Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dług. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dług. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 sierpnia 2017

Jak być biedną wdową i zachować dobry humor

      Ponieważ jestem ostatnio w nastroju, gdzie między życiem, a śmiercią granica jest wręcz mikroskopijna, pomyślałem sobie, że warto by było spojrzeć na to, czym my się tu zajmujemy z nieco innej niż dotychczas perspektywy.  Spójrzmy więc na świat, że tak to ujmę, osobny, czyli z perspektywy finansowej. Jak wiemy, najbogatszą dziś posłanką jest „nasza” Joanna Lichocka, która, wedle najnowszych danych, na swoim koncie posiada majątek warty blisko 5 milionów złotych. Tak się składa, że ja nie mam bladego pojęcia, co to znaczy mieć majątek w wysokości 5 milionów złotych, natomiast wiem, kim jest Lichocka i, co wiecej, mam okazję oglądać ją regularnie w telewizji, jak mnie oraz innych wyborców Prawa i Sprawiedliwości dzielnie reprezentuje publicznie w naszej walce o nową, sprawiedliwą Polskę.
     Ale wiem coś jeszcze. Otóż jeszcze do nie dawna to nie Joanna Lichocka była najbogatszą posłanką Prawa i Sprawiedliwości. Na pierwszym miejscu owej listy znajdowała się, również „nasza”, pani poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk, która jeszcze parę lat temu chwaliła się majątkiem bliskim 10 miliona złotych, natomiast dziś funkcjonuje jako posłanka najbardziej zadłużona, której dług oscyluje w granicach 20 milionów złotych, w dół lub w górę.
     I tu znów muszę przyznać, że nie wiem, co to znaczy mieć 20 milionów długu. Kiedyś, jeszcze za jego życia, czytałem, że Michael Jackson, który był właścicielem praw do wszystkich piosenek Beatlesów, był jednocześnie kompletnym bakrutem, no ale jakoś się tą wiadomością nie przejąłem, uznając, że to nie mój świat, a więc też i nie moja sprawa. Gdy chodzi o posłankę Prawa i Sprawiedliwości, Dorotę Arciszewska-Mielewczyk, którą, swoją drogą, widziałem przedwczoraj w telewizji, jak opowiadała o niemieckim zagrożeniu i wcale nie robiła wrażenia osoby zdesperowanej, jestem pod wrażeniem. 20 milionów złotych długu to jest wynik, który musi robić wrażenie.
      Przeprowadziłem internetowe śledztwo i wiem już, jak to się stało, że posłanka Prawa i Sprawiedliwości Dorota Arciszewska-Mielewczyk tak naprawdę nie dość że nie ma nic, to jeszcze znalazła się w pełnej dyspozycji Systemu. Otóż cztery lata temu, mąż Pani Poseł, Krzysztof Mielewczyk, popularnie w Europie zwany „królem puchu”, kupił sobie helikopter, i kiedy się uczył nim latać, spadł na ziemię i umarł, stawiając swoją żonę wobec wyboru: albo machnąć na tę całą forsę ręką i mięć święty spokój, czy wszystko, włącznie z długami, zachować. Dorota Arciszewska-Milewczyk, posłanka Prawa i Sprawiedliwosci, postanowiła zaryzykować i dziś, jak czytam, żyje wyłącznie z poselskiej pensji w wartej jakieś 4 miliony posiadłości, jeździ starym mercedesem, ma 235 tys. złotych oszczędności, a więc o 265 tys. mniej niż przed rokiem, plus zaciągnietą w ubiegłym roku pożyczkę w wysokości 165 tysięcy złotych i 15 tys. debetu na karcie. Na co? Tego nie wiemy. Możemy się domyślać, że na życie.
     Powstaje pytanie, komu Pani Poseł jest winna te 20 baniek? Tu zaskoczenia nie ma. Tak jak my wszyscy, ona zalega bankom – w jej akurat wypadku, mamy naturalnie SKOK-i  Urzędowi Skarbowemu, ZUS-owi, no i jeszcze tam komuś, ale, jak widać, ani jedni ani drudzy, ani tym bardziej nasze SKOK-i, nie mają do niej jakichkolwiek pretensji, uznając że tak jak jest, jest dobrze. A co my? No, gdy chodzi o nas, możemy najwyżej sobie poplotkować, ewentualnie pójść na loda. Zwłaszcza gdy, jak się okazuje, ów śp. Milewczyk, to wcale nie był ktoś w tym towarzystwie szczególnie szczególny. Wsród obecnych posłów, jest kilku, którzy od Mielewczyka są znacznie lepsi, gdy chodzi o majątek, a gdzy chodzi o długi również nie mają się czego wstydzić. I do tego nie muszą nawet mieć legitymacji PiS-u.
     I, z tego co widzę, wszyscy czują się znakomicie i nie sądzę, by oni akurat podzielali nasze obawy, gdy chodzi o walkę, czy to o sprawiedliwe sądy, czy ewentualnie o Konstytucję. A ja? No ja muszę już kończyć, bo gonią mnie terminy.


