Jechałem sobie rano autobusem do pracy i, jak co dzień, sprawdzałem, co słychać w Sieci. I oto nagle, kiedy wpisałem „toyah.pl” zostałem przekierowany na nazwa.pl, czyli stronę firmy od której kupiłem sobie ten adres, z zachętą, bym sprawdził, czy domena toyah.pl nie jest przypadkiem wystawiona na sprzedaż. Spróbowałem raz jeszcze, i jeszcze raz i kolejny raz, i za każdym razem, zamiast na blog, byłem kierowany do tej strony z ewentualną ofertą kupna mojej domeny. Pierwsze co sobie pomyślałem, to to, że pewnie coś im się tam poprzestawiało, i za chwilę wszystko się uporządkuje. Kiedy jednak sytuacja się przeciągała, i jakakolwiek próba wejścia na blog kończyła się w ten dziwny sposób, pomyślałem sobie, że właściwie a niby czemu nie miałoby się zdarzyć coś takiego, że toyah.pl przestałby działać, i to działać ostatecznie? Że oczywiście toyah1.blogspot.com, jako raczej pozostający poza wpływami Systemu, pozostałby nietknięty, natomiast podstawowy adres tego bloga, zostałby faktycznie wystawiony na sprzedaż, z tym zastrzeżeniem, że jak idzie o mnie, to ja już go kiedyś miałem i to mi powinno wystarczyć.
Oczywiście, ani nic takiego, jak widać, się nie stało, ani też – co muszę być może naiwnie przyznać – takiego rozwiązania na poważnie nie brałem pod uwagę, natomiast wciąż mi po głowie chodzi ta jedna myśl, że a niby czemu nie, no i jeszcze jedna – jakie ja bym mianowicie miał możliwości obrony wobec tego typu agresji? Oczywiście mógłbym napisać w tej sprawie specjalny tekst, który by się jak najbardziej na blogu ukazał, natomiast ci którzy by go przeczytali, to już by pewnie byli bardziej ci, którzy mnie w tej sytuacji postawili. Z całą pewnością naturalnie ten temat u siebie na blogach poruszyliby niektórzy z tych, dla których to co ja tu piszę, ma jakieś znaczenie. I być może nawet na Nowym Ekranie zrobiłaby się z tego drobna, parodniowa awantura. Ale na tym, z całą pewnością by się skończyło.
Na pewno też mógłbym sam spróbować zorganizować w tej sprawie jakąś akcję, albo wytaczając nazwie.pl sprawę, lub nawet interweniując u miejscowego posła Prawa i Sprawiedliwości. Mógłbym pisać do gazet, mógłbym nawet napisać do samego Premiera, lub – skoro już wpadamy w absurdy – wyjść na ulicę z tablicą na kiju i rozpocząć publiczny protest. Jestem pewien jednak, że każdy z nas świetnie wie, że jedynym tego wszystkiego efektem mogłoby się stać najwyżej to, że ktoś by mi zwrócił przekazem tych parę złotych za niewykorzystany czas korzystania z domeny. I tyle. Więcej nie stałoby się nic.
Ktoś mi powie, że Polacy dziś z całą pewnością mają znacznie więcej problemów, niż to, że komuś pomyłkowo – z całą pewnością pomyłkowo – odebrano domenę, i to problemów znacznie bardziej serio. Że mój żal o to, że istnienie, lub nieistnienie tego bloga, tak naprawdę mało kogo interesuje jest co najmniej bezczelny. No i że on z całą pewnością świadczy o tym, że mi się już mocno w głowie od tych paru komplementów poprzewracało. Proszę więc pozwolić mi wyjaśnić, skąd mi się to wszystko dziś wzięło. Otóż parę dni temu, nasz kolega Coryllus dostał kolejnej cholery, tym razem w związku z tym, że w którejś z najświeższych wypowiedzi, Andrzej Zybertowicz wezwał do tworzenia tak zwanych Archipelagów Polskości, które pod troskliwą opieką specjalnie sprowadzonych „coachów”, będą jednoczyły wszelkie bardziej i mniej drobne patriotyczne inicjatywy w Polsce, których, zdaniem Zybertowicza, są dziś „tysiące”. Ponieważ Coryllus nie tylko uznał, że tworzenie tego rodzaju coachingu jest kosmicznym skandalem, ale że w dodatku to gadanie o „tysiącach” inicjatyw, to kompletna bzdura, poprosił tych, którzy się z nim nie zgadzają, by mu zechcieli wskazać choć jedną z owych patriotycznych inicjatyw. Ponieważ strach na czytelników bloga Coryllusa padł tak blady, że nikt, w obawie że zostanie wyśmiany, nie spróbował wymienić choćby tylko Klubów Gazety Polskiej i Solidarnych2010, zgłosiłem się ja i napisałem Coryllusowi, że być może Andrzej Zybertowicz miał na myśli mój blog. W końcu, jak by nie patrzeć, to że ja go swego czasu stworzyłem, było jak najbardziej inicjatywą i nieskromnie twierdzę, że na jej początku stał mój patriotyzm. Wprawdzie ja do jej kontynuowania nie potrzebuję tego, by mi Zybertowicz wysyłał jakiegoś coacha, który mi powie, jak ja mam ten blog prowadzić, by Archipelag Polskości rozkwitał, zwłaszcza, że tym coachem mógłby zostać Łukasz Warzecha na przykład, a ja bym tego nie zniósł, jednak wciąż twierdzę, że ten blog zupełnie dobrze kwalifikuje się do tego, by został uznany za inicjatywę patriotyczną.
