Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trójka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trójka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2020

Dlaczego hipopotam nie trafił na pierwsze miejsce Listy Przebojów Trójki?


      Tekst ten miał się tu pojawić jeszcze wczoraj, jednak przez to do czego doprowadziła połączona akcja Seweryna Latkowskiego oraz TVP, musiałem swoje priorytety przearanżować, no i dopiero dziś zabieram głos w sprawie tak zwanej „Trójki”. Wspomniałem też wczoraj, że choć tematem notki jest afera pedofilska w Trójmieście, kwestia „trójkowej” awantury wciąż jest tu w pewien sposób obecna, i potwierdzam, że to jest fakt. To, tak naprawdę jest jedno i to samo, i to niezależnie od tego, czy chodzi o głupią listę przebojów, czy o jakieś nic nie znaczące dodatki. Wszystko to, o czym pisałem wczoraj przy okazji refleksji na temat trójmiejskiego zepsucia, doskonale odzwierciedla znacznie szerszy problem, dotyczący zepsucia powszechnego, oraz powszechnej bezkarności.
        Proszę mi tu pozwolić odnieść się do kwestii wyjątkowo osobistych, a jednocześnie takich, o których nawet jeśli nie wspominałem tu na blogu, to z całą pewnością znają je czytelnicy moich książek. Otóż miałem swego czasu okazję kolegować się ze znanym powszechnie świętej pamięci Tomkiem Beksińskim, co spowodowało też, że pewnego lata w roku 1984 spędziłem z nim upojną noc w jego mieszkaniu w Służewie nad Dolinką. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym, słuchaliśmy muzyki, piliśmy co tam było do picia, a przez te wszystkie godziny Tomek – człowiek, wbrew temu co się dziś o nim mówi, nadzwyczaj miły, bezpośredni i szczery – pokazał mi całe swoje życie. W pewnym momencie wyjął z szafki cały stos albumów gdzie przechowywał zdjęcia dziewcząt, które jako popularny dziennikarz wspomnianej wcześniej „Trójki” przepuścił przez swoje warszawskie mieszkanie. Wszystkie one, z tego co pamiętam, to były bardzo młode dziewczęta, wszystkie ciemnowłose i ubrane na czarno, no i on ich zdjęcia trzymał w tych albumach i mówił mi, że to są dziewczyny, w których „się zakochał”. Dlaczego wszystkie wyglądały tak podobnie? Otóż dlatego, że on lubi ten typ: czarne, wychudzone satanistki. Jak on je poznawał? Przez „Trójkę” oczywiście. One tam dzwoniły, a jeśli któraś z nich go zainteresowała, to on jej wysyłał kontakt, no i się z nimi już prywatnie umawiał.
