Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 września 2011

Gdy śmierć przestaje być pop

Wczoraj media podały informację o śmierci Pauliny Pruskiej. Domyślam się, że na mieszkańcach mojej wsi, jeśli w ogóle do nich dotarła, wiadomość ta nie zrobiła większego wrażenia, natomiast na mnie osobiście – owszem. Otóż ja przede wszystkim wiem, kim była owa Paulina, a mogę nawet powiedzieć, że raz miałem ją okazję zobaczyć realnie, kiedy odbierała nagrodę za swój blog. Pamiętam ją z dwóch powodów. Przede wszystkim, kiedy ona szła w stronę sceny, wszędzie wokół słychać było szept „Patrz, to ta Paula. No wiesz, ta chora na raka”. Poza tym – dla mnie może nawet bardziej – ona wyglądała przepięknie. Była śliczna i kolorowa Dziś Paulina Pruska już nie żyje i w ogóle nie ma już o czym gadać. Ona umarła i przed tą śmiercią nie uratował jej ani jej blog, ani jej popularność, ani przyjaźń ludzi znanych i majętnych, ani nawet najbardziej zaawansowane zdobycze światowej medycyny. A więc, powtarzam – nie ma w ogóle już o czym gadać.
Tak się jednak składa, że jest pewien rodzaj śmierci, który przykuwa uwagę zarówno mediów, jak i całej popularnej kultury, a, co za tym idzie, szeroko pojętej publiczności. Tak było kiedyś w przypadku pewnej siatkarki, tak jest dziś w przypadku Pauli i jej – popularnego niemal tak jak ona sama – „pana Śmieciucha”. Obejrzałem wczoraj reportaż w TVN24 poświęcony walce Pauliny Pruskiej z nowotworem, no i tej jej ostatecznej w tej bitwie porażce. Reportaż tak typowy, jak typowe jest wszystko co powstaje w dzisiejszym przekazie popularnym. A więc były czarnobiałe zdjęcia, był kompletnie pusty, pozbawiony jakiegokolwiek już nawet nie przesłania, ale treści, komentarz, była niezwykle znacząca sesja filmowa – skierowana zapewne pod adresem bardziej inteligentnych telewidzów – kiedy to Paulina Pruska próbuje chodzić po morskim falochronie, ale jej się oczywiście ta sztuka nie udaje i wciąż spada do wody, no i – jak najbardziej – był Zbigniew Hołdys, który, jak się nagle okazuje, nie tylko potrafi życzyć ludziom śmierci, ale również zdrowia i w tym zdrowiu życia. Wiemy więc już wszystko. Paulina Pruska była młoda, piękna, chciała bardzo żyć, wszyscy ją kochali, no i umarła. I nie ma już o czym dłużej gadać.
Skoro jednak wszyscy jesteśmy już w nastroju tak bardzo podniosłym, a nasze serca osiągnęły poziom wrażliwości, który praktycznie oczyszcza nas z wszelkich wcześniejszych grzechów, chciałem powiedziec parę słów na temat innej śmierci. Śmierci nędznej, i nieciekawej, jak jasna cholera. Śmierci człowieka brzydkiego. Tak się złożyło, że parę ostatnich dni spędziłem u siebie na wsi, tam gdzie, jak mówię, wieści o kimś takim jak Paula i jej nowotwór nie docierają.
Nie wiem, czy już kiedyś o nim nie wspominałem, ale możliwe, że nie. Otóż na tej mojej wiosce mieszka pewien pan Bolek. Pan Bolek ma już 90 lat, z pochodzenia jest autentycznym Nadberezeńcem i mam wrażenie, że pod wieloma względami jest znacznie sprawniejszy choćby i ode mnie. Pan Bolek jest osobiście człowiekiem bardzo porządnym i uczciwym, a przez to, że ma za sobą te wspomniane już 90 lat życia, stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy przeróżnej. Co ja mówię, wiedzy! Pana Bolka wystarczy posłuchać, jak opowiada o latach spędzonych w wojsku w Bielsku-Białej i o tym, co z nim wówczas robiły miejscowe dziewczęta. A trzeba nam wiedzieć, że on był żołnierzykiem niezwykle urodziwym.
