Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klub Ronina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klub Ronina. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lutego 2015

O zdrajcach, durniach i o łzach bez sensu

Podczas wycieczki do Pragi, mój kontakt z blogami był w bardzo znacznym stopniu ograniczony, co oczywiście nie oznacza, że żadne informacje z Kraju do mnie nie dochodziły. Obok fascynującej wręcz wiadomości – nieistotnej, ale fascynującej – że bestsellerowa powieść pisarza Miłoszewskiego „Uwikłanie” została wydana przez sieć EMPiK, a następnie jej sprzedaż, przy pomocy wewnątrzkorporacyjnego terroru, została przez ten sam EMPiK wywindowana na obecny poziom, to co zrobiło na mnie wrażenie, to fakt przejścia byłego posła Prawa i Sprawiedliwości Jana Tomaszewskiego do parlamentarnego klubu PO.
I jestem pewien, że stali czytelnicy tego bloga świetnie zdają sobie sprawę z tego, że nie tyle interesuje mnie ten piłkarz, co powszechna reakcja na jego postępek. Otóż z tego, co słyszę i czytam, wynika, że znaczna część komentatorów uważa Tomaszewskiego za zdrajcę, a ja muszę powiedzieć, że tym razem miarka się jednak przebrała. Otóż ja rozumiem, że można było, jeśli ktoś był skandalicznie naiwny i zdziecinniały, uznać, że zdradą było to co zrobili premier Marcinkiewicz, Antoni Mężydło, Ludwik Dorn, czy w pewnym momencie nawet Radek Sikorski, jednak już od pewnego czasu, jak się zdaje, każdy normalnie odbierający rzeczywistość obywatel winien widzieć, że o żadnej zdradzie mowy być nie może. Tam gdzie nie ma ani idei, ani marzeń, ani tak naprawdę żadnych emocji poza pragnieniem władzy i pieniędzy, nie ma też czegoś takiego jak zdrada.
Czemu nie odchodzą politycy z Platformy Obywatelskiej wiemy chyba wszyscy. Pierwszy powód jest taki, że oni póki co nie mają żadnego interesu, by rozstawać się z kurą, która ostatnio już znosi im nie tylko te głupie złote jaja, ale jaja ze szczerego diamentu, a po drugie, jak by to niby miało wyglądać? Minister Biernat czy poseł Szejnfeld, widząc co się kroi, dzwonią do Kaczyńskiego i mówią, że oni się jednak zastanowili i chcieliby zostać ludźmi prawymi i sprawiedliwymi, a pisowska rada polityczna, czy co my tam na takie okazje mamy, podejmuje jednogłośną decyzję, że będzie nam bardzo miło? No, nie żartujmy. Wiemy, że nawet nas stać na wiele, ale chyba jednak nie aż na tak wiele.
A mimo to ostatnie ruchy z posłem Godsonem, aplikującym do PSL-u, posłem Tomaszewskim, który postanowił wesprzeć premierostwo Ewy Kopacz, czy jeszcze wcześniej gest Michała Kamińskiego, ostatnio nagrodzonego za swoją determinację, by być politykiem z krwi i kości, aż stanowiskiem rządowym, robią wrażenie. Tyle że tu nie ma mowy o jakiejkolwiek zdradzie i ja się naprawdę dziwię, kiedy słyszę wypowiedzi ludzi mających wydawałoby się o polityce jako takie pojęcie, gdzie dominuje oburzenie na widok ludzi złych, podłych, a w najlepszym wypadku śmiesznych. Rzecz w tym, że w tym co oni robią, nie ma ani nic podłego, ani śmiesznego. Tam jest już tylko, jak wspomniałem wcześniej, czysta