sobota, 19 czerwca 2021

On się nazywa się Krutul, Paweł Krutul

 

      Nie wiem czy Państwo wiedzą, ale od dłuższego już czasu Ziemia nosi człowieka nazwiskiem Paweł Krutul. I pewnie nie byłaby to informacja godna naszej uwagi – w końcu, jak wiemy z historii, Ziemia ma mocne barki – gdyby nie fakt, że ów Krutul nie jest takim pierwszym lepszym ścierwem, ale posłem do Sejmu RP. No a to już jest coś. Ktoś się już pewnie zastanawia, cóż takiego Krutul zrobił, że został przez mnie zaszczycony tą poświęconą mu w piękny sobotni poranek chwilą czasu. Otóż on wczoraj, chcąc zaznaczyć swoją obecność przy okazji 72 urodzin prezesa Jarosława Kaczyńskiego, zamieścił na Twitterze następujący anons:

Jakie życzenia chcecie złożyć , w dniu 72 urodzin Jarosława Kaczyńskiego ?

      Oczywiście już sam sposób edycji tego czegoś świadczy o tym, że Krutul ma swoje problemy, niemniej to co nas interesuje, to fakt że on stawiając to pytanie publicznie miał w głowie bardzo ściśle określony cel i to cel czarny jak wspomniana już święta ziemia, która go cierpliwie nosi. Ponieważ jednak, jak się okazało, Twitter Krutulem się szczególnie nie zainteresował, a jeśli już, to zareagował życzeniami, które mu nie były w smak, dokładnie to samo pytanie zadał na Facebooku, no i dopiero tam doczekał się pełnej realizacji swojego planu.

       Oto, proszę sobie wyobrazić, internauci zalali Krutula propozycjami, że tak to określę, w punkt. Posłuchajmy:

Jerzy Cąpała: „Żeby jak najszybciej spotkał się z ukochanym bratem bliźniakiem”;

Katarzyna Kuś: „Obyś zdechł skurwielu”;

Marek Regeńczuk: „Żeby się zesrał w trumnie”;

Sabina Kisio: „Temu chujowi życzę żeby jutra nie doczekał żeby poszedł do mamusi”;

Ryszard Gwiazdowski: „Jarosławie życzę ci ostatnich urodzin”;

Elżbieta Cukierska: „Szybkiego spotkania z bratem. i matką”;

Teresa Wardziak: „Żeby zaszył się w wilii na Żoliborzu bez ochrony”;

Elżbieta Litarowicz: „Życzenie żeby skończył jak Ceausescu”;

Radosław Lepek: „Nie ma człowieka na tym świecie którego bardziej bym nienawidził od tego skurwysyna.Ogólnie peace and love ale jemu życzę by zdychał w cierpieniach”;

Wiktoria Howorucha: „Żeby się zesrał kolczastym drutem za to co zrobił parszywy gnuj”...

         I tak to leci do dziś przez 380 komentarzy na profilu  Krutula, a Diabeł jednen wie, jak wielu innych na dziesiątkach profili, które pytanie Krutula podały dalej.

         Czy ktoś może myśli, że, widząc co się dzieje, Krutul usunął swój wpis? Ależ gdzie tam! A może pouusuwał te czarne komentarze? Skąd! To może zwrócił tej ludzkiej mierzwie uwagę na niestosowność tego co oni wyprawiają? W życiu! To możę przynajmniej przeprosił za swój brak wyobraźni? Nic z tego. Krutul zachował się dokładnie tak jak zachowują się ci niesławni żartownisie na drodze, gdy przeciągają w poprzek drogi drut, a następnie chowają się za najbliższym drzewem i  z dreszczykiem emocji czekają aż nadzieje się na niego najlepiej jakiś motocyklista.

       Paweł. Tak mu dali na imię jego rodzice. Ciekawe, czy on z okazji urodzin swojego taty, lub mamy, też zamieści na Facebooku prośbę o życzenia dla nich.



piątek, 18 czerwca 2021

Jak dziki zwierz przyszli do człowieka

 

      Kiedy na to trafiłem, w pierwszej chwili pomyślałem, że to jest jedna z tych fejkowych informacji rozsiewanych niemal każdego dnia przez jakieś bardzo podejrzane, a przy tym mocno konserwatywne portale, ewentualnie też że mogło dość do zwykłej manipulacji, których też jest wokół niemało. Ponieważ jednak zrobiła ona na mnie duże wrażenie, postanowiłem sprawę zbadać i proszę sobie wyobrazić, że nie ma mowy o nieporozumieniu. Rzeczy mają się dokładnie tak jak zostały przedstawione. A chodzi mianowicie o to, że niemiecka minister rolnictwa, niejaka Julia Klöckner, powołując się na ekspertyzy zaprzyjaźnionych ośrodków badawczych, stwierdziła że w niemieckich wylęgarniach kurcząt niszczy się 40 mln jaj (rozumiem że rocznie?) wraz ze znajdującymi się w nich kogucikami. Dlaczego kogucikami, a nie kurkami? Sprawa jest prosta: nadmierna liczba kogutów, ze względu na to że one ani nie znoszą jaj, ani też ich mięso nie jest szczególnie wartościowe, stanowi dla niemieckich kurzych farm niepotrzebny kłopot. A zatem polityka biznesowa niemieckich hodowców – podobnie, jak sądzę, wszystkich hodowców na świecie – jest taka, że w momencie gdy stwierdzą że w jajku rozwija się kogut, owo jajko ulega zniszczeniu.

       I oto w tym momencie pojawiła się owa Julia Klöckner i zgłosiła do Bundestagu projekt ustawy, zgodnie z którą już w roku 2022 hodowcy będą musieli znaleźć sposób by już w bardzo wczesnej, bo już embrionalnej, fazie rozwoju kurczęcia, byli w stanie ustalić, czy w jajku znajduje się kura czy kogut. A jeśli okaze się że kogut, będą mieli prawo zniszczyć jajko i tak maksymalnie do siódmego dnia rozwoju. Dlaczego tak? Otóż tu pojawia się informacja, która z mojego punktu widzenia, stanowi absolutny przełom w cywilizacyjnym rozwoju człowieka, a głosi ona, że od siódmego dnia życia kogut odczuwa ból, a nasza ludzka wrażliwość nie moze dopuścic do tego by ów kurzy holocaust trwał nadal...

       Jak się dowiadujemy z dalszej części wspomnianej informacji, Bundestag obradował w tej sprawie w maju tego roku i  mimo że pani minister Klöckner zapewniała, że mamy do czynienia z „kamieniem milowym w w cywilizacyjnym rozwoju świata”, to podczas dyskusji Zieloni wraz z socjalistami mocno skrytykowali pewne elementy ustawy, zauważając że ustawa wciąż dopuszcza zabijanie kurzych płodów. Ostatecznie jednak uchwalono kompromis i ustawa, głosami lewicy przeszła.

     W tym momencie oczywiście od razu przychodzi do głowy pytanie, czy niemieccy naukowcy, badając poziom cierpień niewyklutego kurczęcia, znaleźli czas na to by zainteresować się analogiczną sytuacją w przypadku nienarodzonego chłopca i dziewczynki. To by jednak było przede wszystkim zbyt proste, ale może też zwyczajnie nieskuteczne. Jestem bowiem pewien, że każdy z nich w jednej chwili znalazłby na to pytanie taką odpowiedź, że byśmy się z wrażenia nie pozbierali. W tej więc sytuacji wydaje mi się rozwiązniem najlepszym przywołanie znanego nam już tutaj dobrze wiersza Cypriana Kamila Norwida, zatytułowanego bardzo adekwatnie „Fatum”:

 

 

 

I

Jak dziki źwierz przyszło Nieszczęście do człowieka

I zatopiło weń fatalne oczy...

- Czeka - -

Czy człowiek zboczy?

 

II

Lecz on odejrzał mu - jak gdy artysta

Mierzy swojego kształt modelu -

I spostrzegło, że on patrzy - co? skorzysta

Na swym nieprzyjacielu:

I zachwiało się całą postaci wagą

- - I nie ma go!

 

       Wydaje mi się, że dziś naszym problem nie jest już owa nigdy nie kończąca się dyskusja z tą nieprzeniknioną plazmą, choćby i przy pomocy najbardziej dźwięcznych argumentów; nie ma też większego sensu zastanawianie się, co takiego porobiło się z niektórymi ludźmi – bo nie chcę w żaden sposób powiedzieć, że ze światem –  że oni są tak bardzo, i tak bardzo też szczerze, zafascynowani tym poziomem obłąkania. Tym bardziej też nie wypada nam wręcz próbować owo obłąkanie wyszydzać, a jego ofiary wyśmiewać. W tym bowiem już naprawdę nie ma nic śmiesznego. To jest bowiem, jak słusznie zresztą stwierdziła niemiecka minister, „kamień milowy w cywilizacyjnym rozwoju świata”, a wszelkie kamienie milowe, jak wiemy, powinniśmy traktować z niewzruszoną powagą. Bo Diabeł jeden wie, jaki to tak naprawdę kamień i jaka mila.

       A zatem, czytajmy Norwida, i nie spuszczajmy z nich wzroku. Patrzmy im prosto w oczy, licząc na to, że oni w końcu to nasze spojrzenie zauważą i zadrżą.



czwartek, 17 czerwca 2021

O tym jak śluz Małgorzaty Terlikowskiej nie zdołał uchronić Polski pred dechrystianizacją

      Bóg mi świadkiem, że wśród osób i tematów, których staram się unikać jak ognia i uważam że każde inne zachowanie, człowieka zwyczajnie kompromituje, na jednym z pierwszych miejsc znajduje się od wielu już lat Tomasz Terlikowski i to co on od czasu do czasu ma nam do powiedzenia. Kiedyś tak nie było i on tu się pokazywał częściej chyba nawet niż Jerzy Urban czy Lech Wałęsa. Od momentu jednak gdy wraz ze swoją żoną zaczął ów robić medialną karierę, opowiadając na lewo, prawo i na okrągło o tym jak to oni –  prowadząc surowe katolickie życie – uprawiają bardzo zróżnicowany seks, kontrolują płodne i niepłodne dni pani Terlikowskiej, jak to Terlikowski potrafi pokonać swoją wydawałoby się nie do powstrzymania chuć, kiedy pani Terlikowska pokaże mu swój śluz i poinformuje że dziś nie, pomyślałem sobie, że dość już z nimi. Koniec. A gwoździem do tej trumny stała się parokrotnie powtórzona przez Terlikowskiego sugestia, że on już ma powoli dość pedofilii w Kościele, szerzącej się w dodatku pod patronatem tego antychrysta Papieża Franciszka i że gdyby nie Terlikowskiego szczera miłość do Jezusa, to on by już na ten cały zmurszały Kościół dawno machnął ręką.