Pan Bolek osobiście nie pije i nigdy nie pił więcej niż przeciętny człowiek. A można wręcz powiedzieć, że jeśli o to idzie, on się zawsze utrzymywał poniżej przeciętnej. Tak się jednak zdarzyło, że miał pan Bolek syna imieniem Janek, który od swojej wczesnej młodości był zwykłym, wiejskim pijakiem. Mieszkał ów Janek całe życie ze swoim ojcem, nigdy szczególnie nie zarabiał na życie, upijał się codziennie, a za to że pan Bolek oddawał mu część swojej emerytury i płacił za niego tak zwany KRUS, ten traktował go dobrze, przynosił do domu złowione akurat w Bugu ryby, gotował dla niego i pomagał mu ile mógł w domu. Ciekawa sprawa z tym KRUS-em. Opowiada mi pan Bolek, że on płacił za Janka to ubezpieczenie nie na wypadek choroby, czy pobytu w szpitalu, bo Janek miał to do siebie, że nawet jeśli chorował, to nie na tyle, by dać się zaciągnąć do szpitala, ani nawet na tyle, by o tej chorobie komukolwiek cokolwiek wspominać. Pan Bolek opłacał za swojego syna KRUS na wypadek jego śmierci, bo to przecież każdy wie, ile taki pogrzeb kosztuje, a człowiek znowu jakimś milionerem nie jest, co nie?
Jak się może już niektórzy domyślili, Janek zmarł, a ja tylko dodam, że zmarł całkiem niedawno, ledwo zeszłej zimy. I to wódka go zabiła. Ponieważ z panem Bolkiem jesteśmy niezwykle zaprzyjaźnieni, a w dodatku szczycę się tym, że on mnie lubi niemal tak samo bardzo jak ja jego i możemy sobie rozmawiać swobodnie o wszystkim, zapytałem go jak to się stało, że Janek zmarł, no i w ogóle, jak on to przeżył, a on mi wszystko bardzo dokładnie opowiedział. Janek chorował oczywiście od dłuższego już czasu, zachowując jednak, zgodnie ze swoim charakterem, kłopoty tylko dla siebie, natomiast śmierć zabierała go od nas przez około tydzień. I opowiada mi pan Bolek, jak to on zaszedł któregoś dnia do domu, Janek leżał bardzo już słaby w łóżku i pan Janek spytał go jakoś tak: „Co byś chciał, Janeczku, żeby ja ci przyniósł?” Na co Janek odpowiedział: „Nic nie chcę, Tatuniu, tylko tak mnie strasznie tu pali, że ja by chciał się napić zimnego piwka”. Pan Bolek poszedł więc do sklepu, kupił Jankowi dwie puszki piwa, no ale niestety sytuacja była już tak rozpaczliwa, że biedny Janek nie był w stanie nawet wypić z tego piwka więcej niż parę łyków. Później tylko jeszcze zdążył powiedzieć swojemu ojcu, że on wie, że to wszystko przez tę wódkę. A parę dni później pan Bolek zobaczył, że Janek jest jeszcze słabszy, zapalił więc gromnicę i tak już tylko przy nim siedział. I w pewnym momencie Janek powiedział tylko „Odchodzę”. I umarł. Właśnie tak. Powiedział, że odchodzi i od razu umarł.
Pan Bolek opowiada mi, jak to on każdego ranka tak bardzo płacze za swoim synem, że mu już na resztę dnia łez nie starcza. Ale cieszy się z jednego powodu. Że odkładał na ten KRUS, a jednocześnie też co miesiąc wkładał jakąś tam sumę do szuflady. A więc kiedy Janek umarł, on mógł bez problemu zapłacić za pogrzeb, a teraz właśnie jeszcze dostał zwrot tych pieniędzy od państwa. Więc będzie miał też gotówkę, kiedy sam umrze.
