Pokazywanie postów oznaczonych etykietą targi książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą targi książki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2016

Na deszczowy dzień, zamiast tradycyjnych smuteczków

Dziś miał być kolejny tekst, ponieważ jednak stało się tak, że na youtubie pokazał się kolejny wywiad, jaki podczas niedawnych targów książki w Bytomiu przeprowadzono tym razem ze mną, zapraszam wszystkich do wysłuchania tej właśnie rozmowy. Wszystko jest na najwyższym poziomie, z wyjątkiem może tego, że najwyraźniej ja ostatnio zaczynam coraz bardziej przypominać Piotra Semkę. A to jest dla mnie osobiście problem. Obiecuje poprawę.



Gdyby ktoś jednak, mimo wszystko, nie był w stanie tego znieść, polecam coś obiektywnie wybitnego, a mianowicie jeszcze jeden taniec z niedawno przeżytego przez nas wesela. Tym razem najprawdziwszy walc. I to jest cała moja propozycja na dzisiejszy deszcz.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Udko z feniksa - w zestawie z colą

Zakończone w minioną niedzielę w Warszawie Targi Wydawców Katolickich mają swoją doroczną kulminację w uroczystości przyznania nagrody tak zwanego „Feniksa”, przez złośliwych nazywanego „Św. Feniksem”. Nic więc dziwnego, że i tym razem Feniksy zostały rozdane, a ich laureaci podczas targów święcili triumf zarówno towarzyski, jak i rynkowy, a ja, powiem uczciwie, zajęty swoimi sprawami, nawet bym nie zwrócił na to uwagi, gdyby nie fakt, że na stoisku tuż obok nas sprzedawany był literacki debiut człowieka nazwiskiem Zbigniew Minda pod tytułem „Twoja dusza była perłą”, jeden z tegorocznych laureatów Feniksa, w kategorii „Książka dla młodzieży”.
Tak zwana „literatura dla młodzieży” stanowi centrum moich zainteresowań literackich z tego przede wszystkim powodu, że osobiście na tej przede wszystkim literaturze zakończyłem swoją literacką przygodę i wszystko co było później, stanowiło w mniejszym lub większym stopniu intelektualną i emocjonalną fikcję. Autentyczne przeżycia to była Ożogowska, Bahdaj, Niziurski, Domagalik i Nienacki. Drugim powodem, dla którego owa „literatura dla młodzieży” mnie zajmuje bardziej, niż inna, to ta, że ja raz po raz spotykam osoby, które mnie pytają, jakie książki mógłbym polecić młodzieży, a ja regularnie odpowiadam, że niestety nie potrafię tu wymyślić nic. Dosłownie nic. I nawet nie chodzi najbardziej o to, że rynek książki jest dziś tak fatalnie nędzny, że, zachowując czyste sumienie, nie można polecić dosłownie nic, ale o fakt, że same czasy są takie, że nie bardzo wiadomo, czym jest wspomniana „młodzież”, której mielibyśmy cokolwiek polecać. Weźmy przeciętną uczennicę pierwszej, czy drugiej klasy gimnazjum i zastanówmy się, co ona by najchętniej poczytała. Najczęściej oczywiście uzyskamy odpowiedź, że nic, bo ona czytać nie lubi. W dalszej kolejności oczywiście będą te wszystkie książki o córce człowieka i wampirzycy, która zakochuje się w przystojnym chłopcu, który dotychczas cierpiał samotność z powodu pierwszej zawiedzionej miłości. No a potem, już wszystko, czyli jakieś mangi, tajne przygody Lucyfera, czy zwykła pornografia. Czy są wśród nas dzieci, które lubią sobie poczytać normalną literaturę, traktująca o życiu, jakie znamy? Zakładając oczywiście, że taka literatura w ogóle istnieje, owszem, są takie dzieci, tyle że to są dzieci tak wybitnie rozwinięte, że one czytają dokładnie te same książki, które czytają ich rodzice, czyli Roalda Dahla, czy Peggy Noonan, a jak ktoś jest już kompletnie szalony, to może i nawet „W pustyni i w puszczy”.
I w tym momencie nagrodę Feniksa otrzymuje Zbigniew Minda i jego książka „Twoja dusza była perłą”. Jak wspomniałem wcześniej, nasze stoisko sąsiadowało bezpośrednio ze stoiskiem, na którym sprzedawana była ta książka i miałem okazję obserwować, jak działa tak zwana promocja. Książka Mindy wystawiona była na specjalnym stojaczku z napisem „Feniks” i mimo że przechodzący obok ludzie wiedzieli o niej dokładnie tyle samo, co o książkach Coryllusa, czy moich, a więc nic, przyciągnięci owym Feniksem, zatrzymywali się i najpierw potrzebowali wiedzieć, czy jest gdzieś może w okolicy autor, który napisze im dedykację, a po usłyszeniu odpowiedzi, że niestety autor się rozchorował i będzie może za rok, pytali, czy to jest książka, która spodoba się czternastolatce, szesnastolatce, czy osiemnastolatce, otrzymując niezmiennie informację, że to jest jak najbardziej książka dla nich, ciepła i pełna pozytywnych emocji… no a ja przyznaję, że niekiedy nawet tę książkę kupowali.
No i ja powiem zupełnie szczerze, że kompletnie nie rozumiem, po jasną cholerę oni to robili. Ona wprawdzie kosztowała w promocji zaledwie 25 zł i jako rzekomo „ciepła i pełna pozytywnych emocji” była czymś, co każde dziecko powinno przeczytać i przeżyć, niemniej nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by, zakładając, że to nie była książka o czarownicach, wampirach i owych japońskich dzieciach z wielkimi oczami, jakikolwiek gimnazjalista, czy gimnazjalistka mieli ochotę ją wziąć do ręki. Z tego co rozumiem i co wiem, mogę z autentycznym przerażeniem założyć, że jedynym efektem wydania tych 25 złotych, w większości wypadków będzie to, że tę książkę przeczytają wyłącznie rodzice, a i to tylko we fragmentach, bo z tego, co zdążyłem zobaczyć, różnica między powieściami Domagalika i Ożogowskiej, a debiutancką powieścią Mindy jest taka jak różnica między filmem „Do widzenia do jutra”, a „Drogówka”. I na to nikt już nigdy nie znajdzie sposobu.
Problem polega bowiem na tym, że nasz świat został doprowadzony do miejsca, gdzie owe dzwony kościoła z Orwella, których dźwięk Winston praktycznie zapomniał, są niemal ostatnią rzeczą, jaka my jeszcze sobie uprzytomniamy. Cała reszta, a wraz z nią ów świat „literatury dla młodzieży”, znany z książek Ożogowskiej, czy Bahdaja, przeminął bezpowrotnie, dokładnie tak samo jak te gumy do żucia, o które założył się Marcin Bigoszewski, czy chłopcy z Górczewskiej, którzy, jak wiemy, są najwspanialsi.
Staliśmy przez te cztery kwietniowe dni, sześć lat po Smoleńsku, na naszym stoisku, sprzedając nasze książki ludziom, którzy nas znają, ale i tym, którzy trafili na nas przypadkiem i, jak już wspomnieliśmy o tym Coryllus i ja we wczorajszych notkach, było słabo. Owszem, praktycznie od początku do końcu w Arkadach kłębił się tłum, jednak ludzie z jakiegoś nieprzeniknionego do końca powodu książek nie kupowali. Ponieważ targi w Arkadach Kubickiego od zawsze były targami najlepszymi, zacząłem się zastanawiać, co takiego się stało, że tym razem nastąpiła aż taka klapa. Otóż moja teoria jest taka, że na samym początku tego wszystkiego od samego początku nie stało nigdy nic innego, jak tylko, owo nigdy do końca nieopisane pragnienie znalezienia tej jedynej bratniej duszy, która pozwoli nam poczuć to ciepło wspólnoty i solidarności. Cały sukces projektu Gabriela Maciejewskiego sprowadza się do tego, że jemu udało się skupić wokół swojego wydawnictwa ludzi, dla których to co on pisze i wydaje, to nie jest zabawa, ale życie. Ludzie którzy przychodzą na nasze stoisko od lat i kupują nasze książki, to ludzie, dla których świadomość bycia częścią tego tak bardzo szczerego i tak bardzo pełnego zwykłych ludzkich emocji przedsięwzięcia jest jak powietrze bez którego człowiek zwyczajnie umiera. Nawet zachowując resztki mojej naturalnej skromności, ja to widzę za każdym razem, gdy sprzedaję kolejną swoją książkę, czy to przez Internet, czy bezpośrednio: że za tym tak naprawdę nie stoi nic innego, jak owo pragnienie solidarności i zrozumienia. Jeśli tego nie ma, nie ma nic. Tylko rynek.
Mieliśmy więc w tych dniach szóstą rocznicę Katastrofy Smoleńskiej i po raz pierwszy od tego czasu poczucie prawdziwego zwycięstwa. A wraz z ową świadomością, że jesteśmy znów wszyscy razem, jak sądzę, wielu z nas zwyczajnie odłożyło sobie te książki na później. I nie chodzi mi o to, że na gorsze czasy, bo, na ile potrafię dobrze ocenić sytuację, przed nami siedem lat tłustych i tego już nikt nie zmieni, ale na dni, że tak to ujmę, mniej świąteczne. I wtedy znów się spotkamy. Bo, nie oszukujmy się, Poldek i Duduś Fąferski nie żyją. To co mamy dziś, to już tylko z jednej strony japońska manga, a z drugiej nasze życie. To życie. A gdy chodzi o wspomnianego Feniksa, to, jak głosi Wikipedia, to z greckiego φοίνιξ, mityczny ptak, uznawany za symbol Słońca oraz wiecznego odradzania się życia. Dziękuję, ale nie skorzystam.

Książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl po otwarciu zakładki „księgarnia”. Zapraszam i zapewniam, że to jest ostatni przystanek.



poniedziałek, 7 grudnia 2015

O zawodowcach w boeingach i na traktorach

Zakończyły się kolejne targi i choć przyznać trzeba, że każde słowo, jakie na ich temat dziś napisał Coryllus, jest i słuszne i głębokie, ja osobiście nie widzę żadnego powodu do narzekania. Targi – dla mnie każde targi – są wydarzeniem tak uroczystym, że osobiście mógłbym spędzać czas wśród tych książek i ludzi co tydzień, w każdych warunkach. Byle by tylko znaleźli się czytelnicy. A we Wrocławiu czytelników było co niemiara. Tak więc ta końcówka roku, a więc Katowice, Warszawa i Wrocław stanowi podsumowanie tych naszych wysiłków najlepsze, jakie mogę sobie wyobrazić. Mieliśmy przez te dwa miesiące wszystko, czego można było zapragnąć, a symbolicznym wymiarem tego mógłby być choćby obrazek, który zamieściłem na Twitterze i zatytułowałem: „Tomasz Łysiak podpisuje swoją książkę”.



Jak już wspomniał Coryllus, w jego księgarni pojawił się kolejny, francuski tym razem, numer „Szkoły Nawigatorów”. Jak zwykle, tam cała kupa fantastycznych tekstów, w tym dwa moje. Na zachętę, przedstawiam tu jeden z nich, o filmie „Leon Zawodowiec”.

Nie wiem, czy to jest tylko taka moja prywatna fanaberia, czy może owa idea pojawiła się gdzieś jeszcze w konkretnych analizach, osobiście jednak jestem bardzo przywiązany do używania pojęcia „film francuski”, jako kategorii estetycznej. I oczywiście wcale nie chodzi mi o to, że większość filmów produkowanych we Francji ma moim zdaniem pewną wspólną cechę, którą można określić przy pomocy owej nazwy. One oczywiście są do siebie bardzo podobne, natomiast to co jest moim zdaniem bardzo ciekawe, to fakt, że zarówno w Polsce, we Włoszech, w Szwecji, Danii, na Węgrzech, a nawet w Stanach Zjednoczonych, od czasu do czasu powstają filmy, po obejrzeniu których można co najwyżej wzruszyć ramionami i rzucić z pogardą: „jeszcze jeden francuski film”.
Jak mówię, nie mam pojęcia, czy ktokolwiek poza mną i osobami, z którymi jestem blisko, rozumie ten problem, w każdym razie jest tak, że w środowisku, w którym sam się obracam, każdy świetnie wie, w czym rzecz. Zarówno moja żona, jak i moje dzieci, ale też moi znajomi, kiedy im mówię, że ten czy inny film to „film francuski”, wiedzą dokładnie, co mam na myśli. Oni świetnie wiedzą, o co mi chodzi, gdy kiedy mnie proszą o opinię na temat takich filmów, jak „Dzień Apokalipsy” Coppoli, czy „Pat Garrett i Billy the Kid” Peckinpaha, czy oczywiście „Leon Zawodowiec” Bessona, a ja im mówię: „normalny francuski syf”.
Aby dokładnie przedstawić to, co mam na myśli, proponuję przyjrzeć się ostatniej z wyżej wymienionych produkcji, czyli słynnemu „Leonowi Zawodowcowi”, przez wielu uważanego za dzieło kultowe. Mówię o filmie, który przez wielu miłośników kina jest traktowany, jako wydarzenie niemal najważniejsze we współczesnej historii kina, przy którym blednie nawet sam Quentin Tarantino ze swoim „Pulp Fiction”, a który dla mnie akurat stanowi idealny symbol tego, co postanowiłem opisywać przy pomocy epitetu „kino francuskie”.
Popatrzmy najpierw na fabułę. Oto mamy owego Leona, granego przez słynnego francuskiego aktora Jeana Reno, który w okrągłych ciemnych drucianych okularach, w za dużym płaszczu, za krótkich spodniach, w wydzierganej na drutach czapce, wygląda jak psychicznie chory menel, chodzi po Nowym Jorku i w stylu zbliżonym do tego, cośmy mogli oglądać w pierwszej części tarantinowskiego „Kill Billa”, dokonuje egzekucji na zamówienie. Od początku widzimy, że choć dla Leona zabicie człowieka nie stanowi najmniejszego moralnego, czy technicznego problemu, on nie jest zwykłym zimnym mordercą, lecz człowiekiem wręcz niezwykle wrażliwym, w dodatku najwidoczniej bardzo religijnym, o czym świadczą znajdujące się w jego mieszkaniu figurka Matki Boskiej i obrazek z Jezusem.
Tak się składa, że Leon mieszka bardzo skromnie w zrujnowanej kamienicy, mając tuż za ścianą wręcz karykaturalnie upadłą rodzinę idiotów, która się trudni handlem narkotykami na rzecz lokalnej mafii, gdzie jakimś tajemniczym cudem zachował się jeden anioł, a mianowicie grana przez debiutującą Natalie Portman trzynastoletnia Matylda, dziecko piękne, wrażliwe, inteligentne i oczywiście o ogólnej prezencji modelki. A więc z jednej strony mamy tego Leona, a więc okrutnego acz wrażliwego i pobożnego mordercę – swoją drogą przestrzegającego stałej zasady, że nie zabija się kobiet i dzieci – a z drugiej, młodą Natalie Portman, wyglądającą, jak młoda Natalie Portman, która właśnie wyszła od salonu piękności.
I oto któregoś dnia w owej kamienicy pojawia się okrutna i bezwzględna mafia z psychopatycznym szefem lokalnej policji na czele, granym przez Gary’ego Oldmana, morduje wszystkich, włącznie z młodszym braciszkiem Matyldy, który dotychczas był dla niej jedynym sensem życia, oszczędzając jedynie Matyldę, która akurat poszła do lokalnego spożywczaka, by kupić Leonowi mleko, od którego ten jest uzależniony.
Kiedy Matylda wraca ze sklepu, mordercy wciąż są na miejscu, szukając już tylko Matyldy, jednak Leon przemyca ją bardzo sprytnie do siebie i od tego momentu oboje zostają najlepszymi przyjaciółmi. I oto okazuje się, że Matylda nie marzy o niczym innym jak tylko o tym, by pomścić śmierć ukochanego braciszka, a by swoje marzenie zrealizować, prosi Leona, by ja nauczył, jak zostać morderczynią. Po początkowych oporach, Leon przyjmuje propozycję dziecka, w którym jest coraz bardziej zakochany, i znaczna część filmu to już tylko ów fascynujący trening.
W końcu dochodzi do ostatecznego rozstrzygnięcia, którego tu zdradzać nie będę, tyle że wcale nie przez to, że nie wypada, ale z tego powodu, że w tym momencie wszystko jest już tak głupie, że to, jak się ów film kończy, jest moim zdaniem całkowicie bez znaczenia.
Gdzie więc tu jest owa Francja, poza tym, że zarówno Besson, jak i Reno to Francuzi, a sama Portman też ma imię jakby francuskie? Otóż na pierwszy rzut oka, i to od początku do samego bardzo spektakularnego końca, mamy w istocie rzeczy do czynienia z bardzo typowym kinem hollywoodzkim, gdzie wszystko się toczy zgodnie ze wzorem znanym z takich przebojów, jak „Szklana Pułapka”, „Zabójcza Broń”, cała seria filmów z Bondem, czy klasyczne już filmy o Brudnym Harrym, gdzie z jednej strony jest nasz bohater, a z drugiej psychopatyczny morderca, i każda minuta tego pojedynku wypełniona jest czystą emocją, tyle że o ile tam wpadamy w sidła tej magii i nie jesteśmy w stanie się z niej wyplątać, to w „Leonie” od samego początku wyłącznie dostajemy cholery na to, jak bardzo to wszystko, co oglądamy jest nieprawdziwe. Tu, poczynając od samego Leona, przez tę dziewczynkę, aż po owego wiecznie zaćpanego, granego przez Oldmana policjanta-psychopatę, wszystko jest tak sztuczne, że to można porównać tylko do peerelowskich jeszcze powieści dla dzieci Aleksandra Minkowskiego. Mamy więc Leona pijącego to swoje mleko, regularnie i z najwyższą czułością przecierającego na zmianę z figurką Matki Boskiej swoją ukochaną roślinkę, po nim ową Matyldę, która mieszkając w jakiejś śmierdzącej melinie z bandą ćpunów wygląda jakby wchodziła na wybieg gdzieś w Paryżu czy Londynie, no i wreszcie ten Oldman, który zachowuje się jakby grał w taniej parodii japońskiego komiksu, no i jego kumple, z których każdy, kiedy zabija, musi mielić w zębach zapałkę.
Ktoś powie, że to wszystko jest przecież tylko konwencją, a więc zabawą. Jeśli krytykujemy Bessona, co powiemy o wspomnianym o każdym z wielkich dzieł Tarantino? Otóż problem polega na tym, że o ile u Tarantino faktycznie każdy kolejny wygłup stanowi część konwencji, u Bessona ten idiotyzm jest przedstawiany z najwyższą powagą. Kiedy Tarantino od początku do końca do nas mruga to lewym, to prawym okiem, u Bessona nie ma za grosz humoru. Tam wszystko jest nieskończenie poważne, i to taką powagą, że ubraną w kicz na tyle intensywny, by był w stanie generować wyłącznie wzruszenie, oraz filozoficzny namysł nad skomplikowaniem ludzkiej duszy.
Ów nieszczęsny Leon, a za nim każdy kolejny bohater tego idiotyzmu, to klasyczna postać z kreskówki w rodzaju Misia Jogi, tyle że kiedy Miś Jogi chodzi w kapeluszu, wszyscy go akceptujemy, bo wiemy, że Miś Jogi nigdzie się bez kapelusza nie rusza, bo gdy go zdejmie, to już nie będzie Misiem Jogi, tylko jakimś ładnie narysowanym niedźwiedziem, natomiast gdy chodzi o Leona w tych jego ciemnych okrągłych okularkach, jedyne co widzimy, to aktora, któremu reżyser kazał w nich chodzić, nawet po ciemku, bo to będzie fajnie wyglądało w kolejnym ujęciu. A gdy patrzymy na Garego Oldmana, jak żre te swoje tabletki, twarz mu wykrzywia szaleństwo i wygłasza teksty typu „Uwielbiam atmosferę ciszy przed burzą”, to przepraszam bardzo, ale tu mamy już tylko Garego Oldmana, który pragnie powtórzyć słynną scenę z filmu Coppoli – jeszcze jednego typowego „francuskiego” knota – z zapachem napalmu o poranku.
A zatem to jest właśnie to, co nazywam „filmem francuskim”, czyli dramat, w którym każda kolejna, w zamierzeniu wywołująca łzy wzruszenia, scena budzi śmiech, komedię, gdzie każdy skecz jest żenująco ponury, i horror, gdzie wszyscy ziewają, bo diabły wyglądają jak sympatyczne misie w kapeluszach. A wszystko to wyłącznie dzięki temu, że nikomu nie zależało ani na rozśmieszeniu, ani na przestraszeniu, ani na wzruszeniu widza, ale na stworzeniu dzieła, które będzie dyskutowane w podręcznikach na uniwersytetach i omawiane na intelektualnych przyjęciach.
Ale jest jeszcze coś, do czego moim zdaniem zdolni są wyłącznie Francuzi i ci, dla których owa „szkoła francuska” stanowi wzór do naśladowania. Otóż „Leon Zawodowiec” w moim odczuciu to kultowe dzieło przede wszystkim z punktu widzenia wszelkiej maści pedofili. A mówiąc o pedofilach „wszelkiej maści” mam na myśli również tych z nich, którzy kiedy widzą trzynastoletnią dziewczynkę z ledwo rozwiniętym biustem, ustylizowaną w taki sposób, by z jednej strony w oczy rzucał się przede wszystkim ten bardzo drobny biust, a z drugiej by ona była ubrana, umalowana i pokazana jak dojrzała kobieta, kiwają w zamyśleniu głowami i mówią: „Jak się tak zastanowić, to ta pedofilia nie jest rzeczą aż tak oczywistą”. I to jest też to, o czym myślę, gdy oglądam taki film, jak „Leon Zawodowiec”, film, o którym już od pierwszej chwili wiadomo, że jest filmem francuskim, nie dlatego że tam wszyscy gadają po francusku, czy dlatego, że jego akcja toczy się w Paryżu, ale dlatego, że jego celem nie jest ani wzruszenie, ani rozśmieszenie, ani przestraszenie, ale zaapelowanie do tak zwanych „wrażliwych umysłów”, by zobaczyły, jak piękny potrafi być biust trzynastoletniej dziewczynki, kiedy ona jest taka niewinna i słodka, a mimo to potrafiła rozkochać w sobie bezwzględnego, starzejącego się zabójcę.
Nie zdziwiłbym się gdyby się miało okazać, że to jest jeden z bardziej fascynujących tematów, jakie się w każdy pierwszy wtorek miesiąca dyskutuje na drugim piętrze Restaurant Drouant w Paryżu. No ale o tym już w innym miejscu.