       No i pewnie dalej bym zachowywał ową ślubowaną przez siebie czystość, gdyby nie to że przypadkiem wpadłem na fragment rozmowy, jaki tygodnik „Sieci” przeprowadził z abp. Jędraszewskim, w której ten odniósł się do słów Terlikowskiego właśnie, gdzie pobożny ten mąż zakomunikował Arcybiskupowi, że nadzieje na to iż młodzież zatęskni jeszcze za Kościołem są płonne, bo „aby zatęsknić, trzeba mieć za czym”. Owo zdanie tak mnie zafrapowało, że postanowiłem poszukać całości wspomnianych oświadczyn i w ten sposób dotarłam aż na facebookowy profil Terlikowskiego, a tam następujący tekst (pisownia oryginału zostaje, swoją droigą, nie bez przyczyny, zachowana):

„’Z powodu pandemii wiele więzów zostało naruszonych, m.in. także na skutek katechezy on-line. Myślę, że teraz ci młodzi zatęsknią za swoim katechetą, za swoim kościołem – i powrуcą. Powiem tak: Nie lękajcie się, jest jeszcze Pan Bуg nad nami’ - przekonuje arcybiskup Marek Jędraszewski w wywiadzie dla tygodnika „Niedzieli”. I choć bardzo bym chciał podzielać tę nadzieję, to tak nie jest. Pandemia bowiem nie tyle ‘naruszyła więzy, które dadzą się łatwo - na skutek tęsknoty - odbudować, ile ujawniła, że tych więzów zwyczajnie nie ma. Aby zatęsknić trzeba mieć za czym, trzeba mieć żywe doświadczenie Kościoła i Chrystusa, a jeśli jej nie ma, to nie ma za czym tęsknić. I właśnie dlatego zamiast liczyć na ‘tęsknotę’ trzeba - o czym zresztą arcybiskup mówi – ‘szukać nowych drуg dotarcia do młodych’. Tyle, że powodem nie jest presja na nich wywierana, ale fakt, że instytucjonalny Kościół dla wielu z nich nie jest już zachętą do bycia w nim. Jeśli ludzie pozostają w Kościele to często nie z powodu instytucji, ale wyłącznie dlatego, że rzeczywiście spotkali Jezusa Chrystusa. Instytucja zaś dla części z nich jest przeszkodą, a nie zaletą. I nad tym też warto pomyśleć”.

      Przeczytałem te słowa i powiem szczerze, że tego poziomu bezczelnego zakłamania w życiu chyba nie spotkałem, no i to ono właśnie sprawiło że zdecydowałem się na te kilka słów skierowanych bezpośrednio do Terlikowskiego. Otóż tak się składa ponad już trzydzieści lat temu, gdy chodzi o tak zwane szerzenie Wiary, Kościół – i to się okazało Jego najbardziej poważnym błędem – przekazał Swoje obowiązki tak zwanym katolikom świeckim. Okazało się to błędem z tego prostego powodu, że mimo Swojej wydawałoby się nieskonczonej mądrości, nie przewidział Kościół, że na czoło owej świętej krucjaty wysforuje się banda podobnych do Terlikowskiego cwaniaków, których nazwisk nie mam tu nawet ochoty wymieniać, ale myślę że każdy w miarę zorientowany Czytelnik wie kogo mam na myśli. Wspomniane 30 lat to naprawdę wystarczający okres, by większą część z nich zapamiętać. A gdy chodzi o mnie, to ja pamiętam jakże święte słowa Jarosława Kaczyńskiego na temat niegdysiejszego ZChN-u, że ów ZChN to prosta droga do dechrystianizacji Polski. Dziś już ci, co stamtąd trzęśli naszą pobożnością, gdzieś przepadli, ale cały ten interes w żadnym wypadku się nie zamknął. Tyle może różnicy, że dziś tak jak podzielona jest krajowa scena polityczna, tak samo podzieły się ośrodki starujące naszą religijnością. Z jednej strony bowiem mamy środowisko związane z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Więzią”, „Znakiem” i diabli wiedzą z czym jeszcze, a z drugiej, grupy skupione wokół „Frondy”, „Polonii Christiana” i tu też ci sami diabli wiedzą z czym jeszcze. Podobnie zresztą jest w samym Episkopacie: część czyta „Tygodnik Powszechny” oraz „Wyborczą”, część pozostaje przy Górnym, Terlikowskim, czy Pospieszalskim, a reszta, jak na przykład abp Jędraszewski, z nadzieją czeka aż „młodzież zatęskni”.

       A ja tu, mimo że bardzo ubolewam nad tym, że Kosciół hierarchiczny delegował Swoje obowiązki na tych wariatów, trzymam sztamę z Arcybiskupem i podobnie jak on jestem przekonany, że faktycznie „młodzież”, a tak naprawdę ludzie w ogóle – bo tu akurat o nich najbardziej chodzi –  zatęsknią. A jeszcze bardziej jestem pewien, że jeśli tak się stanie to właśnie dzięki Kościołowi, a nie Terlikowskiemu i jego pobożnym kumplom.  Dlaczego tak myślę? Dlatego mianowicie, że nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nawet najbardziej słabe na umyśle osoby muszą w końcu dojść do wniosku, że w tym wszystkim jedyną poważną ofertę na życie można znaleźć w, jak najbardziej instytucjonalnym, Kościele, a przy tej okazji, jak najbardziej w konkretnym kościele parafialnym. I że to właśnie ów instytucjonalny Kościół i reprezentująca Go parafia, a nie jakaś banda pajaców opowiadająca o śluzie, małżeńskich stosunkach analnych, oraz o satanizmie książek o Harrym Potterze, głosi Prawdę. I wreszcie, mam głęboką nadzieję, że sam Kościół zorientuje się jaką w destrukcji Kościoła rolę odgrywają tak zwane „organizacje świeckie”. Ja myślę, że On już i tak to widzi, choćby na przykładzie tego, jak owe organizacje, wraz ze zwerbowanymi przez nich ksieżmi i biskupami, się rozpanoszyły w takich Niemczech. A więc zorientuje się, tupnie swoją odpowiednio podkutą nogą i rozpędzi to bezczelne towarzystwo na cztery wiatry. I wtedy też sam abp Jędraszewski zobaczy tę swoją młodzież, jak ona potrafi tęsknić.




wtorek, 15 czerwca 2021

Czy Diabeł wie że należy spłukiwać toaletę?

 

      Wczoraj przyniósł nam Internet pewną naukę, moim zdaniem, nadzwyczaj interesującą, a ponieważ, jak mi wiadomo, znaczna część z nas trzyma się bardzo z dala od tego akurat źródła swojej codziennej wiedzy, pomyślałem że się nią tu podzielę, choćby po to by żadnego z nas nie ominęła szansa poznania czegoś, co wiedzieć jak najbardziej warto. A zaczęło się od tego, że media tak zwane oficjalne poinfomowały nas o tym że w oczyszczalni ścieków w Ząbkowicach Śląskich, podczas czyszczenia jednego ze zbiorników, pracownik trafił na zwłoki płodu, i to płodu na tyle już dużego, że postanowił o swoim odkryciu powiadomić policję. Ta z kolei widząc to co widzi, uznała sprawę za na tyle poważną, że zdecydowała się powiadomić o niej służby medyczne, oraz oczywiście prokuratora. Wstępnie stwierdzono tylko tyle, że w chwili śmierci wspomniany płód miał grubo ponad cztery miesiące, natomiast cała reszta, a więc to, kim jest matka i co lub kto sprawił że doszło do tego nieszczęścia pozostaje do dziś tajemnicą.

       I pewnie na tym moglibyśmy te nasze smutki zawiesić do czasu uzyskania bardziej szczegółowej w tym temacie wiedzy, gdyby nie fakt, że owo zdarzenie – i tu wkracza do akcji Twitter – wywołało histeryczną wręcz reakcję wszelkiego możliwego lewactwa, spod wszelkich możliwych symboli, w postaci tłumaczenia każdemu kto ma tylko ochotę słuchać, że w końcu nie stało się nic takiego, poza zwykłym poronieniem. W końcu kobiety na całym świecie niemal od zawsze tracą ciąże każdego dnia i nigdy dotychczas nie było tak, by z tej okazji były one prześladowane przez policję i prokuraturę. I że jeśli tak dalej pójdzie, to już wkrótce policja będzie przyszukiwała wszystkie oczyszczalnie ścieków w kraju i wzywała polskie kobiety, by przedstawiały zużyte podpaski jako dowody w tym czy innym śledztwie.

      To natomiast co mnie w tym wszystkim tak porusza, to wbrew pozorom nie owa demonstracja klasycznego zidiocenia, ale wręcz przeciwnie, swego rodzaju cwaniactwa. Otóż ja nie mam wątpliwości co do tego, że nawet najgłupsi z nich doskonale zdają sobie sprawę z tego, że tym razem stanęli nie wobec zwykłego poronienia, czy choćby najmniej cywilizowanej formy aborcji – bo przeciw tym zjawiskom zdążyli się już uodpornić – ale paradoksalnie właśnie dziecka spłukanego w toalecie. Jestem w stu procentach przekonany, że każdy z nich wie doskonale, że to co odnaleziono w tych ściekach, to nie była kupka zakrwawionych tkanek, ani tym bardziej plamka samej krwi, ale coś co do tego stopnia przypominało człowieka, że ów biedny pracownik oczyszczalni się zaniepokoił. I to akurat – mimo iż udają że jest inaczej – oni wiedzą doskonale, że on zobaczył maleńkie, skutecznie obmyte z krwi, martwe dziecko. I ta pewność moim zdaniem sprawia, że się zdenerwowali do tego stopnia, że postanowili tę prawdę zakrzyczeć, kłamiąc sobie samym prosto w oczy.

