Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kornel Morawiecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kornel Morawiecki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 czerwca 2018

Oni wygrają...

      Byłem pewien, że wczorajsza notka o wesołych przygodach Kornela Morawieckiego i jego ferajny w czasach walki z komuną, odtworzy temat i jednocześnie go zamknie. Tymczasem w jednej niemal chwili po opublikowaniu wspomnianego tekstu odezwał się do mnie na Facebooku nasz wspólny znajomy, a jednoczesie serdeczny mój przyjaciel, rzadko bo rzadko, ale wciąż tu szczęśliwie obecny i przesłał mi zdjęcie wręcz niezwykłe. Gdyby ktoś miał wątpliwości, oto jedna z owych „dziewczyn Solidarności”, Hanna Łukowska-Karniej, o której marszałek Morawiecki mówi że ją kocha, jak własną żonę i wszystkie inne swoje kochanki, a nasza koleżanka Eska zaświadcza, że to „twarda działaczka”, której Solidarność Walcząca „wiele zawdzięcza”.
     


      Otrzymałem to zdjęcie, wlepiłem w nie barani wzrok, a kiedy już odzyskałem normalny oddech, pomyslałem sobie, że to jest naprawdę coś. Ja nie mam pojęcia skąd jest to zdjęcie, z jakiej okazji one zostało zrobione, czy chodziło o jeden z wielu albumów o ludziach Solidarności, czy może o zilustrowanie rozmowy z Hanną-Karniej w którymś z kolorowych magazynów, wiem natomiast, że to jest zdjęcie starannie zapozowane i zaaranżowane w taki sposób, by niosło ze sobą pewną bardzo piękną myśl. Pisałem wczoraj o tym, jak to Kornel Morawiecki, wówczas,  jak się wydaje ktoś, o kim można by powiedzieć, że był jednym z bezdyskusyjnych posiadaczy tytułu „Mister Solidarności” spotkał na swej drodze równie bezdyskusyjną „Miss Solidarności” i nie było innej możliwości, by owa Solidarność uroczyście pobłogosławiła związek tej urodziwej pary. Dziś, jak widzę ani sam Morawiecki, ani jego miłość lat terroru, nie widzą żadnego powodu, by się publicznie nie eksponować, i to w tym szczególnym bardzo anturażu. Ja oczywiście z niego szydzę bardzo, jednak, zaznaczam bardzo mocno, to co w wolnym czasie robili obcy mi w końcu ludzie wtedy, gdy wesoło gonili się z milicją, to nie jest moja rzecz, natomiast nikt mi nie zabroni pewnej refleksji, która wydaje mi się zupełnie oczywista.
       Otóż, jak już wspomniałem wczoraj, a dziś swoją wiedzę uzupełniam, kiedy Kornel poznał Hankę od niemal 20 lat był żonaty z kobietą starszą od siebie o 11 lat. Kiedy przyszedł czas walki, jak sam mówi, „tak się potoczyło”, że człowiek musiał się w tym wszystkim wszystkim odnaleźć nie tylko jako ofiara, ale też jako zwycięzca. No a dziś stoję zdębiały przed tym zdjęciem i myślę sobie, że owa Jadzia, o której tu wcześniej nie było, ale też i nie będzie, musiała być kobietą niezwykłą. Dzielną, wspaniałą, skromną, kobietą, świadomą tego, czym jest życie i jakie one przed nami stawia wymagania. Znajduję gdzieś rozmowę z nią, gdzie opowiada o swoim synu Mateuszu i nie mogę się nie wzruszyć, kiedy czytam:
      „Kiedy nadszedł już czas, przyszła rejonowa położna, a mój ojciec zabrał córeczki na spacer do pobliskiego Ogrodu Botanicznego. Kornel podczas porodu cały czas dodawał mi otuchy. I tak 20 czerwca 1968 roku urodziłam syna Mateusza. Położna za bardzo nie wiedziała, czy najpierw zająć się pobladłym z przejęcia ojcem, czy przecięciem pępowiny ponad trzykilogramowego niemowlaka - uśmiecha się. - A w 1973 roku urodziła się jeszcze nasza córka Marysia - dodaje pani Jadwiga.
      Dlaczego Mateusz? Postanowiliśmy z Kornelem, że syn musi mieć imię jednego z Apostołów, więc wybraliśmy Mateusza celnika”.
       I dalej już ani słowa, ani o Ani, ani o Hani, ani nawet o Kornelu, ani nawet o wspólnych Wigiliach. No więc, ani słowa.

