Pokazywanie postów oznaczonych etykietą snobizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą snobizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 stycznia 2016

W tym kraju, czyli o nieposkromionej potrzebie przynależności

Wczoraj na Twitterze znana nam skądinąd Aleksandra Jakubowska, reagując na „ćwierknięcie”, również znanej nam skądinąd Dominiki Wielowieyskiej, w której ta użyła znanego nam skądinąd zwrotu „ten kraj” w stosunku do naszego kraju, czyli Polski, napisała co następuje: „’Nasz kraj’ dalej przez usta nie przechodzi?
I to moim zdaniem jest wydarzenie, choć wcale nie o takim wymiarze, jakby się mogło wydawać. Od pewnego czasu bowiem zauważam, że jeśli oczekujemy, że w dzisiejszej przestrzeni medialnej pojawi się głos, może nawet nie rozsądku, ale niosący podstawowy sens, to powinniśmy się skoncentrować na wypowiedziach takich byłych gwiazd politycznej sceny, jak Leszek Miller, Włodzimierz Czarzasty, czy właśnie Jakubowska. To stamtąd dziś – odkładając oczywiście na bok ową podstawową smugę ideologiczną i historyczne zaszłości – można oczekiwać refleksji głębszych i zwyczajnie bardziej interesujących. To nie kto inny też, jak Leszek Miller, ledwo co wczoraj w telewizji TVN24 powiedział, że całe to gadanie o „pisowskim zamachu stanu” to absurd, bo nie można zrobić zamachu stanu przeciwko opozycji. I to tyle na ten temat.
Dziś jednak chciałbym się skupić na wspomnianym „tym kraju” i zwrócić uwagę na pewien fakt lingwistyczny, którego, mam wrażenie, wielu z nas sobie najzwyczajniej nie uświadamia. Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że ów epitet – bo, owszem, dziś już mamy do czynienia z epitetem – powstał w wyniku bardzo ciężkiego językowego nieporozumienia, które z kolei jest konsekwencją okropnego wręcz nawyku przenoszenia do języka polskiego zwrotów bezpośrednio skopiowanych z języka angielskiego. Takich choćby, jak owo nieszczęsne „dokładnie”, „dzieciaki”, „witam”, czy „dzięki bardzo”.
O co chodzi z wspomnianym „tym krajem”? Otóż proszę zwrócić uwagę, że kiedy taki prezydent Obama wygłasza przemówienie dotyczące spraw lokalnych, zwrotu „this country” używa nieustannie. On, ile razy mówi o Ameryce, używa zamiennie dwóch form: „America” lub „this country” właśnie. On nigdy nie mówi „our country”, ani „the country”, ani tym bardziej „country”. Obama, mówiąc o swoim ukochanym kraju używa formy „this country”, wcale nie po to, by się od Ameryki zdystansować, ale dlatego, że zaimek wskazujący „this” oznacza w języku angielskim coś zdecydowanie innego od polskiego „ten” z tego prostego powodu, że oni mają zarówno zaimki wskazujące, jak i przedimki, a my nie. Kiedy więc Brytyjczyk, Amerykanin, czy Australijczyk, chce powiedzieć, że w kraju wszystko jest na swoim miejscu, nie powie „in the country”, ani nawet „in our country”, lecz „in this country”, i ta forma nie ma nic wspólnego z owym okropnym „tym krajem”, który nas tak irytuje w naszej debacie.
No ale mamy to co mamy i z każdej strony słyszymy, jak ta najbardziej „inteligentna” część społeczeństwa, patrzy na Polskę i z pogardą określa ją epitetem „ten kraj”. W tej sytuacji, jako doświadczony i kompetentny anglista, pragnę wszystkich czytelników poinformować, że ci durnie nawet na tak niskim poziomie nie byli w stanie wymyślić nic oryginalnego. Nawet tu nie udało im się wyjść z czymś nośnym, a jednocześnie swoim. To co z siebie wypluli to zaledwie prosty błąd, gdzie zamiast mówić o „Polsce”, albo „naszym kraju”, postanowili korzystać z angielskiego „this country”, bo to im dało poczucie przynależności.
To już znacznie lepiej byłoby, gdyby się trzymali nowego, lansowanego przez radio RMF zwyczaju, by podając godzinę, zamiast „za dziesięć druga”, używać tak jak dotychczas formy „dziesięć do drugiej”.