determinacja. I jeśli ja gotów się jestem czemuś dziwić, to może tylko temu, że poseł Tomaszewski po ratunek udał się do Platformy, a nie, jak Godson, do PSL-u. Za tym musi stać już tylko jego bałwaństwo. PSL przede wszystkim dałby mu na swoich listach „jedynkę”, co przy pewnym jak zawsze wejściu partii do Sejmu, gwarantowałoby mu kolejne cztery lata przetrwania, natomiast Platforma nawet jeśli nagle zacznie tonąć, Tomaszewskiemu nie da nic, bo tam są już tylko zęby i walka o przeżycie, a jak ona wygląda, przekonał się podczas poprzednich wyborów Antoni Mężydło.
A zatem, nie mam tu ochoty się znęcać nad żadnym z nich, bo wiem, że oni walczą jak potrafią, a miesiące które nadchodzą, pokażą nam jeszcze nie jeden taki cyrk. Rzecz w tym, że moje refleksje sięgają znacznie dalej, niż to, co ci biedni ludzie mają w głowach, a mianowicie poziomu samej polskiej polityki, z jaką dziś mamy do czynienia. Otóż, jak wiele na to wskazuje, dziś już nikt nawet nie udaje, że tu chodzi o coś innego, jak tylko o robotę i pieniądze, i aby to zrozumieć, nie potrzebujemy, ani Godsona, ani Tomaszewskiego, ani nawet Dorna wciąż wszystkich trzymającego w niepewności, czy, skoro nie chce go ani PiS, ani Platforma, ani Prezydent, pójdzie do PSL-u, czy do Korwina-Mike, czy może do Palikota. Żeby zobaczyć, o co tu chodzi, wystarczy, że zrozumiemy, że ów Ludwik Dorn, gdyby tylko otworzyły się odpowiednie drzwi, a za tymi drzwiami pokazałyby się pieniądze, on by tam skoczył bez chwili namysłu. I jeśli ja wspomniałem o Palikocie i Korwinie, to wcale nie przez swoją skłonność do przesady i złośliwej ironii, ale dlatego, że jestem tego pewien w stu procentach: gdyby Dorn był odpowiednio zdesperowany, a w przystąpieniu do Palikota ujrzałby choćby minimalny interes, on nie dość że by tam poszedł, to jeszcze potrafiłby nam ów ruch objaśniać od strony etycznej w studio TVN24 przez całe godziny.
Powiem więcej: gdyby profesor Hartman założył Polską Partię Satanistyczną, sondaże dawałyby jej odpowiednie szanse wyborcze, a Dornowi by obiecano dobre miejsce na liście, on, przy założeniu, że nie chcieliby go ani Prezydent, ani PSL, ani PiS, ani Platforma, w jednej chwili ogłosiłby apostazję.
I oto wiadomość już naprawdę ponura. W moim najgłębszym przekonaniu ani Dorn, ani Godson, ani Tomaszewski, ani Kamiński, ani Sikorski, ani Mężydło – można wymieniać – nie są tu żadnymi wyjątkami. Prawdę powiedziawszy, ja niemal nie jestem w stanie policzyć na palcach jednej ręki ludzi działających w polskiej polityce, czy mediach, którzy, gdyby zaszła odpowiednia okoliczność, nie byliby gotowi na wszystko. Popatrzmy na Jacka Kurskiego, który w pewnym momencie sobie gdzieś poszedł, a potem wrócił. Przecież to nie jest tak, że gdyby Platforma Obywatelska zaproponowała mu miejsce na listach wyborczych, lub Ewa Kopacz zaoferowała mu stanowisko w rządzi, on by się uniósł honorem. Jego problem jak sądzę polegał na tym, że jego się wszyscy bali i gdziekolwiek zapukał, natychmiast gaszono światło i udawano, że nikogo nie ma. Kamińskiego najwidoczniej z