Opowiadam te historię, i oczywiście mam poczucie, że obraz, jaki ona niesie, nie jest w żaden sposób fascynujący w taki sposób, w jaki przyzwyczailiśmy się traktować to słowo. No bo cóż jest fascynującego w tym, że gdzieś, w jakiejś zapadłej dziurze na Podlasiu, jakiś najstarszy na świecie wieśniak pochował swego syna pijaka? Cóż jest fascynującego w tym, że zmarł jeszcze jeden pijak, zwłaszcza taki, który nie był ani artystą, ani pisarzem, ani nawet lokalnym bohaterem? No dobra. Zgodzę się, że to końcowe „odchodzę” może robić pewne wrażenie. Jednak nie ulega wątpliwości, że przy tym całym brudzie i przy tej szarości, no i jeszcze przy tym niewątpliwym smrodzie końca lata, czy środku zimy – obojętne – na wiejskim podwórku, jakoś trudno jest się wzruszać.
Dla tych więc, których wrażliwość wymaga czegoś specjalnego – ale też, przyznać muszę, i dla tych, którzy są wrażliwi tylko ot tak sobie – mam na koniec coś zupełnie ekstra. Otóż podczas tego samego mojego pobytu na wsi, miałem okazję spędzić znaczną część czasu z dwoma kotami. Były to koty malutkie i tak słodkie, jak tylko można sobie wyobrazić dwa małe, rude, słodkie kociaki. Nie wiem, skąd się one wzięły, ale z całą pewnością urodziły się bardzo niedawno i z jakiegoś powodu spodobało im się zamieszkać na naszym ganku. Spędzały sobie one swoje dnie i noce głównie na tym ganku, co nie znaczy oczywiście, że od czasu do czasu nie wychodziły pomyszkować sobie po okolicy. A zatem niekiedy znikały, by jednak zaraz wrócić. Któregoś dnia przyszedł jeden i położył się pod ławką. I nagle za nim pokazał się drugi, jednak z jakiegoś powodu nie szedł, lecz się czołgał w jakiś przedziwny sposób, kręcąc się przy tym jak bąk wokół swojej osi i przypominając – zupełnie nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy – tego kalekę z wiersza Leśmiana, który zamiast chodzić skakał. Prześlizgnął się jakimś cudem przez siatkę w płocie i od razu położył się na trawie. Zmartwiłem się tym widokiem okrutnie, obróciłem się do Ani i mówię jej: „Popatrz. On jest cały połamany”. Spojrzeliśmy, a jego już nie było. Szukaliśmy go dookoła, ale już go nie znaleźliśmy.
Mądrzy ludzie mówią, że kiedy zwierzę umiera, odchodzi, i chowa się tak głęboko, by umrzeć w samotności. A ja jakoś to rozumiem. Bo umieranie, to z całą pewnością zawsze – i na zawsze – samotność. I nie zmienią tego ani pochyleni nad nami ze świecami bliscy, ani tym bardziej wpatrzone w nasze spierzchnięte wargi kamery telewizji. Tylko oczy gwiazd. I to gwiazd w sensie podstawowym, a nie przenośnym.
Jeśli kogoś ten tekst nastroił refleksyjnie i uważa, że czas przeznaczony na jego przeczytanie nie został stracony, bardzo zachęcam do kupowania książki o siedmiokilogramowym liściu, i o korzystanie z podanego obok numeru konta i zasilanie tego bloga, a przy okazji nas tu na miejscu. Dziękuję.

