Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2018

Jak daleko do Japonii, jak blisko


Parę dni temu napisał do mnie Czytelnik i poprosił bym mu wysłał dwa egzemplarze mojego drugiego zbioru felietonów „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Przyznam szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło. Ja wprawdzie sobie tę akurat z moich książek bardzo i pod każdym względem cenię, jednak jakoś ostatnio nawet sam o niej zapomniałem. Sprzedają się listy od Zyty, sprzedaje się 39 wypraw, sprzedaje się oczywiście listonosz, nawet rock and roll ostatnio się zaktywizował, natomiast te felietony, jak mówię, gdzieś się rozpłynęły. I oto pisze do mnie nieznany mi czytelnik i prosi o TegoKtóry…
Pomyślałem więc, ze rzucę na tę książkę okiem po latach i zobaczę, jak ona się dziś miewa. No i powiem nieskromnie, że ona się miewa znakomicie. Powiem więcej, ona się chyba nigdy wcześniej tak dobrze nie miała. W tej sytuacji, biorąc pod uwagę, że ten blog, poza funkcją rozrywkową, pełni również funkcję sprzedażową, pomyślałem sobie, że przypomnę z niej parę niedługich tekstów, licząc, że może w ten sposób kogoś, kto tu jest od niedawna, zachęcę do jej kupienia. Bardzo polecam. Dziś tekst o Japoni i o nas. I o nas.



