Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diabeł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diabeł. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 sierpnia 2024

Tunel-Babel (repryza)

 

Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, ze względu na bardzo trudną chorobę mojego dziecka, nie mam ani siły ani przede wszystkim nastroju, by wrzucać tu swoje kolejne refleksje, jednak stalo się tak, że w tych dniach na portalu Szkoła Nawigatorów został wspomniany projekt o nazwie Gothard-Basiltunnel, o którym przed siedmiu już laty pojawił się i tu na tym blogu specjalny tekst. Ponieważ towarzyszący owej wzmiance komentarz sugerował, że cała ta gadka o rzekomym satanizmie szwajcarsko-niemieckiego projektu to stek zakompleksionych bzdur, wróciłem do dawnego tekstu i uznałem, że ponieważ dziś nie zmieniłbym w nim ani jednego słowa, nic nie stoi na przeszkodzie, by go wspomnieć, uzupełniając go dodatkowo o usunięty od tamtego czasu ilustrujący sprawę film. Nie spuszczajmy oka z TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji.

 

 

      Kiedy to wszystko tak naprawdę się urodziło, w czyjej głowie i z jakimi intencjami, możemy się domyślić, ale tak do końca nie dowiemy się pewnie nigdy. Na pewno wiemy, że 29 listopada 1998 roku w Szwajcarii odbyło się referendum z podstawowym pytaniem: „Czy jesteś za budową tunelu?” Zwykle stosunkowo mocno obywatelsko zdyscyplinowane społeczeństwo Szwajcarii na tę zaczepkę zareagowało bardzo różnie. To, co bardzo ciekawe, ponad 60 procent z nich do głosowania nie poszło, a z tych, co poszli, niemal 40 procent odpowiedziało, że tunelu sobie nie życzy. Czemu tak, też nie wiemy, ponieważ jednak entuzjastów owej budowli było wystarczająco dużo, w roku 2003 zaczęto przymierzać się do wierceń, a równo dziesięć lat później prace ruszyły. 15 października 2010 roku ekipy drążące tunel z dwóch kierunków spotkały się niedaleko wioski Sedrun na głębokości 2 kilometrów od powierzchni góry, 24 sierpnia 2015 roku poinformowano oficjalnie o zakończeniu montażu konstrukcji tunelu, a 1 czerwca 2016 roku odbyło się jego uroczyste otwarcie.

      Ktoś pewnie zada pytanie, czemu to trwało tak długo i czyja ręka sprawiła, że to było relacjonowane aż z taką starannością. Otóż rzecz w tym, że ów tunel liczy niemal 60 kilometrów długości i tym samym jest najdłuższą tego typu kolejową konstrukcją w historii świata, ponad dwukrotnie bijąc dotychczasowego rekordzistę, norweski Tunel Lærdal, nie mówiąc już o tym wszystkim, co Szwajcarzy wybudowali w tamtym miejscu wcześniej, a więc zaczynając od najstarszego przejścia jeszcze z roku 1707 o długości parudziesięciu metrów po 15 kilometrowy tunel z XIX wieku – wszystkie, podobnie jak sam ów wąwóz, które przecinały, nazwane imieniem Gotarda, świętego patrona alpejskich wędrowców.

      A więc powstał ten tunel, najdłuższy tunel na świecie, i co tu dla nas akurat może i najciekawsze, pierwszy z tej serii nie noszący już nazwy św. Gotarda, ale po prostu Gotthard-Basistunnel. Oficjalnie, główną przyczyną budowy było oczywiście pragnienie skrócenia czasu przejazdu między głównym miastami Szwajcarii. Wedle wyliczeń projektodawców, nowa linia miała skrócić podróż między Bazyleą a Mediolanem z 5 godzin i 20 minut do 3 godzin i 30 minut. O prawie połowę skrócić się miał również czas podróży między Zurychem a Mediolanem, z wcześniejszych 4 godzin i 10 minut do 2 godzin i 35 minut. Inicjatorzy budowy zapewniają również, że dzięki tunelowi, lepiej będzie chroniony przed fatalnym wpływem spalin unikalny alpejski ekosystem.

      I tu pojawia się pierwszy dreszcz. Ponieważ tu nie chodziło o proste przeciągnięcie kładki przez rzekę, ale o przewiercenie przez Alpy 60 kilometrowego tunelu, bezpośrednie koszta, z którymi i tak trzeba się było liczyć, a które sięgały sumy 10 miliardów franków, zostały z biegiem lat powiększone o śmierć 9 robotników pracujących przy tej budowie. Wspomnijmy ich może, zwłaszcza, że oni się tu jeszcze pojawią w pewien bardzo szczególny sposób. Pierwszym z nich był 33 letni Niemiec, Andreas Reichhardt uderzony przez belkę, która spadła z 700 metrów i trafiła go prosto w głowę. Następnym był 23 letni chłopak z Południowej Afryki nazwiskiem Jacques Du Plooy, zasypany przez zgromadzony podczas wiercenia materiał. 35 letni Niemiec, Hejko Bujack, umarł zwyczajnie trafiony kamieniem. 37 letni pochodzący z Austrii Albert Ginzinger został zgnieciony przez ogromny bęben z kablem. 31 letni Włoch Andrea Astorino oraz 23 letni Szwajcar zginęli razem uderzeni przez wykolejoną lokomotywę kolejki transportującej materiał. Podobnie, ta sama kolejka jakiś czas później śmiertelnie przygniotła Niemca, Thorstena Elsemanna. Inny Niemiec, Hans Gammel zmarł zwyczajnie wypadając z pociągu. No i wreszcie Włoch, Giuseppe Liuzzo, który spadł z rusztowania. Czemu spadł? Kto to może wiedzieć? Może się potknął, a może mu się w głowie zakręciło? A może się zwyczajnie zamyślił. A może nie stało się nic szczególnego, tylko on wziął i z tego rusztowania spadł? Tego typu pytania można zadawać zawsze.

      Dziewięć osób to nie w kij dmuchał. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, to jest dokładnie ta sama liczba, co u nas w Polsce w grudniu 1981 roku, by już nie wspomnieć, że oni akurat to więcej nawet niż ci, którzy stracili życie w słynnym filmie „Omen”. Z drugiej strony, nie należy zapominać, że źródła nie informują nas, ile osób zginęło przy budowie wieży Babel. Można przypuszczać, że znacznie więcej. W dodatku, jak wiemy, tamci ponieśli szczególną stratę dodatkową, w postaci pomieszania języków.

      Tak czy inaczej, Gotthard-Basistunnel został uroczyście otwarty 1 czerwca 2016 roku, a owa uroczystość została uświetniona niezwykłym występem artystycznym – dziś już powszechnie opisywanym najróżniejszymi epitetami, z których angielskie słowo „bizarre” robi jeszcze najłagodniejsze wrażenie –uświetnionym obecnością kanclerz Angeli Merkel, prezydenta Francji François Hollande’a, premiera Włoch Matteo Renzi, oraz kanclerza Austrii Christiana Kerna, który to występ już dziś stał się historią.

      Długo myślałem, w jaki sposób przejść do właściwego tematu dzisiejszej notki bez zmuszania Czytelnika do tego, by oglądał to, co tam się wydarzyło 1 czerwca i niestety nie udało mi się. Wygląda na to, że bez tego ani rusz. A więc, zanim pójdziemy dalej, proszę rzucić okiem na ów szczególny spektakl. Można przewijać.

 



 

 

      Najprościej oczywiście byłoby mi teraz powiedzieć, że jeśli Diabeł razem z nami obejrzał choć fragment tego teatru, a pogłoski na temat jego słynnej wrażliwości na sztukę są prawdziwe, on w jednej chwili ze wstydu powinien tę tandetę spalić w siarce i zalać smołą. Jeśli bowiem spojrzeć na to, co tam się wyprawia, jak na sztukę właśnie, to ja osobiście, jak długo żyję, takiego gówna nie widziałem. Nie wiem, jak długo całe to przedstawienie trwało i jak długo ta banda durniów w garniturach musiała to znosić, ale nawet gdyby każdy z nich był honorowym członkiem Zakonu Iluminatów Thanaterosa, to ja im naprawdę współczuję tej żenady, jaką oni musieli przeżywać. No ale niestety tak się tego potraktować nie da, bowiem stało się też tak, że myśmy to próbowali obejrzeć tu w domu i mieliśmy z tym poważny problem, i to problem bardzo odległy od tego wszystkiego, co tu wcześniej napisałem. Ja, jako osoba w pewnym sensie doświadczona, choćby przez znane nam tu wszystkim perypetie z krakowskim festiwalem Unsound, jakoś sobie z tym poradziłem, natomiast pozostali prędzej, czy później, nie wytrzymali. I powiem szczerze, że się absolutnie nie dziwię. Mógłbym nawet powiedzieć, że fakt iż oni tego nie wytrzymali, a ja owszem, może świadczyć lepiej o nich, nie o mnie. No ale, jak mówię, obejrzałem to w całości i wszystko co mi przychodzi do głowy, to to, co już wielokrotnie mówiłem wcześniej. To, z czym mamy do czynienia, to nie prosty satanizm – myślę, że nadszedł czas, by wreszcie to słowo wypowiedzieć – w sensie, jaki znamy i do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. To jest bowiem zaledwie folk, a więc kultura ściśle ludowa, przedstawiona jako jedyna autentyczna, a więc pierwotna, a skoro pierwotna, to naturalnie pogańska, definiująca przedchrześcijańskie jeszcze czasy, cywilizacja. Gdy oni zorientowali się, że te wszystkie szóstki, odwrócone pentagramy, diabły z rogami stały się częścią uniwersalnej popkultury, postanowili swój czarny przekaz skierować na tak zwaną „sferę wyższą” i w ten sposób dostaliśmy coś, co Oni nazywają czystą sztuką, lub, tak jak to miało miejsce w tym wypadku, „artystyczną wizją pierwotnej kultury alpejskiej”.

