Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lech kaczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lech kaczyński. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 grudnia 2025

Czy gdzieś tu jesteś, Eligiuszu?

 

Może niewielu z nas wie, a jeszcze mniej pamięta, że dziś, 16 grudnia, poza najbliższą naszym sercom rocznicą komunistycznej zbrodni w Kopalni „Wujek”, mija inna, jedna z wielu, żadna szczególna, zwyczajna rocznica tego szczególnego jednak bardzo wydarzenia, jakim było zabójstwo pierwszego polskiego prezydenta, Gabriela Narutowicza, przez Eligiusza Niewiadomskiego. Tekst który właśnie przedstawiam pojawił się na tym blogu pierwszy raz jeszcze w roku 2008, i kiedy patrzę na niego z owej wieloletniej perspektywy, jego złowieszczy charakter robi na mnie wrażenie porażające. Jest rok 2008, przez kolejny rok z niewielkim hakiem prezydentem Polski jest jeszcze śp. Lech Kaczyński, a ja postanawiam wspomnieć tamten czas, sprzed niemal stu lat. I wspominam:



16 grudnia 1922 roku, zaledwie cztery lata po odzyskaniu prze Polskę niepodległości i dwa tygodnie po tym, jak pierwsze polskie Zgromadzenie Narodowe wybrało pierwszego prezydenta, po ciężkiej kampanii nienawiści skierowanej przeciwko Narutowiczowi, Niewiadomski oddał w kierunku Prezydenta trzy strzały, zamykając w ten haniebny sposób tę prezydenturę. Ktoś kto nie interesuje się historią, nie ma na tematy historyczne pojęcia, i generalnie Narutowicza i Niewiadomskiego ma w nosie, mógłby pomyśleć, że Eligiusz Niewiadomski, to był jakiś dziwak, który wiedziony atmosferą, która go przerosła, postanowił albo dać to chore świadectwo, albo po prostu przejść do historii. Nie on pierwszy, i też nie ostatni. Nic bardziej błędnego. Niewiadomski to nie był pierwszy z brzegu wariat. Nie był też osobą szczególnie wybitną, ale umiał ładnie malować, ładnie pisać o sztuce, był aspirującym do wybitności działaczem patriotycznym i niepodległościowym, a jeśli komuś to imponuje, to nawet można przypomnieć, że uważany jest za jednego z pionierów polskiego taternictwa i autora jednej z pierwszych map Tatr.

Kim był w takim razie Gabriel Narutowicz, człowiek, którego Niewiadomski zamordował? Był wybitnym konstruktorem i inżynierem, zyskał sławę, jako pionier elektryfikacji Szwajcarii, gdzie spędził dużą część życia, był kierownikiem budów kilku wielkich europejskich elektrowni wodnych. Był także profesorem w katedrze budownictwa wodnego na Politechnice w Zurychu, gdzie w kolejnych latach pełnił funkcję dziekana. W 1915 roku został przewodniczącym międzynarodowej komisji regulacji Renu. Był również, podobnie jak Niewiadomski, wybitnym polskim patriotą, przez wiele lat biorąc aktywny udział w walce o niepodległość Ojczyzny. Poza tym wszystkim jednak, jak głoszą przekazy, był ateistą, masonem i w gruncie rzeczy udawanym Polakiem, co ostatecznie miało go zgubić.

Mieszkał przez tę większą część swojego życia w Szwajcarii, głównie z tego powodu, że ze względu na nakaz aresztowania wydany przez władze carskiej Rosji, nie mógł wrócić do Polski. Dopiero w roku 1919, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, na zaproszenie polskiego rządu, wrócił do Polski. Wsparł aktywnie proces odbudowy Kraju, zajmując kolejno najwyższe stanowiska państwowe, by ostatecznie - nieszczęśliwie dla siebie - zgodzić się kandydować na prezydenta Kraju i tym prezydentem na parę dni zostać.

Sytuacja polityczna w nowej, świeżo odzyskanej Polsce, i związane z tą sytuacją nastroje były takie, że zwycięstwo Narutowicza spotkało się z nieprzytomnym gniewem ludzi będących politycznymi przeciwnikami Narutowicza i jego zaplecza. Gniew ten był dodatkowo wzmocniony faktem, że jego sukces kompletnie zaskoczył patriotyczną prawicę, która sądziła, że zwycięstwo ma w kieszeni.

Te niespełna dwa tygodnie, między wyborem Narutowicza, a jego śmiercią, upłynęły na bezprecedensowej publicznej nagonce na nowego prezydenta i fali ulicznych rozruchów, które w dniu jego zaprzysiężenia, doszły do takiego poziomu opętania, że napędzeni antyprezydencką propagandą demonstranci próbowali powstrzymać Narutowicza siłą.

Zastanawiam się dziś nad atmosferą tamtych czasów. Myślę sobie o tym, co mogli czuć wszyscy ci, którzy pragnęli, by prezydentem został Maurycy hrabia Zamoyski, również Polak wielki i wybitny. Chciałbym móc sobie wyobrazić, jak z dnia na dzień, ich gniew, ich wściekłość, ich szaleństwo stopniowo narastały i ostatecznie doprowadziły do tego, że jeden z nich, ten nieszczęsny Eligiusz Niewiadomski postanowił zrobić to co zrobił. Zastanawiam się, czy, gdyby mnie jakaś maszyna czasu wrzuciła w te grudniowe dni roku 1922, mógłbym poczuć tę żądzę krwi, czy byłbym zszokowany jej intensywnością, czy może bym wzruszył obojętnie ramionami? Ciekawe. Czy wzruszyłbym ramionami?

Ale myślę też dziś o samym Niewiadomskim. Czy on, kiedy obudził się tego ranka, czuł głównie dreszcz emocji? A może strach? Czy może tylko nienawiść? Czy kiedy strzelał do Prezydenta, drżała mu ręka, czy może był niewzruszony, jak Bóg kierujący swój gniew przeciw grzesznikowi?

Ciekawy jestem, co kierowało Niewiadomskim tak już do samego końca, ponieważ chciałbym bardzo wiedzieć, w jaki sposób się kształtuje ten typ nienawiści i czy ona się żywi wyłącznie samą sobą, czy może do tego trzeba czegoś jeszcze. Czy w momencie kiedy Niewiadomski strzelał do Prezydenta, w jego biednej głowie była tylko Polska - i jej przyszłe powodzenie - czy może oprócz niej, jeszcze wspomnienie tego nędznego dzieciństwa, tych ciężkich wypadków, jakie go przez całe życie stopniowo niszczyły, te nieustanne zawody, kórych mu do końca nie oszczędzano? To poczucie tak bardzo nieudanego życia. Czy ta nienawiść do Narutowicza była tak powszechna, że gdyby nie Niewiadomski, to ktoś inny chętnie podjąłby się tego szatańskiego zamówienia? Czy w tym oszalałym tłumie dobrych, kochających swoją Ojczyznę ludzi, mógł się znaleźć tylko ktoś taki jeden, zupełnie wyjątkowy morderca.

W pewnym momencie przyszło mi do głowy, ze tego typu opętanie zwykle nie trwa długo. Że to zwykle jest tylko gorączka jednej chwili, po której wszystko się na ogół uspokaja. Że może gdyby Narutowiczowi pozwolono trochę dłużej pożyć, jakoś by się to wszystko potoczyło. Ale, kiedy przygotowywałem się do pisania tego tekstu, trafiłem w Internecie na stronę czegoś, co się nazywa nacjonalista.pl i co mnie bardzo poruszyło. Jest tam artykuł o Eligiuszu Niewiadomskim i o tym grudniowym zamachu, w całości sławiący zabójstwo Narutowicza .

Ponieważ mam przekonanie, że autorzy tego portalu stanowią z pewnością bardzo pewną kontynuację tej myśli, tych emocji i tego planu, który stał za atmosferą tamtych dni i ich fatalnego zwieńczenia, pomyślałem, że zapoznam się z tym, co oni mają na ten temat do powiedzenia, jak oni widzą to, co mnie tak zastanawia i jak oni tłumaczą tamto - w ich mniemaniu - błogosławione wydarzenie. Oto trzy, moim zdaniem, kluczowe fragmenty. Oto pierwszy z nich: „Narutowicz miał zaszczyt otwierać wystawę obrazów w warszawskiej Zachęcie i gdy stał przy jednym z płócien w jego kierunku padły trzy śmiertelne strzały - w ten sposób Niewiadomski zmazał hańbę, jaką przyniósł narodowi polskiemu ten wybór".

I drugi: „Ulice stały się miejscem wielkich rozruchów, czyniono wszystko, by nie dopuścić do zaprzysiężenia Narutowicza na urząd. Prezydent-elekt okazał się jednak człowiekiem zdecydowanym na wszystko i zaślepiony żądzą władzy i kariery postanowił jednak nie wycofywać się. Z wielkimi trudnościami (obsypano wiozący go samochód błotem i śniegiem, próbowano zatrzymać) jednak dostał się do gmachu Sejmu, gdzie został zaprzysiężony".

I wreszcie trzeci, opisujący pogrzeb Niewiadomskiego, straconego w roku 1923 w warszawskiej Cytadeli: „W dniu pogrzebu na Cmentarzu Powązkowskim zebrało się kilkanaście tysięcy ludzi, którzy śpiewając patriotyczne pieśni pokazali w ten sposób wielką radość i dumę z czynu Niewiadomskiego, jednocześnie okazując smutek spowodowany jego straceniem. Wielka część społeczeństwa, w tym księża, profesorowie i inne grupy elit - z dumą przyjęły ten czyn, jako akt odwagi, męstwa i bezinteresownego poświęcenia tego co najcenniejsze dla losu państwa. Przez wiele miesięcy a nawet lat na grobie tego wielkiego męża zawsze były składane świeże kwiaty i paliły się znicze, tak samo jak płonęły dumne polskie serca. Księża odprawiali msze za duszę Niewiadomskiego, jednocześnie próbując nie dopuszczać do uczczenia pamięci Narutowicza. Była to wielka manifestacja polskiego patriotyzmu."

Dlaczego cytuje te dziwne słowa? Dlatego, że jestem przekonany, że mówią nam one coś, co powinniśmy wszyscy wbić sobie do głowy i nie zapominać nigdy, nawet na chwilę. To mianowicie, że hańba - szczególnie hańba uszlachetniona rządzą władzy i kariery - powinna zostać zmazana i że aktu zmazania hańby mogą dokonać tylko najwięksi. I że prawdziwa nienawiść nie gaśnie nigdy.

