Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Garnizonowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Garnizonowy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

O tym, czego się nigdy nie dowiemy, i nigdy nie zapomnimy

Wprawdzie wtorek dopiero jutro, a moja przedświąteczna obietnica dotyczyła wtorku właśnie, skoro jednak Święta już praktycznie za nami, a od paru dni chodzą mi po głowie bardzo ważne myśli, chciałbym tu zostawić na tę noc i może jeden jeszcze dzień jedno zdjęcie i parę krótkich akapitów.
Jak już tu opowiadałem, za oknem mam cudowny wręcz kościół garnizonowy obsługujący garnizon, którego nie ma, i dwóch wspaniałych księży, grzeszników takich jak my, a jednocześnie aniołów, jakimi już pewnie być nie zdążymy, a do tego wszystkiego doszedł jeszcze ów Grób Pański – o ile pamiętam pierwszy taki od wielu, wielu lat.
Nie mam ochoty tego, co tu widzimy komentować, więc powiem tylko dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że rozmawiałem z proboszczem i – trochę w żartach – powiedziałem mu, że kiedy go będą za ten grób stąd zabierać, zorganizuję demonstrację taką, jak w obronie księdza Lemańskiego, na co on mi odpowiedział: „Niech pan nawet k… nie próbuje”.
Druga, już tylko dla niektórych czytelników tego bloga. Jeśli założymy opcję z Waszego punktu widzenia nieprawdziwą, wręcz absurdalną, a więc tę, że tam rzeczywiście doszło do zbrodni, której celem było zabójstwo Lecha Kaczyńskiego, czy jesteście sobie w stanie wyobrazić dowód, który by Was przekonał? Czy widzicie taką możliwość, że oni pozwoliliby, żeby to się wydało? Tak myślicie? Naprawdę?



Przypominam, że wszystkie moje książki są do nabycia w księgarni Gabriela pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam. No i tradycyjnie, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 9 stycznia 2014

Na co komu ksiądz? Na co księżom my?

Kościół, który mamy tuż za naszym oknem, i przez którego, bijące nam z precyzyjną regularnością, dzwony, nie jestem w stanie ani w spokoju pogadać, ani posłuchać muzyki, ani nawet się jak należy pouczyć z Sebastianem angielskiego, bo z jakiegoś powodu Skype tego dźwięku nie toleruje i zniekształca nasze słowa, jest kościołem garnizonowym, a więc służy nam za miejsce modlitwy niejako obok naszej parafii.
Bardzo dziwny jest jego status. Z jednej strony, przez to, że w Katowicach wojska już nie ma, jego dalsze funkcjonowanie jest z formalnego punktu widzenia bez sensu, a z drugiej, podczas każdej niedzielnej mszy, on jest ściśle wypełniony wiernymi, na dodatek jeszcze, wiernymi w podwójnym rozumieniu tego słowa – a więc ludźmi pobożnymi, ale też ludźmi, którzy są bardzo wierni właśnie temu, a nie żadnemu innemu, miejscu.
I owa wierność jest dla mnie czymś całkowicie zadziwiającym. Tuż obok znajduje się kościół parafialny, nieco dalej, w drugą stronę – też jak najbardziej nasza – katedra, a mimo to jest całe mnóstwo ludzi, którzy nie chcą bywać nigdzie indziej, jak tylko tu właśnie. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, dlaczego tak jest? Co przyciąga tych ludzi, ale przecież też i mnie, do tego właśnie miejsca? Dlaczego my od tylu już lat nie chcemy chodzić na msze nigdzie indziej?
Najprościej by oczywiście na to pytanie można odpowiedzieć, gdyby tak się akurat złożyło, że wojsko przysyła nam tu tak wybitnych księży, najlepiej jakichś wybranych dominikanów, że oni zwyczajnie porywają nasze serca i umysły – tyle że nasi księża nie są w żaden sposób wybitni.