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie w naszej księgarni można na okrągło, od rana do nocy, kupować co dusza zapragnie.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Targi, czyli razem do boju

Targi książki – jakiekolwiek targi książki, a już szczególnie targi tak wyjątkowe, jak Warszawskie Targi Historyczne – z punktu widzenia autora, mają to do siebie, że nigdzie indziej z tak pełną jaskrawością nie można w jednej niemal chwili ujrzeć cały sensu pisania. Wszyscy wiemy, jak wygląda typowa księgarnia. Wchodzimy do którejkolwiek z nich i pierwsze co widzimy, to te tony papieru, na którym wydrukowano słowa jakichś, w 99 procentach kompletnie anonimowych, autorów, słowa dla choćby najmniejszej cząstki świata obojętne, niepotrzebne, tak bardzo nieważne, że równie dobrze mogłoby ich nigdy nie być. No i leżą tam te książki, na które nikt nie zwraca uwagi, które następnie są coraz bardziej przeceniane, by wreszcie wylądować w tych smutnych koszach wystawionych na ulicy, czy w ulicznych antykwariatach, gdzie są dalej sprzedawane po złotówce, czy dwa złote za sztukę. I jeśli nawet jakimś cudem się zdarzy, że ktoś się jednak zdecyduje, autor będzie ostatnią osobą, która się o tym niezwykłym z pewnego punktu widzenia sukcesie dowie.
Znamy więc te księgarnie i ów cały tak egzotyczny rynek i myślę, że wtedy właśnie, w chwilach tego typu refleksji, mamy szanse sobie uświadomić, jak ważny może się stać bezpośredni kontakt z czytelnikiem. Kiedy stoimy tam z tą książką i ktoś nagle się pojawia, mówi poproszę jedną, albo dwie, bo ta druga to na prezent, i czy można poprosić o dedykację, a potem płaci za ów produkt – bo to przecież w pewnym sensie jest produkt – można poczuć coś na kształt wstrząsu. No i równocześnie musi się pojawić pytanie, dlaczego? Z jakiej racji? Za co?
No ale jest jak jest i trzeba to wszystko z pokorą przyjąć.
Byliśmy tam na tych targach z Gabrielem przez cztery ostatnie dni (ja w sobotę i niedzielę) i chętnie potwierdzę wszystko, co on już zdążył napisać na blogu. Myśmy tam sprzedawali, sprzedawali i sprzedawali. Miałem już okazję być na różnego rodzaju targach, ale czegoś takiego, co się stało tym razem, ani nie widziałem, ani też sobie nie wyobrażałem. Jak to się stało, co takiego zaszło przez miniony rok, by sytuację tak drastycznie zmienić, nie mam bladego pojęcia, ale fakt jest faktem – tak ani wcześniej nie było, ani na coś takiego nawet się nie zanosiło.
A zatem, to jest pierwsze wrażenie, jakie można odnieść, kiedy się jest na targach książki. Ów nieprawdopodobny wręcz kontakt. Druga rzecz jednak, jaka się rzuca w oczy, to obecność praktycznie wszystkich tych gwiazd – i to gwiazd spod najróżniejszych szyldów – które się zna wyłącznie z mediów. Nie jestem w stanie wyliczyć, kto się tam nam przed oczami przewinął: Piotr Marciniak z TVN-u, Jacek Sasin z rządu, Piotr Semka z „tygodnika Pawła Lisickiego”, brat Karnowski bliźniak Karnowskiego, Longin Pastusiak z PRL-u, Rafał Ziemkiewicz z nie wiadomo skąd, Tomasz Turowski z Moskwy, Krystian Brodacki z „Jazz Forum”, a nawet słynny ksiądz Oko, którego ja już mam okazję spotykać od dłuższego czasu i nie mogę się pozbyć wrażenia, że on wychodzi z domu tylko po to, byśmy wszyscy mogli go ujrzeć, jak się porusza… no i wielu, wielu innych. Z niektórymi można porozmawiać. Więc, proszę sobie wyobrazić, że ja akurat miałem okazję wymienić parę uwag z jednym z nich, dziennikarzem tygodnika „W Sieci”. Ze względów oczywistych, nie wymienię jego nazwiska, natomiast opowiem, jak wyglądała owa rozmowa:

- Czemu pan to robi?

- Bo dobrze płacą.

- Ale to jest straszne. Przecież wy jesteście najgorsi.

- Owszem, najgorsi.

- Czyli chodzi o te pieniądze?

- Też.

- No dobra. Rozumiem. Natomiast pan zna tych ludzi, którzy tam piszą?

- Znam.

- Czemu więc to jest na takim poziomie? Czy oni tak piszą ze szczerego serca, czy może uważają czytelników za idiotów?

- Uważają was za idiotów.

- Czyli oni wierzą, że ja jestem takim durniem, że do mnie można tylko w ten sposób, bo inaczej nie dotrze?

- Tak. Właśnie tak.


Na targi książki jeżdżę od paru lat i mam z nich wiele wspomnień. Gdy chodzi o spotkania z czytelnikami, minione targi pozostaną jedne z najważniejszych. Spotkanie z dziennikarzem tygodnika „W Sieci”, jednym z ważniejszych prawicowych publicystów, uważam za coś, co wszystko właściwie ustawia w nowej kompletnie perspektywie. Ja oczywiście to wszystko niby od dawna wiedziałem i nawet o tym pisałem, tym razem jednak uzyskałem potwierdzenie słuszności moich przewidywań od osoby znajdującej się w centrum tego nieszczęścia. I to, z mojego punktu widzenia, stanowi wydarzenie, którego nie jestem nawet w stanie komentować.
W tej sytuacji wrócę do moich książek, do ludzi, którzy je kupują, no i do podstawowego pytania, czemu oni to robią? Otóż – pomijając oczywiście to co podstawowe, a więc to, że to sa zwyczajnie dobre książki – chodzi o to, że ja czytelnika nie traktuję, jak idioty. Ja go traktuję z powagą, szacunkiem i czułością. I on to wie, albo przynajmniej czuje. I nam obu to w zupełności wystarczy.
Spałem wczoraj w samym hotelu Hilton na Grzybowskiej, który mi ufundował jeden z odwiecznych przyjaciół tego bloga. Wstałem rano, oddałem w recepcji tę śmieszną kartę do otwierania drzwi i najpierw poszedłem na niedzielną mszę, a potem już pojechałem na same targi. I oto z samego rana odpadł mi guzik od koszuli, w związku z czym przynajmniej w okolicach mojego brzucha wyglądałem dość idiotycznie. W tej sytuacji, na blogu Gabriela zwróciłem się do wszystkich planujących wizytę na targach, by mi przynieśli igłę i granatową nitkę. No i się zaczęło. Zabawne? Nie koniecznie. Bo tu właśnie mamy pełen obraz tego, o czym ja chcę dziś opowiedzieć. Chodzi o to, że nie wolno ludzi traktować jak idiotów, nie należy ich oszukiwać, trzeba mieć do nich szacunek i z nimi rozmawiać, nawet z tymi, których nie jest łatwo szanować. A oni wtedy przyjdą i przyniosa nam igłę z nitką by nas poratować, gdy nam odpadnie guzik. Ot i cała zagadka.
Wychodziłem spod tej trasy W-Z już wprost pod Zamek, gdy nagle zobaczyłem coś co Warszawa uznała za konieczne szczególnie hołubić, czyli rzeźbę dwóch żołnierzy, polskiego i ruskiego sołdata jak stoją obok siebie, patrzą odważnie w przód, a pod spodem jest napis: „Razem w boju”. Zrobiłem im zdjęcie i wysłałem mojej żonie, a ona mi napisała: „To zupełnie jak ty z Gabrielem".
No a ja sobie pomyślałem, że może nie zupełnie, ale owszem, my też patrzymy przed siebie.