I teraz, ktoś może powie, że przecież, skoro Niewiadomski był tak wybitny i tak gotowy do pracy dla Kraju, mógł sam pokierować swym życiem tak, by to on został tym prezydentem, a nie Narutowicz. Przecież on nie był byle kim. A jeśli miał w sobie wystarczająco dużo determinacji, żeby znienawidzić dla Ojczyzny, to mógł też chyba znaleźć jej odrobinę, żeby tej Ojczyźnie skutecznie służyć. Jednak wybrał inną drogę. Ciekawe, czy łatwiejszą, czy może bardziej naznaczoną wyrzeczeniem i pracą? Co przychodzi łatwiej?

Można z tym pytaniem zwrócić się do twórców portalu nacjonalista.pl. Czy uważacie, że Wy byście tak potrafili? Czy potraficie tylko inspirować i zachęcać, natomiast do ostatecznego rozwiązania wolicie delegować najlepszych z Was? Czy macie już gotową listę, która w ostateczności może i Wam pozwoli na ten zaszczyt w postaci pogrzebu, na który przyjdą tysiące, a po stu latach będą o was pisać nowi przedstawiciele nowych patriotyczno-narodowych elit.

Ale mam też pytanie do Was, którzy stoicie po kompletnie przeciwnej stronie tej sceny. Może nawet przede wszystkim do Was. W końcu to Wy ostatnio kręcicie tą karuzelą. A więc jak Wam się podoba postać Eligiusza Niewiadomskiego? Czy sądzicie, ze to był zdolny, zaangażowany, odważny człowiek, o dobrze skonstruowanych emocjach i odpowiednio wzmocnionej energii, tyle że ta energia została skierowana w niewłaściwym kierunku? A może uważacie, ze tacy Eligiusze są zawsze przydatni, każdy odpowiednio do czasów i wymagań, które czasy przed nami stawiają. Tyle że urodził się dużo za wcześnie. Powiedzmy równe sto lat za wcześnie?


No i to tyle. Straszna jest ta myśl o tym, jak to czas niekiedy wpada w swoistą pętlę.




wtorek, 13 lipca 2021

O siedmiu dziadach i pewnym stolarzu

 

       Minęła nam kolejna miesięcznica Smoleńskiej Katastrofy i przynajmniej ja mógłbym się do każdej z nich do tego stopnia przyzwyczaić, by je przestać zauważać, gdyby nie fakt, że przy tej okazji – z uporem, który z mojego punktu widzenia przekracza choćby najdalsze granice obłędu – na owych uroczystościach pojawia się grupa wciąż tych samych osób wyłącznie po to, by przedrzeć się przez ochraniających je policjantów czy żołnierzy i złożyć wieniec z doczepioną na nim uwagą, że to sam śp. Lech Kaczyński jest odpowiedzialny za śmierć swoją, swojej żony oraz niemal setki innych osób. Wszystko odbywa się zawsze tak samo. Pod pomnikiem pojawia się Jarosław Kaczyński z obstawą, kładzie wieniec, przyklęka, chwilę się modli, poczym odwraca się i odchodzi, a tymczasem w pobliżu kotłuje się owa banda wariatów, a ja zachodzę w głowę – czemu? Pomyślałem też o nich już następnego dnia, gdy na boisko stadionu w Londynie wbiegł jakiś tamtejszy wariat i on też – podobnie jak ci nasi tutaj – postanowił się przedstawić światu, ot tak, bo naszła go taka potrzeba. I tu również mamy do czynienia z podobnym mechanizmem, gdzie raz na jakiś czas, zawsze w ten sam sposób, pojawia się ktoś i robi coś tak kompletnie bez sensu, że mnie akurat ogarnia lęk przed plazmą, której nie jestem w stanie przeniknąć.

       Myślę o tym dziwnym człowieku na stadionie Wembley i o tych ludziach wychodzących z domu każdego 10 miesiąca, by... no właśnie, co? Po co? I dla kogo? Dla czego? I przypomina mi się pewna historia sprzed ponad 10 już lat, kiedy Lech Kaczyński jeszcze żył, a w tych głowach już wtedy kotłowało się owo szaleństwo. Proszę, wspomnijmy tamten czas.

 

 

 

 

      Z przykrością muszę zakomunikować, że dziś, wbrew moim szczerym nadziejom, będzie poważnie. I niełatwo. I, co gorsza, obawiam się, że poważnie (i niełatwo) będzie znacznie częściej, niż mogłem się tego przez moment spodziewać. A skutek tego będzie taki, że i poważniejsze będą komentarze. A skoro poważniejsze komentarze, to i cały blog będzie poważniejszy i przez to wciąż coraz bardziej elitarny. Trudno. Eksperyment z Wałęsą był – owszem – ciekawy, ale przychodzi nowy dzień i człowiek zwany ‘Wałkiem’ jeszcze bardziej maleje, a my idziemy znów na żywioł.

      Zaczęło się od tego, że wczorajszym popołudniem udaliśmy się całą gromadą na wizytę do Osoby Nam Bardzo Bliskiej. Ponieważ Bliska Nam Osoba czerpie swoje poczucie uczestnictwa głównie z „Gazety Wyborczej”, tzw. living room jest egzemplarzami tego czegoś wręcz wymoszczony. A przez to że Osoba Nam Bliska jest nam rzeczywiście bliska, możemy sobie nawet pozwolić na okazjonalne, między jednym ciasteczkiem a drugim, szeleszczenie papierem. W pewnym momencie, w tym papierowym szeleście, wpadłem na niezwykle ciekawą informację. Ze względów wielorakich i dla mnie jak najbardziej oczywistych, nie podam tu ani odpowiedniego linka, ani nawet żadnych szczegółów, ale mogę bardzo rzetelnie opowiedzieć o co chodzi. Otóż gdzieś na warszawskiej Pradze, pewien biznesmen, o ile dobrze zapamiętałem z Łeby czy z okolic, postanowił rozdysponować pewną liczbę wybitych osobiście przez siebie monet, które nazwał „dziadami”. Owe dziady mają wartość siedmiu złotych każdy i zostały przez biznesmena wyprodukowane z okazji siódmej rocznicy wielokrotnie już ocelebrowanego przez nasze elity wydarzenia, kiedy to Lech Kaczyński, będąc jeszcze prezydentem Warszawy, zwymyślał, właśnie na Pradze, pewnego okolicznego menela, nazywając go „dziadem”. „Gazeta Wyborcza” na drugiej stronie swojego wydania informuje, że biznesmen wybił owe dziady w ramach szyderstwa z prezydenta Kaczyńskiego i że jeśli któryś z czytelników „Gazety” znajdzie się szczęśliwie na warszawskiej Pradze, będzie mógł sobie za jednego dziada kupić kawę lub piwo, ewentualnie wymienić monetę na siedem prawdziwych złotych. W ramach realizowania swojej publicznej misji, „Gazeta Wyborcza” publikuje w ramce listę lokali, gdzie przyjmowane są dziady.

      Jest to oczywiście informacja pod każdym względem porażająca. Porażająca do tego stopnia, że wczoraj, po wchłonięciu i przełknięciu jej, już do końca wizyty nie byłem w stanie się odpowiednio skupić. Ale też porażająca aż tak, że nie widzę sposobu, by ją w jakikolwiek sposób skomentować. W artykule na temat człowieka z dziadami, pojawiła się jednak jeszcze jedna informacja, która stała się prawdziwym początkiem tego wpisu. Otóż, jak podaje „Gazeta”, przedsiębiorca z Łeby, podjął starania, by odszukać owego menela, który pewnego pięknego dnia stał się celebrytą. On chce go poznać, chce go pokazać Polakom i prawdopodobnie zorganizować jakieś większe obchody upamiętniające wydarzenie sprzed siedmiu lat, podczas których on z tym praskim pijaczkiem byliby gwiazdami i symbolami odradzającej się z niewoli polskiej niepodległości. Kiedy przeczytałem tę informację, pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to ta, że o ile wyprodukowanie tych monet nie było wielkim problemem, podobnie jak nie sprawiło żadnego kłopotu zorganizowanie dla tej inicjatywy odpowiedniej medialnej oprawy, ta akurat część może nie wypalić. Z bardzo prostego powodu – pan Dziad już prawdopodobnie albo jest w stanie uniemożliwiającym mu publiczne występy, albo wręcz nie żyje. Dlaczego tak myślę? Myślę tak dlatego, że moje doświadczenie każe mi przypuszczać, że gdyby on był w jakikolwiek sposób dostępny, redaktorzy Mrozowski z Siekielskim z TVN-u już dawno by go wygrzebali gdzieś albo na Pradze, albo na Dworcu Centralnym, albo wydobyli spod jakiejś sterty śmieci i sprowadzili przed kamery. Myślę, że było już wystarczająco dużo okazji, żeby oni, albo ich ludzie, albo ludzie zupełnie innych ludzi, wygrzebali tego nieszczęsnego człowieka choćby spod ziemi i zaprezentowali go swojej publiczności nawet, gdyby on był wyłącznie trzęsącą się i zarzyganą kupą ludzkiego nieszczęścia. W końcu telewizja TVN za coś tym swoim specjalistom od charakteryzacji płaci, co mieliśmy okazję oglądać zarówno podczas niedawnego występu pani Weroniki Pazury, jak i parę lat temu na przykładzie pijaka Huberta K. A zatem, przypuszczam, że on już jednak nie żyje. I na niego akurat Koalicja 21 października liczyć już nie może. I tak go będę już traktował. Jako straconą okazję. Bóg więc z nim.

      Natomiast nie jest to jeszcze koniec tych refleksji. Więcej. W pewnym sensie, to zaledwie ich początek. Bowiem stało się tak, że w ciągu minionych kilkunastu godzin usłyszałem o wielu przeróżnych śmierciach i się zadumałem. Poinformowano nas otóż, że policja zastrzeliła bandytę, który był eskortowany z więzienia do szpitala i został odbity przez swoją żonę, czy kochankę. Dowiedziałem się również, że człowiek, który kierując po pijanemu, wjechał w grupę ludzi i ich ciężko poturbował, powiesił się w swojej celi na sznurowadłach. Dotarła również do nas wiadomość aż z Ameryki, że człowiek – znów człowiek – który kilka lat temu zamordował dziesięć przypadkowych osób i został za to przez sąd skazany na karę śmierci, został właśnie pozbawiony życia. I już nie żyje. Jakby tego było mało, moja córka przyszła do mnie z wiadomością, że bramkarz piłkarskiej reprezentacji Niemiec rzucił się pod pociąg, bo już nie chciał żyć i też już nie zyje. Co za dzień!