       Czemu o tym dziś wspominam? Otóż chodzi mi o to, że w czasie gdy wszyscy zastanawiamy się, czy to jest w ogóle możliwe, że Marek Niedźwiedzki i ludzie z nim współpracujący przez całe lata ustawiali kolejność piosenek na prowadzonej przez siebie liście przebojów, po to tylko, by zarówno oni, jak i ich zleceniodawcy mogli na tym zarobić, ja mam odpowiedź wciąż tę samą: a, przepraszam bardzo, czemu nie? Jeśli Tomek Beksiński – człowiek naprawdę nadzwyczaj sympatyczny i pełen dobrych chęci – wykorzystywał swoją pozycję jako radiowy gwiazdor do tego, by całkowicie bezkarnie i poza wszelką kontrolą przepuszczać przez swoje łóżko dziesiątki bardzo młodych dziewcząt, jak się domyślam, często dzieci, to jaki problem miał Marek Niedźwiecki, czy ktokolwiek inny w tym towarzystwie, by traktować listę przebojów jako swój prywatny interes i sprzedawać miejsca na owej liście przebojów wedle uznania kogokolwiek, byleby tylko z pieniędzmi?
       Dziś, wobec afery związanej z tym żałosnym wyprodukowanym przez Kazika gównem, wszyscy się zastanawiamy, czy to możliwe, że tam mogło dochodzić do jakichkolwiek przekrętów. A ja w tej sytuacji mam do opowiedzenia pewną historię. Otóż swego czasu magazyn „National Geographic” ogłosił konkurs na zabawne zdjęcie z wakacji. Dziś już nie pamiętam, jaką oni zaoferowali nagrodę dla zwycięzcy, ale ona była na tyle interesująca, że myśmy wysłali zdjęcie z ZOO, na którym  moja córka przygląda się hipopotamowi, a ten ją ni stąd ni zowąd... obsikuje. Widzimy na zdjęciu hipopotama, przed nim moje dziecko, jak przestraszone ucieka przed tymi sikami, a ja myślę, że to jest ujęcie jedno na milion. Wysłałem więc to zdjęcie do „National Geographic” – zauważę tylko, że to było zdjęcie bardzo ładnie naświetlone i zupełnie dobrze skadrowane –  i nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Pierwsze miejsce wraz z główną nagrodą wygrała fotografia jakiejś kobiety, która wbiega z plaży do morza i rozchlapuje wodę. Drugie nagrodzone zdjęcie i trzecie były już akurat znacznie ciekawsze, ale ja zapamiętałem oczywiście tylko zwycięzcę. To było naprawdę bardzo dawno temu, ale do dziś pamiętam to o czym sobie wówczas pomyślałem: większość tych konkursów to zwykły przekręt i nikt z nas nie ma żadnego sposobu, by go kontrolować.
       I kiedy dziś wracam do owej dyskusji, czy piosenka Kazika uzyskała najwięcej głosów, czy może zwycięzcą okazał się zespół Deep Purple, ale w międzyczasie pojawiły się jakieś koperty, myślę sobie, że tu w ogóle nie ma się nad czym zastanawiać. Tak bowiem jak mój niezapomniany kumpel Tomek Beksiński odstawiał swoje wolne numery przy okazji The Cure, Marillion, czy Camel, wyłącznie po to, by wykorzystywać jakieś biedne dzieci nie wiadomo skąd, tym bardziej nie widzę powodu, by Marek Niedźwiecki, a więc ktoś od Beksińskiego znacznie poważniejszy, bo przede wszystkim z papierami z dawnego SB, miał w głębokim poważaniu te biedne dupy, a skupiał się już tylko i wyłącznie na pieniądzach.
      Myślę zresztą, że kiedy wreszcie się za niego wezmą odpowiednie służby, dowiemy się, ile tego tak naprawdę było.





