Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Zybertowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Zybertowicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2018

O tym jak prof. Zybertowicz kliknął i ujrzał zło

Poniższy tekst napisałem jeszcze w miniony wtorek, tak by zdążył się ukazać w kolejnym wydaniu „Warszawskiej Gazety”, no a dziś wrzucam go tu w głębokim przekonaniu, że przynajmniej część Czytelników uzna go za na tyle interesujący, by mu poświęcić część tej pięknejmroźnej  niedzieli. Zapraszam.



Minął dziesiąty rok, jak zacząłem prowadzić  blog, który, poza wszystkim, przyniósł kilka bardzo wymiernych efektów. To właśnie głównie przez owe internetowe teksty, kilka lat temu zwrócił na mnie uwagę Piotr Bachurski, proponując współpracę z „Warszawską” i od tego czasu, Bogu dzięki udaje nam się tu tydzień w tydzień spotykać. To dzięki tym tekstom powstała pierwsza moja książka, no a później wszystko poszło z górki i dziś mam ich aż osiem. To wreszcie dzięki nim, poznałem wielu fantastycznych, bezinteresownie serdecznych ludzi, których dziś mogę uważać za swoich przyjaciół.
Jest też jednak coś, co ciagnie się za mną przez te wszystkie lata, jak owa smuga cienia, i nie ma sposobu, by ją traktować, jak ciało obce. To też jest bowiem internet i to też stanowi część tego całego doświadczenia. Chodzi mianowicie o ową nienawiść, która nie dość, że mi towarzyszy od samego początku, to w pewnym momencie doprowadziła mnie do utraty pracy i w efekcie niemal bankructwa. A wspominając ten element internetowego życia, mam na myśli ludzi, dla których niezależna, nieograniczona jakimikolwiek tajnymi porozumieniami myśl, jest czymś tak nieznośnym, że oni nie spoczną dopóki jej albo w jakiś sposób nie uporządkują, albo zwyczajnie zdelegalizują. A ja, choć nad tym ubolewam, to tę reakcję dobrze rozumiem. To bowiem właśnie przeciwko takiej organizacji publicznej debaty w pierwszej kolejności powstał ten blog.
Chciałbym jednak oświadczyć, że przyjmuję jedno i drugie i oba chętnie akceptuję. Internet bowiem, jeśli ma pozostać forum niezależnej myśli, musi obejmować również tę podlejszą jego część, a my nie powinniśmy kierować pod niczyim adresem jakichkolwiek pretensji, tylko robić swoje.
Tymczasem, proszę sobie wyobrazić, w jednym z ostatnich numerów tygodnika „Sieci” znalazłem felieton prof. Andrzeja Zybertowicza, poświęcony właśnie Internetowi, z którego chciałem zacytować trzy fragmenty. Najpierw sam początek. Proszę posłuchać:
„Niecierpliwość, zawiść, radość z cudzego nieszczęścia, cynizm, chamstwo, wulgarność, okrucieństwo, nieodpowiedzialność, debilizm, brutalizm, perwersyjność, wrogość, agresja, nienawiść, wściekłość, obsesyjność, sprzedajność, nielojalność, zdrada, narcyzm, psotność, egoizm, egocentryzm, hiperindywidualizm, niestabilność emocjonalna, wariactwo…”.
Ktoś się pewnie zapyta, cóż to takiego się porobiło biednemu profesorowi? Niecierpliwość, debilizm, psotność, wariactwo? Co on zjadł, czego się napił? Otóż odpowiedź pojawia się chwilę później. On ani nic nie zjadł, ani wypił. Jedynie po raz kolejny zajrzał do internetu, zobaczył coś, co zapewne widział już wielokrotnie wcześniej, tyle że tym razem coś w nim pękło i wyrzucił z siebie cały swój żal. „Jeśli ktoś miałby wątpliwości, czy na tym świecie istnieje zło, kontakt z internetem powinien go ich pozbawić”, pisze Profesor. I dalej: „…prawo, zakłady poprawcze, więzienia – to wszystko rozwiązania instytucjonalne chroniące życie społeczne przed naporem złego. Bariery, które w sieci niemal nie działają”.
A ja tylko mogę na koniec z satysfakcją zawołać: daliśmy im do wiwatu, co nie? Warto było przeżyć te dziesięć lat.

Przypominam, ze nasze książki można niezmiennie zamawiać pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco. Jednocześnie zachęcam do kontaktu mailowego pod adresem toyah@toyah.pl i kupowania mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”.
   


niedziela, 7 stycznia 2018

Rok 2018 rokiem walk w kisielu

Proponuję bysmy moze sobie dziś poczytali mój najnowszy felieton dla "Warszawskiej Gazety".

      
      Wchodzimy w rok 2018 i wszystkie znaki na niebie i Ziemi wskazują na to, że za wszystkie nieszczęścia, jakie były naszym udziałem przez osiem – a w pewnym sensie i znacznie dłużej – odbierzemy sobie ze znaczną nadwyżką, a wokół nie ma nikogo, kto mógłby nam w tym przeszkodzić. Myślę, że nie ma potrzeby powtarzać tu po raz nie wiadomo który kolejnych argumentów za tym, że w rzeczy samej rozpoczynający się rok politycznie nie stanowi większej zagadki, tymczasem, jak się okazuje, to tu to tam pojawiają się kolejni chętni do tego, by w owym sukcesie w możliwie spekatakularny sposób zabłyszczeć, a na czołówkę tego towarzystwa moim zdaniem ostatnio zdecydowanie wysunał się nie kto inny, jak sam doradca prezydenta Andrzeja Dudy, socjolog Zybertowicz.
       Gdy chodzi o mnie, ja na Zybertowicza mam oko od czasu, gdy on, jeszcze w czasach wspomnianego wcześniej terroru, postanowił zabłysnąć w przestrzeni publicznej czymś, co sam określił nazwą „Archipelagów Wolności”, a co polegać miało na tym, że on osobiście ze swoimi kolegami miał stać na czele różnego rodzaju patriotycznych projektów, do których dokooptywani byliby koledzy kolegów, a być może również i ich koledzy, i w ten sposób w tych trudnych czasach każdy z nich miałby zarówno jakieś zajęcie, a przy okazji i dodatkowe źródło utrzymania. I oto, jak już wspomniałem, Andrzej Zybertowicz wchodzi na scenę w nowej odsłonie stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, jednak już nie jako ten, kto ma rozdawać karty, ale ktoś, kto najwidoczniej już tylko aspiruje. A o tym że nie jest łatwo, świadczyć może choćby i to, że sam mistrz Cenckiewicz nie zdążył się załapać i desperacko szuka wydawcy.
      Oto mianowicie, Andrzej Zybertowicz udzielił wywiadu stacji TVN24 i ogłosił powstanie – póki co, szczęśliwie, wyłącznie w swojej głowie – czegoś, co nosi tajemniczą nazwę MaBeNy. By najlepiej wyjaśnić ów idiotyzm, pozwolę sobie na przydługi cytat:
      „Największym wyzwaniem Polski w rozpoczynającym się roku jest zbudowanie MaBeNy - Maszyny Bezpieczeństwa Narracyjnego Rzeczpospolitej Polskiej. Bez tego dobra zmiana może się wykoleić […]. Jak wiadomo, maszyna to zbiór elementów, które ze sobą współpracują, by wykonywać wspólną funkcję. Niska jakość polskiej narracji państwowej wynika z braku całościowej synchronizacji różnorodnych zasobów, którymi dysponuje państwo i społeczeństwo. […]. Polska ma wiele instytucji i narzędzi, dzięki którym można tłumaczyć, co naprawdę dzieje się w naszym kraju. […] MaBeNa po okresie ręcznej politycznej kalibracji działałaby już w trybie samoregulacji, przy dostarczaniu jej zasilania. Synchronizacja zasobów, wsparta przez pewne algorytmy, byłyby potężnym narzędziem budowania korzystnego wizerunku Polski”.
      Ktoś powie, że sprawa jest oczywista: Zybertowicz zwariował. Moim zdaniem jednak, w tym szaleństwie jest metoda. Ów uczony mąż wie, że kolejka do tego co przed nami, jest długa i tam już słabeuszy nie ma. A gdy dojdzie co do czego, litości nie będzie.  