jakiegoś nieznanego nam, ale też i nieistotnego, powodu, uznano za mniej groźnego, albo posiadającego informacje, dla których warto nawet i zaryzykować. Wrócił więc Jacek Kurski do PiS-u, z pokornie pochyloną głową, skruszony, skromny, cichy i bez wyraźnych ambicji nie dlatego, że się zreflektował, ale wyłącznie przez to, że okazał się mieć wystarczająco dużo rozumu, by wiedzieć, że publiczne upokorzenie naprawdę nic nie kosztuje, a wstyd to zaledwie przesąd i nic więcej.
Tak właśnie wygląda polska polityka i, jak mówię, tu praktycznie nie ma wyjątków. Kiedy przyjdzie czas, oni wszyscy zrobią to, co zrobić będzie trzeba, i nie powstrzyma ich ani zwykłe poczucie przyzwoitości, ani nawet lęk przed piekłem. Przypominam sobie pisząc ten tekst, jak swojego czasu wspólnie z Coryllusem i Kamiuszkiem, oraz w towarzystwie Grzegorza Brauna i prof. Nowaka z Krakowa, na zaproszenie Klubu Ronina debatowaliśmy, co polscy patrioci powinni zrobić, by odnieść zwycięstwo. To wtedy właśnie Grzegorz Braun wypowiedział swój słynny bon mot karze śmierci za zdradę stanu, za co każdy z uczestników spotkania musiał ostatecznie stawić się przed prokuratorem. Przed naszą debatą, zgodnie z tradycją, przez godzinę prezentowali się prawicowi dziennikarze w osobach Janeckiego, Ziemkiewicza i nie pamiętam, ale może Goćka, lub tego drugiego i żartowali na temat ludzi, którzy mają pretensje do Ziemkiewicza, że z Kaliszem poszedł na grilla do Giertycha. Kiedy oni zeszli ze sceny, zaczęliśmy gadać my, a kiedy przyszła kolej na mnie, powtórzyłem to co piszę tu na tym blogu od siedmiu już lat, a mianowicie, że nie ma mowy o żadnym zwycięstwie dopóki każdy z nas nie odda dla Sprawy całego swojego serca; że nie zwyciężymy, jeśli wcześniej na myśl o Polsce nie zaczniemy autentycznie płakać. No i opowiedziałem historię, o tym, jak to w lipcu roku 2010 ogłoszono zwycięstwo Bronisława Komorowskiego i moja córka z żalu i rozpaczy się rozpłakała. Ponieważ kiedy mówiłem te słowa, zobaczyłem, jak w drugim końcu sali, przy barze stoi Rafał Ziemkiewicz, spojrzałem mu prosto w oczy i zapytałem: „Czy pan wtedy płakał?”
Ziemkiewicz sobie szybko poszedł, a kiedy doszedł do siebie, pobiegł do swojej koleżanki Dominiki Wielowieyskiej i doniósł na blogerów, którzy na razie jeszcze nie mają władzy, ale kiedy ją uzyskają, żartów nie będzie. No i w ten sposób nastąpiła owa pamiętana dla mnie zima z warszawską prokuraturą.
Pytanie jednak wciąż wisi w powietrzu i powiem szczerze, że ani mi w głowie czekać na odpowiedź, bo jest jasne jak słońce, że Ziemkiewicz nie płakał. Jest jasne jak słońce, że nie płakał żaden z nich, ani bracia Karnowscy, ani Warzecha, Krzysztof Feusette, ani Robert Mazurek, ani jego żona i jego dzieci. Ale też nie płakali ani prof. Nowak, ani Grzegorz Braun. Nie płakał Jacek Kurski, Ludwik Dorn i Jan Tomaszewski. Nie płakali posłowie Hofman i Lipiński. Nie płakałem nawet ja. Byłem wstrząśnięty, ale nie płakałem. Płakało tylko moje dziecko. Rzewnymi łzami.
A my tu rozmawiamy o jakiejś zdradzie? Dziękuję, ale ja już mam jedną nogę na peronie.