      Ale jest jeszcze jedna śmierć, o której bardzo chcę napisać. Śmierć niby ta sama, a jednak zupełnie inna. Śmierć, o której – jestem pewien – nikt z nas nie słyszał, a jest to śmierć równie przejmująca, jak wszystko to, co tu dziś zostało pokazane. A jednocześnie inna. Zupełnie inna, bowiem całkowicie naturalna, idealnie ludzka, tak niezwykle i pięknie wypełniająca przestrzeń, w której żyjemy i w tak niezwykle dostojny sposób uzupełniająca nasze życie. A przez to, że nie jest to przy tym śmierć jedna z wielu, lecz taka, która daje nam okazję zastanowić się nad wszystkim tym, o czym na co dzień zastanawiać się nie mamy czasu, to trzeba o niej wspomnieć. W wydaniu magazynu „The Economist” z 5 listopada, w dziale wspomnieniowym, znalazłem całostronicową informację zatytułowaną po prostu „Alan Peters, stolarz, zmarł 11 października w wieku 76 lat” . Pytałem kolegę, który takie rzeczy powinien wiedzieć, czy Alan Peters to nazwisko znane i celebrowane w Wielkiej Brytanii. Powiedział mi że nie. Że Alan Peters był stolarzem i zmarł i znany jest dopiero teraz, kiedy napisał o nim „The Economist”. A czemu „The Economist” o nim wspomniał? To już możemy się dowiedzieć z samego artykułu. A zaczyna się on tak:

„Sięgając nieprzytomnie z samego ranka po parę skarpetek, niewielu z nas zastanawia się nad tym, jak gładko otwiera się nasza szuflada. Lecz dla Alana Petersa, który przez wiele lat był prawdopodobnie najlepszym producentem mebli w Wielkiej Brytanii, właściwie zbudowana i funkcjonująca szuflada stanowiła ukoronowanie jego rzemiosła. Idealna szuflada, ja sam powiadał, powinna się przesuwać jak na powietrznej poduszce, a podczas otwierania winna sprawiać, że inne szuflady niepostrzeżenie ukryją się w hermetycznej przestrzeni”.

      Alan Peters budował meble, ale zamysł artykułu w „The Economist” jest taki, żeby opowiadać głównie o tych jego szufladach. Więc czytam opowieść o Alanie Petersie, stolarzu, który niedawno zmarł w wieku 76 lat, a który całe swoje pracowite życie składał meble i składał je najlepiej jak potrafił. O tym jak to miał zwyczaj, podczas rozmowy, głaskać stół przy którym siedział. I takie tam. I wreszcie dochodzę do końca artykułu: „To co się dla niego liczyło najbardziej to to, by mebel był prosty i uczciwy, żeby funkcjonował. I żeby był na tyle porządny, by można go było podpisać swoim nazwiskiem. Jeśli ludzie chcą to nazywać sztuką, proszę bardzo. Lecz w jego wypadku wszystko sprowadzało się do etyki rzemiosła. Jak to kiedyś sformułował Barnsley, jego nauczyciel, wiejski rzemieślnik miał po prostu się starać. ‘Jeśli oś koła u wozu skrzypiała, jeśli belka była przeżarta żywicą, jeśli stóg siana stał krzywo’ wszyscy we wsi wiedzieli, czyja to robota. No i, oczywiście, tak samo było z zacinającą się szufladą”.

      Ktoś się spyta, co mi strzeliło do głowy, żeby nagle pisać o tym stolarzu. Czy ja może próbuję przemycić jakąś złośliwość. Nic z tych rzeczy. Nie dziś. W końcu dziś piszemy o śmierci i o bohaterach. I o cywilizacji. Wielka Brytania to kraj, który ma wiele na sumieniu i za wiele będzie musiał odpowiedzieć. Ale tu akurat nie usłyszy ode mnie marnego słowa. Oni potrafią odnajdywać bohaterów i ich czcić. Choćby w tak skromny sposób, jak przez notkę w ilustrowanym magazynie. W tym widzę normalność, za którą tęsknię. Normalność, o której wspomniałem pod koniec wczorajszego wpisu. To jest właśnie ta moja normalność.

      My póki co, produkujemy dziady.



 

wtorek, 18 sierpnia 2020

O spragnionym wrażeń zimnym lechu po latach


Parę dni temu pewien kolega napisał na Twitterze, że obejrzał właśnie przygotowany przez Antoniego Macierewicza i jego zespół najnowszy raport dotyczący kwestii wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej i on się zastanawia, czy cisza, jaka wokół owej prezentacji zapanowała świadczy o tym, że nastąpił przełom, czy może on będzie musiał uznać te półtorej godziny za zmarnowane. Otóż mam dla mojego kolegi smutną wiadomość pozyskaną z bardzo zaufanych źródeł: owszem, te półtorej godziny może uznać za stracone.
A ja po tych wszystkich latach wspominam stare emocje i myślę sobie, że nie byłoby źle zebrać razem wszystkie tamte notki, tyle że poświęcone wyłącznie nienawiści, która do tego nieszczęścia doprowadziła i je spróbować wydać. Po co? A po to, że wobec faktu, że zapewne już nigdy się nie dowiemy, co się tam wtedy stało, pamięć o początku tego wszystkiego będzie wszystkim co nam z tego zostanie. I dobrze by było, żeby ona została zapisana na papierze. 
Zajrzałem do owych starych tekstów i pomyślałem sobie, że sprawdzę, co się tam pojawiło niemal dokładnie 10 lat temu 19 sierpnia. I trafiłem niemal w dziesiątkę. Proszę posłuchać.



      Poza ogólnym wstrząsem i natychmiastową powszechną medialną wrogością, nie pamiętam dziś już, w jaki sposób System rozpoczął na dobre i oficjalnie niszczenie osoby Lecha Kaczyńskiego. Czy temu debiutowi towarzyszyła sprawa owego szaleńca z Łodzi chyba, który oświadczył, że właśnie uruchomił procedurę rezygnacji z polskiego obywatelstwa, czy może informacja, że za tym niefortunnym wynikiem wyborów stało poparcie Samoobrony i komunistów, czy może jakaś starannie zaprojektowana wypowiedź któregoś z politycznych komentatorów, czy może jeszcze coś, czego już dziś nie pamiętam? Jakkolwiek by te początki wyglądały, wiemy dziś jedno, i jest to wiedza powszechna, że to się zaczęło natychmiast i to z takim impetem, że już na całe kolejne lata ustabilizowało całą przestrzeń publiczną.
      Co ciekawe, nienawiść jaką System uruchomił w stosunku do Lecha Kaczyńskiego, w żaden sposób nie przypominała tego, co jednocześnie wyprawiano z jego bratem, Jarosławem. O ile bowiem Jarosław Kaczyński był niszczony jako polityk, człowiek bezwzględny, żądny władzy, kłamca i despota, Prezydenta traktowano bardziej osobiście. Skupiano się raczej na tym, by pokazać go jako półprzytomnego idiotę, który osiągnął tak wysoką pozycję właśnie dzięki przemyślanej grze swojego brata. Od samego początku nikt nie twierdził, że Lech Kaczyński to człowiek zły i groźny, ale zwykły głupek, całkowicie uzależniony od swojego otoczenia i tej maszkary, swojej żony.
       Ktoś zaprotestuje, że nieprawda! Prezydentową wszyscy kochali i szanowali i nikt nawet marnego słowa na nią nie powiedział. Otóż nie. Z jakiegoś powodu, dopiero w późniejszych okresach tej tak fatalnie zakończonej prezydentury, ktoś postanowił, by zacząć panią Kaczyńską przeciwstawiać jej mężowi. To że ona jest sympatyczna i grzeczna, świetnie wykształcona, że zna języki, że się pięknie i gustownie ubiera, Polska dowiedziała się dopiero po jakimś czasie. Wcześniej było tak, że on był małym, grubym, bezrozumnym bratem swojego brata, natomiast ona głupią, brzydką wieśniara noszącą za nim kanapki. Do dziś pamiętam ten prześmieszny dowcip o tym, że Jarosław Kaczyński się nigdy nie ożenił, bo najbrzydszą dziewczynę wyrwał mu jego brat.
       A zatem ton owej kampanii nienawiści został ustalony już na samym początku, a reszta, to już zwykły efekt domina. Tak to własnie zostało zorganizowane, że kiedy pojawił się Irasiad, ten niemiecki „kartofel”, ów odwrócony szalik, pamiętny „Borubar”, czy wreszcie cała wieloletnia, trwająca zresztą do dziś kampania Palikota związana z rzekomym alkoholizmem Prezydenta, grunt już był dawno przygotowany. Kiedy ten ktoś – jak bardzo bym chciał wiedzieć, kto – wpadł na pomysł z „Borubarem”, i kiedy Palikot zaczął coś przebąkiwać o alkoholu, ale też o rzekomych kłopotach żołądkowych Prezydenta, czy wreszcie wręcz o chorobie Alzheimera, wielu nawet się nie dziwiło, ale przeciwnie – traktowało każdą nową wiadomość, jako potwierdzenie czegoś, co wiadomo było od dawna. Proszę jeszcze raz zwrócić uwagę na fakt, że nikt by się pewnie nie odważył, by spróbować szydzić z Jarosława Kaczyńskiego, że on, głupek, musi co chwilę obsrany biegać do ubikacji. W to nikt by nie uwierzył, bo Jarosław to był zawsze tylko bezwzględny morderca.. Inaczej było z Lechem. Przez fakt, że on przez tyle lat stał trochę z boku polityki i kojarzył się z wszystkim, tylko nie walką, jego zaatakowano bardziej bezpośrednio. Plując mu zwyczajnie w twarz.
      Był taki moment, kiedy nienawiść do Lecha Kaczyńskiego przybrała rozmiary wręcz karykaturalne. Kiedy zaczęto już nie tylko z niego kpić i zastanawiać się kiedy wreszcie „ta niezguła” – takiego oto epitetu użyto na okładce jednego z popularnych magazynów – spadnie ze schodów i skręci sobie kark, ale nawet pierwszoszeregowi politycy i komentatorzy zupełnie poważnie zaczęli rozważać możliwość formalnego usunięcia Prezydenta ze stanowiska. Przyszedł wreszcie czas, wraz z ostatnimi już miesiącami życia Lecha Kaczyńskiego, gdy, mimo że, jak to dziś lubią powtarzać liczni przeciwnicy jego prezydentury, nie miał on najmniejszych szans na zwycięstwo w wyborach, nawet wtedy nie dano mu spokoju, ale ze zwielokrotnioną siłą postanowiono przedstawić go publiczności, jako kogoś, kto nie tylko nie zasługuje na to, by być prezydentem, żeby posiadać choć skromny tytuł naukowy, żeby nawet się cieszyć zwykłym ludzkim szacunkiem, ale nawet, żeby mieć prawo do życia. Jeśli ktoś ma tu jeszcze wątpliwości, niech sobie przypomni choćby aktywność Janusza Palikota, aktywność jak najbardziej autoryzowaną przez jego partię, w trakcie ostatnich już miesięcy życia Prezydenta. Ów finał był bowiem zaledwie o jeden stopień niższy pod względem emocji od tego, co nam już po ostatecznej śmierci Lecha Kaczyńskiego zafundowali ci klauni od „zimnego Lecha” i „krwawej Mary”. Ledwie minimalnie niższy, natomiast dokładnie w tym samym nastroju.
         Będę więc juz zawsze miał ich wszystkich w swojej mam nadzieję że bardzo długiej pamięci, natomiast co do wspomnianych tu dziś tak boleśnie Lecha Kaczyńskiego i biednej Marii Kaczyńskiej, konającej obok niego i wtedy, w tym samolocie, ale i wcześniej, w każdej sekundzie tej przeklętej prezydentury, niech Dobry Pan Bóg wejrzy na ich cierpienie i zechce ich przyjąć do Swojego Królestwa.