Moje książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.  Polecam.


wtorek, 14 listopada 2017

Arena idei, czyli wrestling dla lepszego sortu

       Przyznam, że niemal owo wydarzenie przegapiłem, ale, owszem, udało mi się kątem oka dojrzeć, że doszło do zapowiadanej od paru dni wielkiej debaty TVN-u , zatytułowanej z charakterystycznym dla tych ludzi wdziękiem, „Arena Idei”, podczas której na wyeksplowatowany już niemal do porzygania temat nienawiści, która rzekomo rozdarła Polskę na pół, przed zgromadzoną publicznością, oraz pod czujnym okiem red. Kolendy-Zaleskiej, dyskutowali ksiądz Boniecki, oraz profesorowie Łętowska, Bralczyk i Zybertowicz. Jak mówię, choć odpowiednio wcześniej wiedziałem o szykowaniu owego przekrętu, z czasem o nim zapomniałem i tylko zupełnym przypadkiem udało mi się obejrzeć niewielki jego fragment. Może zanim przejdę do rzeczy, wyjaśnię może, czemu wspominając o owej „rozdzierającej Polskę na pół nienawiści” użyłem słowa „rzekoma”. Otóż rzecz w tym, że, choć oczywiście ów podział istnieje i w pewnych swoich formach, jak choćby zabójstwo Marka Rosiaka, czy samobójstwo Piotra Szczęsnego, przybiera postać prawdziwie upiorną, ma znaczenie, tylko dla nas, natomiast dla ogromnej większości społeczeństwa stanowi coś tak egzotycznego, że gdyby im kazać sprawę komentować, oni nie wiedzieliby nawet, o co dokładnie chodzi. I dotyczy to nawet tych osób, które w codziennych plotkach lubią rzucić to tu to tam, że „Kaczyński to stary pedał”, albo że „Tusk to rudy złodziej”, jednak nawet im w głowie przeżywać jakąkolwiek nienawiść do kogokolwiek, poza oczywiście nielubianym sąsiadem, czy szefem w pracy. A zatem, jeśli dziś TVN organizuje wspomnianą debatę, podczas której wszyscy jej uczestnicy udają, jak to oni strasznie przeżywają fakt, że społeczeństwo jest tak okropnie podzielone, to robi to wyłącznie po to, by przedłużyć obu stronom, a sobie przede wszystkim,  alibi na dalsze lata wykorzystywania tego, jako argumentu w walce o władze i pieniądze.
     A zatem mieliśmy wczoraj ową niby debatę zorganizowaną wokół tego niby problemu, gdzie każdy znakomicie znał swoją rolę i robił wszystko, by nie doszło do niekontrolowanego wybuchu. I pewnie wszystko to nie byłoby warte komentarza, gdyby nie obecni na publiczności tak zwani „ludzie kultury”, z których rozpoznałem pisarzy Stasiuka i Chwina, a wysłuchałem Chwina. Otóż w pewnym momencie Chwin zwrócił się do Zybertowicza z pytaniem, czy on akceptuje pojęcie „gorszego sortu” jako część swojego słownika. I proszę sobie wyobrazić, że uzyskawszy tak doskonałą pozycję do tego, by zarówno Chwina, jak i całe to towarzystwo, zwyczajnie rozpędzić na cztery wiatry, mówiąc, że ależ tak, podobnie jak wy od dziesięcioleci traktujecie mnie, jako gorszy sort, tak samo i ja was uważam za sort jednoznacznie gorszy, Zybertowicz najpierw zaczął się zarzekać, że on osobiście korzystaniu w debacie z takich określeń się sprzeciwia i sam ich unika, a następnie zaczął temu durniowi tłumaczyć, że kiedy  Jarosław Kaczyński mówił o „gorszym sorcie” jemu tak naprawdę chodziło o coś zupełnie innego, czym oczywiście natychmiast sprowokował wrzaski pozostałych uczestników spotkania, oraz szydercze buczenie i śmiech ze strony publiczności i już po chwili musiał się grzecznie zamknąć.
      Mamy za sobą już niemal 30 lat owego mordobicia, gdzie wszyscy o wszystkich powiedzieli już niemal wszystko, zaczynając od pamiętnego „ciemnogrodu”, przez „moherowe berety”, czy „Januszów z Rzeszowa”, po wreszcie obsrywające za pieniądze z 500+ nadmorskie plaże rodziny z 500+ z jednej strony, czy „komuchów”, „zdrajców Ojczyzny”, „Żydów” i „sługusów Sorosa” z drugiej i nagle się okazuje, że pisarz Chwin ma problem z „gorszym sortem”? Czemu to zatem nagle dla Zybertowicza, wybitnego socjologa, okazało się takie trudne, by wytłumaczyć tej durnej pale, że gdy dochodzi miedzy ludźmi do poważnych sporów, jest rzeczą zupełnie naturalną, że w pewnym momencie jedni zaczynają uważać tych drugich, w tym, czy innym punkcie, za gorszych, głupszych, a niekiedy nawet podlejszych i że wówczas zaczynają nimi gardzić?
      A tu Zybertowicz miał zadanie szczególnie łatwe, ze względu właśnie na osobę Chwina. To bowiem nie kto inny jak Chwin przecież, o czym miałem okazję pisać przed wielu laty tu na tym blogu, wziął udział w zorganizowanej przez media zabawie pod tytułem, „Czy Polska jest sexy?” i przedstawił następujący opis Polaków: „Naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści”. Przepraszam bardzo, ale on chyba ludzi, o których nam z takim talentem opisuje, nie uważał za równy sobie sort. A, proszę zwrocić uwagę, Chwin nie gardzi nami za to nawet, że jesteśmy faszystami i chcemy zniszczyć demokrację, ani nawet za to, że kochamy Polskę w nieładny sposób, lecz wyłącznie za nasz „buracki” wygląd i charakter i niechęć do aferzystów. Za to więc, co on nazwywa „polskością”. Ile więc kosztowało to Zybertowicza, żeby zamiast się przed Chwinem bez sensu usprawiedliwiać, rzucić mu prosto w twarz: „Jasne, że uważam pana za gorszy sort. Człowiek, który z taką wyższością wypowiada się o ludziach, wśród których żyje, tylko za to, że ubierają się w lumpeksach i instynktownie nie lubią złodziei, nie zasługuje na nic lepszego”. A potem może jeszcze zwróciłbym się do Letowskiej z prośbą, by może doprecyzowała kwestię owych „peryferii”, o których wspomniała w wywiadzie dla „Wyborczej”, mówiąc: „I musimy zdecydować, czy chcemy być wschodnimi peryferiami Zachodu, czy zachodnimi Wschodu”.
      Ktoś powie, że może Zybertowicz akurat tamtej wypowiedzi Chwina nie znał, tyle że to nie ma najmniejszego znaczenia. Nawet gdyby on nie miał bladego pojęcia, kto to taki ten Chwin, powinien przede wszystkim mieć rozeznanie w zasługach, jaką choćby ci, którzy zaprosili go do udziału w tej debacie, mają gdy chodzi o zbudowanie wokół znacznej części Bogu ducha winnej części społeczeństwa atmosfery getta i morderczej wręcz pogardy, no a przede wszystkim miał znaleźć w sobie tę uczciwość, by Chwinowi powiedzieć, co myśli o nim i o takich jak on. A przewidując, że może być trudno, miał ze sobą wziąć do studia ów słynny tekst „Newsweeka” o głupich, brzydkich i zdziczałych Polakach z 500 +, rozwalających się jak robactwo na plaży we Władysławowie i poczytać im fragmenty.
      No ale nie wziął i nie przeczytał, a ja myślę, że to może i dobrze, bo jeszcze by się okazało, że ksiądz Adam Boniecki ze sobą z kolei zabrał kilka ulubionych egzemplarzy „Gazety Polskiej”, czy „W Sieci” i Zybertowicza trzeba by było stamtąd wynieść, jak wierzga i przeprasza, ze to przecież nie on, tylko Sakiewicz z Pawlickim.

Moje książki, jak zawsze są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedziwedz.pl. Zapraszam gorąco.

     

wtorek, 3 stycznia 2017

Pan i pani Zybertowicz, czyli TKO?