      Okropny jest ten widok ogarniętej klęską żywiołu Japonii. Tak bardzo z jednej strony – dzięki dobrodziejstwom nowoczesnej techniki i komunikacji – spektakularny, a jednocześnie, przez obraz tych oszalałych z rozpaczy, bezradnych do końca świata ludzi, tak okropnie przytłaczający. No i oczywiście ten rozmiar zniszczeń, gdzie samochody, statki, pociągi, ciężarówki, domy i ludzie, gdzie to wszystko robi wrażenie makiety, dziecięcej budowli z klocków, a przez to czegoś kompletnie nierzeczywistego. I wtedy, w momencie gdy sobie uświadomimy, że to są jednak prawdziwe pociągi, prawdziwe domy, prawdziwe samochody, a w nich prawdziwi ludzie, i że ich jest tak strasznie dużo – można poczuć szacunek dla… no właśnie… szacunek dla czego? A może dla kogo? I wtedy dopiero można zrozumieć, że nie ma co podskakiwać. Nie ma co podskakiwać.
       Wcześniej oglądaliśmy tragedię Haiti. Oczywiście, widok był straszny. Te zasypane nieszczęściem, śmiercią i bólem slumsy. Te kobiety w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni, z wytrzeszczonymi oczami chłopcy, snujący się bez sensu po tych ruinach. Wciąż widzę te kobiety w kolorowych sukienkach. A później te wiadomości o chorobach, o kolejnych zgonach, o grabieżach i o powszechnym zdziczeniu. I o tej pomocy międzynarodowej, tak bzdurnej i pustej i beznadziejnej. I o tych niby-dobroczynnych koncertach, służących wyłącznie temu, żeby parę schodzących gwiazd mogło się jeszcze raz pokazać. No i żeby Bob Geldof i Bono mieli swoją kolejną sesję. Jednak patrzę na to Haiti i po pewnym czasie już jestem spokojny. I myślę, że tu właściwie zawsze mniej więcej tak właśnie było. Właśnie tak. Te biedne dziewczyny w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni chłopcy o czarnych oczach. Z jakiegoś powodu, ta Japonia, mimo wszystko robi większe wrażenie. Ciekawe przez co? W końcu to jest klęska, która swoim rozmiarem nawet nie dorównuje Haiti. Czy to te samochody? Czy może te statki? To lotnisko niknące pod czarną, brudną wodą? Czy tak wygląda Apokalipsa?
       Przecież mieliśmy Pakistan. Ale Pakistan – wiadomo. Nawet za bardzo nie ma na co patrzeć. Pola. Rozlegle, niekończące się pola, zatopione po horyzont. Nic. Nawet nie ma jak się na tym obrazie skupić. Żeby choć jeden mały samolocik wbity w kolorowy budynek. Jedna ciężarówka wyrzucona na drzewo. Jeden jacht wypłukany przez fale na brzeg, i dalej na jakąś autostradę. A tu tylko woda, i gdzie niegdzie jakieś ciało.
       Ta Japonia zdecydowanie robi wrażenie. I jeszcze do tego widzimy wciąż te elektrownie, jak nam mówią, bardzo poważnie uszkodzone, i unoszący się nad nimi dym… cholera wie, co to za dym. Na tym horyzoncie – one muszą być na horyzoncie, bo bliżej się podejść nie da – widzimy te elektrownie, wznoszące się i rozciągające się tak monumentalnie w tej mgle. A pod spodem żółty, lub czerwony pasek, z kolejną informacją, która i tak nie mówi nam nic z tego, co byśmy tak naprawdę rozumieli.
       My ludzie wierzący, czy może tylko przesądni – a już zwłaszcza ci z nas, którzy mają w sobie to dziwne, nieznośne pragnienie z jednej strony sprawiedliwości, a z drugiej wyjaśnienia, czemu jej tak wciąż brakuje – mamy w sobie taką skłonność, by tego typu nieszczęścia tłumaczyć w relacji do owego pragnienia sprawiedliwości. A więc mówimy, że to wreszcie Dobry Bóg się zniecierpliwił i postanowił walnąć pięścią. No ale czemu akurat w Japonię? Czyżby z powodu tego jednego obłąkańca, który wziął oficjalny ślub ze swoim telefonem komórkowym? Czy może przez te dziewczynki, które stworzyły słynną na cały świat fotkę dziecka w podkolanówkach i w krótkich spódniczkach z kolorowym lizakiem w dłoni? A może przez te sztuczne, elektroniczne zwierzęta? Diabli wiedzą, o co mogło pójść?
       No, ale biedne Haiti? Czyżby poszło o te czary. To voodoo? A to może w takim razie to wszystko dzieło Szatana, podczas Bóg Miłosierny tylko patrzy i smutny milczy? A ten Pakistan? A Australia?
      Ktoś gdzieś niedawno napisał, że to wielkie szczęście, że mieszkamy w środkowej Europie, tu nad Wisłą, gdzie ani trzęsienia ziemi, ani powodzie, ani tajfuny, ani nawet skromny pożar lasów. Podtopienia. No tak, podtopienia mamy, ale rząd sobie z nimi sprawnie radzi; a jak nie rząd, bo jest akurat w Brukseli, gdzie jest jeszcze spokojniej, to lokalni burmistrzowie. No tak. Tu jest bezpiecznie. Wprawdzie ostatnio spadł jeden samolot z 96 ludźmi na pokładzie, i spadł tak, że został z niego wyłącznie krwawy, ubłocony strzęp, i mały kawałek białoczerwonej szachownicy. Ale poza tym – zakupy i kopulacja. W sumie, jak by nie patrzeć, to nie jest wcale taki najgorszy bilans. A może my po prostu jesteśmy Bogu mili, a Szatanowi obojętni? W dodatku wiosna taka piękna.
      Jest w tym tylko jedna rzecz, która nie daje spokoju. To tu to tam, wciąż słychać, jakby ktoś się śmiał. Co to za, cholera jasna, śmiech? Kto to tak się śmieje? Co to za rechot? Czyżby to tylko śmiech Szatana? Dochodzący do nas oczywiście z dalekiej Japonii – tam może i bardzo głośny i świszczący, ale tu ledwo słyszalny. No tak. To pewnie stamtąd. To ich diabeł, nie nasz. A że słychać? Czemu nie? W końcu to prawda, że z Japonii do Warszawy całe tysiące mil, ale na przykład już takim samolotem, to trzask, prask i już.