poniedziałek, 10 sierpnia 2020

O tym jak hartowały się panie Margot i Łania


         Nie wiem, ile z nas na to zwróciło uwagę, ale ja, owszem, nie mogłem nie zauważyć, że po stronie najbardziej wściekłego antypisu mnożą się ostatnio jak grzyby po deszczu opinie, że śp. Lech Kaczyński to był naprawdę fantastyczny gość, wielki polityk, wrażliwy i pełen empatii człowiek, który w życiu by nie pozwolił swojemu strasznemu bratu tak zniszczyć ten kraj i ten naród. Ja natomiast jestem osobą odpowiednio doświadczoną, a i pamięć mam też nie najgorszą, i na ten rodzaj zakłamania reaguję z zaciśniętymi pięściami. Otóż lata 2005-2010 to był czas tak strasznej nienawiści, skierowanej na wszystkich możliwych frontach polityczno-medialnej agresji, nawet nie w stronę Jarosława Kaczyńskiego, ale właśnie Lecha, że czasem wydaje mi się, że to jak dziś traktowany jest Andrzej Duda, to w porównaniu z tym co się działo wtedy, to dziecięca zabawa w kółko graniaste. Moim zdaniem intensywność tamtego ataku, była tak straszna, że jestem w stanie uwierzyć, że jest to jedyny wypadek w historii współczesnego świata, gdzie pojedynczy akt czystej, żywej nienawiści zmaterializował się w postaci śmierci – śmierci uproszonej, śmierci wręcz wymodlonej. Czegoś, co jakby pojawiło się ot tak, za jednym pstryknięciem palców.
      Wrzuciłem tu wczoraj swój najnowszy felieton napisany na zamówienie „Warszawskiej Gazety”, gdzie wspomniałem o Hubercie H. , menelu sprzed lat, który być może jako jeden z pierwszych z nich uruchomił ów atak. Ponieważ wraz z ową publikacją otrzymałem szereg próśb od młodszych czytelników, bym wyjaśnił, kto zacz ów Hubert, chętnie opowiem tamtą historię. Zwłaszcza że przy ostatnich protestach w sprawie aresztowanego Michała Sz. jego wspomnienie wydaje się być wybitnie aktualne. A stało się tak, że pewnego dnia w grudniu roku 2010, tuż po zaprzysiężeniu Lecha Kaczyńskiego na urząd Prezydenta RP, na Dworcu Centralnym w Warszawie pojawił się ów jakiś Hubert H., który zaczepiając ludzi, klnąc przy tym na czym świat stoi, ściągnął na siebie uwagę dworcowej policji, która postanowiła się nim zająć. Podczas owej konfrontacji, Hubert H. najpierw w odpowiednio wulgarny sposób zwymyślał policjantów, a następnie zarzucił im, że zostali na na niego nasłani przez tego – i tu pojawiły się kolejne wyzwiska – Kaczora. W tej sytuacji, Hubert H. został najpierw – nie bez kłopotów – doprowadzony na posterunek policji, przesłuchany, następnie zwolniony, a policja zgodnie z przepisami skierowała sprawę do sądu o awanturnictwo, agresję wobec policji, no i wreszcie obrazę Prezydenta RP.
        Przyszedł czas rozprawy, na której Hubert H. się oczywiście nie pojawił, został jednak namierzony przez śląską policję aż tu w Katowicach, no i doprowadzony na miejsce. I w tym momencie ruszyła akcja, której nawet w porównaniu z tym, z czym mamy do czynienia dziś, nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Jako pierwszy zareagował dzisiejszy Rzecznik Praw Obywatelskich, a wówczas jeden z prezesów Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Adam Bodnar, i wezwał sąd do natychmiastowego umorzenia sprawy wobec Huberta H., a swoje oczekiwania wyraził w następujący sposób:
„Można twierdzić, że słowa pana Huberta były rodzajem swoistej skargi obywatelskiej wyrażonej w języku, którym on się posługuje na co dzień, bo nie zna innego. Te wypowiedzi są naganne, ale powinny się skończyć zwykłym mandatem i odwiezieniem na izbę wytrzeźwień, a nie angażowaniem całego aparatu państwowego”.
        Kiedy okazało się, że ponieważ Hubert H wcześniej był wielokrotnie karany za kradzieże, rozboje, a także oczywiście alimenty,  takie rozwiązanie wobec niego akurat, jest niemożliwe z przyczyn formalnych, Adam Bodnar, zamiast się spalić ze wstydu, wraz z reprezentowaną przez siebie Fundacją opłacił dwóch adwokatów, którzy wzięli na siebie sprawę wywalczenia dla Huberta H. uniewinnienia.
       Podczas procesu Hubert H. twierdził, że ze zdarzenia nic nie pamięta, bo był pijany do nieprzytomności, ale jest mu bardzo przykro, przeprasza Prezydenta, którego wprawdzie nie lubi i na którego nie głosował, ale szanuje urząd i błaga, by go nie wsadzać do więzienia, z którego ledwo co wyszedł, ani też nie kazać mu płacić grzywny, bo jest biedny, natomiast chętnie wykona jakieś prace społeczne. Zeznający w sądzie policjant oczywiście poświadczył, że H.: „był bardzo agresywny, nie chciał pokazać dokumentów, używał wulgarnych słów, pochwalił nam się, że opuścił właśnie więzienie, przy legitymowaniu nie stawiał oporu, były natomiast problemy z doprowadzeniem go do komisariatu”, jednak co ciekawe dodał, że on w ogóle nie wyglądał na pijanego i owa linia obrony jest dla policji zaskoczeniem.
       No i wtedy, w czasie gdy prezes Bodnar ze swoimi ludźmi walczyli o honor Huberta H., do akcji ruszyły media, robiąc z owego menela wręcz bohatera narodowego, który odważył się sprzeciwić faszystowskiemu reżimowi. O wypowiedź proszono kolegów Huberta H. z dworca, ale i on sam udzielał wywiadów, występując we wszelkich możliwych telewizjach, a Piotr Najsztub w telewizyjnym studio TVN przeprowadził z nim długi wywiad, gdzie ten opowiedział o swoim życiu bezdomnego człowieka, zaszczutego przez faszystowskie państwo.
      „Gazeta Wyborcza” udała się oczywiście na Dworzec Centralny, przeprowadziła szereg rozmów z dworcowymi menelami, a na drugi dzień, pisząc o prezydencie Kaczyńskim per „kaczka”, zrelacjonowała stan rzeczy:
„Komentuje Sławomir, od pięciu lat mieszka na Dworcu Centralnym
  - Jak Lepper wyzywa polityków, to wszystko się rozchodzi po kościach. A jak chłopak powiedział kilka mocniejszych słów w nerwach, to od razu po sądach go ciągają. To znaczy, że już nikt już prezydenta nie może skrytykować? To jakie to wolne państwo.
Daniel, od dwóch lat mieszka na Dworcu Centralnym
  - Skoro żyjemy w wolnym kraju, to każdy ma prawo mieć swoje zdanie. Bez względu na to, czy jest bezdomnym, czy adwokatem. Ciekawe, czy tak samo policja zareagowałaby, gdyby ‘wiązkę’ na najpopularniejszych polskich bliźniaków powiedział jakiś lepiej ustawiony gość. Najłatwiej przyczepić się do bezdomnego. Jego nikt nie obroni
”.
       Po „Wyborczej” oczywiście odezwał się też obecny na scenie od dziesięcioleci w roli Piotra Ikonowicza, Piotr Ikonowicz, by nazwać Huberta H. „człowiekiem bezdomnym i bezbronnym”, no i na koniec wreszcie wszedł na scenę się i sam Mieczysław Wachowski ogłaszając:
      „Za słowa ‘Muchy obesrały portret najjaśniejszego pana’ w ‘Szwejku’ szynkarz poszedł do więzienia. Dziś za słowa ma być skazany człowiek, który jest bezsilny wobec potęgi państwa. Boję się, że Kaczyńscy fundują Polakom uruchomienie najgorszych procedur z czasów głębokiej komuny. Zakaz wypowiedzi, zakaz zgromadzeń, wszystko ku temu zmierza. A przecież nie mógł pijany człowiek z dworca obrazić głowy państwa. Jeśli jest taka małostkowość, to współczuję temu państwu”.
      Ostatecznie, sąd uniewinnił Huberta H i umorzył sprawę. W ustnym uzasadnieniu sentencji sędzia podkreśliła, że „nietrzeźwy człowiek nie może realnie godzić w powagę urzędu głowy państwa, tym bardziej, że H. nie jest żadnym autorytetem” i dodała, że „w ocenie sądu, wypowiedzi oskarżonego nie wpłynęły na efektywność wykonywania zadań przez prezydenta, nie osłabiły też jego władzy”.
       Również prezes Bodnar wyraził zadowolenie z wyroku, zaznaczając jednak, że „ta sprawa w ogóle nie powinna trafić do sądu. Tak naprawdę powinna zostać umorzona na wcześniejszym etapie – a taką decyzję powinien podjąć prokurator lub wręcz policjanci, którzy nie zawiadamialiby i nie sporządzali tak poważnych notatek”.
       Kancelaria Prezydenta nie skomentowała wyroku, wyjaśniając, że od samego początku nie była stroną w sprawie.
       Hubert H. w sądzie się nie pojawił i przeniósł się na stałe do Katowic, gdzie przez kilka kolejnych lat można go było oglądać jak paraduje w ewidentnie sprezentowanych mu przez telewizję TVN24 ciuchach, i gdzie ostatecznie chyba zapił się na śmierć. A ja się tylko dziwię, że ci wszyscy, którzy dziś demonstrują w obronie tej lesbijki Michała Sz. nie wznoszą jego wizerunku na swoich tęczowych sztandarach. W końcu w Internecie bez większego kłopotu można znaleźć jeszcze jego zdjęcia. Tu by się naprawdę dało wyciąć coś fajnego.