Łatwo by było odpowiedzieć na to pytanie, gdyby się miało okazać, że te nabożeństwa, czy to niedzielne, czy powszednie, przez jakiś nieodgadniony w swojej tajemniczości nastrój tego miejsca, sprawiają, że wszyscy nagle czujemy taką bliskość Boga, że już nie chcemy szukać dalej – co jednak z tego, skoro tu, jeśli w ogóle już czymś wieje, to raczej kompletną przeciętnością, by nie powiedzieć nudą?
Łatwo by wreszcie było wytłumaczyć tę popularność, gdyby chodziło o to, że nasz kościół to i te bardzo patriotyczne tablice poświęcone polskim bohaterom, te białoczerwone flagi, ten nastrój dumnej państwowości, czy wreszcie fakt, że to tu właśnie wisi przepięknie poruszający obraz Matki Boskiej Katyńskiej i to tu są te wszystkie tabliczki z zamordowanymi tam właśnie „na nieludzkiej ziemi”. Tyle że to też nie może być powodem. Ja mniej więcej znam polityczno-społeczny przekrój tej naszej grupy, i bardzo bym się zdziwił, gdyby się miało nagle wydać, że większość z nich tym Katyniem się szczególnie mocno przejmuje. Ja tam choćby każdej niedzieli widzę pewną swoją sąsiadkę, która wygląda jak wręcz karykatura bardzo pobożnej katechetki, a przy okazji babci o gołębim sercu, a do dziś pamiętam, jak kiedyś, w swojej nieszczęsnej nieświadomości, tłumaczyła mi, co by, gdyby tylko mogła, zrobiła tej „kaczystowskiej mordzie”. A więc tu też nie może chodzić o ten najbardziej tradycyjny patriotyzm. Jakiś tam może i tak, ale z całą pewnością nie ten, symbolizowany przez obraz Matki Boskiej Katyńskiej.
Bardziej już może o najbardziej tradycyjny grzech… ale nie przyspieszajmy wypadków.
Ten patriotyzm zresztą nigdy nie mógł być powodem popularności Kościoła Garnizonowego w Katowicach. Ja pamiętam jeszcze z czarnego PRL-u atmosferę, jaką to właśnie miejsce budziło w ludziach takich jak ja. Powszechna bowiem opinia, jaka panowała na jego temat, była taka, że tam nie mam mowy o jakiejkolwiek pobożności. Tam w środku są jacyś wyznaczeni przez władze żołnierze, udający księży, a wśród wiernych połowa to zwyczajni esbecy, mający uważać, czy przypadkiem tam się nagle nie zacznie dziać coś nieprzewidzianego. A więc, jeśli już miałbym się decydować na którąś z tych opcji, to raczej na to, że Kościół Garnizonowy to kościół dla byłych komuchów, którzy kiedyś nie potrafili się jasno określić, a dziś jest im już łatwiej. Tyle że to też nieprawda. Gdyby tak było, to tam już dawno by coś zrobiono z tymi smoleńskimi miesięcznicami. Tymczasem wygląda na to, że większość z nich te comiesięczne uroczystości ma w nosie.
I pewnie bym tam już do końca życia błąkał się wśród tych zagadek, gdyby nie pewna sekwencja wymiany księży w naszym kościele, jaką mogliśmy zaobserwować w ostatnich latach. Zanim jednak przejdę do sedna, jeszcze jedno małe wyjaśnienie. Otóż tu jest tak, że ksiądz jest z reguły jeden, wikary i proboszcz, w jednej osobie. Jest więc ten jeden biedny ksiądz, jedna gospodyni, jeden kościelny… tu nawet, od czasu, jak mój syn wydoroślał, nie ma normalnego ministranta. Do mszy służy, zbiera na ofiarę, zamyka i otwiera drzwi, kościelny. Tu w pewnym momencie doszło do tego, że należało zmniejszyć liczbę niedzielnych mszy z sześciu do pięciu, bo zgodnie z przepisami jeden ksiądz nie może odprawić więcej, niż pięć. Dopiero niedawno nowemu proboszczowi dali do pomocy jakiegoś emeryta, no i nagle jest ich dwóch.