Moje książki są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.
  

piątek, 22 czerwca 2018

O wielkiej idei Solidarności i panienkach w spodenkach


      Zanim ruszę, pragnę zapowiedzieć, a jednocześnie przeprosić wszystkie bardziej wrażliwe osoby za to, że parę razy pojawią się tu słowa powszechnie uważane za nieładne. Niestety, po dłuższym namyśle, doszedłem do wniosku, że tym razem inaczej być nie może, a więc proszę trzymać się krzeseł.     
      Otóż, pamiętam jak kiedyś, podczas tych minionych nam dość szczęśliwie jednak 30 już niemal lat, pojawiła się informacja o tym, że kiedy Lech Wałęsa był zaledwie jeszcze skromnym przewodniczącyzm Związku Zawodowego NSZZ Solidarność, był nieustannie otoczony przez kobiety, które nieustannie świadczyły mu seksualne usługi, a on z nich korzystał bez ograniczeń. I nie chodziło o to, że Mieczysław Wachowski, czy kto to wówczas dbał o naszego Lecha, wynajmował dla niego prostytutki, ale o to, że Przewodniczący funkcjonowal przez te kilka miesięcy jako polska odpowiedź na gwiazdy w rodzaju Roda Stewarta, czy Micka Jaggera, kiedy to doprawdy nie trzeba być kurwą, by poczuć przymus obcowania z prawdziwą gwiazdą.
      Przyznaję dziś, że, choć nie widziałem nigdy powodu, by zajmować się tym tematem, od poczatku żyłem w świętym przekonaniu, że tak to właśnie musiało wyglądać. I to nie tylko gdy chodzi o Wałęsę, ale o tych wszystkich bohaterów Solidarności, porozrzucanych po całej Polsce w owych regionalnych strukturach Związku, którzy w pewnym momencie, w owej alternatywnej peerelowskiej rzeczywistości, nagle zaczęli stanowić namiastkę czegoś, co po latach zafunkcjonowało pod zagraniczną nazwą „celebrity”. I moim zdaniem nie było żadnej możliwości, by wokół nich nie pojawiły się tak zwane „groupies”, które nie opuszczały ich na krok, wspierały ich w ich walce o wolną Polskę, pocieszały w trudnych momentach, a ostatecznie niektóre z nich dochrapały się nawet określenia „Kobiety Solidarności”.
      I proszę nie myśleć, że moje przekonanie co do sytaucji na wspomnianym froncie to jakieś teorie i wyobrażenia. Lata 80-te to był czas, kiedy, choć sam nie byłem w żaden sposób bezpośrednio zaangażowany w tamtą walkę, dość świadomie poruszałem się po jej okolicach i widziałem nadzwyczaj dokładnie, co się tam wyprawia.Na tyle dokładnie, by dziś nie czuć się w najmniejszym stopniu zaskoczony. Nie będę oczywiście tu plotkował, natomiast chciałbym się zająć czymś, co, jak się okazuje, jest sprawą publicznie znaną, a co, jakimś cudem uszło mej, a podejrzewam, że nie tylko mej, uwadze. Otóż jakimś, jak to często ma miejsce, niezbadanym przypadkiem, trafiłem na informację opublikowaną przez „Super Express” jeszcze w grudniu 2015 roku, a zatytułowaną „Morawiecki: Mam żonę, żyję z inną kobietą”. Od razu pragnę zmartwić wszystkich tropicieli żydowskiej piątej kolumny, że nie chodzi o Premiera, ale o Morawieckiego seniora, ale zapewniam, że jest i tak ciekawie. Otóż, jak się okazuje, jeszcze zanim w roku 1980 wybuchła rewolucja Solidarności, samo natomiast spiskowanie się już jakiś czas temu rozpoczęło, Kornel Morawiecki, wówczas jeszcze dzielny, młody i nadzwyczaj przystojny działacz opozycji antykomunistycznej, od czternastu lat żonaty oraz z czwórką dzieci, trafił na 15 lat od siebie młodszą Annę, w której, jak sam mówi, zakochał się od pierwszego wejrzenia i z którą po burzliwych latach komuny wszedł w stały związek, i która w roku 1993 urodziła mu syna. Jednak, jak się okazuję, nasz pan senator senior, jeszcze w czasach tworzenia Solidarności Walczącej poznał Hannę, z którą również wszedł w intymny związek, który ostatecznie umilił mu te trudne czasy między małżeństwem, a faktycznym początkiem relacji z Anną.
