Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologowie. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lutego 2018

O barierze psychologicznej za 50 zł i czarownikach z samego dna piekieł

       Kiedy się prowadzi blog taki jak ten, nie jest doprawdy łatwo wynajdywać oryginalne tematy, zwłaszcza gdy to już trwa niemal dzień w dzień od dziesięciu lat. A jest tak przez to, że nawet jeśli pojawi się coś z pozoru oryginalnego, to niemal zawsze się okazuje, że i to też już było. A co zrobić w sytuacji, gdy mamy do czynienia z czymś wręcz zawstydzająco trywialnym, a mimo to potrzebujemy coś na ten temat powiedzieć? Ja zatem oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsza sprawa jest wyjątkowo mało poważna, a przez to pasująca do tego bloga jak pięść do przysłowiowego nosa, ale nie mogę się powstrzymać. Otóż od wczoraj media podają informację, że Sąd Najwyzszy zmienił wyrok Sądu Apelacyjnego i uniewinnił któregoś z sędziów od zarzutu kradzieży, tłumacząc ów czyn w taki oto sposób, że wspomniany sędzia był zapracowany, zamyślił się, no i stąd to wszystko. Ukradł przez nieuwagę. A ja pewnie bym to wszystko z odpowiednią wzgardą zlekceważył, gdyby nie to, że obejrzałem sobie telewizyjne „Wiadomości”, gdzie złosliwie, jak to u nich, przytoczono fragment sentencji, z fragmentem ekspertyzy wynajętego psychologa, który stwierdził co następuje:
      „Przyczyną roztargnienia jest tendencja do tworzenia psychologicznej bariery chroniącej myśli obwinionego przed zakłócającym wpływem bodźców zewnętrznych”.
      Mam nadzieję, że wszyscy rozumiemy, o co poszło. Ów sędzia kupował coś w sklepie, zapłacił i już miał wychodzić, kiedy nagle zobaczył pięćdziesięciozłotowy banknot, który położyła na ladzie stojąca za nim w kolejce starsza pani, a ponieważ pojawiła się w jego głowie tendencja do tworzenia psychologicznej bariery, wziął te pięć dych, włożył je sobie do kieszeni i zniknął zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek zauważyć.
      No i znów, nawet jeśli ja dziś rzeczywiście chcę pisać o tak zwanej „nadzwyczajnej kaście”, to akurat nie o sędziach, lecz o ludziach, którzy – o czym jestem jak najgłębiej przekonany – od polityki stoją jak najdalej, tyle że zajmują się czymś, co nosi nazwę „psychologii”. Bo nie oszukujmy się. To co zacytowałem powyżej to nie jest ani fragment wystąpienia któregoś z polityków, ani opinia wypowiadającej te słowa pani sędzi Sądu Najwyższego, lecz fragment ekspertyzy psychologa właśnie, wynajętego, owszem, ale wciąż psychologa.
      Wszyscy pewnie pamiętamy określenie „pomroczność jasna”, użyte w sprawie przeciwko jednemu z dzieci Lecha Wałęsy, autorstwa również któregoś z psychologów, więc nie powinniśmy się właściwie już niczemu dziwić, jest jednak tak, że oni – psychologowie właśnie – mają w ostatnich latach aspiracje, by zyskać pozycję niemal osobnej władzy i nie widać końca tego obłędu. W pierwszej chwili, pomyślałem sobie, że przypomnę swój stary już dość tekst o psychologach zatytułowany „Puk puk, przyszlismy po twoją duszę”, ale kiedy sobie uświadomiłem, że on tu się już pojawił ponownie niemal rok temu, uznałem, że lepiej będzie wrzucić coś akurat może nie do końca w temacie, ale jak najbardziej do rzeczy. A zatem, zapraszam do czytania tekstu jeszcze z roku 2011 o czarownikach z samego dna piekieł.

      Mieliśmy tu już kiedyś okazję rozmawiać sobie na temat wszelkich specjalistów od ludzkiej duszy, których profesja zaczyna się od przedrostka ‘psy-‘ i, o ile sobie dobrze przypominam, udało mi się w owym tekście zrobić im wszystkim dokładnie tyle krzywdy, na ile oni sobie w moim odczuciu zasłużyli. Oczywiście, jak zwykle w tego typu sytuacjach, musiałem się uciec do pewnej – być może niekiedy nie do końca uczciwej – generalizacji, niemniej cel został spełniony. Bardzo zależało mi bowiem na tym, by powiedzieć, ze do psychologów, psychoanalityków, psychiatrów i wszystkich możliwych ‘psy’’ mam stosunek, w najlepszej dla nich sytuacji, nieufny, i wyjaśnić skąd ta nieufność się wzięła.
