Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Fotyga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Fotyga. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 maja 2011

Wieje. Mój Boże! Jak wieje!

Przebieg wizyty prezydenta Obamy w Polsce i jej medialna obsługa były jakie były i na jeden i drugi temat powiedziano, nie tylko tu zresztą, wystarczająco dużo. Gdyby się dziś jednak zastanowić, co po tej wizycie pozostało, to przede wszystkim to, że Jarosław Kaczyński, wbrew swoim zapowiedziom, podał jednak rękę Bronisławowi Komorowskiemu, że wręczył prezydentowi Obamie memoriał w sprawie Smoleńska – i nie ma, cholera jasna, sposobu, by się dowiedzieć, co tam zostało napisane – że prezydent Obama spotkał się z rodzinami ofiar, i że zaliczył wpadkę w postaci pióra. A więc, jak się okazuje, nawet coś tak z punktu widzenia państwa i jego najwyższych służb istotnego, jak wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych, jest konsumowana wyłącznie przez Jarosława Kaczyńskiego i ruch, który wokół niego od ponad roku się organizuje, natomiast reżimowi pozostaje już tylko się zastanawiać, jak by można propagandowo wykorzystać sprawę tego niepiszącego pióra. Oto układ sił na kilka miesięcy przed wyborami i prawdopodobnym końcem władzy Systemu.
Kiedy po raz pierwszy pojawiły się informacje o tym, że do Polski przyjedzie Barack Obama, towarzyszyła im wiadomość, że on pojedzie do Krakowa, i na Wawelu odda cześć zamordowanej w Smoleńsku Prezydenckiej Parze. Później, okazało się, że jakoś udało się ten Kraków skreślić, i że Obama zaledwie złoży kwiaty pod tablicą na ścianie Muzeum Powstania Warszawskiego. I oto dziś nagle, wychodzi na to, że gdyby tę wizytę opisać jakoś matematycznie, to ona tak naprawdę stanowiła wyłącznie gest pod adresem tej części Polski, która traktuje to co się stało 10 kwietnia 2010 roku jako wielką narodową katastrofę. Cała reszta, to był tylko zbiór gestów i słów, bez żadnego praktycznego, ale nawet i politycznego znaczenia, takich choćby jak to, że Napieralski zrobił parę zdjęć komórką, a Frasyniuk uznał to za wieśniactwo. Gdyby się zastanowić, po co w ogóle ta wizyta tak naprawdę się odbyła, to nie można znaleźć innej odpowiedzi, jak tylko tę jedną – żeby pokazać tej części Polski, że Ameryka nie zapomniała. Oczywiście, powiedziane to zostało bardzo dyskretnie, niemal niezauważalnie, przykryte całą kupą elementów osłonowych, ale powiedziane zostało. I tak naprawdę powiedziane zostało tylko to. Nic więcej.
Dlaczego ta wizyta została przez stronę amerykańską przygotowana w ten sposób? Nie mam pojęcia. Zresztą nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł na ten temat powiedziec coś rozstrzygającego. Amerykańska polityka wobec Europy i świata jest pochodną tak wielu, najczęściej bardzo tajemniczych, wewnętrznych interesów Stanów Zjednoczonych, że nie ma nawet co próbować kombinować. Nie zdziwiłoby mnie nawet, gdyby się okazało, ze sam Barack Obama też nie ma co do tego pełnej wiedzy. W tej sytuacji, opinie jakichś amerykanistów i profesorów z instytutów spraw międzynarodowych, mało mnie tu obchodzą, zwłaszcza gdy, jak się zdaje, oni i tak najczęściej sądzą, że ona była tak a nie inna, tylko po to, żeby Jarosław Kaczyński mógł podać rękę Komorowskiemu.
Wczoraj miałem bardzo miłą okazję wysłuchać rozmowy, jaką Bogdan Rymanowski przeprowadził z Anną Fotygą. Nie będą tu streszczał wszystkiego co minister Fotyga mówiła, ani tym bardziej zachwycał się nad przenikliwością i głębią jej wypowiedzi, bo kto na ten temat coś wie, to wie wszystko, a kto nie wie, i tak będzie sądził, że ona z całą pewnością zrobiła z siebie osła, a ja, jako stary pisowiec, piszę jak piszę, bo mi za to płacą. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na pewien, moim zdaniem niezwykle interesujący element jej relacji. Otóż Fotyga mówi, że na niej zrobiło wrażenie kompletnie nieprofesjonalne przygotowanie tej wizyty przez polskie służby ochrony rządu. Opisuje ona, jak to przed opóźniającym się przyjazdem Baracka Obamy do Pałacu Prezydenckiego, na górze Pałacu siedzieli już zaproszeni na szczyt prezydenci, a na dole przed drzwiami stał Bronisław Komorowski i czekał aż Obama się pokaże. Mówi Fotyga, że jeśli służby działają sprawnie, to informują prezydenta co do sekundy o tym, co się dzieje i co się stanie za chwilę. Komorowski mógł spokojnie siedzieć na górze ze swoimi gośćmi, a pół minuty przed przyjazdem Obamy zejść na dół i go spokojnie przyjąć. No ale stał tak jak bałwan pół godziny, przestępował z nogi na nogę i tracił czas.