czwartek, 16 stycznia 2020

O cienkiej czerwonej linii między miłością a miłością


      Pierwszy powód dla którego piszę dziś ten tekst jest nadzwyczaj błahy, mam jednak nadzieję, że to co się znajdzie na samym końcu okaże się warte wysiłku. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski zdecydował, by jedną z ulic w stolicy nazwać imieniem nieświętej pamięci prezydenta Gdańska, Adamowicza. Do tego, czemu zacząłem w tak agresywny sposób, nawiążę krótko później, teraz natomiast chciałbym się skupić na samej decyzji Trzaskowskiego. Otóż w momencie gdy pojawiła się informacja o tym, że powstanie w Warszawie ulica Adamowicza, ktoś zadał pytanie, a co z ulicą Lecha Kaczyńskiego – było nie było, nie tylko prezydenta Warszawy, a nie Gdańska, Lublina, czy Krakowa, ale całego Kraju – na co prezydent Trzaskowski odpowiedział, że to akurat jeszcze nie teraz, ponieważ podczas gdy prezydent Adamowicz przez swoje życie i służbę dla Polski nie wywołuję dziś najmniejszych kontrowersji, to prezydent Kaczyński owszem, a to może spowodować, że każda próba upamiętnienia go nazwą ulicy może wywołać tak silne protesty, że polskie społeczeństwo może tego nie wytrzymać i to zaszkodzi zbliżającej się kampanii wyborczej.
       Zdając sobie sprawę z tego, że wielu z nas, słysząc wypowiedź Trzaskowskiego, zawrzała oburzeniem, ja jednak gotów jestem mu przyznać słuszność. Można bowiem było z góry założyć, że uhonorowanie prezydenta Adamowicza ulicą w polskiej stolicy – a to zresztą zdążyliśmy już chyba skutecznie potwierdzić – nie wywoła jednego głosu sprzeciwu. Wszyscy ci, którzy Adamowicza z różnych powodów nie szanowali, na tę informację najprawdopodobniej zareagowali wzruszeniem ramion, a kto wie, czy nie dobrotliwym uśmiechem i tyle wszystkiego. Co innego, gdyby władze Warszawy znalazły choćby najbardziej zapyziałe miejsce gdzieś na podwarszawskiej prowincji i ogłosiły, że ono od dziś będzie zaświadczało o zasługach Lecha Kaczyńskiego dla Polski, w całym kraju, że już nie wspomnę o samej Warszawie, podniósłby się taki rwetes, że Trzaskowski musiałby już po chwili wycofywać się ze swojej decyzji rakiem.
      I to jest właśnie pierwszy powód, dla którego piszę dziś ten tekst. Nie chodzi mi ani o ulicę Adamowicza, ani o to co się roi w tym tępym łbie, ale o stan, w jakim znaleźliśmy się my Polacy. Mamy mianowicie prezydenta Trzaskowskiego, który z jednej strony ogłasza, że Paweł Adamowicz, w porównaniu do prezydenta Kaczyńskiego, jest postacią niekontrowersyjną, a my musimy uznać, że to co on głosi, to najczystsza prawda, w tym sensie, że o owej kontrowersyjności, czy jej braku zaświadcza obecnie wyłącznie reakcja tak zwanego ludu. A gdy chodzi o ów głos, to sprawa jest jasna: Adamowicz, człowiek, o którym sam przewodniczący Neumann swoim autorytetem zaświadczył, że to jest jedyny polityk związany z obozem opozycji, który nie ma najmniejszej możliwości by się bronić przed prokuratorskimi zarzutami, nie budzi najmniejszych kontrowersji, natomiast prezydent Lech Kaczyński, którego jedyną realną winą  było to, że był bratem Jarosława Kaczyńskiego, jest postacią na tyle kontrowersyjną, że najlepiej by było jego imienia w ogóle nie przywoływać w obawie przed wściekłością tłumu.
       A rzecz w tym, że to jest najprawdziwsza prawda. Gdyby Lech Kaczyński otrzymał dziś w Warszawie swoją ulicę, już na drugi dzień dowiedzieliśmy, że jacyś aktywiści urządzili w danym miejscu relacjonowaną przez antyrządowe media demonstrację, niektórzy z nich albo zamalowali czerwoną farbą jego nazwisko, albo po prostu ową tabliczkę zwyczajnie zerwali, natomiast politycy opozycji w swoich kolejnych wypowiedziach podkreślali, że nie ma się co dziwić reakcji obywateli, jeśli się weźmie pod uwagę, kim tak naprawdę był Lech Kaczyński. A kim był? To już może przy innej okazji.
      Co się dzieje teraz, gdy z wielką pompą władze miasta urządzają Pawłowi Adamowiczowi ową fetę? Czy Kluby Gazety Polskiej zwołują tam na miejscu demonstrację, drąc mordy w oskarżeniach, jakim to ciężkim aferzystą był Paweł Adamowicz? Czy Tomasz Sakiewicz dołącza do kolejnego wydania swojej gazety tekst protestu, który należy wysyłać do warszawskiego Ratusza? Czy politycy Prawa i Sprawiedliwości obrażają jego pamięć, przypominając wszystkie te przekręty, jakie wspólnie z żoną on przez lata realizował w poczuciu całkowitej bezkarności? Czy jakieś prawicowe świry kręcą się tam w okolicy, kombinując ja by tu zdjąć te tabliczki? Oczywiście że nie. Czemu nie? Bo nienawiść jest kompletnie nie tam, gdzie nam się próbuje wmówić, że jest.
      Wczoraj na Facebooku wpadłem na stronę poświęconą kandydatce Kidawie-Błońskiej, której nazwy nie pamiętam, ale krąży ona wokół starego pomysłu łowienia sympatyków na hasła typu „Dobro powraca”, „Nienawiść zabija”, „Pozytywne wibracje”, czy coś w tym stylu. Zajrzałem tam i zapoznałem się ze znajdującymi się komentarzami. Większość z nich nie dotyczyła ani kampanii Błońskiej w wyborach prezydenckich, ani nawet awantury w sprawie wymiaru sprawiedliwości, ale szydzenia z Jarosława Kaczyńskiego, oraz ujawniania pedofilskich występków Kościoła, a wszystko pod hasłem „Niech zdychają”. Piszę ten tekst, rozmyślam o tym i o owym i dochodzę do wniosku, że to jest naprawdę niezwykłe, że można aż tak zwyciężać, tak naprawdę nie mając nic do zaoferowania poza zwykłym życiem i najbardziej prostymi emocjami, najczęściej dotyczącymi tego właśnie życia. A mimo to zwyciężamy i jak wiele wskazuje, będziemy nadal zwyciężać. Im natomiast już tylko pozostaje pluć i głosić, że dobro powraca, a miłość zwycięża.




Przypominam, że każdy kto pragnie komentować na tym blogu, powinien mnie o tym poinformować pod adresem k.osiejuk@gmail.com.