       Ja nic nie zmyślam. O tym wszystkim, w rozowie z „Super Expressem” opowiada w grudniu 2015 roku sam Kornel Morawiecki. I w najmniejszym stopniu ze wstydem i zażenowaniem, ale z autentycznym rozczuleniem. Posłuchajmy:
       „Oczywiście kocham swoją żonę, ale z nią nie jestem od dłuższego czasu. Tak się potoczyło... Ale nie mamy rozwodu. Byłem z Jadzią do 1981 roku. Wtedy przyszedł stan wojenny, a wcześniej, bo w 1976 roku, poznałem Annę. Zakochaliśmy się, jednak los chciał, że przez całe lata 80. nie było nam dane ponownie się spotkać. Urwał nam się kontakt. Odnaleźliśmy się na początku lat 90. Pokochaliśmy się. Anna jest ode mnie młodsza o 15 lat. Mamy 22-letniego syna Jerzego. To piękna, mądra kobieta. Bardzo ją kocham. Ale jest jeszcze Hanna, z którą tworzyłem Solidarność Walczącą. Hanna jest mi bardzo bliska. W swoim życiu kochałem i wciąż kocham kilka kobiet. Oczywiście moją partnerkę Annę, z która żyję, żonę Jadwigę i właśnie Hannę. Z każdą z nich spędzę zbliżającą się Wigilię.
      Nie wiem dlaczego, ale szczególnie jakoś wpadła mi w oko owa Hanna, z którą marszałek senior zakładał Solidarność Walcząca. I oto okazuje się, że na youtubie, tak samo bezwstydnie, jak wszystko to, co opisałem dotychczas, funkcjonuje dłuższe nagranie ze spotkania – jednego z tych spotkań, których zapewne będziemy mieli jeszcze więcej przy okazji obchodów stulecia odzyskania niepodległości – gdzie Kornel Morawiecki oraz niejaka Hanna Łukowska-Karniej, skądinąd, jak słyszę, nawet wsród esbeków znana, jako najpiękniejsza kobieta Solidarności, opowiadają nam swoją historię. I to ona, jak się okazuje, jest ową Hanna, z którą Kornel Morawiecki każdego roku spędza Wigilię. Oglądam ten film, oczywiście nie cały, bo do tego nawet ja nie jestem zdolny, i tam nie ma słowa o dupczeniu. Sama walka i przepychanki z milicją i ZOMO. Siedzą ci starsi dziś już państwo przed kamerą, wydzierają sobie wzajemnie z rąk mikrofon, opowiadają, jak to kiedyś, kiedy jeszcze Polska była pod ruskim butem, było fajnie, a zebrani w sali słuchacze płaczą czy to ze wzruszenia, czy ze śmiechu nad tymi wesołymi przygodami.
      Powiem szczerze, że nie mam siły tego ciągnąć dalej, więc, gdyby ktoś chciał, to wszystko jest tu.
       Ja natomiast, by te refleksje jakoś sensownie zamknąć, powiem tylko jedno. Strasznie to ciekawe, ale – jak część Czytelników z pewnością pamięta – ja już jakiś czas temu o tym wspominałem, jak to są rzeczy, o których się wszyscy dowiadujemy niemal w jednej chwili, są też jednak przy tym takie, o których nie dowiemy się nigdy. Ów rynek treści jest kontrolowany równie skutecznie, jak granica między Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem. Czyli skutecznie, choć nie do końca. I stąd, szczęśliwie, ten dzisiejszy tekst, dzięki któremu wiemy znacznie więcej, niż jeszcze wczoraj.