Ale Anna Fotyga opisuje też organizację spotkania Baracka Obamy z rodzinami ofiar w Katedrze Polowej. Organizację przeprowadzoną bez udziału BOR-u, wyłącznie przez stronę amerykańską i kilka osób reprezentujących rodziny. No i mówi Fotyga, że tam wszystko było zgrane co do sekundy, każdy element tego spotkania był dopracowany z doskonalą starannością, wszystko się odbyło bez najmniejszego zarzutu. Ktoś się może zapytać, czemu BOR tam nie działał? I to jest coś najbardziej już interesującego. Otóż polskie władze, wedle słów Anny Fotygi, sprawę spotkania Amerykanów z rodzinami, z siebie zdjęły. Jak mówi Anna Fotyga, BOR się zwyczajnie „nie zgłosił”.
Dlaczego myślę, że to własnie jest takie ważne? Otóż chodzi mi o to, że po raz kolejny już polski rząd i polskie państwo pokazały, że cała sfera, która w jakikolwiek sposób jest związana z tak zwaną „sprawą polską”, polskiego rządu i polskiego państwa nie interesuje. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że ta część rodzin ofiar zbrodni smoleńskiej, która zachowuje pełną lojalność wobec władzy polskiej, czy nawet i rosyjskiej, na spotkaniu z Obamą gotowa była reprezentować nie poległych, lecz interesy zabójców, przez sam fakt bycia stroną, dla władzy pozostała elementem obcym. To co tam się stało, o niezwykle mocno przypominało też to, co się stało przed rokiem. Na pokładzie samolotu, który został zamordowany w Smoleńsku, nie byli tylko prezydenccy generałowie i ministrowie. Wśród osób, których spotkało tamto straszne nieszczęście, znaleźli się i tacy, którym nawet w głowie nie było służyć „obcemu”. A mimo to, przez to, że akurat znaleźli się po niewłaściwej stronie, sami jak gdyby zgotowali sobie swój los. A więc, przez właściwie czysty przypadek, zostali na równi z innymi pozbawieni ochrony.
Proszę zwrócić uwagę na niezwykłość tej symetrii. Barack Obama zaprasza na spotkanie rodziny poległych w Smoleńsku generałów, oraz brata i córkę Prezydenta. Swoją drogą wybór takiego a nie innego akurat składu delegacji jest niezwykły. Amerykański prezydent najwidoczniej chciał pokazać, że z punktu widzenia, który dla niego jest najistotniejszy, Smoleńsk to zdarzenie o charakterze militarnym. Zginęły tam generałowie i Prezydent, a więc generał najwyższy. Nie wiem oczywiście, czy mysli nawet nie tyle Obamy, ale tych, którzy dla Obamy to wydarzenie zaplanowali, szły w swoich intencjach aż tak daleko, ale mam bardzo silne odczucie, że to trochę miało wyglądać tak, jakby prezydent Stanów Zjednoczonych chciał oddać honory poległym na wojnie. A jeśli ma się okazać, że mam tu rację, to nie ma się co dziwić, że dla tych, którzy w tej wojnie stali po drugiej stronie, tego typu okazja nie jest niczym godnym uwagi, a co dopiero szacunku.
Mówię o symetrii. Kiedy prezydent Kaczyński wybierał się z wizytą na katyńskie uroczystości, ci sami ludzie, którzy dziś wyrazili tak fatalny brak zainteresowania dla tego co się miało dziać w Katedrze Polowej Wojska Polskiego, pozostawili i jego i jego żonę i jego gości – wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób akurat znaleźli się po stronie „wroga”, na łasce losu. Powiedzmy losu. Przywołując tu słowa marszałka Niesiołowskiego, jeśli ktoś się chce bawić na „przedpolu Rosji”, jego sprawa. A więc Lech Kaczyński i jego 95 towarzyszy polecieli do Rosji i tam wszyscy zostali zabici, tylko dlatego, że ktoś ich chciał zabić, a oni na swoją obronę mieli zaledwie paru borowców z pistoletami. Oczywiście, skoro polska strona tą wizytą się nie zainteresowała, zainteresowali się Rosjanie. A zainteresowali się dokładnie tak jak im pasowało.