      Słowo „Oni” napisałem, jak widzimy, z wielkiej litery i zrobiłem to jak najbardziej świadomie. To nie są bowiem jacyś „oni”, ale właśnie ci, jak najbardziej określeni, dobrze nam znani Oni. Zanim zaczniemy zamykać te refleksje, przyjmijmy odpowiednio mocną pozycję, bo tu naprawdę nie ma żartów. Uwaga:
Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. A gdy wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali. I mówili jeden do drugiego: „Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu”. A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej, rzekli: „Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi”. A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie, i rzekł: „Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego!” W ten sposób Pan rozproszył ich stamtąd po całej powierzchni ziemi, i tak nie dokończyli budowy tego miasta. Dlatego to nazwano je Babel, tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi. Stamtąd też Pan rozproszył ich po całej powierzchni ziemi.

       Jak ci z nas, którzy dali radę, mogli zaobserwować, w pewnym momencie owego szczególnego teatru została również bardzo symbolicznie wspomniana owa dziewiątka zmarłych robotników. Proszę się przyjrzeć uważnie tej scenie, bo to ona tak naprawdę pokazuje cały sens owego strasznego przedsięwzięcia. Oni jeden po drugim umierają, a nad nimi unosi się TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. To on w całej swojej krasie zwycięstwa, a kiedy my już to wiemy, pozostaje nam się tylko zastanowić, czy to przypadkiem nie jest tak, że on już nawet nie musi czekać na okazję. Czy to nie jest tak, że on kolejne okazje jak najbardziej kreuje? Uroczystość otwarcia Gotthard-Basistunnel pokazuje ową ekspansję bardzo wyraźnie. Najwyraźniej komuś się bardzo spieszy.

      W tych dniach prezydent Argentyny Mauricio Macri – co warte podkreślenia, podobno reprezentujący polityczną prawicę – przekazał 16 666 000 peso na rzecz wspieranej przez Papieża Franciszka fundacji edukacyjnej Scholas Occurentes. Jak informują watykańskie media, papież zadecydował o zwrocie pieniędzy. W notatce uzasadniającej papieski gest, miały się pojawić słowa: „nie lubię liczby 666”. I to jest wiadomość dla nas z pewnego punktu widzenia podstawowa. Jak mogliśmy się wielokrotnie w ostatnich dniach przekonać, posługa papieża Franciszka bywa ze strony najbardziej pobożnych katolików wyjątkowo mocno kontestowana. A ja dziś sobie myślę, że jeśli akurat papież został przez TegoKtóry w tak zuchwały sposób sprowokowany i tak pięknie się owej prowokacji odejrzał, powinien mieć w nas swoje oparcie. Niech wszystko to, co zostało już wcześniej powiedziane, podtrzymuje nas w tym postanowieniu.
      A święty Godard niech nadal chroni alpejskich wędrowców, szczególnie tych, którzy szykują się, by, gdy spadną pierwsze śniegi, sprawdzić czy ów tunel faktycznie sięga Nieba.

 

 

sobota, 1 września 2018

Sympathy for the Devil


       Skoro wczoraj było o Diable, a niedziela póki co przed nami, pozostańmy może w temacie.
       Ja zdaję sobie sprawę z tego, że od czasu, gdy po raz pierwszy zauważyłem tu, że potęga mediów pod każdą długością i szerokością geograficzną sprowadza się tak naprawdę do jednego, nic się w tej mierze nie zmieniło. One wciąż swoją nadzwyczajną skutecznością wymuszają na nas to, że jeśli tylko zgodzimy się stanowić choćby drobną część ich klienteli – a tu, o czym jestem przekonany, praktycznie nie ma wyjątków – po pewnym czasie zaczynamy każdą informację traktować jako równie dla nas ważną, co kompletnie nieistotną. Nie sugeruję tu broń Boże, że ktokolwiek z nas nie rozróżnia między tym co ważne, a co nieważne, mówię tylko że każda z tych informacji, choćby kiedyś nas bardzo poruszyła, podobnie jak każda z tych informacji, które choćby nie wiadomo jak zostały przez nas zlekceważone, po pewnym czasie w sposób praktycznie niekontrolowany stają się zaledwie bladym wspomnieniem.
      Tu zresztą dochodzi do czegoś jeszcze, równie ciekawego, a mianowicie tego, że po pewnym czasie, w wiekszości przypadków, nie jesteśmy w stanie choćby nawet w przybliżeniu określić, ile to owego czasu upłynęło od dnia, kiedy nas coś zainteresowało, czy wręcz zszokowało. Jestem pewien, że większość z nas świetnie wie, o czym mówię. Ktoś nas pyta: „Pamiętasz?” My na to odpowiadamy: „Jak mógłbym zapomnieć?” A po chwili: „Zaraz, a kiedy to było? W zeszłym roku?” „No nie, chyba już dwa lata temu”. I w tym momencie okazuje się, że ani rok, ani dwa, tylko minąło lat cztery, pięć, lub siedem. Albo odwrotnie. Jesteśmy przekonani, że to co tak dobrze pamiętamy to sprawa sprzed wielu lat, podczas gdy w rzeczywistości ona nas tak frapowała ledwie kilka miesięcy temu.
      Coś takiego zdarzyło mi się całkiem niedawno, kiedy na youtubie trafiłem na opublikowany ledwo co przez biuro szeryfa w Broward na Florydzie pełny zapis przesłuchania Nikolasa Cruza, dziewiętnastolatka, który chwilę wcześniej na terenie miejscowej szkoły zastrzelił 17 dzieci. Przypomniałem sobie natychmiast owo – tak dramatycznie zaledwie jedno z wielu – zdarzenie i od razu zacząłem się zastanawiać ile to lat temu o owym „Parkland shooting” po raz pierwszy usłyszeliśmy. I proszę sobie wyobrazić, jak się zdziwiłem, kiedy sprawdziłem i okazało się, że to było zaledwie w lutym tego roku.
       No ale obejrzałem sobie owo przesłuchanie – ponieważ ono trwa ponad dziesięć godzin, zaledwie we fragmentach – i powiem szczerze, że, być może dlatego, że nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się widzieć, jak tego typu procedura wygląda, do dziś nie potrafię się pozbierać. Widzimy więc klasyczny pokój przesłuchań, pod ścianą rodzaj biurka, dwa krzesła, na środku wbity w podłogę metalowy uchwyt na łańcuch, no i z jednej strony starszy policjant z typowym wąsem, a z drugiej to jeszcze przecież dziecko – a przez większość tego czasu, samo dziecko z jego demonem – które, jak rozumiem, kilka godzin wcześniej bez żadnego wyraźnego powodu zamordowało 17 innych dzieci, a drugie tyle ciężko poraniło. No i te dziesięć godzin,  bez muzyki, bez obcych dźwięków, bez kolorowych obrazków, niemal bez ruchu. Niemal.
       Oczywiście tam jest bardzo dużo rzeczy, o których warto by było tu opowiedzieć, jak choćby o tym, jak ten 18, czy 19 letni chłopiec, o którym wszyscy mówili, że jemu ta śmierć wręcz wypływała z oczu, całkowicie legalnie kupił pięć sztuk wszelkiego rodzaju broni wraz z amunicją, a miejscowa policja, władze szkolne, badający go psychiatrzy, mimo szeregu doniesień, że on całkowicie otwarcie zapowiada, co niedługo ma nastąpić, nie widzieli powodu, by się zaniepokoić. Można by było też opowiedzieć o tym, jak on przez długie godzimny, kiedy jest tam sam, wręcz umiera ze strachu przed niewiadomo czym, jak drży i płacze, jak się wije w przedziwnym przerażeniu, by wreszcie zacząć jęczeć: „Zabijcie mnie!”, no ale to też nie jest dziś dla nas temat. Nie jest dla nas dziś nawet tematem wyznanie tego biedaka, że jego ulubiona muzyka to tak zwany „Russian bass”, i coś niemieckiego, czego nazwy nie bardzo jestem w stanie odczytać, ale co on sam określa, jako „German party music”. To co mnie natomiast tak bardzo poruszyło, to moment kiedy on zaczyna opowiadać o jakichś „głosach”, które mu kazały robić „złe rzeczy” i o owym „demonie”, autorze owych głosów. Mówi on więc wciąż, że ten „demon” zlecał mu to czy tamto, policjant pyta go, czemu on go słuchał, zamiast go przepędzić, ten na to wciąż to samo, że „demon” to czy tamto i że on robił, co ten mu kazał.
      No i w pewnym momencie policjant zwraca się do niego zupełnie szczerze: „Wiesz co, mnie się wydaje, że ty go lubisz”. „Kogo?” „No tego demona. Ty go musisz lubić”. I trzeba nam widzieć, jak to dziecko zaczyna się wtedy bać. „Nie”. „Tak”. „Nie”. „Ależ tak. Ty go musiszś go naprawdę lubić”. Przepraszam wszystkich bardzo za ten ton, ale tu się w tym momencie odbywa jazda, jakiej świat nie widział.
       Nie mówię, że warto to zobaczyć, bo raczej nie warto. Ja to jednak obejrzałem i pomyślałem sobie, że choćby nawet to miała być jedyna karą, jaką ów Nikolas Cruz ma ponieść za to co zrobił, to ja ją przyjmuję. To jest coś tak strasznego, że chyba nawet znany nam być może Harry Angel tego nie doświadczył, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to on jest tym człowiekiem, którego szuka.
       Daję słowo. To jemu byłoby już znacznie lepiej zwyczajnie umrzeć i liczyć na to, że Dobry Bóg się nad nim jakoś ulituje.