A więc, mając w pamięci ów mój komentarz na blogu Coryllusa, zacząłem sobie myśleć, że skoro Andrzej Zybertowicz planuje objąć swoim patronatem te „tysiące” patriotycznych inicjatyw, jakie pojawiły się w Polsce w ostatnich latach, to może, gdyby System z jakiegoś powodu uznał, że ten mój blog się nie nadaje do tego, by się szarogęsić w publicznej przestrzeni, i tę myśl wprowadził w życie, on by jakoś zechciał mnie wziąć w obronę? A skoro on, to może i jego znajomi, no i – konsekwentnie – wszyscy ci, których on by o zdarzeniu poinformował? W końcu ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby rząd Donalda Tuska przepchnął przez Parlament ustawę faktycznie delegalizującą działalność Klubów Gazety Polskiej, oni by jakoś zareagowali. Jednak dokładnie tak samo jak nie mam wątpliwości co do tego, nie mam też najmniejszych wątpliwości, że gdyby ten blog został urzędowo, lub quasi-urzędowo, skasowany, Andrzej Zybertowicz nawet by nie mrugnął okiem. Nie mrugnąłby okiem ani Zybertowicz, ani Sakiewicz, ani Pospieszalski, ani w ogóle nikt z tego patriotycznego towarzystwa. Nie mrugnąłby okiem nikt. Zero. Nikt. Z wyjątkiem tych kilku osób, które ten blog czytają i wspierają – nikt.
Skąd ja to wiem? Stąd mianowicie, skąd wiem różne inne rzeczy, a więc z życia i doświadczenia. A moje doświadczenie jest takie, że oni wszyscy mają w nosie wszystko, o ile nie dojdą do wniosku, że ich zaangażowanie może przynieść jakieś korzyści im samym. I odwrotnie. Jeśli tylko zobaczą, że owo zaangażowanie może im, już nawet nie zaszkodzić, ale sprawić kłopot, lub choćby zabrać cenny czas, angażować się nie będą. No dobra. Niech będzie, że oni też mogą trochę powalczyć, jeśli trzeba się będzie wstawić za kolegą. Kiedy niedawno w wywiadzie z Janem Dworakiem pewnym momencie któryś z Karnowskich szturchnął troszeczkę Piotra Lisiewicza, dziennikarza Gazety Polskiej, Tomasz Sakiewicz temu wydarzeniu poświęcił cały osobny tekst na niezależnej.pl.
Ale moje doświadczenie ma też wymiar bardzo konkretny i bardzo osobisty. Pamiętam jak już po Katastrofie Smoleńskiej – co tu akurat jest bardzo ważne, choćby ze względu na to że to był czas gwałtownego tworzenia się wspomnianych wyżej „Archipelagów Polskości” – zamieściłem w Salonie24 kilka zdjęć upamiętniających zamordowanego w Smoleńsku Prezydenta, ale też choćby tylko i jego wnuczki. Znalazłem te zdjęcia w Internecie, gdzie są dostępne do dziś, opublikowałem je na blogu, i wtedy spółka „Agora” zwróciła się do Igora Janke, by mój wpis wraz z tymi zdjęciami usunął, bo to są ich zdjęcia i oni sobie nie życzą, bym ja je u siebie wklejał. Wydawałoby się, że ktoś taki jak Igor Janke, a więc przedstawiciel mediów, pozornie przynajmniej, „Agorze” obcych, powinien tę sytuację wykorzystać do bardzo zdecydowanej obrony „swojego” blogera, ale przede wszystkim do bezkompromisowej kampanii przeciwko szczególnie perfidnej cenzurze. Nic takiego się nie stało. Janke natychmiast położył uszy po sobie, usunął cały mój wpis do czasu tych zdjęć tam już nie będzie, a kiedy już wszystko się uspokoiło, nawet się nie zająknął, że coś się tak naprawdę stało. Po kilku miesiącach wprawdzie odezwał się Janek Pospieszalski, ale też bardzo przypadkowo i mocno obok prawdziwego problemu.
