Gdyby komuś przyszło do głowy sądzić, że, skoro ja tak ładnie potrafię pisać, i to w dodatku pisać z pozycji najczęściej tak bardzo słusznych, to ze mnie musi być prawdziwy bohater, to chciałbym go dziś wyprowadzić z błędu. Jak idzie o bohaterstwo, to ja sobie mogę ewentualnie przyznać tu tylko jeden punkt. Za to – chwaliłem się już tym tutaj parę razy – że kiedy oferowano mi bardzo przyjemne studia za współpracę, to powiedziałem esbekowi, żeby poszedł szukać gdzie indziej. Za to, że bałem się jak cholera, a mimo to, powiedziałem mu, żeby na mnie nie liczył. I na tym koniec. Więcej ciekawych historii tego typu do opowiedzenia nie mam. Mam natomiast w pamięci coś, co, jak sądzę, w najlepszym dla mnie wypadku, ów jeden punkt mi odbiera. I chciałem dziś parę słów na ten własnie temat.
Dziś już nie pamiętam tego tak na sto procent, czy na moich studiach, coś co się wówczas nazywało szkoleniem wojskowym, trwało rok, czy dwa, ale wydaje mi się, że rok. O ile jednak sobie przypominam, na tak zwane wojsko na ulicy Krasińskiego w Katowicach, chodziliśmy w każdy czwartek tylko na czwartym roku. I stało się jakoś tak, że ja z tego wojska oblałem wszystkie egzaminy. Wszystkie, czyli najpierw pierwszy, potem drugi i trzeci termin, i, ostatecznie też, egzamin komisyjny. Na piąty rok zatem zostałem wpuszczony warunkowo, a więc z obietnicą, że będę się, tak jak wszyscy, przygotowywał do obrony, a jednocześnie jakoś to wojsko ostatecznie zdam. No i rok mijał, a ja tego wojska zdać dalej nie potrafiłem. Pamiętam tamten rok bardzo dobrze, bo był to w moim zyciu rok szczególny. Z jednej strony kończyłem studia, z drugiej właśnie wtedy brałem ślub z panią Toyahową, no i pisałem tę pracę. A na samej górze tego wszystkiego było to wojsko. Pamiętam więc ten rok świetnie, a razem z nim, przypominam sobie, że w pewnym momencie myśl o tym wojsku opanowała mój umysł do tego stopnia, że kiedy chodziłem sobie po mieście, w głowie miałem wciąż jakieś wojskowe piosenki, a mój krok – jakikolwiek by on nie był – był zawsze krokiem marszowym.
Zdałem w końcu to nieszczęsne wojsko, nie dlatego, że się skutecznie nauczyłem, ale przez tak zwane pośrednie kontakty towarzyskie, rodzinne i flaszkę koniaku. A więc, w sumie, poza straconymi nerwami, nie było tak źle. A moje nerwy, to trzeba przyznać, były w stanie dość szczególnym. W czerwcu mieliśmy ślub, w lipcu byliśmy na wakacjach, przez sierpień napisałem tę moją nieszczęsną – kiedy dziś na nią patrzę, słabą jak nie wiem – pracę magisterską, nadchodził wrzesień, miałem już wyznaczony termin obrony, a ja wciąż chodziłem wszędzie tym wojskowym krokiem. No ale jak mówię, w końcu się udało i udało się do tego stopnia, że ja nawet tego wojska nie zdawałem. Przyszedłem tam na ten ich egzamin, oni mi powiedzieli, dajcie Osiejuk ten indeks, i tyle. Później szybko pobiegłem na obronę, podczas której byłem tak osłabiony, że zrobiłem z siebie wyłącznie idiotę i dziś jestem tu gdzie jestem.