A zatem, jeśli kogoś ten tekst poruszył po latach, zachęcam do odwiedzenia księgarni pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji/, ewentualnie bezpośrednio tutaj pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com.


piątek, 5 stycznia 2018

O niezwykłej przyjaźni brytyjskiego żeglarza z japońskim szogunem, część 2

Kontynuując wczorajsze refleksje na temat prześladowań chrześcijan przez XVII-wieczną Japonię, dziś przedstawiam ich część drugą, w której oto właśnie pojawił się słynny Will Adams, wierny sługa Króla Jakuba. Polecam.          

     Oto zainteresowany współpracą z Holendrami, którzy w tym czasie pozostawali w sojuszu z Anglikami, jako protestanci równie gorliwie walcząc z Hiszpanami, 34-letni Adams wyruszył z holenderskiej wyspy Texel na Daleki Wschód, jako pracownik Voorcompagnie, poprzednika słynnej Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Oryginalnie, misja zaplanowana była tak, by dotrzeć do zachodniego wybrzeża Południowej Ameryki, tam zdołać wymienić ładunek na srebro, a już dalej do Japonii płynąć tylko w przypadku, gdy pierwsza misja się nie powiedzie i pozostanie liczyć na to, że uda się zdobyć srebro w Japonii, a następnie, przed powrotem do Europy, udać się na Wyspy Korzenne i tam kupić za nie przyprawy.
      Niestety, podczas przeprawy przez Cieśninę Magellana, pokonane przez pogodę i zmęczenie, dwa z pięciu statków zostały zmuszone, by wraz z 36 marynarzami na pokładzie, wrócić do Holandii. Pozostałe trzy kontynuowały wyprawę, jednak i tu dalsza podróż zdziesiątkowała podróżników i ostatecznie do Japonii, po 19 miesiącach morskiej udręki, w kwietniu 1600 roku, dotarł tylko jeden statek o nazwie „Liefde”, z dwudziestoma umierającymi z wyczerpania i z chorób marynarzami, w tym z Adamsem.
      Statek został przejęty, a zmordowana załoga, na rozkaz Szoguna Leyasu Tokugawy, uwięziona w miejscowej twierdzy. Trudno powiedzieć, jak doszło do tego, że Adams zdołał wzbudzić zainteresowanie swoją osobą, tak się jednak stało, że w maju i w czerwcu 1600 roku Adams spotykał się z Tokugawą w Osace trzykrotnie. Faktem jest też, że jego elokwencja, erudycja, a przede wszystkim wiedza związana z budową statków, oraz umiejętności matematyczne zaimponowały Leyasu. Oto jak Adams wspomina tamte chwile:
      „Kiedy stanąłem przed królem, od razu wiedziałem, że patrzy na mnie przychylnie. Z tego co do mnie mówił, część zrozumiałem, część nie, jednak po chwili zjawił się ktoś, kto potrafił mówić po portugalsku i korzystając z jego pomocy, król zapytał mnie, skąd przybywamy i co nas skłoniło do tak dalekiej podróży. Powiedziałem mu, że przybywamy z Holandii, że od dawna staramy się nawiązać współpracę z krajami wschodniej Azji, tak by dostarczać im towary, których one nie mają, a my owszem. Wtedy zapytał mnie, czy jesteśmy z kimkolwiek w stanie wojny, na co ja mu odpowiedziałem, że owszem, z Hiszpanią i Portugalią, natomiast z innymi krajami żyjemy w pokoju. Następnie zapytał mnie, w co wierzę, a ja mu odpowiedziałem, że w Boga, który stworzył Niebo i Ziemię. A on dalej zadawał mi pytania, jak na przykład, jaką drogą przypłynęliśmy do Japonii. Pokazałem mu cały szlak na mapie, on nie chciał mi uwierzyć, że dokonaliśmy takiego wyczynu i tak przegadaliśmy do nocy”.
     Już niedługo pojawił się kolejny gest ze strony Tokugawy i zapewnienie Adamsa, że jego osoba jest mile widziana w jego pałacu w każdej chwili, a Szogun „ma nadzieję, iż będzie go mógł wówczas spotkać osobiście”.
      Oto jak Adams już wkrótce opisywał życie, jakie prowadził na dworze Szoguna: „Za swoją służbę, którą wykonywałem i wykonuje każdego dnia dla Cesarza, mam zagwarantowane pełne utrzymanie [...]. Mam też majątek w Hemi, z 90 oddanymi mi do dyspozycji służącymi, który przynosi mi roczny dochód 250 koku, a trzeba wam wiedzieć, że za jedno koku można przez cały rok żywić jedną osobę […]. Jak widać, Bóg ulitował się nade mną za owe miesiące nieszczęść biedy”.