      Punktem wyjścia dla tamtej refleksji była zaobserwowana przez mnie sytuacja – moim zdaniem, wysoce patologiczna – kiedy to w ostatnich latach, człowiek, otrzymując niemal za darmo paszport do szuflady, sklep wielobranżowy, Internet i telewizor z niemal tysiącem różnych kanałów, otrzymał na to wszystko jeszcze, niemal jak extra bonus, psychologa z jego mądrościami. Kiedy pisałem tamten tekst, zastanawiałem się, jak to się stało, że System uznał, że współczesny człowiek nie jest w stanie skutecznie korzystać z wszystkich dobrodziejstw nowej cywilizacji bez świadomości, że kiedy się zrobi naprawdę ciężko, już za progiem będzie miał psychologa, który da mu tak w łeb, że ani mu w głowie będzie narzekać. Czy ten psycholog był w pakiecie w sposób naturalny i od początku, a moje niepokoje są tylko wynikiem moich fobii, czy może fobie są jak najbardziej na miejscu, a System doskonale wie, że jeśli nie będzie psychologa, w miarę jeszcze przytomny człowiek po wszelkie duchowe rady pójdzie do księdza i wówczas może przestać być konsumentem, numerem i towarem, ale człowiekiem? A więc, czy oni nam tego psychologa sprowadzili dla rozrywki, czy może jako kogoś, kto ma nas wziąć za pysk i przytrzymać przy samej ziemi?
      Nie pamiętam w tej chwili, czy doszliśmy do jakichś konkluzji, a nie bardzo też mam ochotę czytać swoje stare teksty. Mam jednak wrażenie, że jedyne co potrafiliśmy stwierdzić na pewno, to fakt, że psychologowie, psychoanalitycy i psychiatrzy, w swojej zdecydowanej większości są zwykłymi uzurpatorami, tyle że szczególnie irytującymi przez swoją, większą, niż zwykle się spotyka, bezczelność. Kiedy piszę o uzurpacji, mam na myśli to, że wystarczy rzucić okiem na pierwszego z brzegu psychologa, który, jeśli jakimś cudem dziś jeszcze nie wystąpił w telewizji w każdej dowolnej sprawie, to z pewnością do końca dnia wystąpi. I to parokrotnie. Najczęściej jest to jakaś ledwo po studiach, lub ewentualnie tuż przed doktoratem, lala, która z wielce uczoną miną plecie dyrdymały na tematy tak trywialne, że zamiast niej możnaby z podobnym skutkiem posadzić jakieś średnio sprytne dziecko, albo wręcz przeciwnie – tak tajemnicze i niezbadane, że o nich nie ma pojęcia nikt, a ona już najbardziej. A więc jest to zwykle ktoś całkowicie przypadkowy, dokładnie w takim samym stopniu, jak przypadkowi są dziennikarze Superstacji, lub panienki czytające pogodę w TVN-ie. Bezczelność natomiast sprowadza się do tego, że oni wszyscy mają ten typ charakteru, który im każe stawiać diagnozy w sytuacji, kiedy sytuację i osoby, które mają komentować znają tylko z opowiadań, lub ze zdjęcia.
      Dowiadujemy się na przykład, że gdzieś w Norwegii jakieś dziecko ukradło karabin swojemu ojcu i wymordowało pół swojej klasy. Na tę wiadomość zlatują się natychmiast jakieś cizie z tytułem magistra i opowiadają nam wszystko, co ich zdaniem powinniśmy wiedzieć na temat tego dziecka. Gdzieś spaliła się chałupa i ludzie stracili dach nad głową, a my w jednej chwili dostajemy bardzo pogłębioną opinię na temat tego, co się dzieje w duszy pięciu osób, których ta mądrala ani nie zna, ani nawet nie miała okazji z nimi zamienić jednego słowa. Natomiast ma bardzo silne przekonanie, wpojone jej przez 5 lat tych nędznych studiów, że trzeba być asertywnym, a w jej rozumieniu asertywność równa się bezczelność.
       A zatem, ostatnie lata, jakie przyszło mi przeżywać w nowoczesnej Polsce, w dużym stopniu wiążą się z zadręczaniem się wszechobecnością tej panoszącej się wokół przedziwnej grupy. I oto nagle, jak grom z jasnego nieba, spadło na nas coś, co z jednej strony bardzo mocno uzupełniło naszą dotychczasową wiedzę na temat roli, jaką wszyscy ci „psy-” pełnią w nowej Polsce, a z drugiej, jak się wydaje, wskazało na bezpośrednie przyczyny obdarowania tej grupy aż taką atencją Systemu. Otóż, jak się okazuje, część z nich oczywiście dalej będzie tkwiła w tej swojej smutnej poczekalni, zajmując się ofiarami wypadków i szkolnych nieprzyjemności, natomiast swoją twarz pokazali też ci, którzy dotychczas pozostawali w cieniu, czekając na odpowiedni moment. To oni zajmą się realizacją zamówienia Systemu na ostateczny odstrzał tych, którzy okazali się zbyt silni, by można ich było pokonać przy pomocy środków konwencjonalnych. A zatem, psychiatria w służbie totalitarnego państwa. Znamy to świetnie. I to tu prawdopodobnie leży odpowiedź.