          Zanim przedstawię główny powód, dla którego piszę dziś ten tekst, chciałbym wspomnieć coś, co usłyszałem od jednego z dziennikarzy tygodnika „W Sieci”, którą odbyliśmy jakiś czas temu na którychś z targów książki. Zeszło nam się tam w pewnym momencie, zaczęliśmy gadać, no i go w końcu zapytałem, czy ma świadomość poziomu prezentowanego przez tygodnik, dla którego przyszło mu pracować. No i proszę sobie wyobrazić, że on bez mrugnięcia okiem, bardzo spokojnie, odpowiedział, że owszem, on sobie z tego, czym jest tygodnik „W Sieci”, zdaje sprawę, natomiast czynnikiem decydującym o wszystkim jest w jego sytuacji to, że oni „bardzo dobrze płacą”.  
     Przyznaję, że nie do końca mam świadomość tego, co się kryje za określeniem „bardzo dobrze”, natomiast, jako że sam w znacznym stopniu utrzymuję się z publikowania tekstów w paru miejscach pewne pojęcie na ten temat mogę mieć. Poza tym, ja naprawdę bardzo dobrze widzę sposób, w jaki na poziomie organizacyjnym działa akurat tygodnik „W Sieci” i nie mogę nie widzieć, jak bardzo oni się koncentrują na tym, by tam nikomu nie stała się krzywda pod względem finansowym właśnie. Zdecydowana większość zawartości każdego numeru podzielona została na zarządzane jednoosobowo kolumny i nie ma sposobu, by którakolwiek z nich choćby na jeden tydzień została odstąpiona komukolwiek spoza „bandy”, nawet jeśli to musi być coś tak drobnego i pozbawionego jakiegokolwiek znaczenia, jak felieton niejakiej Marty Lewandowskiej, czy wywiad z celebrytą jakiejś Jolanty Gajdy-Zadwornej. Zrobiłem ten wysiłek i policzyłem, ile w jednym wydaniu tygodnika „W Sieci” znajduje się kolumn ściśle autorskich i proszę sobie wyobrazić, że jest ich aż 47, przy czym znaczna część autorów ma ich więcej niż jedną: czasem dwie, a niekiedy nawet i trzy. Nawet ostatnio, po tym, jak z tego towarzystwa za krytykę władzy wywalono Warzechę, na jego miejscu nie pojawił się nikt nowy, natomiast, owszem, kolejny felieton przyznano Makowieckiemu. Reszta numeru jest również zresztą podzielona między te same nazwiska, tyle że tu teksty są znacznie dłuższe, a więc, jak rozumiem również znacznie lepiej honorowane.
     Ktoś mi powie, że ja się czepiam, a w dodatku zapewne kieruje mną zwykła zawiść o to, że i ja nie mogę być częścią tej niezwykłej paczki. W końcu to jest sposób, w jaki jest organizowana większość redakcji. Tu mamy dziennikarzy „Newsweeka”, tu ludzi „Rzeczpospolitej”, tam są dziennikarze „Wprostu”, gdzieś jeszcze „Gościa Niedzielnego”, a tu akurat znajomi Karnowskiego i Zaremby. No i dobrze. Ja to rozumiem, jednak nie podoba mi się to i uważam, że gdyby media – wszystkie media – bardziej się otworzyły, wszyscy byśmy na tym zyskali. Jednak nawet i tu uważam, że to co się dzieje w przypadku „W Sieci” stanowi autentyczną patologię. Ja nie umiem wskazać przypadku, gdzie owa prywata byłaby realizowana w aż tak bezczelnie otwarty sposób. A jeśli się dziś tym zajmuję, to proszę sobie wyobrazić, że wyłącznie przez to, że we wspomnianym numerze znalazł się wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, gdzie ten, komentując fakt przyznania mu przez Karnowskich nagrody „Człowieka Wolności”, oświadczył ni mniej ni więcej, jak tylko: „Czytam i cenię tygodnik ‘W Sieci’”. No bo przepraszam, co tam tak chętnie czyta i tak bardzo ceni Jarosław Kaczyński, poza naturalnie cotygodniowym felietonem swojej bratanicy? Felietony Pawła Korsuna, żarty Jana Pietrzaka, czy winne refleksje Roberta Mazurka? A może polityczne analizy Jana Marii Rokity? Czy ja mam z tego rozumieć, że po skończonym dniu Jarosław Kaczyński sięga po ostatni numer „W Sieci” i krztusi się ze śmiechu przy lekturze dowcipów Krzysztofa Fesusette?
      A może żaden z nich? Może Jarosław Kaczyński „czyta i ceni” tygodnik „W Sieci” wyłącznie ze względu na zamykający każdy numer pisma felieton Katarzyny i Andrzeja Zybertowiczów? Może to poszło o nich. Bo oto jest dokładnie tak jak napisałem. Na ostatniej stronie tygodnika „W Sieci” znajduje się felieton pisany przez prof. Zybertowicza i jego żonę. Pamiętam, że ostatni raz, jak tam zaglądałem, mieliśmy samego Zybertowicza, jednak dziś wygląda na to, że pozycja Profesora zaczęła na tyle zwyżkować, że on zwyczajnie wymusił na Karnowskich, by zatrudnili tam jeszcze panią Zybertowiczową. No i w tym momencie, kiedy na kolegium ogłoszono, że Świetlik i Gadowski będą się musieli nieco posunąć, by zrobić miejsce małżonce Pana Profesora, ci podnieśli taki rwetes, że zapadła decyzja, by te teksty, tak jak dotychczas, pisał Zybertowicz, tyle że honorarium będzie podwójne.
      Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja naprawdę za nic w świecie nie zgodziłbym się pracować dla Karnowskich, i kto mnie zna, wie, że jestem szczery, więc tu nie chodzi o jakieś skrywane frustracje. Rzecz jest w tym, że ja naprawdę chciałbym wiedzieć, jak tym ludziom nie jest wstyd popaść w coś tak zawstydzającego. Proszę mi powiedzieć, co by o mnie pomyśleli czytelnicy, gdybym ja któregoś dnia się dogadał z Piotrem Bachurskim, że mój cotygodniowy felieton do „Warszawskiej Gazety” będzie podpisywany przeze mnie i przez moją żonę, natomiast on mi będzie płacił podwójnie. A to przecież jesteśmy tylko my. Andrzej Zybertowicz natomiast to były doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego i obecny prezydenta Andrzeja Dudy, gwiazda TVP, publicysta „Gazety Polskiej” i „Naszego Dziennika”, i teraz się okazuje, że on na dodatek musi jeszcze żebrać o te parę kawałków dla swojej żony?
     A może oni faktycznie piszą te teksty razem? On wymyśla temat, ona pisze, lub ewentualnie na odwrót? A może jest tak, że on już nie ma siły, by co tydzień dostarczać im tekst, a ponieważ żal mu było odstępować to miejsce, no i te pieniądze, jakiemuś Gadowskiemu, czy, nie daj Boże, Grzybowskiej, to zdecydowano, że kiedy jemu się nie będzie chciało, za niego będzie pisała ona, a honorarium zostaje bez zmian? Swoją drogą wspomniany tekst o kościelnych dzwonach doskonale by o tym właśnie świadczył, biorąc pod uwagę, że coś takiego mogło napisać każde z moich dzieci.
      Jakkolwiek by nie było, mam właśnie przed sobą numer tygodnika „W Sieci” z wywiadem, jakiego udzielił im Prezes i na pięknie upozowanym zdjęciu widzę Zybertowicza i jego żonę, jak patrzą na nas wzrokiem zdobywców. I czekam już tylko, jak cała reszta owych niepokornych redaktorów poczuje się takimi zwycięzcami, że do nich zaczną dołączać ich małżonkowie, a więc pani Wildsteinowa, pani Skwiecińska, pani Pawlicka, no i oczywiście pani Łosiewicz, przez co obok kabaretu Mazurek & Zalewski powstanie kolejny – Łosiewicz & Łosiewicz. I w ten sposób Prawo i Sprawiedliwość będzie mogło zacząć myśleć już o trzeciej kadencji.


Z zapowiedzi czynionych przez państwa Janke rozumiem, że ten tekst wraz z komentarzami tu na Salonie będziemy czytać do godz. 18, a potem Bóg jedyny wie, co się stanie. Jakby co, to proszę pamiętać, że góra stoi pod adresem www.toyah.pl i tam też są odpowiednie linki do księgarni Coryllusa i do moich książek. Zapraszam.