sobota, 3 stycznia 2015

Czy państwo Komorowscy głosowali na Brothers in Arms?

Z blogerem Rosemannem mam pewien bardzo szczególny kłopot. Z jednej strony znam Rosemanna osobiście, uważam go za niezwykle sympatycznego, grzecznego i inteligentnego człowieka, a w dodatku mam wrażenie, że on jako już naprawdę jeden z bardzo nielicznych blogerów, którzy się w Salonie24 zachowali z tak zwanej „starej gwardii”, pisze dobrze, ciekawie, a przede wszystkim z autentycznym zaangażowaniem. Właśnie to przede wszystkim. Kiedy czytam kolejne teksty Rosemanna, mam bardzo mocne przekonanie, że jemu, jako jednej z ostatnich już piszących w Salonie osób, zależy, by tekst, który pisze, był możliwie najlepszy.
Z drugiej jednak strony, ja właściwie Rosemanna nie lubię. Nie lubię go z paru powodów, a ostatnio głównie ze względu na tę notorycznie demonstrowaną przez niego potrzebę informowania najgorszego salonowego elementu o swojej sympatii. Oczywiście, nic mi do tego, z kim mój kolega Rosemann się potrzebuje zadawać, jednak okropnie mnie męczy sytuacja, kiedy czytam kolejny jego tekst, widzę to, naprawdę robiące wrażenie szczerego, zaangażowanie, i nagle się okazuje, że to wszystko to tylko taka zabawa w stylu Sowińca, gdzie każdy ma jakieś poglądy i diabli wiedzą, które są słuszne, a które nie, no i kogo to tak naprawdę obchodzi? No a poza tym, czyż nie jest najważniejsze, byśmy się do siebie uśmiechali?
Owo dążenie Rosemanna do zaprzyjaźniania się z, jak mówię, najgorszym internetowym elementem, doprowadziło go ostatnio wręcz do tego, że on się postanowił uściskać z człowiekiem, którego pierwszym powodem, a dziś jedynym sensem, by tu nadal prowadzić bloga, a tak naprawdę jedyną treścią owego bloga, jest kultywowanie swojego zalegającego od trzydziestu już lat afektu do mojej żony, a przy okazji i do mnie. Ów bloger, każdy – podkreślam, każdy – swój wpis produkuje wyłącznie z myślą o mojej żonie i o mnie, niekiedy w sposób tak zawoalowany, że tylko ja widzę te nerwy i ten obłęd, i myślę, że dzisiejsza notka jest zupełnie dobrą okazją, by uprzedzić osoby potencjalnie zainteresowane, że jeśli któregoś dnia przejedzie mnie lub moją żonę na śmierć samochód, zabije wybuch gazu, względnie jakiś zaćpany bandzior wbije mi nóż w plecy, by nie szukały winnych w ABW, wśród biznesowo zaangażowanych polityków PSL-u, czy jakiejś lokalnej mafii, a normalnie od razu waliły na blog człowieka o nicku „Z Mordoru”.
No ale było o Rosemannie, więc może jeszcze przez chwilę o nim. Otóż Rosemann napisał dziś na swoim blogu tekst, moim zdaniem niezwykle ciekawy, a przede wszystkim mocno inspirujący, na temat ogłoszonego wczoraj przez radiową Trójkę wyniku głosowania na największy muzyczny przebój wszechczasów. Ponieważ na pierwszym miejscu owego rankingu wylądował zespół Dire Straits, który Rosemann uważa za przeciętny, ze swoją równie przeciętną piosenką „Brothers in Arms”, Rosemann się najpierw owym wynikiem zdziwił, a następnie przeszedł do polityki i napisał, że skoro ludzie są tak głupi, że im się podoba Dire Straits, to Bronisław Komorowski, który jest tak samo beznadziejny, na sto procent wygra tegoroczne wybory prezydenckie. Oczywiście, ja tu sprawę bardzo upraszczam, bo w rzeczywistości analiza Rosemanna jest znacznie głębsza i jakoś tam sensowna, jednak ogólny sens tego przekazu jest taki właśnie: Komorowski wygra wybory, bo będąc podobnie nijakim politykiem, jak piosenki zespołu Dire Straits, przeciąga na swoją stronę większość, która z natury rzeczy lubi oferty nijakie.
Oczywiście, ja się nie zgadzam z Rosemannem co do oceny zespołu Dire Straits. Moim zdaniem pojawienie się tej muzyki stanowiło w swoim czasie prawdziwą rewolucję. Kiedy w roku 1978 Dire Straits wydali swoją pierwszą płytę, ona wstrząsnęła rynkiem muzycznym, jako coś absolutnie oryginalnego, i bez znaczenia jest tu fakt, że za tym stał przede wszystkim J.J. Cale, który akurat do dziś stoi nawet za kimś taki bezdyskusyjnie wielkim jak Eric Clapton, bo i tak ów album pociągnął do przodu całą ówczesną muzykę. To było coś tak wyjątkowego, że nawet sam Bob Dylan, który miał naprawdę oko do wynajdywania ludzi, którzy będą robić za niego, machnął ręką na ten cały „Desire sound”, jako swój zespół zatrudnił Knopflera z kolegami i przez parę lat, do czasu aż usłyszał