Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marihuana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marihuana. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 grudnia 2017

Exodus, czyli z wizytą na grobie Boba Marleya

      Wspomniałem o tym we wczorajszej notce, jednak z silnym postanowieniem, by się tym razem może już nie powtarzać, jednak minął kolejny dzień, a ja wciąż myślę o tym 22-letnim kierowcy z Kobyłki, który w wigilijną noc zabił powracające z Pasterki kobiety. Otóż, jak się okazuje, choć ów chłopak w tę świętą noc, jak Pan Bóg przykazał, nie wypił ani kropelki, to, owszem, był upalony jak zawsze, a ja sobie myślę, że gdyby on jednak wcześniej się napił, to albo by się czuł na tyle źle, że by do samochodu nie wsiadać, albo by jakoś sobie w krytycznej sytuacji jakoś jednak poradził. Niestety, on się jak zawsze zaćpał, a to przede wszystkim, w jego najgłębszym przekonaniu nie stanowiło najmniejszej przeszkody do tego, by prowadzić, ale też, co najgorsze, w najmniejszym stopniu nie obniżyło jego zwykłego przekonania, że zachowuje pełną kontrolę. Dlaczego? A to dlatego, że wódka, o czym wie każdy pijak, odbiera rozum, podczas gdy marihuana traktowana jest przez tych, co się nią regularnie bawią, jako niemal edukacyjna zabawka.
       W swoim życiu niejednokrotnie zdarzyło mi się zarówno zachlać, jak i ućpać i choć to drugie traktuję zaledwie jako pewien incydent, myślę, że moja wiedza co do obu kwestii jest dość solidna. Gdy chodzi o to, co się z nami dzieje po alkoholu, większośc z nas pewnie żadnych lekcji nie potrzebuje, natomiast w kwestii marihuany, chciałbym poinformować, że tu sprawa przedstawia się o tyle gorzej, że do momentu, gdy już wsiądziemy w ten samochód i zabijemy powracające z Pasterki trzy Bogu ducha winne kobiety, nawet nam przez mysl nie przejdzie, że, cholera, chyba przesadziliśmy. Wręcz przeciwnie: im więcej i bardziej, tym lepiej i bardziej pewnie. Zgoda, można zauważyć pewne problemy z koncentracją, czy poczuciem czasu, ale nie ma najmniejszych powodów do niepokoju, zwłaszcza że nie ma mowy ani o kacu, ani o głodzie, ani nawet o owej ponurej melancholii. Przerwać można zawsze, tyle że po co? Zresztą oni sami wciąż powtarzają, żeby się od nich odpieprzyć, bo wodka jest znacznie gorsza. I owszem. Do czasu.
     No i tu by mi pewnie wypadało nawiązać bardzo sprytnie do dyskusji na temat legalizacji tak zwanej leczniczej marihuany, jaka z koszmarną wręcz regularnością jest nam prezentowana przez polityków i media, ponieważ jednak ja od zawsze bardzo starannie unikam nurzania się w tak zwanych oczywistościach, pozwolę sobie przypomnieć fragment pewnej starej już dość notki o pewnym Danielu i jego męczeństwie. Fragment naprawdę niewielki. Powinno wystarczyć.