      Wszystko, jak wiemy, zaczęło się od dnia, w którym pewien sędzia, poinformowany przez reżim o tym, że są kłopoty, uruchomił cały proces tropienia choroby psychicznej u Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście, nikt nie ma wątpliwości, że osoba Jarosława Kaczyńskiego była tu tylko pretekstem do tego, by ów nowy element, mianowicie zastosowanie psychiatrii do walki politycznej, stał się oficjalną częścią naszej współczesnej rzeczywistości. Każdy kto zachował jeszcze minimum świadomości, wie, że Jarosław Kaczyński jest tu całkowicie bezpieczny, natomiast – jeśli przyjrzymy się całej rozpętanej wokół tego zdarzenia kampanii propagandowej z chorobą psychiczną w tle – nie ulega wątpliwości, że tu leży przyszłość. Przynajmniej przyszłość poważnie przez reżim planowana.
      Ledwo wczoraj doszła do nas informacja, że kiedy okazało się, że – prawdopodobnie nieco onieśmielony atmosferą wokół rzekomego szaleństwa Jarosława Kaczyńskiego – wspomniany sędzia został czasowo odstawiony na boczny tor, Radio Zet zorganizowało sondaż pod hasłem „Kto jest za tym, by Kaczyński trafił do psychuszki” i ogłosiło, że zdecydowana większość. Zatrzymajmy się na chwilę nad samym tym dziwnym zdarzeniem. Otóż wyobraźmy sobie, że Jarosław Kaczyński faktycznie, na skutek straty, która go spotkała 10 kwietnia 2010 roku, oszalał. Wyobraźmy sobie, że istotnie, na skutek tej straty, on postradał zmysły. Czy może być coś bardziej przygnębiającego? Coś bardziej rozpaczliwego? Pewnie tak, ale dziś mi to coś akurat do głowy nie przychodzi. Kim trzeba być, jaki trzeba mieć umysł, by urządzać z tej okazji tego typu turniej? Moim zdaniem takiego rodzaju podłość w przyrodzie nie istnieje. Ona nie istnieje nawet wśród ludzi pracujących dla Systemu. Natomiast jest bardzo prawdopodobne, że właściciele i redaktorzy Radia Zet świetnie wiedzą, że ta choroba to tylko czarna propaganda, a więc – z ich punktu widzenia – moralny standard. I dlatego, robią to co robią. A więc się bawią w politykę, tak jak ją widzą.
     Prawdziwy problem zaczyna się w momencie pojawienia się psychologów, psychoanalityków i psychiatrów. I to nie jakiejś kupki ledwo wyrośniętych dzieciaków, ale tych starych psów Systemu – zepsutych i gotowych na wszystko. Otóż w jednym z programów telewizji – a jakże! – TVN24, pojawił się człowiek o nazwisku Santorski i przez bardzo długi – dużo za długi – czas, dał się prowadzić z kolei kobiecie o nazwisku Pochanke w takim oto kierunku, by analizować psychiczną kondycję Antoniego Macierewicza. Santorski jest bardzo znanym polskim psychologiem i nie ma wątpliwości, że tak jak my się znamy na nim, on zna się też na swojej robocie. Zna się na niej na tyle dobrze, by zgodzić się przyjść do telewizyjnego studia i wziąć udział w programie, którego jedynym celem jest zdiagnozowanie psychicznej choroby u człowieka, z którym on prawdopodobnie nigdy w życiu nie miał chwilowego choćby kontaktu. A więc przychodzi ów Santorski do telewizji TVN24, zapewne świetnie wiedząc, po co tam został zaproszony, i z wyżyn swojego zawodowego autorytetu ogłasza, że Antoni Macierewicz jest psychicznie niezdrowy. I to niezdrowy tak, że to może stanowić bardzo poważny problem dala Polski i Polaków. Tak było. Słyszałem tę diagnozę na własne uszy.