środa, 4 czerwca 2014

O ataku gazem i innych cywilizacyjnych niespodziankach

Niedawno, przy okazji, której już w tej chwili nie pamiętam, moje najmłodsze dziecko zapytało mnie, co jest gorsze – „Polityka”, czy „W Sieci”. Wbrew temu, co mogą sobie myśleć stali czytelnicy tego bloga, odpowiedź na to pytanie wcale nie przyszła mi tak łatwo. Główny problem, przed jakim stanąłem, związany był z tym, że przez ostatnie 25 lat ja „Politykę” miałem w ręku zaledwie kilka razy, natomiast tygodnik „W Sieci” czytam na okrągło, i jeśli za każdym razem dochodzę do wniosku, że oto trzymam w ręku coś absolutnie najgorszego, to nie mogę wiedzieć, czy akurat „Polityka” nie jest jeszcze gorsza. Jednak przyznaję, że przed własnym dzieckiem zaświadczyłem, że „W Sieci” to wprawdzie gówno straszne, zle za to od „Poltyki” przynajmniej bardziej inspirujące. „Polityka” – nie tylko zresztą przy tygodniku Karnowskich – robi wrażenie wyłącznie kawałka papieru, którym można by co najwyżej umyć okno, gdyby lepiej się do tego nie nadawała „Gazeta Wyborcza”.
No ale nie da się ukryć, że każdy dzień przynosi nowe niespodzianki i zawsze się znajdzie dobry powód, by krzyknąć: „Zaraz, wróć! Może jeszcze raz. Jakie było pytanie?” Oto wczoraj wieczorem, kiedy już wyglądało na to, że najnowszy numer tygodnika „W Sieci” został omówiony od początku do końca, jakimś nierozpoznanym cudem zajrzałem na ostatnią stronę przed zamykającą numer okładką, gdzie wcześniej zawsze mieliśmy felieton Andrzeja Zybertowicza, a tam naszym oczom ukazał się, owszem, felieton, tyle że nie Zybertowicza, lecz żony Profesora, Katarzyny Szymańskiej-Zybertowicz.
Cóż to za tekst, ktoś zapyta, i cóż to za kobieta, która jest w stanie ot tak, jednym krótkim gestem, zastąpić swojego wybitnego męża w tej jakże istotnej dla Polski robocie? Otóż tego, kim jest żona prof. Zybertowicza nie wiemy, natomiast możemy krótko spróbować opisać ów tekst. Otóż jego sens sprowadza się do tego, by nas wszystkich poinformować, że Andrzej Zybertowicz to, podobnie jak Jarosław Kaczyński, fantastyczny człowiek i bez niego „archipelagi polskości” nie mają szansy ani na z dawna wyczekiwane powstanie, ani tym bardziej na rozwój. Pisze Katarzyna Zybertowicz:
„Rodzina, Polska, Europa. Taki był tytuł konwencji podsumowującej wyborczą kampanię Andrzeja Zybertowicza. Jasne, że można na te hasła popatrzeć jak na banał. Ale czy nie za dużo ważnych części życia oddaliśmy na pastwę banalizacji? Nie trzeba być socjologiem, aby widzieć siłę zasobu, jakim są polskie rodziny. Przecież to w nich zapadają najpoważniejsze z punktu widzenia jednostki decyzje, tworzą i rozstrzygają się konflikty, powstają plany. A co gdyby tak spojrzeć dalej, poza pułap troski o własne dzieci, ich wychowanie, ułatwienie startu w dorosłe życie. Nasze rodziny nie muszą być samotnymi wysepkami.
Tak. Archipelag Polskości jest. Zybertowicz już się nie wymiga (nomen omen). A jego rodzina jest z nim”.
We wczorajszym tekście i w komentarzach pod nim zastanawialiśmy się wspólnie, jak mogło dojść do tego, że najpoważniejszy tygodnik prawicowej opinii w Polsce, nie dość, że kompletnie zlekceważył ostatnio najważniejsze, i to najważniejsze w sposób zupełnie oczywisty, dla naszego wspólnego powodzenia wydarzenie, to jeszcze je piórem dwóch swoich czołowych dziennikarzy wykpił i wyszydził. No i z tych naszych rozważań wyszedł wniosek taki jak zawsze: Wszystko się rozbija o budżet, którego się nie da w nieskończoność naciągać, a brzuchów do wypasienia wciąż tylko przybywa.
Wszyscy też pamiętamy, co się niemal na samym finiszu kampanii do europarlamantu przytrafiło Andrzejowi Zybertowiczowi, więc nie ma sensu, by całą tę smutną historię tu od nowa opowiadać. Wystarczy przypomnieć, że, jako niemal pewny kandydat do zdobycia mandatu, Zybertowicz w pewnym momencie, zamiast pilnować interesu, postanowił wyskoczyć na jednego, i w tym czasie wszystko zostało dokończone już bez niego, z efektem takim, że jemu się już najwyraźniej nawet odechciało pisać tych swoich fantastycznych felietonów dla Karnowskich, ze nie wspomnę o kolejnych odcinkach „alfabetu”.
A ja sobie już tylko myślę, że trudno o lepsze podsumowanie tego, o czym sobie wczoraj rozmawialiśmy, zastanawiając się, dlaczego nasze prawicowe media zlekceważyły tak cudownie się rodzący „archipelag polskości”, jakim okazała się Marysia z Gorzowa Wielkopolskiego, niż ów felieton żony Zybertowicza, która musiała się aż tak upokorzyć, by w jego imieniu prosić o tę jeszcze jedną szansę, a redakcja tygodnika „W Sieci” tak się wczuć w to nieszczęście, by się najzwyczajniej w świecie jeszcze raz skompromitować. I myślę, że to jest już punkt tak straszny, że tam nie można się ani śmiać, ani szydzić, ani tak naprawdę się mądrzyć, bo wszystko wskazuje na to, że oto się dzieją rzeczy, przy których nawet te 850 złotych, które gwałtownie musiałem pożyczyć z samego rana, by mi gazownicy nie zdjęli licznika, robią wrażenie jakiegoś żartu. I jestem teraz jak najbardziej poważny, co poświadczam tym, że na tym kończę. O tak.

Niestety i przez ten niespodziewany atak gazowy i całą kupę innych okoliczności, wciąż muszę apelować o wsparcie dla tego bloga. Jeśli ktoś ma jakieś luźne zapasy i żadnych szczególnych wobec nich planów, bardzo proszę o tę pomoc. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

środa, 21 maja 2014

Andrzej Zybertowicz - sprawiedliwości staje sie zadość?

Plan miałem taki, by już dziś tylko pisać tekst o soli, natomiast do bloga wrócić po powrocie z targów, jednak w międzyczasie wybuchła afera z Zybertowiczem i wszystko to, co z niej wynikło tak mną wstrząsnęło, że postanowiłem jednak zabrać, choćby na krótko, głos. Otóż, jak się okazało, to co Zybertowicz napisał w swoim „Alfabecie” w tygodniku „W Sieci” o Jarosławie Kaczyńskim stanowiło oczywistą ironię. On wprawdzie Kaczyńskiemu w jakiś szczególny sposób nie kadził, natomiast sposób, w jaki media wyrwały z kontekstu dwa fragmenty jego wypowiedzi, stanowi bezwzględny rekord świata w manipulacji; nie w tępocie, ale właśnie w manipulacji. I to robi oczywiste wrażenie.
Jest jednak coś, co mną poruszyło jeszcze bardziej. Otóż, aby sprawdzić osobiście, o co poszło w tej awanturze, postanowiłem przeczytać ów „Alfabet Zybertowicza” i powiem uczciwie, że ja większej nędzy nie czytałem w całym swoim życiu. Redakcja „W Sieci” zwróciła się do Zybertowicza z propozycją ułożenia tego „alfabetu”, i powstało coś, przy czym nawet najbardziej nieciekawe, nieśmieszne i głupie popisy Krzysztofa Feusette, robią wrażenie eksplozji publicystycznego geniuszu. Ale mało tego. Ja naprawdę nie chcę się znęcać nad Zybertowiczem, bo chociaż go szanuję średnio, nie sądzę, by mu się ode mnie należało więcej, niż innym, ale kiedy już przeczytałem paręnaście z tych opisów, nie mogę się powstrzymać, by wyrazić przypuszczenie, że z nim jest coś nie tak na poziomie czysto psychicznym. Część tych tekstów świadczy o tym, że Zybertowicz ma zwyczajnie coś z głową. Żeby, jak to mówią, nie być gołosłownym, podam parę przykładów, nie tyle znaczących, co po prostu krótszych:
„Chyra, Andrzej: aktor. Chyba w 2005 r., opalając się razem z aktorką Magdaleną Cielecką opodal przy basenie w Fethiye w Turcji, gapił się na moja żonę. Żona mówi, że mi się wydawało”.
„Gen. Nowek, Zbigniew: ukończył, podobnie jak ja, Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Był szefem Urzędu Ochrony Państwa i Agencji Wywiadu. Zazwyczaj małomówny”.
„Ratzinger, Joseph: teolog. Od kilku lat mój ulubiony myśliciel”.
„O.Rydzyk, Tadeusz, CSsR: niby grzesznik, ale wielkie dzieła uczynił”.
„Staniszkis, Jadwiga: w roku bodaj 1983, przy okazji jakiegoś seminarium, przetańczyłem z nią pół nocy. Dało się przetrwać mroczne lata stanu wojennego”.
„Tyszkiewicz, Beata: kiedyś spotykam ją w holu Hotelu Europejskiego w Warszawie. Pierwsze wrażenie: TV kłamie. Hotelu już nie ma. Pani Tyszkiewicz jest. Dobrze”.
I tak to leci przez trzy strony, o Urbanie, Michniku, Wildsteinie, Walentynowicz, aktorze Wilhelmim, Olejnik, czy wreszcie o Richardzie Pipesie, którego Zybertowicz podobno kiedyś wiózł do Ciechocinka, a wszystko wyłącznie po to, byśmy wiedzieli, że on z każdym z nich miał okazję w pewnym momencie znaleźć się w tym samym pomieszczeniu. Notka o Kaczyńskim też zresztą powstała w tym samym celu – żeby opowiedzieć, jak to on jest przyjacielem rodziny. I nic więcej.
Dziś media skonstruowały brutalną prowokację wobec Zybertowicza, na którą, co przyznaję ze smutkiem, kompletnie głupio, dał się nabrać sam Jarosław Kaczyński, a ja się już tylko zastanawiam, czy to faktycznie nie jest tak, jak podobno opowiada sam Zybertowicz w rozmowie z tą agenturą z „Do Rzeczy”, że ludzie skupieni wokół Jarosława Kaczyńskiego od pewnego czasu próbują go zniszczyć. I ja to sobie mogę bardzo łatwo wyobrazić, że jakiś Hofman, czy Kuchciński wykorzystują każdą możliwą okazję, by pędzić na zmianę do Kaczyńskiego i go informować, że Zybertowicz to bałwan. I że podobnio w tym najświeższym przypadku, to też była ich robota. Tyle że, choć donosicielstwa bardzo nie lubię i je gdzie mogę tępię, tu mam wrażenie, że ich rozumiem. Jeśli oni mają tego Zybertowicza na co dzień, a sam Prezes jest i zbyt zajęty, no a przede wszystkim pochłonięty znacznie ważniejszymi sprawami, niż analizowaniem postępków swoich ludzi, to oni autentycznie mogą poczuć obowiązek zwrócenia Prezesowi uwagi na to, kogo sobie upodobał. Bo jeśli ma się okazać, że ów „Alfabet Zybertowicza”, który właśnie opublikował tygodnik „W Sieci” nie jest jakąś wpadką, ale prostym świadectwem stanu poczytalności tego człowieka, to myślę, że stało się bardzo dobrze. I jeśli – co uważam za dość prawdopodobne – Jarosław Kaczyński nie będzie miał ochoty na wysłuchiwanie wyjaśnień w sprawie tej przykrej pomyłki, a Zybertowicza do siebie już więcej nie dopuści, to stanie się bardzo dobrze. Jak mówi znane powiedzenie: szczęście w nieszczęściu, czy po angielsku – blessing in disguise.