Zachęcam wszystkich do zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam szczerze i uczciwie. 

wtorek, 11 września 2012

Dym: Repryza

Dzisiejsza notka jest w pewnym sensie notką techniczną, a spowodowane to jest tym, że – czego, mam nadzieję, większość z nas jest świadoma – w piątek, sobotę i niedzielę razem z Gabrielem, czyli Coryllusem, albo udzielałem się na targach książki tu w Spodku, albo jeszcze bliżej, czyli u mnie w domu, a zatem pisać zwyczajnie nie było jak. Piszę, że to co dziś tu przedstawiam ma charakter bardziej techniczny, bo w istocie rzeczy, chcę głównie poinformować o tym jak się rzeczy mają na dziś, czyli wtorek 10 września. Z drugiej strony, trudno też się spodziewać, że skoro już pokonałem to zmęczenie i siadłem do tej klawiatury, nie podzielę się paroma refleksjami. A więc aż tak źle nie będzie. A zatem, do dzieła.
Otóż przede wszystkim spieszę donieść – i jestem pewien, że wielu z nas ta wiadomość bardzo pozytywnie zainteresuje – targi zakończyły się dla nas obu jednoznacznym sukcesem. Oczywiście, jak zresztą można się było spodziewać, Coryllus ze swoją „Baśnią jak niedźwiedź” zwyczajnie mnie rozniósł. Polegało to głównie na tym, że dzięki temu, iż zdobył on już pewną popularność na takich portalach jak niezależna.pl, i że w Internecie jest on osobą wręcz fizycznie rozpoznawalną, a zatem ludzie przychodzili specjalnie dla niego, ale też przez to, że „Baśń” to projekt tak niezwykły i tak fascynująco napisany, że to zwyczajnie trzeba mieć. Wystarczy że on powie dwa zdania na temat tego, o czym owa „Baśń” traktuje, każdy kto ma choć odrobinę rozumu i wrażliwości, musi zaryzykować i ją sobie kupić.
Oczywiście jednak, ja też nie mam co narzekać, jednak nie o tym chcę dziś pisać. To bowiem co jest ważne, to to – a Coryllus zwrócił na to uwagę w swoim dzisiejszym tekście w Salnie24 – myśmy tam za bardzo nie mieli konkurencji. Oczywiście, były w Spodku obecne wydawnictwa takie jak IPN, Znak, czy Agora, a więc w pewnym sensie potentaci, niemniej sam fakt, że myśmy nawet nie mieli czasu, by się zainteresować tym, jak się tam wokół tym ich stoisk rozwija życie czytelnicze, świadczy o tym, że kompleksów mieć nie musimy. Coryllus w swoim dzisiejszym tekście przede wszystkim zwraca uwagę na, to jak okropnie to wszystko co tam nas otaczało było puste i tandetne. Jak z każdą kolejną godziną naszego tam przebywania, nie mogliśmy się otrząsnąć z wrażenia, że oni wszyscy są skazani na porażkę z jednego prostego powodu – im zwyczajnie nie zależy. To co oni robią, i czym chyba jednak żyją, wyrasta głównie z przekonania, że coś im się tam udało trafić i dzięki temu się przez jakoś czas powożą. Jak idzie natomiast o zwykłą pasję – tego tam już zwyczajnie nie ma. I o tym pisze Coryllus. Jak idzie o mnie, chciałbym opisać jedną tylko historię. I niech to, dla odmiany będzie ów przekaz pozytywny.