Zapraszam wszystkich do korzystania z oferty księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia również i moje książki. Polecam serdecznie.

    

sobota, 30 grudnia 2017

O wbijaniu klina potylicą

     Wczoraj na Facebooku znalazłem link, który skierował mnie do informacji, jakoby Kornel Morawiecki udzielił właśnie wypowiedzi na wydawałoby się dawno już zamknięty temat przyjmowania uchodźców, a wypowiedź owa jest na tyle szokująca, że może doprowadzić niemal do rewolucji w tym, co wszyscy przywykliśmy określać mianem Dobrej Zmiany. Komentujący sprawę portal wpolityce.pl wprowadza odpowiednie napięcie już samym tytułem: „Kłopoty Morawieckich – po słowach Kornela Mateusz ma problem, z którego ciężko będzie wyjść”, dalej następuje lead, który tylko atmosferę zagęszcza: „Czy polski rząd rozważa powrót do polityki PO Ewy Kopacz ws. imigrantów? Czy szykowana jest zmiana stanowiska w jednej z flagowych spraw obecnego obozu władzy? Wierzę, że nie. Ale na tę chwilę tylko na wierze można się oprzeć”, no a potem to już mamy tak zwaną jazdę bez trzymanki, w postaci takiej oto analizy:
      „Byłaby to zmiana o 180 stopni i to w sprawie, która była jedną z decydujących przy wyborach z 2015 roku. Zmiana niewytłumaczalna nie tylko dla kibicujących Zjednoczonej Prawicy, ale i zdecydowanej większości Polaków. I zmiana niewybaczalna. Szef rządu przy najbliższej okazji będzie musiał się z tymi pytaniami zmierzyć. I spróbować przeciąć spekulacje, które wywołał jego ojciec. Przeciąć w jedyny możliwy sposób – radykalnie odcinając się od opinii Morawieckiego seniora. Inne wyjście z tej sytuacji trudno sobie wyobrazić. Ale nawet po takim zdecydowanym ruchu ze strony premiera, raczej zanotuje wyjdzie on z tych tarapatów osłabiony. Pojawi się bowiem rysa na spójnym wizerunku obu Morawieckich w gardłowej dziś sprawie cywilizacyjnej. Opozycja na pewno wykorzysta słowa szefa Wolnych i Solidarnych, by wbijać klin między ojca a syna oraz pokazywać, że nawet tata szefa rządu podziela stanowisko Platformy”.
       Skoro zatem wszyscy już jesteśmy odpowiednio przerażeni i, co tu dużo ukrywać, zrozpaczeni perspektywą, jaką przed nami otworzyli autorzy wpolityce.pl, przyjrzyjmy się może bliżej temu, kto tak naprawdę trzyma wspomniany klin i kto wali tym młotkiem, a do tego, jak sądzę, wystarczy nam sięgnąć do oryginalnej wypowiedzi Kornela Morawieckiego. Proszę bardzo, oto kolejny cytat:

        „Te 7 tysięcy na 40-milionowy kraj, na które zgodził się poprzedni rząd, nie powinno być problemem. Zaproponujmy im naszą kulturę. Powinniśmy z uchodźców czynić nas. Tylko powinniśmy przybyszom postawić wymagania, zmusić ich do wysiłku, sami podjąć działania, które ‘ich’ przerobią na ‘nas’”.
        Jeśli można zapytać, gdzie tu jest wspomniane nieszczęście? Chodzi o sugestię, że 7 tysięcy na 40-milionowy kraj to nie problem? Tak? Morawiecki powiedział, że 7 tysięcy na 40 milionów to nie problem, tymczasem to jest problem? Z 7 tysiącami uchodźców zmuszonych do tego, by przyjęli naszą kulturę, przestali być „nimi”, a stali się „nami” 40-milionowy kraj sobie nie poradzi? Przepraszam bardzo, ale czy ktoś tu może oszalał, czy może chodzi jednak o metodę? Przecież kiedy politycy Platformy Obywatelskiej używali argumentu, że 7 tysięcy na 40-milionowy kraj, to faktycznie nic nie znaczący drobiazg, doskonale wiedzieli, co robią. Rzecz jednak w tym, że my do ich kłamstw jesteśmy przyzwyczajeni i słysząc je możemy co najwyżej wzruszać ramionami, natomiast sytuacja, w której tak wpływowe medium jak wpolityce.pl zaczyna bić na alarm, kiedy nie dzieje się absolutnie nic, budzi, we mnie przynajmniej, jak najgorsze podejrzenia. I kiedy to oni właśnie wbijają ów klin między Mateusza Morawieckiego i jego ojca, jednocześnie drąc mordy, że to nie oni, lecz poseł Szczerba, to ja nie mam już dla nich żadnej litości.
      Jest jednak coś, co stanowi dla tej bandy durniów pewną szansę, a mianowicie to, że to w gruncie rzeczy nie są źli ludzie, lecz zwykli durnie właśnie. Jak powszechnie wiadomo, portal polityka.pl, to przede wszystkim tygodnik „W Sieci”, a ów tytuł oryginalnie miał sugerować, że oto przed nami pierwsze ogólnopolskie medium propagujące internetową wolność i to, co w nim najbardziej wartościowe, czyli niezależną myśl. Oczywiście, już chwilę później pojawiły się pieniądze, a wraz z pieniędzmi ze wspomnianej Sieci został tylko ten, swoją drogą, dziś już akurat kompletnie bezsensowny, tytuł. Ale, jak się okazuje, nie tylko to, bo wraz z nim, również wszystko to co w Internecie najgorsze, a mianowicie niewzruszone prawo do bycia idiotą. 
       Nasz drogi kumpel Lemming ma taki zwyczaj, by nazwę wpolityce.pl niezmiennie zastępować szyderczą frazą wpotylice.pl. Ciekawe, czy to jest tylko to, czy może aż to.  