Jednak w czasie, kiedy jeszcze w ogóle nie wiadomo było jak się to skończy, podczas jednego z tych moich oblanych egzaminów, zdarzyło się coś, co mnie prześladuje do dziś. Otóż w pewnym momencie, któryś z tych majorów, czy pułkowników, ni z gruszki ni z pietruszki, zwrócił się do mnie z takim oto pytaniem: „Czy wy, Osiejuk jesteście rzymskim katolikiem?” Powiem zupełnie szczerze, że kiedy on wyskoczył z tą religią, wpadłem w prawdziwą panikę. Bo pierwsza moja myśl była taka, że co go to w ogóle nagle obchodzi? Druga taka, że obchodzi go z całą pewnością. A trzecia to ta, że od mojej odpowiedzi zależy bardzo wiele. No i odpowiedziałem mu w następujący sposób. Słowo w słowo: „Tak mnie wychowali moi rodzice”. Pamiętam, cholera, te słowa do dziś.
Dlaczego nie odpowiedziałem mu normalnie, jak człowiek, że tak, że jestem rzymskim katolikiem i wierzę w Jezusa Zmartwychwstałego i w Święty Kościół i dalej w tym kierunku? Otóż bałem się, że on tylko na tę odpowiedź czeka i jest na nią znacznie lepiej ode mnie przygotowany. Jakoś tak chyba to było. Dlaczego zatem nie powiedziałem, że nie? Że w żaden sposób. Że jestem porządnym komunistą. Tu już odpowiedź jest prosta. Tak głupi, co by o mnie nie sądzić, to ja nawet wtedy nie byłem. Tak czy inaczej, wymyśliłem tę idiotyczną odpowiedź ze strachu i prześladuje mnie ona do dziś.
Przypomniała mi się ta historia dziś, po tym jak już skończyłem czytać w „Rzeczpospolitej” wywiad Roberta Mazurka z piosenkarką Antoniną Krzysztoń. Nie w trakcie tej rozmowy, ale po jej przeczytaniu. Żeby powiedzieć, o co chodzi, parę słów o samej Antoninie Krzysztoń, której niektórzy mogą zupełnie nie znać. O Mazurku nie trzeba. O nim tu było już i tak dużo za dużo. Otóż Antonina Krzysztoń ma historię bardzo niezwykłą. Z jednej strony, przez swoje rodzinne powiązania, ona w czasach głębokiego PRL-u należała do najbardziej klasycznej warszawskiej socjety. A więc była siostrzenicą Haliny Mikołajskiej, Marian Brandys był jej wujkiem, i pewnie też przez to oczywiście, znała dokładnie wszystkich czołowych wówczas opozycjonistów – a, jak wszyscy wiemy, w tamtych akurat czasach, w odróżnieniu od tego, co mamy dziś, towarzyski mainstream mieścił się nie po stronie zajmowanej przez reżim, lecz właśnie przez opozycję. Zresztą sama Krzysztoń na ten temat dość dużo w wywiadzie dla „Rzepy” opowiada, a na kimś tak przywiązanym do tradycyjnego modelu życia towarzyskiego – ale też życia w ogóle, jak ja – te wszystkie szczegóły robią wrażenie takie sobie.
A więc to jest ta jedna strona. Druga strona natomiast jest taka, że Antonina Krzysztoń – o czym akurat już wiem z zupełnie innych źródeł, niż Mazurek i jego „Rzeczpospolita” – to jest człowiek bardzo porządny. Ona jest – i zawsze była – osobą niezwykle porządną, ideową, wierną i – co nie mniej ważne – mądrą. Wiem też jeszcze coś. Z powodu tego oto, że ona w zeszłorocznych wyborach prezydenckich oficjalnie poparła kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego, praktycznie straciła pracę. I, powiem szczerze, kiedy dziś rano zobaczyłem, że Mazurek rozmawia z Krzysztoń, bardzo liczyłem na to, że wystarczająco duża część tego wywiadu będzie poświęcona temu, by opowiedzieć czytelnikom, jak się przejawia ów totalitaryzm, o którym niedawno wspomniał ojciec Rydzyk, i co wzbudziło tak nieprawdopodobną furię Systemu. Liczyłem na to, że Mazurek zapyta, a ona opowie, jak się zaczęła zmieniać jej zawodowa i towarzyska sytuacja od momentu, gdy ona zgodziła się swoim nazwiskiem wesprzeć kampanię Jarosława Kaczyńskiego, i jak System ją za ten gest potraktował. I jakie wnioski, z tego co się stało, powinniśmy wszyscy dla siebie wyciągnąć.