      Oni wszyscy, jestem tego pewien, wiedzą tak samo dobrze jak każdy z nas, że tak duże dziecko nie jest w stanie ot tak sobie wyskoczyć z matki, kiedy ona siedzi na toalecie i robi siusiu, i że ona albo była w takiej desperacji, że je sobie z siebie wydłubała przy pomocy jakiegoś narzędzia, albo ktoś – czy to ojciec dziecka, czy może jej rodzice – ją do tego skłonił siłą lub bardzo poważną perswazją, lub ewentualnie ów przedwczesny poród spowodował jakiś wynająty konował. A ponieważ zrobił to całkowicie nielegalnie, to owa zbrodnia została na tyle ukryta, że jedynym lepszym rozwiązaniem było to dziecko zjeść. I oni to wiedzą. A wiedząc to, mają jak najbardziej świadomość, że los owej nieszczęsnej matki pozostaje dramatycznie wręcz dla nas nieznany, nie wykluczając też i takiej możliwosci, że ona również, podobnie jak jej dziecko, została spuszczona do jakiegoś odpowiadającego jej rozmiarom zbiornika.

        A więc oni to wiedzą. A ja sobie myślę, że skoro to wiedzą, a mimo to wciąż coś plotą na temat zygoty, podpasek i wczesnych poronień, to znaczy że coś ich bardzo, ale to bardzo, dręczy. I domyślam się jak najbardziej, co to takiego. Otóż, jak już wspomniałem wcześniej, jest to strach przed tym, że trzeba im będzie zaakceptować fakt, że to o co oni z taką zawziętoscią walczą i co w wielu wypadkach stanowi sens ich życia, to o prawo do bezkarnego unicestwiania tego co bezbronne. Mało tego: chodzi o prawo do otwartego głoszenia owego przekonania, że zabójstwo może być... cool. I oni wszyscy nagle to ujrzeli tak strasznie wyraźnie w obrazie tego dziecka, w tej jego koszmarnej podróży wśród naszych szczyn, gówien i innych nieczystości, do wyboru do koloru.

       Przepraszam bardzo, ale, moim zdaniem, choćby najbardziej okrutna prezentacja poćwiartowanych dziecięcych zwłok, a tym bardziej demonstrowanie owych wymodelowanych w skali 1:1 figurek dwunastotygodniowych dzieci, czy ich stópek i paluszków na przypinkach, to ledwo słyszalny szept wobec dzisiejszych myśli o tym dziecku w oczyszczalni ścieków w Ząbkowicach Śląskich.

       Czy w związku z tym jest coś na co szczególnie liczę? Powiem szczerze, że nie bardzo. Moim zdaniem, mając dzisiaj już tylko ten jeden wybór pomiędzy przyznaniem, że to co znaleziono w owym zbiorniku to człowiek i że ktoś się do jego śmierci przyczynił, a powtarzaniem w kółko zaklęć na temat zygoty, oni wybiorą zygotę. Może z wyjątkiem choćby tego jednego nawróconego... a z mojego punktu widzenia, to już byłby sukces i nadzieja na lepsze.

     


poniedziałek, 14 czerwca 2021

O różnicy między workiem foliowym na głowie a maseczką na szyi

 

Dziś propnuję swego rodzaju uzupełnienie poprzedniej notki. Przed Państwem mój najnowszy felieton z "Warszawskiej Gazety".


      Długi weekend spędziłem tam gdzie, jak twierdzą niektórzy, ludzie nie płacą podatków, bo nie pracują, a na wódkę i ogórka mają z programu 500+, czyli w Przemyślu. By na ów zakazany kraniec Polski dojechać, a następnie ponownie wpaść w łapy cywilizacji, skorzystałem z usług PKP, które w ostatnich latach mocno przyspieszyły i o ile w najlepszym okresie rządów Platformy Obywatelskiej, by przebyć trasę Katowice – Przemyśl i z powrotem potrzebowały 14 godzin, to dziś wystarcza im owych godzin zaledwie osiem. Tak więc jechałem pociągiem najpierw w jedną stronę, potem w drugą i proszę sobie wyobrazić, że ku memu zdziwieniu, wszystkie osoby, jakie miałem okazję zaobserwować miały założone maseczki, i to założone naprawdę porządnie, czyli na usta i nos. Dlaczego mnie to zdziwiło? Otóż jeszcze parę tygodni temu, chodząc po ulicach mojego miasta, miałem wrażenie, że ponad połowa ludzi albo ma te maseczki pod nosem, albo na brodzie, albo na szyi, albo – jakieś 20% – nie ma ich w ogóle. A zatem sądziłem, że po zniesieniu większości obostrzeń, ludzie w ogóle na te szmatki machną ręką i tyle tego, zwłaszcza że tego naprawdę od dawna nikt nie kontrolował. Tymczasem, pociąg w jedną i drugą stronę był zamaseczkowany... z wyjątkiem czterech osób. Otóż gdy jechaliśmy do Przemyśla, w naszym przedziale byli pan i pani z maseczkami na szyi, które przy wejściu kontrolera próbowali niezgrabnie założyć na swoje nosy, ale ponieważ on nawet na nich nie mrugnął okiem, zrezygnowali. Podobnie w drodze powrotnej: na przeciwko mnie siedzial człowiek za maseczką na szyi, którą niekiedy wsadzał sobie w usta i ją żuł, a po przeciwnej stronie kolejny, który maseczkę trzymał na stoliku, obok butelki z wodą i w ogóle, podobnie zresztą jak kontroler, ją lekceważył.

       Obserwowałem tych ludzi i zastanawiałem się, jak oni się czują w pociągu pełnym ludzi z maseczkami na nosach, i z przodu, i z tyłu, i z boku, kiedy sami są tak strasznie inni. Czy oni obserwują nas z pogardą, z rozbawieniem, współczuciem, czy są z siebie strasznie dumni? A może podekscytowani swoją odwagą? Diabeł jeden wie. Może gdyby ktoś im zwrócił uwagę, to by coś powiedzieli, ale wszyscy traktowali ich z pełną obojętnością.

       I przypomniał mi się znajomy człowiek z kościoła. On, owszem, ma maseczkę, i to nie zwykłą maseczkę za 50 groszy, ale znacznie droższą. Siedzi zawsze sam, zawsze pierwszy idzie do komunii i jako pierwszy wychodzi z kościoła, a co istotne, zawsze bardzo walczy, by w promieniu pięciu metrów nie było nikogo, kto mógłby go zarazić.

        Bardzo to wygląda zabawnie, jak on tak staje na desce startowej i czeka na ostatni dzwonek, aby wybiec. Niemal tak samo zabawnie jak te maseczki zwisające z uszu jednego czy drugiego w pociągu pełnym ludzi.



piątek, 11 czerwca 2021

O niezwykłej pobożności koronawirusa

 

        Myślę że każdy kto chociaż trochę zna ten blog, wie bardzo dobrze, że ostatnią rzeczą jaka przychodzi mi do głowy w tym moim pisaniu, jest narzekanie na działania rządu i odpowiednich delegowanych przez rząd służb wobec tak zwanej „pandemii”. Od razu wyjaśnię, że sformułowania „tak zwanej” użyłem, a słowo „pandemia” umieściłem w cudzysłowie, nie bez przyczyny. Otóż, mimo że wobec tego co na nas spadło ponad rok już temu pozostaję z pochyloną głową i ani mi przez myśl nie przejdzie, by urządzać tu jakiekolwiek demonstracje, to od samego początku jestem niezmiennie gotowy na przyznanie, że to jest, tak jak to właśnie określiłem, pandemia „tak zwana”.

      Czemu tak? Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli przyjmiemy, że mamy do czynienia z autentycznym zagrożeniem – a ja i to jestem oczywiście, w swojej wręcz systemowej niewiedzy, gotów przyjąć – to każdy rząd siłą rzeczy porusza się w sensie wręcz dosłownym po omacku. Jeśli spojrzeć na świat, to sposobów walki z tym czymś było mniej więcej tyle samo co zaangażowanych w nią rządów: my zamykaliśmy parki i lasy, Szwedzi otwierali wszystko, Holendrzy lali ludzi po łbach pałami, Brytyjczycy w swoich sklepach zakładali specjalne taśmy odgradzające towary pierwszej potrzeby od potrzeby drugiej, a nawet dziś jeszcze, w Paryżu, gdzie właśnie odbywa się wielki tenisowy turniej, gdy swój mecz rozgrywali Djokovic i Berrettini, władze najpierw przesunęły początek godziny policyjnej z 21 na 23, a o 23, widząc że pojedynek się tak szybko nie zakończy, te 5 tys. widzów z trybun wygnali, by ci szybko wracali do domów i nie rozsiewali wirusa. A więc każdy robi to co mu w głowie zaświta, a my – pardon me french – gówno wiemy, więc jaki ja mam powód by się czepiać polskiego rządu?

        Stało się jednak tak, że przy okazji notowanego powszechnie spadku zakażeń, nasza władza postanowiła poluzować część obostrzeń i to tu to tam zapanowała niemal całkowita wolność, wolność do tego stopnia, że – wprawdzie dopiero po interwencji abp. Gądeckiego, no ale jednak – uznano za dopuszczalne by w kościołach podczas Mszy zajęta była aż połowa miejsc. I to właśnie jest pierwszym powodem dla którego postanowiłem po raz pierwszy w tym ponurym czasie rzucić kamieniem. Jak wiemy, o ile ksiądz nie postanowi przynudzić, Msza trwa zwykle jakieś 45 minut. Ludzie niemal w komplecie siedzą w maseczkach, nie dyszą sobie nawzajem w nosy, przekazując sobie znak pokoju, kiwają głowami, Komunię przyjmują na rękę, a po owej niespełna godzinie wracają do domu. Ja tymczasem, jak niedawno wspominałem, odbywałem podróż koleją z Katowic do Przemyśla i z powrotem i proszę sobie wyobrazić, że w podczas wyprawy w tamtą stronę w moim przedziale znajdowało się osiem osób, i to nie przez 45 minut, ale znacznie dłużej, z czego niezmiennie, dwie osoby, a w porywach trzy, siedziały z maseczkami na szyi, a w drodze powrotnej – to był wagon bez przedziałów – każde miejsce było zajęte i pies z kulawą nogą nie zadał sobie pytania, czemu to towarzystwo ma się przerzedzić dopiero wtedy, gdy udadzą się do kościoła.

       Ja oczywiście rozumiem, że bardzo trudno jest sobie wyobrazić, by w okresie wakacyjnym Polskie Koleje Państwe nagle wprowadziły na tory podwójną liczbę pociągów, tak by ludzie nie siedzieli sobie na kolanach, no i nie ma też konkretnego sposobu by się uzerać z tymi cwaniakami, którzy uznali że oni są zbyt dumni by nosić jakieś „szmaty na ryju”. A więc okay. Autokary, tramwaje, autobusy, pociągi mają wozić ludzi tak, by nikt nie poczuł się pozostawiony sam sobie, no ale skoro tak, to po ciężką cholerę udawać że wszystko jest na swoim miejscu i ustalać limit osób mogących się jednocześnie modlić w kościele?