Jutro w Warszawie rozpoczynają się targi książki. Choć początkowo bałem się, że nie będzie mnie fizycznie stać na to, by się do Warszawy wybrać, ostatecznie, dzięki wsparciu przyjaciół tego bloga, mam już bilet na pociąg i jutro właśnie, od rana do wieczora, będę podpisywał książki. Choć oczywiście mam nadzieję, że uda się ich sprzedać tyle, by się wygrzebać z bieżacego kryzysu, to oczywiście, jeśli ktoś uznał, że powyższy tekst to jest coś, na co czekał, będę wdzięczny za każdy gest. A tymczasem: stoisko Coryllusa, podobno tuż przy wejściu. Do jutra!

wtorek, 8 października 2013

My, ludzie z ostatniego rzędu

Przeczytałem dziś na blogu mojego kolegi Coryllusa, że Andrzej Zybertowicz wyraził opinię, że jednym z głównych grzechów polskiej prawicy jest to, iż wielu z tych, którym patriotyczny kołczing wyznaczył miejsce w dalszych rzędach, nie może się z tym pogodzić, i wciąż, zamiast siedzieć cicho, coś ma do powiedzenia. W tej sytuacji, chciałbym przyznać bez zbędnych uników, że to ja jestem jednym z tych awanturników, którzy psują wizerunek, na który kołczowie zapracowali przez te wszystkie lata. No a co gorsza, zamiast zrobić to wyznanie i się zamknąć, wygląda na to, że chyba będę musiał znów czymś porzucać w stronę tych, co siedzą tam z przodu. No ale proszę tylko mi powiedzieć, kto by nie stracił cierpliwości?
W przedostatnim numerze tygodnika „W Sieci” ukazał się tekst człowieka, którego nazwiska ani nie pamiętam, ani pamiętać nie muszę, w którym możemy sobie poczytać o ludziach, którzy podpisali protest w obronie naukowców działających na rzecz wyjaśnienia smoleńskiej katastrofy. Już sam ów tekst jest skonstruowany dokładnie według starych, sprawdzonych przez lata PRL-u wzorów, gdzie, aby przedstawić tak zwany „głos społeczeństwa”, cytowało się jakieś listy, a każdy cytat rozpoczynało albo „Pisze do nas pani Anna Wójcicka z Rybnika…”, albo „Pan Zbigniew Gaworzyński z Opola informuje…”, czy ewentualnie „W swoim liście rodzina Bolesławskich z Otwocka pisze…”. No a dalej oczywiście, oni wszyscy piszą to, co pisać trzeba.
Jeśli jednak ktoś myśli, że ja mam tu ochotę kpić z tych technik, to się głęboko myli. Ja generalnie uważam, że ci wszyscy tak zwani „nasi” dziennikarze zwyczajnie nie są w stanie stworzyć nic choćby minimalnie odbiegającego od tego, czego się nauczyli, czytając mistrzów PRL-owskiego dziennikarstwa, i tu się już nigdy nic nie zmieni. Oni już tacy będą zawsze, a nam pozostaje to tylko przyjąć. Tam jednak, w owym artykule w „W Sieci”, było coś, co nawet zakładając wariant najgorszy, wciąż robiło wrażenie. Otóż w pewnym momencie dziennikarz cytuje wypowiedź rodziny właśnie, gdzie mamy ojca, mamę i troje studentów, z których wszyscy są bardzo poruszeni nagonką na naukowców, i komentując ów list, pisze coś takiego: „Powyższy list dowodzi w sposób jednoznaczny, że polska prawica patriotyczna to nie tylko stare babcie w moherach, ale również osoby młode i wykształcone”. Daję słowo: tak było.
I znów, nie chodzi mi nawet o to, że jeśli ten cytat czegokolwiek dowodzi, to tylko tego, że my potrafimy manipulować nie gorzej i mniej bezczelnie, niż oni, ale o te stare babcie w moherach. Otóż to, co tu naprawdę poraża, to fakt, że ów dziennikarz, bez śladu wstydu, bez choćby cienia niepokoju, że oto się właśnie tak fatalnie odsłonił, pokazuje, co on w istocie rzeczy myśli na temat wspomnianych „babć w moherach”. Bo zastanówmy się proszę, w jaki sposób nasza sytuacja byłaby, nawet nie mówię, że gorsza, ale w ogóle inna, gdyby się miało okazać, że te wszystkie listy w obronie naukowców piszą wyłącznie babcie w moherowych beretach? Skąd temu dziwnemu człowiekowi przyszło nagle do głowy, że tu w ogóle trzeba coś udowadniać? Zadaję tę pytania trochę na zasadzie przekory, bo prawdę powiedziawszy ja doskonale wiem, skąd się to wzięło. Otóż owa potrzeba udowodnienia – pewnie przede wszystkim sobie samemu – że to szyderstwo, z jakim się spotykamy na co dzień jest kompletnie niezasłużone, bo przecież „my nie same mohery”, musiała być pierwszym powodem, dla którego on, ów człowiek, wyciągnięty, jak się domyślam, z pierwszego rzędu prawicowej opinii, tak bardzo potrzebował wyartykułować to odkrycie.
I to akurat uważam za bardzo poważny problem. Nie – nie to, że on myśli, co gada, i że gada, co myśli, ale to, że najprawdopodobniej większość z nich ma dokładnie ten sam zgryz. Jestem prawie w 100% pewien, że niemal każdy z tych mądrali, których Andrzej Zybertowicz posadził w pierwszych ławkach swojego archipelagu – a on tam jest pierwszym szefem – aż przebiera nogami, by wreszcie móc się pozbyć tego obciachowego ogona, który nie dość, że nie wie, co to znaczy być prawdziwym hipsterem, to jeszcze zabiera niepytany głos. A jeśli to moje rozpoznanie jest słuszne, to musi oznaczać, że oni tak naprawdę są dokładnie tacy sami, jak ich kumple z „Polityki”, „Newsweeka”, czy „Gazety Wyborczej”, i dziś tylko czekają na okazję, gdy będą mogli się bezkarnie z nimi spotkać i pójść na wódkę. Tyle że najpierw muszą odwołać publiczność.
W tej sytuacji chciałbym zapewnić zarówno Zybertowicza, jak i każdego z nich, że niedoczekanie wasze. Z tylnych rzędów widać wszystko najlepiej, i nam jest tu wręcz fantastycznie.

Dziś apel szczególny. Otóż właśnie padł nam gazowy piec, który nam przez 20 lat grzał wodę w kranie i kaloryferach. Ponieważ jednak jest to stara czeska "Mora", której dziś już nikt nie naprawia, a na nowy nas nie stać, byłbym wdzięczny, gdyby ktoś, kto mieszka w Katowicach lub w okolicach znał jakiegoś starego fachowca od tych pieców, i podał nam namiary. Najlepiej na maila: toyah@toyah.pl
Dziękuję

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Do Tegoconieprzepuszczażadnejokazji po prośbie

