu losowi – specjalnie, na potrzeby argumentacji, nie używam imienia Pana Boga – dziękować, czy go przeklinać. Dlaczego? Powtarzam raz jeszcze: dlatego, że ja nie mam żadnego sposobu, by się dowiedzieć, co mi zostało odebrane, czy zadane.
        A zatem, proszę pomyślmy przez chwilę, dlaczego, skoro jest jak jest, my wciąż wierzymy, że przykazanie „Nie zabijaj” jest tak ważne, że niektórym z nas wręcz wydaje się przykazaniem podstawowym, a wszystkie państwa traktują je z taką powagą, że zabójstwo obkładają karą największą? Otóż, w moim przekonaniu – przyznaję, że przekonaniu bardzo świeżym – jedyny tego powód jest taki, że wszyscy albo wiemy, albo czujemy podskórnie, że życie, którym zostaliśmy obdarzeni, nie należy do nas. Odbieranie go komukolwiek, w tym sobie samemu, jest zwykłą kradzieżą. Kradzieżą, a więc kto wie, czy nie występkiem równie poważnym jak wspomniane zabójstwo.
      A może nawet poważniejszym, dlatego choćby, że człowiekowi, któremu kieszonkowiec na dworcu ukradł stówę jest naprawdę przykro, a dziecko, które rozszarpał na kawałki jakiś rzeźnik w garniturze ma szczęśliwie wszystko w swoim ślicznym nosku.
      A co myśleć o sytuacji, gdy nagle komuś przyszło do głowy okraść Pana Boga.