      Tu niedaleko znajduje się klasyczny ogólnospożywczy targ, i tam regularnie przebywa tłum jakiego – z mojego punktu widzenia, niestety – żaden kościół w Polsce od czasów PRL-u nie widział. A zatem pytam, co stoi na przeszkodzie, by polski rząd pozwolił proboszczom udostępniać chętnym, na te 45 minut, całą przestrzeń świątyni?   

      Tego nie wiem i podejrzewam że tego nie wie nikt, aIe tu też pojawia się kwestia zupełnie nowa. Otóż, moim zdaniem na przeszkodzie nie stoi nic i, czy to minister Niedzielski, czy osobiście premier Morawiecki, doskonale to wiedzą. Trzeba by było bowiem być kompletnie oderwanym od rzeczywistości, by uczciwie w ten właśnie sposób zarządzać pandemią, a w to że oni nie mają kontroli nad tym co robią, zwyczajnie nie wierzę. Jedyne zatem co mi przychodzi do głowy, to to, iż pierwsza decyzja, by Kościołem się nie zajmować i zostawić ową jedną osobę na 15 m2, a decyzja kolejna, podjęta ewidentnie w rekacji na bardzo stanowczy głos abp. Gądeckiego, by jednak udostępnić wiernym aż 50% kościelnej przestrzeni, to efekt nie epidemicznych kalkulacji, lecz zwykłego strachu przed tym, jak na zwolnienie kosciołów z pandemicznych ograniczeń zareaguje lewa część sceny. Przypomnę: dziś w Paryżu obowiązuje godzina policyjna, a na tym tle my tu w Polsce musimy przyznać, że u nas tak naprawdę nigdy nie było porządnego lockdownu. Z wyjątkiem, niestety, Kościoła. Nawet knajpy w najgorszym okresie mogły dostarczać żarcie na telefon. Triduum Paschalne, i to nawet na Watykanie, w zeszłym roku zostało wyjęte z kalendarza. Po raz pierwszy w historii chrześcijaństwa. Przepraszam bardzo, ale jeśli mimo tego skandalu, dziś nagle Kościół musi walczyć z Polskimi Kolejami Państwowymi o to, by im jednak pozwolono się modlić, to z tym światem jest coś nie tak.

          Swoją drogą, czy myśmy tego akurat przpadkiem nie wiedzieli już od pewnego czasu?

 

 


 

 

czwartek, 10 czerwca 2021

O sprowadzaniu rzeczy do Goebbelsa

 

      Proponuję byśmy dziś może zaczęli od Wikipedii:

Reductio ad Hitlerum, czasami Argumentum ad Hitlerum, także: ad Nazium – pozamerytoryczny sposób argumentowania, w którym następuje próba unieważnienia czyjegoś stanowiska na podstawie tego, że ten sam pogląd miał Adolf Hitler lub NSDAP.

Zauważony przez Leo Straussa w 1953 roku reductio ad Hitlerum zapożyczył swoją nazwę od terminu używanego w logice, reductio ad absurdum. Według Straussa reductio ad Hitlerum jest formą ad hominemad misericordiam, czyli błędem nieistotności. Sugerowanym uzasadnieniem jest poczucie winy przez skojarzenie. Jest to taktyka stosowana w celu wyeliminowania argumentów interlokutora, ponieważ takie porównania mają tendencję do rozpraszania uwagi i powodowania złości adwersarza.

       Przyznamy chyba wszyscy, że zwłaszcza w ostatnich czasach, gdy opisane wyżej zjawisko, czyli dramatyczne nadużywanie owego przedziwnego sposobu walki z przeciwnikiem, rozpanoszyło nam się niemiłosiernie, fakt że, jak się okazuje, sposób ten jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku został nazwany i pokazany palcem, musimy przyjąć z satysfakcją. Ja dziś może jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś, co mnie przy tej okazji bardzo zainteresowało, tyle że w tej konkretnie sytuacji nie do końca jako owo Reductio at Hitlerum, ale coś co możemy opisać jako Reductio ad Goebbelsum, co zresztą, zgodzimy się chyba wszyscy, nie robi większej różnicy.

      Otóż, proszę sobie wyobrazić, znany nam niefortunnie uniwersytecki profesor Jan Hartman wypowiedział się na temat krakowskiego arcybiskupa Jędraszewskiego, a uczynił to w następujący sposób:

Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody, dla których nie mówi się o napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan.

Nie można mówić, że Jędraszewski jest ‘tylko faszystą’. To nie jest ‘tylko’ – to po pierwsze. Po drugie, jest kimś gorszym. Nie mówi językiem włoskich biskupów i papieży łaszących się do Mussoliniego, lecz językiem samego Hitlera. Jędraszewski przekroczył granicę między faszyzmem a nazizmem – nie wolno udawać, że się tego nie widzi”.

      Ktoś powie, że Hartman zwariował i to jest oczywiście bardzo możliwe, podobnie jak możliwe jest to, że on zwariował jeszcze w czasach, gdy liberalne media w Polsce nie wiedziały o jego istnieniu i potrzebowały trochę czasu, by mu założyć na łeb postronek. Nie o to jednak chodzi. To bowiem co mnie bardzo interesuje – a Hartman jest tu zaledwie dość ciekawym przykładem – to dlaczego akurat Hitler, Goebbels, czy ogólnie nazizm. Ten nasz świat trwa niezliczone już wieki, mniej więcej od czasu gdy wąż uwiódł Ewę, Kain zabił Abla, a potem wszystko już poszło z górki, i – przepraszam wszystkich bardzo – ale, jeśli przyjrzymy się losom wspomnianego świata, to cóż nam po Hitlerze? I proszę mi uwierzyć, że nie mam tu na myśli ani króla Heroda, cesarza Kaliguli, króla Henryka VIII, Stalina, czy reprezentującego już nowsze czasy Pol Pota. Przecież, jak to się niekiedy mawia, „tego kwiatu jest pół światu”. A zatem, pozwolę sobie powtórzyć: co nam może taki Hitler?

       Czemu zatem stało się tak, że to właśnie owi wybitni przedstawiciele narodu niemieckiego zasłużyli na to wyróżnienie, by ich stawiać jako wzór manipulacji? Ktoś powie, że to dlatego, że II Wojna Światowa miała miejsce stosunkowo niedawno, jej skutki objęły znaczną część tak zwanej „cywilizowanej” części globu, no a poza tym, gdy chodzi o zasługi owych Niemców, to co do ich oceny zgadzają się akurat wszyscy. Tu akurat, pomijając samych Niemców, istnieje pełna zgoda co do tego, że Hitler to, krótko mówiąc „bad guy”, i to, idąc dalej wspomnianym tropem, „bad guy” do tego stopnia, że trudno znaleźć coś lepszego, gdy celem jest poniżenie, a przynajmniej doprowadzenie do wściekłości przeciwnika. I znów, te wszystkie wyjaśnienia brzmią dobrze, zwłaszcza gdy, jak wiemy, dla wielu nie było w historii świata większego zła, jak Holokaust, a odpowiedzialnoscią za niego mozna obarczyć Polaków, ewentualnie Kościół Katolicki. To wciąż nie jest wystarczający powód, by – tak jak to ma miejsce w przypadku wybryku Hatrmana – akurat Goebbelsa, stawiać jako jedyny wzór wcielonego zła.

      Otóż, moim zdaniem, to wszystko bierze się stąd, że taki Hartman, profesor uniwersytetu, w gruncie rzeczy przedstawia intelektualny poziom zwykle zarezerwowany dla tak zwanego „prostego chłopa”, który jedyne co wie, to to, że dobry był Gierek, a zły Hitler, ewentualnie Kaczyński, i wszystko co dalej, czy głębiej pozostaje dla niego niedostępne. I znów ktoś powie, że może Hartman jest na tyle sprytny, że on zdaje sobie sprawę z tego, że ludek do którego on się zwraca nie będzie wiedział kim był Kaligula, Neron, czy Pol Pot, a z kolei Stalin jest mu duchowo zbyt bliski, by szargać jego pamięć. No ale tu też mamy kłopot, bo ci co są jako tako otwarci na słowa Hartmana, nie dość że nie mają pojęcia, czym jest faszyzm, a czym nazizm, to im nazwisko Goebbels mówi mniej więcej tyle samo co nazwisko jego sekretarki, Pomsel. Hitler – owszem, ale Goebbels – mowy nie ma. To już, przepraszam bardzo, ale o wiele lepiej byłoby gdyby on, próbując obrazić abp. Jędraszewskiego, wspomniał Hitlera. Że to by mogło Hartmana wpędzić w prawne kłopoty? No więc dobrze, w takim razie trzeba było po prostu napisać: „Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody...” itd.

     Jestem pewien, że tu by wszystko zagrało, zarówno pod wzgledem zarówno procesowego bezpieczeństwa, jak i skuteczności propagandy. Wprawdzie i tu, ci co śledzą publiczną aktywność prof. Hartmana, nie bardzo byliby w stanie przyjąć zdania przekraczającego klasyczne 15 słów, ale Kaczyńskiego z księdzem by połączyli, a Hitler też by się im we łbach z automatu pojawił.  No ale wygląda na to, że Hartman to jednak nie tylko wariat, ale zwykły bałwan.




 

 

 

 

wtorek, 8 czerwca 2021

Kto się boi słoika z nutellą?

 

Od pewnego czasu jestem wplątany w uczenie czegoś co od lat śni mi się po nocach jako tak zwany „business English”. Szczerze powiedziawszy co do tego, że to coś to nic innego jak wyjątkowo głupi mit, mam przekonanie niemal od samego początku swojej zawodowej kariery, i z prawdziwą satysfakcją wspominam ten dzień kiedy po raz pierwszy któregoś z chętnych do nauki wspomnianego „business English”zapytałem, czy on wie, jak powiedzieć po angielsku „Przykro mi, ale nie jestem zainteresowany państwa ofertą”, a on mi odpowiedział: „I sorry but I not interesting by your offert”. W czym rzecz? Otóż problem polega na tym, że podczas gdy większość z osób, które na propozycję nauki po prostu języka angielskiego, reagują zapewnieniem, że angielski to oni znają, ale tego czego im brakuje to słownictwa biznesowego, oni tak naprawdę owo słownictwo znają nie najgorzej, natomiast nie mają pojęcia co z nim zrobić, żeby było dobrze.