niedziela, 8 marca 2009

O damach, chamach i czerwonych goździkach

Lubię święta. Nawet bardzo. Kiedy myślę o świętach – na przykład wielkanocnych – robi mi się ciepło na sercu i na duszy. I nawet jeśli jedynym skojarzeniem, jakie mnie nawiedzi, będzie to jajko i ten baran wśród zielonych liści, i tak uważam, że jest to coś, czego akurat mi nikt nie odbierze. Jest to uczucie do tego stopnia sympatyczne, że w takich chwilach nawet zaczynam sobie wierzyć, że będę żył jeszcze bardzo długo i szczęśliwie. Nie każdy jednak dzień świąteczny jest mi tak miły i bliski. Weźmy takie Święto Kobiet. W wypadku tej uroczystości czuję obojętność, a jeśli nie obojętność, to najwyżej lekkie rozbawienie. Natomiast w kwestii skojarzeń, to oprócz Związku Radzieckiego i Walentyny Tiereszkowej, pod moją czaszką pojawia się wyłącznie goździk, ewentualnie zielona szmata na stole. Tak już mam i – biorąc pod uwagę mój posunięty już wiek – tak pewnie zostanie.
Całe szczęście, że każda z trzech kobiet z którymi mieszkam, jak sądzę, podziela moje w tej kwestii emocje. W tej sytuacji, ani ja ani mój syn, nie musimy się rok w rok wygłupiać, a i one – jestem przekonany – gdybyśmy któregoś dnia wystartowali do nich z tym kwiatkiem, zareagowałyby podobnie jak na szklankę wody na głowę w śmigusa dyngusa. Czyli wrogo.
Nie znaczy to jednak, że kwestia walki płci, czy ogólnie losu kobiet, a tym bardziej wielkości kobiet jest mi w jakikolwiek obojętna. Mam na ten temat swoje osobiste przemyślenia i zawsze jestem chętny się nimi dzielić. Ponieważ nie ma żadnego powodu, żebym miał ten swój blog traktować jak oblężoną twierdzę, i w ten sposób lekceważyć uczucia i emocję tej części moich czytelników, które są mi obce, postanowiłem dzisiejszy mój wpis poświęcić jednemu tylko tematowi. Mianowicie kobietom. Proszę uprzejmie. Ponieważ – jak już wspomniałem niejednokrotnie – od wielu, wielu lat, każdy mój dzień wypełniony jest, często aż zanadto, towarzystwem kobiet, nie mam innego wyjścia jak nieustannie o kobietach myśleć. Na ten właśnie szczególny dzień, przygotowałem dwie niezwykle, moim zdaniem, interesujące refleksje. Pierwsza z nich dotyczy lata, wakacji, słońca i cudownych wiejskich klimatów. Otóż każdego roku, ja i dzieci jeździmy na wieś do mojej cioci. Ponieważ rodzina z tamtej strony jest bardzo duża, w naszym wiejskim, wakacyjnym domu jest nieustanny ruch i cudowny chaos. Jest przy tym też tak, że po męskiej stronie panuje nieprzytomne lenistwo, natomiast po stronie żeńskiej równie nieprzytomna bieganina. Jest więc też tak, że w piękne dni mężczyźni siedzą na werandzie, ględzą o wszystkim i o niczym, natomiast kobiety jeśli nie uganiają się za dziećmi, to szykują przez pół dnia obiad.
I o tym obiedzie chciałem parę słów tutaj. Siedzimy więc my, jak ci tępi, schamiali wieśniacy na ganku i pieprzymy trzy po trzy, a w kuchni kobiety obierają ziemniaki, skubią fasolę, kroją pomidory, cebulę, ogórki, jednocześnie – jak już wspomniałem – uganiając się za dziećmi, zmuszając je, żeby coś zjadły. Przychodzi pora obiadu i wtedy któraś z dziewczyn przynosi nam pod pysk żarcie. My to jedzenie zjadamy, po czym któraś z nich zabiera nam talerze i zanosi do kuchni i wtedy któraś inna z nich te nasze uświnione naczynia myje. I tak wygląda każdy dzień.