I znów wracam do uroczystości w Katedrze Polowej. Tu też, skoro polska strona nie miała ochoty w jakikolwiek sposób angażować się w organizację i zabezpieczenie tego zdarzenia, sprawy w swoje ręce wzięli Amerykanie. I teraz przychodzi czas na refleksję z jednej strony absolutnie straszną, a z drugiej tak niezwykle pocieszającą. Gdyby Amerykanie chcieli dla jakiegoś swojego celu, zabić Jarosława Kaczyńskiego, i tak już na wszelki wypadek – przewidując wszelkie przyszłe ewentualności – Martę Kaczyńską, no i w ramach tak zwanych kosztów operacji, resztę rodzin, zrobiliby to bez najmniejszego kłopotu. Na Katedrę spadłby meteoryt, albo coś innego, a nasz BOR nie miałby tu dokładnie nic do gadania. Bo, wedle słów Fotygi, nic do gadania mieć nie chciał. Oni by wszyscy zginęli, a polski rząd śledztwo w tej sprawie oddałby w ręce Amerykanów. Ewentualnie Rosji. I to jest oczywiście wiadomość okropna. To co w tym jest natomiast pocieszające, to to, że Amerykanie zabić Jarosława Kaczyńskiego i jego wspaniałej bratowej, żadnego interesu nie mają. Oni mogą chcieć zabić Osamę, albo jakichś paru ohydnych morderców w Texasie, ale Kaczyński im w żaden sposób nie przeszkadza. On przeszkadza komuś innemu. Im nie. Oni Jarosława i Martę Kaczyńskich chronili tam dokładnie tak samo jak swojego prezydenta. A nasz BOR – powtórzę to jeszcze raz – chronił ich dokładnie tak jak chroniły ich ruskie siły uderzeniowe.
Zastanawiam się, jak mogło wyglądać to spotkanie? Stał ten Obama, obok niego te kobiety, z których większość robiła wrażenie kompletnie wystraszonych i zaszczutych, a on je musiał dokładnie w ten sposób odbierać… no i był Jarosław Kaczyński i Marta, a on musiał wiedzieć, że to tu jest ten wiatr, którym, jeśli nie on, to jego następca, prędzej czy później tak czy inaczej będzie się musiał zainteresować. Oglądam dziś to zdjęcie, które to tu to tam już zostało pokazane na blogach, a które Amerykanie opublikowali na oficjalnej stronie Białego Domu jako jedyny ślad po wizycie swojego prezydenta w Polsce. Stoi na nim Obama, obok niego wdowy po Generałach, a w samym centrum krzyż, a pod krzyżem Jarosław Kaczyński i Marta. Symbolika tego ujęcia jest tak prosta, że aż kiczowata. Więc ani słowa na jego temat więcej. Nawet go tu nie wklejam. Niech pozostanie ten opis i fakt, że ono jest.
Myślę że na koniec trzeba by było postawić jeszcze jedno pytanie. Czemu oni tak się zachowują? Czemu oni to robią? Czy ich już nigdy nic nie nauczy? Otóż uważam, że z nimi jest tak jak z całą resztą. To już nie jest ani kwestia planu, ani nawet jakichś drobnych nicnieznaczących złośliwości. Oni są już całkowicie i nieodwołalnie zdeterminowani tym czym przez ostatnie lata się stali. Możliwe, że jeszcze dwa lata temu, kiedy myśl o tym, żeby Lecha Kaczyńskiego któregoś dni wysłać w cholerę zaledwie kiełkowała w ich chorych głowach, oni mogli sobie coś tam rysować. Dziś jest już tak, że oni inaczej nie potrafią. Oni są już tak zepsuci, że nawet gdyby bardzo chcieli, to i tak zrobią to co muszą. A biorąc pod uwagę jeszcze to, że zostało im już tak niewiele czasu, i oni to świetnie wiedzą, to już w ogóle nie ma o czym gadać.

środa, 1 grudnia 2010

Bardzo smutna refleksja o pechowych kobietach i damskich bokserach

Znów zająłem się przeklejaniem z Salonu starych tekstów i wpadłem na coś, co wydaje mi się, że zasługuje na przypomnienie. Od roku 2008 zmieniło się tak wiele, a z dugiej strony, jakby wszystko stało w miejscu. No i nawet ludzie ci sami. Z drobnymi wyjątkami. Tylko pamięć jak zwykle zawodzi. A zatem przypomnijmy sobie parę rzeczy. Naprawdę warto.