Książki od wczoraj nie zmieniły swojego położenia. Serdecznie polecam. 



środa, 13 czerwca 2018

Jak daleko do Japonii, jak blisko


Parę dni temu napisał do mnie Czytelnik i poprosił bym mu wysłał dwa egzemplarze mojego drugiego zbioru felietonów „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Przyznam szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło. Ja wprawdzie sobie tę akurat z moich książek bardzo i pod każdym względem cenię, jednak jakoś ostatnio nawet sam o niej zapomniałem. Sprzedają się listy od Zyty, sprzedaje się 39 wypraw, sprzedaje się oczywiście listonosz, nawet rock and roll ostatnio się zaktywizował, natomiast te felietony, jak mówię, gdzieś się rozpłynęły. I oto pisze do mnie nieznany mi czytelnik i prosi o TegoKtóry…
Pomyślałem więc, ze rzucę na tę książkę okiem po latach i zobaczę, jak ona się dziś miewa. No i powiem nieskromnie, że ona się miewa znakomicie. Powiem więcej, ona się chyba nigdy wcześniej tak dobrze nie miała. W tej sytuacji, biorąc pod uwagę, że ten blog, poza funkcją rozrywkową, pełni również funkcję sprzedażową, pomyślałem sobie, że przypomnę z niej parę niedługich tekstów, licząc, że może w ten sposób kogoś, kto tu jest od niedawna, zachęcę do jej kupienia. Bardzo polecam. Dziś tekst o Japoni i o nas. I o nas.



      Okropny jest ten widok ogarniętej klęską żywiołu Japonii. Tak bardzo z jednej strony – dzięki dobrodziejstwom nowoczesnej techniki i komunikacji – spektakularny, a jednocześnie, przez obraz tych oszalałych z rozpaczy, bezradnych do końca świata ludzi, tak okropnie przytłaczający. No i oczywiście ten rozmiar zniszczeń, gdzie samochody, statki, pociągi, ciężarówki, domy i ludzie, gdzie to wszystko robi wrażenie makiety, dziecięcej budowli z klocków, a przez to czegoś kompletnie nierzeczywistego. I wtedy, w momencie gdy sobie uświadomimy, że to są jednak prawdziwe pociągi, prawdziwe domy, prawdziwe samochody, a w nich prawdziwi ludzie, i że ich jest tak strasznie dużo – można poczuć szacunek dla… no właśnie… szacunek dla czego? A może dla kogo? I wtedy dopiero można zrozumieć, że nie ma co podskakiwać. Nie ma co podskakiwać.
       Wcześniej oglądaliśmy tragedię Haiti. Oczywiście, widok był straszny. Te zasypane nieszczęściem, śmiercią i bólem slumsy. Te kobiety w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni, z wytrzeszczonymi oczami chłopcy, snujący się bez sensu po tych ruinach. Wciąż widzę te kobiety w kolorowych sukienkach. A później te wiadomości o chorobach, o kolejnych zgonach, o grabieżach i o powszechnym zdziczeniu. I o tej pomocy międzynarodowej, tak bzdurnej i pustej i beznadziejnej. I o tych niby-dobroczynnych koncertach, służących wyłącznie temu, żeby parę schodzących gwiazd mogło się jeszcze raz pokazać. No i żeby Bob Geldof i Bono mieli swoją kolejną sesję. Jednak patrzę na to Haiti i po pewnym czasie już jestem spokojny. I myślę, że tu właściwie zawsze mniej więcej tak właśnie było. Właśnie tak. Te biedne dziewczyny w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni chłopcy o czarnych oczach. Z jakiegoś powodu, ta Japonia, mimo wszystko robi większe wrażenie. Ciekawe przez co? W końcu to jest klęska, która swoim rozmiarem nawet nie dorównuje Haiti. Czy to te samochody? Czy może te statki? To lotnisko niknące pod czarną, brudną wodą? Czy tak wygląda Apokalipsa?
       Przecież mieliśmy Pakistan. Ale Pakistan – wiadomo. Nawet za bardzo nie ma na co patrzeć. Pola. Rozlegle, niekończące się pola, zatopione po horyzont. Nic. Nawet nie ma jak się na tym obrazie skupić. Żeby choć jeden mały samolocik wbity w kolorowy budynek. Jedna ciężarówka wyrzucona na drzewo. Jeden jacht wypłukany przez fale na brzeg, i dalej na jakąś autostradę. A tu tylko woda, i gdzie niegdzie jakieś ciało.
       Ta Japonia zdecydowanie robi wrażenie. I jeszcze do tego widzimy wciąż te elektrownie, jak nam mówią, bardzo poważnie uszkodzone, i unoszący się nad nimi dym… cholera wie, co to za dym. Na tym horyzoncie – one muszą być na horyzoncie, bo bliżej się podejść nie da – widzimy te elektrownie, wznoszące się i rozciągające się tak monumentalnie w tej mgle. A pod spodem żółty, lub czerwony pasek, z kolejną informacją, która i tak nie mówi nam nic z tego, co byśmy tak naprawdę rozumieli.
       My ludzie wierzący, czy może tylko przesądni – a już zwłaszcza ci z nas, którzy mają w sobie to dziwne, nieznośne pragnienie z jednej strony sprawiedliwości, a z drugiej wyjaśnienia, czemu jej tak wciąż brakuje – mamy w sobie taką skłonność, by tego typu nieszczęścia tłumaczyć w relacji do owego pragnienia sprawiedliwości. A więc mówimy, że to wreszcie Dobry Bóg się zniecierpliwił i postanowił walnąć pięścią. No ale czemu akurat w Japonię? Czyżby z powodu tego jednego obłąkańca, który wziął oficjalny ślub ze swoim telefonem komórkowym? Czy może przez te dziewczynki, które stworzyły słynną na cały świat fotkę dziecka w podkolanówkach i w krótkich spódniczkach z kolorowym lizakiem w dłoni? A może przez te sztuczne, elektroniczne zwierzęta? Diabli wiedzą, o co mogło pójść?
       No, ale biedne Haiti? Czyżby poszło o te czary. To voodoo? A to może w takim razie to wszystko dzieło Szatana, podczas Bóg Miłosierny tylko patrzy i smutny milczy? A ten Pakistan? A Australia?
      Ktoś gdzieś niedawno napisał, że to wielkie szczęście, że mieszkamy w środkowej Europie, tu nad Wisłą, gdzie ani trzęsienia ziemi, ani powodzie, ani tajfuny, ani nawet skromny pożar lasów. Podtopienia. No tak, podtopienia mamy, ale rząd sobie z nimi sprawnie radzi; a jak nie rząd, bo jest akurat w Brukseli, gdzie jest jeszcze spokojniej, to lokalni burmistrzowie. No tak. Tu jest bezpiecznie. Wprawdzie ostatnio spadł jeden samolot z 96 ludźmi na pokładzie, i spadł tak, że został z niego wyłącznie krwawy, ubłocony strzęp, i mały kawałek białoczerwonej szachownicy. Ale poza tym – zakupy i kopulacja. W sumie, jak by nie patrzeć, to nie jest wcale taki najgorszy bilans. A może my po prostu jesteśmy Bogu mili, a Szatanowi obojętni? W dodatku wiosna taka piękna.
      Jest w tym tylko jedna rzecz, która nie daje spokoju. To tu to tam, wciąż słychać, jakby ktoś się śmiał. Co to za, cholera jasna, śmiech? Kto to tak się śmieje? Co to za rechot? Czyżby to tylko śmiech Szatana? Dochodzący do nas oczywiście z dalekiej Japonii – tam może i bardzo głośny i świszczący, ale tu ledwo słyszalny. No tak. To pewnie stamtąd. To ich diabeł, nie nasz. A że słychać? Czemu nie? W końcu to prawda, że z Japonii do Warszawy całe tysiące mil, ale na przykład już takim samolotem, to trzask, prask i już.

