Pokazywanie postów oznaczonych etykietą talent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą talent. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 sierpnia 2022

O ludziach z jednym talentem i pół

 

     Niedawno, przez media, które nas tak strasznie zajmują, przeleciała wiadomość, że Roger Waters, jeden z leaderów popularnej grupy rockowej Pink Floyd, dziś z przymusu prowadzący wyłącznie działalność solową, w wypowiedzi dla telewizji CNN wygłosił opinię, że ponieważ on bardzo źle znosi przedłużającą się wojnę – co do której, jak rozumiem, miał nadzieję, że skończy się zwycięstewm Rosji już po trzech dniach – pomiędzy Ukrainą a Rosją, proponuje by Ukraina się jednak poddała i przestała światu zawracać głowę. To że akurat Rogers Waters wygłosił tę opinię, mnie właściwie nie zdziwiło. Przede wszystkim ja wciąż pamiętam, jak on parę lat temu podczas swojej trasy koncertowej na wielkim telebimie wyświetlał nazwiska swoich osobistych wrogów, wśród których był zarówno Jarosław Kaczyński jak i Władimir Putin, z tym że Putin uprzejmie ujęty w znak zapytania, i to pozwoliło mi uznać że Roger Waters jest klasycznym komunistą, z tych co wprawdzie wciąż bardzo pragną by na świat spuścić deszcz prawdziwego szczęścia, tyle że be zkonieczności użycia bata. I to mi o owym artyście powiedziało na tyle dużo, bym się nie musiał dziwić, że tamten znak zapytania ostatecznie wygrał i Władimir Putin z owej listy hańby zniknął.

        Drugim powodem, dla którego wystąpienie Rogera Watersa mnie nie zaskoczyło jest to, że ja od dawna mam świadomość, że tak zwani ludzie kultury i sztuki to gatunek, po którym nie można się spodziewać absolutnie niczego ani dobrego ani mądrego, a zwłaszcza gdy chodzi o kwestie polityczne. Oni wszyscy, dopóki ich świat, a więc świat kultury, będzie uzależniony od budżetów, które znajdują się w rękach światowego lewactwa, będą owo lewactwo wspierać na każdym możliwym poziomie, nawet jeśli od czasu do czasu nie do końca zrozumieją pewnych niuansów.

        I tu pojawia się coś, co mnie akurat u Rogera Watersa zaskoczyło. Otóż ja bym sie nigdy nie spodziewał, że on jest aż tak głupi, by nie zorientować się skąd i jakie wieją wiatry.  Nie jestem w stanie pojąć jak to możliwe, że ktoś, jakoś tam jak było nie było, umocowany w systemie nie zauważył, że dziś lewactwo jest wprawdzie nadal dobre, tyle że już nie pod przewodnictwem Kremla. Więc to trochę mnie zdziwiło, mniej więcej tak jak zdziwiła mnie pozycja zajęta wobec agresji Rosji na Ukrainę przez Amnesty International.

        Jak wspomniałem wystąpienie gitarzysty basowego Rogera Watersa przez chwilę zdominowało naszą scenę publiczną i to do tego stopnia, że nawet media dotychczas nadzwyczaj jemumu i reprezentowanemu przez niego środowisku przychylne, go zbeształy. Doszło wręcz do tego, że sam Onet opublikował osobną i specjalnie wybitą na czołówce opinię, że oto właśnie okazało się, że nie wystarczy mieć artystyczny talent, by być człowiekiem mądrym. Oczywiście sam fakt, że oni zdali sobie z tego sprawę dopiero dziś, gdy Roger Waters cudownie bezmyślnie opowiedział się po stronie Rosji, tym samym stając obok popularnego amerykańskiego aktora Stevena Seagala, że to iż ktoś ładnie śpiewa, czy gra na gitarze nie musi go równocześnie chronić przed byciem idiotą, świadczyć musi o tym, że owo zdziwienie jest jak najbardziej również objawem skrajnego zidiocenia. Wszak, jak sądzę, każdy z nas tu się gromadzących wie znakomicie, że jest wręcz odwrotnie. Podstawową bowiem ceną za to, że Dobry Bóg obdarzył człowieka talentem czy to teatralnym, czy też wokalnym, czy pisarskim, malarskim, muzycznym, czy jakimkolwiek innym, który czyni z tego człowieka wyłącznie towar dla tych którzy zachcą zapłacić, jest to że oni najczęściej nie będą mieli siły na nic więcej jak tylko udawanie że są kim innym niż są w rzeczywistości.

       Myślę że o tym co właśnie przypomniałem, mieliśmy tu okazję już rozmawiać, natomiast zapewniam szczerze, że bym do tej kwestii dziś nie wracał gdyby nie coś, co się właśnie wydarzyło, a na mnie zrobiło równie wielkie wrażenie jak Roger Waters zachęcającyć rząd Ukrainy do złożenia broni. Nie wiem ilu z nas interesuje się tenisem na tyle by wiedzieć kim jest Hubert Hurkacz, czy nawet Iga Świątek. Jest jednak tak, że Iga Świątek jest dziś najlepszą tenisistką na świecie, a Hurkacz pewnym krokiem zmierza w tym kierunku, co dla na Polaków jest powodem wielkiej dumy i radości. Oto więc, prosze sobie wyobrazić Huber Hurkacz zamieścił na Twitterze następujący komunikat, jak widzimy w języku angielskim:

„Each ace that I hit during the US Open Series swing also equals 100 euro to The Great Orchestra of Christmas Charity to help supply Ukraine with medical aid. I hope to serve as many aces as possible until the end of the US Open”.

       Deklaracja Hurkacza wywołała generalnie entuzjastyczne reakcję, gdzie sympatycy tenisa określili Hurkacza mianem wręcz anioła, ja natomiast  jestem autentycznie wstrząśnięty tym, czego jestem świadkiem. Oto mamy człowieka, który dzięki swojemu sportowemu talentowi zarobił dotychczas niemal 8 milionów Euro i oto ten sam człowiek deklaruje swoje poparcie dla walczącej Ukrainy i szczodrym gestem przeznacza dla owej Ukrainy paręnaście – i to tylko pod warunkiem, że uda mu się wygrywać – tysięcy Euro, i na dodatek jeszcze ten gest serca publicznie ogłasza. 100 Euro za jednego asa, to w najlepszym wypadku jakieś dwa tysiące dolarów za mecz, powiadam – w najlepszym, bo często to jest zero, na tle 8 milionów majątku. Ja rozumiem, że gdyby Hurkacz ogłosił, że on, poruszony nieszczęściem jakie dziś spotyka Ukrainę, za każdego asa wyśle na Ukrainę tysiąc Euro, albo, tak jak Iga Świątek, zorganizuje wielki turmniej z udziałem kolegów tenisistów, z którego cały dochód zostanie przeznaczony na pomoc dla Ukrainy. Ja bym, szczerze powiedziawszy nie miał nic przeciwko, gdyby on, wzorem Igi Świątek przyczepił do swojego stroju niebiesko-żółtą wstążeczkę i z nią występował. Powiem więcej, ja bym nawet się nie unosił, gdyby on faktycznie za każdego strzelonego asa, wysyłał na Ukrainę 100 dolarów, byleby przy tym nie informował o tym całego świata. Przynajmniej ów świat, dzięki jego przebiegłości nie musiałby wiedzieć, jak żałosny z Hurkacza jest dusigrosz.

       No ale nic z tego się nie wydarzyło. Hurkacz postanowił, że będzie na Ukrainę wysyłał kilkaset dolarów dziennie i zrobi wszystko by wszyscy się o tym dowiedzieli, ale mało tego. On uznał, że najbezpieczniej będzie jeśli te jego sto, dwieście, czy tysiąc dolarów przejdzie przez konto Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, bo zapewne inaczej one zostaną ukradzione. I to jest coś, co go pogrąża jeszcze bardziej niż owa stówa za asa. Ale i to nie wszystko. Jak widzimy, Hubert Hurkacz swoje oświadczenie opublikował w języku angielskim, sprawiając że tam się nagle pojawiło to coś: „The Great Orchestra of Christmas Charity”. Przepraszam bardzo, ale do kogo on tę akurat informację zaadresował? Czy on naprawdę uznał, że owa The Great Orchestra of Christmas Charity to światowa marka na miarę Rolling Stonesów. Rozumiem że tak, no bo jakże inaczej? A skoro tak, tak i tak, to znaczy że Hubert Hurkacz, wybitnym polski tenisista jest wybitnym głuptasem.

         Ale jest jeszcze coś. Otóż nawet jeśli on jest głupcem, to całkiem cwanym. Dowiadujemy się bowiem, że, gdy chodzi o jego obecną sytuację osobistą, w rubryce „residence” pojawia się nazwa Monte Carlo. A skoro tak, to już możemy mieć pewność, że on wprawdzie za każdego strzelonego asa jest gotów płacić 100 Euro na pomoc dla Ukrainy, on nawet jest chętny by część z tej stówy poszła na The Great Orchestra of Christmas Charity, natomiast woli zdechnąć gdzieś w Monte Carlo, byleby tylko ani jedno Euro z jego zarobionych na tenisie pieniędzy nie poszło do Polski. W końcu, co kurwa?

         A więc, zostawiam nas tu z dwiema refleksjami. Pierwsza to taka, że ludzie z jednym talentem, jak wiemy, są z zasady potępieni. Druga natomiast to ta, że gdy chodzi akurat o Huberta Hurkacza, on tych talentów może mieć nawet półtora.



 

środa, 5 stycznia 2022

Kto się boi Sylwestra Marzeń?

 

Oto właśnie sam Onet przyznał że „Sylwester Marzeń” Jacka Kurskiego odniósł wręcz spektakularny sukces i myślę, że to jest dobry powód, by przypomnieć parę myśli sprzed lat, które, gdy chodzi o mnie akurat, zawsze pozostaną jak najbardziej aktualne. I niech się nikt nie spodziewa, że ja tu będę szydził z tego, co się w tym roku wydarzyło w Zakopanem, bo mam nastrój wręcz odwrotny: otóż w moim najszczerszym przekonaniu, w całej naszej współczesnej rozrywce, zaczynając od piosenki, a kończąc na filmie czy literaturze, nie udałoby się nam znaleźć czegoś równie profesjonalnego na poziomie zarówno realizatorskim jak i wykonawczym. I nie mam tu na myśli, w sposób oczywisty, wybitnego youtubowego artysty Jasona Derulo, czy tym bardziej owego żartownisia Julio Iglesiasa, ale – że wymienię tylko dwoje – Roksany Węgiel, czy zespołu Playboys. Bez względu bowiem na to co nam się akurat wydaje i marzy, póki co w polskiej rozrywce nie objawiło się nic bardziej znaczącego niż to co nam zorganizował Jacek Kurski. A jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech się zapyta ludzi, którzy zjechali do Zakopanego, żeby się bawić. I nie oszukujmy się: to nie byli mieszkańcy podkarpackkich wsi, którzy nie płacą podatków.

Ktoś powie, że to co ja w tej chwili robię jest głupie i nieuczciwe. Ponieważ, choć uważam go za błędny, rozumiem ów argument, bardzo proszę zajrzeć do tekstu poniżej, jeszcze z roku 2017. Jaśniej tego wyjaśnić nie potrafię. Może tylko, gdyby udało mi się gdzieś na youtubie odszukać inny występ tej niezwykłej kobiety z zamieszczonego na samym końcu filmu.

 

 

 

      Przyznać muszę, że nie mam bladego pojęcia, jak to się stało, że przy okazji moich ostatnich notek tu na tym blogu pojawiła się kwestia tak zwanego disco polo, a szczególnie wybitnego przedstawiciela owego gatunku, Radosława Liszewskiego, oraz muzycznego projektu o nazwie Weekend. No ale stało się i trzeba się ustosunkować. Otóż, jak donieśli mi wierni komentatorzy, zamieszczony na youtubie clip prezentujący piosenkę wspomnianego artysty pod tytułem „Ona tańczy dla mnie”, od czasu, jak został tam zamieszczony, uzyskał ponad 80 milionów odtworzeń, co robi wrażenie rekordu na skalę światową. Dla porównania, absolutny przebój wszechczasów, piosenka duetu Wham „Last Christmas”, ma na swoim koncie odtworzeń zaledwie dwa razy więcej.

Rzecz jest w tym, że Radosław Liszewski śpiewa kolejną piosenkę, a cała intelektualnie motywowana Polska nie jest w stanie przyjąć do wiadomości faktu, że tak oto wygląda rynek polskiej piosenki i na to sposobu, że zacytuję mistrza Niemena, znaleźć nie jesteśmy w stanie. Jak się domyślają pewnie czytelnicy tego bloga, osobiście nie jestem fanem ani zespołu Weekend, ani muzycznego gatunku tam realizowanego, niemniej jednak, nie widzę najmniejszego powodu do tego, bym się miał angażować w ów ruch wyszydzania tej akurat części naszej pop-kultury. Rzecz bowiem, moim zdaniem, polega na tym, że to, czy wybieramy muzykę zespołu Pink Floyd, czy twórczość wspomnianego Liszewskiego, tworzy dylemat wyłącznie na poziomie indywidualnych upodobań. Czy lepsze jest „Atom Heart Mother”, czy „Ona tańczy dla mnie”, to kwestia do dyskusji i tego nie zmienią żadne zaklęcia.