Przypominam, że na stronie księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl są do kupienia wszystkie moje książki. Mamy już ostatnie egzemplarze dwóch książek Toyaha, oraz najnowszą promocje na „Podwójny nokaut”, czyli najlepszą książkę o muzyce popularnej, jaka wydano w Polsce, a pewnie nie tylko. Dzisiejsza cena to zaledwie 25 zł. Nawet nie dwie paczki papierosów. Szczerze polecam.

czwartek, 24 lipca 2014

O cnocie kłamstwa i jego ostatecznym triumfie

Kiedy dotarła do mnie informacja, że w Klubie Ronina wystąpił człowiek znany nam od wielu już lat, jako bloger Matka Kurka, przyznaję, że zrobiło mi się smutno. Jednak wcale nie dlatego, że do Klubu Ronina mam stosunek jakoś szczególnie nabożny (w końcu, trudno mieć stosunek jakikolwiek właściwie do projektu, który wszystkimi czterema łapami opiera się na nazwiskach takich jak Łukasz Warzecha, Rafał Ziemkiewicz, czy Stanisław Janecki, ani też z tego powodu, że sam miałem okazję tam dwa razy się pokazać, w tym raz, lądując ostatecznie w warszawskiej prokuraturze, ale dlatego, że od razu sobie pomyślałem, że osobą wprowadzającą owego Kurkę na te salony będzie zapewne mój kumpel, a jednocześnie człowiek, którego szanuję, czyli Józek Orzeł. Włączyłem więc z drżącym sercem film z tego spotkania… i odetchnąłem z ulgą. Matkę Kurkę do Klubu Ronina przyprowadził nie Orzeł, ale Łukasz Warzecha, a więc wszystko, że tak to ujmę, pozostało w rodzinie.
Oczywiście wszystkim nam jest w tym momencie znacznie lżej, co nie zmienia faktu, że problem jak najbardziej istnieje, zwłaszcza gdy obejrzymy sobie ów występ w całości, wraz z popisami zgromadzonej publiczności, i z tego co zobaczyliśmy, wyciągniemy odpowiednie wnioski. A wnioski to są jak najbardziej ponure.
Powiem szczerze, że to co się dziś buduje wobec Piotra Wielguckiego, poraża swoim szaleństwem nawet mnie, człowieka jak by nie było już starszego, doświadczonego i wydawałoby się odpornego na wszelkie prowokacje. Gdyby bowiem ktoś mi jeszcze pięć lat temu powiedział, że Wielgucki za rok czy za dwa stanie się szczerym polskim patriotą i naszym sojusznikiem w walce z Systemem, ja bym prawdopodobnie poprosił o następną historię, tyle że już może lepiej z Adam Michnikiem w roli głównej. Powiem więcej. Gdyby ktoś mnie po Katastrofie Smoleńskiej zaczął przekonywać, że na naszą stronę przeszli Jacek Żakowski, Waldemar Kuczyński, czy Piotr Najsztub, ja bym się oczywiście tą wiadomością przejął, ale widząc żywe dowody, musiałbym się jakoś w stosunku do niego ustawić. Przepraszam bardzo, ale jeśli idzie o Matkę Kurkę, on tu się mieści dokładnie tak samo jak niejaki Ketman, czy kpt. Leszek Piotrowski.