Już w czwartek rozpoczynają się targi we Wrocławiu. Ja będę na miejscu w sobotę i w niedzielę, no a Gabriel od początku. Zapraszam wszystkich. Póki co, książki można kupować wyłącznie w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Śląsk czyta, a pana Twardocha zapraszamy na trufle do Toskanii

Skończyły się targi w Katowicach i w związku z tym wypada się podzielić paroma refleksjami.
Przede wszystkim, muszę powtórzyć to, co już zapowiedziałem wczoraj i przedwczoraj: jeśli to co mieliśmy okazję podziwiać przez minione trzy dni, organizatorzy targów zdołają utrzymać w roku następnym i przez kolejne edycje, targi katowickie mają szansę stać się najważniejszym wydarzeniem tego typu w Polsce. I tu nie ma dwóch zdań.
Sukces minionych targów był tym bardziej jednoznaczny, zwłaszcza gdy go porównujemy z tym, co się dzieje z targami w Krakowie, które w tej chwili stoją już tylko przed dwiema możliwościami: one albo zmienią lokalizację oraz sposób organizacji, albo za dwa lata tam pies z kulawą nogą się nie pojawi. Zarówno po stronie wystawców, jak i czytelników.
Druga kwestia. Kiedy w sobotę napisałem, że organizację targów w Katowicach przejęła Agora, jak się już w krótce okazało, popełniłem fatalną omyłkę, a to z tego powodu, że błędnie uznałem, że firma Murator to, jak dziś już niemal wszystko, co nie jest związane z myślą prawicową, Agora. Okazuje się więc, że nie. Murator to nie Agora. I to jest oczywiście wiadomość dobra. Od razu z samego rana na naszym stoisku pojawili się przedstawiciele wspomnianego Muratora ze skierowaną do mnie uprzejmą, acz stanowczą prośbą, bym ich natychmiast przestał kojarzyć z Agorą, którą oni akurat traktują jak konkurencję, no i skorygował informację na blogu, a ja – przyznaję, że dość paskudnie – uznałem to wyłącznie za bardzo mi miły dowód na to, że i oni nas tu czytają i to bardzo na bieżąco. A to jest już coś, prawda?
No i sprawa trzecia. Jak się pewnie część z nas orientuje, podczas spotkań z czytelnikami tradycyjnie zdecydowana większość kupujących okazuje się doskonale wiedzieć, po co tam przyszli i czemu zdecydowali się zatrzymać przy naszym stoisku. Mam wrażenie, że nigdy dotychczas, tak jak w Katowicach, naszych książek nie kupiło tak wiele osób całkowicie nam obcych, ale też takich, którym jeszcze chwilę wcześniej i mi byliśmy autorami całkowicie nieznanymi. A to zarówno dla wydawnictwa, jak i dla naszej twórczości, tworzy perspektywę naprawdę jasną.
Jeśli ktoś liczy na to, że opowiem, kogośmy tam na tych targach spotkali, to proszę uprzejmie: tam byli wszyscy, włącznie z Ewą Minge, Grzegorzem Miecugowem i Szczepanem Twardochem i powiem uczciwie, że mam bardzo duże wyrzuty sumienia z tego powodu, że się nie zdecydowałem i w związku z tym ostatnim nie przeprowadziłem pewnej demonstracji. No ale kiedy to miałem zrobić? No kiedy? Proszę mi powiedzieć.




Za twa tygodnie mamy targi w Warszawie, a tydzień później we Wrocławiu. Jeszcze przed Warszawą mam spotkanie autorskie na uniwersytecie w Opolu, o czym będę informował na bieżąco. Książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

czwartek, 5 listopada 2015

Rothschildowie, czyli trzydziesta dziewiąta wyprawa na dziewiąty krąg

Już jutro rozpoczynają się w Katowicach Targi Książki, po raz pierwszy organizowane jako cześć Warszawskich Targów Książki, i po raz pierwszy też nie w nieszczęsnym Spodku, który, gdy chodzi o ten rodzaj zdarzenia, okazał się kompletnym nieporozumieniem, lecz w pięknym Centrum Kongresowym. Będziemy tam razem z Coryllusem na stoisku numer 23, od początku do końca do dyspozycji każdego, kto będzie miał ochotę porozmawiać i ewentualnie kupić którąś z naszych książek, a ja już się tego nie mogę doczekać. Tymczasem na zachętę proponuję fragment najnowszej książki, którą tam będzie można kupić z osobistą dedykacją autora w cenie, zatytułowanej „39 wypraw na dziewiąty krąg”, a dokładnie część rozdziału poświęconego nazwisku, które znamy wszyscy, a o którym nie wiemy nic.

Jednak już znacznie wcześniej, w pewnym momencie swojej drogi na szczyty władzy, Mayer Rothschild zdał sobie sprawę z tego, że aby móc wpływać i kontrolować finanse państw w stopniu naprawdę nieograniczonym, musi pozbawić władzy Kościół, a na to może liczyć tylko przez zawarcie paktu z Szatanem. Czy ten rodzaj kalkulacji miał jakikolwiek sens i czy w nim więcej było żydowskiego sprytu, czy szaleństwa, pozostaje kwestią osobnej dyskusji, w każdym razie faktem jest, że tak wyglądał ów plan, którego pierwszy etap polegał na założeniu wspólnie z byłym katolickim księdzem Adamem Weishauptem tajnego stowarzyszenia.
Adam Weishaupt, z urodzenia Żyd, wykształcenie pobierał u jezuitów, którzy nawrócili go na religię katolicką. Mimo że przez pewien czas pracował jako katolicki ksiądz, jego nienawiść do Kościoła była tak wielka, że ostatecznie utracił choćby pozory wiary i jako wierny uczeń Voltaire’a, stał się zdeklarowanym ateistą. Gdyby ktoś z nas potrzebował wiedzieć, jakie to nauki głosił ów Voltaire, wystarczy może przypomnieć fragment jego listu do króla Fryderyka II:
„I wreszcie, kiedy już cały Kościół zostanie odpowiednio osłabiony, a wolna myśl osiągnie wystarczającą potęgę, ostatni cios zostanie zadany mieczem bezwzględnej zemsty. Rządy terroru zapanują na całej Ziemi i będą trwały tak długo aż ostatni chrześcijanin nie wyprze się swojej wiary”.
Uważa się powszechnie, że to właśnie z inspiracji w postaci pism Voltaire’a Weishaupt sformułował swoje własne już plany dotyczące zniszczenia Kościoła, i kiedy w roku 1775 został wezwany przez Rothshildów, na polecenie Mayera zaczął budować formalną potęgę słynnego zakonu Iluminatów, znanego w Niemczech już w XV wieku jako sekta, której, jak sama nazwa wskazuje, było niesienie światła Lucyfera, ale mającego dopiero teraz uzyskać ramy bardziej oficjalne.
Jak już wcześniej zostało powiedziane, nie jest naszym zadaniem analizowanie poziomu szaleństwa owego przedsięwzięcia – relacjonujemy tylko fakty. A fakty są takie, że pierwsza myśl, jaka towarzyszyła powstaniu owego porządku, była taka, że tylko ci, którzy zostali oświeceni „światłem Lucyfera” są uprawnieni do tego, by rządzić światem i zaprowadzać na nim pokój. Formalnym celem organizacji stało się stworzenie czegoś, co zostało określone łacińską nazwą „Novus Ordo Seclorum”, a na normalny język tłumaczy się jako Nowy Światowy Porządek, lub Światowy Rząd.
Korzystając z całej sieci powiązań wewnątrz Organizacji, Mayer Rothschild podwoił swoje wysiłki na rzecz poszerzania i tak już wielkiej władzy, a jego imperium objęło całą Europę. Synowie Rothschilda, którzy w międzyczasie uzyskali tytuły Barona Austriackiego Imperium, niezmordowanie rozbudowywali to, co w spadku zostawił im ojciec i tak się to mniej więcej ciągnie do dziś, i to ściśle wedle trzech zasad, które przed śmiercią 19 września 1812 roku Mayer Amschel Rothschild zostawił tym, co mieli przyjść po nim:
1. Wszystkie ważne stanowiska mają być powierzane tylko członkom rodziny i tylko jej męskim przedstawicielom. Głową rodziny będzie najstarszy syn najstarszego syna, o ile reszta rodziny nie zdecyduje inaczej.
2. Małżeństwa w rodzinie będą zawierane wyłącznie między jej członkami, tak by rodzinna fortuna pozostała pod kontrolą rodziny i pozwoliła rozwijać imperium.
3. Majątek rodziny ma pozostać sprawą wewnętrzną i nie może być w jakikolwiek sposób dyskutowany publicznie.

I ta i wszystkie inne nasze książki dostępne są przez 24 godziny na dobę na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 20 października 2015

Niewolnica Isaura gościem Krakowskich Targów Książki

Zbliżają się (to już pojutrze) krakowskie targi książki, które dla mnie mają znaczenie szczególne z tego względu, że będzie miała tam swoją premierę moja najnowsza książka zatytułowana „39 wypraw na dziewiąty krąg”. Gdyby ktoś mnie poprosił o parę zdań na temat tego, w czym rzecz, odpowiedziałbym, że książka ta ma dwa poziomy: jeden z nich – i on moim zdaniem, stanowi jej wymiar podstawowy – to proste historie najbogatszych ludzi na Ziemi z drobnym dodatkiem odpowiednich refleksji, drugi natomiast, pozornie poboczny, a tak naprawdę stanowiący główny powód, dla którego owa książka w ogóle powstała, to poziom wyznaczony przez jej ostatni rozdział, zatytułowany „Powrót”. Bardzo polecam, a dziś, na zachętę, przedstawiam fragment rozdziału o człowieku, którego nazwisko poprzedza nazwa marki, którą stworzył czyli niewolnicy o imieniu Isaura.