Bóg mi świadkiem, że raz w życiu poświęciłem tekst dziennikarzowi Piotrowi Skwiecińskiemu i wiedziałem, że ten jeden raz to o jeden raz za dużo. A tu tymczasem ni stąd ni z owąd okazuje się, że on się tak zaktywizował, że niewykluczone, że pod nieobecność Rafała Ziemkiewicza, który zapewne niedługo otrzyma stały kącik w „Gazecie Wyborczej”, to on właśnie będzie tu reprezentował upadek prawicowego dziennikarstwa. O co poszło? Praktycznie o jeden niedługi tekst zamieszczony w wydaniu tygodnika „Sieci” z zeszłego tygodnia, a zatytułowany „Bronię Wojciecha Fibaka”.
Zanim bardziej dokładnie napiszę, o co poszło, mała dygresja. Kupuję te nieszczęsne „Sieci” w tej chwili już tylko ze względu na moją biedną córkę, która resztkami sił wierzy, że powinniśmy się jednoczyć, jednoczyć i jeszcze raz jednoczyć, i kiedy wydawało mi się, że akurat zeszły tydzień uda się jakoś uratować, ona wręcz rzutem na taśmę, w minioną sobotę, wywalczyła to wydanie i natychmiast popędziła do czytania. Chwilę później przyszła do mnie, i poprosiła, żebym rzucił okiem i jej powiedział, czy Skwieciński robi sobie jaja, czy to, co on napisał, to na poważnie.
I to, moim zdaniem jest sytuacja ciekawa podwójnie. Jak niektórzy z nas może pamiętają, swego czasu zamieściłem tu pewien bardzo ironiczny tekst, zatytułowany „Bronię Senatora”, w którym sparodiowałem ową pamiętną, tak bardzo agresywną medialną obronę Krzysztofa Piesiewicza przed ludźmi, których jedyną winą było to, że mają ograniczone zaufanie do – przepraszam wszystkich za wyrażenie – ześwinionych autorytetów. Tamten tekst to była, jak mówię, czysta ironia, jednak tak bardzo ukryta, że na nią dał się nabrać nawet mój ukochany przyjaciel Coryllus, wówczas zaledwie znajomy z sieci. Tu natomiast mamy niemal to samo, tyle że już jak najbardziej na poważnie.
Druga rzecz jest taka, że ja bardzo niedawno, właśnie przy okazji sprawy Fibaka, zacytowałem argument wypowiadany przez Fibakowych obrońców, że Fibak organizował swoim ustosunkowanym znajomym te biedne, zdesperowane dziewczyny całkowicie bezinteresownie, wyłącznie z dobrego serca, i któryś z mniej inteligentnych komentatorów uznał te słowa za moje, i mnie wykpił, że jestem naiwny i głupi.
No i na to wszystko przychodzi moje biedne dziecko z tym nieszczęsnym Skwiecińskim i jego – tym razem w sposób oczywisty szczerą – obroną Fibaka i pyta mnie, czy to wszystko na poważnie, czy może mamy do czynienia z klasycznym, choć średnio udanym, persyflażem.
Co więc ów Skwieciński tam do nas mówi? Przede wszystkim mianowicie powinniśmy wiedzieć, że Skwieciński osobiście tenisem się kompletnie nie interesuje, a samego Fibaka ma w pogardzie – za co, tego nie wiemy – jeśli natomiast idzie o sprawę owego stręczycielstwa, jego bardzo boli nagonka, jaka szczególnie prawicowa część opinii publicznej przeciwko Fibakowi rozkręciła, i to aż z trzech względów. Przede wszystkim, jak wszyscy wiemy, Fibak za swoje usługi nie brał ani grosza i wszystko, co robił, robił z przyjaznego serca, no a poza tym, nawet jeśli coś tam było jeszcze, to on nie jest ani księdzem, ani politykiem, więc wara nam od jego grzechów, no a poza tym opinia, jakoby stręczycielstwo z reguły było czymś złym, to wymysł najbardziej radykalnego feminizmu! W końcu, skąd wiadomo, że te dziewczyny nie są bardzo ze swojego losu zadowolone?
Naprawdę. Ja nie żartuję. Skwieciński tak w istocie rzeczy pisze. Dziś już wprawdzie w kioskach leży kolejny numer tygodnika „Sieci”, tym razem z mądrościami piosenkarza Kazika, ale, o ile mi wiadomo, za marne parę złotych, Skwiecińskiego można sobie ściągnąć z netu i co trzeba, sprawdzić.
Powiem jednak szczerze, że nawet mimo tej eksplozji zgłupienia, ja bym pewnie się Skwiecińskim zasadniczo nie zajmował, gdyby nie jeden jeszcze szczegół, a mianowicie pointa tego jego głupstwa. Już na sam koniec swoich refleksji, Skwieciński pisze co następuje:
„I tu retoryczne pytanie do rozradowanych ‘kompromitacją Fibaka’ prawicowych blogerów: Czy naprawdę jest wam po drodze z takim myśleniem? Czy chcecie takiego świata?”
Gdyby ktoś miał wątpliwości, chodzi o świat, gdzie stręczycielstwo traktuje się jak występek, a stręczycielstwo w wykonaniu osób publicznych, przez wielu traktowanych jako autorytety, występek szczególny.
A zatem owa końcowa refleksja wypowiedziana przez Skwiecińskiego każe mi się dziś nim zająć. Nawet jeśli tylko po to, by mu powiedzieć tych parę słów: Odpieprz się pan ode mnie, bo jeszcze jedno słowo dostaniesz pan tak zwaną fangę w nos. Ostatnia rzecz, jaką dziś potrzebuję to umoralniające rady od jakiegoś planktonu.
A teraz, trochę na wypadek, gdyby ktoś znów mi powiedział, że mnie nie stać na jedno dobre słowo w stosunku do bliźniego swego, ale że też ten tekst jest pozbawiony porządnej pointy, chciałbym odnieść się do bardzo inspirujących przemyśleń Andrzeja Zybertowicza, zamieszczonych w tym samym numerze „Sieci”, na ten sam zresztą temat. Otóż Zybertowicz postanowił przytoczyć w znacznie szerszej niż dotychczas nam znanej wersji, znane nam dotychczas zaledwie z bardzo oszczędnych omówień, błagania Fibaka, jakie on skierował do naczelnego „Wprostu” Latkowskiego, by on się nad nim ulitował i nie ujawniał informacji o tym, czym Fibak się na codzień zajmuje. Posłuchajmy więc i tego. Przepraszam za dosłowność i ostrzegam, że młodzież małoletnia powinna pozostawać pod opieką rodziców:
„Ja współpracuję z "Wprost", zawsze byłem do dyspozycji. […] Z "Wprost" współpracuję od lat, czy ma sens coś takiego puszczać? […] Pana decyzja, ale ja bym prosił, ze względów wszystkich, że ja ogólnie jednak dużo dla Polski zrobiłem, chociaż na pewno mam jakieś wady. […] Zawsze wszystkich łączę, zawsze wszystkich przedstawiam. […] A co ja mogę zrobić, żeby to nie poszło? Obiecuję współpracę do końca życia. Jestem po prostu na pana łasce. […] No co ja mogę zrobić, że pan…? Co zaproponować? Cokolwiek pan chce, jakikolwiek inny materiał, nie wiem, może się okaże, że mogę zaproponować świat tenisowy, świat artystyczny, współpracę, wszystko. […] Zawsze byłem gotów, a teraz będę tym bardziej. Mogę jakieś specjalne rzeczy robić, będzie miło, mogę mieć jakąś kolumnę, nie będę pobierać. [...] Więc jeśli mogę pana prosić. Ja też, gdyby ktoś do mnie dzwonił, o coś prosił, to też starałbym się […]. W ogóle wszystko co pan chce, żeby tylko to nie poszło, to byłbym bardzo zobowiązany. […] Ja ze swej strony zapewniam współpracę na wszystkich frontach. Jakieś materiały, nie wiem, wyjątkowe, jakiekolwiek pan zamówi, mogę przeprowadzać na przykład jakieś wywiady dla was, naprawdę się wysilę, żeby jakoś z tego wyjść”.
Zybertowicz przytacza owe straszne, upiorne wręcz, słowa i zadaje pytanie, które oczywiście powinny się nasunąć w tej sytuacji każdemu – może jedynie z wyjątkiem Skwiecińskiego i umysłów jemu podobnych – ile tego typu rozmów prowadzonych jest dzień w dzień, w najróżniejszych zakamarkach dzisiejszej Polski? I w ilu tego typu przypadkach wszystko się kończy jakimś satysfakcjonującym dla obu stron kontraktem? Pisze, słusznie zresztą i bardzo mądrze, Zybertowicz:
„Interesuje mnie zatem nie Fibak, nie Latkowski, ale wymiar socjologiczny tego typu sytuacji”.
A ja, już na sam koniec spróbuję jednak trochę z Zybertowiczem nie tyle popolemizować, co się w pewien szczególny sposób do jego refleksji podłączyć i ją uzupełnić o coś, na co on nie zwrócił uwagi. Otóż mnie jednak chodzi o Latkowskiego. Sylwestra Latkowskiego. Takiego, jakim go znamy i tego samego, o którym sobie niejednokrotnie bardzo ciekawie myśleliśmy. Jak idzie o mnie, to ja przyznaję, że wśród osób, które dla mnie stanowią przykład obleśności wręcz modelowej, on zajmuje od zawsze miejsce pierwsze. Gdyby zdarzyło mi się w moim życiu trafić na kogoś o tego typu prezencji, szyku i ogólnej aurze, wiałbym gdzie pieprz rośnie, uważając jednocześnie, by nie zwymiotować. I oto, cokolwiek dziś o nim nie myślimy, jakkolwiek te nasze myśli nie są usprawiedliwione, z jednej strony mamy tego Latkowskiego, a z drugiej jednak Fibaka. Jednak „tego” Fibaka. I oto ów Fibak stoi przed Latkowskim, tak strasznie upodlony, i ze łzami w oczach błaga go o zmiłowanie: „Panie Sylwestrze! Co mogę zrobić?”
Zybertowicz nazywa to „matnią”. Bardzo przepraszam, ale to jest naprawdę mało powiedziane. Matnia przy tym to przedszkole, by nie powiedzieć żłobek.