Ja w tej sytuacji, ponieważ zostałem przez Toyahową odpowiednio wyćwiczony, czuję się dość nieswojo. Niemniej jakoś się staram przystosować. Gorzej ze Starszą Toyahówną. Ona tych obyczajów po prostu nie akceptuje. Ile razy musi znosić uczestnictwo w tym procederze, złości się i nieustannie narzeka. I wcale nie chodzi jej o to, że ona musi obierać kartofle, a na przykład Toyah junior, albo ja zbijamy w tym czasie bąki. Nie. Szczerze powiedziawszy, ona tam w kuchni też nie za bardzo ma co do szukania, bo z jakiegoś powodu ile razy chce iść pomoc, to natychmiast zostaje przepędzona. Albo dlatego, że jest gościem, albo ponieważ któraś z miejscowych dziewcząt nagle uzna, że ona się nie nadaje. Toyahówna się piekli wyłącznie dlatego, że jej zdaniem cała ta sytuacja jest chora, niesprawiedliwa i bezwzględnie skandaliczna.
Nie zmienia to faktu, że kiedy ona i młodszy Toyah idą na zakupy, to kiedy wracają wszystko niesie on, bo ona w tym czasie je loda i ma zajęte ręce. Faktem też jest, że od rana do wieczora, każdy mężczyzna jaki się kręci po tym domu jest od rana do wieczora opieprzany za dokładnie wszystko i nie ma żadnych szans na normalną rozmowę, bo jak spróbuje, to będzie jeszcze gorzej. Mało tego – od czasu do czasu każdy z nich nagle dostaje jakieś ekstra zlecenie, które musi zrealizować natychmiast. A więc albo musi naprawić dach, albo coś przyczepić, albo coś wykosić, albo coś odkręcić, lub wykręcić, albo wsiąść w samochód i pojechać gdzieś natychmiast, żeby kogoś przywieźć, albo kogoś gdzieś zawieźć. W efekcie jest tak, że tak naprawdę wszyscy się jednocześnie męczą i jednocześnie są bardzo szczęśliwi, z wyjątkiem może mojej skromnej osoby i młodszej Toyahówny, którzy jesteśmy wyłącznie szczęśliwi. Ja mam dobrze, bo Toyahowa na ogół w tym czasie siedzi w Katowicach, więc nikt ode mnie nic nie chce, a moja młodsza córka też nie narzeka, bo ma wszystkich w nosie i w większości przypadków i tak niczym się nie przejmuje.
Oto moja pierwsza refleksja na temat losu kobiet we współczesnym świecie. Druga dotyczyć już będzie sytuacji o wiele bardziej cywilizowanych i świata o wiele nowocześniejszego, niż ta stara chałupa gdzieś daleko, gdzie Europa dociera tylko przez telewizor. Już jakiś czas temu zauważyłem bardzo interesujące zjawisko. Otóż ile razy widzę na ulicy chłopca i dziewczynę, tworzących tak zwaną parę, dziewczyna niemal za każdym razem jest wystrojona, umalowana, uczesana, wesoła, natomiast jej kawaler wygląda nieodmiennie jak ostatnie nieszczęście. Na tyłku ma najczęściej jakieś wyleniały dres, na łbie najstarszą na świecie czapkę z daszkiem, a na twarzy taką minę, że lepiej dla niego byłoby w ogóle nie wychodzić z domu. Co jeszcze ciekawsze, dziewczyna, nawet jeśli nie jest jakąś szczególną gwiazdą, w swój ogólny wygląd wkłada tyle zaangażowania, że zawsze wygląda jak kobieta. Odwrotnie jej chłopak. On, raz że robi wrażenie jakby wygląd się zupełnie nie liczył, to jeszcze całym swoim zachowaniem, wręcz całą swoja obecnością udowadnia, że nawet za bardzo nie jest mężczyzną. A już na pewno nie kimś, kto potrafi tej dziewczynie zapewnić podstawową opiekę.