Mazurek rozmawia zatem z Antoniną Krzysztoń, ale najpierw rozmowa się toczy wokół jej wczesnej kariery, później słuchamy dość szczegółowych historii na temat Mikołajskiej, Brandysa i w ogóle ówczesnego życia w Warszawie i okolicach, i kiedy wydaje się, że na temat dzisiejszej sytuacji Krzysztoń nie padnie ani słowo – jest! Pod sam koniec tej rozmowy pojawia się temat właściwy. Krzysztoń najpierw mówi, jak ją irytuje to, że wielu traktuje jej sztukę jako sztukę ściśle religijną, i Mazurek na to rzuca co następuje: „Pani wpadła w gorszą szufladę – polityczną. W ostatnich wyborach prezydenckich znalazła się pani w komitecie Kaczyńskiego”. I, gdyby ktoś się spodziewał, że tu Antonina Krzysztoń powie, że tak, że ona popiera Prawo i Sprawiedliwość, że dla niej Kaczyński to lepszy prezydent, niż Komorowski, i że to, że ona w to wierzy, ją tak fatalnie ustawiło w jej życiu zawodowym, czy coś w tym kierunku, to jest w dużym błędzie. Okazuje się, że przede wszystkim Antonina Krzysztoń poparła Jarosława Kaczyńskiego nie przez politykę, lecz z „porywu serca”. Że ona „po prostu czuła, ze musi być przy tym człowieku”. Dlaczego? Tego akurat już tak do końca nie wiemy, no ale można się domyślić, że chyba z litości. Zresztą już w następnym zdaniu, Antonina Krzysztoń zapewnia wszystkich wątpiących, że ona nigdy się w politykę nie angażowała i nadal „śpiewa dla wszystkich”. A nie tylko „dla jednej partii”. A na przykład jej najbliższa przyjaciółka jest politycznie kompletnie gdzie indziej, niż ona, i one i tak się bardzo przyjaźnią.
To byłby oczywiście, jak ktoś słusznie zauważy, dobry moment dla samego Mazurka, by pokazać, jak wygląda dziennikarstwo porządne i niezależne. Ale tu już wywiad się kończy. Mazurek tylko nieśmiało zwraca uwagę, że Krzysztoń znalazła się w jednym miejscu „z innym bardem opozycji i ‘Solidarności’ Janem Krzysztofem Kelusem”, na co Krzysztoń odpowiada, że „to naprawdę powinno ludziom dawać do myślenia, tym bardziej, że wszyscy wiedzą, jak niezależną osobą jest Janek”. I na tym koniec. Kto chce, niech się domyśla. W końcu, jak słyszymy, to jest informacja, która ludziom „powinna dawać do myślenia”.