      A my zadajemy już tylko jedno pytanie. Czy Santorski, podobnie jak redaktorzy Radia Zet, wie że bierze udział zaledwie w politycznej wojnie? Że to, w tych smutnych, nowoczesnych czasach, stanowi tylko taki, nikomu nie szkodzący, rytuał? Czy Santorski – mówiąc kolokwialnie – wie, że kłamie? Obawiam się, że nie. On tego nie wie. A nie wie tego z tej prostej przyczyny, że jest bardzo ważnym, przedstawicielem kasty tak zwanych ‘psy-’, dla których każdy – dosłownie każdy – jest podejrzany. A to z tej prostej przyczyny, że z punktu widzenia ich interesów, każdy kolejny zdrowy, to tysiąc mniej w kieszeni, i niedługo może dojść do tego, że oni w jednej chwili tracą rację bytu. A ponieważ on z tą swoją wiedzą, nie jest w stanie zrobić nic konkretnego – by nie powiedzieć ‘pożytecznego’ – bo trudno się spodziewać, żeby jego odkrycia poważnie traktował ktokolwiek o jakiejkolwiek umysłowej sprawności – a ambicje ów człowiek ma potężne – jedyne co mu pozostaje, to zatrudnić się na służbie reżimu. Tam dopiero będzie mógł pokazać wszystkie swoje możliwości. To tam właśnie on wskaże tych wszystkich, którzy są smutni, przybici, czy wreszcie autentycznie chorzy. Ja to po prostu wiem, że Santorski, i jego koledzy po profesji, są szczerze przekonani, że tak naprawdę, to co oni robią, czemu poświęcili całe swoje życie i talenty, potrzebne może się okazać wyłącznie totalitarnej władzy. Władzy która, w sposób zupełnie dla siebie naturalny, chce zniszczyć wszystkich tych, których nie lubi, a jednocześnie wie, że najprostszą drogą do ostatecznego sukcesu, jest uznanie wszystkich myślących inaczej, za obłąkanych. A więc przychodzi ów Santorski na miejsce, na które go przygwizdano, i mówi to co wie, i to co – tak się składa – akurat świetnie pasuje Systemowi.
      Oto Jacek Santorski – człowiek symbol. Symbol czasów, które dotychczas były opisywane wyłącznie w podręcznikach do historii dwudziestowiecznych totalitaryzmów, a dziś wracają do nas – zgodnie z tym co prorokował sam Karol Marks – w formie farsy. A farsy z tej prostej przyczyny, że z tego nic nie będzie. Gdyby bowiem Jacek Santorski żył w czasach autentycznego terroru, to jego wiedza i jego charakter – czy, jak mówią niektórzy, człowieczeństwo – kazałyby mu do tej diagnozy dodać zalecenie ostatecznego rozwiązania, lub przynajmniej skutecznych tortur, w postaci przytapiania, rażenia prądem, czy co oni tam mają w tych swoich podręcznikach. To jest bowiem Jacek Santorski – człowiek, który potraktował swój życiowy wybór na tyle poważnie, że ten w sposób całkowicie naturalny, przeniósł go w miejsce zarezerwowane dotychczas przez postaci takie jak Stalin, czy Hitler. Ale jak mówię – z tego nic nie będzie. Bo Santorski jest w tym całym szaleństwie zaledwie pionkiem. On, jak już to zostało powiedziane, jest tylko symbolem. Jeszcze parę miesięcy i, jeśli tylko znajdzie się ktoś o tak dobrej i wnikliwej pamięci, jak my – to on akurat trafi na ulicę. Jak zwykły śmieć. I tak będzie dobrze. Bardzo dobrze.


Z przyjemnością informuję, ze jeszcze mamy wystarczająco dużo egzemplarzy mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, by starczyło dla wszystkich chętnych. Zachęcam serdecznie do kontaktu pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.


poniedziałek, 13 marca 2017

Puk, puk. Przyszliśmy po twoją duszę (repryza)


Od czasu jak opublikowałem dwa teksty w temacie „okołotrynkowiczowym”, paru czytelników poprosiło mnie, bym przypomniał swój bardzo stary tekst o psychologach. A ja z tym nie mam najmniejszego problemu. Czytelnik prosi – czytelnik ma.

      Wczoraj usłyszałem zarzut, że mam obsesję na punkcie nauk… no, nie wiem, jak one się oficjalnie nazywają, ale chodzi mi o nauki zajmujące się ludzką duszą. Zdziwiło mnie to nieco, nawet nie dlatego, że do tego typu obsesji się nie przyznaję, ale z tej prostej przyczyny, że nie bardzo pamiętam, żebym się tu tematem tym jakoś szczególnie zajmował. Jednak nie będę się upierał, bo coś na rzeczy musi być, no a poza tym, mogę przynajmniej mieć satysfakcję, że te teksty są przynajmniej przez niektórych czytane bardziej świadomie, niż są pisane.