Matkę Kurkę, jako internetowego komentatora, poznałem jeszcze zanim sam zacząłem blogować, bliżej się już z nim zapoznałem, kiedy po praz pierwszy zacząłem się udzielać w Salonie24, ostatecznie nawet napisałem na jego temat jeden, może dwa teksty, w tym jedno hasło w swoim „Elementarzu”, i zawsze myślałem o nim, jako o czystym, doskonałym kłamcy; nie o kimś podłym, złośliwym, złym, głupim, ale o kimś, kto jest wręcz uosobieniem bezinteresownego, wręcz instynktowego wręcz kłamstwa. Stało się nawet tak, że ów tekst, który mu swego czasu poświęciłem, nosił tytuł „Matka Kurka, czyli o cnocie kłamstwa”, a teza owej notki była taka, że ów Kurka to człowiek, dla którego kłamstwo nie jest ani koniecznością, ani metodą, ani nawet wynikiem jakiegoś tam nie wiadomo choćby jak chorego procesu intelektualnego, ale naturą. Bożą naturą. Matka Kurka to człowiek, który kłamie, bo tak został stworzony.
No i dziś możemy sobie obejrzeć, jak to w Klubie Ronina ów Matka Kurka na pytanie blogerki Elig odpowiada, jak to on kiedyś był zwyczajnie głupi, bo nasłuchał się i naczytał reżimowych mediów i uznał, że wszystko, co oni tam piszą, to najprawdziwsza prawda, no ale w końcu, gdzieś tak w okolicach Smoleńska, ujrzał prawdę prawdziwą i dziś nie ma takiej siły, która by go od niej oddzieliła.
Przypominam sobie jeszcze jedną sytuację z tamtych, przedsmoleńskich jeszcze, czasów. Otóż zamykając już wspomniany tekst w Salonie24, wkleiłem zdjęcie, które znalazłem w sieci, a na którym obok siebie stoją wówczas dwaj, najwybitniejsi obok Kataryny, polscy blogerzy, Matka Kurka i Azrael, i ogłosiłem konkurs dla czytelników pod hasłem „Który to Kurka”, prosząc jednocześnie, by ci, którzy wiedzą, siedzieli cicho, bo to ma być tylko taka zabawa… no i wówczas, jako pierwszy pojawił się bloger Wszołek i cały figiel zepsuł, jak dziecko krzycząc coś w stylu: „Ja wiem. To ten gruby”. Oczywiście później się tłumaczył, że nie chciał psuć zabawy, ale nie mógł się powstrzymać i się nie pochwalić, a ja dziś już tylko powiem, że to są czasy naprawdę stare. Dziś Matka Kurka nie jest gruby. Powiem więcej, dziś, kiedy on tak siedzi obok Łukasza Warzechy w Klubie Ronina, wygląda nie tylko lepiej od Azraela, ale lepiej nawet od samego Warzechy. Dziś to jest najprawdziwsza gwiazda. Powiedziałbym za Grzegorzem Braunem, że gwiazda śmierci, ale przecież wszyscy wiemy, że to nieprawda. Jeśli tylko Ruscy nie zrobią nam wojny, wszyscy się z całą pewnością o tym przekonamy.