A zatem, jeśli kogoś ten tekst poruszył po latach, zachęcam do odwiedzenia księgarni pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji/, ewentualnie bezpośrednio tutaj pod adresem mailowym k.osiejuk@gmail.com.


czwartek, 26 kwietnia 2018

Alfie, czyli o piwnych oczach Budowniczych Imperium


     Może się oczywiście okazać, że się bez sensu wystawiam, ale gotów jestem dać głowę, że dziś już naprawdę mało kto z nas pamięta sprawę sprzed niespełna roku, kiedy to mały Charlie Gard został zamordowany w londyńskim hospicjum wbrew woli rodziców, wbrew prośbom papieża Franciszka i wbrew ofertom z całego świata, w tym również ze strony prezydenta Trumpa, że są szpitale, które mogą podjąć się darmowego leczenia tego dziecka. Dam głowę nawet i za to, że wówczas prawdopodobnie wielu z nas nawet o sprawie nie słyszało, a jak słyszało, to ona im już na drugi dzień wypadła z pamięci. A naprawdę było o czym wiedzieć i było też o czym pamiętać.
     Pisałem w lipcu zeszłego roku o Charliem Gardzie i proszę sobie wyobrazić, że to był jedyny raz, kiedy liczba komentarzy na toyah.pl przebiła wynik na Szkole Nawigatorów, i to ponad dwukrotnie, a i tak suma tych komentarzy miała się nijak do tego, co się tu pojawia każdego dnia. A, powtarzam, przypadek Charliego Garda różnił się od sprawy, która dziś nas wszystkich tak bardzo pochłania, czyli pragnienia śmierci dla Alfiego Evansa, tylko tym, że Charlie, kiedy został zamordowany, nie miał jeszcze nawet roku, a Alfie to już nie jest niemowle, ale mały chłopczyk… no i tym, że – przepraszam, że to mówię, ale szukam odpowiedzi – imię Alfie zdecydowanie lepiej się sprawdza, że tak to ujmę, pijarowsko, a najlepiej o tym świadczy być może fakt, że nawet Gazownia postanowiła się ująć za Alfiem.
      Jak mówię, staram się dziś przede wszystkim ułożyć jakieś sensowne wytłumacznie owego dysonansu i przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Pierwsza to ta, która chyba przydaje pewnej logiki dzisiejszemu zachowaniu strony, która w lipcu 2017 roku jak najbardziej kibicowała owemu Holocaustowi, a więc wspomnianej Gazowni. Otóż dziś mamy szczególną sytuację polityczną, gdzie próbuje się napuścić na rząd Prawa i Sprawiedliwości osoby chore i niepełnosprawne, a tu nie ma być może nic bardziej skutecznego jak połączyć dwie narracje. Pierwsza z nich to ta związana z rozbudzaniem emocji wokół ludzi słabych i bezradnych, a z drugiej, z wytykaniem Dobrej Zmianie, że tak bardzo niby dba o powodzenie Polaków, ale los najsłabszych, w polityce rządu już się nie mieści. Druga natomiast jes tak bardzo widoczna po tak zwanej „prawej” stronie sceny, gdzie również się nakręca nienawiść do rządu, tyle że przez sugestie, że skoro już postanowili oni sprzedać Polskę Amerykanom i Żydom, to cóż im szkodzi już za chwilę, zgodnie z zaleceniami Systemu, mordować już nie Alfiego, ale Stasia, Basię, czy Wojtka. Przesadzam? Proszę więc popatrzeć na wczorajszą notkę blogera Ewarysta Fedorowicza, który ostatnio wysuwa się na czoło tej najbardziej patriotycznie zorientowanej części Internetu.
       Kiedy to podłe towarzystwo przeciąga linę nad losem owych dwojga dzieci, tak strasznie potraktowanych przez Świat właśnie, jest coś, co oba te przypadki – przypomnijmy, że następujące nawet nie rok po roku – łączy jak czarne jak najczarniejsza noc przeklestwo, a mianowicie Londyn. Spójrzmy może w oczy tego kompletnie anonimowego dla nas człowieka, który odmówił zgody na przewiezienie Charliego Garda na leczenie do Stanów Zjednoczonych, tłumacząc swoją decyzję obawą o to, że Charlie może nie zniesć trudów podróży i umrzeć podczas lotu, a więc o wiele szlachetniej będzie go zabić tam na miejscu, w Londynie. Trzeba się zatem wpatrywać w te oczy, a może nas tu zainspirować fragment poematu Jerofiejewa „Moskwa – Pietuszki”:
       I wtedy zdarzyło się coś o wiele straszniejszego niż wszystko, co widziałem we śnie. Naprzeciw mnie szła zaułkiem czwórka. Od razu ich poznałem. Nie będę wam wyjaśniać, kim byli. Zadygotałem jeszcze silniej i stałem się jedną wielką drgawką…
      A tymczasem ci czterej podeszli i otoczyli mnie. Mam wam tłumaczyć, jakie mieli mordy? Nie, wcale nie bandyckie. Raczej wprost przeciwnie, z odcieniem niejakiej klasyczności. Ale oczy całej czwórki… Wiecie co? Czy siedzeliście kiedyś w ubikacji na pietuszkowskim dworcu?  Pamiętacie, jak tam w głębinie, pod okrągłymi otworami chlupie i mieni się brązowa ciecz…? Otóż takie oczy mieli wszyscy czterej.
       Więc tak. To są właśnie te oczy. Oczy poddanych Jej Królewskiej Wysokości, Budowniczych Imperium.

Jeśli tylko komuś z Czytelników zachce się kupić coś porządnego do czytania, może w każdej chwili zajrzeć do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i tam z pewnością znajdzie coś odpowiedniego. Bardzo gorąco zapraszam.

niedziela, 18 lutego 2018

Urodziny, czyli czemu Diabeł chodzi do kościoła

      Mija luty 2018 roku, a więc miesiąc, kiedy będziemy obchodzić dziesiątą rocznicę prowadzenia przeze mnie tego bloga, siłą rzeczy więc wpadam w nastrój bardziej refleksyjny niż zwykle i próbuje sobie wszystko, co już za nami, poukładać w jakimś porządku. Parę dni temu wpadłem w dość ponury nastrój, zdając sobie nagle sprawę z tego, że tak naprawdę dwa największe publiczne sukcesy, jakie przez te lata udało mi się odnieść, były związane z wytropieniem podstępnej obecności Diabła, najpierw na krakowskim festiwalu Unsound, a następnie w internetowym projekcie pod tytułem Kraina Grzybów. Dziś jeszcze sobie przypominam tak zwaną „Rozmowę z Pawłem”, gdzie opowiedzieliśmy o tym, jak ówczesny sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego z oczywistym rozmysłem i pełna konsekwencją niszczył jego kampanię roku 2010, a tekst zrobił takie wrażenie, ze został wręcz w całości opublikowany na oficjalnej stronie Prawa i Sprawiedliwości. No ale przede wszystkim, to jednak była sprawa wybitnie lokalna, a poza tym ewidentnie wpleciona w akcję niszczenia wszystkiego co pozostało po Kluzik, Migalskim, Poncyliuszu i całym tym szemranym towarzystwie, podczas gdy o festiwalu Unsound w kontekście mojej notki pisano i w „New York Timesie”, „Guardianie”, czy „Los Angeles Timesie”, gdzie autor osobną część swojego tekstu poświęcił mojej osobie. 
      Przypomniała mi się tamta historia, a z nią coś, na co chyba wcześniej nie  zwracałem tu uwagi, a co dziś, z perspektywy tych 10 lat, sprawia, że mam powód do pewnej satysfakcji. Otóż rzecz polega na tym, że tekst, który wywołał tamtą burzę nie był napisany z myślą o tym blogu, ale stanowił mój kolejny felieton do „Warszawskiej Gazety”. Poczatkowo wprawdzie zastanawiałem się, czy nie warto by było dać go tu, ale uznałem, że sprawa jest na tyle ważna, że „Warszawska Gazeta” zapewni mu szerszy odbiór, a ja go tu i tak powtórzę, no i on ukazał się najpierw w „Warszawskiej Gazecie”. Kiedy wybuchła pamiętna afera, pamiętam że od razu poinformowałem o tym Piotra Bachurskiego, a on, proszę sobie wyobrazić, zamruczał z satysfakcją i powiedział, że to jest zrozumiałe, bo „Warszawska” ma bardzo dużo czytelników i bardzo duży zasięg.
       Dziś, po latach, ja tę prawdę świetnie znam, czytając choćby rankingi najpopularniejszych tygodników ukazujących się w Polsce, gdzie „Warszawska Gazeta” zajmuje piąte miejsce tuż za „Sieciami” braci Karnowskich, ale też – po latach właśnie – widzę wyraźnie, że sprawa owego ponurego festiwalu, tak jak ją przedstawiłem, zyskała wymiat globalny nie dzięki artykułowi w „jednym z polskich prawicowych tygodników”, lecz dzięki donosowi „jednego z prawicowych blogerów”. To bowiem nie nazwa „Warszawskiej Gazety” była powtarzana w tych wszystkich gazetach od Nowego Yorku po Helsinki, lecz moje nazwisko, i to nie wydawcy „Warszawskiej Gazety” grożono procesem za rozbicie festiwalu, ale prawicowemu i ultrakatolickiemu blogerowi.
      Oto więc tekst, który ukazał 9 października 2015 roku w „Warszawskiej Gazecie” i najwidoczniej ani pies z kulawą nogą, ani diabeł ze złamanym rogiem, nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi, co – chciałbym to stanowczo podkreślić – w żadnym wypadku nie tyle świadczy o „Warszawskiej Gazecie”, co o tych 10 latach, o których tu będę wspominał w najbliższym czasie z prawdziwą satysfakcją.


      Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników „Gazety Warszawskiej” kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
      Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie „Unsound”, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem „jesteśmy źli”. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
      A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż można by się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
      Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
      Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki i przypominam, że być może najlepszą z nich „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można kupićbezpośrednio u mnie, wraz z dedykacją. Proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.


sobota, 17 lutego 2018

Jedna refleksja na temat czasów ostatecznych

Dziwnie się nam to blogowe życie układa. Ledwie we wtorek wysłałem do „Warszawskiej Gazety” kolejny felieton – w dodatku, jak się za chwilę przekonamy, dość szczególny w treści – a tu nagle dostaję informację, że po raz kolejny światowe media przywołują moje nazwisko, jako jednego z nieprzyjaciół Diabła. Pisałem już o tym parę dni temu, a dziś tylko powtórzę: to akurat nie jest popularność, na jakiej mi zależy szczególnie, no ale też nie bardzo sobie wyobrażam, bym widząc ten ogon i te rogi, zawsze zamykał oczy. Tak też więc było w miniony wtorek. Zobaczyłem go, więc pokazałem palcem. Nasz kumpel Lemming mówi, że to nie jest coś, na co akurat czeka „Warszawska Gazeta”, no ale dopóki Bachurskiemu się podoba – a mówi, że się podoba – trzymajmy się kursu. I ścieżki.     


      Paręnaście dni temu media poinformowały o śmierci 17-letniej Alicji  z Rybnika. Ciało tego dziecka znaleziono gdzieś póżnym wieczorem ze śladami wskazującymi na zabójstwo, a już chwilę później aresztowano jakiegoś smarkacza, który przyznał, że to on stał za ową zbrodnią. I wydawałoby się, że to jest już koniec tej historii, gdyby nie to, że już chwilę później pojawiła się informacja nowa, że oto na facebookowym koncie dziewczyny zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Jak informuje nie kto inny, jak sama „Gazeta Wyborcza”, zamiast zdjęcia profilowego Alicji ukazało się zdjęcie nieznanego mężczyzny, z jej konta zaczął być rozsyłany do jej znajomych wizerunek ducha, a dodatkowo na stronie pojawił się psychodeliczny film, emitujący „nieprzyjemne dźwięki i zaszumiony obraz”, z którego w pewnym momencie wyłoniła się postać spacerującego mężczyzny, zmieniająca się wreszcie w uśmiechniętą twarz. Jakby tego było mało, okazuje się, że podczas filmu można usłyszeć ciąg sygnałów, które w alfabecie Morse’a układają się w imiona, znów niezidentyfikowanych, osób.
     I tu również moglibyśmy uznać sprawę za rozpoczętą i niemal natychmiast  zamkniętą, z tą może tylko refleksją, że ta nasza młodzież potrafi naprawdę chodzić dziwnymi ścieżkami, gdyby nie to, że, przynajmniej gdy chodzi o owe „nieprzyjemne dźwięki i zaszumiony obraz”, znajdujemy się w świecie, o którym mieliśmy okazję słyszeć i czytać niejednokrotnie, choćby przy okazji znanego niektórym z nas z Internetu projektu o nazwie „Kraina Grzybów”, czy – i tu mam na myśli osoby, które tego typu doznań, jak najsłuszniej, unikają jak ognia – z pamiętnej sprawy morderstwa pod Białą Podlaską, kiedy to dwoje dzieci w sposób jak najbardziej rytualny zmordowało rodziców jednego z nich. I tu i tam bowiem, to co tworzyło niejako podstawową aurę zdarzeń, były owe „nieprzyjemne dźwięki i zaszumiony obraz”, o którym z taką beztroską informuje nas dziś „Gazeta Wyborcza”.
       A ja i tym razem, po raz kolejny, muszę powtórzyć, że sprawa pewnie by prowokowała do tego, by ją wrzucić do szufladki z napisem „sensacje dnia”, gdyby nie fakt, że to wcale nie stanowi sensacji dnia, lecz zaledwie drobny fragment czegoś, co tworzy obraz czasów ostatecznych, w jakich przyszło nam żyć. Spójrzmy może na to, co nam na ten temat mówi Katechizm naszego Kościoła:
      „Kościół wejdzie do Królestwa jedynie przez tę ostateczną Paschę, w której podąży za swoim Panem w Jego Śmierci i Jego Zmartwychwstaniu. Królestwo wypełni się więc nie przez historyczny triumf Kościoła zgodnie ze stopniowym rozwojem, lecz  przez zwycięstwo Boga nad końcowym rozpętaniem się zła, które sprawi, że z nieba zstąpi jego Oblubienica. Triumf Boga nad buntem zła przyjmie formę Sądu Ostatecznego po ostatnim wstrząsie kosmicznym tego świata, który przemija. […] Nastąpi wtedy potępienie zawinonej niewiary, która lekceważyła łaskę ofiarowaną przez Boga”.
      Proszę więc, nie dajmy sobie wmówić, że ów zaszumiony obraz to tylko taki pop.

Przypominam wszystkim ewentualnie zainteresowanym, że mam u siebie jeszcze resztki nakładu mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”. To jest akurat, jak to ładnie kiedyś określił Gabriel, książka o miłości, więc Zło tam się zaledwie przemyka, ale tym bardziej ją polecam. Ona mi się udała zupełnie wyjątkowo. Chętnych do zakupu zapraszam do kontaktu pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.
    
   


sobota, 25 listopada 2017

O czcicielach kości z Milicji Obywatelskiej

Ponieważ niedawno zachęcałem tu do kupowania kolejnego numeru dwutygodnika „Bez Cenzury” z zamówionym osobiście przez pana Piotra Bachurskiego moim tekstem na temat tak zwanego „kolekcjonera kości”, dziś chciałem poinformować, że decyzją obecnego naczelnego pisma, Jana Pińskiego tekst mój został odrzucony, a w jego miejsce pojawiło się jakieś kompletnie gówno bez znaczenia. Mamy na szczęście ten blog, więc nic nie ginie.