Ja wiem, że to nie ma najmniejszego znaczenia, ale, aby przygotować sobie teren do dalszej rozmowy, sprawdziłem na youtubie ilość odtworzeń, jakie zarejestrowała swego czasu moja bezwzględnie ulubiona kompozycja, mianowicie wspomniane „Atom Heart Mother”, i wyszło mi niespełna 500 tysięcy. Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, jak wygląda nasza pozycja przetargowa, gdy chodzi o Liszewskiego w konfrontacji z zespołem Pink Floyd? Ktoś powie, że ci od zespołu Weekend to banda durniów, którzy o niczym nie mają pojęcia, czas spędzają w galeriach handlowych i głosują na 500+. Osobiście uważam, że jest dokładnie na odwrót, ale nie będę się spierał. Załóżmy, że ta akurat diagnoza jest prawidłowa. Fani twórczości spod znaku disco-polo to głosująca na PiS wieś, która w życiu nie miała kontaktu z prawdziwą sztuką i to dla nich choćby ostatnio prezes Kurski zorganizował noworoczną zabawę w Zakopanem. Tyle że co to zmienia w obliczu owych stu milionów odsłon piosenki „Ona tańczy dla mnie” na youtubie?

Wysłuchałem tej piosenki w całości i w pierwszej kolejności oświadczam, że płyty sobie nie kupię. Natomiast już w chwilę potem mogę równie szczerze zapewnić, że tym bardziej nie kupię sobie najnowszej płyty Moniki Brodki z tego oczywistego powodu, że pod względem tak zwanego profesjonalizmu, Radosław Liszewski nie tylko dla wspomnianej Brodki, ale dla całej klasy wykonawców muzyki popularnej w Polsce, stanowi autentyczny kosmos.

Mamy ten cały hip-hop i wykonujących go artystów, których dziś jest tak strasznie dużo, że ja bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że oto właśnie kolejną płytę wydał jeden z moich uczniów. Problem jednak sprowadza się do tego, że ich jest tak strasznie dużo, że na samym szczycie pozostaje dwóch, czy trzech, ale za to oni w swoim gatunku prezentują poziom światowy. Podobnie jest, moim zdaniem, z disco-polo. Zapewne w każdej wiosce w Polsce działa jakiś projekt muzyczny, który gra tego rodzaju muzykę i bardzo liczy na to, że i jemu się uda. Byliśmy niedawno w Zakopanem i proszę sobie wyobrazić, że tam, w każdej restauracji, w każdej knajpie, w każdym barze, od rana do późnej nocy, słychać te same dziesięć piosenek na krzyż, a każda z nich to disco-polo w lokalnym klimacie. Co ciekawsze jednak, każda z tych piosenek, jest naprawdę zagrana i zaśpiewana w najwyższym stopniu profesjonalnie. No i oczywiście, żadna z nich nie jest wykonywana przez zespół Weekend. Weekend i jego lider Radosław Liszewski dostali się na sam szczyt i dziś nie mają najmniejszego powodu, by się przejmować naszymi dylematami. I całe szczęście, bo gdyby oni zechcieli wejść z nami w dyskusję, otworzyliby ją i jednocześnie zamknęli pytaniem: przepraszam bardzo, ale gdzie jest w tym momencie wasze „Atom Heart Mother”?

Radosław Liszewski, decydując się w pewnym momencie swojego życia wystartować w tej niezwykle trudnej konkurencji, ów konkurs wygrał. Ktoś powie, że Pink Floyd też wygrali, no ale proszę zwrócić uwagę na to, że ja się Pink Floyd i tego najczęściej strasznego kiczu nie czepiam. Chodzi mi tylko o to, że wobec sukcesu Liszewskiegoi jego zespołu pod nazwą Weekend my naprawdę nie mamy nic do gadania. I nie łudźmy się. Tu wcale nie chodzi o to, że ponieważ ludzie to lubią, nam już nic do tego. W końcu to już ustaliliśmy: Liszewski nie odkrył niczego nowego. On postanowił wystartować w konkurencji naprawdę mocnej i ją wygrał, a tym samym udowodnił że jest dobry, i to dobry naprawdę. Można by było wręcz powiedzieć, że jest najlepszy. W odróżnieniu od takiej, wspomnianej wcześniej, Moniki Brodki, która pochwalić się może tylko tym, że jest koleżanką pewnego niszowego artysty, który bardzo się o nią stara.

Pisząc kolejne rozdziały mojej książki o podwójnym nokaucie pragnąłem przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że to co my uważamy za dobre, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się bowiem nie to, co nam się podoba, ale to, za czym stoi talent i autentyczna praca, a więc prawda. Czy to jest Justin Bieber, czy Metallica, czy dawny polski big beatowy zespół Chochoły, liczyły się wyłącznie praca i talent, no i czasem oczywiście determinacja. I powtarzam raz jeszcze, to co nam się osobiście podoba, a co nie, ma znaczenie wyłącznie dla naszego dobrego samopoczucia i dla niczego więcej. Bo sukces Biebera i Metalliki, to nie jest nasz sukces. My możemy im tylko albo zapłacić, albo powiedzieć, że tego nie kupujemy. Podobnie jest z Liszewskim, którego klip „Ona tańczy dla mnie” został odtworzony na youtubie ponad 80 milionów razy. Bo nie oszukujmy się. Liszewski to nie jest ktoś, kto pewnego dnia się obudził i zaczął kombinować, co by tu zrobić, żeby mieć fajne życie, kiedy całej wódki świata człowiek i tak nie wypije. Za jego sukcesem stoi ciężka i jak najbardziej uczciwa praca.

Wczoraj tu na tym blogu zamieściłem występ nieznanej mi piosenkarki w nieznanym włoskim barze, śpiewającą nieznana mi piosenkę, i powiem szczerze, że, moim zdaniem, ona jest lepsza zarówno od Liszewskiego, jak i od Pink Floyd i Metalliki razem wziętych, że nie wspomnę o Monice Brodce. Ta nieznana piosenkarka w ogóle, jeśli idzie o moją osobistą wrażliwość i moje muzyczne potrzeby, jest lepsza od wszystkich. I myślę sobie, że Bogu dzięki, że ten klip nie ma ponad 80 milionów odtworzeń na youtubie, bo to by zwiastowało nieuchronną katastrofę. No ale tylko z punktu widzenia mojej wrażliwości i moich potrzeb. Tylko tyle i aż tyle.

Myślę sobie teraz, że jak jej jednak podkręcimy trochę ten licznik, tragedii nie będzie.

 



Ani też tu:


                                  
          I błagam, niech mi nikt nie wspomina o Tomaszu Stańce.

sobota, 11 stycznia 2020

Czy Johnny Cash smaży się w piekle za zabójstwo człowieka w Reno?


        Od kilku dni chodzi mi po głowie muzyczny projekt nazwie Mata, jednak by jakoś zacząć tę notkę, do której, przyznam się uczciwie, przygotowuję się od czasu kiedy jeszcze owego Maty nie było na świecie, krótko opowiem, w czym rzecz. Otóż Mata to warszawskie dziecko, a jednocześnie syn niesławnego Marcina Matczaka, prawnika i działacza totalnej, głównie ulicznej, antypisowskiej opozycji, który – mówię o młodym Matczaku – ni stąd ni zowąd objawił się nam jako nadzwyczaj zdolny rapper, prezentując piosenkę zatytułowaną „Patointeligencja”, która otworzyła worek z szeregiem innych, równie intrygujących. Prawdopodobnie głównie ze względu na ojca i kto wie, czy nie jego finansowe i towarzyskie wsparcie, ów Mata wszedł na rynek polskiego hip-hopu wyrzucanym z wściekłością tekstem, w którym deklaruje, że swoich rodziców nienawidzi i tak naprawdę nigdy nie chciał być białym, bogatym synem białych bogatych rodziców, ale czarnym elementem z blokowisk, a zdecydował się na ten rodzaj kariery, by sprawić przyjemność swoim kumplom z prestiżowego warszawskiego liceum Batorego, którzy, podobnie jak on, nienawidzą swoich bogatych rodziców i też woleliby być czarni i mieszkać na czarnych blokowiskach.
       To jest problem niejakiego Maty, mój natomiast polega na tym, że podczas gdy ów Mata na tle współczesnego hip-hopu – i to nie tylko polskiego –  jest pod każdym względem absolutnym zjawiskiem, jego płytowy debiut, który ma nastąpić jeszcze w tym miesiącu, ma szanse na przejęcie tego rynku za jednym leciutkim zamachem, jego „Patointeligencja” na Youtubie ma miliony odsłon, to cała publiczna dyskusja na jego temat kręci się wokół tego, że jego tato to samo jądro systemu, a szkoła na której tle nakręcił swój klip, grozi mu pozwem. To jest właśnie mój problem i moje zmartwienie.
      Jak wiedzą czytelnicy tego bloga, muzyki – i to muzyki każdej – słucham od zawsze i to słucham tak, że kiedy ona gra, nic nie jest w stanie mnie od niej odciągnąć. A zatem, również w kwestii hip-hopu, jestem jak najbardziej zorientowany i gotów jestem toczyć wszelkie możliwe boje na temat tego, że gdy chodzi o polską sztukę w ogóle, hip-hop – gdyby nie problem językowy – byłby naszym pierwszym towarem eksportowym, a na tym tle, to nieszczęsne dziecko ze swoim talentem świeci jak najjaśniejsza gwiazda. I ponieważ ja lubię muzykę, a nie swoje związane z nią kompleksy, nie obchodzi mnie ani trochę to, kim jest ten Mata, kim jest jego ojciec i wynikiem jakiego układu jest sukces, którym się dziś tu zajmujemy, ale wyłącznie to, że Mata jest czymś absolutnie najlepszym od czasu, gdy na polskiej scenie hip-hopowej pojawił się Taco Hemingway, a już zwłaszcza od czasu gdy się związał z córką Tomasza Lisa i się zwyczajnie skurwił.
       I proszę mi nie tłumaczyć, że ja w ten sam sposób powinienem Matę w jednej chwili odrzucić, bo cała jego kariera, włącznie z tym jego tekstem, który on z siebie wyrzuca w swojej „Patointeligencji” jest wynikiem czystego oszustwa. Otóż ja przede wszystkim od dziecka słucham muzyki, ale też od wcale nie tak niedawna obserwuję tę scenę i wiem, że gdybym miał się zastanawiać, co z tego jest szczere, co porządne, co autentyczne, to bym oszalał i już tylko podśpiewywał sobie piosenkę "Pojedziemy na łów", której nauczyła mnie moja babcia, kiedy byłem jeszcze dzieckiem.
      Główny zarzut pod adresem Maty ze strony tak zwanych poważnych mediów jest taki, że to nie on napisał ów tekst o "Patointeligencji", ale cały projekt jest wyłącznie wynikiem jakiegoś ciężkiego geszeftu, a jeśli ja się tym w ogóle przejmuję, to tylko dlatego, że jestem naiwny jak dziecko. Otóż na ten argument ja mam natychmiast odpowiedź, że dokładnie tak samo jak jestem naiwny, gdy chodzi o tego chłopaczka z Warszawy, jestem też naiwny, gdy chodzi o Rolling Stonesów, Beatlesów, Boba Dylana, ale również Johnny’ego Casha i – last but not least – Pavarottiego. Gdybym ja ich wszystkich miał oceniać tak, jak mi się tu proponuje, bym oceniał Matę, to, jak mówię, ja bym się zajął dłubaniem w nosie, a nie przeżywaniem muzyki. Przepraszam bardzo, ale ile było szczerości i czystej wrażliwości w momencie, gdy wspomniany Johnny Cash – wielki i cudowny artysta – wzruszał ludzi, którzy pozwolili mu zostać milionerem, historią o tym, jak to on zastrzelił gościa w Reno, tylko po to, by patrzeć, jak on umiera? Ile było ludzkiej uczciwości w duecie Lennon – McCartney, gdy oni się swoim fankom prezentowali, jako grzeczni chłopcy, którzy chcą owe dziewczynki zaledwie trzymać za rękę? Ile wreszcie jest prawdy w tym, jak Mick Jagger w wieku 77 lat wciąż śpiewa, że „there’s no money in his coat”? I to, przepraszam bardzo, tym wszystkim moralistom nie przeszkadza?
          Wielokrotnie próbowałem tu dzielić się swoimi refleksjami na temat sztuki, nie tylko muzycznej, ale też literackiej, plastycznej, czy filmowej, dlatego że tak się jakoś złożyło, że ja od dziecka mam tu pewną szczególną wrażliwość i każdy przejaw ludzkiego artystycznego talentu, który nie został zakopany, porusza mnie bardzo. I nigdy nie potrafiłem zrozumieć ludzi, którzy próbują ze mną dyskutować, tylko po to, by się popisać swoimi przemyśleniami zupełnie z tematem nie związanymi. Ciekawe przy tym jest też to, że choć ja naprawdę bardzo szanuję każdy przejaw owego wykorzystanego talentu, i nieważne czy mówimy o talencie braci Golców, Roalda Dahla, Leonarda DiCaprio, czy wreszcie syna tego durnia Matczaka, to ja od zawsze twierdziłem, że świat jest tak skonstruowany, że z jednej strony jesteśmy my, a z drugiej te wszyscy pajace, które mają nas zabawiać, a my tym którzy robią to najlepiej, płacimy najwięcej. I nawet do głowy by nam nie przyszło, by któregoś z nich zaprosić do siebie na niedzielny obiad.
       Ja natomiast, gdy tylko ukaże się płyta młodego Matczaka, to ją sobie kupię i ani przez chwilę nie będę dumał, kto i ile na to coś wyłożył. Ale też nie będę się emocjonował ani tymi historiami, które to dziecko z siebie wypluwa, ani jego mniej lub bardziej szczerym do tego wszystkiego stosunkiem, bo mnie tu interesuje tylko to, że to jest fantastyczny hip-hop, czyli zaledwie pewien format, a jeśli ktoś tam chce widzieć coś więcej, to jest już tylko jego problem.
      Na koniec jeszcze jedna refleksja. Otóż pierwszy raz jak wspomniałem o młodym Matczaku, to było na Facebooku w formie zalinkowanego klipu, oraz komentarza, że stary Matczak to idiota, ale powinien się cieszyć, że ma zdolne dziecko. Proszę sobie wyobrazić, że ów wpis skomentowało kilku moich dobrych znajomych i każdy z nich sądził, że ja z Maty szydzę. Zachęcam więc wszystkich również tutaj, do tego by, gdy chodzi o sztukę, albo ją przeżywali na poważnie, albo machnęli na nią ręką. Tu naprawdę nie ma przymusu. A poza tym, jak wszyscy wiemy, to dla artystów - no i prawników, by pozostać w temacie Matczaka - akurat jest przyszykowane specjalne miejsce w piekle.