Zawsze się zastanawiałem, dlaczego tak to się poukładało. Kiedy chodziłem do szkoły, dziewczyny wyglądały ładnie, zachowywały się jak dziewczyny i wiadomo było, ze jeśli któryś z nas chce mieć w ogóle szanse na to, że któraś z nich zwróci na niego uwagę, to też musi prezentować podstawową staranność, a już na pewno nie powinien cuchnąć. Dręczyła mnie ta zagadka do czasu, gdy w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że ten dziwny kształt jest bardzo dokładnym odzwierciedleniem stanu, który obowiązuje w świecie, że tak powiem, oficjalnym. Nagle zdałem sobie sprawę z faktu, że choćby w telewizji nie ma absolutnie żadnych zasad co do prezencji występujących tam mężczyzn. Odbywa się jakaś debata i przychodzi zwykły menel – nieogolony, w rozchełstanej koszuli, z tłustymi włosami – i nagle okazuje się, ze to jest jakiś poważny dziennikarz, czy ekspert od ważnych spraw. Oglądam telewizyjny program, gdzie przy stole siedzi kilku bardzo ważnych panów i jeden z nich jest ewidentnie niedomyty, drugi obrzydliwie gruby, trzeci w stroju którego na ogół używa do pracy w garażu i żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że przed chwilą wyszedł z domu i znalazł się wśród ludzi. Dlaczego mnie ta sytuacja tak wzrusza? Z prostego powodu. Raz że w ogóle nie lubię tego typu tandety, a dwa, że w takich sytuacjach zawsze myślę o kobietach. Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby jakakolwiek z dam, czy to dziennikarka, czy to polityk, czy to feministka, czy działaczka Samoobrony, czy w ogóle ktokolwiek, wykazała się tego typu brakiem świadomości, prawdopodobnie nie zostałaby wpuszczona do studia. Jestem pewien, że gdyby którakolwiek z pań, które oglądamy na co dzień na naszych telewizorach wyglądała tak jak Krzysztof Daukszewicz, Piotr Najsztub, Piotr Niemczyk, czy niektóre z moich ulubionych skądinąd gwaizd, kórych nazwisk tu nie wymienię (wszyscy wiedzą, a ja nie muszę przecież kalać własnego gniazda), to całe Szkło Kontaktowe zostałoby poświęcone najbardziej wymyślnemu szydzeniu z tej pani, a ludzie słaliby listy protestacyjne, że oni nie życzą sobie oglądać tego rodzaju obrzydlistwa.
Inna sprawa, że nie znam ani jednej kobiety, funkcjonującej publicznie, a prawdę powiedziawszy również niepublicznie, której by przyszło do głowy, żeby przed wyjściem z domu gdziekolwiek, nie popatrzeć choć przez moment w lustro. Przecież nawet posłanka Senyszyn wygląda tak jak wyglada nie dlatego, że jej na niczym nie zależy, lecz wręcz przeciwnie. Kolejna jednak sprawa jest taka, że obawiam się, że te wszystkie menele też patrzą w lustro. Tyle że oni patrzą w to lustro i myślą sobie; „Jest okay. Nie ruszać. Tak ma być”. I zupełnie niechcąco tworzą nowy styl i nową modę. I choćby przez ten swój grzech zasłużyli na niniejszy tekst.
Jaki więc jest morał z tej zupełnie niecodziennej, specjalnej dedykacji, którą przygotowałem specjalnie dla Was, które zaglądacie na mój blog? Chyba taki, że jakkolwiek nie patrzeć, to Wy zawsze jesteście o setki kilometrów do przodu. To Wy, wbrew wszystkim codziennym perypetiom, pozostajecie sobą. Silnymi, eleganckimi, zawsze na czasie kobietami. Niestety przy okazji, okazuje się, że tę poprzeczkę ustawiłyście zbyt wysoko, co szczególnie dla tych bardzo młodych nie tworzy zbyt ciekawej perspektywy.