      Nasza dzisiejsza historia zaczyna się od czegoś, na co większość z nas patrzy z co najmniej pogardą, a co nawet nie miałoby szans zaistnieć w przestrzeni publicznej, gdyby nie tak zwane „media bulwarowe”. Oto bowiem jeszcze wiosną 2015 roku w jednym z ukazujących się w Polsce dzienników ukazał się następujący tekst:
      „Sataniści, czciciele wampirów czy może nekrofile? Nocą ktoś włamał się do grobowca na cmentarzu w Lęborku (woj. pomorskie). Roztrzaskał trumny i ukradł szczątki teścia Józefa Możdżana (74 l.). Był lany poniedziałek. Pan Józef jadł świąteczne śniadanie z córką, zięciem i wnukami. Nagle zadzwonił telefon. - To była sąsiadka. Powiedziała, że przy naszym rodzinnym grobowcu jest mnóstwo policji. Szybko tam pojechaliśmy - wspomina pan Józef. Na cmentarzu przecisnął się przez tłum gapiów i przeżył szok. - Grobowiec był rozbity, trumny połamane, a dookoła leżały szczątki mojej żony Danusi i jej mamy. Brakowało zwłok teścia, Jana P. (88 l.) - relacjonuje mężczyzna”.
      Wiadomość jak wiadomość. Dziesiątki podobnych trafia na łamy gazet każdego dnia na całym świecie. Tym razem jednak, jak się okazuje, mieliśmy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym, ale zacznijmy od poczatku.
      Znana propagandowa klisza, jak się należy domyślać, stworzona przez te same środowiska, które jeszcze przed wiekami ukuły określenie „Polnische Wirtschaft”, często niestety słusznie, propagują opinię, jakoby w Polsce jest tak, że jeśli ktoś już coś wymyśli, to wyjdzie z tego zaledwie nieudana parodia czegoś, co się znacznie wcześniej narodziło gdzieś w szerokim świecie, w Stanach Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii, czy właśnie w Niemczech. Napisałem, że owe opinie są niekiedy niestety słuszne, choć równie słusznie byłoby pewnie powiedzieć, że jest naprawdę całe mnóstwo przeróżnego rodzaju zjawisk charakterystycznych dla wymienionych społeczeństw, z któymi my tu w Polsce szczęśliwie ani nie mamy, ani nie chcemy mieć nic wspólnego. I może lepiej, by tak jak jest pozostało, nawet jeśli ma się raz po raz okazywać, że nasza myśl techniczna, artystyczna, czy zwyczajnie czysto ludzka, pokazuje, jak bardzo potrafimy stanowić zaledwie szyderczą karykaturę czegoś, co tamci wymyślili wcześniej, i to ze zdecydowanie większym smakiem, a niekiedy i rozmachem.
      Część z nas zapewne pamięta dość swego czasu popularny film pod tytułem „Kolekcjoner kości”, ze znakomitą jak zawsze rolą Denzela Washingtona. Na wszelki wypadek może jednak przypomnę zarys owej historii. Oto w Nowym Jorku policja odnajduje kolejne, pozostawione w różnych miejscach, fragmenty kości, które prowadzą śledczych do serii morderstw. Jak się okazuje, zabójcą jest krążący po mieście jako taksówkarz były technik szpitalny, który najpierw uprowadza kolejnych swoich pasażerów, zabija, a następnie oznacza ich w taki sposób, że pozbawia ich fragmentów kości. Stąd też ów „kolekcjoner kości”.
     Sam film, mimo że znakomicie zrealizowany i zagrany, nie stanowił jakiegoś szczególnie wybitnego artystycznego wydarzenia, natomiast wygląda na to, że z sukcesem zainspirował do działania serię naśladowców na całym świecie, w tym jak się okazuje i u nas w Polsce, tyle że w tym akurat wypadku w żadnym wypadku na wspomnianym przeze mnie poziomie nędznej i okrutnie ponurej parodii. Oto się okazuje, że choć nie umiemy kręcic filmów tak dobrych, jak Amerykanie, pisać książek tak interesujących jak Brytyjczycy, czy komponować muzykę na takim poziomie jak choćby tak nieliczni przecież Islandczycy, czy Belgowie, wariatów mamy absolutnie najwybitniejszych. Jak się okazuje, nasi wariaci przewyższają nawet tych wariatów, których zachodni świat nie miał okazji podziwiać, a jedyne co potrafi, to kręcić o nich jakieś fikcyjne filmy. W pewnym sensie bowiem można by było powiedzieć, że jedyne, co łączy bohatera naszych dzisiejszych refleksji z jego nowojorskim pierwowzorem, to ów epitet, którym go obdarzyły media, czyli ni mniej ni więcej jak „kolekcjoner kości”, natomiast cała reszta, stawia naszego rodaka znacznie, znacznie wyżej od wszystkiego, o czym współczesny swiat zdążył usłyszeć.
     Oto proszę sobie wyobrazić, że przez minione kilka lat na Pomorzu systematycznie, średnio co kilka miesięcy, dochodziło do kradzieży szczątków z lokalnych miejscowych cmentarzy. Nie całych oczywiście. Odwiedzający groby swoich bliskich przychodzili zapalić świeczkę i się pomodlić, a na miejscu znajdowali rozbity grób i porozrywane zwłoki. Ostatni taki przypadek miał miejsce parę miesięcy temu, kiedy to z cmentarza w Kosakowie skradziono szczątki pochowanej 12 lat temu 67-letniej kobiety. Wcześniej nieco, bo jeszcze w maju, rozbito grób i skradziono fragmenty zwłok na cmentarzu komunalnym w Rumii, jednak podobne przypadki rejestrowano wielokrotnie znacznie wcześniej, nawet jeszcze 15, 16, a może i 17 lat temu temu, w związku z czym w pewnym momencie w policji została powołana specjalna grupa, której jedynym zadaniem było najpierw zbadanie, czy owe kradzieże to robota wielu różnych sprawców, czy może jednego szaleńca, a potem, kiedy już było pewne, że za tymi ekscesami stoi jeden człowiek, to tylko wytropienie go i skuteczne zatrzymanie.
     Dziś już wiemy, że owo polowanie trwało ponad 15 lat, ale też musimy przyznać, że tym razem nie mieliśmy w żadnym wypadku do czynienia z nieporadnością policjantów, lecz z nieprawdopodobnym wręcz sprytem owego „kolekcjonera”. Ów, jak się okazuje, z jednej strony, były milicjant, a jednocześnie ktoś kto nie działał w żadnym wypadku chaotycznie, lecz  według ściśle określonego planu – do dziś nieodgadnionego – przez te wszystkie lata pozostawał całkowicie nieuchwytny. Jak się dziś, po tym, jak Polska Policja odniosła ostateczny sukces, dowiadujemy, on potrafił iść na piechotę 20 kilometrów, by przenieść ludzkie szczątki z cmentarza do odległego lasu, tylko po to, by ewentualne poszukiwania koncentrowały się na poszukiwaniu samochodu.
      Mało tego. Jak się równiez dziś dowiadujemy, ów były milicjant, realizując swoje chore obsesje, wybierał ofiary w ten sposób, by litery ich nazwisk układały się we fragmenty Ewangelii Św. Jana. To stąd też dochodziło do sytuacji, kiedy on, w przypadku, gdy wcześniejsze próby mogły się łączyć ze zbyt dużym ryzykiem, potrafił wielokrotnie, z prawdziwym uporem atakować ten sam grób, zawsze w środku nocy i przy najbardziej wściekłej pogodzie, gdy mógł mieć pewność, że nikt go nie zaskoczy. A i tak, jego szczególna czujność wielokrotnie kazała mu odłożyc swoje plany na później i wrócić na to samo miejsce nawet po kilku miesiącach cierpliwego oczekiwania.
      Ktoś pewnie wreszcie zapyta, jak to się stało, że mimo wszystko udało się go wreszcie dopaść. Otóż któregoś dnia wreszcie w jednym z nadmorskich lasów policja odkryła dziewięć foliowych worków zawierających ludzkie szczątki, ukrytych pod deskami, oraz przysypanych ziemią, a przy nich nagrobne tabliczki, wskazujące, z których cmentarzy owe szczątki pochodzą. Jak wyglądały kolejne działania, nikt nam oczywiście nie powie i szczerze powiedziawszy, nic nas to nie powinno obchodzić, faktem jest, że po tych wszystkich latach, policja miała wystarczająco dużo informacji, by wytypować tego jednego człowieka i go aresztować.
     A zatem to jest historia owego pościgu, niekiedy niezwykle wręcz emocjonującego, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że dotychczasowy rozwój wypadków wskazywał na to, że mamy do czynienia z kimś, komu jest wciąż mało i wobec kogo istnieje autentyczne podejrzenie, że przyjdzie czas, kiedy mu owe cmentarze nie wystarczą i w końcu zacznie budować swój własny. To zatem jest jedna strona tej niezwykłej historii. Druga jest, jak się zdaje, jeszcze ciekawsza. Otóż, wedle wszelkich dochodzących do nas informacji, ów dziwny człowiek przede wszystkim odmawia jakiejkolwiek współpracy. Twierdzi, że on jest zaledwie niewinną ofiarą cudzych występków i faktycznie, gdyby nie odnalezione u niego w domu dowody, włącznie z bardzo starannie prowadzonymi zapiskami, w których on przez te wszystkie lata dokumentował każdy swój ruch, moglibyśmy wierzyć, że faktycznie mamy do czynienia z osobą calkowicie niewinną. Tak jednak jest, że to jest on, i w tej chwili jedyne co nas interesuje, to odpowiedź na pytanie, dlaczego? Co sprawiło, że ów człowiek przez 17 lat raz na jakiś czas wyruszał na owe, jak sam to nazywał, łowy, by otwierać groby, wyjmować z nich ciała, wycinać z nich fragmenty, następnie je zakopywac w lesie, specjalnie oznaczone i opisane, a po pewnym czasie odwiedzać cmentarze kolejne i bezcześcic kolejne zwłoki, oznaczać je i znów zakopywać gdzieś, w najbardziej odległych miejscach?
      Wspomnieliśmy tu już wcześniej, że istnieje podejrzenie, że za owym szaleństwem stała jakaś niezwykle ciemna metoda, miejscami nawet sięgajaca tak głęboko jak do Ewangelii. Biedni śledczy we współpracy z, jak się należy domyślić tabunami bardzo mądrych psychiatrów, zachodzą w głowę, czy jest możliwe, że tam mogło chodzić jeszcze o coś, czego nie umiemy odgadnąć. Może o fazy księżyca, może o pogodę, może wreszcie o siłę wiatru? A ów milicjant nie mówi nic, poza tym, że w ogóle nie wie, czemy się policja przyczepiła akurat do niego. A nas zastanawia jeszcze coś. Ile razy mamy do czynienia z podobnymi przypadkami, gdzie pojawia się ktoś, kto złamał prawo i jego historia jest na tyle ciekawa, że nagle staje się własnością publiczną, dowiadujemy się, że chodzi o jakiegoś Grzegorza P., Jerzego R., Arkadiusza W., czy Sebastaiana K. Tym razem, jedyne co wiemy to to, że zatrzymano jakiegoś 54-latka z Gdańska, bez imienia, czy choćby i marnego inicjału.
     I to jest moim zdaniem news. Oto po 17 latach polska policja ujmuje człowieka, który systematycznie nawiedzał okoliczne cmentarze, rozbijał groby, wyjmował ciała, wycinał z nich najróżniejsze fragmenty i ukrywał je w sobie tylko znanych miejscach, robił to sytemowo, wedle ściśle określonego planu, zgodnie z nieznaną nam i nikomu na świecie filozofią, a my nawet nie wiemy, jak on miał na imię. Czy to możliwe, że problem polega na tym, że mamy do czynienia z kimś komu było Lucjan F. i nie ma nikogo, nawet wsród zawsze niezwykle twardych policjantów, by nam to ujawnić?
      Musimy na koniec wrócić do kwestii wspomnianego na początku Hollywoodu. Jak wiemy, film „Kolekcjoner kości” to robota solidna, w solidnym wykonaniu i zapewniająca równie solidne emocje. Tam oczywiście mieliśmy do czynienia z morderstwami, oraz ze ścisle związanym z nimi okrucieństwem, a więc autentycznymi emocjami. Tu natomiast nie mamy choćby jednego porządnego morderstwa, jednego świeżego trupa, jedynie jakiegoś wariata snującego się w deszczu i mrozie po cmentarzach, odkopującego groby sprzed lat, nie wiadomo po co i dla jakich przyjemności. No i tę wiadomość, że są jakieś nazwiska, jakieś literki i jakieś nawiązania do Ewangelii. A autor tego przedsięwzięcia wciąż pozostaje całkowicie ukryty. I to jest coś prawdziwe poruszajacego.