Ponieważ przed naszym stoiskiem stali na ogół zainteresowani czytelnicy, i zanim każdy z nich wreszcie wypowiedział owe sakramentalne: „Poproszę po trzy komplety tych i po jednej z tych czarnych”, myśmy sobie z nimi rozmawiali, w pewnym momencie podeszła do nas pewna – może dwunastoletnia, może młodsza – dziewczynka, i uznając, że z nas pewnie jacyś sławni autorzy, podała Gabrielowi zeszyt i poprosiła o autograf. Gabriel najpierw się jej wpisał, a potem nagle, gestem tak absolutnie naturalnym, że aż nieludzkim, podarował jej jedną ze swoich książek, a ja, w tym samym niemal momencie, dołożyłem jej swoją. Ona się uradowała, powiedziała: „Bardzo dziękuję” i sobie poszła.
I to jest właśnie ta historia. Kto wie, co sobie teraz należy pomyśleć, temu żadne kolejne słowo nie jest już potrzebne. Kto nie wie, myślę, że jemu i tak już się ono na nic nie przyda. Jak idzie bowiem o to, że wszystko od nas gdzieś idzie, a potem i tak wraca, można opowiadać bez końca. Weźmy choćby tę najnowszą historię. Otóż obok jest sklep, w którym pewna bardzo mila dziewczyna sprzedaje alkohol, w tym sto tysięcy najróżniejszych gatunków piwa. Lubię ja bardzo, bo raz ze jest sympatyczna, dwa że bardzo moim zdaniem ładna, a po trzecie ona, jak się okazuje, w wolnym czasie gra w pierwszej lidze piłki ręcznej i mi to bardzo imponuje. Przyjechała ona do Katowic z jakiejś wioski na Opolszczyźnie, no i pracuje w tym sklepie. Kompletnie umordowany tymi kilkoma minionymi dniami i wręcz nieludzką podróżą koleją do Katowic, zaszedłem tam dzisiaj, aby kupić sobie flaszkę piwa, a ona opowiedziała mi, że jest kompletnie załamana, bo z samego rana przyszedł do niej jakiś wyjątkowo chytry i wyrachowany złodziej, i okradł ją z papierosów na ponad 200 złotych, za które ona teraz musi zapłacić, no i to jest dla niej strata wręcz obezwładniająca. Ponieważ dziś też, z samego rana, w ramach wspierania tego bloga, na konto wpłynęło okrągłe 50 złotych, pomyślałem sobie, że ja jej dam te pięć dych i w ten sposób odkupię swoje winy. Trochęśmy na tym banknotem powalczyli, ale w końcu ona się popłakała, ja – by zachować męską równowagę – stamtąd uciekłem, i tyle wszystkiego. Zdążyłem jej tylko powiedzieć, żeby nie myślała, że ja to robię dla niej. Ja to robię głównie dla siebie. Zupełnie jak Jules w jednej z ostatnich scen w Pulp Fiction. Mocne, cholera. Prawda?
A więc może to chodzi o te autografy? Które tak naprawdę podpisujemy dla siebie samych? Nie wiem. Marne były te targi książki. Tak strasznie mało było ludzi i tak strasznie wszystko tonęło w tej mainstreamowej tandecie. Gabriel, licząc pewnie na to, że to i Spodek i wielka metropolia, przywiózł całą kupę moich „Liści” i „Elementarzy”, z których kolejna kupa musiała zostać w Katowicach, bo w przeciwnym razie ja bym nie mógł się z nim zabrać do jego mikroskopijnego autka na poniedziałkowe występy w niezaleznej.pl i w Roninie. No więc leżą one teraz wszystkie u mnie. A zatem mam wiadomość. Jeśli ktoś chce sobie kupić jedną albo drugą, zapraszam do siebie. Proszę na zwyczajowy numer konta wpłacać po 30 złotych za „Elementarz” i 40 złotych za „Liścia”, a ja go Wam wyślę z osobistą dedykacją. Na własny koszt. Może być? Serdecznie zapraszam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...