       Jak informuje internetowe wydanie telewizji tvn24, pewna Magda i jej kolega Mariusz, z, jak to relacjonuje brytyjska policja, „niewyobrażalnym okrucieństwem”, zakatowali pozostającego pod ich opieką czteroletniego Daniela, głodząc go do granic wytrzymałości, a kiedy już błagał o zmiłowanie, karmiąc go solą (tak, tak!), systematycznie podtapiając w wannie, wreszcie bijąc go tak, że ostatecznie od tego pobicia zmarł.
      Jak dalej informuje portal tvn24.pl, Magda, Polka przebywająca w Anglii na emigracji, była „uzależniona od marihuany, amfetaminy i alkoholu”. I to jest coś, co – przepraszam bardzo wszystkich, którzy liczyli na to, że się dowiedzą czegoś wiecej na temat tak zwanego mięsa – wypełni dalszą część tej notki. Rzecz bowiem w tym, że ja przede wszystkim nie bardzo wiem, jak to jest możliwe, że owa Magda i Mariusz mieszkali sobie w tym Coventry, ona była uzależniona od „marihuany, amfetaminy i alkoholu”, natomiast Mariusz był czysty. Że niby jak oni sobie organizowali życie? Magda ćpała i chlała, a Mariusz tylko wpadał od czasu do czasu do domu w przerwach od pracy w fabryce i przytrzymywał głowę tego dziecka, gdy Magda sama była na to zbyt słaba?
      Poza tym, co to znaczy, że ona była uzależniona od „marihuany, amfetaminy i alkoholu”? Sam – mimo że na widok flaszki porządnego singla oczy mi jak najbardziej błyszczą – ani nie chleję, ani tym bardziej nie ćpam, niemniej jednak, ponieważ mam już swoje 58 niemal lat, wiem, czym jest marihuana. Otóż, jeśli ktoś jest, jak to formułuje portal tvn24.pl, „uzależniony od marihuany”, wszystko inne ma głęboko w nosie. Marihuana wypełnia jego życie od początku do końca. Dla kogoś, kto pali trawę, alkohol, a tym bardziej jakaś głupia amfetamina, to jest zabawa dla durniów. Marihuana załatwia wszystko. A jak ktoś mi nie wierzy, niech się skontaktuje z Kamilem Sipowiczem, jego tak zwaną partnerką Korą i ich psem, to otrzymają pełną i fachową relację. Oni nie chleją, nie biorą w żyłę, nie żrą żadnych tabletek, u nich wreszcie się po domu nie walają puste flaszki. Oni zwyczajnie się upalają. I więcej im nie trzeba.
      A zatem, jestem absolutnie przekonany, że informacja podana przez redaktorów internetowego wydania tvn24, jakoby owa Magda była uzależniona od marihuany, amfetaminy i alkoholu była pustą paplaniną. Ona od rana do wieczora była zwyczajnie zaćpana, a, co dla mnie oczywiste, ów Mariusz podobnie. I to właśnie w ten sposób, będąc w stanie kompletnego obłąkania, oni to dziecko krok po kroku doprowadzili do śmierci.
      […] I proszę mnie nie podejrzewać o to, że ja komuś tak wybitnemu, jak Kamil Sipowicz, który z marihuaną jest za pan brat od 40 lat, zarzucam, że on wraz z piosenkarką Korą Ostrowską mordują małe, bezbronne dzieci. Oczywiście że nie. Sipowicz to człowiek o wybitnie łagodnym usposobieniu. On tylko płynie. Ewentualnie, od czasu do czasu się wyrzyga i płynie dalej. Ci, co z nim rozmawiają w różnego rodzaju mediach – podobnie. To wszystko są dzieci Boba Marleya. A więc mamy tu jedynie „love, peace and harmony”.

Zapraszam wszystkich do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie sa do kupienia moje książki. Polecam serdecznie i szczerze.



poniedziałek, 30 września 2013

Kto im przyniósł ten kij, kto im podkuł te buty?