A więc tę prawdę znam od bardzo dawna, natomiast przy okazji lekcji na których prowadzenie dałem się namówić i nie bardzo mam możliwość traktować je przy pomocy swoich pomysłów, miałem okazję zapoznać się z najbardziej chyba kultowym podręcznikiem wykładajacym ów „business English”, zatytułowanym Market Leader i ręce mi opadły. Przepraszam bowiem bardzo, ale kto w bliższej czy dalszej okolicy, uczący się języka angielskiego potrzebuje do czegokolwiek czegoś takiego:

„Discuss an example you know of a company which communicates well with its customers or a company which communicates badly. What advice would you give to the bad communicator?”

A więc, jak się domyślamy, sytuacja nie jest prosta, ale do czego służy wieloletnie doświadczenie, jeśli nie do tego by sobie radzić w trudnych sytuacjach? Przed nami prawdziwy „business English”, w dodatku jakże inspirujący do poszukiwania tego co naprawdę ważne. Oto pierwszy rozdział z mojej ksiązki o ludziach dobrego i złego sukcesu. Gdyby ktoś miał ochotę, zachęcam. Mam jeszcze parę ostatnich egzemplarzy. Można do mnie pisać na adres k.osiejuk@gmail.com

 

 

      Kiedy 14 lutego 2015 roku w Monte Carlo, w wieku 89 lat, po wielomiesięcznej chorobie zmarł Michele Ferrero, zdecydowana większość miłośników czy to Nutelli, czy czekoladek Ferrero Rocher, czy może tak zwanego „jajka z niespodzianką”, czy choćby wreszcie skromnych Tic-Taców na całym świecie nawet, tego zdarzenia nie zarejestrowała. Większość z nich, tak jak dotychczas, kupowała te słodkości i delektowała się ich smakiem, nie mając nawet pojęcia, że oto zmarł człowiek, który to wszystko dla nich stworzył i im to dał. Taki jednak jest ten świat – a już zwłaszcza świat, w którym przyszło nam żyć dziś –  skonstruowany, że wszystko, co można znaleźć w sklepie i na co możemy pozwolić sobie, by to w każdej chwili mieć, traktujemy, jak coś, co się nam zwyczajnie należy, coś, na co sobie zapracowaliśmy, i co jest czymś niemal tak oczywistym, jak jajecznica na śniadanie, czy bułka z serem do pracy. A więc odejście Michele Ferrero nie spowodowało ani tego, by świat się zatrzymał, ani tego nawet by choćby westchnął. Może tylko część z nas, która mniej więcej się interesuje i orientuje w tym, kto dziś rządzi światem, pokiwała w zamyśleniu głową, bo zmarł najbogatszy na Ziemi producent słodyczy i w ogóle jedna z najbogatszych na świecie osób, z rodzinnym majątkiem wartym ponad 25 miliardów dolarów. A to już jest wiadomość.

      A wszystko zaczęło się tuż po zakończeniu II Wojny Światowej, kiedy to we wszystkich krajach, gdzie toczyły się walki, miały miejsce potężne braki w zaopatrzeniu w jedzenie, w tym oczywiście w postaci takich luksusowych produktów, jak czekolada. Jednak tu historia firmy Ferrero SpA, nie zaczyna się od Michele, lecz od jego ojca Pietro, który znakomicie oceniając sytuację, postanowił odtworzyć coś, co już raz w historii miało miejsce, a mianowicie tuż po wojnach napoleońskich, kiedy to powszechna bieda zainspirowała lokalnych producentów do opracowania mieszanki orzechów laskowych i czekolady. Tym razem jednak Pietro Ferrero zdecydował się nie na cukierki, jak to miało miejsce w poprzednim jeszcze wieku, lecz na słodką pastę o nazwie Pasta Gianduja, którą można by było smarować chleb w taki sposób, by sześcioosobowej rodzinie słoik owej pasty starczył na miesiąc.

      Syn Michele Ferrero, a wnuk Pietro, Giovanni, w wywiadzie dla BBC, jeszcze w zeszłym roku opowiadał: „To dziadek wymyślił tę formułę. Był człowiekiem, który na jej punkcie miał kompletną obsesję. Opowiadała mi babcia, jak którejś nocy dziadek obudził ją w środku nocy, podsunął jej do ust łyżeczkę z Nutellą, kazał jej spróbować i zapytał: ‘I jak? Co powiesz na to?’”.

      Pasta, wówczas jeszcze produkowana i sprzedawana pod nazwą Supercrema Gianduja, zdobywa w jednej niemal chwili stosunkowo dużą popularność, i to do tego stopnia, że już w roku 1946 Pietro i jego brat Giovanni sprzedają ją w ilości 300 kg miesięcznie, by w ciągu dwóch następnych lat spopularyzować produkt w całych Włoszech i osiągnąć sprzedaż wielkości 50 ton kremu miesięcznie. I wtedy to właśnie, w roku 1949 Pietro nagle umiera i firmę przejmuje brat Giovanni, po śmierci którego z kolei, w roku 1957 wszystko już trafia do rąk Michele. Do dziś wciąż cytuje się fragment listu, jaki przejmując wówczas obowiązki szefa, Michele skierował do pracowników firmy: „Deklaruję się poświęcać całą swoją energię i wysiłek dla dobra firmy i przyrzekam wam, że nie zaznam pełnej satysfakcji z kierowania firmą, jeśli nie będę miał pewności, że wy i wasze dzieci możecie liczyć na bezpieczną i spokojną przyszłość”. 

       Sposób, w jaki Michele zarządza firmą jest na tyle dynamiczny, że tak naprawdę to ani jego ojciec, ani stryj, są dziś uważani za twórców zarówno firmy, jak i produktu, ale właśnie on od samego początku ekspanduje poza teren Włoch, starając się, by owa niezwykła pasta dotarła do jak najszerszego odbiorcy. Jednak jego rzeczywisty geniusz poznajemy, kiedy w roku 1964 wpada na pomysł, by przede wszystkim zmienić nieco formułę owej pasty i strzec jej już do końca, jak oka w głowie, tak samo ściśle, jak znany z przepięknej hoistorii Roalda Dahla, Willy Wonka chronił swoje produkty. Przede wszystkim jednak oryginalną włoską nazwę Supercrema Gianduia, zastępuje bardziej uniwersalną, łatwiejszą do wymówienia nazwą, Nutella i w ten sposób tworzy najsłynniejszy tego typu produkt na świecie.

       Michele Ferrero bardzo agresywnie zdobywa kolejny rynek za rynkiem, a następnie, nie dając konkurencji zasnąć, w roku 1969 opracowuje produkcję i wprowadza na rynek drażetki Tic-Tac, by zaledwie 5 lat później uderzyć przy pomocy kolejnego „słodkiego cudu”, tak zwanej Kinder Niespodzianki, czyli czekoladowego jaja z zabawką do składania w środku, a więc tak popularnego wśród polskich dzieci „jajka z niespodzianką”. W roku 1982 powstają słynne i wręcz uwielbiane przez wielu, zawijane w złote papierki, kulki o nazwie Ferrero Rocher. Ale to przecież nie wszystko. To zasługą Ferrero jest wprowadzenie na rynek jeszcze w latach świeżo po wojnie czekoladek z wisienką w środku, pod nazwą Mon Chéri, czy tak zwanej Pocket Coffee, czyli malutkiej czekoladowej kostki z odrobiną prawdziwego espresso w środku. I to jest już czas, kiedy na świecie nie ma praktycznie miejsca, gdzie Ferrero Group nie jest obecna.

      Michele Ferrero, choć kierował firmą przez niemal 50 lat, w roku 2008 stał się najbogatszym człowiekiem we Włoszech, zostawiając za sobą samego Silvio Berlusconiego, a w maju 2014 tak zwany Bloomberg Billionaires Index umieścił go na 20 miejscu najbogatszych ludzi na świecie, do końca życia pozostał człowiekiem bardzo skromnym. Rzadko pokazywał się w mediach, nigdy nie udzielił jednego wywiadu dla prasy, nie pojawiał się na popularnych galach, mówiono o nim, że jest typowym człowiekiem rodzinnym, no a poza tym, co jest podkreślane wszędzie i z wyjątkowym naciskiem, był osobą niezwykle religijną. Przynajmniej raz do roku pielgrzymował do Lourdes, zażyczył sobie, by w każdej fabryce Ferrero na świecie widniała figurka Matki Boskiej i, co jest faktem przez wielu z nas nieuświadomionym, a z cała pewnością wyjątkowo istotnym, jak się twierdzi, inspirację dla swoich czekoladek Ferrero Rocher zaczerpnął z Rocher de Massabielle, czyli skalnej groty w Lourdes, przed którą Maryja ukazała się cudownie w roku 1858.

      Nutella jest dziś produkowana w 11 fabrykach na całym świecie i sprzedawana w 160 krajach. Grupa zatrudnia 30 tysięcy osób w 14 miejscach na świecie. Rocznie sprzedaż Ferrero wynosi niemal 10 mld dol., na co składa się m.in. 365 tys. ton Nutelli. Wprawdzie już od roku 1997 Michele Ferrero oficjalnie nie prowadził swojej firmy, przekazując wówczas zarząd nad nią swoim dwóm synom Giovanniemu i Pietro, a z kolei od roku 2011, kiedy podczas pobytu z misją humanitarną w Południowej Afryce, Pietro zmarł nagle na atak serca, najważniejszą osobą w firmie stał się Giovanni, to Michele właśnie zdecydował o ostatecznym i, jak wszystko na to wskazuje, niezmiennym wizerunku firmy. W swoim rodzinnym 30 tysięcznym mieście Alba, gdzie znajduje się siedziba firmy, tak zorganizował pracę, by pracownicy dojeżdżający do pracy z okolicznych wiosek byli odwożeni do domu i przywożeni do pracy firmowymi autobusami. Wszyscy zatrudnieni w firmie mają zapewnioną bezpłatną opiekę medyczną i wszelkie inne usługi socjalne. Firma opiekuje się dziećmi pracowników, zapewnia im sportowe i kulturalne atrakcje, każdemu natomiast pracownikowi z co najmniej 25-letnim stażem zapewnia ubezpieczenie na życie.  W całej historii firmy jej pracownicy nie przeprowadzili ani jednego strajku. Alba rejestruje najwyższą średnią płacę w całym kraju.