Nic takiego. To proszę sobie przypomnieć coś innego. W roku 2010 otrzymałem nagrodę Onetu dla politycznego bloga roku. Najpierw myślałem sobie, że to mi w zupełności wystarczy, ale tak się jakoś stało, że kiedy w następnym roku dostałem informację o kolejnej edycji konkursu, postanowiłem zgłosić się ponownie. I nagle się okazało, że Onet postanowił mnie do konkursu nie dopuścić. Ponieważ nie mógł tego zrobić w sposób oficjalny – startuje każdy kto ma na to ochotę – oni zdecydowali udawać, że ja się nie zgłosiłem. Wysyłałem zgłoszenie, oni tego zgłoszenia nie przyjmowali, pytałem ich, dlaczego, a oni wyjaśniali, że nie dostali zgłoszenia, i żebym wysłał je raz jeszcze. Wysyłałem je ponownie… i wszystko odbywało się tak jak poprzednio. W końcu zrezygnowałem, opisałem sprawę na bogu… i nic. Jakby nie stało się nic.
I znów ktoś powie, że co ja sobie wyobrażam? Że mi się zdecydowanie za dużo wydaje. Że jeśli sądzę, że ten blog ma jakiekolwiek znaczenie, jestem w dużym błędzie. I okay. Niech tak będzie, choć nie sądzę, żeby on znaczył mniej od większości pozostałych. Ba! Od niemal wszystkich pozostałych. A poza tym, w końcu ja sobie tej nagrody nie wymyśliłem. Ja ją autentycznie dostałem. W roku 2010 Onet uznał oficjalnie, że w całym poprzednim roku, ten własnie blog był najlepszy wśród politycznych blogów w Polsce. A przy okazji kolejnej edycji stanął na głowie, by go do konkursu nie dopuścić. Dlaczego? Oczywiście mieć pewności nie mogę, ale sądzę, że dlatego, iż wiedział, że ja się zakwalifikuję do finału, i tam już oni nie będą mieli innego wyjścia, jak mi dać tę nagrodę znowu. A tego zrobić nie chcieli.
Ale zaryzykuje i powiem coś jeszcze. Ja uważam że za tym postępowaniem stały dokładnie te same powody, dla których dziś ani „Gazeta Polska”, ani „Uważam Rze”, ani Janke w Salonie ani razu, ani jednym słowem się nie zająknęli, że jest do kupienia bardzo w końcu patriotycznie motywowana książka o liściu. Pamiętam jak Piotr Lisicki kiedyś krótko wspomniał, że mój tekst o Annie Walentynowicz jest „najpiękniejszym” tekstem o Walentynowicz, jaki on w życiu czytał. No ale wtedy ja jeszcze byłem nikim i mu pewnie w żaden sposób nie przeszkadzałem. Dziś tamten tekst jest jednym z tekstów zamieszczonych w tej książce. Czemu on więc choć jednym zdaniem o niej nie wspomni? Ot tak, w ramach wspierania oddolnych inicjatyw patriotycznych. Dla dobra Ojczyzny. A Zybertowicz? Niech sobie ją kupi i da w prezencie jednemu ze swoich coachów, żeby ten ocenił, czy jeszcze co ze mnie będzie.
Jak jednak mówię, nie wiem. Może się mylę. Może przyczyny i tu i tam były inne. Natomiast to wiem na pewno – że numer z odrzuceniem mojego zgłoszenia był zrobiony celowo. To był przejaw bardzo ciężkiej agresji. Czy może szeroko pojęty obóz patriotyczny zainteresował się tym, że doszło do aż tak owego nadużycia w stosunku do jednej z owych patriotycznych inicjatyw, o którym on tak bardzo dużo lubi gadać. Czy może Igor Janke, jako przedstawiciel najpoważniejszego niezależnego rzekomo portalu blogerskiego w Polsce, zadał chociaż Onetowi pytanie, dlaczego oni wykluczyli z tego konkursu ubiegłorocznego laureata? Oczywiście że nie. I jest czymś kompletnie nieważnym, czy on tego nie zrobił dlatego, że go to mało obchodziło, czy dlatego, że on sprawy w ogóle nie znał. Bo efekt i tak jest ten sam. On to wszystko co się dzieje poza jego własnym interesem ma głęboko w nosie. Ale przecież nie tylko on. Całe to podobno dobrze Polsce życzące towarzystwo dobrze życzy wyłącznie sobie.