środa, 3 października 2018

O sensach i ich braku


       Niedawno bardzo wrzuciłem tu tekst o tym, jak to legenda muzyki popularnej Paul McCartney, wydawszy swoją nową płytę, by liczyć na to, że ona się jako tako sprzeda, musi uciekać się do pomocy Jimmy’ego Kimmela, gwiazdy amerykańskiej telewizji ABC, który sprzedaje mu swój czas antenowy, no i dba bardzo o to, by widzowie dowiedzieli się tego, że ów Paul McCartney wydał nową płytę, że ona jest podobno bardzo dobra i że warto ją nabyć nie w ramach abonamentu Spotify, ale normalnie, w sklepie. Choć wciąż uważam, że tamten tekst był naprawdę ważny i cenny, w większości wypadków został potraktowany wyłącznie jako dalszy ciąg mojego niedawnego sporu z Coryllusem i w związku z tym wszystko co chciałem powiedzieć na temat rynku treści i szans jakie mamy, by ów rynek rozedrzeć na pół, w jednej sekundzie szlag trafił i zostałem z pustymi rękoma.
       Choć mam poważne obawy, że i tym razem efekt może być słabszy od zamierzonego, spróbuję może raz jeszcze pokazać, jak sytuacja się prezentuje w rzeczywistości, a i to w rzeczywistości najlepszej z możliwych, a więc takiej, gdzie przynajniej jeszcze jakieś drogi pozostały otwarte. Jak być może część Czytelników pamięta, jeden rozdział swojej książki „Rock and roll czyli podwójny nokaut” poświęciłem działającemu w Internecie projektowi o nazwie „Mahogany Sessions”, gdzie regularnie możemy oglądać kolejnych, młodych i najczęściej kompletnie nieznanych artystów prezentujących swoje talenty, talenty – co warto podkreślić – najczęściej absolutnie unikalne. „Mahogany Sessions” to projekt brytyjski, natomiast, o czym dowiedziałem się stosunkowo niedawno, tego samego typu pomysł by prezentować nieznane, a wybitne talenty, realizują też Amerykanie, tu akurat pod nazwą „Tiny Desk Concert”. Jak mówię, pomysł jest bardzo podobny, z tą różnicą, że podczas gdy Brytyjczycy puszczają wyłącznie videoclipy, Amerykanie zapraszają poszczególnych artystów do swojego studia, urządzonego na wzór bardzo gustownej biblioteki, i ci się tam skutecznie prezentują, właśnie w formie maleńkiego koncertu.
      Ale jest jeszcze coś. Z tego co zdążyłem zauważyć, repertuar amerykański jest znacznie, znacznie szerszy. O ile bowiem Brytyjczycy przedstawiają głównie tak zwaną popularną alternatywę, tamci nie boją się niczego, włącznie z muzyką ściśle poważną. I oto, proszę sobie wyobrazić, że wczoraj trafiłem na coś takiego.



      A więc teraz, już na zakończenie, powtarzam swoje powracające jak zły sen pytanie, jakie szanse ma ta niezwykła istota, by wejść na szczyt, albo choćby znaleźć się u jego stóp? No i to drugie – jakie szanse mamy my?
      Na koniec pragnę złożyć pewne oświadczenie, wyłącznie dla osób korzystających z portalu szkołanawigatorow.pl. Otóż dzisiejszy tekst jest tu już moim ostatnim. Proszę bardzo nie traktować tego jako gestu pod adresem mojego serdecznego kumpla Coryllusa, któremu wiele zawdzięczam i z którym, mimo szeregu ostatnio spięć, pozostaję w jak najlepszej komitywie. Jego niedawne uwagi, jakoby mój udział w przedsięwzięciu pod nazwą „Szkoła Nawigatorów” miał wartość ujemną i wyłącznie szkodził jego interesom, nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Rzecz natomiast w tym, że ja bardzo źle znoszę to co się tu wyprawia i powiem szczerze, że kosztuje mnie to zbyt wiele nerwów, by się tu dłużej udzielać, zwłaszcza w sytuacji gdy większość chętnych do komentowania moich notek już dawno powyrzucałem i dziś to już jest zaledwie kilka, wciąż tych samych osób, których w porywach, tak jak to miało miejsce wczoraj, może się znaleźć nawet 15.  A zatem od jutra, jeśli ktoś ma ochotę, zapraszam wyłącznie na swój blog pod adresem www.toyah.pl. Dziękuję.


piątek, 27 lipca 2018

Jeszcze raz o talentach, czyli ostatni Mohikanie


       Kilka dni temu mój kolega Coryllus zamieścił na swoim blogu tekst, którego podstawowej treści już nie pamiętam, natomiast owszem pamiętam, że tam się w pewnym momencie pojawiła kwestia talentów, które otrzymaliśmy od Boga i złych ludzi, którzy próbują nam owe talenty z głów, serc i dusz wyperswadować, i pewnej niewidomej pieśniarki, na którą Coryllus wpadł podczas swojej niedawnej wizyty we Wrocławiu, a która zrobiła na nim tak duże wrażenie, że on się tak przejął, że na chwilę zdecydował się nawet odłożyć na bok stosunki polsko-tureckie w XV wieku, czy coś w tym temacie… przepraszam, ale raz że, jak mówię, nie pamiętam, a dwa, że się nie znam… by o tym wspomnieć. A ja, z kolei, w ramach swoich codzinnych zajęć, wpadłem na coś podobnego i uważam, że wypada mi się swoim odkryciem podzielić. Oto mamy Stany Zjednoczone, Kaliformię, miejscowość o znanej nam wszystkim nazwie Santa Monica, a tam coś takiego:



       Rzecz polega na tym, że my tu wszyscy jesteśmy strasznie mądrzy, zajmujemy się sprawami, które nie cierpią zwłoki, no bo, wiadomo, że świat w potrzebie, tymczasem mamy tu tę dziewczynkę z jej instrumentem i wspomnianym już talentem i, przepraszam bardzo, ale tak naprawdę, poza tym nic się nie liczy. A jeśli komuś brakuje w tym dzisiejszym tekście polityki, to proszę bardzo. Otóż ten cały Trump ma naprawdę łatwo. Nawet jeśli przyjmiemy, że to głupek, niedorobiony biznesmen i wreszcie prezydent z przypadku, to ja jestem gotów na każde owo słowo z pokorą skinąć głową. Rzecz jednak w tym, że nawet Barak Obama nie był w stanie powstrzymać tego, co tu widzimy i słyszymy.
        Niektórzy mają łatwiej.

Gdyby ktoś miał ochotę nabyć którąś z moich książek, to informuję, że oba „toyahy” są już dawno wyczerpane, „Listonosz”, czeka na ewentualny dodruk, a „Licho” też się już sprzedało i dodrukowywane póki co nie będzie. Natomiast polecam „Marki, dolary, banany”, „Rock and roll”, „39 wypraw”, no i „Listy od Zyty”. Wszystko jest do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, natomiast jeśli ktoś życzy sobie dedykację, to zapraszam do siebie: k.osiejuk@gmail.com  

    

sobota, 24 czerwca 2017

Czy Wojciech Młynarski był lepszy od Led Zeppelin?

     Od śmierci Wojciecha Młynarskiego minęło wystarczająco dużo czasu, by wielu z nas zapomniało, że ktoś o tym nazwisku kiedykolwiek istniał, ja jednak odświeżyłem swoją pamięć, gdy chodzi o twórczość tego człowieka i chyba po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, że – pomijając oczywiście okres związany bezpośrednio z doraźną polityką, co musi się okazać zgubne zawsze i dla każdego artysty – on z każdym rokiem był coraz lepszy, co, słowo daje, zdarza się naprawdę niewielu. Słuchałem więc ostatnio piosenek Młynarskiego, oglądałem jego występy i dochodzę do wniosku, że gdy chodzi o sztukę artystyczną w ogóle, Polska nie miała nigdy nic choćby zbliżonego do poziomu talentu, jaki prezentował Wojciech Młynarski. Mało tego. Moim zdaniem, współczesny świat nie miał okazji zbyt często przeżywać czegoś takiego, co by choćby zbliżało się poziomem do sztuki Wojciecha Młynarskiego.
     I nie będę oczywiście ukrywał, że zdaję sobie świetnie sprawę z tego, kim był Młynarski w życiu prywatnym, jak wielka przepaść istniała między jego twórczością, a jego dokonaniami na poziomie dnia codziennego – co, swoją drogą, stanowi osobny temat do poważnych bardzo rozważań – ale też, jakby i tego było mało, pamiętam bardzo dobrze jego aktywność publicystyczną w ostatnich latach. Nie zmienia to jednak faktu, że przez pewien czas mieliśmy okazję być świadkiem czegoś, czego skala wykracza poza wszystko, co Polska zdołała w tej akurat przestrzeni wyprodukować.
      Ktoś spyta, skąd się wziął w ogóle temat dziesiejszej notki. Oczywiście, przede wszystkim poszło o Młynarskiego, którego koncertu miałem okazję wysłuchać, a tam przede wszystkim piosenkę pod tytułem „Nie mam jasności w temacie Marioli”. Przyznaję szczerze, że jeśli ja znałem naprawdę mnóstwo jego piosenek, to jednak tych głównie starszych i wydaje mi się, że to jest kwestia zarówno wieku, jak i mojego dość szczególnego zainteresowania muzyką. Po prostu w pewnym momencie uznałem, że wystarczy i  Młynarskim interesować się przestałem. No i wygląda na to, że przez ten gest ominęła mnie znaczna część tego, czego przegapić zwyczajnie nie wypadało, w tym owo „Nie mam jasności w temacie Marioli” i czuję geniusz.
     No ale to też nie wszystko, a jednocześnie koniec tych rozważań. Wraz bowiem z Młynarskim napięcie urosło do tego poziomu, że na scenę musiału już tylko wkroczyć moje ukochane Led Zeppelin ze swoim „Dazed and Confused”, a w nim owa równie intrygująca fraza: „Soul of a woman was created below”. Przepraszam bardzo, ale – choć biorę pod uwagę możliwość, że to się już wkrótce zmieni – jak na dziś, ja się nie dziwię, że Wojciech Młynarski w pewnym momencie swojego życia oszalał. Naprawdę nie jest łatwo żyć ze świadomością talentu, z którym nie wiadomo, co zrobić, i nikogo to doprawdy nie interesuje.
      Pucio, pucio.



Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek, które są do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam z całego serca.