      Na psychologii (powiedzmy, że będę dla uproszczenia używał tej nazwy) znam się lepiej niż na fizyce i baseballu, ale w żaden sposób nie na tyle, żeby się jakoś szczególnie wymądrzać. Natomiast znam się trochę na świecie i na ludziach, których spotykam i w związku z tym myślę sobie, że mogę zabierać głos na najróżniejsze tematy, o ile tylko ów głos nie będzie udawał, że jest głosem eksperta, lecz jedynie kogoś kto stoi z boku, patrzy, i po głowie mu chodzą różne myśli. A więc cóż to by były za myśli, jeśli idzie o mój dzień dzisiejszy? Otóż przypominam sobie, że kiedy byłem jeszcze młody, psychologów w telewizji nie pokazywali, a słowo pojęcie psychoanalizy występowało wyłącznie w zabawnych scenach w filmach Woody Allena. Zarówno w mojej podstawówce, jak i już w liceum, z lekarzy byli wyłącznie dentyści, którzy nam wiercili w zębach i panie higienistki, które nam pobierały z palca krew. Pomysł, żeby gdzieś tam się kręcił jakiś szkolny psycholog czy pedagog, był w najwyższym stopniu egzotyczny. Prawdziwych psychologów poznałem dopiero na studiach. Pierwszym z nich był człowiek, który był tak wybitny, że go pokazywali w lokalnej telewizji i wszyscy uważaliśmy że on akurat jest psychicznie niezrównoważony. Do tego przekonania doszliśmy właściwie już na samym początku naszych z nim kontaktów, ale ostatecznie ta bomba wybuchła, gdy zmarła mu córeczka, a on na drugi dzień przyszedł normalnie do pracy i ku naszemu przerażeniu, zachowywał się, jakby właśnie wrócił z kina. Właśnie wtedy zaczęliśmy się go bać.
      Drugiego psychologa poznałem też na studiach i była to młoda, prześliczna kobieta, która prowadziła dla nas odpowiednie zajęcia. Byliśmy w niej wszyscy zakochani, a ponieważ nie potrafiliśmy naszych uczuć ukryć, ona też nie była w stanie się skupić na swojej pracy i siedziała wiecznie zaczerwieniona i zawstydzona, i w tak miłym nastroju minął nam cały rok. Później znów psychologów przez kilka dobrych lat nie widziałem, aż wreszcie przyszły lata dziewięćdziesiąte i tak jak pojawiły się owoce kiwi, demokracja, pieniądz, windykacja, Internet i sklep, tak samo, jak grzyby po deszczu, zaczęli pojawiać się psycholodzy.
Moje dzisiejsze doświadczenia na wspomnianym polu, wbrew pozorom, są zupełnie nie najgorsze. Znam dziś trzy osoby, które – przynajmniej z mojego punktu widzenia – reprezentują tę właśnie branżę. Jedną z nich jest mój dobry kolega, który jest tak zwanym psychoterapeutą. O ile mi wiadomo, jest on bardzo wybitnym specjalistą, a wiem to stąd, że mnie kilka razy prosił o pomoc w tłumaczeniu pewnych materiałów i właśnie z tych materiałów wynikało, że on musi być zawodowo umocowany wystarczająco wysoko, żeby mieć tę satysfakcję. Poza tym, nie mam pojęcia, co u niego słychać, bo kiedy rozmawiamy, on o swojej pracy praktycznie w ogóle nie wspomina. Zresztą podobnie jak ja o swojej. Raz jeden chyba zdarzyło się, że wspomniał coś o sprawach związanych z branżą i poinformował mnie, że gdyby mi słabo szło w nauczycielstwie, mogę zawsze zostać psychoterapeutą. Przepisy bowiem są takie, że tu akurat dobre chęci i pasja na ogół zupełnie wystarczają.
      Drugą znajomą mi osobą, której profesja zaczyna się od przedrostka psy- jest autentyczny psychiatra. Jest to człowiek, z którym w pewnym momencie wspólnie słuchałem muzyki, a o którego psychiatrycznych talentach wiem tyle, że osobiście wyleczył jedną moją bardzo bliską koleżankę z choroby, która – przynajmniej z mojego punktu widzenia – była absolutnie dewastująca. Ona była chora tak, że ja czegoś podobnego wcześniej nie mogłem sobie nawet wyobrazić, a on ją wziął i wyleczył. Ot tak! Więc jest tak, że jeśli myślę o potędze psychiatrii, wspominam właśnie jego i w tej już kwestii nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń.