Black Uhuru, to co robił, to faktycznie był Bob Dylan z Dire Straits. Nie zgadzam się tu więc z Rosemannem, jednak, mimo że temat można by jeszcze ciągnąć bardzo długo, nie o tym chcę pisać, ale o samej liście Trójki, o piosence „Brothers in Arms”, no i Bronisławie Komorowskim. Rzecz bowiem w tym, że moim zdaniem Rosemann zdecydowanie nie docenia sytuacji. To nie jest bowiem tak, że ludzie wybierają przebój zespołu Dire Straits na hit wszechczasów, a później głosują w wyborach na Bronisława Komorowskiego, bo taka ich fantazja, taki gust i takie wymagania. Oni głosują na Komorowskiego, a piosenkę „Brothers in Arms” uważają za najpiękniejszą piosenkę w historii muzyki popularnej, dlatego, bo tak im kazano, a oni są bardzo posłuszni w stosunku do osób, którym wierzą i których szanują.
Tak się złożyło, że wczoraj wieczorem przyszedł do nas nasz syn i powiedział: „Zgadnijcie, jaka piosenka zajęła trzecie miejsce jako przebój wszechczasów”. Na to ja natychmiast powiedziałem: „Autobiografia”, a moja żona: „51 TSA”. „No nie, poważnie”, mówi mój syn. Na to moja żona: „Stairway to Heaven”, na co mój syn: „Nie. Zeppelin jest na drugim. Wyobraźcie sobie, że Archive i piosenka ‘Again’”. Ponieważ Archive, nawet z piosenką „Again”, ani mnie ani mojej żony nie interesuje, wzruszyliśmy ramionami, i wtedy syn mój poprosił byśmy zgadli, kto wygrał… no i wtedy, jak jeden mąż z jedną żoną, odpowiedzieliśmy jednym głosem: „Brothers in Arms”. Przyznaję z satysfakcją, że dziecko się bardzo zdziwiło, trochę dlatego, że Dire Straits zna niemal wyłącznie z nazwy, ale przede wszystkim ze względu na, jego zdaniem, nieludzkie wręcz kompetencje, jakie tu ujawniliśmy. Tymczasem sprawa dla każdego zorientowanego w temacie jest nader prosta. Otóż piosenka „Brothers in Arms” – faktycznie jedna z absolutnie najgłupszych i najmniej ciekawych piosenek Dire Straits, kompletnie do repertuaru zespołu nie pasująca – od niemal pierwszego dnia, kiedy Niedźwiecki z Kaczkowskim zaczęli ją puszczać w Trójce, była przez obu kreowana na przebój wszechczasów. Przez całe lata 80-te i następne nie było rankingu, w którym na pierwszym miejscu nie lądowało owo gówno. Czy to był konkurs na piosenkę dziesięciolecia, czy najpiękniejszą piosenkę wszechczasów, czy na najpiękniejszy tekst świata, czy na najpiękniejsze gitarowe solo – można wybierać – w każdym organizowanym przez Trójkę głosowaniu wygrywało Dire Straits i to „Brothers in Arms”. W pewnym momencie stało się tak, że można było w ciemno stawiać, że jeśli tylko ten kawałek gdzieś wystartuje, to z nim szans nie ma nikt. A zatem, kiedy syn nasz się spytał, kto wygrał głosowanie Trójki, myśmy nawet przez chwilę nie musieli się zastanawiać.
A więc nie chodzi o to, że Rosemann się myli w swojej ocenie zespołu Dire Straits, bo to jest nieistotne. Nie chodzi też o to, że on ma rację w swojej ocenie piosenki „Brothers in Arms”, bo owa racja jest jak najbardziej oczywista. Rzecz w tym, że ludzie głosowali na Dire Straits nie dlatego, że owo Dire Straits tak pokochali, ale dlatego, że przez całe lata zostali przez samą Trójkę tak psychicznie uformowani, że na koniec zachowali się, jak stado psów Pawłowa. Trójka rzuca hasło: „Piosenka!”, a oni wszyscy grzecznie odpowiadają: „Brothers in Arms”. A reszta, z wyjątkiem tych, co odkrzyknęli „Autobiografia”, zostaje natychmiast postawiona do kąta.
I tu dochodzimy do Komorowskiego. Ja oczywiście, w swoim wyssanym z mlekiem matki optymizmie, wierzę, że jakimś cudem jednak Komorowski nie zostanie wybrany prezydentem i że jemu Duda wleje na tyle jednoznacznie, że oni nie będą mieli odwagi, by sfałszować te wybory. Dlaczego? Dlatego, że Komorowski to jest ktoś, kto jest w sposób jednoznaczny do niczego, nawet gdy w tle Dire Straits grają to nieszczęsne „Brothers in Arms”. Jednak jeśli ludzie wybiorą Komorowskiego, to niech się mój kumpel Rosemann nie łudzi: to wcale nie dlatego, że oni lubią bezbarwnych, nudnych i najlepiej też mało inteligentnych polityków. Jest znacznie gorzej – wielu z nas jest jak ci czarni koszykarze z rasistowskiego dowcipu, albo mój pies. Na widok tej piłki zaczynamy merdać ogonem. I to się nazywa uzależnienie od właściciela.
I pomyśleć, że tyle lat już minęło od czasu, jak Patric McGoohan krzyknął: „I’m not a number! I am a free man!”