Wszystkich czytelników i sympatyków tego bloga zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek. A przecież nie tylko. Szczere polecam i dziękuję. Również oczywiście bardzo mocno proszę wszystkich tych, którym sie te teksty podobają i dają te minimum codziennej satysfakcji, o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Od tygodnia, mamy tu praktyczny dramat.

czwartek, 24 stycznia 2013

Wracamy na strzelnicę!

Kiedy wróciłem do Katowic ze swojego ostatniego pobytu w Warszawie, gdzie w tamtejszej prokuraturze byłem przesłuchiwany na okoliczność udziału we wrześniowym spotkaniu w Klubie Ronina, mimo tego, że parę osób prosiło mnie, bym coś tam na temat tego przesłuchania opowiedział, wolałem napisać tekst o tak zwanym Lesie Smoleńskim, do którego zaciągnął mnie w tym wietrze i śniegu mój kumpel Gracjan. Dlaczego tak? Przede wszystkim, wydawało mi się, że ta półgodzinna rozmowa, jaką miałem z panią prokurator – w odróżnieniu choćby od tych popsutych balonów na Krakowskim Przedmieściu – nie była na tyle inspirująca, by jakakolwiek relacja z niej mogła nas tu zainteresować, a poza tym, diabli wiedzą, czy sama pani prokurator życzyłaby sobie, bym jakoś bardziej osobiście odnosił się do jej postawy w trakcie tego spotkania; postawy, która, tak już na marginesie, bardzo mi zaimponowała.
Dziś jednak mam bardzo poważny powód, by wspomnieć jeden tylko moment z tamtej rozmowy, a zatem proszę posłuchać. Najpierw sama rozmowa, a do powodów przejdę za chwilę. Otóż, kiedy już wszystko co miałem do powiedzenia, moja pani prokurator zapisała, dała mi do przeczytania, a ja to elegancko podpisałem, rzuciłem tradycyjne „Czy to już wszystko?”, na co ona się chytrze uśmiechnęła i powiedziała: „Na razie wszystko. Przynajmniej do czasu aż znów pan pójdzie na jakąś debatę”. Oboje wybuchnęliśmy perlistym śmiechem i poszliśmy do sekretariatu załatwiać zwrot pieniędzy, jakie wydałem na podróż do i z Warszawy.
Bardzo mi się spodobało to co ona powiedziała, trochę dlatego, że odniosłem wrażenie, że rzucając ten żart, ona nawet jeśli nie trzyma z nami sztamy, to ma w sobie wystarczająco dużo dystansu, by wiedzieć, że to wszystko jest czystym teatrem, na który ani ona ani ja nie mamy żadnego wpływu, ale również przez to, że w tym jednym zdaniu ona zawarła wręcz doskonały opis tego, co od kilku lat tworzy polską politykę, a czego my jesteśmy niemymi świadkami. Proszę zwrócić uwagę: ona nie powiedziała, że ja mam spokój do czasu aż będę znów świadkiem przestępstwa; nie pogroziła mi palcem, bym uważał na przyszłość i nie zadawał się z przestępcami takimi jak Grzegorz Braun; ona nawet nie zapowiedziała mi, że zostanę ponownie wezwany, jeśli wezmę udział w spotkaniu, podczas którego będą snute plany mordowania dziennikarzy. Ona zwyczajnie, z tym charakterystycznym uśmiechem, przypomniała mi, że mam uważać na każde słowo – i to nie koniecznie swoje; może być nawet cudze. Oczywiście ona jest wciąż bardzo daleko od przenikliwości zaprezentowanej kiedyś przez moją dawno już świętej pamięci babcię, która zawsze nas napominała w ten sposób: „Pamiętaj, jak będą cię o coś pytać, to mów, że cię boli głowa”. Kierunek jednak obrała podobny, prawda?
Niestety, wygląda na to, że nie dość że sugestii zawartej w końcowej uwadze, jaką skierowała do mnie warszawska prokurator, nie usłucham, to w dodatku owo nieposłuszeństwo zademonstruję, nie czekając choćby tylko do wiosny. Zadzwonił bowiem do mnie wczoraj Józef Orzeł – ten sam, którego nazwisko wymieniłem podczas wyżej wspomnianego przesłuchania, kiedy zapytano mnie, kto mnie do Ronina zaprosił – i poinformował, że w najbliższy poniedziałek w tym samym co poprzednio miejscu, a więc w Klubie Ronina, najpierw odbędzie się godzinny kabaret w wykonaniu paru niepokornych komików-dziennikarzy, a po owej dawce zabójczego wręcz humoru, zaplanowane jest spotkanie z pisarzem Krzysztofem Osiejukiem, połączone z promocją jego najnowszej książki o markach, dolarach bananach i pewnym biustonoszu. I poprosił mnie, żebym się tam stawił, no bo jakoś głupio organizować spotkanie z autorem, którego nie ma.
I teraz ja sobie myślę, że gdybym miał w sobie ów szyk, z jakim ostatnio promują się choćby bracia Karnowscy, z tymi idiotycznymi tabliczkami w dłoniach i miarkami za plecami, pozując na tak zwanych „suspects”, to może też bym coś takiego odstawił i ogłosił, że słuchajcie, słuchajcie, oto wasz ulubiony niepokorny autor wyrusza na spotkanie z Systemem, i bierze ze sobą szczoteczkę do zębów. Otóż nic z tego. W najbliższy poniedziałek będę w Klubie Ronina promował swoją książkę o – jak to ją ładnie już dążył zapowiedzieć Gabriel – miłości, a ze mną , mam nadzieję, będzie i rzeczony Gabriel i Julek i Józek Orzeł, i jeśli się kogoś lub czegoś boję, to najwyżej któregoś z niebezpiecznie ostatnio mnożących się psychicznie chorych blogerów, który obleje mnie czerwoną farbą i będę wtedy głupio wyglądał w pociągu.
A więc zapraszam. Zapewniam, że przynajmniej od godziny 20 będzie super.