Jest też w moim otoczeniu jedna pani psycholog. I ona akurat, jako że należy do rodziny, jest mi z nich wszystkich osobą najbliższą.. Nie mam pojęcia, czy z niej jest psycholog dobry, zły, czy bylejaki. Kiedy też słucham jak ona rozmawia z moją najmłodszą córką, to odnoszę wrażenie, że w tym całym gadaniu nie ma nic takiego, czego ja sam bym nie umiał, albo nie wiedział. Z drugiej jednak strony też wiem, że z jakiegoś powodu moja córka bardzo lubi z nią rozmawiać. I że może być tak dlatego, że nikt nigdy i nigdzie jej nie traktował i nie traktuje z taką sympatią, jak ta moja krewna. I że kiedy one gadają, to ani przez moment nie można się zorientować kto tam jest ten ważniejszy. Więcej – jeśli już, to gwiazdą jest w tym duecie moje dziecko. I że z całą pewnością jest tą gwiazdą nie dlatego, że nią w ogóle jest, albo dlatego że chce, ale dlatego że została w tej roli ustawiona.
      A więc, jak mówię, jeśli idzie o wszystkich psy-, z którymi mam do czynienia, radzę sobie zupełnie dobrze. Gorzej jest, kiedy oglądam ich w telewizji, albo czytam to co mają do powiedzenia w gazetach. I nawet nie muszę wracać wspomnieniami do zmarłego już Andrzeja Samsona, ani do wszystkich bardzo elokwentnych jego oklaskiwaczy, żeby przedstawić swoją tu tezę. Nie muszę, dlatego że mam bardzo silne przekonanie, że w ciągu ostatnich lat nie było w naszej przestrzeni publicznej takiego wysypu pustego, niczym nie podpartego mądrzenia się, jak w przypadku właśnie psychologów. I również, w ciągu całej tej naszej najnowszej historii, nie udało mi się zauważyć grupy zawodowej, która miałaby tak nieprawdopodobne, a jednocześnie niczym nieusprawiedliwione parcie na ekran. Każdego dnia możemy oglądać co raz to innych socjologów, politologów, prawników, czy nawet jakichś trzeciorzędnych artystów. I każdego dnia możemy być świadkami pustki wręcz nieporównywalnej z niczym innym. Z jednym wyjątkiem. Zawsze jest szansa, że w tym całym tłumie zaplączą się jacyś psycholodzy i dopiero oni nas porażą.
      Dowiadujemy się na przykład, że gdzieś w Niemczech, czy w Finlandii jakiś szaleniec zastrzelił 10 osób. Natychmiast pojawia się jakaś mądra pani psycholog, którą media poproszą, żeby nam opowiedziała, co to się stało w głowie tego nieszczęśnika. I oczywiście natychmiast usłyszymy odpowiednią diagnozę. Gdzieś ktoś zakatował na śmierć swoje dziecko. Natychmiast przed kamerą siada jakaś kolejna wystrojona pani i przedstawia analizę i duszy tego dziecka i duszy tych dziwnych rodziców. Co tam mordercy i sadyści! Spali się ludziom dom, a już mamy kolejnego psychologa, który nam opowie, co czują ludzie, którzy stracili dom. Okaże się, że gdzieś jakiś bank naciągnął kolejną rodzinę. Proszę bardzo – już mamy kolejkę psychologów chcących wyrazić opinie na temat stanu psychicznego owej rodziny. Przecież to jest zupełnie tak samo, jakby do telewizji zaprosili jakiegoś lokalnego kardiologa, pokazali mu moje zdjęcie i zapytali mnie, jak on by mi pomógł. Ja wiem, że przede wszystkim żaden porządny kardiolog nie przyszedłby do telewizyjnego studia, żeby stawiać diagnozy ludziom, których nawet nie widział na oczy. Ale jest przecież oczywiste, że nawet gdyby został jakoś w to wmanewrowany i otrzymał tego typu pytanie, to by się z całą pewnością popukał w czoło. Dlaczego? Bo jest lekarzem a nie czarownikiem. Tymczasem telewizyjne studia w ostatnich latach aż gotują się od najróżniejszych psychologów, często – jeśli wnioskować po wyglądzie – ledwo co po studiach, którzy mądrzą się na każdy możliwy temat, a biedni ludzie kiwają z podziwem głowami, że jacy to niektórzy potrafią być mądrzy.