A zatem, ma ten nasz Kościół Garnizonowy najczęściej tego jednego księdza, który, samotny tu jak kołek, nie mając ani z kim pogadać, ani gdzie pójść, ani choćby posiedzieć latem w ogródku, jest tu, jak na klasycznym zesłaniu. Właśnie – zesłaniu. Otóż akurat nie ja, tylko moja wybitnie przenikliwa żona, któregoś dnia, obserwując kolejnych proboszczów, powiedziała, że ona nie ma najmniejszych wątpliwości, że księża, którzy tu do nas są przysyłani, są przysyłani za karę. Albo więc przez swoje pijaństwo, albo tak zwaną „babę”, hazard, czy jakieś inne, tak bardzo pospolite, grzechy. Tak twierdzi moja żona. Ona widzi kolejnego proboszcza, i od razu mówi: „Popatrz na tego. Ten musiał dopiero narozrabiać, że go tu wysłali. Ale to dobrze. Przynajmniej nikt nie będzie człowieka rozpraszał tanimi popisami”.
No i ja na nich patrzę i nagle widzę kolejnych księży, którzy w swojej zdecydowanej większości – bardzo to prawdopodobne – nie zdobyliby najmniejszej popularności wśród ludzi, którzy w Kościele szukają zachęty i inspiracji do wiary. Nagle sobie uświadamiam, że ludziom, którzy przychodzą do naszego kościoła, ci księża potrzebni są wyłącznie do tego, by odprawiać mszę, udzielać komunii, spowiadać i błogosławić, a więc robić dokładnie to wszystko, czego żaden z nas zrobić nie może.
Ludzie, którzy tak bardzo lubią przychodzić do Kościoła Garnizonowego mają w sobie wystarczająco dużo wiary koniecznej do tego, by jakiś, choćby nie wiadomo jak, nieudany, ksiądz ich tu był w stanie czegokolwiek pozbawić, ale też są wystarczająco grzeszni, i tej swojej grzeszności świadomi, by się tym, że ich proboszcz to pijak i dziwkarz, w ogóle przejmować. No i jeszcze coś: wygląda jakby oni w swojej większości woleli, żeby akurat podczas mszy żaden z tych mądrali ich nie rozpraszał.
I to, moim zdaniem, z punktu widzenia nas, ludzi Kościoła, stanowi sytuację wręcz fantastyczną. Nigdzie tak jak tu nie możemy bowiem poczuć, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy równie samotni, a jednocześnie tak niezwykle solidarni, wobec Boga Najwyższego i tego, co On nam obiecał.
Kilka lat temu stało się tak, że ówczesny proboszcz pojawił się za ołtarzem bardzo pijany. Trzymał się więc z trudem tego świętego porządku, kościelny-ministrant zwijał się jak w ukropie, żeby jakoś zapanować nad sytuacją, a ludzie ani się nie śmiali, ani nie szeptali między sobą, ani tym bardziej nie łapali się za głowy w panice, tylko robili to co do nich należy każdej niedzieli – a więc brali, pobożnie, jak tylko potrafią, udział we mszy. A co jeszcze ciekawsze, kiedy już po kilku dniach, ów nieszczęsny ksiądz został stąd zabrany, nawet nie zauważyłem, żeby sprawa była jakkolwiek komentowana. Zapytałem nawet o to pewną znajomą panią, a ona wzruszyła ramionami i powiedziała, że ona tu nie przychodzi dla księży.
W tych dniach, słynny – by nie powiedzieć, że wzorowo kultowy – wśród ambitnej i wykształconej młodzieży, dominikanin ojciec Szustak wygłosił fantastyczne, niemal powalające na kolana, kazanie o Święcie Trzech Króli. Jeśli ktoś nie wie, kim jest ów Szustak, to powiem tylko, że jest to taki ksiądz, który, mając w swoim życiorysie jakieś bardzo ciemne momenty, których być może jedynym już dziś widocznym śladem są tatuaże, jeździ po Polsce i głosi swoje kazania. Młodzież go uwielbia, pewnie w dużym stopniu przez to, że on wciąż używa słów takich, jako „kurde”, czy „koleś” i zawsze dba o to, by powiedzieć coś takiego, by kościół się zaśmiał. To jest pewnie jakiś powód, ale też musi mieć znaczenie i ta jego „dziarana” przeszłość, no i fakt, że on podobno nie ma nic: ani mieszkania, ani pieniędzy, ani nawet rzeczy innych poza ubraniem. No a to musi robić wrażenie.