niedziela, 26 maja 2019

Niech się odzieją przekleństwem jak szatą


      Powiem szczerze, że ze wszystkich manifestacji czystej bezczelności, z jakimi mamy do czynienia przez minione lata, jedną z najbardziej dokuczliwych jest powtarzająca się regularnie od pewnego czasu opinia, że gdyby śp. Lech Kaczyński widział, co jego brat oraz skupieni wokół niego politycy wyprawiają z naszą Polską, oraz Europą, zapłakałby ze wstydu i z żalu. Muszę przyznać, że nie ma wściekłości i autentycznej żądzy śmierci, jaka ogarnia mnie, ile razy słyszę, jak ten czy inny przedstawiciel tak zwanej „totalnej opozycji” ni stąd ni z owąd wyskakuje ze stwierdzeniem – niech tu głos Róży Thun stanowi symbol – że co by o nim nie mówić, „z Leszkiem to można było się przynajmniej pośmiać”.
       Rzecz w tym, że, na tyle jak jestem w stanie sięgnąć w przeszłość – a uważam, że pamięć mi wciąż dopisuje – nie było w najnowszej polskiej historii osoby, która by nie była poddana tak nienawistnej furii, jak prezydent Lech Kaczyński. Bywało różnie. Przedmiotem autentycznej nienawiści było wiele publicznych osób, by wspomnieć postaci takie jak Wojciech Jaruzelski, Jerzy Urban, Bronisław Geremek z jednej strony, Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, czy nawet w pewnym momencie historii Lech Wałęsa z drugiej, nie ulega jednak wątpliwości, że żadna z nich nawet przez moment nie została potraktowana z taką bezwzględnością, jak właśnie Lech Kaczyński.
      W ledwo co opublikowanym tu tekście przypomniałem falę niewysłowionego hejtu, jaka wylała się na Prezydenta, kiedy ten zapowiedział przyjazd do Bielska Białej, a z najwyższą satysfakcją opublikowanego przez „Gazetę Wyborczą”. To był jednak zaledwie jeden mały epizod. Prezydent chciał przyjechać do Bielska Białej, a „Gazeta Wyborcza” zamieściła w związku z tym szyderczy artykuł, uruchomiając tym samym ów wylew najczarniejszej czerni. Tamten czas jednak, o czym, jak mogę zaobserwować, wielu z nas zdaje się skutecznie zapominać, to było coś, z czym to co nas dziś oburza, czy to w przestrzeni oficjalnej, czy internetowej, nie jest nawet w stanie konkurować. To co my dziś nazywamy „hejtem”, to jest dziecięca zabawa w zestawieniu z tym, w jaki sposób zarówno ogólnopolskie media, jak i osoby z pierwszych politycznych szeregów, traktowały Lecha Kaczyńskiego.
      Kiedy sięgam pamięcią do tamtych czasów, w pierwszej kolejności przypominam sobie dzień, kiedy to Lech Kaczyński wbrew zapowiedziom nie pojechał na spotkanie Grupy Wyszegradzkiej i w tym momencie media zaczęły się zastanawiać, co takiego się stało, dochodząc ostatecznie do wniosku, że Prezydent dostał sraczki i nie mógł się ruszyć z Krakowskiego Przedmieścia. Nie wiem jak inni, ale ja na przykład pamiętam wesoły rysunek popularnego komika Andrzeja Mleczki, na którym widzimy prezydencką limuzynę, która ciągnie za sobą budkę z napisem „toi toi”.
      Myślę że wszyscy pamiętamy ów nadzwyczaj śmieszny – a jednocześnie tak przerażająco kłamliwy – greps, sugerujący, że Prezydent mówiąc o bramkarzu polskiej reprezentacji piłkarskiej, użył absurdalnego kompletnie nazwiska „Borubar”, która to szydercza nazwa tu i ówdzie funkcjonuje do dziś.
      Pamiętamy czas, gdy Prezydent, pragnąc uczcić 90 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, postanowił urządzić wielką galę z udziałem światowych przywódców, a służące wiernie władzy ogólnopolskie media wywołały powszechnie falę szyderstwa, która przekroczyła granice Polski i ostatecznie spowodowała, że żadnej gali tak naprawdę nie było.
      Pamiętamy czas, gdy w publicznej przestrzeni pojawiła się plotka, że w pobliżu Pałacu Prezydenckiego otwarto sklep monopolowy z takim oto przeznaczeniem, żeby prezydent Kaczyński miał zawsze pod ręką tak zwaną „małpkę”.
      Pamiętamy wciąż powtarzane przez polityków Platformy Obywatelskiej apele, jak najbardziej publicznie, by prezydent Kaczyński poddał się badaniom, które stwierdzą, czy on przypadkiem nie jest psychicznie chory.
       Ja pamiętam, jak w ogólnopolskim dzienniku pod nazwą „Dziennik” ukazał się tekst dziś nadzwyczaj prorządowego dziennikarza Majewskiego, w którym jak byk było napisane, że żona Prezydenta ma nad nim taką władzę, że on na rozkaz, chodzi na czworaka jak pies i prosi ją o wybaczenie za wszystkie jego przewinienia.
      Pamiętamy wszyscy, jak podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w Austrii Lech Kaczyński rozkładał szalik z napisem „Polska” i w tym momencie któryś z fotoreporterów „Gazety Wyborczej” zrobił mu zdjęcie, kóre następnie zyskało wielką ogólnopolską popularność jako dowód, że Prezydent nawet nie potrafi odpowiednio rozłożyć szalika.
      Pamiętamy wreszcie konferencję prasową w Parlamencie Europejskim, podczas której Lech Kaczyński odpowiadał na pytania dziennikarzy, a siedzący obok niego Donald Tusk i Radosław Sikorski tak mu przeszkadzali, że on w końcu musiał ich publicznie upomnieć.
      Ja pamiętam tych wszystkich ludzi, odznaczonych przez prezydenta Kaczyńskiego różnego rodzaju orderami, którzy postanowili demonstracyjnie oddać swoje odznaczenia, ewentualnie ich w ogóle nie przyjmować, z żadnego innego powodu jak tylko tego, że one zostały przyznane przez NIEGO.
      I dziś oni wszyscy nagle załamują ręce, że prezydent Kaczyński, któremu oni właśnie wyszykowali tę wyprawę, na ich zamówienie zginął w Smoleńsku i przez to kultura polityczna w Kraju zeszła na psy? A, jakby tego było mało, niektórzy z nich się skarżą, że kiedy jego zabrakło, to nawet nie można się pośmiać.
     No dobra, dawno tego nie było, ale uważam, że nadszedł dobry moment. Poczytajcie sobie, nieszczęśnicy:

„Niech dni jego będą nieliczne,
a urząd jego niech przyjmie kto inny!
Niech jego synowie będą sierotami,
a jego żona niech zostanie wdową!
Niech jego dzieci wciąż się tułają i żebrzą,
i niech zostaną wygnane z rumowisk!
Niechaj lichwiarz czyha na całą jego posiadłość,
a obcy niech rozdrapują owoc jego pracy!
Niech nikt nie okaże mu życzliwości,
niech nikt nie zlituje się nad jego dziećmi!
Niech jego potomstwo ulegnie zatracie;
niech w drugim pokoleniu zginie ich imię!
Niech Pan zapamięta winę jego ojców,
niech grzech jego matki nie będzie zgładzony!
Niech zawsze stoją przed Panem
i niech On wykorzeni z ziemi pamięć o nim,
za to, że nie pomyślał, aby okazać życzliwość,
lecz prześladował biedaka i nieszczęśliwego,
i w sercu strapionego śmiertelnie.
Miłował złorzeczenie: niech się nań obróci;
w błogosławieństwie nie miał upodobania:
niech od niego odstąpi!
Niech się odzieje przekleństwem jak szatą;
niech ono przeniknie jak woda do jego wnętrzności
i jak oliwa wejdzie w jego kości”.

piątek, 24 maja 2019

Cała sala śpiewa z nami, czyli dawnych wspomnień czar


       Komitet Wyborczy Koalicji Europejskiej opublikował klip zachęcający do głosowania na swoją krakowską kandydatkę, Różę Thun. Proszę, oto on:



       Ktoś powie, że to nic takiego. Bezczelność, jak to bezczelność – nie ma o czym gadać. Jednak chyba jest, bo to, jak się okazuje, zaledwie początek. Otóż kandydatce Thun ów żart się tak spodobał, że zamieściła go na swoim profilu na Twitterze i ozdobiła następującym komentarzem:
„To były czasy. Z Leszkiem to można było się przynajmniej  pośmiać”.
       W tym momencie odezwała się „Gazeta Wyborcza” i ściśniętym ze wzruszenia głosem Dominiki Wielowieyskiej pochwaliła zarówno klip, jak i komentarz Róży Thun:
„Jakie miłe wspomnienie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, aż się łezka w oku kręci. Fajnie, gdy spoty wykraczają poza plemienny podział partyjny”.
      W tej sytuacji zatem, z prawdziwą przyjemnością odczepiam się od tematu pedofilii i  zwracam się do obu pań ze swoją wieśniacką szczerością: Czy wam już hormony rozsadziły mózgi? Czy wy, do ciężkiej cholery, macie świadomość bezczelności która się wam wylewa z tych pokręconych języków? Czy jest coś jeszcze poza wyrwaną z płota sztachetą, co by te wasze tępe łby były w stanie przyjąć?
     Koalicja Europejska, a więc projekt jednoczący ludzi oraz partie odpowiedzialne całkiem jednoznacznie i bezpośrednio za śmierć Lecha Kaczyńskiego, nagle wyciąga tego świętego człowieka w swojej kampanii, by pokazać palcem ów gnój, jaki rzekomo wypełnił pozostawione po nim puste miejsce. I nikomu nawet powieka nie drgnie. Czy są jeszcze jakieś granice?
     Na wspomnienie Lecha Kaczyńskiego Wielowieyskiej zakręciła się łezka w oku, natomiast Róża Thun zatęskniła za czasami, kiedy to z Lechem Kaczyńskim, co by o nim nie mówić, mogła się przynajmniej pośmiać. A zatem dla nich specjalnie przypominam pewien epizod jeszcze z czasów, kiedy ów śmiech w redakcjach oraz na politycznych salonach rozbrzmiewał od rana do nocy. Oto nie kto inny jak właśnie „Gazeta Wyborcza”, pod tytułem „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje”, zamieściła zdjęcie prezydenta Kaczyńskiego z zabawnie głupkowatą miną, by poniżej przedstawić następującą informację autorstwa redakcyjnej koleżanki Dominiki Wielowieyskiej, Ewy Furtak:
„Do Bielska-Białej prezydent ma przyjechać w sobotę. W połowie września do bielskiego ratusza przyszło pismo z jego kancelarii z podziękowaniem za zaproszenie do odwiedzenia miasta i informacją, że prezydent przyjmuje je z przyjemnością. Ale - jak powiedziano ‘Gazecie' w urzędzie miasta - akurat teraz nikt prezydenta oficjalnie nie zapraszał. Prezydent od ponad tygodnia objeżdża kraj i odwiedza średniej wielkości miasta. Oficjalnie, w ramach obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości".
      W tym momencie, skoro już hasło do zabawy zostało rzucone, rozpoczęły się tańce i swawole, a wszystko to, jak rozumiem, wśród perlistego śmiechu red. Wielowieyskiej i posłanki Thun:

Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie.
***
oj ciupagi w Beskidach tez są w użyciu! Może się kaczuszka zdziwić jak mu góral-protestant ciupaga "zaprotestuje"....
***
nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu - niepotrzebnie się tu pcha - bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki - no i bardzo dobrze - spieprzaj, dziadu do mamusi
***
Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala - stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje - większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!
***
Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!
***
droga Pani! na szacunek to trzeba sobie zapracować. A ten pokurcz akurat tego nie potrafi "Ale wtedy nie spotkał się z mieszkańcami, bo padał deszcz."
hahahahahahah żałosne działania
***
Żałosne, nie dość, że wprasza się na szczyt UE, to teraz i tu, brak słów...
***
Co by tu k.rwa jeszcze spi.prz.ć panowie. Tak działają wielcy urzędnicy kancelarii pisdęta. I bardzo dobrze.
***
Na spotkanie z Panem Prezydentem ani ja, ani nikt inny z mojej rozlicznej rodziny się nie wybiera; nie lubię i nie poważam, mam go aż nadto dość na codzień w TVP, Szkle Kontaktowym itd! (to jest dobre, tak jakby sam sie pchal do szkla... - spiskowy)
***
Przecież go tam nikt nie chce - niech jedzie do drugiego kaczora. Jak tego człowieka szanować???? Totalne dno !!!Dlaczego Naród Polski musi cierpic przez tego pajaca??????????????
***
Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi.Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli.
***
Dureń z wigorem wigoru to ma więcej od Tuska tak ale wtedy gdy go zażywa i trzyma jeszcze w ryju przed połknięciem.Czemu on tak wku...ająco wpływa na ludzi i czy on o tym wie.Ma teraz nowego podpowiadacza ofleja i brudasa w jednym jak delegacje innych państw mogą reagować na takiego śmierdzącego od papierosów kacyka ten nieogolony facet ma to co wszyscy menele wokół ust na zaroście nalot od dymu.Gdy się taki myje codzienne to tego nie widać a tu widać czyli kacyk się nie myje i z takimi tuzami my do europy.
***
Pokurcz wtedy nie wyszedł ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do "czachojebów". Po co na deszczu jak można w ciepełku i blisko kibla.

