Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Śląski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Śląski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2016

Czy Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego zmieni patrona?

Na słupach ogłoszeniowych i w paru innych jeszcze miejscach mojego miasta pojawiła się ostatnio duża czarna swastyka. To znaczy, nie sama swastyka, jednak na pierwszy rzut oka widać tylko tę swastykę i nic już poza nią. A wygląda to mniej więcej tak:


Kiedy przyjrzymy się jednak tej demonstracji z bliska, zobaczymy, że swastyka nałożona jest na twarz kobiety, całość stanowi zapowiedź przedstawienia teatralnego, przygotowanego przez Teatr Śląski w Katowicach, a zatytułowanego „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci”, natomiast kobieta na plakacie to Leni Riefenstahl, niesławna autorka filmów kręconych na zamówienie hitlerowskiej propagandy. I tu muszę od razu przyznać się do pewnego kompleksu. Otóż najnowsze doświadczenie każe mi bardzo mocno podejrzewać, że jeśli gdzieś w okolicy pojawiają się niemieckie napisy, lub nazistowskie znaki, to powody tego mogą być tylko dwa, albo jacyś lokalni miłośnicy powrotu Śląska do niemieckiej ojczyzny próbują przemycić drogą sobie symbolikę pod pretekstem uprawiania działalności kulturalnej, albo chodzi o to, by przy pomocy tych gestów realizować jakieś polityczne interesy na użytek sytuacji wewnętrznej. I tak, jeśli nagle w centrum miasta pojawia się kawiarnia o nazwie „Kattowitz”, lub w kioskach pokazują się gazety, których tytuły są pisane gotykiem, to ja wiem, że za tym stoją ciężkie antypolskie resentymenty. Jeśli w lokalnym wydaniu „Gazety Wyborczej” pojawia się napis „Juden raus”, to ja mogę zakładać, że oni w ten sposób prowadzą swoją zwykłą brudną politykę. Jeśli natomiast Teatr Śląski wystawia sztukę o Leni Riefenstahl i reklamuje ją wielką czarną swastyką, to pewne lokalne środowiska mają na oku oba te cele, a więc z jednej strony, skazić publiczną przestrzeń owym bliskim swojemu sercu niemieckim śladem, a z drugiej, ową swastyką zaatakować tych, których uważają za swoich politycznych przeciwników.
Wspomniałem o tym, że tego typu refleksje, w moim wypadku, są wynikiem pewnego kompleksu i ja faktycznie do pewnej części miejscowego towarzystwa jestem nastawiony niezwykle podejrzliwie. I nawet jeśli owej podejrzliwości nie jestem w stanie przekonująco uzasadnić, bardzo ją w sobie hołubię. W tym jednak wypadku, a więc gdy chodzi o tę swastykę na twarzy Leni Riefenstahl i całe to przedstawienie zapowiadane przez Teatr Śląski, czuje się całkowicie usprawiedliwiony, bo i ten smród jest tym razem wyjątkowo wyraźny, ale też jego źródło nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości. Oto niejaka Ewelina Marciniak, kobieta, która tę sztukę wyreżyserowała, udzieliła wywiadu portalowi polityka.pl i zapytana, czy w przedstawieniu będzie nawiązanie do polskiej współczesności, odpowiedziała:
„Ważnym elementem ideologii faszystowskiej była polityka kulturalna, o której dziś w Polsce tak głośno. A że opowiadam o Leni Riefenstahl i jej biografii, na pewno poruszę temat roli i odpowiedzialności artysty, postawię pytanie, czy artysta może być apolityczny i jak może stać się narzędziem w rękach władzy. To przede wszystkim jednak będzie opowieść o tym, jak społeczeństwo daje się zahipnotyzować i jak niewinne, urzędowe dyrektywy mogą prowadzić do eskalacji przemocy, krok za krokiem. Coś, co się wydaje niewinne i jest na to społeczne przyzwolenie, może się zamienić w coś bardzo niebezpiecznego. Historia powinna nas uczyć – nas Polaków, ale też ludzi w ogóle, bo nastroje prawicowe i nacjonalistyczne rosną dziś niemal w każdym zakątku świata”.
Mam nadzieję, że teraz wszyscy mamy znacznie pełniejszy obraz tego, co się tu nam szykuje. Oto Teatr Śląski wystawia sztukę, którą, z jednej strony, reklamuje przy pomocy wielkiej, czarnej swastyki i nazwiska wybitnej niemieckiej artystki filmowej, a z drugiej, próbuje nas przekonać, że ta swastyka to robota polskich patriotów, którzy właśnie przejęli władzę i chcą tu wprowadzać nazistowskie porządki, sama Riefenstahl natomiast to dla owej władzy wzór dobrej współpracy na linii artysta – totalitarne państwo.
Należy przyjąć, że ów projekt w postaci przedstawienia o Leni Riefenstahl, które ma nas ostrzegać przed nową polityką kulturalną faszystowskiej władzy w Polsce, narodził się jeszcze zanim w szafie państwa Kiszczaków znaleziono wymianę korespondencji między wybitnym polskim aktorem Andrzejem Sewerynem, a generałem Czesławem Kiszczakiem, w której to Kiszczak gratuluje Sewerynowi roli szekspirowskiego Ryszarda III, gdzie to nasz znakomity aktor z mistrzowskim talentem pokazuje, czym jest okrutna, antyludzka władza, natomiast Seweryn dziękuje swojemu dobroczyńcy za dobre słowo i zapewnia o poparciu i dozgonnej wierności. A więc to musiało być przed. Na pewno natomiast plan przedstawienia narodził się już po tym, jak Seweryn i cała kupa jego znajomych artystów niemal codziennie demonstrowała swoje poparcie dla władzy Platformy Obywatelskiej i osobiście dla prezydenta Bronisława Komorowskiego, a więc jeszcze zanim kariera Leni Riefenstahl stała się wzorem dla ministra Glińskiego i skupionego wokół niego świata kultury.
Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, przy naszym tak bogatym doświadczeniu, łączącym to, co już za nami, z tym co właśnie z takim zachwytem odkrywamy, wygląda na to, że zarówno pani Marciniak, jak i kierownictwu Teatru Śląskiego pozostaje już tylko Riefenstahl, owa swastyka i nadzieja, że stanie się coś takiego, co sprawi, że na Śląsku, urzędowym stanie się język niemiecki, a wtedy oni będą mogli wreszcie przestać udawać i odsłonić tę szlachetną twarz tak brzydko zakrytą na tym nikomu już niepotrzebnym plakacie.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Jeśli ktoś nie zna, polecam serdecznie.