piątek, 7 kwietnia 2017

O talentach jak diament i czarnym coachingu

     
      Zanim przejdę do właściwej części dzisiejszego tekstu, muszę opowiedzieć historię jeszcze z minionej niedzieli. Otóż kiedy się już skończyły targi, wsiadłem do pociągu do Katowic i kiedy wszedłem do przedziału, okazało się że na moim miejscu siedzi dziewczyna w wieku studenckim. Siadłem na wolnym miejscu naprzeciwko niej, a ona grzecznie zapytała, czy mnie przypadkiem nie podsiadła. Odpowiedziałem, że owszem, podsiadła mnie jak najbardziej, jednak póki nikt mnie z mojego miejsca nie wyrzuci, nie mam nic przeciwko temu, byśmy sobie siedzieli tak jak siedzimy. Już chwilę później okazało się, że ona też jedzie do Katowic, tyle jednak że nie dość, że nie ma biletu, to jeszcze pędząc na pociąg zgubiła gdzieś portfel z pieniędzmi, dokumentami, kartami i w ogóle wszystkim, co człowiek trzyma w portfelu. W tej sytuacji zdeklarowałem, że kiedy przyjdzie konduktor, ja jej ten bilet kupię, a my się jakoś w Katowicach spotkamy i ona mi te pieniądze jakoś odda. Dziewczyna się ucieszyła i obiecała, że mi forsę odda jeszcze na dworcu, bo tam będzie na nią czekał narzeczony z kasą. No a potem już sobie tylko rozmawialiśmy. Rozmowa stała się tym ciekawsza, kiedy okazało się, że dziewczyna ma na imię Patrycja, mieszka w Warszawie, natomiast w Katowicach studiuje wokalistykę jazzową na Akademii Muzycznej, a we mnie się natychmiast obudziła ambicja, by ją zacząć odpowiednio muzycznie edukować. Ponieważ tak się złożyło, że w przedziale z nami jechali jeszcze nieco tylko ode mnie młodsi państwo ze Szczekocin, którzy mieli kompletnego fioła na punkcie tak zwanego classic rocka, to dziecko już do końca podróży nie miało z nami najmniejszych szans.
     Te niemal trzy godziny minęły jak z przysłowiowego bicza trzasnął, narzeczony po Patrycję jak należy przyszedł, kasę mi również jak należy oddał, a na odchodnym owa Patrycja zaprosiła mnie jeszcze bym przyszedł na jej występ w najbliższy czwartek w Akademii. No a ponieważ to było bardzo miłe dziecko, ja się tam wczoraj wybrałem i o tym właśnie chciałem dziś napisać. Otóż jest tak, że ponieważ ja mam tu w Katowicach dość dużo znajomych muzyków, w pięknej sali koncertowej Akademii Muzycznej w Katowicach byłem wielokrotnie, natomiast dotychczas nie widziałem najmniejszego powodu, by się tam pokazywać przy okazji popisów studentów miejscowego wydziału wokalistyki jazzowej. No a wczoraj jak najbardziej tam poszedłem i od razu muszę powiedzieć, że to co tam przeżyłem, do dziś mnie nie opuszcza. Otóż proszę sobie wyobrazić, że poza „moją” Patrycją, występowała tam cała kupa innych muzyków i wokalistów, a ja nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem okazję uczestniczyć w koncercie, który zrobiłby na mnie takie wrażenie. Oni wszyscy byli tak nieprawdopodobnie znakomici, że ja nie jestem w stanie wskazać na współczesnej polskiej muzycznej scenie nikogo o choćby zbliżonej klasie. To co miałem tam okazję wysłuchać, to był poziom europejski bez jakiejkolwiek dyskusji. Te dziewczyny – bo to były głównie dziewczyny – były tak dobre, że przy nich nikną nie tylko współczesne gwiazdki polskiego popu, ale też tacy klasycy jak Krystyna Prońko, Ewa Bem, Hanna Banaszak… można wymieniać. Był też chłopak, który wykonał całkowicie autorską, elektroniczną wersję przeboju Beatlesów „Norwegian Wood” na takim poziomie, że gdyby mi to puściło moje dziecko i powiedziało że to jest jakiś Belg, czy Duńczyk, to ja bym oszalał z wrażenia. Była też dziewczyna z Białorusi z piosenką Młynarskiego „Polska miłość”, a ja tam siedziałem wciśnięty w fotel i nie wiedziałem, co się dzieje. A działo się mianowicie to, że najprawdopodobniej to, co ja zobaczyłem tam, na tym w gruncie rzeczy prowincjonalnym koncercie studentów Wydziału Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach, stanowi znakomity symbol ogólnej sytuacji na rynku tak zwanej kultury w Polsce. Ja jestem pewien, że ogromna większość tych muzyków i tych piosenkarzy, jeśli zachowają swoje dotychczasowe ambicje i w pewnym momencie zorientują się, że wszystkie drogi do kariery są zamknięte, to albo się zgodzą pójść na jakieś nędzne kompromisy z cwaniakami z branży, albo zwyczajnie wyjadą za granicę i tam będą się realizować w jakiś klubach. A my tu zostaniemy z Patrycją Markowską, Justyną Steczkowską, no i oczywiście Agnieszką Chylińską. Z mężczyzn będzie nam śpiewał Dawid Podsiadło.
      No ale przecież nie chodzi tylko o muzykę. Wszyscy tu znamy mój stosunek do wszystkiego co powstaje w Polsce, gdy chodzi już nie tylko o ową muzykę, ale również o teatr, film, czy literaturę, a ja dziś mam wrażenie, że jest bardzo prawdopodobne, że to czego doświadczyłem wczoraj w sali koncertowej Akademii Muzycznej w Katowicach to tylko część tego, co się wyprawia w całej tej przestrzeni nadzorowanej przez ministra Glińskiego i wszystkich tych co pod nim. Dziewczyna którą poznałem w pociągu z Warszawy do Katowic w ubiegłą niedzielę, nie jest może kimś, kogo płyty bym chciał kupować, ale z całą pewnością prezentuje bardzo wysoki europejski poziom sztuki estradowej. Muzycy, którzy towarzyszyli piosenkarkom, nie są pewnie jakoś szczególnie wybitni, niemniej jednak jestem pewien, że oni by się mieścili w każdej poważnej ofercie, czy to w Amsterdamie, w Paryżu, czy w Wiedniu. W odróżnieniu od tego, czego się nam tu każe słuchać na co dzień. Niedawno ktoś mnie spytał, dlaczego ja nie próbuję się ze swoimi książkami przebić do czegoś, co nazywamy głównym nurtem. A ja odpowiadam zawsze tak samo, czyli że aby liczyć na tak zwany komercyjny sukces, musiałbym się w pierwszej kolejności ukorzyć przed gorszymi od siebie, a tego robić nie chcę. I tak się sprawy mają na każdym etapie i w każdym miejscu owego rynku.
      Biedna Patrycja. Wystąpiła swego czasu w telewizyjnym programie Voice of Poland i niemal go wygrała. Oceniały ją Patrycja Markowska i Justyna Steczkowska. Obie słuchały tego występu i bardzo uprzejmie pokazały, jak bardzo im się podobało. Oglądam ów występ na youtubie i dostaje autentycznej cholery. Ja na jej miejscu bym przede wszystkim się tam nie pokazywał, no ale skoro już coś mnie tam poniosło, to bym powiedział tym dwóm, że gdybym miał śpiewać tak jak one, to bym się zatrudnił na kasie w Biedronce, odwróciłbym się na pięcie i wyszedł. Co od lat regularnie czynię. Odwracam się na pięcie i wychodzę. I wszystkich do takiego właśnie podejścia zachęcam.



Już jutro w Warszawie rozpoczyna się dwudniowy kongres prawdziwej prawicy, czy jakoś tak, organizowany przez środowisko związane z „Najwyższym Czasem”. Z tej okazji w Bibliotece Rolniczej obok kościoła św. Anny będziemy sprzedawać nasze książki. Wszystkich serdecznie zapraszam. W sobotę od 10 do 18, w niedzielę od 10 do 16. Może być wesoło.

piątek, 10 lutego 2017

Gdy przychodzi taka chwila, kiedy ona nie tańczy dla nas

Przyznać muszę, że nie mam bladego pojęcia, jak to się stało, że przy okazji moich ostatnich notek tu na tym blogu pojawiła się kwestia tak zwanego disco polo, a szczególnie wybitnego przedstawiciela owego gatunku, Zenona Martyniuka, oraz muzycznego projektu o nazwie Akcent. No ale stało się i trzeba się ustosunkować. Otóż, jak donieśli mi wierni komentatorzy, zamieszczony na youtubie clip prezentujący piosenkę wspomnianego artysty pod tytułem „Przez te oczy zielone”, od czasu, jak został tam zamieszczony, uzyskał ponad 80 milionów odtworzeń, co robi wrażenie rekordu na skalę światową. Dla porównania, absolutny przebój wszechczasów, piosenka duetu Wham „Last Christmas”, ma na swoim koncie odtworzeń zaledwie dwa razy więcej.
Rzecz jest w tym, że Zenon Martyniuk śpiewa kolejną piosenkę, a cała intelektualnie motywowana Polska nie jest w stanie przyjąć do wiadomości faktu, że tak oto wygląda rynek polskiej piosenki i na to sposobu, że zacytuję mistrza Niemena, znaleźć nie jesteśmy w stanie. Jak się domyślają pewnie czytelnicy tego bloga, osobiście nie jestem fanem ani zespołu Akcent, ani muzycznego gatunku tam realizowanego, niemniej jednak, nie widzę najmniejszego powodu do tego, bym się miał angażować w ów ruch wyszydzania tej akurat części naszej pop-kultury. Rzecz bowiem, moim zdaniem, polega na tym, że to, czy wybieramy muzykę zespołu Pink Floyd, czy twórczość wspomnianego Martyniuka, tworzy dylemat wyłącznie na poziomie indywidualnych upodobań. Czy lepsze jest „Atom Heart Mother”, czy „Przez te oczy zielone”, to kwestia do dyskusji i tego nie zmienią żadne zaklęcia.
Ja wiem, że to nie ma najmniejszego znaczenia, ale, aby przygotować sobie teren do dalszej rozmowy, sprawdziłem na youtubie ilość odtworzeń, jakie zarejestrowała swego czasu moja bezwzględnie ulubiona kompozycja, mianowicie wspomniane „Atom Heart Mother”, i wyszło mi niespełna 500 tysięcy. Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, jak wygląda nasza pozycja przetargowa, gdy chodzi o Martyniuka w konfrontacji z zespołem Pink Floyd? Ktoś powie, że ci od Martyniuka to banda durniów, którzy o niczym nie mają pojęcia, czas spędzają w galeriach handlowych i głosują na 500+. Osobiście uważam, że jest dokładnie na odwrót, ale nie będę się spierał. Załóżmy, że ta akurat diagnoza jest prawidłowa. Fani twórczości spod znaku disco-polo to głosująca na PiS wieś, która w życiu nie miała kontaktu z prawdziwą sztuką i to dla nich choćby ostatnio prezes Kurski zorganizował noworoczną zabawę w Zakopanem. Tyle że co to zmienia w obliczu owych stu milionów odsłon piosenki „Przez te oczy zielone” na youtubie?
Wysłuchałem tej piosenki w całości i w pierwszej kolejności oświadczam, że płyty sobie nie kupię. Natomiast już w chwilę potem mogę równie szczerze zapewnić, że tym bardziej nie kupię sobie najnowszej płyty Moniki Brodki z tego oczywistego powodu, że pod względem tak zwanego profesjonalizmu, Zenon Martyniuk nie tylko dla wspomnianej Brodki, ale dla całej klasy wykonawców muzyki popularnej w Polsce, stanowi autentyczny kosmos.
Mamy ten cały hip-hop i wykonujących go artystów, których dziś jest tak strasznie dużo, że ja bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że oto właśnie kolejną płytę wydał jeden z moich uczniów. Problem jednak sprowadza się do tego, że ich jest tak strasznie dużo, że na samym szczycie pozostaje dwóch, czy trzech, ale za to oni w swoim gatunku prezentują poziom światowy. Podobnie jest, moim zdaniem, z disco-polo. Zapewne w każdej wiosce w Polsce działa jakiś projekt muzyczny, który gra tego rodzaju muzykę i bardzo liczy na to, że i jemu się uda. Byliśmy niedawno w Zakopanem i proszę sobie wyobrazić, że tam, w każdej restauracji, w każdej knajpie, w każdym barze, od rana do późnej nocy, słychać te same dziesięć piosenek na krzyż, a każda z nich to disco-polo w lokalnym klimacie. Co ciekawsze jednak, każda z tych piosenek, jest naprawdę zagrana i zaśpiewana w najwyższym stopniu profesjonalnie. No i oczywiście, żadna z nich nie jest wykonywana przez zespół Akcent. Akcent i jego lider Zenon Martyniuk dostali się na sam szczyt i dziś nie mają najmniejszego powodu, by się przejmować naszymi dylematami. I całe szczęście, bo gdyby oni zechcieli wejść z nami w dyskusję, otworzyliby ją i jednocześnie zamknęli pytaniem: przepraszam bardzo, ale gdzie jest w tym momencie wasze „Atom Heart Mother”?
Zenon Martyniuk, decydując się w pewnym momencie swojego życia wystartować w tej niezwykle trudnej konkurencji, ów konkurs wygrał. Ktoś powie, że Pink Floyd też wygrali, no ale proszę zwrócić uwagę na to, że ja się Pink Floyd i tego najczęściej strasznego kiczu nie czepiam. Chodzi mi tylko o to, że wobec sukcesu Zenona Martyniuka, i jego zespołu pod nazwą Akcent my naprawdę nie mamy nic do gadania. I nie łudźmy się. Tu wcale nie chodzi o to, że ponieważ ludzie to lubią, nam już nic do tego. W końcu to już ustaliliśmy: Martyniuk nie odkrył niczego nowego. On postanowił wystartować w konkurencji naprawdę mocnej i ją wygrał, a tym samym udowodnił że jest dobry, i to dobry naprawdę. Można by było wręcz powiedzieć, że jest najlepszy. W odróżnieniu od takiej, wspomnianej wcześniej, Moniki Brodki, która pochwalić się może tylko tym, że jest koleżanką pewnego niszowego artysty, który bardzo się za nią stara.
Pisząc kolejne rozdziały mojej książki o podwójnym nokaucie pragnąłem przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że to co my uważamy za dobre, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się bowiem nie to, co nam się podoba, ale to, za czym stoi talent i autentyczna praca, a więc prawda. Czy to jest Justin Bieber, czy Metallica, czy dawny polski big beatowy zespół Chochoły, liczyły się wyłącznie praca i talent, no i czasem oczywiście determinacja. I powtarzam raz jeszcze, to co nam się osobiście podoba, a co nie, ma znaczenie wyłącznie dla naszego dobrego samopoczucia i dla niczego więcej. Bo sukces Biebera i Metalliki, to nie jest nasz sukces. My możemy im tylko albo zapłacić, albo powiedzieć, że tego nie kupujemy. Podobnie jest z Martyniukiem, którego klip „Przez te oczy zielone” został odtworzony na youtubie ponad 80 milionów razy. Bo nie oszukujmy się. Martyniuk to nie jest ktoś, kto pewnego dnia się obudził i zaczął kombinować, co by tu zrobić, żeby mieć fajne życie, kiedy całej wódki świata człowiek i tak nie wypije. Za jego sukcesem stoi ciężka i jak najbardziej uczciwa praca.
Wczoraj tu na tym blogu zamieściłem występ nieznanej mi piosenkarki w nieznanym włoskim barze, śpiewającą nieznana mi piosenkę, i powiem szczerze, że, moim zdaniem, ona jest lepsza zarówno od Martyniuka, jak i od Pink Floyd i Metalliki razem wziętych, że nie wspomnę o Monice Brodce. Ta nieznana piosenkarka w ogóle, jeśli idzie o moją osobistą wrażliwość i moje muzyczne potrzeby, jest lepsza od wszystkich. I myślę sobie, że Bogu dzięki, że ten klip nie ma ponad 80 milionów odtworzeń na youtubie, bo to by zwiastowało nieuchronną katastrofę. No ale tylko z punktu widzenia mojej wrażliwości i moich potrzeb. Tylko tyle i aż tyle.
Myślę sobie teraz, że jak jej jednak podkręcimy trochę ten licznik, tragedii nie będzie.