Jak już wspomniał w dzisiejszej swojej notce Coryllus, nierozpakowana paleta ze świeżą partią mojego „Licha” uratowała od nieszczęścia dwie szlachetne damy. A skoro tak, spróbujmy potraktować to zdarzenie, jako znak. I zjednoczmy się w paleniu licha. Swoją drogą polecam: www.coryllus.pl

środa, 30 lipca 2014

Co to za wolność? To zwykłe porno!

To, o czym postanowiłem dziś opowiedzieć, może robić wrażenie kompletnej bzdury, niewartej nawet splunięcia, mam jednak wrażenie, że tak zupełnie tego zlekceważyć nie wypada. A zatem, bardzo krótko. Otóż przyszedł do mnie wczoraj mój syn i przekazał wiadomość, że w 3 programie Polskiego Radia, w kultowym gdzieniegdzie programie zatytułowanym „W tonacji Trójki” wystąpił Wojciech Mann z jakąś Anną Gacek i Mann był przy tym kompletnie pijany. Nagranie z tego występu jest publicznie dostępne, ja go wysłuchałem dwukrotnie i potwierdzam: Mann, będąc w pracy, prezentując się publicznie iluś tam tysiącom radiosłuchaczy, był tak nawalony, że z trudem składał słowa, podobnie jak zresztą czysty bełkot stanowiła merytoryczna część owej wypowiedzi.
Elementem jednak równie ciekawym tej prezentacji było zachowanie współprowadzącej z Mannem program Anny Gacek. Otóż ona nie próbowała Manna ani uspokoić, ani jakoś sprytnie zwolnić z obowiązku gadania, ani zagadać tych jego wybryków, ale zachowywała z każdą chwilą coraz lepszy humor i w końcu już tylko chichotała, jak te małoletnie dziewczynki, które, widząc swoich upitych kolegów, pokładają się ze śmiechu na ich wygłupy. Było jeszcze lepiej, kiedy Mann – najwyraźniej już półprzytomny – ni w pięć ni w dziesięć użył obelżywego słowa „chuj”, a ona zaczęła go wręcz prowokować, żeby on się z tego wytłumaczył, dla czego on powiedział „chuj”, a on się próbował jakoś z tego wykręcić, powodując w efekcie jeszcze większą zabawę.
No a teraz rzecz być może najciekawsza. Zapis tego występu trafił na youtube, na Facebook i w różne inne modne dziś bardzo miejsca w Internecie… i nagle się okazuje, że niemal wszystkie komentarze pod tą żenadą, traktują zarówno Manna, jak i to co on zrobił, jak najpiękniejsze święto. Okazuje się nagle, że wszystko, co tam się stało, to jest tak naprawdę fantastyczna zabawa, a jej główny bohater, to wreszcie ktoś, na kogo z czystym sercem można postawić. Nagle, przez ten jeden wybryk, Wojciech Mann, człowiek, który wydawałoby się powoli znikał z publicznej przestrzeni, ponownie staje się gwiazdą.
A zatem, tak to wygląda: Wojciech Mann, znany radiowo-telewizyjny dziennikarz, postać od wielu lat z absolutnie pierwszego szeregu polskiej celebry, nie dość, że występuje publicznie kompletnie pijany, nie dość, że w tym swoim pijaństwie zachowuje się w sposób rażąco kompromitujący, to przez to swoje pijaństwo osiąga poważny sukces. Sukces od początku do końca.
I nawet tu, po tej naszej stronie, mamy kompletną ciszę, przerywaną już tylko pomrukiem zadowolenia. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że za tym stoi coś znacznie większego. Coś, przy czym ten bałwan jest zaledwie zdychającym westchnieniem czasów, które, jak się okazuje, stanowiły jedynie zwiastun tego, co przed nami.

Zapraszam wszystkich do naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie moje książki, a przecież nie tylko. I jak to już się ostatnio stało smutną tradycją, proszę wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta.