Pani Toyahowa, wprawdzie, ile razy zaczynam coś pomrukiwać na temat tego, że kiedyś było lepiej, na mnie krzyczy, a co gorsza robi to dokładnie w taki sam sposób, jak to ma w zwyczaju w chwilach, kiedy ją informuję, że mnie bolą nogi, albo, że w ogóle jestem zmęczony. Dlaczego „co gorsza”? Dlatego mianowicie, że to wskazuje wyraźnie, iż nie mamy do czynienia ze sporem intelektualnym, ani nawet historycznym, ale ze zwykłym stwierdzeniem faktu, że moje opinie nie mają tu żadnego znaczenia, bo jestem starym, wiecznie marudzącym dziadem. A zatem, to, co mnie spotyka, to jeszcze jeden wariant tej samej, jakże irytującej, choć klasycznej wręcz, insynuacji ograniczającej się do słów: „Jesteś pijany i zdenerwowany”.
A mimo to, są sytuacje, kiedy ja jestem absolutnie przekonany, i nie ma siły, która by mnie tu przesunęła choćby o milimetr, że było lepiej. No, weźmy na przykład ostatnie wydarzenia: O ile czegoś nie przegapiłem, nie wydaje mi się, żeby kiedyś matki i ich partnerzy tłukli na śmierć swoje małe dzieci. Nie przypominam sobie, bym za Gierka, czy nawet za Jaruzelskiego, ale też i nawet za Wachowskiego, czytał tyle na temat tego, że gdzieś jakaś para – najczęściej dziewczyna i jej chłopak, lub kolega chłopaka – najpierw, połamali swojemu paromiesięcznemu dziecku sześć żeber, a następnie je, zapewne w humanitarnym odruchu skrócenia cierpień, zabili. Może czegoś nie pamiętam, ale też nie przypominam sobie, bym gdzieś czytał, że jacyś młodzi wsadzili swoje paromiesięczne dziecko do piekarnika i je upiekli, bo doszli do przekonania, że ono jest Golumem.
A więc, musimy jednak przyjąć, że coś się dzieje. Że ów natłok wydarzeń tego typu nie może być wynikiem jakiegoś szczególnego przypadku. To nie jest tak, że, czy to z powodu globalnego ocieplenia, czy może jakichś plam na słońcu, czy może wejścia Polski do europejskiej wspólnoty, nagle matki i ojcowie w Polsce zaczęli po kolei i masowo zabijać własne dzieci. Nie wierzę również w to, że owa fala zabójstw jest spowodowana tym, iż rodzice sobie popili i stracili rozum, albo że przyszli goście, w telewizji był ciekawy program, dziecko się darło, no i ktoś tam nie wytrzymał. Nie sądzę wreszcie, że to wszystko jest z tej biedy, tej beznadziei i tego powszechnego lęku o przyszłość; że ci młodzi są tak zestresowani, że czasem zwyczajnie im nie wytrzymują nerwy, no i się odgrywają na tych najsłabszych.
To wszystko, moim zdaniem, możemy bardzo łatwo wykluczyć, choćby z tego względu, że za komuny ludzie chlali wcale nie mniej, niż dziś, telewizja – ze względu na ubogość oferty – potrafiła wciągać znacznie bardziej, niż dzisiaj, no i wreszcie ludzie też mieli swoje zmartwienia, prawda? A może się mylę? Może nie mieli?
Poza tym, ja mam bardzo mocne przekonanie, że gdyby tu szło o wódkę, nawet tę sprzedawaną gdzieś po trzy złotę za flaszkę, czy zwykłe zbydlęcenie, to byśmy coś na ten temat słyszeli. Uważam, że gdyby to o to chodziło, do nas by natychmiast przyszedł jakiś psycholog i wytłumaczył, jak to do tego typu nieszczęść dochodzi. Tymczasem tu mamy kompletną ciszę. Dowiadujemy się, że gdzieś znów, skutkiem ciężkiego pobicia, zmarło jakieś niemowlę, i poza tym, o tych, którzy je zamordowali nie wiemy nic. Można by uznać, że, zwyczajnie, coś jednemu czy drugiemu strzeliło do łba, i stało się. Jaka więc tu jest tajemnica?
Otóż, moim zdaniem, tu musi chodzić o narkotyki. I nie jakieś szczególnie wyrafinowane, bo te jednak kosztują, ale albo o zwykłą trawę, albo jakieś dopalacze. A więc to, co jest przez część jak najbardziej oficjalnego establishmentu wręcz reklamowane, jako całkowicie naturalne i bezpieczne.
Gdyby stało się wiedzą powszechną, że któraś z tych mam, z którymś z jej tak zwanych partnerów, czy kolegów partnera, czy z byłym partnerem, się zwyczajnie tak najarali, iż od tego dymu by się im poprzewracało we łbach, należałoby się zainteresować tak zwanym kontekstem. A to mogłoby się już okazać bardzo niewygodne. I nie można by sprawy zamknąć jakąś pozorowaną dyskusją w telewizji, czy na łamach prasy, z której wniosek byłby tylko taki, że może lepiej zalegalizować, bo to, co dziś jest na rynku, to jakieś świństwo. Trzeba by było uczciwie i do końca odpowiedzieć na parę pytań i podjęć kilka poważnych kroków. A jednym z pierwszych byłoby wyciągnięcie z tej knajpy, gdzie całkiem niedawno ucinał sobie z Robertem Mazurkiem pogawędkę, Kamila Sipowicza i postawienie przed prokuratorem. A to nie leży w niczyim interesie. Przykro mi to mówić, ale obawiam się, że faktycznie w niczyim.
Przychodzi kolejny dzień i znów czytamy, że gdzieś w Polsce, jak to śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski, „Łódź Kaliska albo Kutno”, zostało zatłuczone na śmierć kolejne małe dziecko, a potem oglądamy tę wychudzoną, czarnowłosą wampirzycę, i jakiegoś durnia w czapce, lub w kapturze, jak ich wloką do radiowozu, lub po schodach do budynku któregoś z komisariatów. I znów ani słowa o tym, co się tak naprawdę stało. I obawiam się, że się tego nie dowiemy tak długo, aż to wszystko, Bóg da, wreszcie trzaśnie. No i wtedy się dopiero przerazimy.