Dziś już pewnie nie ma większego sensu, by się rzucać na nasze książki, ale już za dwa dni kolejny rok, a oferta przed nami wciąż szersza i nie mniej atrakcyjna. Serdecznie zachęcam: www.basnjakniedzwiedz.pl.




piątek, 1 stycznia 2016

Nowy Rok, czyli zdejmiemy im z głów te płaszcze

Niniejszy felieton ukazał się wczoraj w „Warszawskiej Gazecie” i przyznaję, że stanowi kompilację noworocznych refleksji z czymś, co już tu zamieściłem nieco wcześniej. Ponieważ jednak mamy ów nowy rok i warto coś na tę okoliczność powiedzieć, proponuję właśnie to. Uważam, że będzie dobrze.


Kiedy piszę ten felieton, w telewizji, u Moniki Olejnik występuje prezes Rzepliński i nie mniej ni więcej oświadcza, że „nie może być tak, by sędziowie musieli się bać, że prokuratorzy zaczną przeszukiwać ich komputery”. To jest oczywiście wypowiedź na tyle głęboka i znacząca, że możnaby jej było poświęcić osobny felieton, ponieważ jednak zamykamy ten, jakże dla nas dobry i szczęśliwy rok, a w pewnym sensie sprawa Trybunału Konstytucyjnego owo zamknięcie znakomicie symbolizuje, chciałbym bardzo, by ten akurat felieton stanowił pewne podsumowanie tego, co się stało.
Na pierwszym więc miejscu wypadałoby nam więc postawić zdarzenie najważniejsze, czyli ostateczne postawienie przez Parlament do pionu paru sędziów, którzy nagle uznali, że trzecia władza to władza pierwsza i w praktyce jedyna. Przy tej jednak okazji życie przyniosło nam parę drobniejszych satysfakcji, do których chciałbym się odnieść osobno. Oto, jak wszyscy zapewne pamiętamy, podczas jednej z debat sejmowych Kornel Morawiecki powiedział dwie rzeczy: pierwsza to ta, że prawo to nie matematyka, a druga, że jeśli to prawo nie służy Narodowi, nie jest prawem, lecz bezprawiem. Słowa Morawieckiego wywołały powszechny entuzjazm i powiem szczerze, że ja go podzielam w pełni. Nie pamiętam bowiem, kiedy ostatnio mieliśmy okazję doświadczyć tego rodzaju intensywności komentarza w stosunku do naszej rzeczywistości. Nie wiem, czy Morawiecki wcześniej to sobie przemyślał, czy tak mu to nagle przyszło do głowy, ale to było naprawdę coś, zwłaszcza w tym konkretnym wykonaniu. Chwała mu za to.
Po serii niezapomnianych głosowań, znaleźliśmy się w studio TVN24, gdzie pokazano nam wspomnianego już tutaj prof. Rzeplińskiego, wprawdzie już w stanie wskazującym na poważne kłopoty psychiczne, choć wciąż jednak dalekiego od tego, z czym mamy do czynienia dzisiaj, jak obrażony wychodzi z Sejmu i drze mordę na Bogu ducha winną dziennikarkę telewizji TVN24 jak najbardziej, ale też chwilę jeszcze wcześniej, kiedy na niego wyskakują dziennikarze z mikrofonami i kamerami, a on w pierwszym odruchu narzuca sobie na łeb płaszcz, dokładnie w taki sposób, jak to robią wyprowadzani z prokuratury, czy sądu przestępcy.
To był oczywiście odruch i on go natychmiast próbował naprawić, ale liczy się pierwszy gest i owego gestu symbolika, i tego nikt i nic już nie zmieni. Po tym wszystkim, co się dzieje od miesięcy, po tych kolejnych kompromitacjach w wykonaniu tak zwanych „profesorów prawa”, po tym laniu, jakie oni codziennie dostają, widok ich głównego czarownika, kiedy zakrywa płaszczem twarz, jest nie do zastąpienia.
I dla mnie mijający rok, to – pomijając oba cudowne zwycięstwa – to jest właśnie to. Kornel Morawiecki, kiedy mówi, że prawo nie może stać nad dobrem narodu i Rzepliński z narzuconym na łeb płaszczem.
No i oczywiście to dzisiejsze wystąpienie u Olejnik, kiedy on nagle prosi, by mu nie zaglądać do komputera. Dla takich chwil naprawdę warto żyć.