Bardzo proszę pamiętać o mnie i w miarę możliwości wspierać ten blog pomocą finansową. A jeśli ktoś sam się męczy, by jakoś przezyć kolejny miesiąc, niech czasem znajdzie czas, by tu zajrzeć i z nami pobyć. Dziekuję.

piątek, 17 lutego 2012

O duchach w świecie materii

Jechałem sobie rano autobusem do pracy i, jak co dzień, sprawdzałem, co słychać w Sieci. I oto nagle, kiedy wpisałem „toyah.pl” zostałem przekierowany na nazwa.pl, czyli stronę firmy od której kupiłem sobie ten adres, z zachętą, bym sprawdził, czy domena toyah.pl nie jest przypadkiem wystawiona na sprzedaż. Spróbowałem raz jeszcze, i jeszcze raz i kolejny raz, i za każdym razem, zamiast na blog, byłem kierowany do tej strony z ewentualną ofertą kupna mojej domeny. Pierwsze co sobie pomyślałem, to to, że pewnie coś im się tam poprzestawiało, i za chwilę wszystko się uporządkuje. Kiedy jednak sytuacja się przeciągała, i jakakolwiek próba wejścia na blog kończyła się w ten dziwny sposób, pomyślałem sobie, że właściwie a niby czemu nie miałoby się zdarzyć coś takiego, że toyah.pl przestałby działać, i to działać ostatecznie? Że oczywiście toyah1.blogspot.com, jako raczej pozostający poza wpływami Systemu, pozostałby nietknięty, natomiast podstawowy adres tego bloga, zostałby faktycznie wystawiony na sprzedaż, z tym zastrzeżeniem, że jak idzie o mnie, to ja już go kiedyś miałem i to mi powinno wystarczyć.
Oczywiście, ani nic takiego, jak widać, się nie stało, ani też – co muszę być może naiwnie przyznać – takiego rozwiązania na poważnie nie brałem pod uwagę, natomiast wciąż mi po głowie chodzi ta jedna myśl, że a niby czemu nie, no i jeszcze jedna – jakie ja bym mianowicie miał możliwości obrony wobec tego typu agresji? Oczywiście mógłbym napisać w tej sprawie specjalny tekst, który by się jak najbardziej na blogu ukazał, natomiast ci którzy by go przeczytali, to już by pewnie byli bardziej ci, którzy mnie w tej sytuacji postawili. Z całą pewnością naturalnie ten temat u siebie na blogach poruszyliby niektórzy z tych, dla których to co ja tu piszę, ma jakieś znaczenie. I być może nawet na Nowym Ekranie zrobiłaby się z tego drobna, parodniowa awantura. Ale na tym, z całą pewnością by się skończyło.
Na pewno też mógłbym sam spróbować zorganizować w tej sprawie jakąś akcję, albo wytaczając nazwie.pl sprawę, lub nawet interweniując u miejscowego posła Prawa i Sprawiedliwości. Mógłbym pisać do gazet, mógłbym nawet napisać do samego Premiera, lub – skoro już wpadamy w absurdy – wyjść na ulicę z tablicą na kiju i rozpocząć publiczny protest. Jestem pewien jednak, że każdy z nas świetnie wie, że jedynym tego wszystkiego efektem mogłoby się stać najwyżej to, że ktoś by mi zwrócił przekazem tych parę złotych za niewykorzystany czas korzystania z domeny. I tyle. Więcej nie stałoby się nic.
Ktoś mi powie, że Polacy dziś z całą pewnością mają znacznie więcej problemów, niż to, że komuś pomyłkowo – z całą pewnością pomyłkowo – odebrano domenę, i to problemów znacznie bardziej serio. Że mój żal o to, że istnienie, lub nieistnienie tego bloga, tak naprawdę mało kogo interesuje jest co najmniej bezczelny. No i że on z całą pewnością świadczy o tym, że mi się już mocno w głowie od tych paru komplementów poprzewracało. Proszę więc pozwolić mi wyjaśnić, skąd mi się to wszystko dziś wzięło. Otóż parę dni temu, nasz kolega Coryllus dostał kolejnej cholery, tym razem w związku z tym, że w którejś z najświeższych wypowiedzi, Andrzej Zybertowicz wezwał do tworzenia tak zwanych Archipelagów Polskości, które pod troskliwą opieką specjalnie sprowadzonych „coachów”, będą jednoczyły wszelkie bardziej i mniej drobne patriotyczne inicjatywy w Polsce, których, zdaniem Zybertowicza, są dziś „tysiące”. Ponieważ Coryllus nie tylko uznał, że tworzenie tego rodzaju coachingu jest kosmicznym skandalem, ale że w dodatku to gadanie o „tysiącach” inicjatyw, to kompletna bzdura, poprosił tych, którzy się z nim nie zgadzają, by mu zechcieli wskazać choć jedną z owych patriotycznych inicjatyw. Ponieważ strach na czytelników bloga Coryllusa padł tak blady, że nikt, w obawie że zostanie wyśmiany, nie spróbował wymienić choćby tylko Klubów Gazety Polskiej i Solidarnych2010, zgłosiłem się ja i napisałem Coryllusowi, że być może Andrzej Zybertowicz miał na myśli mój blog. W końcu, jak by nie patrzeć, to że ja go swego czasu stworzyłem, było jak najbardziej inicjatywą i nieskromnie twierdzę, że na jej początku stał mój patriotyzm. Wprawdzie ja do jej kontynuowania nie potrzebuję tego, by mi Zybertowicz wysyłał jakiegoś coacha, który mi powie, jak ja mam ten blog prowadzić, by Archipelag Polskości rozkwitał, zwłaszcza, że tym coachem mógłby zostać Łukasz Warzecha na przykład, a ja bym tego nie zniósł, jednak wciąż twierdzę, że ten blog zupełnie dobrze kwalifikuje się do tego, by został uznany za inicjatywę patriotyczną.
A więc, mając w pamięci ów mój komentarz na blogu Coryllusa, zacząłem sobie myśleć, że skoro Andrzej Zybertowicz planuje objąć swoim patronatem te „tysiące” patriotycznych inicjatyw, jakie pojawiły się w Polsce w ostatnich latach, to może, gdyby System z jakiegoś powodu uznał, że ten mój blog się nie nadaje do tego, by się szarogęsić w publicznej przestrzeni, i tę myśl wprowadził w życie, on by jakoś zechciał mnie wziąć w obronę? A skoro on, to może i jego znajomi, no i – konsekwentnie – wszyscy ci, których on by o zdarzeniu poinformował? W końcu ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby rząd Donalda Tuska przepchnął przez Parlament ustawę faktycznie delegalizującą działalność Klubów Gazety Polskiej, oni by jakoś zareagowali. Jednak dokładnie tak samo jak nie mam wątpliwości co do tego, nie mam też najmniejszych wątpliwości, że gdyby ten blog został urzędowo, lub quasi-urzędowo, skasowany, Andrzej Zybertowicz nawet by nie mrugnął okiem. Nie mrugnąłby okiem ani Zybertowicz, ani Sakiewicz, ani Pospieszalski, ani w ogóle nikt z tego patriotycznego towarzystwa. Nie mrugnąłby okiem nikt. Zero. Nikt. Z wyjątkiem tych kilku osób, które ten blog czytają i wspierają – nikt.
Skąd ja to wiem? Stąd mianowicie, skąd wiem różne inne rzeczy, a więc z życia i doświadczenia. A moje doświadczenie jest takie, że oni wszyscy mają w nosie wszystko, o ile nie dojdą do wniosku, że ich zaangażowanie może przynieść jakieś korzyści im samym. I odwrotnie. Jeśli tylko zobaczą, że owo zaangażowanie może im, już nawet nie zaszkodzić, ale sprawić kłopot, lub choćby zabrać cenny czas, angażować się nie będą. No dobra. Niech będzie, że oni też mogą trochę powalczyć, jeśli trzeba się będzie wstawić za kolegą. Kiedy niedawno w wywiadzie z Janem Dworakiem pewnym momencie któryś z Karnowskich szturchnął troszeczkę Piotra Lisiewicza, dziennikarza Gazety Polskiej, Tomasz Sakiewicz temu wydarzeniu poświęcił cały osobny tekst na niezależnej.pl.
Ale moje doświadczenie ma też wymiar bardzo konkretny i bardzo osobisty. Pamiętam jak już po Katastrofie Smoleńskiej – co tu akurat jest bardzo ważne, choćby ze względu na to że to był czas gwałtownego tworzenia się wspomnianych wyżej „Archipelagów Polskości” – zamieściłem w Salonie24 kilka zdjęć upamiętniających zamordowanego w Smoleńsku Prezydenta, ale też choćby tylko i jego wnuczki. Znalazłem te zdjęcia w Internecie, gdzie są dostępne do dziś, opublikowałem je na blogu, i wtedy spółka „Agora” zwróciła się do Igora Janke, by mój wpis wraz z tymi zdjęciami usunął, bo to są ich zdjęcia i oni sobie nie życzą, bym ja je u siebie wklejał. Wydawałoby się, że ktoś taki jak Igor Janke, a więc przedstawiciel mediów, pozornie przynajmniej, „Agorze” obcych, powinien tę sytuację wykorzystać do bardzo zdecydowanej obrony „swojego” blogera, ale przede wszystkim do bezkompromisowej kampanii przeciwko szczególnie perfidnej cenzurze. Nic takiego się nie stało. Janke natychmiast położył uszy po sobie, usunął cały mój wpis do czasu tych zdjęć tam już nie będzie, a kiedy już wszystko się uspokoiło, nawet się nie zająknął, że coś się tak naprawdę stało. Po kilku miesiącach wprawdzie odezwał się Janek Pospieszalski, ale też bardzo przypadkowo i mocno obok prawdziwego problemu.
