Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 października 2010

Parę słów o prywatnej inicjatywie

Moja umowa z Warszawską Gazetą, gdzie co piątek ukazuje się mój komentarz, jest taka, ze ja co tydzień, do środy powinienem im przysłać tekst, oni go publikują w piątek, a ja w poniedziałek puszczam go na tym blogu, z informacją, że on wcześniej ukazał się właśnie w Warszawskiej Gazecie. Tyle. Bardzo wygodnie. Ponieważ wiem, że oni w środę mają kolegium i nie wolno mi się spóźnić, bardzo się staram, żeby już w poniedziałek mieć przynajmniej szkic, a najlepiej całość tego, co następnego dnia będę im wysyłał, bo kto wie, w jakim stanie będę we wtorek, no i czy zdążę. Podobnie było w tym tygodniu. Tekst, który wysłałem, a który ukaże się w najbliższy piątek, był praktycznie gotowy już w poniedziałek wieczorem. We wtorek rano wprowadziłem jeszcze pewne poprawki, a wieczorem posłałem go do Warszawy. Zanim jednak to zrobiłem, dopisałem jedno zdanie na samym końcu: „Jest wtorek 19 października. Pierwszego już mamy”.
O kogo mi chodziło, kiedy pisałem o tym pierwszym, którego już mamy? No i co się takiego stało między poniedziałkowym wieczorem, a wieczorem następnego dnia, że można było bezpiecznie dopisać coś tak doraźnego, nie ryzykując chaosu myśli? Otóż, jak wszyscy dziś wiemy, pewien straszy obywatel, we wtorek przed południem wszedł do biura Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi, jedną osobę zastrzelił, drugiej poderżnął gardło, a następnie oddał się w ręce policji, informując wszystkich przy okazji, że żałuje, że nie miał lepszej spluwy, bo by ”powystrzelał ich wszystkich”. Dlaczego? Bo ich nienawidzi. W jaki sposób ta kończąca mój artykuł refleksja o pierwszym, którego już mamy wpisuje się w sens całego tekstu, który przecież powstawał dzień przed tym nieszczęściem, a więc kiedy ten człowiek zaledwie kładł się spać? Otóż jakimś zupełnie kosmicznym zbiegiem okoliczności, tekst który napisałem dla Warszawskiej Gazety dotyczył dokładnie tego wtorkowego wydarzenia. On traktował ni mniej ni więcej, jak tylko o tym, że w czasach rozpasanej post-polityki państwo wycofuje się już nie tylko ze swoich podstawowych wobec społeczeństwa obowiązków, ale nawet przekazuje na ręce społeczeństwa wszelkie uprawnienia – jeśli tylko takie sobie nadało – związane z całym systemem totalitarnej represji. Że w czasach, które nadchodzą, a może i już są za rogiem, nie trzeba będzie opłacać ani cenzury, ani wprowadzać praw, które będą pozwalały na wyrzucanie ludzi z pracy, czy szukać usprawiedliwienia dla wyprowadzania ludzi z domów na ulice i podrzynania im gardeł nożem do ryb. Tym wszystkim zajmą się już sami obywatele, a państwo będzie pełniło wyłącznie funkcję moderatora. Żeby ta moja jakże przykra myśl zabrzmiała mocniej, zatytułowałem cały tekst hasłem: „Cała władza w ręce ludu”. Polecam. Piątek. Warszawska Gazeta.
Czemu o tym piszę dziś tu na tym naszym blogu? Chodzi mianowicie o to, że wczoraj przez cały dzień, kiedy byłem poza domem, otrzymywałem esemesy (blokada jednostronna) z informacją o łódzkim morderstwie, często z uwagą, że wykrakałem. I wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że ja rzeczywiście wiedziałem, ze do tego co się stało wczoraj w Łodzi, musi w końcu tak czy inaczej dojść. I że jeśli miałbym w jakikolwiek sposób podsumować wszystkie teksty, które tu powstają od niemal już trzech lat, to łączą je dwie rzeczy – zawodzenie nad powszechnym i niepojętym kłamstwem, oraz właśnie strach przed nowym modelem totalitarnego państwa bez państwa, gdzie bez udziału policji, skorumpowanych urzędników, bezwzględnych polityków, brutalnych tajnych służb, sami weźmiemy się za twarz i wprowadzimy właściwy porządek. A zrobimy to znacznie skuteczniej od całego aparatu urzędniczej represji. Bo jak uczą podręczniki, nie ma to jak obywatelska inicjatywa i ambitna samorządność.