Właśnie przed chwilą zorientowałem sie, że pomyliło mi się dwóch artystów i dwie piosenki. "Przez te oczy zielone" nie jest na razie rekordzistą. Na pierwszym miejscu pozostaje wciąż grupa "Weekend" z piosenką "Ona tańczy dla mnie". Również bardzo solidna robota. Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek.

poniedziałek, 28 września 2015

Agnieszka i inni, czyli na co komu talent?

Kumpel mój, Marek Kamieński, wybitny artysta plastyk, niektórym z nas znany tu, jako autor obrazów umieszczonych na okładkach moich książek, kiedyś, bardzo dawno temu jeszcze, powiedział mi coś, co z jakiegoś powodu do dziś zapamiętałem, i co w pewnym sensie sformatowało moje myślenie o sztuce i o potędze talentu. Otóż jego zdaniem jest czymś absolutnie skandalicznym, a jednocześnie przejmująco smutnym, że losy wielkich artystów plotą się w taki sposób, że dajmy na to „Słoneczniki” takiego Van Gogha zdobią wnętrza jakichś ponurych gabinetów w jeszcze bardziej ponurych korporacjach, podczas gdy on sam, po to, by owe „Słoneczniki” stworzyć, uznał za stosowne oszaleć i na dowód owego szaleństwa obciąć sobie ucho. Oczywiście, ja miałem wiele różnych innych okazji rozmawiać z Kamieńskim o sztuce i z owych rozmów zawsze wynikała ta jedna prawda, że tak zwany „wyczyn”, w jakiejkolwiek formie, realnie sprowadza się do tego, że albo ktoś to kupi, albo nie, natomiast to wszystko, co ostatecznie doprowadziło do tego, że owo dzieło w ogóle powstało, nie ma już żadnego znaczenia. I to wszystko się sprawdza nawet w przypadku tych choćby najmniej wyszukanych gwiazd popu, dla których ich fani gotowi są oddać nie tylko osobistą godność, ale niekiedy nawet i życie. Który bowiem z owych wielbicieli choćby przez chwilę jest w stanie się zadumać nad tym, jaki talent, jaki wysiłek i ile, bywa że poświęceń, musi stać za każdym pojedynczym sukcesem? Zero. Stajemy wobec ludzkiego geniuszu i stawiamy wyłącznie żądania.
Swego czasu, w jednej ze swoich prasowych wypowiedzi, były już wówczas prezydent Richard Nixon powiedział coś takiego: „Nie każdy może być prezesem General Motors. Nie każdy może być prezydentem Stanów Zjednoczonych”. I nie dajmy sobie wmówić, że za tą refleksją stało rozdęte ego Nixona. Wcale niekoniecznie. On, jak sądzę, chciał tylko nam powiedzieć, że jeśli ktoś zostaje prezydentem Stanów Zjednoczonych, czy prezesem General Motors, to w żadnym wypadku za tym nie stoi głupi przypadek. A nam naprawdę nie zaszkodzi, jeśli będziemy w stanie ten fakt zauważyć i uszanować.
Myślę o tym, proszę sobie wyobrazić, w związku z tym, że Agnieszka Radwańska właśnie wygrała turniej ATP w Tokio. Zastanówmy się może przez chwilę, kim trzeba być, co trzeba umieć, jakie trzeba mieć talenty, by wygrać turniej ATP w Tokio. Zastanówmy się może, ile jest osób na świecie, które dziś są w stanie wygrać turniej ATP w Tokio i co trzeba umieć i mieć, by znaleźć się w gronie tych, którzy są w stanie tego dokonać. Nie wiem ile jest ludzi na świecie, którzy grają w tenisa dla przyjemności, ilu gra w tenisa w ramach tej jednej szczególnej pasji, ilu gra w tenisa wyczynowo. Wiem natomiast, że na świecie jest zaledwie kilka osób, które są w stanie wygrać turniej ATP w Tokio i wśród nich jest Agnieszka Radwańska.
I oto nagle okazuje się, że dla wielu z nas, rzekomo osób, które interesują się sportem, dla których kibicowanie jest prawdziwą pasją, osób, które podobno najlepiej wiedzą, o co w sporcie chodzi, zwycięstwo Agnieszki Radwańskiej jest dobrym powodem, by przyjść i ogłosić, że to dobrze, że wreszcie Agnieszka Radwańska stanęła na nogi, bo ostatnio wydawało się, że ona jest do niczego. Przypominam, że mówimy o dziewczynie z Krakowa, która dzięki swojemu talentowi i ciężkiej pracy została jednym z najwybitniejszych specjalistów w swojej branży na świecie.
Do czego zmierzam? Otóż, jak część z nas już wie, zbliża się premiera nowego filmu z Jamesem Bondem i tym razem otwierającą produkcję piosenkę zaśpiewał artysta nazwiskiem Sam Smith. Nie znam tego Smitha, z tego co słyszę, wiem, że nie kupię jego płyty, w dodatku moja córka mówi mi, że reakcja tak zwanych fanów muzyki popularnej jest taka, że ów Smith to syf i hańba. Ja jednak wiem przy tym jedno: nie każdy może zaśpiewać piosenkę do nowego Bonda. Dziś jest to ów Smith, wcześniej była Adele, jeszcze wcześniej Tina Turner i Paul McCartney i nie oszukujmy się: tu nie ma przypadków. A zatem, w naszej sytuacji, szydzenie z tego Smitha jest idiotyzmem szczególnym. Oczywiście, możemy go nie słuchać, tak jak nie słuchamy obu Justinów – Timberlake i Biebera, The Who, czy Miley Cyrus, jednak nie możemy nie przyznać, że nie każdy może być Bieberem, czy Cyrus. Powiedziałbym wręcz, że nie każdy może być Petem Townshendem, choć przyznaję, że tu akurat mam swoje wątpliwości.
Agnieszka Radwańska wygrała turniej ATP w Tokio, wygrywając ze Szwajcarką Belindą Bencić, która wcześniej pokonała Samanthę Stosur, Garbiñe Muguruzę i Karolinę Woźniacki i wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni, no bo jesteśmy kibicami, a Radwańska jest nasza. I dziś jest już ósma na świecie. A ja nie mam wątpliwości, że jeśli w najbliższym turnieju ona odpadnie w pierwszej rundzie z jakąś debiutantką i znów wypadnie z pierwszej dziesiątki, wokół niej zbierze się całe towarzystwo prawdziwych kibiców, którzy jej świetnie wytłumaczą, dlaczego ona tak naprawdę jest do dupy. Bo jest za chuda, za mało ambitna, mało trenuje i w dodatku ma beznadziejnego trenera. I, proszę mi wybaczyć, ale ani trochę nie czuję się lepiej przez to, że wiem, że dziś w Hiszpanii też cała kupa kibiców nie może darować Muguruzie, że przegrała z kimś tak byle jakim jak Belinda Bencić i że koniecznie powinna najpierw zmienić trenera, a potem poprawić forehand, albo coś innego.
Tak już nasz świat wygląda, że każdy z nas ma ten swój najczęściej jeden talent i albo go wykorzystuje, albo marnuje. Wśród nas są ludzie, którzy nie dość, że ów jeden talent dostali, to którym w dodatku ów jeden talent udało się do tego stopnia pomnożyć, że podziwiają ich nie tylko znajomi, nie rodzina, nie miejscowa publiczność, ale cały świat. I my doskonale znamy ich nazwiska. I w sytuacji, gdy właściwie jedyne co nam pozostaje, to ich podziwiać za to, czego nam akurat nie udało się dokonać, z czystego zwierzęcego egoizmu uznajemy za stosowne im doradzać, czy – o grozo! – tłumaczyć, co oni powinni, żebyśmy poczuli ów dreszcz emocji. Co ciekawe ten sam, któregośmy sami nigdy nie umieli ani sobie, ani innym, zapewnić. Dlaczego? Bo lubimy sport i się na sporcie znamy? Proszę, beze mnie.

Przypominam, że w księgarni na stronie www.coryllus.pl są do kupienia moje książki. Szczerze zachęcam.

niedziela, 14 czerwca 2015

Imperium ma talent, a u nas grzeje

Ponieważ ostatnie upały mnie pokonały, dziś czuję, że nowego tekstu nie będzie. My otyli tak niestety mamy, że temperatura przekracza 30 stopni, a my natychmiast popadamy w stan otępienia. Mam tylko nadzieję, że usprawiedliwi mnie to, że od niemal miesiąca nie opuściłem ani jednego dnia, włącznie z niedzielami i świętem Bożego Ciała. W ramach rekompensaty, proponuję jedną bardzo ładną piosenkę, a jeśli ktoś woli coś bardziej wyszukanego, to popatrzmy, jak Imperium ma talent. Książki oczywiście są tam gdzie zawsze, a więc w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie.