Nic takiego. To proszę sobie przypomnieć coś innego. W roku 2010 otrzymałem nagrodę Onetu dla politycznego bloga roku. Najpierw myślałem sobie, że to mi w zupełności wystarczy, ale tak się jakoś stało, że kiedy w następnym roku dostałem informację o kolejnej edycji konkursu, postanowiłem zgłosić się ponownie. I nagle się okazało, że Onet postanowił mnie do konkursu nie dopuścić. Ponieważ nie mógł tego zrobić w sposób oficjalny – startuje każdy kto ma na to ochotę – oni zdecydowali udawać, że ja się nie zgłosiłem. Wysyłałem zgłoszenie, oni tego zgłoszenia nie przyjmowali, pytałem ich, dlaczego, a oni wyjaśniali, że nie dostali zgłoszenia, i żebym wysłał je raz jeszcze. Wysyłałem je ponownie… i wszystko odbywało się tak jak poprzednio. W końcu zrezygnowałem, opisałem sprawę na bogu… i nic. Jakby nie stało się nic.
I znów ktoś powie, że co ja sobie wyobrażam? Że mi się zdecydowanie za dużo wydaje. Że jeśli sądzę, że ten blog ma jakiekolwiek znaczenie, jestem w dużym błędzie. I okay. Niech tak będzie, choć nie sądzę, żeby on znaczył mniej od większości pozostałych. Ba! Od niemal wszystkich pozostałych. A poza tym, w końcu ja sobie tej nagrody nie wymyśliłem. Ja ją autentycznie dostałem. W roku 2010 Onet uznał oficjalnie, że w całym poprzednim roku, ten własnie blog był najlepszy wśród politycznych blogów w Polsce. A przy okazji kolejnej edycji stanął na głowie, by go do konkursu nie dopuścić. Dlaczego? Oczywiście mieć pewności nie mogę, ale sądzę, że dlatego, iż wiedział, że ja się zakwalifikuję do finału, i tam już oni nie będą mieli innego wyjścia, jak mi dać tę nagrodę znowu. A tego zrobić nie chcieli.
Ale zaryzykuje i powiem coś jeszcze. Ja uważam że za tym postępowaniem stały dokładnie te same powody, dla których dziś ani „Gazeta Polska”, ani „Uważam Rze”, ani Janke w Salonie ani razu, ani jednym słowem się nie zająknęli, że jest do kupienia bardzo w końcu patriotycznie motywowana książka o liściu. Pamiętam jak Piotr Lisicki kiedyś krótko wspomniał, że mój tekst o Annie Walentynowicz jest „najpiękniejszym” tekstem o Walentynowicz, jaki on w życiu czytał. No ale wtedy ja jeszcze byłem nikim i mu pewnie w żaden sposób nie przeszkadzałem. Dziś tamten tekst jest jednym z tekstów zamieszczonych w tej książce. Czemu on więc choć jednym zdaniem o niej nie wspomni? Ot tak, w ramach wspierania oddolnych inicjatyw patriotycznych. Dla dobra Ojczyzny. A Zybertowicz? Niech sobie ją kupi i da w prezencie jednemu ze swoich coachów, żeby ten ocenił, czy jeszcze co ze mnie będzie.
Jak jednak mówię, nie wiem. Może się mylę. Może przyczyny i tu i tam były inne. Natomiast to wiem na pewno – że numer z odrzuceniem mojego zgłoszenia był zrobiony celowo. To był przejaw bardzo ciężkiej agresji. Czy może szeroko pojęty obóz patriotyczny zainteresował się tym, że doszło do aż tak owego nadużycia w stosunku do jednej z owych patriotycznych inicjatyw, o którym on tak bardzo dużo lubi gadać. Czy może Igor Janke, jako przedstawiciel najpoważniejszego niezależnego rzekomo portalu blogerskiego w Polsce, zadał chociaż Onetowi pytanie, dlaczego oni wykluczyli z tego konkursu ubiegłorocznego laureata? Oczywiście że nie. I jest czymś kompletnie nieważnym, czy on tego nie zrobił dlatego, że go to mało obchodziło, czy dlatego, że on sprawy w ogóle nie znał. Bo efekt i tak jest ten sam. On to wszystko co się dzieje poza jego własnym interesem ma głęboko w nosie. Ale przecież nie tylko on. Całe to podobno dobrze Polsce życzące towarzystwo dobrze życzy wyłącznie sobie.
Jeśli ktoś się tu w tym momencie uśmiecha z zażenowaniem, że ja znów ględzę o tym Janke, tak jakby mi się coś stało z rozumem, opowiem coś bardzo ciekawego na temat tych bardziej „naszych” z jego kumpli dziennikarzy, a mianowicie o tzw. niepokornych z „Uważam Rze”. W najświeższym numerze znalazłem przedziwny tekst Eryka Mistewicza. Otóż Mistewicz szydzi z Wojciecha Maziarskiego, że ten zasugerował jakoby prasa stanowiła IV władzę, filar obywatelskiego społeczeństwa i gwaranta demokracji. Mistewicz tłumaczy temu dziwnemu człowiekowi, że jego ten typ refleksji może tylko kompromitować, skoro już od wielu, wielu lat powszechnie wiadomo, że prasa nie reprezentuje niczyich interesów poza interesami, powiedzmy, reklamodawców. Że oficjalny rynek prasowy stanowi część Systemu, który jeśli ma cokolwiek na względzie, to z pewnością nie wolność i rozwój demokracji. Że jest nawet wręcz odwrotnie, i tu cytat: „Dotychczasowe media, sytuując się jako jedyni obrońcy wolności i demokracji, tłamszą demokrację. Obsadzając siebie w roli strażników jej wartości, odmawiają jednocześnie tego prawa innym. Tak jak odmawiają użytkownikom sieci, zbiorowej mądrości”. Ktoś pewnie się zaciekawi, jak tego rodzaju informacja została przyjęta przez kolegów Mistewicza z „Uważam Rze”. Oczywiście oni mogli ten jego felieton zwyczajnie odrzucić, no ale, jak wiemy, z kolegami tak się nie robi. A więc co zrobili? Zwyczajnie. Umieścili tę myśl jeszcze raz wcześniej, w podtytule, tyle że zamiast mediów „dotychczasowych” dali media „tradycyjne”. Proste, czyż nie?
To bowiem jest, proszę miłych państwa, jedno towarzystwo. Powtarzam to po raz kolejny i będę to powtarzał do znudzenia. Że jest tak, że oni mają swoje interesy, a to co nas dotyczy, w ogóle nie stanowi ich sprawy. Niekiedy, owszem, nasze drogi się zejdą, ale jeśli nagle na siebie wpadniemy, to nawet nie będziemy mieli powodu, by się na chwilę choćby zatrzymać. No i najważniejsze. Oni nie są przyjaciółmi. To są wrogowie jak cała reszta. Gdybyśmy byli silniejsi, moglibyśmy oczywiście ich wykorzystać jako tak zwane mięso armatnie, ale ponieważ jesteśmy tylko tu i tylko w ten sposób, możemy o nich zwyczajnie zapomnieć. A jeśli ktoś nas spyta, jak to możliwie, że nie ma nikogo, zupełnie nikogo, możemy się pocieszyć, że nie jest aż tak źle. Wczoraj widziałem w telewizji naprawdę piękną scenę. Akurat było tak, że z posiedzenia komisji kultury wracał ojciec Tadeusz Rydzyk i został zaczepiony przez jakiegoś nieznanego mi bałwana z TVN24 – oni ostatnio chyba naprzyjmowali nową partię zezowatych z krzywą szczęką – który się do ojca Rydzyka zwrócił z prośbą by ten coś mu tam zechciał powiedzieć do mikrofonu. Wówczas. Rydzyk zatrzymał się, uśmiechnął się dobrodusznie i powiedział mniej więcej tak: „Ja pana naprawdę szanuje, ale rozumie pan, no nie. Naprawdę nie. Wszystkiego dobrego panu życzę”. Powiedział to i uścisnął dupkowi dłoń. Dupek nawet nie drgnął. Tyle tylko, że, chyba zupełnie odruchowo, zdążył zareagować i wyciągnąć tę swoją rękę. I to było piękne. Że mamy wciąż tych dwóch ludzi, którzy unoszą się z wręcz niebiańską godnością nad tą całą hałastrą. I nic już ich nie jest w stanie dotknąć. Nic.

O książce szczęśliwie już było wyżej. Teraz tylko pozwolę sobie powtórzyć stałą prośbę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...