Z każdym kolejnym dniem nabieram coraz mocniejszego przekonania, że poza ksiegarnią pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, nie ma nic. Zachęcam więc. Nie trzeba szukać nigdzie indziej.


czwartek, 26 października 2017

Nick Cave, czyli jak nie modlić się do Szatana

      Prawdę mówiąc, jeszcze chwilę temu nawet nie miałem świadomości, że przerwa, jaką wczoraj mieliśmy na tym blogu stanowiła z mojej strony wybryk zupełnie nie z tej ziemi, no bo spróbujmy może zgadnąć, kiedy ostatnio mieliśmy dzień bez kolejnej notki. Ja akurat tego nie pamiętam. No ale tak wyszło, że musiałem pojechać do Warszawy na koncert Nicka Cave’a, no a to musiało też spowodować to, że wczoraj rano nie było mnie na miejscu. Jestem jednak pewien, że nawet ta banda opętańców, która ostatnio nie potrafi zacząć dnia od obrzucenia mnie kolejnymi szyderstwami, jakoś sobie z tą szczególną sytuacją poradziła. A zatem zachowujemy dotychczasowy fason i głowę trzymamy  wysoko.
     Byłem więc na koncercie Nicka Cave’a w tej okropnej hali naprzeciwko stadionu Legii i muszę powiedzieć, że to czego doświadczyłem bije na głowę wszystko to, co miałem okazję widzieć w życiu, włącznie z tymi zupełnie najświeższymi prezentacjami, a więc zarówno P.J. Harvey, jak i Motorhead, Swans, czy nawet King Crimson. Myślę, że mogę nawet zaryzykowac swego rodzaju buźnierstwo i powiedzieć, że wczorajszy występ Nicka Cave’a był dla mnie czymś równie ważnym, co koncert Niebiesko-Czarnych, na który, będąc jeszcze paronastoletnim dzieckiem, udałem się ich osobistym autobusem, siedząc ramię w ramię obok perkusisty Tadusza Głuchowskiego. To co przeżyłem w miniony wtorek dorównywało rangą tamtemu doświadczeniu.
     A muszę powiedzieć, że ja doskonale wiedziałem, czego się mogę spodziewać. Artystyczne talenty Nicka Cave’a znam i podziwiam niemal od samego początku jego kariery, znam dosć dobrze kurs po jakim się owa kariera rozwija, miałem okazję oglądać na video wiele jego wystepów, poświęciłem mu nawet jeden z rozdziałów w mojej książce o piosenkach. A zatem jechałem do Warszawy w pełnym przekonaniu, że będzie dobrze i nie ma możliwości, by było inaczej. To jednak co tam się odbyło, przekroczyło wszelkie moje przewidywania, począwszy od programu, przez wykonanie, skończywszy na – a to, jak wiemy, potrafi być zmorą 90 procent koncertów – nagłośnieniu, które tak jak cała reszta było lepsze od wszystkiego, co poznałem wcześniej.
     No i to tyle, jeśli idzie o sam koncert. Teraz proponuję, byśmy sobie porozmawiali o Wierze, a więc przede wszystkim o tym, co papież Franciszek tak fanstastycznie wręcz opisał tym jednym prostym zdaniem, że kto się nie modli do Boga, ten się modli do Szatana. A więc też o tym, co dość delikatnie, i jednak, jak się okazuje, nie do końca jasno, zaakcentowałem w tekście w książce. I może na samym początku tych refleksji, chciałem bardzo stanowczo podkreślić, że ja nie mam bladego pojęcia, czy Nick Cave jest osobą wierzącą, czy nie. Wiem na pewno, że ma za sobą okres, kiedy to znajdował się w objęciach niemal osobowego Diabła i to wszystko. To wiem na pewno. Życie, jakie prowadził w czasach współpracy z zespołem Birthday Party i jakiś czas potem, ale też pewnie i owa niezwykła muzyka, którą tworzył, jeśli miała cokolwiek wspólnego z modlitwą do Boga, to wyłącznie prośbę o ratunek. A ponieważ ona mi się do dziś bardzo podoba, to chce wierzyć, że tak to własnie było. Oni wszyscy błagali o ratunek. A zatem, czy dziś Nick Cave to nawrócony chrześcijanin, czy zaledwie poważny biznesmen, tego nie wiem, bo on wszelkich tego typu deklaracji unika jak ognia, wiem natomiast, że to co prezentuje na scenie od kilku już dobrych lat, to muzyka ściśle religijna i to w sensie jak najbardziej pozytywnym. I to zobaczyłem z całą stachurowską jaskrawością przedwczoraj na warszawskim Torwarze.
     I jeszcze raz chcę to bardzo stanowczo podkreślić. Ja nie wiem, czy Nick Cave się w ogóle modli. Możliwe, że nie. Jednak sądząc po tym, co obserwuję od pewnego czasu i widziałem w miniony wtorek, on z całą pewnością nie modli się do Diabła. Co mam na myśli, przedstawię może na przykładzie, który, mam wrażenie, się tu już wcześniej pojawił. Otóż, jak niektórzy z nas pamiętają, w styczniu zeszłego roku ukazał się album Davida Bowie’go zatytułowany „Blackstar”, a parę dni po tym, Bowie zmarł. Posłuchałem tych piosenek raz, podobnie też raz obejrzałem powiązane z nimi video clipy i więcej nie dałem rady. Dlaczego? Dlatego, że się zwyczajnie przestraszyłem, że kolejna próba zaprowadzi mnie tam, gdzie ja się dostać bardzo nie chcę. Ostatnia płyta Davida Bowie, mimo że na absolutnie najwyższym artystycznym poziomie, to jest w rzeczywistości znana nam tu troszeczkę Kraina Grzybów. A ja tam nie zaglądam.
       Kto wie, ten wie, kto nie wie, niech posłucha. Otóż parę lat temu jedno z dzieci Nicka Cave’a zaćpało się i w efekcie tego poniosło tragiczną śmierć. Sam Nick Cave oczywiście przeżył to na tyle mocno, że na dłuższy czas zawiesił swoje artystyczne popisy, a kiedy już doszedł do siebie nagrał płytę pod tytułem „Skeleton Tree”, która, moim zdaniem, artystycznie – ale też, co niezwykle ważne, estetycznie – dorównuje temu, co wcześniej zrobił David Bowie, natomiast ja jej mogę słuchac w nieskończoność. To jest, jak mówię, w estetycznym wymiarze, dokładnie to samo, tyle że ja tym razem się tej muzyki nie boję. Tam jest oczywiście śmierć i nic więcej, ale nie ma Diabła. Warszawski koncert potwierdził to w pełni.
       No i jest jeszcze coś. Moim zdaniem, to co w tej chwili robi Nick Cave, to jest całkowicie naturalne przedłużenie tego, czego słuchaliśmy na początku lat 80-tych. Wczoraj była tu u mnie moja kochana synowa i ja jej puściłem jakiś stary bardzo występ The Birthday Party, a ona od razu powiedziała, że to jest przecież dokładnie to samo co Nick Cave prezentuje dzisiaj. A ja tylko dodam, że owszem, to jest to samo, tyle że tym razem całkowicie wyzwolone z mocy zła. Z tego co wiemy, paru naprawdę zdolnych kolegów Cave’a nie dało rady, on natomiast jest z nami dziś, trzyma nas mocno za rękę i jest na kursie i ścieżce. I wcale nie chodzi mi o jakieś nawrócenia, bo się na nich nie znam. Jeśli kogoś one interesują, niech sobie włączy telewizor i posłucha wywiadów z Cezarym Pazurą i Patrykiem Vegą. My tu się zajmujemy wyłącznie grzesznikami, takimi jak my sami.
       No i może na sam koniec popatrzmy sami, jak to wygląda.



A książki, wciąż i niezmiennie, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.

      

środa, 20 września 2017

Czy Rolling Stonesi mają coś do ukrycia?

      Proszę sobie wyobrazić, że właśnie dostałem wiadomośc od naszego kumpla Tomka Bereźnickiego, w której informuje mnie on, że przyszło mu wziąć udział w koncercie Rolling Stonesów. Przyznaje bez bicia, że jeszcze parę dni temu nie miałem bladego pojęcia, że tych czterech staruszków jeszcze się produkuje na scenie, natomiast tak się cudownie zdarzyło, że dokładnie w tym samym dniu, co Tomek wysłał mi maila z informacją o swojej przygodzie, znalazłem na Youtubie zapis całego koncertu wspomnianych Rolling Stonesów z Dusseldorfu czy Hamburga, więc byłem mniej wiecej na bieżąco.
      W swoim mailu Tomek pisze coś dla mnie absolutnie niezwykłego, a co ja muszę tu zacytować słowo w słowo: „Teraz bardziej to zrozumiałem, dlaczego oni nie łapiąc się teoretycznie nawet do pierwszej setki zespołów i tak są najlepsi”. Jak mowię, wprawdzie nie na żywo, ale jakoś tam obejrzałem ten występ na Youtubie i potwierdzam. Od nich wszyscy są lepsi, a oni i tak rządzą. Jak to się stało? Być może się dowiemy, kiedy ktoregoś dnia oni będą grali swój kolejny koncert, każdy z nich w jednej chwili umrze i rozlegnie się głos. Jego głos.
      Proszę sobie może poczytać mój tekst na ich temat zamieszczony w ksiące „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”.