Zapraszam jak zawsze wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie kupujemy moje, i nie tylko moje, książki.

czwartek, 26 listopada 2015

Czy Trybunał Konstytucyjny przykryjemy szmatą?

Wymieniając oczywiście na pierwszym miejscu zdarzenie najważniejsze, a więc mam nadzieję, że ostateczne postawienie przez Parlament do pionu paru sędziów, którzy nagle uznali, że trzecia władza to władza pierwsza i w praktyce jedyna, wczorajszy dzień przyniósł parę drobniejszych satysfakcji, z których każda mogłaby się doczekać osobnej notki, no ale ponieważ mamy takie a nie inne tempo, odniosę się dziś krótko do każdej z nich. Oto podczas debaty sejmowej wystąpił Kornel Morawiecki i powiedział dwie rzeczy: pierwsza to ta, że prawo to nie matematyka, a druga, że owo prawo ma służyć Narodowi, bo w przeciwnym wypadku, staje się bezprawiem. Słowa Morawieckiego wywołały powszechny entuzjazm i powiem szczerze, że ja go podzielam w pełni. Nie pamiętam bowiem, kiedy ostatnio mieliśmy okazję doświadczyć tego rodzaju intensywności komentarza w stosunku do naszej rzeczywistości. Nie wiem, czy Morawiecki wcześniej to sobie przemyślał, czy tak mu to nagle przyszło do głowy, ale to było naprawdę coś, zwłaszcza w tym konkretnym wykonaniu. Chwała mu za to.
Po serii niezapomnianych głosowań, znaleźliśmy się w studio TVN24, gdzie postanowiono skontaktować się telefonicznie z sędzią Stępniem i spytać się go, jak się czuje. Rozmowa była długa i wynikało z niej niezbicie, że Stępień z tych wszystkich wrażeń zwariował, co mnie również ucieszyło. On wprawdzie cały czas zapewniał, że jest szczęśliwy, bo Sejm właśnie potwierdził, jak ważny jest Trybunał Konstytucyjny i mimo coraz większej konsternacji prowadzącego rozmowę, trzymał się swojej wersji do końca, myśmy tutaj mieli obraz człowieka, któremu jednoznacznie coś, jak to pięknie mówią Czesi, preskoczilo.
No i wreszcie pokazano nam prof. Rzeplińskiego, jak obrażony wychodzi z Sejmu i drze mordę na Bogu ducha winną dziennikarkę telewizji TVN24 jak najbardziej. Wszyscy dziś się skupiają na tym, co i w jaki sposób on do niej mówił, i podczas gdy również moim zdaniem ów przedziwny atak w istocie był godny uwagi, uważam jednocześnie, że o wiele ciekawiej było chwilę wcześniej, kiedy na Rzeplińskiego wyskoczyli dziennikarze z mikrofonami i kamerami, a on w pierwszym odruchu narzucił sobie na łeb płaszcz, dokładnie w taki sposób, jak to robią wyprowadzani z prokuratury, czy sądu przestępcy. To był oczywiście odruch i on go natychmiast próbował naprawić, ale liczy się pierwszy gest i owego gestu symbolika, i tego nikt i nic już nie zmieni. Po tym wszystkim, co się dzieje od miesięcy, po tych kolejnych kompromitacjach w wykonaniu tak zwanych „profesorów prawa”, po tym laniu, jakie oni wczoraj dostali, widok ich głównego czarownika, jak zakrywa płaszczem twarz, jest nie do zastąpienia.
Jakiż piękny poranek!

Dziś już za godzinę rozpoczynają się kolejne Targi Książki Historycznej. Na miejscu jest już Coryllus z naszymi książkami, a ja sam dojadę w sobotę i zostanę do niedzieli. Zapraszam wszystkich bardzo serdecznie. Warszawa, Arkady Kubickiego pod Zamkiem. Jeśli ktoś nie da rady, pozostaje jak zawsze księgarnia pod adresem www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...