czwartek, 22 lipca 2010

Their Generation



Właściwie mogłem to przewidzieć. Wspomnienie nazwiska Zbigniewa Hołdysa musiało się skończyć powrotem refleksji związanych z początkiem stanu wojennego, i to – co może najważniejsze – na tym wręcz już nieznośnym poziomie mitu o patriotycznej i bohaterskiej roli, jaką rzekomo pełnili polscy artyści rockowi w czasach gdy, jak to oni sami mówią, naprawdę nie było łatwo. W komentarzach pod wpisem, w którym postanowiłem sobie poskakać po osobie i dorobku Zbigniewa Hołdysa, pojawiło się parę komentarzy sugerujących, że dziś ten człowiek wprawdzie mocno sparszywiał, ale tego, czego on dokonał we wczesnych latach 80-tych odebrać mu trudno. Moja nowa koleżanka i dobrodziejka, Marylka, wręcz wyraziła nadzieję, że ci wszyscy, którzy wraz z Perfectem w stanie wojennym śpiewali „Chcemy bić ZOMO”, po koncercie szli na to ZOMO z kamieniami, i że choćby w ten sposób Hołdys się jakoś przysłużył naszej, że tak to umownie nazwiemy, wolności.
W tej kwestii mam zdanie całkowicie odmienne, i to odmienne na wszystkich możliwych poziomach. A więc zarówno jeśli idzie o cały społeczno-polityczny kontekst zjawiska nazywanego „młodym polskim rockiem”, jego bohaterów i praktycznych skutków, jakie to zjawisko miało nieść. Muszę od razu przyznać, że być może jedna z głównych przyczyn, dla których mam do Hołdysa i jego kolegów-artystów stosunek wrogi jest wyłącznie natury estetycznej, co akurat może moją tu argumentację w równym stopniu wzmacniać, jak i niestety osłabiać. Otóż ja pamiętam świetnie tę tzw. „eksplozję wolności”, bardzo dobrze pamiętam tamte zespoły i tamte piosenki, tamtą atmosferę i tamten przekaz. I pamiętam też bardzo dobrze, że mnie się ta muzyka bardzo, ale to bardzo nie podobała. Maanam, Perfect, Oddział Zamknięty, Lady Pank, te wszystkie Kobranocki, Róże Europy, Lombardy, Piersi, ta jakaś Aya RL… można wymieniać, to wszystko było dla mnie tak wyjątkowym ‘kitem’, że brak mi słów, żeby to opisać. To było czyste amatorstwo, w dodatku całkowicie nieoryginalne. Nawet jedyna względna jakość w tym całym zestawie, a więc Republika, najbezczelniej w świecie zrzynała od The Stranglers. A kiedy na dodatek dwóch największych „proroków” polskiego rocka, a więc Hołdys i Kora dzień po dniu głosili, że oni akurat tworzą sztukę porównywalną z osiągnięciami światowej muzyki popularnej, miałem już tylko poczucie, że tonę w jakimś absurdzie. A zatem, to jest pierwszy powód, dla którego dziś nie jestem w stanie patrzeć na takiego Hołdysa, jak na kogoś, kto artystycznie - a tym bardziej zwyczajnie po ludzku – przynajmniej kiedyś był czegokolwiek wart.
To jednak jest tylko drobna część problemu, w dodatku przez swój subiektywizm mało ważna. To co mnie jednak najbardziej akurat tu irytuje, to właśnie ten mit, jakoby stan wojenny w Polsce stworzył ten „wentyl”, ale on mu nieopatrznie wyskoczył spod kontroli i dał nam coś autentycznego. Że, owszem, zarówno Hołdys, jak i Borysewicz, i Kora, i Kukiz zostali do tej roboty na samym początku wynajęci, ale przez swoją odwagę, spryt i bezkompromisowość, stworzyli tę przestrzeń wolności, z którą generałowie najzwyczajniej w świecie poradzić sobie już nie potrafili. Ludzie reżimu potrafili dać zajęcie Wałęsie, potrafili wziąć za mordę połowę działaczy Solidarności, potrafili zadbać o to, by Kuroń, Michnik i ich koledzy z Tygodnika Mazowsze wiedzieli, gdzie się wolność zaczyna a gdzie kończy. Więcej – oni byli w stanie bezkarnie zatłuc na śmierć jednego maturzystę i jednego księdza, a tu ni stąd ni z owąd Hołdys z Korą nimi tak zakręcili, że ci zupełnie stracili głowę. I to zakręcili nimi tak sprytnie, że nawet przejęli dla siebie jedno wielkie państwowe radio razem z umundurowanymi dziennikarzami, i jeden wielki muzyczny festiwal, na którym mogli bezkarnie podburzać młodzież do antyreżimowych zachowań. Ot tak! Co za absurd!