Tak czy siak, z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, wszystkiego najlepszego!

środa, 23 lipca 2008

Z Unią Europejską przeciwko intelektualnemu barbarzyństwu!

Jak już tu gdzieś wspomniałem, znów mnie rzuciło na wieś, gdzie stopa młodych intelektualistów z miasta, jeśli postanie, to tylko przez pomyłkę. Myślałem przy tym, że skoro już tak się dałem oderwać od nowej cywilizacji, to i z Salonem kontakt będę miał tylko przez internet w telefonie.
Na szczęście, okazało się, że i tu nasza kochana Unia Europejska wyciągnęła do nas moherów pomocną dłoń i zafundowała wszystkim chętnym tzw. sieć.
Korzystam więc z tej okazji, żeby dokuczyć jak zwykle wszystkim tym, którym nawet przez myśl by nie przeszło, że któregoś dnia właśnie Unia Europejska przyłoży rękę do propagowania tak nieprzyzwoitych poglądów.
Szczerze powiedziawszy, może być jeszcze gorzej, ze względu na samo miejsce, z którego nadaję. Otóż moja wieś to Sławatycze nad Bugiem, które to miejsce, dzięki działalności jednego lokalnego wariata i interesom poza-lokalnych absolutnie nie-wariatów, może niedługo już zastąpić Jedwabne na mapie polskiej nienawiści.
O co chodzi? Mianowicie ostatnio, osoba znana lokalnej społeczności aż nazbyt dobrze, opublikowała artykuł, z którego wynika, że w Sławatyczach, w roku 1942, Niemcy, przy aktywnym udziale lokalnej społeczności wymordowali w ciągu zaledwie 3 dni tysiąc obywateli żydowskich. Informacja ta jest pod każdym względem tak głupia, jak głupi jest umysł tego dziwnego człeka, co nie zmieniło faktu, że śladem tych chorych kalkulacji, do Sławatycz zaczęli zjeżdżać goście z całego świata, żeby się rozejrzeć i ocenić sytuację.
Więc, jak mówię, jeśli sprawa okaże się hitem, to, że Unia Europejska w gruncie rzeczy umożliwiła mi to moje dzisiejsze pisanie, może być naprawdę śmiesznie.
Nie o tym jednak chciałem pisać. Powodem dla którego tu przyszedłem był wczorajszy wpis w Salonie niejakiego Ras Fufu, który wlazł wczoraj w nocy od razu na czołówkę SG, by z samego rana wylecieć z hukiem. Kiedy zobaczyłem ten tekst, wyglądało na to, że jego intelektualna potęga przykuła uwagę zaledwie 17 komentatorów, z których niemal wszyscy zastanawiali się jedynie nad tym, jak to się stało, że coś tak idiotycznego spotkało się z aż takim szacunkiem ze strony administracji.
Tekst był faktycznie wyjątkowo debilny, nawet jak na poziom, do którego zdążył nas autor przyzwyczaić. Do tego stopnia debilny, że pojawiły się podejrzenia, że Ras Fufu się najnormalniej w świecie upalił i odjechał. Ja jednak nie byłem szczególnie oburzony, raz ze względu na to, że uznałem, że administracja, umieszczając tekst tego nieprzytomnego rastafarianina na czołówce, po prostu się pomyliła, co przecież się zdarza, a po drugie, wśród komentarzy znalazłem dwa, które zainteresowały mnie z perspektywy czystej socjologii.
Za chwilę do tego wrócę. W tym punkcie chciałbym jednak przypomnieć pewien mój tekst, jeszcze sprzed miesięcy, o wykopywaniu taboretu. Mówiąc krótko, chodziło o to, że w obecnej sytuacji w Polsce nie ma szans na cywilizowaną debatę między zwolennikami PiS-u, a jego przeciwnikami, ponieważ ludzie, którzy nie znoszą Kaczyńskich, w swojej ogromnej większości, kierują się wyłącznie marzeniem, by znaleźć się któregoś dnia wśród tych, którzy będą wykopywać taboret na którym w ostatniej chwili swojego życia będzie stał jeden lub drugi Kaczor.