Czemu Mazurek i Krzysztoń postępują tak jak postępują? Główny powód jest wspólny. I to jest też mniej więcej ten sam powód, jaki stał za moją reakcją sprzed lat na pytanie tamtego peerelowskiego oficera o moją religię. Ostrożność wobec przeważających sił wroga. I Mazurek i Krzysztoń, a również i ja, jeszcze wtedy, kiedy byłem taki młody, zachowaliśmy się tak, a nie inaczej, ze strachu, że, jeśli się zdeklarujemy szczerze i uczciwie, to natychmiast dostaniemy tak w zęby, że się nie pozbieramy. W szczegółach natomiast jest już sytuacja bardziej zróżnicowana. Ja po prostu miałem nadzieję, że jeśli będę grzeczny, zdam ten egzamin. A więc wszystko było proste. Jak idzie o Krzysztoń, ona chce odzyskać to co miała – też nie do końca, ale jakoś tam miała – kiedyś. Sama zresztą, w innym miejscu tej rozmowy, przyznaje niemal jednoznacznie, że ona by chciała być popularna, jak inni jej koledzy artyści. Mazurek natomiast, boi się, by nie utracić tego, co ma. A więc opinii – inna sprawa, że to jest bardzo ciekawe, czyjej opinii – dziennikarza niezależnego i obiektywnego. I tak się niestety składa, że cała nasza trojka popełniła, lub wciąż jeszcze popełnia, ten sam błąd. A więc liczy na to, że System jest skłonny do kompromisu. Otóż nie. System żąda ofiary całkowitej i żadne częściowe ustępstwa go nie interesują. A zatem Mazurek, nigdy, już do końca swojego zawodowego życia, nie zostanie potraktowany przez System – nawet nie jako swój, bo to jest w ogóle niemożliwe – ale jako ktoś choćby neutralny. Nawet jeśli on się zepsi tak jak to zrobił Wołek, to i tak wszyscy będą go traktować jak kupę śmiechu, a używać go będą wyłącznie do szczucia na przeciwników prawdziwych. Jak idzie o Antoninę Krzysztoń, ona – ponieważ ma talent i jej piosenki mogłyby się znowu zacząć sprzedawać – musiałaby zrobić to, co zrobił swego czasu Maleńczuk, a więc podczas jednego z tych nielicznych koncertów, wyraźnie i bez drżenia w głosie, wrzasnąć do publiczności, by wyborcy PiS-u „wypierdalali”. On przecież też nigdy nie był piosenkarzem mainstreamowym, a proszę, jak sobie dziś świetnie radzi. A więc tak właśnie – żeby wypierdalali, a nie jakieś farmazony o śpiewaniu dla wszystkich. Bo dla wszystkich się nie śpiewa.
A ja? Co mogłem zrobić tamtego dnia ja? Oczywiście dziś już wszyscy wiemy, że ten wykręt i zrzucenie całej odpowiedzialności za moją wiarę na moich rodziców, nic mi nie dało. I dać mi nie mogło. Bo co to, kurwa, ma znaczyć, że rodzice tak mnie wychowali? Człowiek odpowiada sam za siebie i widzi przecież, co i jak. A więc, ja, przede wszystkim, miałem się zgodzić, jeszcze jakiś czas wcześniej, na tę współpracę, a skoro się tak spóźniłem, to przynajmniej zadeklarować ją z opóźnieniem, i liczyć na łaskę. A tak, to i w końcu trzeba było wydać pieniądze na tę flaszkę, i jeszcze mieć wyrzuty sumienia do końca życia. A wszystko, jak się dobrze zastanowić, jest takie proste. Ja miałem wtedy wyprostować się, nabrać głęboko powietrza, i powiedzieć głośno i wyraźnie, że Jezus Chrystus jest moim Panem, Antonina Krzysztoń miała powiedzieć, że ona nie śpiewa dla zdrajców i idiotów, natomiast Mazurek miał jej na to – głośno i wyraźnie – powiedzieć, że jej bardzo dziękuj za te słowa. Właśnie tak. Że jej bardzo dziękuje za te słowa. Bo gdybyśmy wszyscy byli trochę bardziej dzielni, o wiele łatwiej by się nam myślało o nadchodzącej przyszłości. A zatem, namawiam do odwagi. Bądźmy odważni.
Oczywiście, moja dzisiejsza sytuacja nie ma nic wspólnego ani z moim bohaterstwem, ani tchórzostwem, i nawet nie jestem pewien, czy mam dla niej jakiekolwiek usprawiedliwienie. Natomiast wiem, że ten blog jest dziś jedynym źródłem mojego utrzymania. A zatem wszystkich, którzy mogą mi w jakikolwiek sposób pomóc finansowo, proszę o kupowanie książki i o wpłaty na podany obok numer konta. Dziękuję.