Książka jest skończona i jest nam pięknie składana przez naszego człowieka. Mam nadzieję, że gdzieś za tydzień z lekkim hakiem, Gabriel wystawi ją w ofercie swojego wydawnictwa i będzie można zacząć robić zamówienia. Do tego czasu, proszę nas wspierać, bo na razie jest wyjątkowo nędznie. Dziękuję.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Niewiarygodna i smutna historia niewinnego Daniela, jego niegodziwych rodziców i Ojczyzny, która ich wypluła

Ponieważ chyba już ostatecznie straciłem serce do telewizji, a przy nieobecności pani Toyahowej i starszej córki, które wyjechały do Przemyśla na wakacje, nawet nie chce mi się zaglądać do głupiego Discovery, czy Animal Planet, postanowiłem rzucić okiem na portal tvn24.pl, żeby się dowiedzieć, czy przypadkiem świat się ostatecznie nie skończył, i – owszem – wyszło na to, że wprawdzie nie całkowicie i nie do końca, ale do pewnego stopnia ta nasza przygoda dobrnęła do swoistego finiszu.
Okazuje się mianowicie, o czym – przyznam, że dla mnie z przyczyn kompletnie niejasnych, gdyż wydawałoby się, że oni akurat powinni się zamknąć – informuje ów portal na pierwszym miejscu swoje głównej strony, że dwoje naszych, zamieszkałych w Anglii, emigrantów, zamordowało swojego synka i lada chwila angielski sąd im wpieprzy tak, że się nie pozbierają. O co poszło? Otóż, jak informuje internetowe wydanie telewizji tvn24, pewna Magda i jej kolega Mariusz, z, jak to relacjonuje brytyjska policja, „niewyobrażalnym okrucieństwem”, zakatowali pozostającego pod ich opieką czteroletniego Daniela, głodząc go do granic wytrzymałości, a kiedy już błagał o zmiłowanie, karmiąc go solą (naprawdę!), systematycznie podtapiając w wannie, wreszcie bijąc go tak, że ostatecznie od tego pobicia zmarł.
Jak dalej informuje portal tvn24.pl, Magda, Polka przebywająca w Anglii na emigracji, była „uzależniona od marihuany, amfetaminy i alkoholu”. I to jest coś, co – przepraszam bardzo wszystkich, którzy liczyli na to, że się dowiedzą czegoś wiecej na temat tak zwanego mięsa – wypełni dalszą część tej notki. Rzecz bowiem w tym, że ja przede wszystkim nie bardzo wiem, jak to jest możliwe, że owa Magda i Mariusz mieszkali sobie w tym Coventry, ona była uzależniona od „marihuany, amfetaminy i alkoholu”, natomiast Mariusz był czysty. Że niby jak oni sobie organizowali życie? Magda ćpała i chlała, a Mariusz tylko wpadał od czasu do czasu do domu w przerwach od pracy w fabryce i przytrzymywał głowę tego dziecka, bo Magda sama była na to zbyt słaba?
Poza tym, co to znaczy, że ona była uzależniona od „marihuany, amfetaminy i alkoholu”? Sam – mimo że na widok flaszki porządnego singla oczy mi jak najbardziej błyszczą – ani nie chleję, ani tym bardziej nie ćpam, niemniej jednak, ponieważ mam już swoje 58 niemal lat, wiem, czym jest marihuana. Otóż, jeśli ktoś jest, jak to formułuje portal tvn24.pl, „uzależniony od marihuany”, wszystko inne ten ktoś ma głęboko w nosie. Marihuana wypełnia jego życie od początku do końca. Dla kogoś, kto pali trawę, alkohol, a tym bardziej jakaś głupia amfetamina, to jest beznadziejna fikcja. Marihuana załatwia wszystko. A jak ktoś mi nie wierzy, niech się skontaktuje z Kamilem Sipowiczem, jego tak zwaną partnerką Korą i ich psem, to otrzymają pełną i fachową relację. Oni nie chleją, nie biorą w żyłę, nie żrą żadnych tabletek, u nich wreszcie się po domu nie walają puste flaszki. Oni zwyczajnie się upalają. I więcej im nie trzeba.
A zatem, jestem absolutnie przekonany, że informacja podana przez redaktorów internetowego wydania tvn24, jakoby owa Magda była uzależniona od marihuany, amfetaminy i alkoholu była zwykłym bełkotem. Ona od rana do wieczora była zwyczajnie zaćpana, a, co dla mnie oczywiste, ów Mariusz podobnie. I to właśnie w ten sposób, będąc w stanie kompletnego obłąkania, oni to dziecko krok po kroku doprowadzili do śmierci.