Obawiam się bardzo że wczorajsze morderstwo w łódzkiej siedzibie PiS-u w sposób bardzo symboliczny otworzyło ów nowy rozdział. I myślę, że moje obawy są jak najbardziej uzasadnione nawet nie dlatego, że ten człowiek zrobił to co zrobił, lecz ze względu na reakcje, jakie ten czyn wywołał. A dokładnie jakikolwiek brak reakcji. Problem polega na tym, że wbrew temu co się może wydawać, w publicznej przestrzeni, poza zwyczajowym już narzekaniem Jarosława Kaczyńskiego i jego politycznych przyjaciół, oraz równie zwyczajowym pluciem ze strony Systemu, nie stało się nic. O ile jeszcze pół roku temu, tuż po smoleńskiej katastrofie, musiało minąć kilka dni zanim Kuba Wojewódzki z Michałem Figurskim odśpiewali swój hymn na cześć śmierci Lecha Kaczyńskiego, dziś nie dano nam nawet sekundy.
Na czym więc polega nowość tego rozdziału? Otóż chodzi o to, że on został napisany już wcześniej, tyle że wczoraj dokonała się jego oficjalna prezentacja. Już wcześniej to o czym pisałem w artykule dla Warszawskiej Gazety, a wcześniej zwiastowałem w wielu tekstach na tym blogu, a więc przesunięcie całego systemu represji ze strony oficjalnej na stronę że tak powiem lokalną, zostało bardzo dokładnie zaplanowane i wreszcie skutecznie przeprowadzone – czysto i niepostrzeżenie i bardzo spektakularnie. Bardzo się boję, patrząc choćby na dzisiejszy komentarz na pierwszej stronie darmowego dziennika Agory o nazwie Metro, gdzie samemu zdarzeniu poświęcone są zaledwie trzy krótkie zdania wstępu, natomiast dalsze 90% tekstu, to klasyczne rozprawianie się z Jarosławem Kaczyńskim, że to już jest równia pochyła, i to pochyła tak bardzo, że nie ma zwyczajnie sposobu, żeby się tu ktokolwiek zatrzymał. Boję się, słuchając Witolda Waszczykowskiego, kiedy tak porażająco naiwnie – i jakże absurdalnie – prosi Polaków, żeby darowali mu życie, lub Jarosława Kaczyńskiego zapowiadającego, że każdy nowy przejaw systemowej agresji pod adresem PiS-u będziemy musieli traktować, jako wezwanie do morderstwa, a z drugiej strony potrafię zaobserwować wyłącznie ścianę zimnej, wciąż tej samej co zawsze, nienawiści, i słyszę zapewnienia o tym, że mam sobie wszelkie rewolucje wybić z głowy, że wstrząs na który wciąż niektórzy z nas czekają jest niemożliwy wręcz z powodów fizycznych. Tu się po prostu nawet nie ma czego złapać. I że w dalszym ciągu, dokładnie tak samo jak zaczęliśmy to robić w kwietniu pół roku temu, i dziś pozostaje nam tylko jedno – bardzo starannie liczyć siły. Tyle że tym razem musimy bardziej uważać. Bo otaczają nas wilki.
Wczoraj wieczorem, z pewnym oczywistym opóźnieniem, oglądałem telewizyjny występ posła Platformy Obywatelskiej Antoniego Mężydły, człowieka, który naprawdę wiele przeżył i naprawdę ma wiele powodów, żeby – wbrew wszystkim swoim niepowodzeniom – być polskim bohaterem. Przede wszystkim jednak człowieka, który w takiej sytuacji, jaką dziś mamy – akurat on – ma przed sobą drogę prostą jak strzała. I z coraz większą rozpaczą patrzyłem, jak i on też przekroczył już tę czerwoną, cienką linię, która dzieli opętanie od prostej równowagi. A jeśli on, to nie ma powodu sądzić, że komukolwiek innemu się udało.
A więc stoimy, skupieni, nieruchomi, na jednej nodze, gotowi do skoku. Jak już parę razy wcześniej.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...