Więcej na temat języka angielskiego i przeróżnych związanym z nim pułapek można znaleźć w mojej książce o angielskim listonoszu. Do kupienia tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=kto-sie-boi-angielskiego-listonosza-2



wtorek, 21 stycznia 2014

Mówcie do mnie Krzysio. Krzysio fuckin' Osiejuk!

Szedłem dziś sobie z psem mojej córki na spacer, kiedy to rzucił mi się w oczy wielki billboard z reklamą nowego filmu reżysera Smarzowskiego. Niby nic takiego. Tu Smarzowski. Tu wóda. Tu Pilch. Standard, jak to mówią młodzi, do porzygania. To co mnie jednak w tym wypadku poruszyło, to informacja, że Smarzowski to dziś już nie Wojciech, a Wojtek. Podobnie jak, również reżyser filmowy, Małgorzata Szumowska nie jest już Małgorzatą, ale Małgośką, by nie wspomnieć o zawodowym dobroczyńcy Jerzym „Jurku” Owsiaku, dziennikarzu Jakubie „Kubie” Wojewódzkim, czy ministrze Radosławie „Radku” Sikorskim. O ile jednak, jeśli idzie o Owsiaka, czy Wojewódzkiego, zawsze wiedziałem, że tu nie chodzi ani o jakiś szczególny szpan, czy kompleksy, ale o pieniądze, a w przypadku Sikorskiego o tak zwane ego, przypadek Szumowskiej, czy dziś tego Smarzowskiego zmusił mnie do refleksji.
No bo zastanówmy się. Mamy tę Szumowską, która ma na imię Małgorzata i marzy o tym, by zostać gwiazdą na skalę międzynarodową, jak choćby Agnieszka Holland, tyle że uznając, że jej imię przez to nieszczęsne „ł”, czy owo obrzydliwie polskie „rz”, jest bardzo trudne do wymówienia, postanawia się zacząć podpisywać, jako Małgośka. No ale, jak wszyscy już z pewnością zauważyliśmy, „ł” zostało, w dodatku pojawiło się jeszcze „ś”, a zatem nawet brak „rz” niewiele pomoże. A zatem nie o to chodziło. Popatrzmy więc na Smarzowskiego. Ten też, po tym, jak już zaprzyjaźnione media i środowisko pozwoliły mu uwierzyć, że jest wielkim artystą, mógł uznać, że „Wojciech” brzmi zbyt egzotycznie, kiedy przed człowiekiem już tylko seria Oscarów. Fakty pozostają bezlitosne. Nawet jeśli on sobie skróci imię do trzyliterowego „Woj”, choćby i pisanego przez „v”, i tak w najlepszym wypadku wyjdzie coś w rodzaju „wadż”. No dobra. Mógłby się Smarzowski zacząć podpisywać oczywiście „Voytek”, no ale to już chyba byłby taki wstyd, że nawet jego znajomi z branży zaczęliby z niego szydzić. Po ciężką więc cholerę nagle ten „Wojtek”, którego w Hollywood nikt nie przeczyta inaczej, jak „Ładżtyk”. Jak widzimy więc, Smarzowskiemu też nie chodziło o karierę. On zwyczajnie chce być Wojtkiem i kropka.
Otóż ja mam taką teorię, że każde z nich poczuło nagłą potrzebę, by się zacząć podpisywać przy pomocy formy zdrobniałej, dlatego, że ich nagle oświeciło – tak jak przed wielu już laty tego błazna Korwina-Mikke, że przecież Tom Hanks, to Tomek Hanks, Johnny Depp to Jasio Depp, a świętej pamięci Steve Jobs to tak naprawdę Stefek Jobs. Mam bardzo mocne podejrzenie, że Wojciech Smarzowski, Małgorzata Szumowska, i, jak obserwuję świat polskiego filmu, telewizji i literatury, nie tylko oni, uznali, że nawet jeśli za tym nie pójdą jakieś spektakularne sukcesy, oni zwyczajnie będą wyglądali lepiej obok swoich bardziej cywilizacyjnie zapóźnionych kolegów, jeśli zrobią coś, co w szerokim świecie uważa się za normalne, a u nas, z jakiegoś powodu, wciąż nie. No i zdecydowali się na rozwiązanie, które robiło wrażenie najprostszego do przeprowadzenia już na dziś. Skoro bowiem już wszyscy wszędzie „jak w Ameryce” mówią do siebie na ty, to z pewnością nie zaszkodzi zrobić jeszcze zrobić ten jeden krok dodatkowy.