Nie ma już Anny Fotygi przy Prezydencie, ale ponieważ pamięć o niej w tym burzliwym świecie polityki jeszcze całkiem się nie rozpłynęła, zarówno media, jak i niektórzy szczególni politycy korzystają z ostatniej okazji, żeby się nad nią jeszcze troszkę popastwić. W Rzeczpospolitej artykuł podsumowujący i samą osobę pani minister, jak i jej karierę.
Ja akurat zwróciłem uwagę na dwa fragmenty rzepowej relacji. Pierwszy to słowa Elżbiety Jakubiak, która sugeruje, że na taki poziom chamstwa, jakie dziennikarze i politycy serwowali pani minister na co dzień, nikt nie pozwoliłby sobie nawet w stosunku do mężczyzny. Drugi fragment, to już nie opinia, lecz fakt. Okazuje się, że ministerialni urzędnicy mieli takie poczucie humoru, że, kiedy min. Fotyga prosiła o herbatę, to wygrywał ten, który jej tę herbatę dłużej przynosił. Oczywiście można by było się zapytać, czy ci szczególni państwo również podkładali jej pinezki pod siedzenie, albo puszczali bąki, kiedy przechodziła obok. Pewnie tak, tyle, że co to zmienia?
Ludzie, z którymi Rzepa rozmawiała, a którzy Fotygę znają bliżej, wspominają, że kiedyś była ona wyjątkowo miłą osobą i świetną koleżanką, ale jakoś z biegiem czasu się zmieniła. A ja się zastanawiam, dlaczego. Gdyby zapytać o to któregoś z politycznych ekspertów, albo profesjonalnych kłamców, których ostatnie nam tak obrodziło, a oni akurat zechcieliby powiedzieć coś zgodnie z tym, co mówią im ich czarne serca, wyszłoby pewnie na to, że Fotyga po prostu zwariowała od władzy. Jest jednak tak, że Anna Fotyga odchodzi, więc wszyscy oni korzystają z okazji, żeby pokazać nam co naprawdę potrafi znaczyć obłuda.
Pierwszy do konkursu stanął oczywiście Dziennik plus dwaj giganci słowa i ducha, czyli redaktorzy Michalski i Miecugow. Już sam tytuł rozmowy, którą Dziennik zapełnił całą jedną stronę, poraża: FOTYGA MIAŁA PECHA, BO W POLSKIEJ POLITYCE KOBIETĘ ŁATWIEJ ZNISCZCZYĆ. Ciekawe jest to zdanie zarówno ze względu na samą kompletnie chorą treść, ale też i na to, że nie jest to cytat ani z Miecugowa, ani z Michalskiego. Właściwie jest to opinia samej gazety, której najprzeróżniejsze zasługi dla jakości życia publicznego w Polsce znamy wszyscy niestety aż nazbyt dobrze. Więc okazuje się po pierwsze, że Fotyga miała pecha. Na czym ten jej pech polegał? Na tym mianowicie, że była kobietą. Gdyby była mężczyzną, jak Donald Tusk, albo Władysław Bartoszewski, to pecha by oczywiście nie miała. Dlaczego by tego pecha, będąc mężczyzną, jak prof. Bartoszewski, nie miała? Ktoś naiwny może pomyśleć, że pewnie dlatego, że tacy nadworni pajace, jak Krzysztof Daukszewicz, czy coś tam Przybylik, no i oczywiście ich coach, Grzegorz Miecugow, kiedy niszczyli Bartoszewskiego, to efekty nie były tak widoczne, bo Bartoszewski to mocny chłop, a nie głupia baba.
To jednak złudzenie. Problem absolutnie, jak się okazuje, nie leży w osobistych obsesjach i indywidualnym chamstwie dziennikarzy, wynajętych przez nich specjalistów od mokrej roboty i odpowiednio podtrutej publiczności. Nie. Przecież tytuł w Dzienniku wyraźnie mówi o „polskiej polityce”, a nie o „polskich mediach”. Media są czyste jak nowonarodzona miłość. To polityka zniszczyła Annę Fotygę, i ona sama też się przy okazji poddusiła, będąc kobietą i w dodatku kobietą słabo odporną na, jak to pięknie formułuje red. Miecugow, naturalne „sprzężenie zwrotne między oczami a uszami społeczeństwa”.