środa, 20 października 2010

Parę słów o prywatnej inicjatywie

Moja umowa z Warszawską Gazetą, gdzie co piątek ukazuje się mój komentarz, jest taka, ze ja co tydzień, do środy powinienem im przysłać tekst, oni go publikują w piątek, a ja w poniedziałek puszczam go na tym blogu, z informacją, że on wcześniej ukazał się właśnie w Warszawskiej Gazecie. Tyle. Bardzo wygodnie. Ponieważ wiem, że oni w środę mają kolegium i nie wolno mi się spóźnić, bardzo się staram, żeby już w poniedziałek mieć przynajmniej szkic, a najlepiej całość tego, co następnego dnia będę im wysyłał, bo kto wie, w jakim stanie będę we wtorek, no i czy zdążę. Podobnie było w tym tygodniu. Tekst, który wysłałem, a który ukaże się w najbliższy piątek, był praktycznie gotowy już w poniedziałek wieczorem. We wtorek rano wprowadziłem jeszcze pewne poprawki, a wieczorem posłałem go do Warszawy. Zanim jednak to zrobiłem, dopisałem jedno zdanie na samym końcu: „Jest wtorek 19 października. Pierwszego już mamy”.
O kogo mi chodziło, kiedy pisałem o tym pierwszym, którego już mamy? No i co się takiego stało między poniedziałkowym wieczorem, a wieczorem następnego dnia, że można było bezpiecznie dopisać coś tak doraźnego, nie ryzykując chaosu myśli? Otóż, jak wszyscy dziś wiemy, pewien straszy obywatel, we wtorek przed południem wszedł do biura Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi, jedną osobę zastrzelił, drugiej poderżnął gardło, a następnie oddał się w ręce policji, informując wszystkich przy okazji, że żałuje, że nie miał lepszej spluwy, bo by ”powystrzelał ich wszystkich”. Dlaczego? Bo ich nienawidzi. W jaki sposób ta kończąca mój artykuł refleksja o pierwszym, którego już mamy wpisuje się w sens całego tekstu, który przecież powstawał dzień przed tym nieszczęściem, a więc kiedy ten człowiek zaledwie kładł się spać? Otóż jakimś zupełnie kosmicznym zbiegiem okoliczności, tekst który napisałem dla Warszawskiej Gazety dotyczył dokładnie tego wtorkowego wydarzenia. On traktował ni mniej ni więcej, jak tylko o tym, że w czasach rozpasanej post-polityki państwo wycofuje się już nie tylko ze swoich podstawowych wobec społeczeństwa obowiązków, ale nawet przekazuje na ręce społeczeństwa wszelkie uprawnienia – jeśli tylko takie sobie nadało – związane z całym systemem totalitarnej represji. Że w czasach, które nadchodzą, a może i już są za rogiem, nie trzeba będzie opłacać ani cenzury, ani wprowadzać praw, które będą pozwalały na wyrzucanie ludzi z pracy, czy szukać usprawiedliwienia dla wyprowadzania ludzi z domów na ulice i podrzynania im gardeł nożem do ryb. Tym wszystkim zajmą się już sami obywatele, a państwo będzie pełniło wyłącznie funkcję moderatora. Żeby ta moja jakże przykra myśl zabrzmiała mocniej, zatytułowałem cały tekst hasłem: „Cała władza w ręce ludu”. Polecam. Piątek. Warszawska Gazeta.
Czemu o tym piszę dziś tu na tym naszym blogu? Chodzi mianowicie o to, że wczoraj przez cały dzień, kiedy byłem poza domem, otrzymywałem esemesy (blokada jednostronna) z informacją o łódzkim morderstwie, często z uwagą, że wykrakałem. I wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że ja rzeczywiście wiedziałem, ze do tego co się stało wczoraj w Łodzi, musi w końcu tak czy inaczej dojść. I że jeśli miałbym w jakikolwiek sposób podsumować wszystkie teksty, które tu powstają od niemal już trzech lat, to łączą je dwie rzeczy – zawodzenie nad powszechnym i niepojętym kłamstwem, oraz właśnie strach przed nowym modelem totalitarnego państwa bez państwa, gdzie bez udziału policji, skorumpowanych urzędników, bezwzględnych polityków, brutalnych tajnych służb, sami weźmiemy się za twarz i wprowadzimy właściwy porządek. A zrobimy to znacznie skuteczniej od całego aparatu urzędniczej represji. Bo jak uczą podręczniki, nie ma to jak obywatelska inicjatywa i ambitna samorządność.
Obawiam się bardzo że wczorajsze morderstwo w łódzkiej siedzibie PiS-u w sposób bardzo symboliczny otworzyło ów nowy rozdział. I myślę, że moje obawy są jak najbardziej uzasadnione nawet nie dlatego, że ten człowiek zrobił to co zrobił, lecz ze względu na reakcje, jakie ten czyn wywołał. A dokładnie jakikolwiek brak reakcji. Problem polega na tym, że wbrew temu co się może wydawać, w publicznej przestrzeni, poza zwyczajowym już narzekaniem Jarosława Kaczyńskiego i jego politycznych przyjaciół, oraz równie zwyczajowym pluciem ze strony Systemu, nie stało się nic. O ile jeszcze pół roku temu, tuż po smoleńskiej katastrofie, musiało minąć kilka dni zanim Kuba Wojewódzki z Michałem Figurskim odśpiewali swój hymn na cześć śmierci Lecha Kaczyńskiego, dziś nie dano nam nawet sekundy.
Na czym więc polega nowość tego rozdziału? Otóż chodzi o to, że on został napisany już wcześniej, tyle że wczoraj dokonała się jego oficjalna prezentacja. Już wcześniej to o czym pisałem w artykule dla Warszawskiej Gazety, a wcześniej zwiastowałem w wielu tekstach na tym blogu, a więc przesunięcie całego systemu represji ze strony oficjalnej na stronę że tak powiem lokalną, zostało bardzo dokładnie zaplanowane i wreszcie skutecznie przeprowadzone – czysto i niepostrzeżenie i bardzo spektakularnie. Bardzo się boję, patrząc choćby na dzisiejszy komentarz na pierwszej stronie darmowego dziennika Agory o nazwie Metro, gdzie samemu zdarzeniu poświęcone są zaledwie trzy krótkie zdania wstępu, natomiast dalsze 90% tekstu, to klasyczne rozprawianie się z Jarosławem Kaczyńskim, że to już jest równia pochyła, i to pochyła tak bardzo, że nie ma zwyczajnie sposobu, żeby się tu ktokolwiek zatrzymał. Boję się, słuchając Witolda Waszczykowskiego, kiedy tak porażająco naiwnie – i jakże absurdalnie – prosi Polaków, żeby darowali mu życie, lub Jarosława Kaczyńskiego zapowiadającego, że każdy nowy przejaw systemowej agresji pod adresem PiS-u będziemy musieli traktować, jako wezwanie do morderstwa, a z drugiej strony potrafię zaobserwować wyłącznie ścianę zimnej, wciąż tej samej co zawsze, nienawiści, i słyszę zapewnienia o tym, że mam sobie wszelkie rewolucje wybić z głowy, że wstrząs na który wciąż niektórzy z nas czekają jest niemożliwy wręcz z powodów fizycznych. Tu się po prostu nawet nie ma czego złapać. I że w dalszym ciągu, dokładnie tak samo jak zaczęliśmy to robić w kwietniu pół roku temu, i dziś pozostaje nam tylko jedno – bardzo starannie liczyć siły. Tyle że tym razem musimy bardziej uważać. Bo otaczają nas wilki.
Wczoraj wieczorem, z pewnym oczywistym opóźnieniem, oglądałem telewizyjny występ posła Platformy Obywatelskiej Antoniego Mężydły, człowieka, który naprawdę wiele przeżył i naprawdę ma wiele powodów, żeby – wbrew wszystkim swoim niepowodzeniom – być polskim bohaterem. Przede wszystkim jednak człowieka, który w takiej sytuacji, jaką dziś mamy – akurat on – ma przed sobą drogę prostą jak strzała. I z coraz większą rozpaczą patrzyłem, jak i on też przekroczył już tę czerwoną, cienką linię, która dzieli opętanie od prostej równowagi. A jeśli on, to nie ma powodu sądzić, że komukolwiek innemu się udało.
A więc stoimy, skupieni, nieruchomi, na jednej nodze, gotowi do skoku. Jak już parę razy wcześniej.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...