piątek, 23 listopada 2012

Co za szkoda, że to kurwy!

Myślę że nie będzie źle zacząć od pewnej anegdoty. Otóż studiując tę swoją filologię angielską, przez kilka chyba lat regularnie uczestniczyłem w wykładach doc. dr hab. Marii Łobzowskiej, mocno starszej już, wiecznie ubranej na czarno pani, która – sądząc po sposobie w jakimś się posługiwała językiem angielskim – językowe umiejętności posiadła w znacznej części teoretycznie. Nie chcę w ten sposób broń Boże powiedzieć, że ona była do niczego, bo przede wszystkim ja byłem wówczas za głupi, by to ocenić, a po drugie myślę, że ona jednak była dobra. Dlaczego? Nie wiem, ale myślę, że była dobra. Natomiast faktem jest, że ona po angielsku mówiła bardzo zabawnie, a więc tak jak mówią ludzie, którzy nigdy języka nie studiowali, lecz poznali go, przez znaczną część życia mieszkając w środowisku tubylczym.
Poza tym, jak mówię, ona zawsze była bardzo stara, a przez sposób w jaki się nosiła i zachowywała, robiła wrażenie osoby jeszcze bardziej wiekowej, niż była w rzeczywistości. I oto któregoś dnia wypadło nam omawiać dramat XVII-wiecznego autora angielskiego nazwiskiem John Ford po tytułem „’Tis Pity She’s A Whore”, co tłumaczy się ni mniej ni więcej jako „Szkoda, że to kurwa”. Dziś już nie wiem, jak do tego doszło, bo wykład to jednak tylko wykład, ale w pewnym momencie doszło do tego, że pewna nasza koleżanka zmuszona została do zacytowania tego tytułu… no i, mając przed sobą nie jakiegoś naszpanowanego typowym akademickim luzem magistra, lecz samą dr Łobzowską, zaczęła się wić i stękać, próbując sprytnie wyjść z ciężkiej dla siebie sytuacji. No i w tym momencie nasza fantastyczna zupełnie pani od literatury, z tym swoim niepowtarzalnym akcentem, wygłosiła mowę, której do dziś nie zapomniałem, i potrafię ją powtórzyć niemal słowo w słowo: „Dear children, please do not be afraid of using dirty words. You can simply say: a woman of easy virtue”.
Myślę, że większość z nas, czytających te słowa, wie dobrze w czym rzecz, jednak na wszelki wypadek, biorąc pod uwagę, że mogą wśród nas być jakieś niedobitki w rodzaju mojego kumpla Coryllusa, ów fragment przetłumaczę. Otóż dr Łobzowska powiedziała coś takiego; „Drogie dzieci, proszę was bardzo, nie bójcie się używać brzydkich słów. Zawsze przecież możecie powiedzieć po prostu: kobieta lekkich obyczajów”.
Czemu mi się nagle przypomniała tamta fantastyczna wręcz przygoda? Otóż rzecz w tym, że poszliśmy wczoraj z panią Toyahową do teatru. Przyznaję z dumnie podniesionym czołem, że ja osobiście do teatru wręcz nałogowo nie chadzam. Czemu tak? Nie wiem. Nigdy mnie ten rodzaj sztuki nie pociągał, a dodatkowo świadomość, że mam przed sobą nie ekran, na którym przesuwają się jakieś obrazy, ale prawdziwych, popisujących się przed pełną salą rozbawionej publiczności, ludzi, okropnie mnie zawsze peszyła. No i sam już koniec, kiedy oni wszyscy wychodzą na scenę, by się trzymać za ręce i po raz dziesiąty kłaniać, zawsze wedle tego samego fałszywego jak jasna cholera schematu, niezmiennie jest dla mnie nie do wytrzymania, i ja się zwyczajnie czerwienię.
O ile sobie przypominam, z własnego wyboru w teatrze byłem zaledwie dwa razy. Kiedyś, już bardzo bardzo dawno temu, na przedstawieniu Jana Kreczmara „Hyde Park” na Scenie Kameralnej Teatru Śląskiego w Katowicach, gdzie miałem okazję oglądać, chyba wówczas ledwo co debiutujących, Krzysztofa Kolbergera i Ewę Dałkowską, no i zupełnie niedawno, też w Teatrze Śląskim, tyle że na Dużej Scenie, na „Końcówce Becketta z Andrzejem Sewerynem i Zdzisławem Wardejnem”. Czemu tam polazłem? Zwyczajnie, bo w jednym i drugim przypadku była to okazja, by zobaczyć coś naprawdę ekstra. Dobrze pamiętam ostatnie przedstawienie. Byłem naprawdę poruszony. Seweryn był fantastyczny, zupełnie bez zarzutu, spektakl zrealizowany był tak, że jeśli ziewałem, to wyłącznie dlatego, że ja w ogóle wciąż ziewam, no i ostatecznie wróciłem do domu pod dużym wrażeniem.