       Przez cały okres pobytu Adamsa w Japonii, równocześnie z jego stale i szybko rosnącą pozycją na dworze Szoguna, między nim, a więc przede wszystkim protestantem, a tradycyjnie tam stacjonującymi hiszpańskimi i portugalskimi jezuitami trwał nieustanny konflikt. Jezuici, jako ludzie inteligentni i spostrzegawczy, widzieli, że wraz z rosnącym statusem Adamsa ich misja staje się coraz bardziej zagrożona, więc w pierwszym momencie próbowali go po prostu nawrócić, a następnie, widząc, że tą droga nic nie wskórają, wbrew stanowczemu zakazowi Szoguna opuszczania Japonii, wywieźć go w tajemnicy na portugalskim statku. Owa determinacja by skutecznie pozbyć się Adamsa z otoczenia Szoguna, być może najbardziej widoczna w liście, jaki skierowali do samego papieża, wskazywała oczywiście na ich strach przed jego wpływami, które musiały w końcu doprowadzić do tego, że Szogun zacznie ich traktować jako zło, które należy zniszczyć, ale jeszcze bardziej podkreślała moc owych wpływów, które faktycznie w pewnym momencie były wręcz nienaturalnie duże. Jezuici zresztą mieli też wszelkie prawo niepokoić się sytuacją, jako że już wiele lat wcześniej, w innych częściach kraju dochodziło do ciężkich prześladowań japońskich katolików, choćby wspomniane na początku tej opowieści ukrzyżowanie 26 męczenników z Nagasaki. No i faktycznie w roku 1614 intrygi prowadzone przez Adamsa doprowadziły do tego, że Szogun ostatecznie wydalił portugalskich misjonarzy, żądając jednocześnie od żyjących od podległych sobie, a posłusznych papieżowi obywateli, by wyparli się swojej wiary, i w ten sposób rozpoczynając wielką falę okrutnych prześladowań. To wtedy właśnie zarządzono zburzenie wszystkich pozostałych w Japonii kościołów. We wrześniu 1622 roku zostało spalonych na stosie 25 katolików, w tym 9 jezuitów, 6 dominikanów oraz 4 franciszkanów. Przed swoją egzekucją wszyscy oni musieli być świadkami ścięcia ok. 30 innych pobożnych ludzi. Przebywający w tym samym czasie w Japonii angielski żeglarz, jednocześnie bliski przyjaciel i partner biznesowy, Adamsa, Richard Cocks, widział w Kioto „55 chrześcijan umęczonych podczas jednej egzekucji, między innymi pięcio- i sześcioletnie dzieci, płonące na stosie w ramionach swoich matek i krzyczące ‘Jezu, przyjmij nasze dusze!’”. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że już po śmierci Szoguna, to nie kto inny jak Cocks poszedł razem z Adamsem w odwiedziny do japońskiego admirała Mukai Shogena Tadakatsu, który mieszkał w pobliżu rezydencji Adamsa, by omówić z nim plany inwazji na katolickie Filipiny, należy podejrzewać, że on o tych płonących dzieciach opowiadał bardziej z satysfakcją w oku, niż smutkiem. Jak głosi zresztą zapisana historia, to właśnie angielscy kupcy doradzili Szogunowi, który sam o Jezusie wiedział mało, lub bardzo niewiele, że najlepszym sposobem na łamanie kręgosłupów katolikom będzie zmuszanie ich torturami do podeptania krzyża.
      Adams zmarł w Hirado, na północ od Nagasaki, 16 maja 1620 roku w wieku 55 lat. Pochowany został w Nagasaki i to tam można dziś jeszcze zobaczyć tablicę z jego nazwiskiem. Japończycy od samego początku robili wszystko, by pamięć o Adamsie trwała. Ponieważ Adams miał tam dom, Edo, a więc dziś dzielnica Tokio znana jako Nihonbashi, otrzymała po jego śmierci nazwę Anji-chō. Tam też jest on uroczyście wspominany 15 czerwca każdego roku. Wioska i stacja kolejowa w miejscowości o nazwie Anjinzuka, gdzie miał kolejny majątek i gdzie dziś wznosi się miasto Yokosuka, również zostały nazwane na cześć Adamsa. Każdego roku, 10 sierpnia, w mieście Itō organizowany jest festiwal o nazwie Miura Anjin, tak by upamiętnić zasługi jakie dla Japonii miał William Adams. Tam też wzniesiono jego pomnik. Obok pomnika znajduje się tablica z wygrawerowanym wierszem autorstwa niejakiego Edmunda Blundena pod tytułem „Do mieszkańców Ito”. W rodzinnym mieście Adamsa, Gillingham, każdego roku we wrześniu odbywa się tak zwany Will Adams Festival. Tam też, na Walting Street znajduje się pomnik Adamsa, odsłonięty w roku 1934 przez ambasadora Japonii, Tsuneo Matssudaira.
      Dziś czasy są już inne, więc ani Brytyjczycy nie organizują rzezi katolickich misjonarzy, ani też Japońskie władze nie widzą powodu, by walczyć z zamieszkującymi Japonię wyznawcami Chrystusa. Zarówno Londyn, jak i Tokio, należą do stolic świata cywilizowanego, a jeśli gdzieś wciąż dochodzi do szyderczych ukrzyżowań bohaterskich księży, to w bardziej dzikich rejonach świata i nawet jeśli Korona i Cesarz mają tam coś do powiedzenia, to jest to temat na zupełnie oddzielną historię.



Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl, gdzie poza wspomnianym numerem „Szkoły Nawigatorów”, z którego pochodzi powyższy tekst, są do kupienia i moje książki. 

środa, 3 stycznia 2018

Czy japońscy szogunowie pójdą do nieba?

       Ja wiem, że jest już na to trochę późno, ale tak się stało, że dopiero teraz miałem okazję obejrzeć najnowszy film film Martina Scorsese „Milczenie”. Ponieważ jednak mam bardzo ponure wrażenie, że Scorsese – reżyser wybitny i zasłużony – nie mogąc sobie poradzić ze swoją wiarą, po raz kolejny po „Ostatnim kuszeniu Chrystusa” próbuje zamieszać nam w głowie, czuję, że powinienem powiedzieć na temat owego filmu parę słów. A daję słowo, że nie jest mi łatwo. Przede wszystkim, trzeba przyznać, że sam film o męczeństwie katolików w XVII-wiecznej Japonii stanowi wartość zdecydowanie dodaną. Jestem bowiem przekonany, że wciąż jest wokół nas zbyt wiele osób, dla których hasło „japońscy męczennincy” stanowi taką samą egzotykę, jaką pozostaje dla większości z nas sama ta cholerna Japonia, i, moim zdaniem, to, że ktoś taki jak Scorsese właśnie postanowił zwrócić uwagę na owo męczeństwo, to gest nie byle jaki.
      Drugie co uważam tu za istotne, to fakt, że ten akurat film – niemal na pewno głównie ze względu na swoją treść – już dziś jest traktowany przez światową krytykę jako nawet jeśli nie artystyczna porażka wielkiego reżysera, to dzieło kompletnie pozbawione znaczenia. A to jest oczywiście wyjątkowa niesprawiedliwość, bo film Scorsesego to kawał bardzo dobrego kina, fantastycznie sfilmowany, świętnie zagrany i przed wszystkim bardzo poruszajacy.
      A teraz, skoro powiedziane zostało to, co powiedzine być musiało, czas na coś, co tym bardziej się nam powiedzieś należy. Otóż trudno sobie wyobrazić coś tak, zarówno historycznie, jak i moralnie, załganego. Mamy więc ową Japonię z jej setkami tysięcy świeżo nawróconych przez hiszpańskich i portugalskich misjonarzy chrześcijan, którzy dotychczas w żaden sposób nikomu, a zwłaszcza japońskim szogunom, w najmniejszym stopniu nie przeszkadzali, gdy oto nagle, nie wiadomo skąd i dlaczego, rusza cała fala najbardziej okrutnych prześladowań, gdzie chrześcijanie giną jak muchy, a wszystko to rzekomo w imię obrony przed obcą religią. I nie łudźmy się, że z filmu Scorsesego dowiemy się cokolwiek ponad to, że tak to się jakoś ułożyło, że szogunowie zwyczajnie już tej obcej agresji nie wytrzymali. Nie ma ani słowa o tym, że owo męczeństwo zostało w pierwszej kolejności zorganizowane i sprowokowane przez angielskich i holenderskich kupców, którzy w ramach pamiętnej handlowej ofensywy Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej postanowili wyprzeć ze wschodnich rynków Hiszpanię i Portugalię właśnie, wraz z ich religią i kulturą, i że metody, jakie zarówno Anglicy jak i Holendrzy stosowali, by przejąć ten rynek, nie znały granic. O tym jednak z filmu Scorsesego nie dowiemy się jednym słowem, wręcz przeciwnie, w pewnym momencie nawet któryś z owych japońskich oprawców jednym tchem wymienia Hiszpanów, Portugalczyków, Holendrow i Anglików, jako agresorów.