poniedziałek, 26 listopada 2012

O manipulacji w wersji hard-core

Kiedy w weekendowej „Gazecie Wyborczej” ukazał się tekst, w którym dwie miejscowe damy Agata Nowakowska i Dominika Wielowieyska postanowiły zaprezentować ogółowi społeczeństwa opinię Rafała Ziemkiewicza o tym, jacy to radykałowie lęgną się na zdrowej tkance polskiej konserwatywnej prawicy, społeczeństwo akurat przebywało w galerii handlowej i zajmowało się życiem. Oczywiście, podmuchy tego syku dotarły to tu to tam, a głównie oczywiście na blogi, gdzie swój czas zwykle spędzają różnego rodzaju wariaci, którzy nawet nie mają pieniędzy na głupie cappuccino w Starbucksie, i każdą sensację, nawet tak dęta jak ta, przyjmą z największą radością.
Kiedy jednak naród wrócił z zakupów do domu, mógł wreszcie zasiąść przez telewizorem, no i stamtąd dowiedział się w o wiele większej liczbie niż miało to miejsce dzień wcześniej, że dwa miesiące temu jakiś Braun w jakimś Klubie Ronina, gdzie w zmowie i porozumieniu z trzema blogerami, Toyahem, Coryllusem i Kamiuszkiem, wystąpił z apelem do wszystkich tych, którym zależy na odsunięciu od władzy Donalda Tuska, by się uzbroili, a następnie udali się na ulicę Czerską i Wiertniczą w Warszawie i wystrzelali wszystkich, którzy im się nawiną pod rękę.
Jak się dowiaduję, dziś owa fantastyczna wręcz informacja będzie dyskutowana w telewizyjnym programie redaktora Tomasza Lisa, a ponieważ Lis to niemal nasza polska odpowiedź na Waltera Cronkite’a, należy się spodziewać, że kolejny dzień może nam przynieść już tylko piekło. Oczywiście, znając swoje możliwości – a również możliwości reżimowej propagandy – nie mam wielkich złudzeń co do tego, że prosta prawda ma w tej konfrontacji jakiekolwiek szanse, niemniej jednak czuję, że muszę dać świadectwo i tych którzy mają jeszcze resztki serca i rozumu poinformować, co następuje.
Rzecz mianowicie w tym, że w swoim wystąpieniu – kto ma ochotę może jego pierwszą część obejrzeć w całości w Sieci pod adresem http://www.youtube.com/watch?v=iLHcJ0bvh9k, z linkiem w miejscu do części drugiej – Grzegorz Braun w najmniejszym stopniu nie wzywał do tego, by się zbroić i strzelać do redaktorów „Gazety Wyborczej i TVN-u. Wszystko co w swej bardzo długiej – być może wręcz niepotrzebnie tak długiej – oracji na rzecz monarchizmu zawarł Braun, sprowadzało się do wyrażenia opinii, że demokracja jako system organizacji społeczeństw spaliła na panewce, jedyną drogą jest monarchia, a skoro monarchia, to ze wszystkim charakterystycznymi dla niej przymiotami. Oczywiście, padły słowa – jest to wszystko powszechnie dostępne od dwóch już miesięcy na youtubie – o strzelaniu do zdrajców, jednak to że owo strzelanie Braun wyraźnie bardzo umieścił w ramach pewnego bardzo jednoznacznego porządku konstytucyjnego, jest tak oczywiste, że aż wstyd się nad tym dłużej zatrzymywać. To jest trochę tak, jak ja bym napisał tu na blogu, że karę śmierci uważam za wielką zdobycz nowoczesnej cywilizacji, która zastąpiła dziką rządzę zemsty, a ktoś z sumieniem brudnym jak szmata do podłogi zacząłby krzyczeć, że ja się na niego zasadzam i mu grożę.
A zatem o tym ani słowa. Kto chce, niech sobie posłucha. Jak mówię – wszystko jest powszechnie dostępne. Natomiast bardzo bym chciał – i tę swoją chęć wsparłem wysiłkiem polegającym na dokładnym, słowo w słowo spisaniem odpowiedniego fragmentu wystąpienia Grzegorza Brauna – zwrócić uwagę na to, co Braun rzeczywiście powiedział, jak idzie o kwestię tak zwanych strzelnic. Dlaczego? Bo tu, moim zdaniem, widać najjaśniej, w jak perfidny sposób działa reżimowa propaganda, i jak łatwo jest zamieszać w głowach prostych, niczego się nie spodziewających ludzi.
Zaczęło się od tego, że Braun skierował swoje pretensje do dziennikarza Warzechy za to, że w swoim satyrycznym przeglądzie prasy, ten pochwalił Jarosława Kaczyńskiego za to, że ten wreszcie przestał gadać o Smoleńsku. Braun, uważając, że o Smoleńsku trzeba rozmawiać, powiedział, że on nie rozumie, czemu Warzecha się tak cieszy z tego, że zapanował wieczny pacyfizm, podczas gdy „kukle powinny świstać”. No a dalej było tak:

„A więc recepta. Cudowna recepta. Odpowiedź. Spotkania. Brawo! Ale nie w żadnych Klubach Ronina, tylko na strzelnicy. Niedzielne spotkanie z wnuczkiem, córeczką, ale nie w galerii handlowej, tylko na strzelnicy. To kosztuje parę złotych, to można dziecku kupić na Mikołaja, na imieniny taką frajdę zrobić, że babcia stawia paczkę śrutu do wystrzelania na strzelnicy. Jaka piękna rzecz! I jak się tak spotkają – parę złotych, to nic nie kosztuje, a ile frajdy – i jak się tak spotkają na strzelnicy, to oczywiście pogadają ze sobą, jak pogadają, to wypiją… umówią się na jakieś piwo… jak wypiją, to zakąszą, i jeszcze raz pogadają, to coś ugadają. Na tej strzelnicy, proszę państwa.

I w związku z tym, ja nie daję żadnych insurekcyjnych recept, ja państwa nie namawiam na to, byście tu wylegli nagle z plastikowym nożem w zębach, porwali najbliższego tutaj czekistę, czy redaktora Gwiazdy Śmierci – nie! Wszystko po kolei. Musi być normalne wojsko. Żadne tam z butelkami na czołgi, tylko solidne rusznice przeciwpancerne.

No więc rzecz wymaga czasu. Ona wymaga czasu. Muszą ci Polacy na tę strzelnicę chodzić… nie wiem ile lat. Ale w dwudziestu międzywojennym chodzili. Nie nauczyli się żadnej innej rzeczy, ale strzelać się nauczyli. A więc, to jest najprostsza sprawa.

I teraz, żeby to było po kolei wszystko, ta strzelnica musi być oparta lewym czy prawym bokiem o polską szkołę. Żeby ta dziatwa szkolna wysypywała się z tej szkoły po lekcjach na strzelnicę. A teraz, ta szkoła musi być oparta o Kościół. O Kościół, który nie jest Świątynią Opatrzności Bożej ufundowaną przez wielopokoleniową tradycje masońską, która jest z gruntu wroga Polsce i Kościołowi, tylko to musi być wasz kościół, wasz proboszcz, wasza plebania, za wasze pieniądze, i w związku z tym, patrz wyżej, czy niżej – precz z etatyzmem, bo Polacy muszą mieć swoje pieniądze. By móc sobie ufundować ten kościół, tę szkołę, i tę strzelnicę.

I jak będą te trzy budynki, to wtedy zaręczam państwu, że jeśli będzie parafia, która coś takiego będzie miała, taką triadę – własną strzelnicę, własną szkołę, przy własnym kościele, pobielonym za własne pieniądze, a niekoniecznie z dotacji jakiejś babilońskiej, to wtedy zaczną do was przychodzić. Zaczną do was przyjeżdżać, do Grodziska, i wtedy to oni się będą prosić, różni warszawscy redaktorzy, i różni senatorzy i posłowie, i będą prosili o popołudnie na takiej strzelnicy. Jak ona tylko będzie
”.

Bardzo chciałbym, by świat był tak szlachetnie ułożony, by najprostszych rzeczy nie trzeba było tłumaczyć nawet ludziom bardzo zajętym trudnościami dnia codziennego, a przez to zwyczajnie zmęczonym. Niestety jest tak, że czasy przytępiły najbardziej podstawową wrażliwość i wszystko stanęło na głowie. A więc, wiem, że powyższy fragment zrozumieją ci, którzy go zrozumieją… no a reszta, jak to reszta. Albo machnie ręką, albo będzie się dalej bez sensu pieklić.
Wiem to, a co gorsza wiedzą to też oni. Napisałem o tym dziś bardzo przygnębiający tekst w Salonie24. O tych co wiedzą, i jak tę podłą wiedzę wykorzystują. Gdyby komuś zbywało na czasie, zapraszam.

Przy okazji, proszę o szczególnie ofiarne wspieranie tego bloga. Pewna seria bardzo nieoczekiwanych zdarzeń sprawiła, że ostatni tydzień miesiąca okazał się dla nas nie do przejścia. Przypominam też o książkach, które w tej chwili są już niemal wszędzie. A z autografem autora – tylko tu. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...