        To co wydaje się jednak wyróżniać Michele Ferrero na tle większości z wielkich przedsiębiorców i ludzi biznesu, to fakt, że jeśli przyjrzeć się temu, w jaki sposób on prowadził swoją działalność i jakim był przy tym człowiekiem, należy stwierdzić, że nawet jeśli nie powiemy, że był on socjalistą, to z całą pewnością miał więcej wspólnego z socjalistami, niż z tak zwanymi liberałami. To prawda, że był prawdziwym pracoholikiem, często nie wychodząc z pracy przez cała noc, czy zjawiając się w pracy w niedzielę, by wraz ze swoimi najbliższymi pracownikami testować nowe formuły i produkty; prawdą jest też to, że, jak już wspomnieliśmy, nigdy nie udzielił jednego wywiadu dla prasy i że fakt iż z powodu choroby oczu zwykle nosił ciemne okulary, sprawiał, że robił wrażenie jeszcze bardziej obcego i samotnego. Jednak do końca życia demonstrował wielkie przywiązanie do tego, by to człowiek stał zawsze w centrum jego biznesowej działalności. Sam nie posiadał wyższego wykształcenia, do uniwersytetów i do tak zwanych intelektualistów odnosił się z najwyższą podejrzliwością, mówił z ciężkim regionalnym dialektem i do końca życia demonstrował typową dla ludzi prostodusznych wiarę, że rodzinny biznes, szczególnie jeśli stanowi tak wielki sukces, zawsze ma pozostawać w rękach rodziny. To w tym przekonaniu nigdy nawet nie brał pod uwagę, by między jego przedsięwzięciem, a innymi, mogło dojść do jakichkolwiek przejęć i to stanowiło jeden z jego podstawowych priorytetów, obowiązujących zresztą oczywiście w obie strony. Kiedy w 2009 roku pojawiły się plotki, że Pietro Ferrero planuje podjąć kroki na rzecz przejęcia brytyjskiego Cadbury PLC – ostatecznie zresztą i tak przejętego przez amerykańskie Kraft Foods, a dziś też pożarte przez Mondelēz International – Michele postawił weto i oświadczył, że Ferrero Group pozostaje samodzielna, poza całym tym przekalkulowanym rynkiem, do końca. Sam Giovanni zresztą, już po śmierci brata, w reakcji na medialne spekulacje, że Ferrero będzie przejmowane przez Nestle, również zapewnił, że Ferrero nigdy nie było, nie jest i nigdy nie będzie na sprzedaż. Wygląda więc na to, że i dziś, kiedy Michele Ferrero już niestety nie żyje, a ów fantastyczny interes prowadzi po nim Giovanni, sam najpewniej człowiek bardzo mocnego charakteru i zasad, można się z dużym prawdopodobieństwem spodziewać, że firma nadal, tak jak dotychczas od samego początku, osobom postronnym nie będzie pozwalała wchodzić do wnętrza pomieszczeń produkcyjnych, produkcja słodyczy nadal będzie się odbywać wyłącznie przy użyciu firmowych maszyn zaprojektowanych i zbudowanych przez związanych z organizacją inżynierów, w dalszym ciągu właściciele Ferrero SpA nie będą organizować jakichkolwiek konferencji prasowych, no i oczywiście sama firma ani nie zostanie sprzedana, ani nie będzie miała ambicji rozmywać swojej produkcji w produkcji obcej. No i wygląda też na to, że przyjaźń i szacunek, jakim Włosi darzą rodzinę Ferrero pozostanie nienaruszony.

      To jest zresztą zjawisko, które samo w sobie stanowi osobny temat. W kraju, który podobnie jak wiele innych krajów w Europie przeżywa ciężkie problemy związane z kryzysem gospodarczym, gdzie ludzie bogaci, ze swoim wystawnym stylem życia i irytującą tak często ekstrawagancją, zanurzoną w niekończących się skandalach korupcyjnych, są traktowani z ciężką nieufnością ze strony społeczeństwa, ów niezwykły żal, jaki włoskie społeczeństwo odczuło i szczerze bardzo zademonstrowało na wieść o śmierci Michele Ferrero, może się wydawać nie na miejscu. W tym jednak wypadku, jak wiele na to wskazuje, mamy do czynienia z kimś niezwykle wyjątkowym. Czy to dlatego, że będąc jednym z najbogatszych ludzi na świecie, Ferrero nie widział żadnego problemu, by pewnego dnia oświadczyć otwarcie i publicznie: „owszem, jestem socjalistą”, czy też może dlatego, że w wywiadzie opublikowanym już po jego śmierci przez włoski dziennika „La Stampa”, zapytany o najbardziej wzruszający moment w życiu, opowiedział o tym, co czuł, zanim po raz pierwszy wprowadził na rynek niemiecki swoje czekoladki Mon Chéri: „Kiedy tam przyjechaliśmy, było już po wojnie, kraj był wciąż w ruinach i czuło się, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Niemcy na Włochów patrzyli z jednoznaczną wrogością. A ja pomyślałem sobie, że może dałoby się jakość osłodzić im ten czas… za cenę, która byłaby dostępna dla każdego”.

      A może za tym szacunkiem stoi jeszcze coś innego? Może to jednak ta nazwa – Ferrero Rocher. Ona zdecydowanie ma w sobie tę magię. I jeśli to ona Włochów uwiodła, to należałoby się tylko cieszyć.




poniedziałek, 7 czerwca 2021

Czy Leszek Balcerowicz uderzył się w głowę?

 

Wprawdzie zapowiadałem powrót po długim weekendzie dopiero we wtorek, no ale nic nie stoi na przeszkodzie bym już dziś przedstawił swój ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że jak na początek tygodnia odpowiednio rozwesalający.

 

        Nie wiem, czy czytelnicy „Warszawskiej” czasem zadają sobie pytanie, co słychać u Leszka Balcerowicza, podejrzewam jednak że nawet jeśli, to nadzwyczaj rzadko i to też tylko w sytuacji gdy któryś z nich zajrzy nieopatrznie do stacji TVN24, a ów człowiek będzie się produkował obok Ryszarda Kalisza, czy ewentualnie Marka Migalskiego. No i nie ma się czemu dziwić, bo choć Balcerowicz, obok Janusza Lewandowskiego, już pewnie do końca świata zostaną zapamiętani we współczesnej polskiej historii, jako główni sprawcy niewyobrażalnej wręcz ekonomicznej agresji, jakiej nasz kraj i znaczna część jego mieszkańców została poddana pod koniec minionego stulecia, to czasy są takie, że nawet Lech Wałęsa dla młodszych pokoleń stał się osobą kompletnie obcą. Ponieważ jednak ja, trochę z nieprzymuszonej pasji, ale też w ramach pewnych obowiązków, staram się zaglądać nawet na tak zwane peryferia, pragnę wszystkich ciekawych poinformować, że ów Balcerowicz żyje i kopie, tyle że praktycznie wyłącznie na Twitterze. Ma on tam swój profil i dzień w dzień, od rana do wieczora, prowadzi swoją krucjatę przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, co by może nie było samo w sobie szczególnie ciekawe, gdyby nie fakt, że owa krucjata to niemal wyłącznie krótkie bardzo, niekiedy wręcz jednowyrazowe, komentarze adresowane do innych, podobnych do niego antypisowskich wariatów, a których, co jeszcze ciekawsze, treść świadczy o tym, że Balcerowicz najpewniej znajduje się dziś w ciężkim kryzysie ściśle psychicznym.

        Zaledwie parę dni temu na jego twitterowym profilu ukazał się następujacy tekst: „Kto US make The dictators terrified”, a tuż po nim „Schab -zapamiętać i rozliczyć!” i ktoś by w tym momencie pomyślał, że mi o tego typu wybryki chodzi, jednak nie. Ja akurat mam w głowie co innego. Otóż gdzieś tak między jednym a drugim, w odpowiedzi na rzuconą przez kogoś uwagę, że widząc to co się dziś dzieje w TVP, zapewne sam Joseph Goebbels poczułby się zawstydzony, Leszek Balcerowicz zamieścił następujący komentarz:

Goebbels był potworem, ale nie fuszerem

        Czytam te słowa po raz kolejny już, przypomina mi się niedawna wypowiedź pisarza Stasiuka na temat Polski, w której ze wstydem stwierdził, że nasza polska, słynna na cały świat, nieudaczność sprawiła że nawet Auschwitz musieli za nas wybudować Niemcy, i zaczynam podejrzewać, że owa nienawiść do PiS-u, połączona ze straszliwą wręcz histerią, zmusza tych ludzi do tego, by oni szukali, póki co zaledwie psychicznego, wsparcia w marzeniach o jakiejś Godzilli – choćby w osobie współczesnego Goebbelsa, czy Himmlera – która by wreszcie w owej opozycyjnej nędzy potrafiłaby zaprowadzić porządek.

        Ktoś zapyta, po co ja w ogóle wspominam tego nieszcześnika. Czy chodzi mi o to, by mu dokuczyć i poczuć satysfakcję? Otóż nie. Ja chciałem tylko pokazać, gdzie dziś się znajdują tamtejsi bohaterowie. Donald Tusk, też głównie na Twitterze, jest tego upadku zaledwie bardziej popularnym symbolem.



środa, 2 czerwca 2021

Czy Diabeł jest liberałem?

 

Wczoraj na Twitterze w pewnym momencie wystąpił człowiek przedstawiający się hasłem „Najpierw Polska” i wyraził opinię, że prezydent Duda to komunista, a współczesna Polska to kraj komunistyczny. Mimo że obiecywałem sobie wielokrotnie, że nie będę wchodził w dyskusje z wariatami, zagrały we mnie jak zwykle nauczycielskie kompleksy i napisałem owemu dziwnemu człowiekowi, że nazywanie Dudy komunistą, a Polski komuną, dewaluuje zarówno pojęcie, jak i tym bardziej samo zjawisko, podobnie zresztą jak to ma miejsce w przypadku lewackiego feminizmu, gdy ten zwykłą natarczywość nieopanowanego partnera określa mianem gwałtu. Oczywiście, nie dość że owa nauka nic nie dała, to jeszcze sprowokowała pojawienie się całego szeregu podobnej owemu patriocie dzieciarni, która, podobnie jak on, słowo „komunizm” postanowiła odmieniać przez wszystkie przypadki. Pomyślałem więc, że swój cykl o polskiej biedzie lat minionych zakończę pewną tez znów dość starą refleksją na temat liberalizmu. Proszę posłuchać:

 

 

 

        W swojej książce zatytułowanej „Twój pierwszy elementarz”, pod hasłem „liberalizm” zamieściłem następujące słowa:

System, który każe człowiekowi wierzyć, że jego powodzenie jest zasługą systemu właśnie, natomiast jego porażka, jego osobistą winą. Z tego właśnie powodu, jedni liberałowie, kiedy słyszą głos ‘poniżonych i bitych’, zatykają sobie uszy, a inni nachylają się nad tymi co proszą o zmiłowanie z zaciekawieniem i pytają: ‘A dlaczego wy uważacie, że wasze problemy są moimi problemami?’ Oczywiście, liberałowie twierdzą, że to nieprawda, że oni chcą tylko ludziom dać wędkę, i takie tam. Tyle że ja akurat nie widziałem jednego z nich, który by szedł z wędką. Może dlatego, że sami łowią na prąd”.