      Nie widziałbym żadnego sensu pisania tego tekstu, gdybym miał poprzestać tylko na przedstawieniu tego, jak się rzeczy mają. Musimy się bowiem zastanowić, co to się stało, że wśród tych w wszystkich przedziwnych zjawisk, jakie 20 lat temu zaczęły wpadać do Polski tak szeroką falą ze świata, który to co my przechodzimy ma już dawno za sobą, jest też całe to psychiatryczne szaleństwo. Mam tu pewną teorię, do której, choć pozostaje ona wyłącznie teorią i to może aż nazbyt kontrowersyjną, jestem bardzo przywiązany. Otóż kapitalizm, taki jakim go znamy, jest dokładnie taką samą bzdurą, jaką był kiedyś socjalizm. Kiedy przed laty słyszeliśmy bajki o tym prawdziwym socjalizmie – tym prawdziwym i sprawiedliwym – który dopiero nadejdzie, i bajki o tym, że to co jest to jeszcze nie to, ale że już za chwilę zza rogu wyłoni się ten mesjasz, tak samo jest i z dzisiejszym z kapitalizmem. Wciąż się nam powiada, że wprawdzie tu, w Polsce, my dopiero zaczynamy, że to jeszcze jest taki kapitalizm dziki i nieokrzesany, ale przecież wiadomo, że na przykład w Nowej Zelandii, czy gdzieś w Szwajcarii, czy w cholera wie jakim innym zakątku świata, wszystko jest git. I że jeśli tylko będziemy mieli dobry, liberalny rząd, złożony z uczciwych i zdeterminowanych ministrów, i korzystający z rad porządnych ekonomistów, u nas też zapanuje równowaga.
      Tymczasem, jeśli się przyjrzeć nie teoriom, ale ludziom i tu w Polsce i tam w tej Nowej Zelandii, to musimy dojść do wniosku, że oni wszędzie mają dokładnie tyle samo do gadania, co w każdym innym miejscu na świecie. Mogą oczywiście głosować w wyborach i niekiedy wyrazić swoją opinię, ale – jak idzie o kwestie podstawowe – to mają przede wszystkim chodzić do pracy, w tej pracy pracować dokładnie tak jak im się każe, wieczorem, w większym lub mniejszym stanie wzburzenia i rozczarowania, wracać do domu, a po tych pięciu dniach stresu, mogą iść na zakupy. Pisałem już o tym w tym miejscu wielokrotnie i mogę to powtórzyć parę razy jeszcze. Tak jest ułożony ten świat, że innej opcji właściwie nie ma. I im bardziej rozwinięty jest dany kraj, im bogatszy i z im większą ofertą, tym bardziej dramatycznie układa się ten tydzień, ten miesiąc, ten rok. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wielkość owej oferty jest też wprost proporcjonalna do tego wysiłku. Im człowiek jest mocniej trzymany za gardło, tym więcej rozrywki, zabawy i najróżniejszych gadżetów mu się oferuje. A jednocześnie tym niższego poziomu owa rozrywka i owa zabawa sięgają.
      Jak wiadomo, uczę angielskiego. Przez te wszystkie lata, miałem stałą możliwość obserwowania poziomu intelektualnego młodzieży zarówno tej mądrej, jak i tej głupszej. Ale również wielokrotnie miałem kontakt z dziećmi wręcz wybitnymi. Dziećmi, które mają przed sobą bardzo jasno określoną przyszłość, dzieci uczące się języka nie po to by go znać, ale żeby wygrać olimpiady i dostać się na najlepsze studia. Nikt mi nie chce wierzyć, kiedy opowiadam ilu z tych wspaniałych, sympatycznych, inteligentnych osób nie miało na przykład pojęcia co znaczy słowo Bitlesi, albo kim był Shakespeare. Pamiętam kiedyś, jeszcze z starej komuny, znalazłem gdzieś informację, że szokująco duży odsetek amerykańskiej młodzieży uważa, że jajka są robione w fabryce. Tak jak coca-cola, czekolada, czy buty. To, o ile sobie przypominam, było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy my tu w Polsce zaśmiewaliśmy się z żartów Allena o psychoanalitykach. No i już to prawie też mamy.
      Trzeba się uczyć, pracować, mieć dużo pieniędzy i nie zwariować. A jeśli komuś coś na tym polu nie wychodzi, to powinien skorzystać z porad czarownika. Czarownik ten może występować w każdej postaci. Może to być wróżka stawiająca horoskopy, człowiek z wahadełkiem, telewizyjny teleturniej, dziewczyna z ogłoszenia, esemesowy konkurs, a jak ktoś jest bardziej ambitny, to nawet siłownia, lub Towarzystwo Diamentowej Świadomości, czy coś podobnego. Dla ludzi stąpających bardziej po ziemi, pozostają psychiatria, psychologia i psychoanaliza. Psychiatria dla tych, którzy nie wytrzymali, psychoanaliza dla tych, którzy nie wytrzymują, a pani psycholog dla tych, którzy się boją, że mogą nie wytrzymać. Bo żyć trzeba, a skoro – jak mówią nawet ludzie pobożni i zorientowani bardzo tradycyjnie – nie wiadomo nawet czy Jezus był autentycznym Zbawicielem, czy wyłącznie symbolem, okazuje się że to życie to nie lada wyzwanie.
Za oknem przepiękny śnieg. Wśród tych płatków widzę czary. Ale to nie są te czary, o kórych uczą na naszych uniwersytetach, lub opowiadają mi w telewizji.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam się dzieja rzeczy niezwykłe, no a przy okazji można znaleźć i moje książki.