      Jeszcze gorzej być może jest, gdy chodzi o kwestie ściśle religijne. Oczywiście, my bardzo dobrze wiemy, że zarówno pobożni Japończycy, jak i katoliccy ojcowie, cierpiący najbardziej okrutne prześladowania pozostają tu od początku do końca całkowicie niewinni, niemniej nad tym wszystkim wciąż rozbrzmiewa kompletnie pozbawiona sensu debata na temat tego, czy naprawdę warto było? Czy warto było przyjeżdżać do tej Japonii i budować tam coś, dla czego tam nigdy nie było miejsca, czy warto było się tak nakręcać i czy wreszcie warto było oddawać życie w tak starasznych męczarniach tylko po to, by dać świadectwo, podczas gdy Jezusowi tak naprawdę żadne swiadectwa nie są potrzebne, bo On i tak najlepiej zna nasze serca? I ja oczywiście rozumiem sens tego typu debaty, pod jednym wszakże warunkiem: że ona nie została wymuszona podczas niewyobrażalnych wręcz torur. A tu jest tak, że siedzą naprzeciwko siebie Rodrigues i Ferreira, jeden strasznie pewny swego, bo ma za sobą piekło prawdziwego bólu, a drugi pełen wątpliwości, bo owo piekło ma dopiero przed sobą, strasznie mądrze debatują na strasznie mądre kwestie życia i śmierci, i żadnemu z nich Scorsese nawet nie pozwoli wspomnieć, że cała ta rozmowa nie miałaby miejsca, gdyby nad tym wszystkim nie zawieszono strachu przed bólem i śmiercią.
      Z tego co słyszę, wielu z nas jest szczególnie oburzonych rzekomymi słowami Jezusa, jakie zdaje się słyszeć podczas swojej dramatycznej modlitwy Rodrigues, kiedy to Jezus właśnie tłumaczy mu, że męczeństwo nie ma sensu, bo liczy się tylko to, co jest w sercu, że nawet jeśli człowiek się Go zaprze, to zawsze może uzyskać wybaczenie. Otóż to akurat mnie się bardzo podoba. To akurat dla mnie stanowi wartość filmu Scorsesego. Gdybym miał określić, co tak naprawdę stanowi to co w nim jest cenne, to bym powiedział, że jest to owa afirmacja Bożego Miłosierdzia. Nawet gdyby jego pierwszą demonstrację stanowił wątek owego wciąż na zmianę grzeszącego i błagajacego o przebaczenie człowieka, o którym do końca nie wiemy, czy on tak naprawdę był zły, czy dobry. I tu akurat, jako niezwykle znamienną, odczytuję reakcję na film Scorsesego ze strony liberalnej krytyki. Oni z jednej strony obłudnie chwalą Scorsesego za to, że stworzył film, który pokazuje, że tak naprawdę nie ma znaczenia, czy człowiek Imię Jezusa będzie wymawiał ‘Son’, czy ‘Sun’, bo ważne jest tylko to, czy wierzy... a z drugiej jednak, tak na na wszelki wypadek, wolą o nim jak najszybciej zapomnieć.
      Tak. To zdecydowanie jest coś, co daje nadzieję, choć z drugiej strony, jak wiemy, obok Dobrego Boga i Miłosiernego Jezusa, jest jeszcze  Duch Święty, który, jak wiemy źle znosi zuchwale ufających. Pamiętajmy o tym, oglądając jak najbardziej religijny film Martina Scorsese.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Serdecznie polecam.