Czemu poszliśmy wczoraj? Poszliśmy mianowicie z dwóch aż powodów. Pierwszy to taki, że był to występ teatralnego zespołu o nazwie „Cheek by Jowl” z samego Londynu, a ja zawsze byłem ciekawy zobaczyć, jak się prezentuje przeciętny angielski zespół teatralny, i jak na jego tle może wyglądać to co zdarza mi się o czasu do czasu widzieć tu w Polsce, a po drugie – oni przyjechali do Katowic ze sztuką Johna Forda pod tytułem „Szkoda że to kurwa”, przetłumaczonym prawie zgodnie z zaleceniem dr Łobzowskiej jako „Szkoda, że jest nierządnicą”. No a tego przegapić nie mogłem pod żadnym pozorem, prawda?
No i muszę powiedzieć, że już w momencie kiedy weszliśmy na salę, a do rozpoczęcia spektaklu było jeszcze 10 minut i ludzie wciąż się zbierali, i zobaczyłem scenę, na niej łóżko, a na tym łóżku tę dziewczynę, jak ona, nie zaważając na to, że nikt nawet na nią nie patrzy, najzwyczajniej na świecie gra, a gra tak, że mój akurat świat czegoś takiego nie widział, już byłem pod wrażeniem. Wreszcie zamknięto drzwi, zgasło światło, na scenę zaczęli wchodzić pozostali aktorzy, i w ciągu paru sekund stworzyli taki spektakl, że zacząłem się powoli bać, że za chwilę ze wzruszenia – kto mnie zna, ten wie, że dla mnie to jest tyle co splunąć – się popłaczę. Już pierwsze minuty tego przedstawienia były tak porażające, zarówno pod względem reżyserii, jak i gry aktorów, że ja się autentycznie poczułem jak na… ja wiem? Koncercie Portishead w zeszłym roku Poznaniu?
Nie będę opowiadał, co tam się działo, bo to nie jest recenzja teatralnego przedstawienia, lecz zaledwie skromna refleksja na tematy, które zupełnie niedawno tu poruszaliśmy. A więc powiem tylko tyle, że zespół „Cheek by Jowl”, jak się domyślam, jest zaledwie jednym z całej kupy londyńskich teatrów, który jako wybitny i jeden z najważniejszych na świecie funkcjonuje tylko wówczas, gdy przyjedzie do takich Katowic i trzeba go jakoś zapowiedzieć. Jak idzie natomiast o aktora Andrzeja Seweryna, to jest to jeden z najwybitniejszych polskich – a swego czasu podobno również i francuskich – aktorów, występujący w najwybitniejszych wyłącznie przedstawieniach. Rzecz w tym, że między tym co ja widziałem parę miesięcy temu, kiedy poszedłem na tę becketowską „Końcówkę”, a tym, co nam pokazali wczoraj ci Anglicy, rozciąga się kosmos. Pod każdym możliwym względem. I – przykro to mówić, bo zawsze lepiej myśleć, że jest lepiej niż gorzej – każdy z tych aktorów – powtarzam – każdy – był bez porównania lepszy od Andrzeja Seweryna, nie wspominając już o Zdzisławie Wardejnie. Ja tego wcześniej ani nie wiedziałem, ani też nie mogłem się domyślać. Teraz już wiem, bo to zwyczajnie ujrzałem i przeżyłem.
Co za naiwność! Sądzić, że owszem – jak idzie o film, czy muzykę, to sprawa jest jasna. Natomiast w teatrze, gdzie ani nie są zaangażowane duże pieniądze, a i temat jest wzięty prosto z powszechnie dostępnej klasyki – wystarczy tylko serce i talent. I nagle po raz nie wiadomo który okazuje się, że to właśnie tylko o to chodzi. O serce i o talent.
Piękny był ten wieczór. Piękny i smutny. Czemu smutny – to już powiedziałem. Co to za cholera radość dowiedzieć się, że jest jeszcze gorzej, niż się wydawało? No ale było jeszcze coś. Otóż Giovanni w pewnym momencie rozebrał się do rosołu i jeszcze w dodatku stanął przodem do publiczności, natomiast Annabella nawet kiedy (raz!) zdjęła biustonosz, to była odwrócona tyłem. To niesprawiedliwe. Zwłaszcza że, jak zapowiadano, to ona miała być tą kurwą.

Jeśli komuś powyższa refleksja przypadła do gustu, a jeszcze nie daj Boże, do czegoś się przydała, bardzo proszę wesprzeć ten blog czymkolwiek – albo wpłatą na podany obok numer konta, albo kupnem jednej z książek, ewentualnie – tu mam na myśli tych wszystkich co są w podobnej do naszej sytuacji – życzliwym tu zaglądaniem. Dziękuję

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...