„Wspomniane badania pokazały, że od roku 1970 do 1991 telewizja odegrała podstawową rolę w radykalnej zmianie świadomości kobiet odnośnie małżeństwa i rodziny. Już pierwsze z badań z tego cyklu wskazały, że na terenach objętych sygnałem telewizji Roberta Marinho nastąpił spadek urodzin i to znacznie większy, niż w innych rejonach kraju. Te same badania pokazały również, że w rejonach, gdzie odbierany był sygnał Globo, dramatycznie wzrósł współczynnik rozwodów.
Rzecz w tym, że Globo jest tu niemal monopolistą i gdy chodzi o kulturę popularną, Brazylijczycy nie znają praktycznie innego modelu rodziny i innej filozofii życia, niż te przedstawione w produkowanych przez Globo telenowelach. I jak już wspomnieliśmy, w najmniejszym stopniu nieprzystające do nauk Kościoła. Wedle wzorów przekazywanych przez Globo, klasyczna rodzina to bogate, przystojne, białe małżeństwo, mieszkające w mieście z maksymalnie dwójką dzieci, wolny czas spędzające na zakupach i nałogowej realizacji wszelkiego typu przyjemności. Przekaz wysyłany do widza przez produkowane przez Globo seriale nie pozostawia tu miejsca na jakiekolwiek wątpliwości: szczęśliwe rodziny to rodziny bogate z jednym dzieckiem, rodziny biedne, gdzie dzieci jest dużo, to rodziny odrzucone, wzgardzone i nieszczęśliwe. Szczegółowość badań, o których tu wspominamy, była tak duża, że udało się nawet stwierdzić, że 62 procent kobiet przedstawianych w brazylijskich serialach nie ma w ogóle dzieci, natomiast zaledwie 21 procent z nich tylko jedno. 26 procent bohaterek seriali zdradzało swoich partnerów, jednak najczęściej owa zdrada była przedstawiana, jako zasługująca na szacunek, gdyż jej celem było osiągnięcie osobistego, lub finansowego sukcesu, a sukces w tamtym przekazie stanowi wartość absolutną.
Nie trzeba oczywiście wspominać, że owe telenowele bardzo znacząco wpływały na rodzaj imion, jakie rodzice nadawali swoim dzieciom. Nawet u nas w Polsce po emisji brazylijskiego serialu ‘Niewolnica Isaura’ pojawiło się całe pokolenie dziewczynek o imieniu Izaura. W Brazylii, różnice między regionami, gdzie sygnał Globo nie docierał, a miejscami, gdzie te filmy były prezentowane, były, gdy o to chodzi, wręcz dewastujące.
Wspomnieliśmy o podobnej produkcji w Wenezueli, czy Meksyku, jednak wystarczy porównać choćby budżety filmów produkowanych przez Globo z budżetami przeznaczanymi na filmową produkcję Televisy, czy Venevision, by zobaczyć, że owe 125 tysięcy dolarów wydawane przez rodzinę Marinho na pojedynczy odcinek to 15 razy więcej, niż to, co kiedykolwiek przeciętnie gotowi by byli zapłacić Wenezuelczycy, czy Meksykanie. I tu widać dobrze, jak bardzo poważnie Brazylijczycy podchodzą do tej misji. Właśnie misji. Bo obok pieniędzy tam aż wrze od idei.
A zatem, z całą pewnością jesteśmy w stanie uwierzyć i w to, że Roberto Marinho był gorliwym katolikiem, wspierał walkę zarówno junty, jak i Kościoła Powszechnego z księżmi-rewolucjonistami w Ameryce Łacińskiej, i z cała pewnością, gdyby wcześniej nie zmarł, po śmierci Jana Pawła II tak jak my wszyscy krzyczałby „Santo subito!”, jednak kiedy sprawy zaczynały już dotyczyć sprzedaży, wszystko to stawało się zdecydowanie mniej ważne, by powiedzieć nieważne. A zatem, naprawdę trudno jest zrozumieć owe kontrowersje związane z jego osobą, które przez lata pojawiały się tu i ówdzie, bo nawet jeśli faktycznie on nienawidził ateistycznego komunizmu i jego przyjaciół w Kościele, to ów grzech zdołał odpracować po wielokroć w pracy, w przerwie między jedną Mszą Świętą, a drugą”.

Przypominam, że wszystkie moje książki dostępne są w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Targi dobrej książki, czyli nie bójmy się Listonosza Pata