Jakakolwiek jest sytuacja, jakiekolwiek pojawiają się pytania, czy dylematy, przeciwnicy Prawa i Sprawiedliwości myślą tylko o jednym. Jak by to było pięknie, gdyby można było doczekać tego dnia!
Ludzie o tego typu umysłowości, trzymają się razem, napędzają się wzajemnie swoją nienawiścią, jak się spotkają na obcym terytorium rozpoznają się przy pomocy sobie tylko znanych znaków i haseł i – jak mówię – żywią się jednym marzeniem. Nie potrzebują dyskusji, nie potrzebują pytań. Oni będą w swej obsesji tkwić tak długo, aż się zmęczą i wrócą do swoich łóżek. Dokładnie, jak ci straszni mieszkańcy od Tuwima.
Wracam teraz do tekstu Fufu. To co wczoraj pojawiło się nocą na SG nie było – na ile oczywiście jestem w stanie ocenić – tekstem politycznym. Czysty bełkot człowieka, który wypalił bardzo dużo papierosów z marihuaną i gada. Tekst, którego nie ma sposobu, by skomentować w jakikolwiek merytoryczny sposób. Tekst nie wiadomo o czym, nie wiadomo po co napisany, bez żadnej wartości nawet na poziomie czystej literatury. Kompletna pomyłka.
Dlatego też większość komentarzy, wyrażających zdziwienie faktem, że tak niezwykły wykwit chorego umysłu został uznany, za zdarzenie realne, były jak najbardziej zrozumiałe. Ktoś się oburzał, że skoro on, to czemu nie ja, kto inny – dlaczego w dziale politycznym, kto inny – dlaczego tak wysoko. I ja, choć sam się za bardzo nie przejmowałem, bo raz, że znam twórczość tego upalonego lwa, a dwa, że – jak mówię – podejrzewałem pomyłkę w systemie, ten szok rozumiałem.
Nagle, jak grom z czystego nieba, wśród komentarzy pojawiło się dwóch salonowiczów, niejaki wartburg i pewna dama, która bywa wszędzie i stara się, by ją wszyscy lubili, którzy wykazali wielkie zainteresowanie tekstem Rasa Fufu. Wartburg napisał, że to dobrze poczytać coś lekkiego i takiego świeżego, natomiast rzeczona dama napisała komentarz merytoryczny (sic!).
Najpierw się zdziwiłem, ale już po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że wszystko jest jak najbardziej na swoim miejscu. Oni się po prostu rozpoznali w tłumie. Oni zobaczyli, że są wśród swoich i że cokolwiek by się działo, nic ich nie rozłączy.
I nieważne, co pisze ich brat w nienawiści. Nieważne, jakie myśli krążą wokoło, jakie idee. Nieważne też są opinie innych osób, nieważne argumenty. Ich – tych trzech kompanów – łączy jedno serce i jedna miłość, a tak długo, jak w swojej wspólnej perspektywie będą widzieć taboret i sznur, tak długo nic nie ma znaczenia.
Pisze więc dziś ten mój tekst z małej wioski na wchodzie Polski, z ufundowanej przez Unię Europejską, internetowej – nawet nie kawiarenki – lecz zwykłej świetlicy, żeby po raz kolejny zaapelować do moich przyjaciół w wierze: jeśli chcecie dyskutować – dyskutujcie, ale nie róbcie sobie większych nadziei. Po drugiej stronie macie plazmę. Plazmę ulepioną z nienawiści i szyderstwa. Tego się nie da przebić ani nożem, ani słowem. To po prostu musi któregoś dnia usnąć. Usnąć i już się nie obudzić.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...