      Przypomniała mi się ta refleksja dziś, kiedy pod ostatnim tekstem moim tekstem pojawił się komentarz czytelnika, w którym sugeruje on, że nawet jeśli się zgodzimy, że Janusz Korwin Mikke pracuje na zlecenie Systemu, to i tak należy go szanować za to, że jako jeden z nielicznych w Polsce głosi prawdziwe liberalne wartości. Oczywiście najprościej by było na to odpowiedzieć, że skoro System jest gotów Korwina utrzymywać tylko po to, by on owe wartości bezkarnie głosił, to znaczy, że nie z Systemem jest coś nie tak, ale ze wspomnianymi wartościami. Jednak tam gdzie należałoby tak naprawdę zwyczajnie splunąć, okazuje się, że wypada tłumaczyć, a zatem tłumaczmy.

       Jak już próbowałem zdefiniować go w wyżej zacytowanym fragmencie z książki, liberalizm to system, który ludziom każe korzystać z rzekomo dostarczanych przez siebie wędek, podczas gdy sam łowi na prąd. O czym to może świadczyć? Otóż, moim zdaniem, o tym zaledwie, że liberałowie to są zwykli gangsterzy, którzy dając nam ten lewy sprzęt, wiedzą, że w wodzie, w której będziemy łowić wszystkie ryby są już wyłapane, albo że dostęp do niej i tak jest skutecznie ograniczony przez te kable i druty, które oni sami już dawno tam rozłożyli, a jeśli którykolwiek z nas się tam zechce zbliżyć, to już tylko na własne ryzyko.

       Ktoś mi powie, że ja jestem nieuczciwy, bo najpierw formułuję atrakcyjnie brzmiącą, choć kompletnie nieprawdziwą tezę o tych wędkach, a potem na jej podstawie formułuję oskarżenia. W tej sytuacji, spróbuję dowieść, że liberałowie to są autentyczni gangsterzy z tego prostego powodu, że każde inne objaśnienia tego dziwactwa, w tym jako prostego obłędu, jest zbyt absurdalne, by je w ogóle rozważać. Oto mamy ludzi, którzy twierdzą, że państwo z samej swojej istoty jest tworem do tego stopnia korupcjogennym, że aby zapewnić społeczeństwom dobry rozwój i jak najlepsze powodzenie, funkcje państwa należy ograniczyć do minimum, a więc w praktyce do egzekutora równego dla wszystkich niskiego podatku, który zostanie przeznaczony na utrzymanie państwowej armii i wymiaru sprawiedliwości, w drastycznych teoriach nawet bez państwowej policji, której funkcje skutecznie przejmą prywatne agencje ochroniarskie. Nie bardzo wiem, jak zdaniem prawdziwych i szczerych liberałów ma wyglądać organizacja władzy państwowej, ale wydaje mi się, że z wszystkich ministerstw, oni by byli skłonni pozostawić tylko ministerstwo wojny, sprawiedliwości i finansów. Oczywiście, mogę się mylić, ale to akurat jest bez znaczenia. Rzecz w tym, że państwo to ich zdaniem czyste zło.

      Kiedy byłem młodszy, był taki czas, że bardzo interesowałem się masonerią, dużo na jej temat czytałem, jeszcze więcej rozmawiałem i myślałem, i z tego czasu zapamiętałem tak naprawdę jedno: masoneria jest zła, ponieważ stanowi byt nie należący ani do państwa, ani do Kościoła, a tym samym znajduje się poza tym, co dostaliśmy od Boga. Oni są źli, ponieważ przyjęli pozycję, gdzie słowa Jezusa skierowane do Piłata, że „nie miałbyś tej władzy, gdyby ona nie była ci dana przez mojego Ojca” ich już nie dotyczą. Oni stanowią zło, bo się ukryli w cieniu Szatana, a nie w świetle Kościoła lub Państwa. A więc to jest nauka, którą zapamiętałem jeszcze z tamtych lat: wszystko co jest niezależne od Państwa lub Kościoła pochodzi od Złego.

      Wtedy jednak miałem na myśli tę nieszczęsną masonerię. Dziś ten rozdział, z przyczyn czysto intelektualnych, uważam dla siebie za zamknięty, natomiast wciąż mam w głowie ów liberalizm, z jego nienawiścią w stosunku do Państwa i bardzo pryncypialną neutralnością w stosunku do Kościoła. Co to jest za twór, chciałbym bardzo wiedzieć. No i już widzę, jak w tym momencie przychodzi kolejny obrońca idei liberalnych i mi powie, że ależ on się całkowicie zgadza z tym, co ja piszę, tyle, że z jego punktu widzenia, on się ma modlić i być dobrym obywatelem, a bycie dobrym obywatelem sprowadza się do przestrzegania prawa, płacenia podatków i obrony kraju w wypadku wojny, a do tego mu nie jest potrzebna jakakolwiek biurokracja. No więc w tej sytuacji, ja otworzę kolejny akapit, już bez Boga, bez masonerii i bez jakichkolwiek ukrytych idei. Akapit dotyczący ziemi, która mamy pod stopami.

       Rozpocząłem ten tekst od cytatu ze swojej książki i sugestii, że poza Państwem i Kościołem mamy tylko gangi. Oczywiście nie twierdzę, że zarówno w Państwie jak i w Kościele owe gangi nie istnieją, a jeśli istnieją, to że sobie wcale świetnie nie radzą. Sprawa jest już dawno rozpoznana i wszyscy wiemy, jaka jest sytuacja. Natomiast nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zarówno na poziomie Państwa jak i Kościoła gangi stanowią patologię, natomiast w przestrzeni między jednym a drugim czystą, nieskażoną esencję. Tam gdzie nie ma ani Państwa ani Kościoła są już tylko gangi i to gangi wyjęte spod jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli. Tam gdzie nie ma Kościoła i gdzie nie ma Państwa, jest tylko zorganizowana przestępczość, chroniona przez zdegenerowane elementy jednego i drugiego. I nie ma absolutnie żadnej możliwości, by jakikolwiek pojedynczy człowiek był w stanie się owym gangom przeciwstawić. Nie pomoże mu ani Kościół, który ma inne cele, niż walkę z gangami, ani Państwo, którego albo nie ma, albo jest skorumpowane. I niech mi nikt nie mówi o tym, że uniwersalne zasady wolnego rynku wszystko unormują. Niech mi nikt nie mówi, że społeczeństwo oddane na łaskę wolnego rynku i natchnione swoją przyrodzoną mądrością, będzie w stanie się samo bronić przed patologiami, bo społeczeństwo to są ludzie jak my, którzy tak naprawdę marzą tylko o tym, by mieć co do garnka włożyć i nie umrzeć zbyt wcześnie. Społeczeństwo to nie jest banda sprytnych brydżystów, którzy mają wszystko od początku do końca wyliczone, i nikt im nie jest w stanie zakłócić planu, który sobie sami przygotowali. A więc podobnie, jak nie ma takiej siły, która by pozwoliła społeczeństwu wygrać z Państwem czy Kościołem, tym bardziej nie ma też takiej siły, która by pozwoliła się społeczeństwu uchronić przed gangami. Dlaczego? Bo gangi z samej swojej zasady stoją poza społeczeństwem.

      A więc, czemu, skoro to wszystko jest tak oczywiste, wciąż z jednej strony słyszymy zachęty do tego, by wybierać tak zwane rozwiązania liberalne, a z drugiej System wprowadzenia owego liberalizmu unika jak ognia? Otóż powód jest bardzo prosty i oczywisty. Z punktu widzenia Systemu, nie ma nic bardziej wydajnego, jak sytuacja, kiedy ów liberalizm pozostaje jedynie marzeniem. Uważam, że tu mamy do czynienia z czymś bardzo podobnym do tego, co starsi z nas przeżyli z komunizmem. Myśmy żyli w tej niby komunie, a jednocześnie wciąż słyszeliśmy, że prawdziwe szczęście jeszcze przed nami, tylko musimy jeszcze wybrać dobrych przywódców. I tu jest dokładnie tak samo. Mamy to co mamy, a więc z jednej strony skorumpowany Kościół i skorumpowane Państwo, ale wciąż słyszymy, że jeśli w nadchodzących wyborach postawimy na liberałów, którzy nam obniżą podatki i ułatwią procedury w urzędach, a najlepiej w ogóle zlikwidują tę całą biurokrację, to i sam Kościół jakimś cudem też się naprawi. Później my głosujemy zgodnie z tym, co nam propaganda skutecznie zaleciła, i nagle się okazuje, że mowy nie ma ani o niższych podatkach, ani o zmniejszonej biurokracji, ani już z całą pewnością o tym, że nagle w Kościele będzie mniej pedofili. Dlaczego? Jak to dlaczego? Powód jest jeden: tak zwany liberalizm, podobnie jak wcześniej komunizm jest szatańskim wymysłem, który jest zwyczajnie nierealizowalny, i oni to świetnie wiedzą. Dlatego trzymają się tego co jest, z jednej strony kradnąc na potęgę, a z drugiej tłumacząc, że to czy oni nadal będą kraść, czy może przestaną zależy już tylko od nas. I my to oczywiście chętnie przyjmujemy, natomiast na tych szczególnie zawziętych wysyła się Korwina Mikke i ten dopiero jest jak sam Przewodniczący Mao.

 

Zbliża się święto Bożego Ciała, a z nim długi tydzień. Ponieważ wyjeżdżamy z tej okazji do Przemyśla, mogą Państwo na jakiś czas ode mnie odetchnąć. Do zobaczenia zatem chyba dopiero we wtorek.