Właściwie cały ten tekst powinien być o legendarnym już dziennikarzu Grzegorzu Miecugowie i o niemal równie legendarnym Cezarym Michalskim. Siła rzeczy, musimy się tu jednak zdecydować tylko na jednego z nich, czyli Miecugowa. Oczywiście to, że Cezary Michalski postanowił poprosić akurat tego szarego pana o ekspertyzę na temat tak poważny, jak etyczny wymiar morderstwa propagandowego, świadczy też nie byle jak o samym Michalskim. Fakt jest jednak taki, że Miecugow pozostaje liderem w każdej konkurencji, pod warunkiem, że będzie ona wystarczająco obślizgła. Oto więc kilka cytatów z człowieka o nazwisku Miecugow.
O Annie Fotydze: „Ja myślę, że ona jest osobą bardzo wrażliwą [...]. Pan pamięta tę scenę, jak ona tańczy w Lizbonie? Pani minister tam bardzo ładnie tańczyła, ale media ją rozjechały, że tańczy, bo ta ogólna jej wizerunkowa rama w postaci urazów, min, ucieczkowych reakcji, była już taka, że wszystko grało przeciwko niej [...]. Na pewno jej słabością na tym stanowisku było to, że, że nie miała przeszłości [...] Wiadomo, że gdy prof. Geremek coś powiedział, to zawsze przyznawano mu racje, bo to przecież Geremek. Tak samo było z Mellerem i Bartoszewskim. Fotyga natomiast dla opinii publicznej była osobą znikąd”.
O dziennikarzach: „Bo przecież nie jest tak, że my dziennikarze, mieliśmy coś przeciwko ministrowi spraw zagranicznych PiS – przecież pan Meller nie miał żadnych problemów z mediami – a ona miała ogromne”.
O Szkle Kontaktowym: „Uważam, że nasz program jest dobroduszny. To znaczy, my nie będziemy się śmiali z kogoś dlatego, że jest gruby, nie będziemy wytykać komuś, że jest ułomny, chyba, że postrzegamy go, jako ograniczonego umysłowo...”.
O relacjach między mediami, a społeczeństwem: „Jeżeli Anna Fotyga [...] jest postrzegana przez znaczną część społeczeństwa, przez znaczną część odbiorców mediów, jako osoba niekompetentna, trochę śmieszna, trochę niemądra, to dziennikarze mają więcej przyzwolenia na to, żeby się z nią drażnić, wydobywać jej realne słabości, uderzać tam, gdzie boli”.
O przystojnych mężczyznach i brzydkich kobietach: „Poza tym [Sikorski]... młody, przystojny mężczyzna wiadomo, że będzie przodował w sondażach. Fotyga tej przewagi nie ma”.
Więc tak. Ten tekst faktycznie nie jest o Annie Fotydze. To tekst o dziennikarzu nazwiskiem Grzegorz Miecugow. Ciekawy jest ten Grzegorz Miecugow. Stara komunistyczna gwardia, ale jeszcze coś jeszcze. O ile – jeśli już mówić o dziennikarskim i systemowym pokoleniu Miecugowa – czy to Monika Olejnik, czy Sianecki, czy cała ta banda wysłana przez Jaruzelskiego do tworzenia radiowej Trójki to zwykle normalni post-komunistyczni dziennikarze, na normalnym post-komunistycznym poziomie, to Grzegorz Miecugow przewyższa ich pod każdym względem. Wystarczy obejrzeć go w rozmowach z politykami, czy nawet w samym Szkle Kontaktowym, żeby wiedzieć o czym mówię. Miecugow to człowiek o idealnie dwóch twarzach. Z jednej strony inteligentny, przemiły, rozumiejący, pełen filozoficznego zamyślenia pan, a z drugiej zwykły, tępy funkcjonariusz. Popatrzcie na Miecugowa w czasie Szkła Kontaktowego, kiedy zadzwoni jakiś nawiedzony staruszek plujący na bezbożny TVN24. Redaktor Miecugow jest przeuroczy, dobroduszny i pełen serca. Spójrzcie jednak na tego samego Miecugowa, gdy zadzwoni ktoś równie agresywny, tyle, że bardziej opanowany i o wiele bardziej inteligentny...
Byłem w zeszłym miesiącu na przyjęciu, gdzie wśród zaproszonych gości znajdował się człowiek, który przedstawił się, jako mieszkaniec Pruszkowa. Starszy pan z siwym wąsem. Miły i uprzejmy. Zrównoważony i spokojny. Tylko te oczy. Tylko te oczy zdradzały, że chyba z tym Pruszkowem nie blefował. Czemu mi się on teraz przypomniał? Powiem szczerze, że nie wiem. Myśli chodzą po głowie, a cóż my szaraczki możemy na to poradzić?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...