Na targach we Wrocławiu spędziłem zgodnie z planem zaledwie jeden dzień, i tak jak to zwykle się przy tego typu okazjach dzieje, wracając do domu, już żałowałem i że nie zostałem dłużej i że nie przyjechałem choćby dzień wcześniej. Jeśli prowadzi się ów wydawniczy projekt w taki sposób, jak to zaplanował Gabriel, a więc, w naszym wypadku, w oparciu o książki dwóch tylko autorów, i to nie dlatego dwóch, że liczba dwa jest liczbą szczęśliwą – w końcu, gdyby tylko była możliwość, nas by mogło być choćby i dziesięciu – ale po to, by zachować gwarancję poziomu, oraz przez sprzedaż bezpośrednią, kontakt z czytelnikiem staje się czymś tak niezwykłym, że nieporównywalnym nawet z kontaktem, jaki się tworzy między muzykiem, a słuchającą go publicznością. Wydaje mi się, że gdybyśmy mieli to porównanie dalej ciągnąć, muzyk musiałby doprowadzić do sytuacji, kiedy staje naprzeciwko tego jednego słuchacza i gra wyłącznie dla niego. W dodatku jeszcze, między jedną a drugą piosenką, ze słuchaczem rozmawia na takim poziomie emocji, jakby wiedział, że od tej rozmowy zależy, czy tamten będzie chciał kolejnego utworu w ogóle wysłuchać. Fascynujące przeżycie i fantastyczne zajęcie. Z tego, co zauważyłem, obserwując Gabriela, uważam, że taka też jest i jego opinia.
Staliśmy więc na tym stoisku, po raz pierwszy od lat naprawdę dużym, z zawieszonego nad nami głośnika niemal bez przerwy dochodził odgłos kolejnych komunikatów na temat tego, gdzie jest sprzedawana czyjaś książka i na którym ze stoisk, który z autorów akurat podpisuje swoją, a ja nagle sobie uświadomiłem, że gdyby nagle w tym gąszczu tytułów, nazwisk i nazw wydawnictw pojawiła się informacja, że jest na tych targach jedno jedyne stoisko, gdzie swoje książki sprzedają ich autorzy, a nie zatrudnione przez wydawnictwo dziewczęta, i to nie sprzedają tylko dziś przez godzinę, ale przez cały czas i z samej zasady, gdy chodzi o poziom sprzedaży, nie miałoby to dla nas większego znaczenia. Ludzie i tak by nas mijali, Gabriel by i tak wciąż powtarzał swoje sakramentalne: „Dzień dobry, jesteśmy autorami większości z tych książek”, a ich zdziwienie i poziom zainteresowania wcale nie byłby większy, niż wcześniej.
Ten moment mnie fascynuje od pierwszego razu, gdy zdarzyło mi się brać udział w targach. Stoimy tam nad tymi książkami, tu te jaśniejsze jego, tam te czarno-kolorowe moje, idą pan z panią, patrzą obojętnym wzrokiem po tych tytułach (jeszcze jedno nieznane nikomu wydawnictwo) i w tym momencie Gabriel ogłasza: „Jesteśmy autorami większości z tych książek”… i niech ktoś kto tego nie widział żałuje, bo to jest naprawdę coś. Rzecz w tym, że z jakiegoś powodu – daję słowo, że nie wiem, czym to jest spowodowane – tej jesieni (i to nie tylko w ten weekend we Wrocławiu, ale i tydzień temu w Warszawie i wcześniej w Krakowie) było znacznie więcej osób, które o Klinice Języka wcześniej nie słyszało, a zatrzymywały się, by porozmawiać, i wiele z tych osób nasze książki kupowało. Pamiętam, jak w zeszłym roku, w tym samym Wrocławiu, w pewnym momencie mój „Biustonosz” wzięła do ręki jedna obca pani, przeczytała kawałek, powiedziała „to ja poproszę”, a ja, tak szczęśliwy, że wreszcie moją książkę kupuje ktoś, kto mnie wcześniej ani nie czytał, ani nawet o mnie nie słyszał, rzuciłem kompletnie bez sensu informację, że wszystko to co ja tam napisałem, to szczera prawda… i ona w tym momencie się skwasiła, zapytała „to pan tego nie wymyślił?” i rozczarowana książkę mi oddała. Tym razem, nie umiem nawet powiedzieć, ile osób, nie słysząc wcześniej ani o wydawnictwie, ani o mnie kupowało mojego „Listonosza”. Niekiedy mam wrażenie, że ich było niewiele mniej, niż tych, co przyszli specjalnie po „Licho”. Może zaintrygowani okładką i tytułem, brali tę książkę do ręki, prosili o bardziej konkretne informacje, ja opowiadałem o tym języku i o wszystkich kłopotach, jakie obowiązujący system nauczania generuje, ludzie przeglądali strona po stronie… no i ją kupowali. Ja wiem, że 30 zł to zaledwie dwie paczki papierosów, niemniej w sytuacji gdy tak wielu z nas słucha tylko tych piosenek, które już słyszeli, nawet jednej czekolady może być żal. A oni kupowali.
Wygląda więc na to, że coś się dzieje, niewykluczone, że nawet nie po naszej stronie, ale po stronie owej wszechogarniającej nędzy na rynku, która w końcu musi ludzi doprowadzić do tego typu desperacji, że ludzie jednak zaczną trochę ryzykować i słuchać tego, czego nie słyszeli nigdy wcześniej, jednak w tym akurat wypadku, a więc książki o języku angielskim mamy coś więcej. Kwestia bowiem w tym, że to co się dzieje z rynkiem nauczania i upadkiem, jaki on przez minione paręnaście lat zaliczył, staje się sprawą coraz bardziej publiczną. Proszę mi uwierzyć, że z tych wszystkich osób, z którymi rozmawiałem na temat nauczania języka, ani jedna (ANI JEDNA!) nawet nie próbowała kwestionować mojej diagnozy, że cały system dziś jest absolutnie bezużyteczny. Każda z nich, kiedy tylko usłyszała opinię, że zarówno dla szkół, jak i nauczycieli, no i oczywiście dla wydawnictw, ostatnią zasługującą na uwagę rzeczą jest nauczenie kogokolwiek języka, natychmiast szeroko się uśmiechali i opinię tę w pełni potwierdzali. Nauczyciele są z reguły niedouczeni i pozbawieni jakichkolwiek ambicji, szkoły dbają wyłącznie o doraźny zysk, natomiast wydawnictwa stają na głowie tylko po to, by ktoś kto chce się nauczyć języka, kupił nie jedną, ale pięć, dziesięć, a jeśli się da, to może i dwadzieścia kolejnych kompletów podręczników. Z czego się to wszystko bierze, starałem się wyjaśnić w samej książce, natomiast wciąż się pojawiają kolejne refleksje, i dla kogoś kto uczeniu języka poświęcił znaczną część życia sprawa nie przestaje być wciąż aktualna.
Piszę ten tekst trochę oczywiście w nastroju potargowym, ale również zainspirowany podaną przez „Super Express”, a za nim inne media, informacją, że Donald Tusk uczy się bardzo intensywnie języka angielskiego nie od września, co nam wszystkim zapowiedział, ale od wielu już lat, i to z takim poświęceniem, że wedle raportu sporządzonego przez jego Kancelarię, on już odbył 1300 godzin lekcji, za które zapłacono 100 tysięcy złotych. Konkretne dane wyglądają tak, że on się zaczął uczyć w roku 2008, a więc kiedy został premierem, potem, jak się możemy domyślić, uznał, że nic z tego nie będzie i rzucił to w cholerę, jednak w roku 2011, prawdopodobnie powodowany jakimś przypływem desperacji, podjął naukę na nowo i tak ciągnie do dziś. Jak informuje Kancelaria „nie było ustalonego tygodniowego limitu godzin, a harmonogram zajęć był dostosowany do kalendarza pana premiera”, z czego rozumiem, że on się uczył wtedy, kiedy miał czas, a zatem, kiedy go miał, to uczył się bez przerwy, a kiedy nie miał – nie uczył się w ogóle, i co oceniam jako, po stronie zamawiającego, kompletny absurd, bezsens i stratę czasu i pieniędzy, a po stronie wykonawcy bezczelne oszustwo i nadużycie. Bardzo przepraszam, ale gdyby to mnie poproszono, bym od zera nauczył angielskiego człowieka po pięćdziesiątce, z tym zastrzeżeniem, że ponieważ to jest człowiek bardzo, ale to bardzo zajęty, lekcje będą się odbywały tylko wtedy, kiedy będzie miał czas, a on sam się będzie do nich przygotowywał, kiedy mu będzie wygodnie, to ja bym się na ten układ nie zgodził nawet, gdyby za te 1300 godzin obiecano mi nie 100, ale choćby 200 tysięcy złotych. Dlaczego? Bo ja wiem, że za tym stoi wyłącznie stracony czas i pieniądze, a triumfuje zwykły szwindel.
Proszę popatrzeć na to, z czym mamy do czynienia. Donald Tusk, po czterech, czy może pięciu latach nauki języka – nauki intensywnej i to zapewne realizowanej przez najlepszych lektorów – ogłasza, że on bardzo przeprasza, ale on po angielsku nie bardzo, natomiast ma przed sobą trzy miesiące bardzo ciężkiej pracy i wszystko przez ten czas nadrobi. Czy państwo to widzą i słyszą? Przecież tu wszystko mamy podane na tacy. Oto cały ten system, o którym ja piszę w swojej książce. To jest system, który jest tak bardzo wyzuty z wszelkich kompetencji, tak bardzo oszukany, w stanie takiego upadku, że tu naprawdę nie ma już nic poza tą fikcją, polegającą na tym, że wszyscy doskonale wiedzą, jak się sprawy mają, ale udają, że wszystko jest tak jak ma być, bo inaczej ani być nie może, ani nie będzie.
Mamy prawdopodobnie najbardziej renomowaną warszawską szkołę językową – kto wie, czy nie tą, która dokonała oceny mojego tłumaczenia pewnego patriotycznego filmu – najwybitniejszego jej lektora – kto wie, czy nie właściciela owej szkoły – 1300 godzin intensywnego kursu w ciągu 5 lat, co czyni praktycznie godzinę dziennie… a na końcu tego wysiłku stoi jedno wielkie nic. Czy ja się dziwię? Oczywiście że nie. Czy ja z tego szydzę? Tym bardziej nie. Czemu? Bo ja wiem, o co chodzi. Ja wiem, jak to wygląda w skali znacznie, znacznie mniejszej i stąd wiem, jak to musiało wyglądać na tym poziomie. Przychodził ten ktoś do Donalda Tuska, ten siedział przy stole z którymś z tych idiotycznych, kompletnie bezużytecznych podręczników… i zegar zaczynał odmierzać minuty:

- Poćwiczymy dziś panie premierze czas Present Continuous.
- Znaczy, który? Ten z if?
- Nie, ten z ingiem.
- Zaraz. Muszę poszukać w zeszycie. Can to nie to?
- Nie. To z ingiem.
- Kurde! Jak ja mam pamiętać? Przecież to było miesiąc temu. To może trochę pogadajmy, bo ja się muszę nauczyć rozmawiać.
- Okay. What have you been doing these days?
- Repeat please.

Szczerze zachęcam do czytania książki „Kto się boi angielskiego listonosza?” Ona jest do kupienia pod adresem www.coryllus.pl Zachęcam zwłaszcza tych, którzy uważają, że wszystko gra. Bo nie gra. A kto tego nie wie, ma grzech. Ci co wiedzą i grzechu nie mają natomiast, mają, jak się okazuje, problem. Otóż paręnaście już razy otrzymywałem od czytelników prośby, aby opublikować na blogu rozwiązania do zamieszczonego w książce testu i paru innych zagadek w kwestiach bardziej szczegółowych. Obawiam się, że jest to niemożliwe z dwóch względów. Przede wszystkim blogowa notka polegająca na czy to publikowaniu jakichś literek, czy luźnych sekwencji, dla znacznej większości czytelników wyglądałby bardzo głupio. Co ważniejsze być może, same rozwiązania bez pewnego jednak objaśnienia, nie są żadną nauką, a więc praktycznie nic nie dają. W związku z tym, wszystkich, których dręczą problemy językowe przedstawione w mojej książce proszę o kontakt na adres toyah@toyah.pl i wtedy spróbujemy coś wymyślić.

niedziela, 30 listopada 2014

Targi, cisza wyborcza i przerwa w paleniu licha

Wprawdzie warszawskie targi wciąż jeszcze trwają, jednak dziś mamy tam już tylko chorego Gabriela. Ja po wczorajszym dniu wróciłem już do domu i mogę tylko powiedzieć, że z każdym dniem jest coraz lepiej. Już w tym tygodniu mamy Wrocław i tak jak zapowiadałem, wybieram się tam w sobotę.
Ponieważ wczoraj sprzedaż przerosła nasze choćby najbardziej bezczelne oczekiwania, na chwilę obecną nie mam już ani jednego „Licha”. Cała pierwsza partia, jaką odebraliśmy z drukarni – podobnie zresztą, jak wszystkie książki o zespołach, które Gabriel wziął z domu – została wczoraj sprzedana i dziś na naszym stoisku w Warszawie licha akurat nie palimy. Oczywiście we Wrocławiu będzie znów wszystko, mam nadzieję, że w wystarczających ilościach, natomiast ja przywiozę stamtąd kilka autorskich egzemplarzy i wtedy dopiero będę mógł powysyłać obiecane dedykacje. Przepraszam wszystkich, że muszą jeszcze chwilę poczekać.
Dziś nowej notki nie będzie, bo mamy wybory i każą nam milczeć. Ale na szczęście to już tylko kilka godzin.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, no a jeśli ktoś ma blisko do Wrocławia, to i jeszcze raz na rozpoczynające się w czwartek Targi Dobrej Książki.