A zatem wygłosił Szustak to swoje świąteczne kazanie, i wygląda na to, że znaczna część tych, do których on je adresował, kompletnie go nie zrozumiała. Oto na jednym z chrześcijańskich portali ukazała się informacja o słowie ojca Szustaka, utrzymana jednak w formie oskarżającej go faktycznie o bluźnierstwo. Jak słyszę, również już na Facebooku rozpętała się dyskusja na temat rzekomo skandalicznego kazania jednego z księży.
Jak mówię, wspomnianego kazania wysłuchałem i uważam, że to jest jedno z najbardziej pobożnych i interesująco napisanych kazań, jakie słyszałem. Tylko co z tego, jeśli podane w takiej formie, że prawdopodobnie większość go nie pojęła, a jego faktyczny efekt będzie taki, że ci, którzy Szustaka bezkrytycznie kochają, postarają się o tej akurat „wpadce” jak najszybciej zapomnieć, a ci, którzy się właśnie o nim dowiedzieli, i których on zapewne pragnął ewangelizować, uznają go za jakiegoś dziwaka. I tyle wszystkiego.
Nie wiem, czy to co się dzieje wokół niego dziś będzie miało dla niego jakieś konsekwencje – mam nadzieję, że nie – ale jeśli jednak tak, on zawsze może przyjechać tu do nas. Prawdopodobnie, część z nas tego, co on nam powie, nie zrozumie, część nawet nie będzie słuchała, a tych kilku wróci do domu i powie, że ksiądz powiedział ładne kazanie, tyle że trochę trudne. Z całą jednak pewnością, nikt nie będzie z tego powodu, że ten Szustak jakiś nie bardzo, robił sensacji. W końcu myśmy tu nie takie cuda widzieli.

Proszę serdecznie o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, a jak ktoś jeszcze nie ma, to polecam którąś z wystawionych też obok książek. Można je zamawiać u mnie pod adresem toyah@toyah.pl, albo w księgarni u Gabriela coryllus.pl, gdzie można też trafić przy okazji na całą masę innych wartych uwagi rzeczy. Zachęcam i dziękuję.

czwartek, 17 stycznia 2013

Uwaga, Diabeł!


Starsza Toyahówna, o czym być może już tu wspominałem, niemal wszystkie swoje wolne wieczory spędza w towarzystwie związanym z tak zwanym Duszpasterstwem Akademickim działającym przy tak zwanej lokalnie „Krypcie”, natomiast jak idzie o kościół, to modli się albo tam, albo – ostatnio – u nowo świeżo tu sprowadzonych Dominikanów. Czy mi się to podoba? Owszem, podoba mi się bardzo, bo uważam, że spędzanie czasu blisko Kościoła jest rzeczą dobrą niejako z automatu. Poza tym jednak, mam już tu same zastrzeżenia i obawy. Przede wszystkim nie podoba mi się, że znaczna część nowych znajomych mojej córki, w tym sam ksiądz duszpasterz, to Ślązacy, i to nie Ślązacy tacy, co uważają, że śląskość to piękna rzecz, że rolada z kluskami i modrą kapustą to najlepsze danie na świecie, a śląska mowa to pieśń słowika, ale ten ich szczególny gatunek, dla którego niedawna niespodziewana śmierć Michała Smolorza, to najsmutniejsze wydarzenie od czasu niedawnej przegranej Ruchu Autonomii Śląska w wyborach w Bytomiu, a kiedy Polacy grają w piłkę z Niemcami, to oni zachowują pełną neutralność.
To jest pierwszy z powodów, dla którego to że ona tam chadza, wprawia mnie w nastrój różny. Drugi to ten związany już z Dominikanami, i o nich będzie już więcej może za chwilę, natomiast jeszcze zanim przejdę do rzeczy, wspomnę tylko, że ja, kiedy byłem w jej wieku, również w tym Duszpasterstwie bywałem, kiedy tylko była ku temu okazja, tyle że wtedy akurat nie istniał ani problem Śląska, ani Dominikanów, a i jak sądzę, towarzystwo też było znacznie wybitniejsze. No i mimo że tu mogę się mylić, to jest to również jeden z powodów, dla którego, ile razy ona tam idzie, myślę sobie, że kiedy ja to robiłem, to wszystko miało znacznie większy sens.