Jeśli ktoś się tu w tym momencie uśmiecha z zażenowaniem, że ja znów ględzę o tym Janke, tak jakby mi się coś stało z rozumem, opowiem coś bardzo ciekawego na temat tych bardziej „naszych” z jego kumpli dziennikarzy, a mianowicie o tzw. niepokornych z „Uważam Rze”. W najświeższym numerze znalazłem przedziwny tekst Eryka Mistewicza. Otóż Mistewicz szydzi z Wojciecha Maziarskiego, że ten zasugerował jakoby prasa stanowiła IV władzę, filar obywatelskiego społeczeństwa i gwaranta demokracji. Mistewicz tłumaczy temu dziwnemu człowiekowi, że jego ten typ refleksji może tylko kompromitować, skoro już od wielu, wielu lat powszechnie wiadomo, że prasa nie reprezentuje niczyich interesów poza interesami, powiedzmy, reklamodawców. Że oficjalny rynek prasowy stanowi część Systemu, który jeśli ma cokolwiek na względzie, to z pewnością nie wolność i rozwój demokracji. Że jest nawet wręcz odwrotnie, i tu cytat: „Dotychczasowe media, sytuując się jako jedyni obrońcy wolności i demokracji, tłamszą demokrację. Obsadzając siebie w roli strażników jej wartości, odmawiają jednocześnie tego prawa innym. Tak jak odmawiają użytkownikom sieci, zbiorowej mądrości”. Ktoś pewnie się zaciekawi, jak tego rodzaju informacja została przyjęta przez kolegów Mistewicza z „Uważam Rze”. Oczywiście oni mogli ten jego felieton zwyczajnie odrzucić, no ale, jak wiemy, z kolegami tak się nie robi. A więc co zrobili? Zwyczajnie. Umieścili tę myśl jeszcze raz wcześniej, w podtytule, tyle że zamiast mediów „dotychczasowych” dali media „tradycyjne”. Proste, czyż nie?
To bowiem jest, proszę miłych państwa, jedno towarzystwo. Powtarzam to po raz kolejny i będę to powtarzał do znudzenia. Że jest tak, że oni mają swoje interesy, a to co nas dotyczy, w ogóle nie stanowi ich sprawy. Niekiedy, owszem, nasze drogi się zejdą, ale jeśli nagle na siebie wpadniemy, to nawet nie będziemy mieli powodu, by się na chwilę choćby zatrzymać. No i najważniejsze. Oni nie są przyjaciółmi. To są wrogowie jak cała reszta. Gdybyśmy byli silniejsi, moglibyśmy oczywiście ich wykorzystać jako tak zwane mięso armatnie, ale ponieważ jesteśmy tylko tu i tylko w ten sposób, możemy o nich zwyczajnie zapomnieć. A jeśli ktoś nas spyta, jak to możliwie, że nie ma nikogo, zupełnie nikogo, możemy się pocieszyć, że nie jest aż tak źle. Wczoraj widziałem w telewizji naprawdę piękną scenę. Akurat było tak, że z posiedzenia komisji kultury wracał ojciec Tadeusz Rydzyk i został zaczepiony przez jakiegoś nieznanego mi bałwana z TVN24 – oni ostatnio chyba naprzyjmowali nową partię zezowatych z krzywą szczęką – który się do ojca Rydzyka zwrócił z prośbą by ten coś mu tam zechciał powiedzieć do mikrofonu. Wówczas. Rydzyk zatrzymał się, uśmiechnął się dobrodusznie i powiedział mniej więcej tak: „Ja pana naprawdę szanuje, ale rozumie pan, no nie. Naprawdę nie. Wszystkiego dobrego panu życzę”. Powiedział to i uścisnął dupkowi dłoń. Dupek nawet nie drgnął. Tyle tylko, że, chyba zupełnie odruchowo, zdążył zareagować i wyciągnąć tę swoją rękę. I to było piękne. Że mamy wciąż tych dwóch ludzi, którzy unoszą się z wręcz niebiańską godnością nad tą całą hałastrą. I nic już ich nie jest w stanie dotknąć. Nic.
O książce szczęśliwie już było wyżej. Teraz tylko pozwolę sobie powtórzyć stałą prośbę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.