Powie mi Marylka, a pewnie nie tylko ona, że to wszystko nieważne. Bo nawet jeśli przyjąć, że Kukiz, Kora, czy Borysewicz w gruncie rzeczy z reżimem tępo acz posłusznie współpracowali, to ta młodzież, która wypełniała sale koncertowe, kupowała płyty, wzniecała ten piękny kurz w Jarocinie i darła się na całą Polskę, że chce bić ZOMO, stanowiła zjawisko, którego już się kontrolować nie dało. Że, owszem, plan był taki, by jak to dziś zabawnie określa Wikipedia „po wznowieniu działalności 5 kwietnia 1982, pod dyrekcją Andrzeja Turskiego zaprezentować słuchaczom nowe, odmłodzone oblicze, i przy pomocy programu dotychczas adresowanego głównie do wielkomiejskiej inteligencji, nie odwracając się od niej, postawić wyraźnie na ożywienie kontaktu z młodym słuchaczem, który na początku lat 80. kontestował sytuację polityczną i uciekał w świat muzyki”, tyle że jakimś cudem, całą tę kalkulację szlag trafił, bo „wielkomiejska młoda inteligencja” perfidnie wykorzystała to „odmłodzone oblicze” Moniki Olejnik, Andrzeja Turskiego, Marka Niedźwieckiego i tej całej ubeckiej bandy jaka tworzyła schyłkową komunę.
Otóż ja w to nie wierzę. Nie wierzę w to, po pierwsze dlatego, że tam byłem i widziałem, że tamto zaangażowanie młodzieży w ruch antykomunistyczny, jeśli miało miejsce, to akurat z dala od zarówno Jarocina, Trójki, jak i piosenek Lady Pank. Jeśli chłopcy i dziewczęta z KPN-u byli dręczeni przez okrutnych esbeków, to ani nie dlatego, że na koncertach Perfectu śpiewali z Hołdysem jakieś wesołe kawałki, ani tez nie dlatego, że ich do tych akcji chytrze zachęcił Piotr Kaczkowski, Monika Olejnik, Wojciech Mann, Beata Michniewicz, czy Marek Niedźwiecki, ale z kompletnie innych motywacji. Ale oprócz tego, że w to nie wierzę, to ja jeszcze coś zwyczajnie wiem. A wiem mianowicie to, że nie ma takiej możliwości, żeby z głupiego zaangażowania w kłamstwo powstała prawda. Tak się zwyczajnie nie dzieje. Na tej samej dokładnie zasadzie, jak dziś jak najdalej od prawdy są te wszystkie dzieci i ich zaczadzeni rodzice, którzy zbierając do owsiakowych puszek pieniądze na sprzęt medyczny dla chorych dzieci, są przekonani, że w ten sposób demonstrują swoją bezkompromisowość i społeczną wrażliwość. Dokładanie tak. To zawsze była i jest tylko zabawa zorganizowana przez złych ludzi dla ludzi głupich i leniwych. I tyle.
Bardzo doraźny jest ten tekst. A nie powinien. W końcu nie mamy czasu na aż tak demonstracyjną codzienność. Myślę zatem, że wypadałoby zakończyć te refleksje czymś bardziej uniwersalnym, bardziej dotyczącym ludzi, a nie czasów. Bo, jak już to wielokrotnie tu podkreślałem, w ostatecznym rozrachunku mamy do czynienia tylko z ludźmi. A ludzi widzimy od lat, i to ludzi tych samych, i jak zawsze w świetnym nastroju. I nie jest to, wbrew temu co się niektórym wydaje, Wojciech Jaruzelski, Leszek Miller, Kazimierz Kutz, Czesław Kiszczak, czy nawet Leszek Miller. To wszystko to gówno, którym nawet nie zainteresuje się przeciętną brukselska mucha. Patrzmy na ludzi, których oni wysłali do roboty na początku lat osiemdziesiątych. A więc na Monikę Olejnik, Grzegorza Miecugowa, Korę Jackowską, Zbigniewa Hołdysa, Krzysztofa Maternę. Na nich i na ich uczniów z kolejnej dekady. Tych wszystkich Marciniaków i Knapików, te wszystkie wypindrzone dziennikarki gotowe zrobić zawsze i wszystko za te parędziesiąt kawałków miesięcznie. Patrzmy na ten ruch pokoleń i pamiętajmy, że na jego początku nie było śladu prawdy. Tak jak nie ma śladu prawdy dziś, na początku tego co przed nami. Tak to niestety wygląda, Marylko. Tak to wygląda. Mam tylko nadzieję, że się mylę.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...