Na msze nie chodzę ani do Dominikanów, ani nawet do Krypty. Dlaczego nie do Dominikanów, wyjaśniałem to zarówno tu na blogu, jak i choćby w swoim „Elemenarzu”, jak idzie o Kryptę, to mam tych powodów kilka, ale wydają mi się one na tyle nieistotne, że nie będę się w nie wgłębiał. Nie, i już. Jak idzie o mnie, to ja chodzę wyłącznie do Kościoła Garnizonowego, który mamy tuż pod naszym nosem, i tak właśnie jest mi niezwykle dobrze.
Starsza Toyahówna nie lubi naszego kościoła. Ona nie lubi go przede wszystkim przez to, że jej zdaniem tu nie ma tej atmosfery, którą ona znajduje w Krypcie, ale też z jej punktu widzenia, służący tutaj księża nie są nawet w stanie równać się z księżmi, do których ona się przyzwyczaiła chodząc do Krypty. I oto w ostatnich tygodniach doszło do wydarzenia, które wszystko – i to nie tylko u nas w domu, ale i w całym mieście – może przewrócić do góry nogami. Otóż, o czym chyba przy jakiejś okazji wspominałem, parę tygodni temu biskup polowy (ten od Komorowskiego), z godziny wręcz na godzinę, odwołał naszego dotychczasowego księdza proboszcza. To wszystko odbyło się w takim tempie i tak poza wszelkimi, nawet i kościelnymi, standardami, żeśmy wszyscy zwyczajnie zdębieli. No ale ponieważ jesteśmy ludźmi Wiary i Kościoła, o nic nie pytaliśmy i nic nie mówiliśmy. Na jego miejsce, w tymczasowym zastępstwie, przyszedł skromny i bardzo sympatyczny ksiądz, no a po nim już prawdziwy, nowy proboszcz.
Jak wspomniałem, kiedy byłem w wieku mojej córki, przez wiele lat uczęszczałem do Duszpasterstwa Akademickiego. W sumie poznałem pięciu księży akademickich, zaczynając i kończąc na księże Stanisławie, z których każdy był absolutnie wybitnym kaznodzieją i człowiekiem, a ostatni – myślę, ze najgorszy z nich – ks. Stanisław Puchała jest dziś wielkim i wspaniałym proboszczem Katedry Chrystusa Króla. A proszę pamiętać, że owe czasy były czasami, kiedy to wszelkiego typu wybitność nie była nawet w połowie tak cenna jak jest dziś. Wtedy, wybitni byli wszyscy. Niewykluczone, że nawet biskup Pieronek, a już z całą pewnością nieżyjący już dziś biskup Życiński. Oni też byli jak trzeba.
Ksiądz, który jak grom z jasnego nieba pojawił się w naszym kościele, to zjawisko, jakiego ja nie miałem okazji oglądać w całym swoim życiu. To jest ksiądz o tak potężnej kaznodziejskiej sile, że wszyscy moi dotychczasowi księża nie są w stanie się nawet do tego co on pokazał zbliżyć. Mowy nie ma. Kiedy on odprawiał tu swoją pierwszą mszę, sądziłem, że on potrzebował się pokazać, i stąd to wszystko. Jednak w minioną niedzielę było jeszcze lepiej i jeszcze mocniej. Jak mówię – widziałem wiele, ale czegoś takiego w życiu.