wtorek, 28 października 2014

O owsiakowym sercu i rozumie lodem skutym

Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy już kiedyś o tym nie wspominałem, ale ten dzień jest równie dobry jak każdy inny, by ową deklarację choćby i powtórzyć, że dla mnie udział w targach książki – każdych targach, nawet tych najbardziej nędznych, w Katowicach – jest najwyższą przyjemnością. Dzień spędzony na tym stoisku jest czymś tak intensywnie fascynującym, że niekiedy mam wrażenie, że nawet gdyby pomysł polegał na tym, że tymi książkami handluje się dzień i noc na okrągło, a czytelników jest zawsze mniej więcej tyle samo, ja bym nawet nie poczuł, że chce mi się spać, by nie wspomnieć o tym, że od tego stania bolą mnie już nogi. Stoję więc od rana do późnego popołudnia sprzedając te książki, no a przede wszystkim rozmawiając z choćby i tylko potencjalnymi czytelnikami, i nawet nie czuję, jak mija czas.
No i słucham Gabriela, który wciąż gada, gada i gada. Ja nie wiem, ilu z nas zna go od tej strony, ale trzeba nam wiedzieć, że Gabriel ma to do siebie, że kiedy pojawi się ktoś i zada mu jakiekolwiek pytanie, on już tylko opowiada, a robi to w taki sposób, że z każdej strony zaczynają przychodzić inni, przystają i go słuchają. I tak te opowieści się toczą przez pół godziny, godzinę, czasem nawet dwie, a on stoi i nie może przestać. Przyznaję, że dla mnie to nie jest sytuacja do końca komfortowa, bo mam wieczne wrażenie, że kiedy tam się odbywają te pogawędki, nie ma sprzedaży, choćby przez to, że cały front stoiska jest zapchany ludźmi i ktoś kto przechodzi obok nawet się nie zatrzyma, nie spojrzy co tam słychać, tylko pójdzie dalej, do jakichś bałwanów sprzedających złote myśli Adama Wielomskiego, czy historyczne opracowania na temat nałożnic papieży. No ale przynajmniej można na chwilę usiąść i dać odpocząć nogom.
No ale, jak mówię, targi to fantastyczna rzecz i gdyby one były organizowane co tydzień w innym miejscu w Polsce, ja bym tam regularnie jeździł i podpisywał te książki z najwyższą radością.
Jak już parę dni temu zeznał sam bohater tego zdarzenia, w sobotę w tym zebranym przed stoiskiem tłumie pojawiła się dziewczynka z wyciętym z jakiejś folii serduszkiem. Z początku, zajęty gadaniem Gabriel jej nie zauważył, natomiast ja – owszem, miałem na nią oko od samego początku. Ona tam stała, ładna, skromna, cicha, grzecznie uśmiechnięta i czekała aż będzie mogła podejść do „pana pisarza”. Wreszcie się jej udało, no i dalej było dokładnie tak, jak Gabriel opowiedział u siebie. A więc, ona poprosiła, by on to serduszko podpisał, a ona je wystawi na owsiakowej licytacji, no i Gabriel je podpisał.
A ja tylko powiem, że ja się od początku bałem, że on z jakiegoś powodu ją odprawi, informując ją, że on Owsiakowi nic nie będzie podpisywał, że jak ona ma życzenie niech idzie do tego nadętego buca Pilipiuka, który tam nieco dalej przebrany za chłopa pańszczyźnianego umiera z nudów, albo że niech się opamięta i przestanie zadawać z psychopatycznymi czarownikami. Dlaczego się bałem? Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ona najprawdopodobniej z tego by zrozumiała tylko tyle, że ulubiony autor jej taty, to cham bez serca, a drugi, że to by zwyczajnie z jego strony było głupie i tanie, a ja bym bardzo nie chciał, by mój kumpel Gabriel wykonywał tanie i głupie gesty, bez żadnego sensu i korzyści.
Bałem się więc tego trochę, a z drugiej strony wiedziałem, że nie ma się czego bać, bo, wbrew temu co niektórzy sądzą, Coryllus to jest człowiek niezwykle inteligentny, grzeczny i przede wszystkim myślący. I podczas gdy ja świetnie wiem, na co go stać, gdy dochodzi do debat tu na blogach, gdzie „się psia nędza nikt nie oszczędza”, to nie ma takiej możliwości, że ktoś go przyłapie, jak biega po ulicach swojego Grodziska i zaczepia ludzi, których nie lubi, albo wdaje się w krwawe spory z nieznanymi sobie osobami, którzy w dodatku na owe spory nie mają najmniejszej ochoty.
Z reakcji, jakie zaobserwowałem w komentarzach pod tekstem, w którym opisał Gabriel swoje spotkanie z tym dzieckiem, wnioskuję, że dla części komentatorów sprawą oczywista jest, że Gabriel powinien był to dziecko przepędzić. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ich zdaniem bycie pryncypialnym nie znosi wyjątków i obowiązuje nawet w sytuacjach, gdzie owa pryncypialność nikogo, ale to dokładnie nikogo nie obchodzi i nikomu nie jest do niczego potrzebna. Po drugie, naturalnie (tak, tak – naturalnie!), dla nich to że to dziecko tam przyszło i podsunęło Gabrielowi pod nos tego Owsiaka, to była prowokacja uszyta na najwyższych poziomach Systemu. Tę dziewczynkę tam ktoś na Gabriela nasłał po to, by najpierw oczarowała go swoim bezpretensjonalnym urokiem, a następnie skompromitowała, jako nędznego cwaniaka bez zasad. A on, głupi, dał się na to zagranie nabrać.
Powiem uczciwie, że mało jest rzeczy, które mnie tak irytują, jak ten rodzaj zacietrzewienia, czy może obłędu. Żeby przybliżyć nieco sprawę opowiem pewną angdotę. Otóż czytałem kiedyś u Boba Greena historię o tak zwanym „tylenolowym zabójcy”. Na przełomie lat 70 i 80 w okolicach Chcago ktoś – prawdopodobnie związany z produkcją, czy może dystrybucją tabletek przeciwgorączkowych o nazwie „tylenol” –zatruł cyankiem potasu pewną partię towaru i w związku z tym zmarło siedem osób, w tym mała dziewczynka o nazwisku Mary Kellerman. W ramach śledztwa prowadzonego przez FBI – swoją drogą do dziś bez sukcesu – Greene został poproszony o napisanie specjalnego felietonu, który miał sprowokować zabójcę do ujawnienia się. Tekst o którym mówię jest już tylko opisem całej przygody, o tym, jak Greene spotyka się z agentami, jak odwiedza z nimi rodziców dziewczynki i jak to co się stało widzi. W pewnym momencie, widząc, jak agent FBI zaczyna się angażować w sprawę już nie tylko na poziomie zawodowym, ale jako zwykły, współczujący człowiek, pyta go o to, a ten mu odpowiada mniej więcej tak:
„Czasem, kiedy pozwolisz, by to czym się zajmujesz zawodowo, definiowało całe twoje życie, przestajesz robić rzeczy, które powinieneś robić, jako człowiek”.
Przyznaje, że sam mam swoje obsesje i jestem gotów w ich imię walczyć do ostatniej kropli krwi, ale jednocześnie potrafię mieć na uwadze proporcje i nie robić z siebie durnia na każdym możliwym poziomie. Dlaczego? Dlatego przede wszystkim, że świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że w momencie gdy wszystko jest równie ważne, tak naprawdę z pewnego punktu widzenia to wszystko też nagle staje się całkowicie bez znaczenia. Jeśli mam się angażować w jakąkolwiek sprawę, mam się w nią angażować całym sobą, a jeśli mam to robić całym sobą, to muszę też mieć świadomość, że sprawa jest tego warta. Przepraszam bardzo, ale – jeśli już mamy się trzymać powyższego przykładu – ja walczę z Owsiakiem i tymi, którzy go prowadzą, by nam zawrócić w głowie, a nie z tymi dziećmi, które stoją każdego roku pod moim kościołem z puszkami i się tak fatalnie dają wykorzystywać. I jeśli im do tych puszek nic nie wrzucam, to nie drę na nich jednocześnie mordy, nie spluwam pod nogi, nie robię im wykładów, których one ode mnie w ogóle nie oczekują, tylko grzecznie mówię „dziękuję” i idę w jedną, lub w drugą stronę. A przede wszystkim, nawet mi przez myśl nie przeleci, że któreś z nich to tajny agent blogerów Sowińca i Gadowskiego, którzy w ten sposób próbują mnie skompromitować. Ludzi, którzy zachowują się w ten sposób nie znoszę i staram się jak mogę tępić.
Podczas targów miałem część z nich pod samym nosem, a mam tu na myśli osoby przewijające się przez stoisko oferujące tak zwane „treści patriotyczno-narodowe” – to tam właśnie widziałem tego Wielomskiego z czymś co się bezczelnie tytułowało „Dekalogiem konserwatysty”. Ponieważ jestem dziś w nastroju niemal pacyfistycznym, nie powiem, jak oni wyglądali, zaczynając na autorach, a na tych dwóch ponurych sprzedawcach kończąc, wystarczy że powiem, że na moje wyczucie, gdyby to dziecko z owsiakowym serduszkiem podeszło tam do nich, zamiast do Gabriela, to oni najpierw zaczęliby się dymić, potem skwierczeć, a następnie stanęli w płomieniach. I to wcale nie dlatego, że są tacy wrażliwi na moc Szatana, ale odwrotnie – bo sami są wypełnieni złem i kłamstwem. To są ludzie, którzy nie mają w życiu żadnego innego celu, poza stałym demonstrowaniem swojego przekonania, że idea to życie, a robiąc to, są tak zawzięci, tak okropnie poważni, tak gotowi, by w tej demonstracji polec, że już nawet nie wiedzą, jak się uśmiechać. I tu, moim zdaniem, nie różnią się niczym od choćby tych najbardziej ogłupiałych nieprzyjaciół Polski, którzy dzień w dzień, od ponad już dziesięciu lat wydzwaniają do „Szkła Kontaktowego”, by wyłącznie pluć i szydzić. A kiedy już im owych szyderstw i śliny nie starcza, biorą w ręce kije, lub coś jeszcze gorszego i ruszają z misją prawdziwą. I mam wrażenie, że to z nich się wywodzą ci, co przez cały boży weekend tłumaczyli Gabrielowi pod jego notką, jak on powinien był potraktować to dziecko z owsiakowym sercem.
Staliśmy przez te trzy dni na stoisku Coryllusa, sprzedawaliśmy książki, a z ścianą słychać było tę ponurą ciszę. Od czasu do czasu zaglądałem tam ukradkiem, by zobaczyć, co się dzieje, ale tam wciąż było to samo, a więc tak zwana załoga, plus od czasu do czasu jacyś młodzieńcy z bródkami w garniturach i te podręczniki dla „prawdziwych konserwatystów”. W pewnym momencie podeszła do mnie pewna pani, która głównie się tam udzielała, najpierw poinformowała mnie, że ma do mnie pretensje o to, jak ja przed laty potraktowałem Artura Zawiszę, a potem sobie poszła. A ja powiedziałem Gabrielowi i Tomkowi, że ja już od dawna mam ochotę napisać jakiś tekst, w którym udałoby mi się tak do końca powiedzieć, za co ja tych owych „konserwatystów” nie znoszę, i dlaczego uważam, że oni są najgorsi, tyle że nie umiem znaleźć na ów tekst metody. Kiedy siadałem do dzisiejszej notki, jak to często bywa, nie wiedziałem, co z niej powstanie, ale nie wykluczam, że jakimś cudem mi się udało.