 

wtorek, 1 czerwca 2021

Otchłań no.4

Żona moja zażyczyła sobie już jakiś czas temu, by wprowadzić do naszej kuchni jeszcze jedną szafkę, która sprawi, że powstały tu i ówdzie ścisk uda się nieco spacyfikować. Pamiętajac dawne czasy, kiedy to praktycznie na każdym rogu mozna było znaleźć fachowca, który zrobi wszystko na dziś, a kto wie, czy nie na wczoraj, nawet z tak zwanym odroczonym terminem płatności, najpierw wyszukała szereg punktów stolarskich oferujących odpowiednie usługi, a następnie wykonała szereg telefonów, niestety bez śladu efektu. Jedni od razu informowali, że są zarobieni i żeby się do nich zgłosić gdy PiS przegra wybory, inni prosili by żona wszystko odpowiednio pomierzyła, narysowała dokładny projekt szafki i z gotowym rysunkiem przyjechała na miejsce, a wtedy mistrz stolarski się zastanowi, co z tym zrobić, no i dopiero jeden z nich w końcu zgodził się tu do nas przyjechać i fachowym okiem zbadać zapotrzebowanie. Ostatecznie przysłał jakąś panią, pani wyjęła miarkę, wszystko pomierzyła, poinformowała że oni by woleli od razy zrobić całą kichnię od nowa, ale że da znać no i nie dała. Obecnie usiłujemy się przełamać i kompletnie wbrew sobie skorzystać z usług Ikei, bo jak na dziś, wygląda na to, że tak zwane „block busting” zmieniło kompletnie kierunek i już za chwilę to małe firmy  plus indywidualni fachowcy wszelkich branż przejmą rynek, a takiej Ikei, oraz oczywiście uniwersytetom, zostaną wyłącznie ochłapy. 

Stoimy więc w tej kuchni, gapimy się tępo w owo puste wciąż miejsce obok okna, a mnie się przypominają oczywiście czasy gdy Polska była w budowie, a owa budowa wręcz skwierczała od pracy rąk ludzkich, zakładając oczywiście, że ludźmi nazwiemy takiego Leszka Balcerowicza, czy Janusza Lewandowskiego. Z tej okazji, w kolejnym odcinku naszych podróży na dziewiąty krąg, przypominam swój dawny, bo jeszcze z roku 2012, tekst o pewnym – dziś już niestety na tamtym, lepszym świecie – Józku.

 

 

 

 

      Mamy dwa balkony. Jeden od ulicy, drugi od podwórka. Wprawdzie tak się jakoś złożyło, że w istocie korzystamy tylko z jednego z nich, a na drugi machnęliśmy praktycznie ręką, któregoś dnia przyszło nam do głowy, by ten, gdzie zdarza nam się spędzać czasem czas, odnowić. Zrobiliśmy to w sposób całkowicie standardowy, a więc kupiliśmy ładne szare płytki i zwróciliśmy się do znajomego fachowca, niejakiego Józka, by je nam tam elegancko położył. Z fachowcami, jak wiemy, bywa różnie, przede wszystkim z tego powodu, że oni są zwykle znacznie gorsi, niż się przedstawiają, a jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część z nich każde zarobione pieniądze lubi wydać na flaszkę, mamy tu zawsze pewne ryzyko.

       Jednak nasz człowiek był już tak skonstruowany, że wydawał pieniądze głównie na utrzymanie rodziny, a gdy chodzi o robotę, to wygląda na to, że z nim sytuacja była odwrotna od tradycyjnej. On był akurat znacznie lepszy, niż można się było spodziewać. A zatem po jednym dniu porządnej pracy, nasz balkon lśnił solidnością, urodą i elegancją.

       Józek nie jest naszym bliskim znajomym. Tyle wszystkiego, że mieszka niedaleko, nasze dzieci chodziły do jednego przedszkola, i kiedy się widzimy, mówimy sobie dzień dobry. Gdyby go nie znać zupełnie i spojrzeć jak przechodzi obok nas, można by było pomyśleć, że to jest własnie ktoś taki, kto za parę złotych położy nam płytki na balkonie, lub ewentualnie może i nawet wytapetuje kuchnię, a więc tu zaskoczenia nie ma. To co jednak może zaskakiwać, to to, że on praktycznie nigdy nie jest pijany. Ja go spotykam stosunkowo często, jednak jeśli zdarzyło mi się widzieć, jak wraca do domu z jakiegoś bardziej sympatycznego towarzyskiego spotkania, to najwyżej parę razy. Poza tym, on jest zaledwie typowym człowiekiem w starszym wieku, z bardzo typową żoną i typowymi, już dorosłymi, dziećmi – jak znam życie, dziś pewnie gdzieś w Londynie, lub w Hamburgu.

       Niedawno szedłem sobie z rana z psem na spacer i spotkałem Józka. Myślę, że to jednak musiało być z jego inicjatywy, wyrażonej może gestem, a może ledwie spojrzeniem, ale tym razem przystanęliśmy i troszkęśmy pogadali. Oczywiście najpierw, niezwykle oryginalnie, zapytałem go co słychać, a on mi odpowiedział, że idzie szukać pracy. Wcześniej przez trzy miesiące pracował na jakiejś budowie, ale kiedy minął ów trzeci miesiąc, a właściciel firmy nadal mu nie płacił, zrezygnował, no i teraz chodzi i szuka czegoś nowego. Ponieważ w Katowicach strasznie się ostatnio dużo wszędzie buduje – włącznie z potężną budową w okolicach dworca kolejowego – on zdecydowanie ma gdzie chodzić, tyle że jak dotychczas zdecydowanie bez efektu. No więc opowiadał mi Józek, że był i tu i tam i jeszcze w wielu innych miejscach, ale nigdzie takich jak on nie potrzebują. Ale ponieważ, jak mówię, tych miejsc jest wciąż coraz więcej, on każdego ranka wychodzi z domu i chodzi po mieście w poszukiwaniu czegoś do roboty.

       Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym ja poszedłem do parku z psem, a on na jakąś kolejną budowę. Kiedy wracałem do domu, znów spotkałem Józka, tyle że już nie w pobliżu naszych domów, ale w drodze do parku. Oczywiście pracy nie dostał, a teraz idzie do parku, bo nawet nie ma po co iść do domu. Nie bardzo jest się do czego spieszyć, prawda? A ja własnie wtedy zrozumiałem nagle ów szczególny wymiar tego naszego polskiego nieszczęścia, w jakim się nagle znaleźliśmy po tych wszystkich latach. Bo mam wrażenie, że bardzo łatwo jest odebrać, a następnie przyjąć do wiadomości informację, że iluś tam robotników zeszło z placu budowy którejś z nowych polskich dróg, bo już nie mają siły czekać na zaległe wypłaty. W końcu, jak wiemy, zawsze ktoś gdzieś na coś czeka, zawsze gdzieś ktoś kogoś wystawia do wiatru, gdzieś powstają jakieś nieprzyjemne spięcia, a poza tym, komu nie jest ciężko? No, proszę powiedzieć – komuż to nie jest dziś ciężko? I w tym wszystkim jakoś umyka nam ów wymiar najbardziej podstawowy, wymiar który zwykle potrafi dostrzec tylko on. Tylko Józek. Bo łatwo jest usłyszeć, że gdzieś znowu szlag trafił kolejny plan i znów trzeba będzie ograniczyć swoje oczekiwania, nieco trudniej jednak pójść ten krok dalej, że są też ludzie, dla których zarówno ten plan, jak i te oczekiwania oznaczały może ich całe życie. Spróbujmy pomyśleć o człowieku, który jest jakimś murarzem, malarzem, może cieślą, czy diabli wiedzą kim jeszcze, każdego ranka wychodzi z domu w poszukiwaniu pracy, a następnie – ponieważ już nie ma siły słuchać ciągłych narzekań żony – idzie na samotny spacer do parku, i nagle, któregoś dnia pojawia się ta tak długo oczekiwana szansa, bo oto albo powstaje jakaś autostrada, albo most, albo nowy hotel, czy kolejne centrum handlowe i jakimś cudem on tam idzie, a oni mu mówią: „Dobra, przyjdź pan jutro rano do roboty”.

       No i on oczywiście przychodzi. A ponieważ mu na tej pracy bardzo zależy, jest zawsze na czas, robi co do niego należy, jak trzeba – w końcu Mistrzostwa już niedługo, a czas goni – zostaje dłużej niż było umówione, a może i też pracuje w soboty, lub nawet w niedziele. I jest tam każdego dnia, od rana do wieczora, i w pewnym momencie ogrania go taka satysfakcja, że nagle myśli sobie, że jak dostanie pierwszą wypłatę, to weźmie, cholera jasna, poświęci się i nawet wrzuci coś na tacę. I oczywiście mija ten miesiąc pierwszy i kolejny i oczywiście – w końcu wszyscy wiemy jak jest – wiadomo już, że o żadnych pieniądzach mowy być nie może, tyle że jakoś tak głupio rzucić to wszystko i pójść sobie do domu, bo wtedy to już w ogóle nie ma o czym gadać. Więc wstaje Józek dalej każdego ranka i idzie na tę budowę i robi za trzech, żeby mu nikt nie powiedział, że się obija, więc mu się nie należy, aż w końcu przychodzi ten moment, że się dalej tak już po prostu nie da. Zwłaszcza że wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić żonie, która jest dokładnie tak samo bezradna jak on sam, że to wszystko to naprawdę nie jest jego wina.

      Wczoraj w telewizji najpierw pokazano tych kręcących się w kółko po rozgrzebanej autostradzie robotników, którzy ani nie chcą się brać za te swoje łopaty, ani też kolejny dzień wracać do domu bez grosza, a zaraz po nich jakąś bardzo elegancką kobietę, która mówi, że ponieważ okazało się, że w Polsce budować drogi się nie opłaca, ona zwija ten interes, natomiast gdy idzie o Józka, to jej jest bardzo przykro, ale nawet nie ma za bardzo czym mu zapłacić. Po niej pokazała się jakaś inna, równie elegancka kobieta, i oświadczyła, że ona nic o tym nie wie, żeby tamta nie miała czym płacić, a wręcz przeciwnie, wedle jej wiedzy, ona ma jak najbardziej, bo ona sama jej te pieniądze dała. Później przyszedł któryś z ministrów i powiedział, że wszystko jest na dobrej drodze, i jak trzeba będzie, to on da ze swoich. Na koniec już przyszła tradycyjna publiczność, z których część powiedziała, że pewnie, gdyby rządził Kaczyński, to on by wziął tę łopatę i sam wybudował tę autostradę, a część tradycyjnie wyruszyła na kolejną demonstrację w obronie wolnych mediów.

      A Józek? Normalnie. Trochę tam postał, trochę popyskował, i jeszcze zanim wrócił do domu, poszedł się przejść do parku, żeby wszystko sobie odpowiednio przemyśleć i zastanowić się, co ma powiedzieć, żeby było dobrze.