I proszę sobie wyobrazić, że mnie to wcale, ale to wcale nie ucieszyło. Przede wszystkim, ja sobie pomyślałem, że on jest zwyczajnie za dobry. Że jeśli ktoś jest dobry, to jest dobry, ale jeśli ktoś jest aż tak dobry, to ja bym poprosił jednak o chwilę przerwy na zastanowienie się. To była moja pierwsza myśl. Druga natomiast była taka, że kiedy o nim dowie się miasto, nasz skromny, nikomu już poza tymi starszymi już bardzo ludźmi niepotrzebny, Kościół Garnizonowy przeżyje prawdziwe oblężenie. Kiedy o tym, jak tu jest, dowiedzą się wszyscy ci, którzy do kościoła chodzą przed wszystkim po to, by otrzymać jakość, machną rękę na wszystko to co obok nich, i zaczną chodzić tutaj. A kiedy ten ksiądz to zobaczy… no to wtedy będziemy mieli problem. Bo ja podejrzewam, że on i tak już dziś swoje wie – on to musi wiedzieć – ale wtedy on może tego zwyczajnie nie wytrzymać. Bo kiedy ten kościół zacznie przeżywać swoje dni, jego proboszcz będzie miał tylko dwa wyjścia: albo zrobi wszystko, by ludzie go jeszcze bardziej kochali, albo zrobi wszystko, by go zaczęli nienawidzić. A to po to, by w efekcie oni go przestali kochać, a zaczęli zwyczajnie szanować. Może być nawet bardzo. I boję się, że on jednak na to nie wpadnie. I to będzie jego koniec.
Nie będę opowiadał o naszym nowym księdzu. Nie powiem nawet, jak się nazywa. Natomiast bardzo chętnie powiem, skąd mi przyszło do głowy, by o nim dziś pisać. I co mnie tak zainspirowało. Otóż, podobnie jak wielu z nas, mocno się przejąłem wiadomością o tym, że najsłynniejszy gdański kaznodzieja, dominikanin Jacek Krzysztofowicz zakochał się w jakiejś kobiecie, stracił wiarę i odszedł z Kościoła. Wszystko niemal w jednej chwili. Jego wybór, jego sprawa, no i jego nieszczęście. To co mnie jednak zastanawia, to to co dziś słyszę o tym Krzysztofowiczu. On przez minione 25 lat trzymał cały pobożny Gdańsk w pozycji klęczącej i na baczność. Słyszę, że kościele, gdzie on stacjonował, odprawiał w każdą niedzielę ostatnią wieczorną mszę, na której gromadził tłumy coraz to większe i większe. Wraz z rosnącą tych mszy sławą. I trwało tak długo aż wreszcie przyszedł Szatan i go sobie wziął jak swego.
I już przypomina mi się jedna rozmowa, jaką swego czasu miałem z panią Toyahową. Wróciliśmy z którejś z mszy w naszym garnizonowym kościele, gdzie wszystko było do bani. Ludzie spali, ksiądz robił wrażenie jakby nie dość że był skacowany i przeżarty, to jeszcze akurat doszedł do wniosku, że jemu się w ogóle tego wszystkiego już szczerze nie chce, a moja żona powiedziała, że kiedy ksiądz jest tak beznadziejny, to wtedy ludzie muszą się bardziej starać. I odwrotnie – kiedy przed sobą mają jakiegoś mistrza ruletki, to wiedzą, że nic tu po nich. Mogą się najwyżej napawać jego sprytem. A więc, w sumie, lepiej już próbować brać sprawy w swoje ręce.
Jak idzie o naszego nowego proboszcza, póki co wszystko wskazuje na to, że całość należy do niego. On stara się jak może. Opowiada nam o tym, jak bardzo ważne jest to, byśmy mieli świadomość, że wszystko w naszych rękach. Że jesteśmy sokołami Jezusa Chrystusa, że jesteśmy Jego rycerzami, i że to jest prawdziwe szlachectwo, które zobowiązuje. A ja już tylko mam nadzieje, że kiedy tam się zrobi naprawdę gorąco, on nas wszystkich tak opieprzy, że się nie pozbieramy. A ci, co tam i tak nie mają czego szukać, zwyczajnie się rozpierzchną. Myślę też, że by nie zaszkodziło, gdyby on ten numer wykonał po pijanemu. Choćby po to, by nikomu nie przyszło do głowy sądzić, że on nie jest człowiekiem. Takim jak każdy z nas.

Bardzo proszę o nas nie zapominać. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...