Przypominam wszystkim, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl mamy całą kupę fantastycznych książek, starych, nowych i zupełnie najnowszych. Szczerze polecam, a tych którzy juz wszystko mają, a prezenty porozdawali, bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga. To już ostatnie dni. Dziękuję.

środa, 21 maja 2014

Warszawskie Targi Książki, czyli do Stolicy po sól

Jak już to miał okazję zapowiadać Gabriel, od jutra do niedzieli w Warszawie na Stadionie Narodowym odbywają się kolejne targi książki. Będzie też tam i nasze stoisko pod tradycyjna nazwą „Coryllus”, a na nim wszystkie plus zupełnie najnowsze książki Gabriela, wszystkie – w tym ta najnowsza o listonoszu – moje, i wiele jeszcze książek innych autorów. Ostatecznie postanowiłem, że pojadę do Warszawy, jednak tylko na jeden dzień, mianowicie jutrzejszy czwartek. W piątek, sobotę i niedzielę sprawdzamy rozszerzone matury i muszę być na miejscu. Wszystkich, którzy chcieliby kupić moje książki i otrzymać dedykację, zapraszam więc jutro. Będę tam od 10 do 18, a więc przez cały boży dzień.
Jak można było się już dowiedzieć od Gabriela, uruchomił on właśnie nową serię wydawniczą pod tytułem „Małe książki o wielkich sprawach”, a jako pierwszą z nich fantastyczne refleksje historyczne, w pięknej twardej oprawie, zatytułowane „Irlandzki Majdan”. Otóż chciałem poinformować, że sam aktualnie pracuje nad długim tekstem, który powinien się znaleźć w kolejnej części serii, a poświęcony jest soli. Soli tym razem w Indiach i temu, jak przy pomocy tej skromnej soli, Brytyjskie Imperium było w stanie trzymać za twarz jeden wielki naród przez całe wieki. I więcej na razie ani słowa. W związku z tym jednak, że muszę się trochę bardziej poświęcić pracy nad tym tekstem, dziś jeszcze nie uda mi się napisać kolejnego. Wszystkich, którzy na niego czekają, bardzo przepraszam i mimo wszystko proszę o mnie nie zapominać.

Jednocześnie, jak zawsze ostatnio, bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga. Zdarzyło się ostatnio klika nieprzewidzianych zupełnie finansowych nieszczęść, które nas załatwiły na dobre, i w tej chwili cały wysiłek kieruję na to, by się do końca miesiąca chocby częściowo pozbierać. Numer konta jest tuż obok,. Jesli ktoś jest w stanie nam pomóc, bardzo będę zobowiązany.

wtorek, 11 września 2012

Dym: Repryza

Dzisiejsza notka jest w pewnym sensie notką techniczną, a spowodowane to jest tym, że – czego, mam nadzieję, większość z nas jest świadoma – w piątek, sobotę i niedzielę razem z Gabrielem, czyli Coryllusem, albo udzielałem się na targach książki tu w Spodku, albo jeszcze bliżej, czyli u mnie w domu, a zatem pisać zwyczajnie nie było jak. Piszę, że to co dziś tu przedstawiam ma charakter bardziej techniczny, bo w istocie rzeczy, chcę głównie poinformować o tym jak się rzeczy mają na dziś, czyli wtorek 10 września. Z drugiej strony, trudno też się spodziewać, że skoro już pokonałem to zmęczenie i siadłem do tej klawiatury, nie podzielę się paroma refleksjami. A więc aż tak źle nie będzie. A zatem, do dzieła.
Otóż przede wszystkim spieszę donieść – i jestem pewien, że wielu z nas ta wiadomość bardzo pozytywnie zainteresuje – targi zakończyły się dla nas obu jednoznacznym sukcesem. Oczywiście, jak zresztą można się było spodziewać, Coryllus ze swoją „Baśnią jak niedźwiedź” zwyczajnie mnie rozniósł. Polegało to głównie na tym, że dzięki temu, iż zdobył on już pewną popularność na takich portalach jak niezależna.pl, i że w Internecie jest on osobą wręcz fizycznie rozpoznawalną, a zatem ludzie przychodzili specjalnie dla niego, ale też przez to, że „Baśń” to projekt tak niezwykły i tak fascynująco napisany, że to zwyczajnie trzeba mieć. Wystarczy że on powie dwa zdania na temat tego, o czym owa „Baśń” traktuje, każdy kto ma choć odrobinę rozumu i wrażliwości, musi zaryzykować i ją sobie kupić.
Oczywiście jednak, ja też nie mam co narzekać, jednak nie o tym chcę dziś pisać. To bowiem co jest ważne, to to – a Coryllus zwrócił na to uwagę w swoim dzisiejszym tekście w Salnie24 – myśmy tam za bardzo nie mieli konkurencji. Oczywiście, były w Spodku obecne wydawnictwa takie jak IPN, Znak, czy Agora, a więc w pewnym sensie potentaci, niemniej sam fakt, że myśmy nawet nie mieli czasu, by się zainteresować tym, jak się tam wokół tym ich stoisk rozwija życie czytelnicze, świadczy o tym, że kompleksów mieć nie musimy. Coryllus w swoim dzisiejszym tekście przede wszystkim zwraca uwagę na, to jak okropnie to wszystko co tam nas otaczało było puste i tandetne. Jak z każdą kolejną godziną naszego tam przebywania, nie mogliśmy się otrząsnąć z wrażenia, że oni wszyscy są skazani na porażkę z jednego prostego powodu – im zwyczajnie nie zależy. To co oni robią, i czym chyba jednak żyją, wyrasta głównie z przekonania, że coś im się tam udało trafić i dzięki temu się przez jakoś czas powożą. Jak idzie natomiast o zwykłą pasję – tego tam już zwyczajnie nie ma. I o tym pisze Coryllus. Jak idzie o mnie, chciałbym opisać jedną tylko historię. I niech to, dla odmiany będzie ów przekaz pozytywny.
Ponieważ przed naszym stoiskiem stali na ogół zainteresowani czytelnicy, i zanim każdy z nich wreszcie wypowiedział owe sakramentalne: „Poproszę po trzy komplety tych i po jednej z tych czarnych”, myśmy sobie z nimi rozmawiali, w pewnym momencie podeszła do nas pewna – może dwunastoletnia, może młodsza – dziewczynka, i uznając, że z nas pewnie jacyś sławni autorzy, podała Gabrielowi zeszyt i poprosiła o autograf. Gabriel najpierw się jej wpisał, a potem nagle, gestem tak absolutnie naturalnym, że aż nieludzkim, podarował jej jedną ze swoich książek, a ja, w tym samym niemal momencie, dołożyłem jej swoją. Ona się uradowała, powiedziała: „Bardzo dziękuję” i sobie poszła.
I to jest właśnie ta historia. Kto wie, co sobie teraz należy pomyśleć, temu żadne kolejne słowo nie jest już potrzebne. Kto nie wie, myślę, że jemu i tak już się ono na nic nie przyda. Jak idzie bowiem o to, że wszystko od nas gdzieś idzie, a potem i tak wraca, można opowiadać bez końca. Weźmy choćby tę najnowszą historię. Otóż obok jest sklep, w którym pewna bardzo mila dziewczyna sprzedaje alkohol, w tym sto tysięcy najróżniejszych gatunków piwa. Lubię ja bardzo, bo raz ze jest sympatyczna, dwa że bardzo moim zdaniem ładna, a po trzecie ona, jak się okazuje, w wolnym czasie gra w pierwszej lidze piłki ręcznej i mi to bardzo imponuje. Przyjechała ona do Katowic z jakiejś wioski na Opolszczyźnie, no i pracuje w tym sklepie. Kompletnie umordowany tymi kilkoma minionymi dniami i wręcz nieludzką podróżą koleją do Katowic, zaszedłem tam dzisiaj, aby kupić sobie flaszkę piwa, a ona opowiedziała mi, że jest kompletnie załamana, bo z samego rana przyszedł do niej jakiś wyjątkowo chytry i wyrachowany złodziej, i okradł ją z papierosów na ponad 200 złotych, za które ona teraz musi zapłacić, no i to jest dla niej strata wręcz obezwładniająca. Ponieważ dziś też, z samego rana, w ramach wspierania tego bloga, na konto wpłynęło okrągłe 50 złotych, pomyślałem sobie, że ja jej dam te pięć dych i w ten sposób odkupię swoje winy. Trochęśmy na tym banknotem powalczyli, ale w końcu ona się popłakała, ja – by zachować męską równowagę – stamtąd uciekłem, i tyle wszystkiego. Zdążyłem jej tylko powiedzieć, żeby nie myślała, że ja to robię dla niej. Ja to robię głównie dla siebie. Zupełnie jak Jules w jednej z ostatnich scen w Pulp Fiction. Mocne, cholera. Prawda?
A więc może to chodzi o te autografy? Które tak naprawdę podpisujemy dla siebie samych? Nie wiem. Marne były te targi książki. Tak strasznie mało było ludzi i tak strasznie wszystko tonęło w tej mainstreamowej tandecie. Gabriel, licząc pewnie na to, że to i Spodek i wielka metropolia, przywiózł całą kupę moich „Liści” i „Elementarzy”, z których kolejna kupa musiała zostać w Katowicach, bo w przeciwnym razie ja bym nie mógł się z nim zabrać do jego mikroskopijnego autka na poniedziałkowe występy w niezaleznej.pl i w Roninie. No więc leżą one teraz wszystkie u mnie. A zatem mam wiadomość. Jeśli ktoś chce sobie kupić jedną albo drugą, zapraszam do siebie. Proszę na zwyczajowy numer konta wpłacać po 30 złotych za „Elementarz” i 40 złotych za „Liścia”, a ja go Wam wyślę z osobistą dedykacją. Na własny koszt. Może być? Serdecznie zapraszam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...