       Ależ to były wesołe czasy, prawda? I komu to przeszkadzało? Nie można to było jeszcze parę lat z tym tupolewem poczekać?







poniedziałek, 11 lutego 2019

O tych co na obrady Okrągłego Stołu przyszli z piłą


Komputer będę miał w ciągu, mam nadzieję, paru dni, tymczasem korzystam z uprzejmości  - tak tu wygląda procedura – mojej żony, aby przedstawić swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Gdy chodzi o zepsuty laptop, wciąż nie mam pewności, czy bardziej opłaci się kupowanie nowego, czy naprawa starego, zwłaszcza że swoją życzliwą pomoc zaoferował jeden z Czytelników, jak się okazuje, właściciel serwisu komputerowego. Korzystając z okazji, dziękuję mu serdecznie właśnie tutaj i jeszcze raz wszystkim tym, którzy tak serdecznie zaregowali na moją prośbę o pomoc.    


       Felieton ten piszę w wigilię 30 rocznicy zbudowania tak zwanego Okrągłego Stołu, która to konstrukcja ostatecznie, w ten czy inny sposób doprowadziła nas do tego co mamy dziś. I choć dotychczas - pomijając oczywiście sam przełom lat 80 i 90, kiedy byłem młody i głupi - na tamto wspomnienie potrafiłem jedynie ziewnąć, to dziś jestem pełen szczególnych refleksji, o tyle ciekawych, że są one bezpośrednio związane z naszą obecną sytuacją.
       Jeśli jednak ktoś sądzi, że będę tu dziś analizował popularną opinię, że to z czym mamy w tej chwili do czynienia to bezpośredni skutek tego, co nam przyniósł tamten geszeft, jest w oczywistym błędzie. Rzecz bowiem w tym, że moim zdaniem sytuacja w jakiej się - moim zdaniem nadzwyczaj szczęśliwie - dziś znaleźli, to efekt działań osób, które, owszem, znalazły się przy Okrągłym Stole, jednak ich zaangażowanie uchroniło nas przed całkowitym zawłaszczoniem go przez środowiska, idee i osoby, które inaczej nie pozostawiłyby nam najmniejszych szans na Polskę, którą dziś z pewnymi jednak sukcesami staramy się dla siebie odzyskać.
       Kiedy obserwuję atak, jaki jest prowadzony już od dobrych kilku lat, a tak bardzo zintensyfikowany w ostatnim czasie, przeciwko wolnej Polsce, nie mogę nie myśleć, że to jest wynik tego, co się stało wiosną 1989 roku, kiedy to neoliberalnej międzynarodówce nie udało się zdobyć monopolu. Proszę sobie tylko wyobrazić, jak wyglądałaby scena polityczna na początku lat 90, a w efekcie zapewne i dziś, gdyby wówczas przy tym wyjątkowo podłym meblu nie zasiedli Lech i Jarosław Kaczyński. Pomyślmy, jak by wyglądały czerwcowe wybory, no i później tworzenie kolejnych rządów, gdyby oni - a wraz z nimi kilku innych nadzwyczajnie przenikliwych polityków - postanowiili zbojkotować ten projekt i pozostawili Polskę w rękach Michnika, Geremka, Kuronia, Wujca, Lityńskiego, Frasyniuka i całej tej bandy specjalistów od budowania Nowego Wspaniałego Świata.
      Ktoś może powiedzieć, że nic by się nie stało. Oni by sobie razem z Wałęsą wygrali te ustawione na 4 czerwca wybory, wybrali sobie ten swój komuszo-demokratyczny rząd, a my byśmy po chwili weszli na scenę i przy okazji kolejnych wyborów przejęli władzę, rozpędzili to ruskie towarzystwo na cztery wiatry  i Polska byłaby już wtedy wolna.  Przepraszam bardzo, ale jeśli ktoś po tych wszystkich latach wciąż wierzy w taki hipotetyczny rozwój zdarzeń, musi być słabo przytomny. Wystarczy bowiem nie tylko wspomnieć tamte wojny gangów, które toczyły się niemal bez przerwy przez całe lata 90, ale spojrzeć na naszą walkę teraz, dziś, kiedy wydawałoby się mamy niemal wszystko, a mimo to każdy dzień mówi nam, że nawet jeśli będziemy wygrywać, oni nie odpuszczą. Nigdy. I wykorzystają każdą szansę, by nas  zniszczyć.
     A więc, cieszmy się z Okrągłego Stołu, a zwłaszcza z tej jednej jego nogi, która okazała się tak pięknie przycięta.


Zapraszam do osobistego kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com

poniedziałek, 21 maja 2018

O różnych imionach, dobrych i mniej dobrych, i o sposobach ich naruszania


      Jak już wspominałem wczoraj, ostatni trzy dni minęły mi na sprawdzaniu matur, co oczywiście musiało sprawić, że moja aktywność na blogu musiała ulec pewnemu zakłóceniu. W tej sytuacji dzień mój minął jak minął, natomiast kiedy wróciłem wczoraj do domu, zanim jeszcze otworzyłem pierwszą flaszkę, zajrzałem do Szkoły Nawigatorów, gdzie internauci lubią się gromadzić i nie mogłem nie zauważyć, że pod moją nieobecność absolutny sukces odniosła notka, której autor udowadnia, że, wbrew powszechnemu przekonaniu, prezydent Lech Kaczyński nie zginnął 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie w Smoleńsku, lecz co najmniej dwa dni wcześniej podczas zwykłej rutynowej egzekucji, natomiast cała ta gadka o rzekomej katastrofie w Smoleńsku, o której już od ośmiu lat próbuje nas informować między innymi brat Prezydenta, to zwykły humbug. Co ciekawe i nadzwyczaj bezczelne, autor tych rewelacji zupełnie jak gdyby nigdy nic, zapowiada jednocześnie, że jeśli nie przeproszę go za nieuprawnione sugestie, że on nie jest tym za kogo się nam przedstawia, skieruje przeciwko mnie pozew. Co być może jeszcze ciekawsze, sukces wspomnianej notki polega na tym, że ona nagle, ni stąd ni z owąd, uzyskała tyle komentarzy i tyle odsłon, że została umieszczona na pierwszym miejscu najchętniej czytanych i komentowanych tu ostatnio tekstów.
    Ktoś powie, że nie ma się czemu dziwić. Itiotyzm o tej skali obłędu nie mógł nie zostać zauważony. Otóż nie. Pomijając paru komentatorów, ogólny ton komentarzy sprowadza się niemal wyłącznie do wyrażana zadumy nad celnością wspomnianych obserwacji, a cała dyskusja pod wspomnianą notką to klasyczna wymiana coraz to nowych spostrzeżeń dotyczących coraz to nowych refleksji, nie mających nic wspólnego z tym, z czym tak naprawdę mamy tu do czynienia.
     W tej sytuacji, jako człowiek przede wszystkim zawistny, a poza tym nie znoszący porażek, pierwsze co zrobiłem po tym, jak doszedłem do siebie po pierwszym szoku, postanowiłem natychmiast napisać tekst, który wspomniane uwagi na temat prawdziwej historii tak zwanej „Smoleńskiej Katastrofy” zniszczy, a resztki wdepcze w ziemię. Kolejna więc rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to ta, że napiszę coś więcej na temat wielkiego sukcesu reżysera Pawlikowskiego, który właśnie na festiwalu fimowym w Cannes za swój najnowszy film został wyróżniony jedną z nagród i ogłosił, że oto wreszcie Polska odniosła jakiś sukces, a aktorka Julianne Moore, kiedy mu składała gratulacje, wzruszyła się do łez. Jednak uznałem, że to wprawdzie jest temat, ale nie na tę okazję. Potem pomyślałem, że może coś napiszę o Janinie Ochojskiej, którą wpuszczono do Syrii i Sudanu, a do naszego Sejmu marszałek Kuchciński wejść jej zakazał, no ale to przy wyżej wspomnianym wyczynie też wydało mi się zbyt trywialne. Pomyślałem wreszcie, że może w takim razie uda się coś na tę sytuację zaradzić korzystając z tego że książe Harry jednym krótkim gestem zdobył dla Brytyjskiego Imperium Amerykę, no ale to by już z mojej strony było naprawdę bezczelne.
      No i proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało się, że owo nadzwyczajne wręcz osiągnięcie ludzkiego geniuszu, zarówno ze strony autora, jak i jego oddanych czytelników,  pozostanie niepokonane, na znanym nam głównie z Twittera i Facebooka portalu pikio.pl zanalazłem informację, która chyba jako jedyna może rywalizować z tym, do czego doszło tu na naszej Szkole Nawigatorów. Oto, proszę sobie wyobrazić, okazuje się, że znana nam telewizyjna spikerka, Katarzyna Dowbor, jest w rozpaczy. Otóż nie dość, że sama zmaga się z kłopotami z tarczycą, to jeszcze jej ukochana córka okazuje się mieć cukrzycę. Mimo że obie panie korzystały z pomocy wielu lekarzy, cukrzyca nie ustepuje. Sytuacja rodzinna red. Dowbor jest o tyle bardziej tragiczna, że ona wciąż walczy o względy swojego syna, którego porzuciła, kiedy ten miał zaledwie 6 lat. On wprawdzie swojej mamie dawno wszystko wybaczył, no ale zadra wciąż w jego sercu tkwi i dziś, kiedy doszły kolejne dramaty, tym państwu naprawdę nie jest łatwo.
      Apeluję więc do osób spędzających tak owocnie czas tu na naszym portalu, by znaleźli też chwilę czasu, by obok oczywiście rozmyślań nad tym, jak to naprawdę było z tak zwaną Smoleńską Katastrofą i nad różnymi sposobami naruszania dobrego imienia tego czy tamtego, zadumać się nad tragicznym losem rodziny Dowbor. I bardzo proszę o odsłony i komentarze.