środa, 16 marca 2011

Jak daleko do Japonii, jak blisko

Okropny jest ten widok ogarniętej klęską żywiołu Japonii. Tak bardzo z jednej strony – dzięki dobrodziejstwom nowoczesnej techniki i komunikacji – spektakularny, a jednocześnie, przez obraz tych oszalałych z rozpaczy, bezradnych do końca świata ludzi, tak okropnie przytłaczający. No i oczywiście ten rozmiar zniszczeń, gdzie samochody, statki, pociągi, ciężarówki, domy i ludzie, gdzie to wszystko robi wrażenie makiety, dziecięcej budowli z klocków, a przez to czegoś kompletnie nierzeczywistego. I wtedy, w momencie gdy sobie uświadomimy, że to są jednak są prawdziwe pociągi, prawdziwe domy, prawdziwe samochody, a w nich prawdziwi ludzie, i że ich jest tak strasznie dużo – można poczuć szacunek dla… no właśnie… szacunek dla czego? A może dla Kogo? I wtedy dopiero można zrozumieć, ze nie ma co podskakiwać. Nie ma co podskakiwać.
Wcześniej oglądaliśmy tragedię Haiti. Oczywiście, widok był straszny. Te zasypane nieszczęściem, śmiercią i bólem slumsy. Te kobiety w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni, z wytrzeszczonymi oczami chłopcy, snujący się bez sensu po tych ruinach. Wciąż widzę te kobiety w kolorowych sukienkach. A później te wiadomości o chorobach, o kolejnych zgonach, o grabieżach i o powszechnym zdziczeniu. I o tej pomocy międzynarodowej, tak bzdurnej i pustej i beznadziejnej. I o tych niby-dobroczynnych koncertach, służących wyłącznie temu, żeby parę schodzących gwiazd mogło się jeszcze raz pokazać. No i żeby Bob Geldof i Bono mieli swoją kolejną sesję. Jednak patrzę na to Haiti i po pewnym czasie już jestem spokojny. I myślę, że tu właściwie zawsze mniej więcej tak właśnie było. Właśnie tak. Te biedne dziewczyny w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni chłopcy o czarnych oczach. Z jakiegoś powodu, ta Japonia, mimo wszystko robi większe wrażenie. Ciekawe przez co? W końcu to jest klęska, która swoim rozmiarem nawet nie dorównuje Haiti. Czy to te samochody? Czy może te statki? To lotnisko niknące pod czarną, brudną wodą? Czy tak wygląda Apokalipsa?
Przecież mieliśmy Pakistan. Ale Pakistan – wiadomo. Nawet za bardzo nie ma na co patrzeć. Pola. Rozlegle, niekończące się pola, zatopione po horyzont. Nic. Nawet nie ma jak się na tym obrazie skupić. Żeby choć jeden mały samolocik wbity w kolorowy budynek. Jedna ciężarówka wyrzucona na drzewo. Jeden jacht wypłukany przez fale na brzeg, i dalej na jakąś autostradę. A tu tylko woda, i gdzie niegdzie jakieś ciało.