Jakiś już czas temu, a co ja tu przypomniałem stosunkowo niedawno, gdzieś w Polsce jakaś para wsadziła swoje dziecko do piekarnika i je upiekło. Czemu tak? Bo oboje uznali, że to dziecko to szatan. Skąd im to przyszło do głowy? No, nie wiem. Tego akurat media nie podały. Jak się domyślam jednak, to wszystko z powodu kolejnej fali powszechnych apeli o legalizację marihuany.
To co się wydarzyło w Coventry, a czego bohaterami stało się dwoje polskich emigrantów, jest samo w sobie wydarzeniem niezwykle inspirującym do rozmyślań. Tam jest tak bardzo wiele tajemnic, że, gdybyśmy tylko mieli dostęp do informacji wykraczających poza zwykłe medialne gówno, można by było sprawie poświęcić nie jedną, ale kilka tego typu notek. Weźmy choćby fakt, że to biedne, umęczone dziecko miało na nazwisko Pełka, podczas gdy mamie było Łuczak, a ojcu Krężołek. Czemu? Jak? Dlaczego? Diabeł jeden wie.
Podobnie, dobrze byłoby się dowiedzieć, jak to się stało, że Łuczak i Krężołek – przypomnijmy tylko, że dwoje ewidentnych narkomanów – byli tak niezwykle cwani, że przez naprawdę długi okres nikt nie zwrócił uwagi na to, że Daniel umiera. Zwyczajnie umiera. Jak to w ogóle było możliwe, że Łuczak i Kręciołek – przypomnijmy, że dwoje idiotów, którzy nie wiadomo po co wyjechali do Anglii w roku 2006 – potrafili tak manipulować odpowiednimi służbami, że nikt się nie zorientował, co się z tym dzieckiem dzieje. Tych pytań jest wiele, i nie bardzo jest miejsce i czas, by odpowiedzi na nie egzekwować. Mnie jednak najbardziej interesuje ów moment, kiedy ciężko uzależniona od marihuany (i podobno alkoholu) Łuczak wraz ze swoim kumplem Krężołkiem błagającemu z głodu o litość dziecku podają sól. Ja bym chciał wiedzieć, czy opisana wyżej sytuacja jest w stanie komuś wbić do głowy ten zupełnie oczywisty fakt, że owa eksponowana przez najbardziej prominentnych polskich polityków, i dyskretnie tolerowana przez ogólnopolskie media marihuana, to jest dokładnie ta sama śmierć, o której chciałem wyżej opowiedzieć.
I proszę mnie nie podejrzewać o to, że ja komuś tak wybitnemu, jak Kamil Sipowicz, który z marihuaną jest za pan brat od 40 lat, zarzucam, że on wraz z piosenkarką Korą Ostrowską morduje małe, bezbronne dzieci. Oczywiście że nie. Sipowicz to człowiek o wybitnie łagodnym usposobieniu. On tylko płynie. Ewentualnie, od czasu do czasu się wyrzyga i płynie dalej. Ci, co z nim rozmawiają w różnego rodzaju mediach – podobnie. To wszystko są dzieci Boba Marleya. A więc mamy tu jedynie „love, peace and harmony”.
Na to gówno już nic nie poradzimy. To już będzie z nami do naszej zasmarkanej śmierci. Mnie tu jednak chodzi o coś innego. I to już jest sprawa tak poważna, jak najczarniejszy, niezgłębiony grób. Ja bym chciał wiedzieć, jak to się stało, że owa Magda i Mariusz wyjechali do Anglii w roku 2006 i już nigdy nie wrócili. A nie dość, że nie wrócili, to wybrali sobie sami, że zostaną tam na zawsze. I to w tak niezwykle poruszających okolicznościach.
No i jeszcze coś. Być może o wiele ważniejszego, niż wszystko to co zostało powiedziane wyżej. Czy ktoś za to wszystko kiedyś odpowie? I Bóg mi świadkiem, że nie mam tu na myśli tych dwojga zaćpanych bałwanów.

Przyszedł sierpień, a ja już wiem, że to będzie najgorszy z miesięcy w tym roku. Najpierw wczoraj, ale i również przed chwilą, dowiedziałem się, że w sierpniu będę praktycznie bez pracy. W związku z tym, bardzo proszę szczególnie mocno o mnie i o tym blogu pamiętać. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...