Zachęcam wszystkich, jak zawsze, do zaglądania do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl,  gdzie są do kupienia moje, a przecież nie tylko moje, książki. Każdą bardzo mocno polecam.

piątek, 18 maja 2018

O Temidzie z bielmem na oku


        W momencie gdy już prawie zamykałem wczorajszy dzień, dotarła do mnie wiadomość, że decyzją Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach placowi im. Wilhelma Szewczyka w Katowicach, w ramach niedawnych procesów dekomunizacyjnych przemianowanemu na plac im. Marii i Lecha Kaczyńskich przywrócona zostaje jego oryginalna nazwa, a to z tego między innymi powodu, że zdaniem pani sędzi, Wilhelm Szewczyk w żaden sposób nie może być traktowany jako symbol komunizmu. Pisałem tu o wspomnianym Szewczyku jeszcze w zeszłym roku, przedstawiając czytelnikom, którzy mieli szczęście o nim wczesniej nie słyszeć, historię tego ciekawego człowieka, no ale ponieważ słowa lubią ulegać zapomnieniu, pozwolę sobie przytoczyć tamtą relację raz jeszcze. Otóż mówimy o człowieku, który
      „Po ukończeniu liceum w Rybniku przeniósł się do Katowic. Działał w Obozie Narodowo-Radykalnym. Postulował wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego. Literaturę i prasę żydowską uznawał za jedną z najgroźniejszych broni ‘żydowskiego państwa eksterytorialnego’. Podczas II wojny światowej został wcielony do Wehrmachtu. W latach 1941–1942 znajdował się na froncie zachodnim, w Normandii i wschodnim w Rosji. W sierpniu 1941 został ranny pod Smoleńskiem. Po leczeniu w Turyngii skierowany na front do Alzacji. Jak sam twierdził, za demonstrowaną postawę pacyfistyczną oraz krytykę Hitlera miał zostać aresztowany, wydalony z oddziału, a w 1942 osadzony w więzieniu w Katowicach. Stamtąd miał zbiec do Generalnego Gubernatorstwa podczas przepustki, gdzie – jak utrzymywał – uczestniczył w tajnym nauczaniu do 1945. Będąc w wojsku niemieckim, prezentował jednak jednoznacznie propolską postawę, m.in. korespondując w tej kwestii z gauleiterem Fritzem Brachtem.
      Po wojnie wrócił do Katowic i włączył się w tworzenie propagandy komunistycznej. W latach 1947–1948 był członkiem PPR, a następnie, od 1948 należał do PZPR. Redagował materiały propagandowe dla tutejszego komitetu wojewódzkiego PZPR. W 1953 był wśród grona 53 członków krakowskiego Związku Literatów Polskich, którzy poparli komunistyczne represje wobec duchowieństwa katolickiego w Polsce. Wspierał działania propagandy komunistycznej w trakcie głośnego procesu księży kurii krakowskiej. Jednym z przykładów jego propagandowego zaangażowania jest wydana w latach 60. książka ‘Z teczki wspomnień PPR’. Propagował w niej marksizm i leninizm oraz zmiany ustrojowe Polski. Żołnierzy Armii Krajowej nazwał wrogiem w cywilu, który popełnił ‘najohydniejsze zbrodnie’ na działaczach komunistycznych. Polska, według tej publikacji, kierowana była ‘nieomylną busolą mądrości doświadczonej – nauki marksizmu-leninizmu’. Od 1971 był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, w latach 1980–1981 członkiem jego egzekutywy.Wilhelm Szewczyk był także wielokrotnym posłem na Sejm PRL – pełnił tę funkcję aż 6 kadencji (II, III, V, VI, VII i VIII kadencja), zasiadał w Sejmie od 1957 z przerwą w latach 1965–1969 aż do roku 1980”.
      No i dziś, jak słyszymy, sąd w Gliwicach uznał za stosowne wydać Wilhelmowi Szewczykowi świadectwo moralności.
      Wbrew temu jednak, czego czytający tę notkę mogą się spodziewać, to o czym chce opowiedzieć nie dotyczy Wilhelma Szewczyka, ale pewnego sędziego, no i w ogóle sędziów. Otóż, o czym tu już parokrotnie miałem okazję wspominać, był czas kiedy praktycznie cała moja zawodowa działalność była związana z pracą w katowickim EMPiK-u, gdzie prowadziłem kursy języka angielskiego. Tak się złożyło, że niemal wszystkie będące pod moją opieką wówczas grupy to byli albo policjanci, albo sędziowie, prokuratorzy, czy adwokaci, albo wreszcie funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei, a więc w ten czy inny sposób wymiar sprawiedliwości. Wszystko się układało jak najlepiej pod każdym względem do czasu gdy nagle strzeliło mi coś do głowy, by założyć konto na Facebooku i tam zareklamować swój blog. Nie minęły dwa tygodniego, jak niemal z dnia na dzień straciłem praktycznie wszystkie swoje lekcję, a wszystko pod pretekstem, że „uczniowie są niezadowoleni i żądają zmiany lektora”. I to był moment, kiedy – co z pewnością pamiętają starsi czytelnicy – wyladowałem praktycznie na bruku.
      Jak już wspominałem, miałem już okazję o tym pisać, jest jednak coś, co, jak sądzę, nie zostało opowiedziane. Otóż wspomniana grupa prawników liczyła jakieś 12, a może 14 osób, ławki zaaranżowane były w tak zwaną podkowę, a dokładnie naprzeciwko mnie siedziała pewna pani prokurator oraz sędzia z Gliwic właśnie. Gdyby ktoś był ciekawy, skąd tak dobrze zapamiętalem te Gliwice, to już wyjaśniam, że po latach miałem okazję tego mojego ucznia oglądać w telewizji TVN24, jak przed kamerą komentował różnego rodzaju prowadzone przez gliwicki właśnie sąd sprawy. Pamiętam też tych dwoje, bo do penego momentu oni byli nastawieni do prowadzonych przeze mnie lekcji wyjątkowo entuzjastycznie. Nie będę tu wchodził w szczegóły, bo raz że każdy nauczyciel wie, jak tego typu „szkolny” entuzjazm wygląda, a reszta się może tego domyślić. I oto, proszę sobie wyobrazić jakis tydzień po tym, jak uruchomił swój profil na Facebooku, w zachowaniu owych dwojga uczniów nastąpiła wręcz dramatyczna zmiana. Ja ich dalej miałem dokładnie naprzeciwko siebie, tyle że na ich twarzach, zamiast dotychczasowych  rozanielonych spojrzeń, nie widziałem już nic poza zimną wrogością, a z ich ust nie wychodziło nic poza chamskimi złośliwościami. I to była moja ostatnia lekcja z ta grupą, bo przed kolejną usłyszałem, że uczniowie poprosiła o zmianę lektora.
     Niestety, nie pamiętam nazwiska tamtego sędziego z Gliwic, jednak tak naprawdę ono dla nas dziś nie ma najmniejszego znaczenia, zwłaszcza, że, jak czytam, w składzie, który wydał decyzję przywracającą dobre imię Wilhelmowi Szewczykowi zasiadały same panie. Rzecz polega na czymś zupełnie innym. Otóż, kiedy przeglądałem listy z nazwiskami owych gliwickich sędziów, czy to z Sądu Administracyjnego, czy Sądu Rejonowego, czy też wreszcie Sądu Okręgowego, w nadziei, że znajdę tam nazwisko, które przypomni mi „mojego” sędziego, uderzyło mnie, że tam tych nazwisk są setki. Dosłownie setki. I oto nagle znalazłem też jeszcze coś, mianowicie taką informację:
      „W związku z zapytaniami odnoszącymi się do kandydowania przez Panią Teresę Kurcyusz - Furmanik, sędziego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, do Krajowej Rady Sądownictwa informuje się, że zgłoszenie tej  kandydatury jest wynikiem osobistej decyzji Pani Sędzi. W procesie zgłaszania tej kandydatury i wyrażania dla niej poparcia organy Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach (Zgromadzenie Ogólne Sędziów, Kolegium oraz Prezes Sądu)  nie brały udziału”.
       Ponieważ tak się składa, że ja sędzię Teresę Kurcyusz jeszcze w dawnych dobrych czasach miałem okazję poznać i o niej akurat mam wyłącznie dobre zdanie, zadumałem się nad tym dziwnym komunikatem, który sędziowie z Gliwic uznali za stosowne w specjalnym trybie ogłosić, no a potem już tylko gapiłem się w te setki nazwisk i nagle sobie uświadomiłem, że jeśli tam są jakieś wyjątki, to oni, aby nas o tym poinformować, z całą pewnością nie powstrzymają się od wydania w tej sprawie odpowiedniego komunikatu. Tymczasem więc, pozostajemy tam w tłumie setek nazwisk i kiedy je czytamy, musimy nagle dojść do wniosku, że to jest faktycznie bardzo ściśle zdefiniowana kasta, do której ani my, ani nikt inny nie ma żadnego dostępu. No może poza świętą pamięcią o Wilhelmie Szewczyku. Oczywiście, możemy sobie nieco w tej sprawie popyskować, ale choć przykro mi to mówić, ratunku nie widzę.
      Oczywiście, życzę ministrowi Ziobro wszystkiego dobrego, ale powtarzam: ratunku nie widzę.

Jak to mam zwyczaj zaznaczać w tym miejscu, moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Serdecznie zachęcam.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...