Ta Japonia zdecydowanie robi wrażenie. I jeszcze do tego widzimy wciąż te elektrownie, jak nam mówią, bardzo poważnie uszkodzone, i unoszący się nad nimi dym… cholera wie, co to za dym. Na tym horyzoncie – one muszą być na horyzoncie, bo bliżej się podejść nie da – widzimy te elektrownie, wznoszące się i rozciągające się tak monumentalnie w tej mgle. A pod spodem żółty, lub czerwony pasek, z kolejną informacją, która i tak nie mówi nam nic, co byśmy tak naprawdę rozumieli.
My ludzie wierzący, czy może tylko przesądni – a już zwłaszcza ci z nas, którzy mają w sobie to dziwne, nieznośne pragnienie z jednej strony sprawiedliwości, a z drugiej wyjaśnienia, czemu jej tak wciąż brakuje – mamy w sobie taką skłonność, by tego typu nieszczęścia tłumaczyć właśnie pod kątem tego pragnienia sprawiedliwości. A więc mówimy, że to wreszcie Dobry Bóg się zniecierpliwił i postanowił walnąć pięścią. No ale czemu akurat w Japonię? Czyżby z powodu tego jednego obłąkańca, który wziął oficjalny ślub ze swoim telefonem komórkowym? Czy może przez te dziewczynki, które stworzyły słynną na cały świat fotkę dziecka w podkolanówkach i w krótkich spódniczkach z kolorowym lizakiem w dłoni? A może przez te sztuczne, elektroniczne zwierzęta? Diabli wiedzą, o co mogło pójść?
No, ale biedne Haiti? Czyżby poszło o te czary. To voodoo? A to może w takim razie to wszystko dzieło Szatana, podczas Bóg Miłosierny tylko patrzy i smutny milczy? A ten Pakistan? A Australia?
Ktoś gdzieś niedawno napisał, że to wielkie szczęście, że mieszkamy w środkowej Europie, tu nad Wisłą, gdzie ani trzęsienia ziemi, ani powodzie, ani tajfuny, ani nawet skromny pożar lasów. Podtopienia. No tak, podtopienia mamy, ale rząd sobie z nimi sprawnie radzi; a jak nie rząd, bo jest akurat w Brukseli, gdzie jest jeszcze spokojniej, to lokalni burmistrzowie. No tak. Tu jest bezpiecznie. Wprawdzie ostatnio spadł jeden samolot z 96 ludźmi na pokładzie, i spadł tak, że został z niego wyłącznie krwawy, ubłocony strzęp, i mały kawałek białoczerwonej szachownicy. Ale poza tym – zakupy i kopulacja. W sumie, jak by nie patrzeć, to nie jest wcale taki najgorszy bilans. A może my po prostu jesteśmy Bogu mili, a Szatanowi obojętni? W dodatku wiosna taka piękna.
Jest w tym tylko jedna rzecz, która nie daje spokoju. To tu to tam, wciąż słychać, jakby ktoś się śmiał. Co to za, cholera jasna, śmiech? Kto to tak się śmieje? Co to za rechot? Czyżby to tylko śmiech Szatana? Dochodzący do nas oczywiście z dalekiej Japonii – tam może i bardzo głośny i świszczący, ale tu ledwo słyszalny. No tak. To pewnie stamtąd. To ich diabeł, nie nasz. A że słychać? Czemu nie? W końcu to prawda, że z Japonii do Warszawy całe tysiące mil, ale na przykład już takim samolotem, to trzask, prask i już.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...