Wystarczy rzucić okiem na listę płac zamieszczaną na końcu każdego telewizyjnego programu, czy kolejnego wyprodukowanego przez naszych twórców filmu, by zorientować się w jednej chwili, że Smarzowski, czy Szumowska nie są wyjątkami. Tam niekiedy większość imion, to są jakieś Jaśki, Witki, Kasie, czy Zbyszki. I ja oczywiście umiem sobie bardzo dobrze wyobrazić, jak każdy z nich, w momencie, gdy widzi to swoje nowe emploi na ekranie zaczyna pęcznieć z dumy, wynikającej z poczucia bycia częścią nowej cywilizacji. Powiem więcej: ja nawet gotów jestem zrozumieć to ich pragnienie bycia kimś, które dane im jest realizować, skoro już nie w sposób tradycyjny, a więc przez zrobienie czegoś wartościowego i wyjątkowego, to przynajmniej przez ów głupkowaty retusz w podpisie. Natomiast muszę im powiedzieć, że to jest uliczka całkowicie ślepa. To się nie może udać, bo język z całą swoją tradycją tego typu ekstrawagancji nie zniesie. Oczywiście, Wojciech Smarzowski może gdzieś w towarzystwie osób na swoim poziomie intelektu i emocji tym Wojtkiem zadawać szyku, jednak ile razy on się pojawi w towarzystwie ludzi na tym poziomie zgłupienia nie operujących, spotka się wyłącznie z szyderczo uniesionymi brwiami.
Jakiś czas temu opisałem tu wystąpienie aktora i komedianta Pazury, który powiedział, że jego akty komediowe byłyby znacznie lepsze, gdyby polska obyczajowość, tak jak się to dzieje w przypadku obyczajowości amerykańskiej, tolerowała publiczne używanie takich słów, jak „kurwa”, czy „pierdolić”. Skarżył się ten nieszczęśnik, że on ogląda słynne amerykańskie stand-upy, i tamci artyści klną bez żadnych zahamowań, i to jest zawsze bardzo śmieszne. A jemu nie wolno, bo Polska jest tak okropnie zacofana. Przypominam sobie tego Pazurę i nagle sobie wyobrażam, co się musi dziać między Smarzowskim i Szumowską, kiedy oni wpadną na siebie i zaczną gadać. Już to widzę, jak oni nie są w stanie wydusić z siebie jednego zdania, bez wspomnienia o „jebaniu”, czy „pierdoleniu”. No bo czemu oni się mają oszczędzać, skoro sami słyszeli, jak Kuba Nicholson na jednym filmie mówił jeszcze gorzej?
No a skoro o Kubie mowa, sięgam pamięcią jeszcze dalej, a mianowicie do słusznie już zapomnianego tłumaczenia Moniki Adamczyk historii o Kubusiu Puchatku, w którym owa niesławna dama polskiej sztuki tłumaczeniowej postanowiła, że Kubuś Puchatek będzie – zgodnie z oryginałem – Fredzią Phi-Phi, a jego przyjaciel Krzyś – Krzysztofem Robinem. I myślę, że to jest równie dobry moment, jak każdy inny, by wszystkim tym, którzy żyją w przekonaniu, że wielkość się osiąga odpowiednio zgrabnie utrzymując pozycję sługi, powiedzieć, że nic z tego. Dziecko jest Krzysiem, stary byk jest Wojciechem, kiedy Krzyś mówi „kurwa” dostaje w tyłek, a kiedy „kurwą” publicznie rzuca Wojciech, nie jest traktowany, jak artysta, ale jak zwykły żul.

Jak już wspomniałem, początek roku – roku, który, jak się spodziewamy, będzie ostatnim rokiem naszej przejmującej wręcz biedy – wystawił nas na szczególną próbę. Firma, dla której uczyłem, straciła kontrakt i w tej chwili jestem w takim momencie, że równie dobrze, z wyjątkiem porannego spaceru z psem, mogę przestać wychodzić z domu. W dodatku właśnie zaczęły się ferie zimowe i wszyscy moi uczniowie powyjeżdżali. W związku z tym niewątpliwym kryzysem, bardzo wszystkich proszę o szczególne wsparcie. Choćby przez najbliższe dwa tygodnie. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...