niedziela, 11 stycznia 2015

Przypowieść o jednym talencie - wersja hard

Niewykluczone, że mój kumpel Coryllus się na mnie za to obrazi, ale chcę dziś porozmawiać o pewnej rzeczy, która mnie od pewnego czasu bardzo prześladuje i żeby to wszystko jakoś sensownie zacząć, muszę wspomnieć o karykaturzyście Marku Raczkowskim. Kłopot polega na tym, że ja, w odróżnieniu od Coryllusa, który uważa je wręcz za symbol dna, ja obrazki Raczkowskiego lubię, w tym niektóre nawet bardzo. No ale trudno. Jest jak jest i tego nie zmienimy. Ja rysunki Raczkowskiego i humor, który one wyrażają lubię, czasem nawet bardzo.
Jest jednak coś jeszcze, co gdy chodzi o Raczkowskiego, robi na mnie autentyczne wrażenie i wcale wbrew pozorom nie chodzi mi o to, że to jest satanista, który swego czasu Maciejowi Zembatemu kupował narkotyki i płacił za dziwki, a dziś nie jest w stanie wydusić z siebie jednego słowa, by przy okazji nie szydzić z wartości, w czym przypomina postaci takie jak Abelard Giza, Maria Czubaszek, czy Maciej Maleńczuk, ale o to, że on najwyraźniej jest prostym jak kołek w płocie idiotą. Miałem parę dni temu okazję oglądać, po raz pierwszy w życiu zresztą, Raczkowskiego w telewizji, jak siedzi i gada, i powiem szczerze, że byłem wstrząśnięty. Program nazywał się „Kropka nad i”, obok Raczkowskiego w studio był jeszcze Ryszard Kalisz i ja pierwszy raz w życiu spojrzałem na Kalisza, jak na kogoś zupełnie normalnego. Oczywiście, częściowo była ta moja reakcja na zachowanie Raczkowskiego, który robił wrażenie obłąkanego i to jeszcze obłąkanego, któremu przed chwilą złośliwi ludzie coś w tajemnicy podali do zjedzenia, ale częściowo na reakcję samego Kalisza, którzy przez pierwszą część programu, zanim zdołał dojść do siebie, patrzył na Raczkowskiego, jak na jakiegoś freaka z XIX-wiecznego cyrku, a więc z zaciekawieniem połączonym z przestrachem, i przyznam, że to mi się u niego wydało strasznie ludzkie.
O co chodzi konkretnie z tym Raczkowskim? Otóż ja bym chętnie dokładniej opisał to co on robił, co mówił i jak mówił, ale jakoś nie potrafię. Wciąż jedyne co mi przychodzi do głowy, to to co już powiedziałem wcześniej, że on zachowywał się, jakby był obłąkany, a to co mówił, robiło wrażenie jakiegoś kompletnie chaotycznego bełkotu. W dodatku przez cały nie mógł się oderwać od stojącego gdzieś tam obok monitora, do którego albo robił miny, albo się krztusił ze śmiechu.
Powtarzam – ja Raczkowskiego jako karykaturzystę i żartownisia lubię, a niektóre z jego obrazków uważam za absolutnie wybitne, ale tym bardziej nie jestem w stanie pojąć, jak ktoś tak inteligentny w tym co robi, potrafi być jednocześnie tak pozbawiony jakiegokolwiek talentu w każdym innym miejscu. Ja już od dawna, znając jego wypowiedzi, wiedziałem, że Raczkowski te dowcipy wymyśla jakąś całkowicie schowaną przed światem częścią swojej natury, natomiast poza tym jest głupi jak but. No a tu się nagle okazuje, że on nie ma nawet tego, co wielu durni ma jak najbardziej, a mianowicie owych pozorów choćby minimalnej układności, która na prostych ludziach robi wrażenie inteligencji. Czyli tego na przykład, co ma Kalisz – człowiek przecież tak samo głupi, zły i gnuśny. A więc nagle się okazuje, że Raczkowski to człowiek z jednym jedynym talentem.
Ktoś mi pewnie od razu wyciągnie przykład Daniela Olbrychskiego, a ja już wyjaśniam. Olbrychski to, owszem, utalentowany aktor, jednak aktorstwo to głównie wygłup; tam nie ma owego elementu, który sprawia, że patrząc na jego występ, możemy nagle sobie pomyśleć, że z tego Olbrychskiego to nie byle jaki umysł. Jeśli on odgrywa jakąś rolę, choćby tak znakomicie, jak w pamiętnym filmie Zanussiego „Zaliczenie”, czy w „Brzezinie” Wajdy, nawet nam do głowy nie przyjdzie uważać, że skoro on nas tak bardzo potrafił wzruszyć, to z niego musi być naprawdę mądry człowiek, by dopiero po usłyszeniu, co on ma do powiedzenia w tak zwanym „realu”, łapać się za głowę z przerażenia. A więc nawet jeśli wiemy, że Olbrychski to, podobnie jak Raczkowski, człowiek o jednym talencie, jakoś to potrafimy znieść. Podobnie jest zresztą z wieloma artystami czy pisarzami, by wspomnieć Macieja Maleńczuka, czy pisarza Chwina.
A tu mamy te obrazki Raczkowskiego, które z całą pewnością wymagały od niego jakiejś pracy umysłowej i przynajmniej na mnie robią wrażenie, jakby to była praca naprawdę solidna, a ów umysł naprawdę oryginalny. Tymczasem okazuje się, że nic z tego, że ta inteligencja, ta bystrość obserwacji, ten dowcip pochodziły bardziej z jego tyłka, niż z głowy. I ja, przyznaje, kompletnie nie rozumiem, jak to urządzenie funkcjonuje.
No ale myślę sobie, że tę zagadkę można jakoś rozwiązać i że ona nie może być aż tak trudna. I oto przychodzi mi do głowy sytuacja odwrotna. Załóżmy, że mamy kogoś, kto nie umie ani śpiewać, ani grać na instrumentach muzycznych, ani pisać pięknych wierszy, czy wzruszających opowiadań, zbijać półek, usmażyć jajecznicy, naprawiać sprzętu AGD, dbać o swoje dzieci, czy choćby płynnie się wypowiadać, w dodatku jest prostym chamem, na którego nawet golden retrievery szczerzą zęby, natomiast jest wybitnym profesorem filozofii, który potrafi pięknie i bardzo głęboko wykładać na temat walki dobra ze złem. A zatem mamy człowieka również o jednym tylko talencie – mądrości. Tak?
Stoją więc przed nami ów profesor, mądry jak jasna cholera, i Raczkowski, jak jasna cholera głupi, i każdy z nich trzyma w ręku ten swój jeden jedyny talent, którego się obaj uczepili jak pijany płotu, a my się zastanawiamy, jak to jest, że ten profesor, skoro taki mądry, nie potrafi usmażyć swojemu dziecku jajecznicy i powiedzieć w windzie dzień dobry, no i czemu, skoro Raczkowski jest taki głupi, potrafi wymyślać – właśnie tak, wymyślać, a nie wydalać spod łokcia – tak nieprawdopodobnie inteligentne żarty?
Dziwny jest ten dzisiejszy tekst. Przyznam się, że piszę go tak, jak nigdy dotąd tego nie robiłem, a więc że tak powiem, „na żywo”, nie mając pojęcia, co mi przyjdzie do głowy za chwilę. Kiedy go zaczynałem, nie wiedziałem nawet, czy będę go pisał dalej, czy tak zostawię i wyrzucę. No i właśnie sobie pomyślałem, że chyba sięgnę do Ewangelii i przypowieści o talentach, a konkretnie do tego nieszczęśnika, który dostał jeden talent i z tym jednym talentem został. Otóż z tego co tam czytamy, wynika jednoznacznie, że jeden talent to jest, jak to pięknie opisuje Ewangelista, „ciemność, płacz i zgrzytanie zębów”, a skoro tak, to znaczy, że jeden talent to nie jest żaden talent. I nie ma znaczenia, czy ów talent rozmnożył się w wybitną myśl, piękne słowo, cudowną piosenkę, wzruszający wiersz, czy fantastycznie sklejony stół, jeśli to jest talent jedyny. Jeśli tam nie ma już nic więcej, to wszystko to jest wyłącznie złudzeniem i pomyłką.
No i w ten niespodziewany zupełnie sposób muszę chyba przyznać rację Coryllusowi, który przez to, że miał okazję przez pewien czas obserwować tego Raczkowskiego z bliska i go odpowiednio dobrze poznać, wiedział przede mną, że te jego obrazki są i głupie i wcale nie tak dobrze narysowane. Inaczej być nie chce. Muszą być przynajmniej dwa. Przynajmniej. Swoją drogą, ciekawe – skoro jesteśmy przy Coryllusie – jak to było z tym Szekspirem. Czy on potrafił coś jeszcze?

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl wciąż są do kupienia moje pierwsze książki wydane jako Toyah. Obie są oferowane po 15 zł i mimo, że już minęło tyle lat, one nie straciły ani jednej literki.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Czy do nieba pójdzie Krzysztof Zanussi?

Na początek parę słów bardzo luźno związanego z tematem tej notki wstępu. Otóż, jak może część czytelników tego bloga wie, oprócz zwykłych lekcji języka angielskiego, których od lat mam przyjemność udzielać ludziom w potrzebie, są też te prowadzone drogą internetową, a dokładnie rzecz biorąc przez Skype’a. Wśród moich uczniów znalazł się pewien niezwykły człowiek pochodzący z Łodzi, ale od dziesięciu lat mieszkający i pracujący w Leeds, który sobie tam znakomicie radzi, ale ponieważ bardzo słusznie zwrócił uwagę na to, że ma kłopoty z gramatyką języka angielskiego, a zależy mu na tym, by tu również trzymać poziom, postanowił poprosić mnie o wsparcie. Uczyliśmy się więc wczoraj i jakoś, pewnie trochę przez to, że na tym blogu pojawił się akurat odpowiedni temat, zgadało się nam na temat aktorów, a skoro aktorów to i Daniela Olbrychskiego i obaj się zgodziliśmy, że niezależnie od wszystkiego, to jest, a już na pewno kiedyś był, naprawdę świetny aktor. I w tym momencie Marcin – tak ma na imię mój uczeń – przypomniał mi film, o którego istnieniu ja już skutecznie zdążyłem zapomnieć, nakręcony przez Krzysztofa Zanussiego, z bardzo wówczas jeszcze młodym Olbrychskim i nie tak jeszcze starym Aleksandrem Bardinim, pod tytułem „Zaliczenie”. Przypomniałem sobie ten film, znalazłem go na youtubie, obejrzałem, zachwyciłem się nim tak, jak wieloma innymi polskimi filmami z tamtych lat… i nagle w słupku po prawej stronie trafiłem na coś, co zrealizował ten sam Zanussi, tyle że już w roku 2009 pod tytułem „Rewizyta”.
I powiem szczerze, że to mnie zupełnie wytrąciło z równowagi. Ja wiem, że polskie kino ma się świetnie, że reżyserzy tacy jak Smarzowski, Gliński, Varga, Koterski, Pasikowski, Saramonowicz kręcą nieustannie i każda z tych produkcji jest lepsza od poprzedniej, wiem, że nawet Wajda niedawno nakręcił film o Wałęsie, a przed nami już czeka cała seria filmów o Powstaniu Warszawskim, o tym jednak, że branża jeszcze nie zdążyła wypluć Krzysztofa Zanussiego nie słyszałem. Mimo że się staram zawsze interesować tym, co polska sztuka filmowa sobą dziś przedstawia, byłem przekonany, że Krzysztof Zanussi jest już dziś tylko zapraszanym przez Monikę Olejnik moralnym autorytetem i nikim więcej.
I oto wczoraj trafiłem na ów film z roku 2009, a więc stosunkowo świeży i przyznaję, że oniemiałem. Co to takiego? Sam filmu oczywiście, poza krótkimi bardzo fragmentami, nie obejrzałem, natomiast zajrzałem do Wikipedii i tam znalazłem coś takiego: „Były student filozofii i niedoszły samobójca Stefan, bohater ‘Serca na dłoni’, z kamerą w ręku przeprowadza wywiad z bohaterami innych filmów Krzysztofa Zanussiego sprzed kilkudziesięciu lat: ‘Życia rodzinnego’, ‘Barw ochronnych’ i ‘Constansu’, chcąc uzyskać odpowiedź na pytanie ‘czy warto żyć?’". Ponieważ oczywiście nie wiedziałem, co to takiego owo „Serce na dłoni”, natomiast domyśliłem się, że to pewnie jeszcze jeden z filmów Zanussiego, o którym nie słyszałem, kliknąłem w odpowiedni link i znalazłem następującą informację:
„Polska czarna komedia z 2008 roku w reżyserii Krzysztofa Zanussiego. Stefan, młody człowiek w poczuciu życiowej klęski próbuje targnąć się na swoje życie. Konstanty, multimilioner poszukuje serca do przeszczepu. Spotykają się przypadkiem w szpitalu i od tej chwili Konstanty stara się podtrzymać samobójcze zamiary Stefana, ponieważ jest on dla niego pasującym dawcą i w ten sposób szansą na uratowanie życia”.
Aha! Rozumiem więc, że Krzysztof Zanussi, za, jak się domyślam, pieniądze z Instytutu, kręci w roku 2008 nową polską komedię, o której nawet pies z kulawą nogą nigdy nie usłyszy, a już rok później, z tego samego Instytutu, wyszarpuje pieniądze, by kręcić swój nowy film, skazany na podobny sukces, tym razem – uwaga! – oparty na pomyśle, że bohater jego ostatniego filmu odwiedza bohaterów jeszcze wcześniejszych jego filmów, żeby z nimi pogadać na temat życia.
Jak mówię, obejrzałem fragmenty owej „Rewizyty”. Co tam mamy? Oto jakiś młodzian z kamerą video rozmawia z Mają Komorowską, Janem Nowickim i Danielem Olbrychskim o tym, jak oni się czuli wtedy i jak się czują dziś, a na tle tych rozmów oglądamy fragmenty tamtych filmów. Rozmowy dzielą z tamtymi ścinkami czas mniej więcej po połowie i wyglądają mniej więcej tak: „Czy podobało się panu życie w PRL-u?”, pyta młodzian Jana Nowickiego. „Owszem”, odpowiada Nowicki. „Tak samo jak podoba mi się życie dziś”. „A czy uważa pan, że dla mnie byłoby lepiej żyć w PRL-u, czy dziś?” „Oczywiście w PRL-u”, odpowiada Nowicki. „Dzisiejsze pokolenie nie rozumie, czym jest wolność. O, widzę, że mnie kręcisz. Gdybym wiedział, to bym się przyczesał”. I tak dalej w ten deseń. Jak mówię, tam jeszcze gadają Komorowska i Olbrychski, ale raz, że nie chcę tu nikogo dręczyć, a dwa, że to, co tam się dzieje, nie ma dla nas najmniejszego znaczenia. Te dziadki tam siedzą i plotą trzy po trzy, udając, że im o coś chodzi, a my nawet się już nie zastanawiamy, czy oni tak sami z siebie, czy może w oparciu o scenariusz, który im przedstawił ich kumpel Zanussi i kazał wyryć na pamięć. To co się bowiem liczy, to to, że w roku 2009 Krzysztof Zanussi nakręcił za publiczne pieniądze film o sobie i o swoich filmach, zaangażował do niego trzech znanych polskich aktorów plus jednego o statusie nieznanym, których nikt ani nie potrzebuje, ani o nich nie pamięta, chyba że tylko przez to, że oni zawsze mogą nam coś powiedzieć na temat prawdziwych przyczyn Katastrofy Smoleńskiej i roli w niej prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a my nawet o tym nie wiemy. Oto punkt, w którym wybitny niegdyś polski reżyser Krzysztof Zanussi kończy swoją karierę. Oto miejsce, gdzie wybitni kiedyś polscy aktorzy, tacy jak Jan Nowicki, Daniel Olbrychski, czy Maja Komorowska lądują, kiedy się okazuje, że wszystko się już ostatecznie skończyło.
Stan polskiego państwa, na każdym możliwym poziomie, a więc zarówno gdy idzie o politykę, życie społeczne, czy kulturę, znamy aż nazbyt dobrze. Ta nasza wiedza jest tak precyzyjna i tak fizycznie wręcz namacalna, że ona zwyczajnie boli. Jednak przy tym, pewnie trochę przez ten ból, ale i przez te różnego rodzaju wieści, jakie do nas przychodzą dzień po dniu, powoli się do tego wszystkiego przyzwyczajamy i uniewrażliwiamy. Mamy te wszystkie nowe piosenki, te nowe powieści, te nowe przedstawienia teatralne i artystyczne projekty, nowe filmy… i oto nagle pojawia się wiadomość, że pewien wielki polski reżyser filmowy wraz z grupą wybitnych polskich filmowych aktorów zrealizowali nie mówiąc o tym nikomu film o sobie, wzięli za niego pieniądze, ktoś na ten temat napisał jednozdaniową notkę w Wikipedii… o istnieniu której zresztą również niemal nikt nigdy się nie dowie. I możemy się tylko dziwić, cóż takiego się stało, że od 2009 roku mija już pięć lat, a ci nic. Jakby ich System przerobił na podpałkę pod grilla. Jakiż to wielki dramat! Czy im już naprawdę nie zostało nic więcej, jak widok ich kiedyś kolegi Kondrata, kręcącego kolejne reklamy dla grupy ING?
Jak mówię, człowiek, który się przyzwyczai jest w stanie znieść wiele. Dobrze chociaż, że jest ten Youtube. Tam można też trafić na prawdziwe skarby, jeszcze z czasów, gdy zgodnie z postulatem jeszcze jednego z nich, czyli Jana Pietrzaka, Polska była Polską. Choćby ten film o wyżebranym zaliczeniu z młodym Olbrychskim.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje, i nie tylko moje, książki. Jednoczesnie bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziś to jest wszystko co mamy.