czwartek, 8 października 2015

Dlaczego pedofile nie lubią dziewczynek?

Główne media podały wczoraj, że więzienie w Grudziądzu, po tym jak ten odsiedział swój wyrok, wypuściło na wolność pedofila, który jeszcze tego samego dnia wytropił gdzieś na mieście dziewięcioletnie dziecko, walnął je kawałkiem cegły w głowę, zaciągnął do bramy, a następnie brutalnie zgwałcił. Na tyle na ile znam poziom polskiego dziennikarstwa, jest bardzo możliwe, że brutalność owego gwałtu to jeszcze jeden jakże typowy tani greps, jednak nie zmienia to faktu, że w rzeczy samej oni go wypuścili, on tylko na to czekał, a polskie państwo, jak to ostatnio bywa zbyt często, okazało się ruiną.
W czym rzecz? Otóż wedle relacji telewizji TVN24, ów pedofil został wypuszczony z więzienia przede wszystkim oczywiście dlatego, że skończył mu się wyrok, ale również dzięki temu, że odpowiednio wcześniej zrealizował tak zwany (tu dokładny cytat) „indywidualny program terapeutyczny” i to zrealizował go na „dobrym poziomie”. A więc, jak się domyślam, kiedy jego pobyt w więzieniu w Grudziądzu dobiegał końca, został on otoczony opieką całej grupy wybitnych psychologów, psychiatrów, psychoanalityków, oraz psychoterapeutów, przede wszystkim zapewne wyszkolonych w badaniu osobowości pedofilskich, którzy poddali go całej serii odpowiednich badań, przeprowadzili z nim dziesiątki równie odpowiednich wywiadów, kazali mu wypełnić dziesiątki bardzo sprytnie opracowanych ankiet… no i okazało się, że on ich wszystkich najzwyczajniej w świecie zrobił w trąbę. Zrobił ich w trąbę, oni mu postawili wspomnianą czwórkę, ten ruszył w miasto i z miejsca zaczął rozglądać się za jakimś chłopaczkiem.
Oglądałem w swoim biednym, starym, wysłużonym telewizorze relację z owego zdarzenia i w pewnym momencie usłyszałem, jak rzecznik prasowy więzienia w Grudziądzu wyjaśnia, że zwalniając pedofila, oni byli naprawdę bardzo zapobiegliwi, bo wcześniej – a może zaraz po – wysłali list do miejscowej policji z odpowiednią informacją i prośbą, by tamci mieli na człowieka oko. Jak się okazało, ten jednak był szybszy, jednak nie zmienia to faktu, że wszystkie procedury zostały jak najbardziej dochowane: wyrok się skończył, psychologowie wydali opinię, pedofil został zwolniony, policja została powiadomiona… no a że gówniarz się bez sensu kręcił po mieście, to już naprawdę niczyja wina.
A zatem, mamy dwie kwestie, które powinny zostać wspomniane i wyjaśnione. Pierwsze to oczywiście problem tych tak zwanych „psy-”. Ja na nich mam oko od wielu już lat, raz nawet poświęciłem im osobny tekst – http://toyah1.blogspot.com/2010/02/puk-puk-dzis-w-sprawie-duszy.html – w którym określiłem ich mianem najbardziej bezczelnych szarlatanów i kłamców, i również dziś, kiedy tylko słyszę informację, że doszło do jakiegoś nieszczęścia i ktoś tam został natychmiast oczywiście otoczony opieką bandy psychologów, ogarnia mnie żądza mordu. I dziś również nie mogę czuć nic innego jak czystą satysfakcję, kiedy oni sami, czarno na białym, pokazują światu, jakimi są głupcami.
Druga rzecz jest już znacznie poważniejsza. Otóż, kiedy po raz nie wiadomo który, z każdej strony widzę kolejnych urzędników, którzy z zaciśniętymi zębami i pięściami tłumaczą mi, że wszystkie procedury zostały zachowane i jeśli są jakiekolwiek pretensję, to one powinny być kierowane do Antoniego Macierewicza, to ja po raz kolejny powtarzam: to państwo jest w kompletnej ruinie, i każdy kolejny dzień trwania tej sytuacji sprawia, że kiedy wreszcie oni znikną, my będziemy mieli jeszcze trudniej.
No i jeszcze coś. Gdy nadejdzie ten dzień, nie będzie żadnej litości. A kiedy będziemy wspólnie czekać na ów moment, proponuję intelektualne ćwiczenie: czemu oni wolą chłopców?

Tradycyjnie już przypominam, że moje książki są do nabycia na stronie www.coryllus.pl

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...