środa, 13 sierpnia 2014

Czy Mick Jagger pójdzie do nieba?

Chris Rock, słynny czarny aktor i tak zwany „stand up comedian”, jeden z tych, o których Cezary Pazura mówi, że on by też tak potrafił, gdyby tylko polska zapyziała kultura nie zakazywała używania wulgarnych słów na scenie, w jednym ze swoich występów opowiada taką oto historię. Otóż mieszka on w bardzo bogatej dzielnicy o nazwie Alpine w stanie New Jersey, w domu, który kosztował miliony dolarów. W sąsiedztwie stoi wiele innych podobnych posiadłości, z czego trzy zajmują czarni artyści, tacy jak on. W jednym z nich mieszka piosenkarka R&B Mary J.Blige, w drugim raper Jay-Z, w trzecim wybitny aktor Eddie Murphy. Czterech czarnych na setki domów. Reszta to biali i jak twierdzi Chris Rock, żaden z nich nie jest ani aktorem, ani piosenkarzem, ani muzykiem. Chris Rock opisuje sytuację w ten sposób: On sam jest wybitnym amerykańskim aktorem komediowym. To jest fakt potwierdzony choćby przez to, że jako jeden z nielicznych miał przywilej prowadzić oscarową galę. Mary J. Blige to jedna z największych na świecie artystek R&B. Jay-Z jest jednym z najwybitniejszych raperów współczesnej sceny. No a Eddie Murphy to największy aktor komediowy we wszechświecie. Ponieważ przemysł rozrywkowy wynagradza swoich najwybitniejszych przedstawicieli hojnie, oni wszyscy tam mieszkają właśnie w owym Alpine, mają tam te swoje wypasione domy i zadają szyku. Kim jest zatem najbliższy biały sąsiad Chrisa Rocka? Otóż jest on dentystą. Czy on jest może najwybitniejszym dentystą na świecie? Nie. Czy jest on może jednym z najlepszych dentystów na świecie? Też nie. A więc może jest on po prostu bardzo dobrym dentystą? Możliwe, ale tu akurat żadnych konkretnych informacji nie mamy. Jedyne co o nim wiadomo, to to, że jest dentystą.
Sens tej historii, tak jak ją opowiada Chris Rock, jest przedstawiony w taki sposób, by mógł on akurat w wesoły sposób skomentować sytuację rasową z punktu widzenia pieniędzy, sukcesu i kariery, ja natomiast mam tu refleksje nieco inne i chciałbym je odnieść do spraw moim zdaniem znacznie bardziej poważnych, a mianowicie dobrze wykorzystanego talentu i otrzymanej za to nagrody. Pomysł na dzisiejszą notkę przyszedł mi do głowy wczoraj, po tym jak napisałem swoją wspomnieniową refleksję na temat aktora Robina Williamsa i z różnych stron pojawiły się komentarze sugerujące w ten czy inny sposób, że Robin Williams, jako hollywoodzki pajac, nie zasługuje na poważne traktowanie. I nie chodzi o to, że on akurat w czyjejś opinii był aktorem kiepskim, lub przeciętnym – choć i takie opinie się trafiały – ale o to, że istnieje pewien rodzaj kultury, a więc najbardziej prymitywnej kultury popularnej, która zasługuje z naszej strony jedynie na pełne pogardy splunięcie. Czemu? Bo to jest Ameryka, hamburgery, kowboje-pedały i wszechobecny kicz, a wszystko tonące w oparach koki.
W wydanej przeze mnie jeszcze w zeszłym roku książce o rock’n’rollu pragnąłem przekazać myśl, że byłoby bardzo dobrze, gdybyśmy na ludzki talent i dokonania patrzyli nie przez pryzmat naszych zainteresowań i sympatii, ale bardziej obiektywnie, mając przed oczami wyłącznie człowieka, który otrzymał od Boga zespół talentów i je albo wykorzystał, albo zmarnował. Dlaczego, moim zdaniem, jest to takie ważne? Z tego prostego powodu, że wtedy dopiero, kiedy za tym wszystkim ujrzymy człowieka, uzyskamy perspektywę, która nam pozwoli przynajmniej zbliżyć się do prawdy. Ja nie napisałem w swojej książce ani o Mary J. Blige, ani o raperze Jaz-Z, bo ani jej ani jego nie znam, ani się ich twórczością nie interesuję, ani, jak podejrzewam, słuchanie jak oni śpiewają by mnie szczególnie nie porwało. Natomiast jeśli się dowiem, że on albo ona umarli, bo się zaćpali, albo wpadli w depresję, albo przydarzyło im się jedno i drugie, nawet do głowy mi nie przyjdzie, by to co się stało lekceważyć, czy choćby z tego kpić. Dlaczego? Bo będę wiedział, że oto odszedł jeden z najwybitniejszych muzyków, jakich stworzyła współczesna kultura popularna, a więc ktoś, kto swoje talenty wykorzystał tak, że Pan Bóg nie może jego dzieła odrzucić choćby nie wiem, jak był poirytowany jego grzechami. Nie zostaje się bowiem wybitnym, światowej klasy aktorem, gitarzystą, piosenkarzem, czy choćby barowym magikiem ot tak sobie. Ot tak sobie, można zostać co najwyżej przeciętnym dentystą.
Nie wiem, czy potrafię tu powiedzieć jasno, o co mi chodzi. Obawiam się, że chyba jednak nie. A zatem spróbuję to rozważania przenieść na poziom bardziej przyziemny. Oto mamy takiego Micka Jaggera i ktoś nam natychmiast mówi: „Jagger? Stary. Nie żartuj. Ten dziadziuś funkcjonujący już tylko dzięki codziennej serii zastrzyków?”; pojawia się angielski kucharz Jamie Olivier – „Ten pedał? Przecież to jest kupa śmiechu, on jest dokładnie tak samo estetyczny, jak te jego kaszaloty, które on chce odchodzić”; oglądamy kolejny film z Leonardo Di Caprio – „Znów ten hollywoodzki laluś z Titanica? Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam!”; na jakiejś uroczystości pojawiają się Beckham z żoną i z dziećmi – „O nie! Znowu te pajace! Świat się naprawdę kończy”. I tak dalej i tak każdego dnia, a na końcu musi się prędzej czy później i tak pojawić apel, by ktoś nam może puścił płytę z piosenkami Kaczmarskiego, czy „Misia” Barei. Bo to jest dopiero kultura i dar.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że kultura popularna dziś, jak każda kultura i jak tak naprawdę wszystko, co nas otacza, to wynik w znacznym stopniu bardzo brutalnej manipulacji, propagandy i najbardziej oszukanego handlu. To jest dokładnie tak, jak mi niedawno powiedział pewien mój znajomy: od początku świata wszystko się sprowadza do jednej niezmiennej zasady, że z jednej strony masz tych, którzy mają pieniądze, a z drugiej tych, którzy pieniędzy potrzebują. Czasem jest tak, że jedni i drudzy to są ci sami ludzie. Co możemy w tej sytuacji zrobić my, żeby nie oszaleć i nie dać się przeciągnąć na tamtą stronę. Moim zdaniem, wybór mamy bardzo ograniczony, a jednocześnie bardzo prosty. W tym wszystkim powinniśmy umieć dostrzec człowieka, który dostał od Boga talent i go nie zakopał, ale pomnożył niekiedy tak, że z tego narodziła się prawdziwa fortuna. Każdy z nas ma do wykonania swoje zadanie i myślę, że najlepiej będzie, jeśli będziemy wszyscy się starali, by je wykonać jak najlepiej.
I pamiętajmy. Nie bierzmy przykładu z cwanych dentystów – i to niezależnie od tego, czy oni działają w Hollywood, czy w Cite du Cinema – którzy nigdy nawet nie musieli sobie zadawać pytania: „Czy jestem naprawdę dobry?” Z pewnego szczególnego punktu widzenia bowiem, od nich lepsza jest nawet ta goła pani z czerwona chusteczką, którą można sobie obejrzeć pod jedną z moich ostatnich notek. Może zwłaszcza ona.

Książkę o muzyce można kupić na stronie www.coryllus.pl. Podobnie jak wiele innych. Zapraszam i uczciwie polecam. Jednocześnie bardzo prosze o wspieranie tego bloga. Każda wpłata nas ratuje. Każda.

wtorek, 8 kwietnia 2014

O wizerunku, strzelaniu w stopę i głupstwie tego świata

Nie znam go ani osobiście, ani nawet jako komika czy barda, szczerze powiem, że nawet jeśli chodzi o jego felietony publikowane w tygodniku „W Sieci”, też nie mam tu specjalnego doświadczenia, z tego jednak co zdążyłem poznać, Ryszard Makowski pozostaje dla mnie kimś, i to w najlepszym dla niego wypadku, całkowicie obojętnym. Minęły jednak przedwczoraj Targi Wydawców Katolickich w Warszawie, gdzie miałem okazję spędzić miło i w bardzo miłym na ogół towarzystwie cały weekend i tak się złożyło, że owego Ryszarda Makowskiego miałem niemal naprzeciwko siebie przez pełne dwa dni, i powiem uczciwie, że jestem pod wrażeniem. O co chodzi? Otóż, tak jak to już opisywał Coryllus, i tak jak to dzieje się zawsze, kiedy mamy te targi i wystawiamy tam swoje książki, sytuacja wygląda tak, że my tam sobie siedzimy, popijamy kawę lub coca colę, ewentualnie też podjadamy jakieś wafelki, czy te kanapki z serem, które nam zawsze przynosi Michał, od czasu do czasu, kiedy podejdzie ktoś, kto nas nie zna, a pragnie się czegoś dowiedzieć o naszych książkach, wstajemy i grzecznie sobie rozmawiamy, by znów później już tylko siedzieć i pisać te dedykacje. No i sprzedawać, sprzedawać, sprzedawać. Na okrągło, cały czas, niemal bez przerwy, aż do autentycznego zmęczenia.
Patrzyłem od czasu do czasu na tego Makowskiego, i to co mnie uderzyło, to fakt, że on przez cały ten niemal czas, jak się domyślam, również w czwartek i piątek, stał. Możliwe, że coś przegapiłem, ale na tyle, na ile zdążyłem się zorientować, on nawet na chwilę nie usiadł. Czy dlatego, że mu czytelnicy i słuchacze nie dali? Otóż nie. On stał, mimo że przez bardzo długie chwile nikt od niego nic nie chciał. I powiem uczciwie zupełnie, i w pewnym sensie wbrew sobie, że to mi bardzo, ale to bardzo zaimponowało. Przez dwa dni, jakie spędziłem na tych targach, miałem okazję widzieć wiele bardzo znanych twarzy. Byli Terlikowski, Pospieszalski, Semka, Michalkiewicz, była Ewa Stankiewicz, był Marek Jurek, byli Sakiewicz i Zawisza, a pewnie jeszcze wiele innych gwiazd, których akurat albo nie znam, albo w tym tłumie nie zauważyłem, Makowski był jedynym, który się nie szlajał między tymi stoiskami, ale tam stał i cierpliwie rozmawiał z każdym, kto chciał z nim porozmawiać. Reszta kręciła się tam i z powrotem i zadawała szyku. Patrzyłem więc na niego, jak stoi taki potężny, taki skamieniały i taki chyba jednak bardzo smutny, i pomyślałem sobie, że jakkolwiek bym na niego nie patrzył na co dzień, nie umiem stracić z oka tego, co w tym najważniejsze, a więc człowieka. Ale jest jeszcze coś. Zobaczyłem w tym momencie kogoś, kto – mogę się mylić, ale tak to oceniam – nie potrafi w życiu robić nic innego, jak tylko odstawiać jakieś nędzne skecze na wynajętych pokazach i pisać jeszcze marniejsze teksty w tygodniku redagowanym przez swoich kolegów, a jednocześnie ma bardzo wyraźną świadomość tego, że on tej roboty tak naprawdę nienawidzi, tyle, że znów – nie umie nic innego. No i żeby przynajmniej zachować jakąś elementarną choćby przyzwoitość, stoi przez te cztery dni od rana do wieczora i próbuje sprzedawać te swoje, jakie by one nie były, talenty. I tym właśnie się różni od innych, którzy nie są od niego w żaden sposób bardziej utalentowani, tyle że oprócz tych talentów brakuje im owej przyzwoitości. Takie oto miałem myśli, patrząc na Ryszarda Makowskiego na warszawskich targach książki katolickiej.
Czemu piszę dziś o Makowskim, który, jak już pisałem, obchodzi mnie w stopniu naprawdę śladowym? No więc, raz że on faktycznie tak bardzo się starając, zrobił na mnie wrażenie, a dwa, że jestem dziś akurat świadkiem afery z naszym najwybitniejszym aktualnie tenisistą Jerzym Janowiczem, i mam tu w związku z tym kilka, moim zdaniem bardzo istotnych, refleksji. W czym rzecz? Po serii przegranych pojedynków mianowicie, wystąpił Janowicz na konferencji prasowej i skrajnie poirytowany bezczelnie agresywnym zachowaniem dziennikarzy, walnął mikrofonem w stół, i – a mówię to z lekką, ale naprawdę tylko lekką, przesadą, zachęcił ich, żeby się od niego odpi…lili raz na zawsze. A ja już wiem, jakie będą dalsze losy Janowicza, jeśli się natychmiast nie opamięta i panów dziennikarzy uprzejmie nie przeprosi, a w dodatku jeśli natychmiast nie zacznie osiągać sukcesów co najmniej tak znaczących, jak Agnieszka Radwańska. Bez tego, on już dla nich wszystkich zawsze będzie stanowił tylko tarczę, w którą można bezkarnie walić.
Żeby sprawdzić kierunek wszystkich wiatrów, jeśli idzie o Janowicza, zajrzałem nawet na „nasz” portal wpolityce.pl, i tam również już tylko szyderstwa, a więc dokładnie to samo, z czym mamy do czynienia za każdym razem, kiedy tylko Agnieszce Radwańskiej zdarzy się przegrać któryś z pojedynków.
Pisałem już raz, całkiem zresztą niedawno, na temat tenisa, poruszony sposobem, w jaki jest traktowana właśnie Agnieszka Radwańska przez pewnego szalenie patriotycznie zorientowanego tenisowego eksperta, który tak bardzo kocha Polskę i każde ewentualne kolejne nasze narodowe zwycięstwo, że dla bardzo specyficznie pojętego interesu Kraju, on by był gotów Radwańską „zajechać” na śmierć. Chodziło mi o postawę, która z uwagi na dobro polskiego tenisa, nie ma nic przeciwko temu, by Agnieszka Radwańska z dnia na dzień zaczęła najpierw wyglądać, jak Serena Williams, następnie wskoczyła na pierwsze miejsce w tenisowych rankingach, a następnie zwyczajnie umarła z wycieńczenia. Miałem wreszcie na myśli postawę, gdzie w obliczu naszych wściekłych emocji, nie liczy się nawet człowiek.
Jadąc do Warszawy, później jeszcze przed spaniem, no i wracając już w niedzielę do domu, czytałem słynną autobiografię jednego z największych tenisistów w historii dyscypliny Andre Agassiego „Open”. Proszę posłuchać, jak się zaczyna ta książka, w – swoją drogą wyjątkowo kiepskim – przekładzie jakiegoś Rybskiego:
„Otwieram oczy i nie wiem, gdzie ani kim jestem. Nie jest to znów tak bardzo niezwykłe uczucie – połowę życia spędziłem, nie wiedząc. Mimo to jest jakoś inaczej. Ta dezorientacja jest bardziej przerażająca. Bardziej krańcowa.
Spoglądam w górę. Leżę na podłodze obok łóżka. Teraz sobie przypominam. Przeniosłem się z łóżka na podłogę w środku nocy. Jak zwykle. Dobrze mi to robi na kręgosłup. Zbyt długie leżenie na miękkich materacach powoduje ból nie do wytrzymania. Liczę do trzech, po czym rozpoczynam długotrwały, trudny proces wstawania. Z kaszlnięciem i jękiem przewracam się na bok i zwijam do pozycji embrionalnej, a następnie przekręcam na brzuch. Teraz muszę odczekać, aż krew zacznie żywiej krążyć w żyłach.
Obiektywnie rzecz biorąc, jestem młodym człowiekiem. Mam trzydzieści sześć lat, ale budzę się, jakbym miał dziewięćdziesiąt sześć. Po trzech dekadach biegu co sił, zatrzymywaniu się w miejscu, wyskakiwania wysoko i ciężkiego lądowania moje ciało jest jakby ciałem obcego człowieka. Szczególnie o poranku. […] Zmęczenie w ostatnich dniach jest wykańczające. Pomijając osłabienie fizyczne, targają mną wyczerpujące emocjonalne burze wywołane zbliżającą się emeryturą. Teraz, wychodząc z samego środka zmęczenia, dopada mnie fala bólu. Chwytam się za plecy. Plecy wczepiają się we mnie. Czuje się tak, jakby ktoś zakradł się w nocy i założył mi blokadę kierownicy na kręgosłup. Jak mam grać w US Open z blokadą na kręgosłupie?[…]
Urodziłem się z zeszytywniającym zapaleniem stawów kręgosłupa, co oznacza, że ostatni kręg kręgosłupa oddzielił się od pozostałych, zaatakował, zbuntował się. Jest to główny powód, dla którego chodzę, stawiając palce do wewnątrz. Przez ten jeden rozregulowany kręg nerwy mają mniej miejsca wewnątrz kręgosłupa i przy najmniejszym ruchu odczuwają tę ciasnotę. Do tego należy dorzucić, że dwa przestawione dyski i kość nie przestają rosnąć w bezskutecznym wysiłku, by osłonić uszkodzony obszar, a moje przewody nerwowe odczuwają prawdziwą klaustrofobię. Kiedy nerwy na tych ściśniętych odcinkach zaczynają protestować, gdy wysyłają sygnały ostrzegawcze, przez nogi przebiega fala bólu, przy której zasysam powietrze i zaczynam mówić różnymi językami. W tym momencie ukojenie przynosi jedynie położenie się i odczekanie. Jednak czasami taka chwila przychodzi w środku meczu. Wtedy jedynym ratunkiem jest zmiana stylu gry – sposobu wykonywania zamachów, biegania; wszystko należy robić inaczej. Wtedy dopada mnie skurcz mięśni.
[…]Mój organizm nie łaknie emerytury – on już dawno na nią przeszedł. Moje ciało przeprowadziło się na Florydę, kupiło sobie tam mieszkanie i białe spodnie sansabelt. Dlatego prowadzę negocjacje ze swoim ciałem, prosząc, by raz na jakiś czas na kilka godzin wróciło z emerytury. Większość tych negocjacji wspieram zastrzykiem z kortyzonu, który czasowo zgłusza ból.[…]
Tenis jest sportem, w którym zawodnik mówi sam do siebie. Żaden inny sportowiec nie gada do siebie tyle, ile tenisista. Oczywiście miotacze, golfiści, bramkarze mruczą pod nosem, ale tenisiści rozmawiają ze sobą – odpowiadają sami sobie. W ferworze gry tenisiści wyglądają jak ludzie niespełna rozumu, którzy wyszli na otwartą przestrzeń, coś bredzą, klną, przeprowadzają poważne debaty z własnym alter ego. Dlaczego? Ponieważ tenis jest cholernie samotną grą. Jedynie bokserzy są w stanie pojąć samotność tenisisty – chociaż mają do dyspozycji sekundantów z narożnika i trenerów. Nawet przeciwnik boksera jest poniekąd towarzyszem z ringu, kimś, z kim można się mocować i do kogo można stękać. W tenisie staje się twarzą w twarz z wrogiem, wymienia z nim ciosy, lecz bez dotykania, czy rozmawiania z nim ani też z kimkolwiek innym. Przepisy zabraniają tenisiście rozmawiać na korcie nawet ze swoim trenerem. […] W tenisie człowiek jest jak na bezludnej wyspie. Ze wszystkich sportów uprawianych przez kobiety i mężczyzn tenis jest najbliższy przymusowej izolacji, która niezmiennie prowadzi do dialogowania z samym sobą, co dla mnie zaczyna się podczas popołudniowego prysznica. To właśnie tutaj zaczynam do siebie wygadywać różne wariactwa raz za razem aż zaczynam w nie wierzyć. Na przykład, że osoba upośledzona ruchowo jest w stanie startować w US Open. […] W swojej karierze zwyciężyłem w ośmiuset sześćdziesięciu dziewięciu meczach, co daje mi piąte miejsce wśród wszystkich tenisistów na świecie. Wiele z tych spotkań zostało wygranych podczas popołudniowego prysznica”.
I to tyle tego mocno przydługiego cytatu. A ja zwyczajnie nie potrafię uwierzyć, że tej biografii nie czytali ci wszyscy dziennikarze i blogerzy, fani i specjaliści od tenisa, którzy uznali za stosowne zadręczać na zmianę Agnieszkę Radwańską i Jerzego Janowicza swoimi mądrościami. Ktoś kto nie czytał tej książki powie, że to z mojej strony demagogia, bo tu mamy Agassiego lat 36, a tam Janowicza dopiero wchodzącego w dyscyplinę. Tyle że książka, o której mówię, to nie jest przede wszystkim skarga człowieka, który kończy karierę i już nie daje rady, ale przede wszystkim sportowca, który z jednej strony od zawsze szczerze nienawidzi tego co robi, i co przynosi mu od początku wszystkie możliwe cierpienia, a co nawet nie było jego pomysłem, ale na co został skazany przez tych, którzy od początku byli od niego starsi i bardziej doświadczeni, a z drugiej wie, że z tego samego powodu i tak już nic innego w życiu nie będzie w stanie robić. Więc robi to co musi.
A to przecież nie wszystko. Andre Agassi przez wiele lat był jednym z największych tenisistów świata, ale zanim osiągnął szczyt – zupełnie jak Agnieszka Radwańska – kręcił się przez całe lata wokół czwartej, czy piątej pozycji i nie miał sposobu, by ten stan przełamamać. Przez wiele lat, będąc już zawodnikiem ze ścisłej czołówki, nie był w stanie wygrać jednego wielkoszlemowego turnieju. Dlaczego? Powody były zawsze tak samo oczywiste, jak kompletnie niezrozumiałe, ale najczęściej sprowadzały się o tego, że Agassiego przytłaczała atmosfera miasta, stadionu, czy samego kortu. Niekiedy chodziło o to, że on sam nie wiedział, o co chodzi, i jedyne co miał w głowie, to to, że on już ma tego tenisa serdecznie dość. A kiedy już nawet zaczął wygrywać te szlemy, to i tak wciąż niespodziewanie dla wszystkich przegrywał, by ostatecznie wypaść poza klasyfikację, no i by potem znów wrócić na szczyt. Czemu? I tu mamy tę samą sytuację, co wcześniej. Powodów była niezliczona ilość, a każdy z nich równie tajemniczy, jak poprzedni i następny. I to zarówno wtedy, gdy przegrywał z zawodnikiem, który miał tak gęste włosy (sic!), że one go zwyczajnie dekoncentrowały, jak i wtedy, gdy – co on przyznaje z pełną szczerością – przegrywał specjalnie tylko po to, by w następnej rundzie nie musieć grać z Beckerem, którego szczerze nienawidził, a brakowało mu pewności, czy go na tym korcie da radę odpowiednio upokorzyć.
Dziś czytam w naszej wpolityce.pl, że Janowicza zapytano, czemu on przegrał z Cilicem, a on zaczął się „pokrętnie tłumaczyć”, że czuł na korcie jakiś mur, tak na marginesie zresztą, dokładnie powtarzając słowa Agassiego z jego autobiografii; i to, zdaniem redaktora wpolityce.pl jest czymś Janowicza kompromitującym. Natomiast dziennikarz o nazwisku Tomaszewski napisał, że „minął rok, a Janowicz jest wciąż niedojrzałym, rozpieszczonym przez rodziców chłopcem, który nie potrafi dokonać samooceny, nabrać do siebie dystansu. Nie potrafi przegrać z godnością. Jego agresja kryje strach, niepewność. No i strzelił sobie w stopę. Zraził do siebie wielu życzliwych mu ludzi i zrujnował swój wizerunek”.
To ja już zbliżając się do końca mam pytanie do tego Tomaszewskiego, czy on czytał autobiografię Agassiego? Jako specjalista od tenisa, chyba powinien był? Czy może się mylę? A jeśli czytał, to czy udało mu się policzyć, ile razy Andre Agasi zniszczył swój wizerunek zanim osiągnął pozycję dzisiejszą, przy której nikt nie może w jego stronę rzucić marnego słowa?
No i już prawie na sam koniec, wrócę do Makowskiego. Czemu uznałem, że on tu nam dobrze posłuży, jako klamra dla tego tekstu, który przecież w ogóle nawet nie jest o nim? Otóż uważam, że on tam, stojąc na tym dziwnym stoisku, sygnowanym nazwą jakiejś nieznanej mi telewizji, robił wrażenie człowieka strasznie samotnego, i wciąż cały czas chodzi mi po głowie myśl, że ci wszyscy jego kumple z branży, jak Jan Pietrzak, Łukasz Warzecha, Robert Mazurek, Tomasz Sakiewicz, czy Piotr Semka, który – co widziałem, jak najbardziej – podszedł nawet i się z nim ładnie przywitał, muszą mieć z niego niemałą „bekę”, widząc jak on tam stoi tuż obok Coryllusa i mnie, i się upokarza. I myślę sobie jeszcze, że tak właśnie dzieli się ten świat: na tych co robią i na tych co to, co inni robią, potrafią tylko komentować.
W sumie, niewesołe to refleksje, a zatem już naprawdę na sam koniec mam dla wszystkich wesołą wiadomość. Warzecha nie odszedł z „Faktu” i nie dołącza, jak piszą dziś Karnowscy, do „ścisłego grona redaktorów ‘w Sieci’”, bo tak sobie zaplanował swoją karierę, ale dlatego, że został do tego zmuszony. I to jest taki sam fakt, jak to, że Janowicz, nie mówiąc już o Agnieszce Radwańskiej, może im wszystkim najwyżej podać nogę. Im nogę może podać tak naprawdę każdy. I z całą pewnością, nawet ktoś taki jak Ryszard Makowski.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem coryllus.pl Od dziś, w ramach wiosennej promocji, moje dwie pierwsze książki, wydane jeszcze pod nickiem Toyah, „O siedmiokilogramowym liściu” i „Twój pierwszy elementarz” są do nabycia po jedynie 15 zł. To już jest reszta nakładu i nie ma gwarancji, że będziemy go wznawiać. A zatem – serdecznie i szczerze zachęcam. Tradycyjnie, wszystkich przyjaciół tego bloga proszę o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...