      Pisałem już o tym w innym miejscu, ale powtórzę. Otóż ja bardzo źle znoszę sytuację, kiedy któryś z bardziej, słusznie, czy mniej słusznie, uznanych muzyków, lekceważąco wypowiada się na temat zespołu Led Zeppelin. Oczywiście, nikt pewnie tu nie przebije Pete’a Townshenda, głównie ze względu na to, że ja nie bardzo umiem sobie wyobrazić, jakim prawem ktoś taki jak Townshend może się wypowiadać lekceważąco o kimkolwiek, poza być może swoim kumplem z zespołu Rogerem Daltreyem, ale też przez ów szczególny rodzaj obślizgłości, z jaką on swoje opinie na dowolny temat ma zwyczaj przekazywać. Niedawno jednak trafiłem na Keitha Richardsa, i to, przyznam, mi wystarczy, żeby to, co wcześniej chciałem pisać o Rolling Stonesach nieco przearanżować.
     Co zatem takiego mówi nam Richards na temat zespołu Led Zeppelin?  On wprawdzie nie jest aż tak desperacko bezpośredni jak Townshend, ale, owszem, też robi wrażenie. Poproszony mianowicie o opinię, mówi, że dla niego Led Zeppelin, to przede wszystkim Jimmy Page, który jest fantastycznym gitarzystą, później przez dwie minuty gada o Page’u, by na koniec znów się głupkowato uśmiechnąć i powtórzyć, że Led Zeppelin to Page, i tylko Page.
      W tej sytuacji, ja bym chciał powiedzieć, co to takiego ci Rolling Stonesi. I tu spróbuję temat ująć trochę w podobny sposób, w jaki sprawę Led Zeppelin ujął Keith Richards, a więc nie skupiając się na tym, w jaki sposób Rolling Stonesi stanowią jedno z najważniejszych zjawisk w muzyce rock’n’rollowej, ale w jaki sposób Rolling Stonesi są, jeśli nie wyłącznie, to przede wszystkim, produktem. Produktem pierwszej klasy, ale produktem. Takim samym produktem, jak produktem jest na przykład Superman, Spider-Man, czy słynne piosenkarskie duo John Lennon i Yoko Ono.
      Myślę, że wystarczy spojrzeć na jakiekolwiek zdjęcie zespołu, szczególnie z ostatniego (sic!) okresu ich aktywności, czyli już po odejściu Billa Wymana, by wiedzieć, co mam na myśli. Tam nie ma jednej zmarszczki na ich twarzach, jednego błysku w oczach, jednego kosmyka włosów na ich głowach, który jest autentyczny. To co widzimy, to efekt – już chyba jednak ostateczny – 50 lat pracy najwybitniejszych na świecie stylistów i specjalistów od wizerunku. A co dla nas ciekawsze, również to, co zespół robi od dziesiątek już lat na poziomie muzycznym, to też wynik dokładnie tej samej pracy.
      Oczywiście nie będę się wygłupiał i negował fakt oczywisty, a więc choćby to, że jeden z ostatnich koncertów zespołu, a więc ich debiut w Glastobury jest jednocześnie jednym z ich najlepszych, jaki zdarzyło mi się oglądać, jednak nie oszukujmy się. Jeśli spojrzeć na nich i słuchać tych piosenek bez tych wszystkich emocji, zupełnie na zimno, i to nawet bez szczególnej złośliwości, to przecież to, co widzimy, jest autentycznie śmiechu warte. Przecież oni nie są już nawet w stanie się przestać choćby na moment wygłupiać. Trzech starych dziadów pozujących na steranych życiem czarnych bluesmanów, plus ten czwarty, zachowujący się, jakby go ktoś czterdzieści cztery lata temu nakręcił, i od tego czasu tylko wymieniał baterie. I to ma być sztuka?
     Ktoś z całą pewnością powie teraz, że tak; że to właśnie jest sztuka. Że i to ich granie i te ich piosenki i ta wieczna energia to sztuka najczystsza, i nie mająca sobie równej. Zastanówmy się więc, jak to z tymi Rolling Stonesami było przez te wszystkie lata? Jak wygląda ów bilans po 50 latach? Popatrzmy więc przez chwilę, już może nie na Beatlesów, bo to by było zagranie bardzo nieczyste, ale na Hendrixa, który też przecież nie wszedł do historii dzięki fantastycznym piosenkom. Otóż on grał praktycznie tylko przez trzy lata, wydał cztery płyty i na koncertach grał wciąż te same dziesięć piosenek, z których – jako osobne, godne zapamiętania – można pamiętać „Voodoo Chile”, „Crosstown Traffic”, „Purple Haze”, „Who Knows”, „Machine Gun”, i te parę bluesów, które wciąż zmieniały tytuły. Powtarzam: dziesięć piosenek, trzy lata i koniec.
     Rolling Stonesi wkraczają właśnie w swoją szóstą dekadę, i z tym samym do porzygania szpanem, co pięćdziesiąt lat temu, raz na parę lat ruszają w kolejną stadionową  trasę i tłuką te same dziesięć przebojów, doskonale wiedząc, że całej reszty równie dobrze mogłoby nie być. A już zwłaszcza tych dwóch numerów Richardsa właśnie, które musimy obowiązkowo wysłuchać, kiedy Jagger za kulisami poddawany jest transfuzji. A, żeby nikt nie zapomniał, że oto mamy prawdziwą historię rocka, to na trzeci bis, zawsze nam przywalą „Satisfaction”. Gdyby ktoś nie pamiętał – z roku 1965.
      I w tej oto sytuacji, poproszony o opinię na temat zespołu Led Zeppelin, Keith Richards – ani szczególnie wybitny gitarzysta, taki sobie kompozytor, żaden wokalista, ale za to jedna z najsłynniejszych masek współczesnej kultury pop – nagle potrzebuje się robić strasznie przebiegły i coś tam plecie na temat tego, że Jimi Page to wybitny gitarzysta, natomiast Led Zeppelin… sami wiecie. Jeszcze tego brakowało, żeby i na Page’a postanowił ponarzekać!
      Nie ma żadnej wątpliwości co do tego, że Rolling Stonesi mają swoje miejsce w historii tej muzyki i nikt im go nie odbierze. Te paręnaście piosenek, które oni wyprodukowali przez te 50 lat to jest kanon rock’n’rolla. Faktem jest, że nawet dziś jeszcze, każde kolejne pojawienie się tych ludzi na scenie tworzy naprawdę poważną jakość, natomiast inną sprawą jest to, że przyznając im to co do nich należy, nie powinniśmy zatracać proporcji. A już na pewno nie wypada, by taki Keith Richards przychodził i próbował opisywać zespół Led Zeppelin z pozycji nauczyciela, bo nawet jeśli uznamy, że muzycznie on i jego koledzy zasłużyli sobie na specjalne prawa, to zawsze pozostaje sprawa Briana Jonesa, i z tego ani on, ani żaden z nich się nie wytłumaczy. A już zwłaszcza, gdy po przeciwnej stronie będą mieli Page’a, Planta i John Paul Jonesa, którzy, kiedy zmarł Bonham mieli w sobie na tyle artystycznej i ludzkiej powagi, by machnąć na ten cały biznes ręką i nie robić z siebie wystawy.

Moja książka o muzyce jest do kupienia tu. Polecam serdecznie.


czwartek, 11 sierpnia 2016

Ostatnia rodzina, czyli tatuaż z Beksińskim na łydce

         Jak to wielokrotnie już bywało, również i dziś miałem inne plany odnośnie tego bloga, jednak tak się stało, że dobrzy ludzie mnie poinformowali, że polska kinematografia wypuściła kolejne swoje dzieło, w postaci filmu pod tytułem „Ostatnia rodzina”, a przedstawiające losy rodziny Beksińskich, w tym głównie oczywiście popularnego artysty malarza Zdzisława i jego syna Tomka, kultowego, jak się okazuje, radiowego didżeja… no i wszelkie plany wzięły w łeb. Obejrzałem sobie zwiastun owego filmu i uderzyła mnie w nim przede wszystkim informacja, że zarówno stary, jaki i młody Beksiński byli geniuszami, każdy w swojej dziedzinie. Pomyślałem sobie wtedy, że ponieważ tak się składa, że obrazy Zdzisława znałem i traktowałem jako, było nie było, część polskiej kultury, a Tomek Beksiński przez pewien czas był nawet moim dość bliskim kolegą, powstanie filmu o nich, w dodatku zatytułowanego tajemniczo bardzo „Ostania rodzina”, nie mogę tego wydarzenia nie skomentować.
     Jako że bohaterem dzisiejszego tekstu będzie przede wszystkim Tomek Beksiński, na początek chciałbym powiedzieć parę szybkich słów o pierwszym z owych „geniuszy”, czyli tacie. Otóż ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, jaką pozycję we współczesnym europejskim malarstwie zajmuje Zdzisław Beksiński ze swoimi obrazami, i jak bardzo jest on przez wielu traktowany jako artysta wybitny, nie mogę jednak nie zwrócić tu uwagi na fakt, że sztukę na tym poziomie, a kto wie, czy nie na poziomie znacznie wyższym, choćby przez to, że materia jest tu znacznie bardziej oporna, prezentują porozrzucane po całym świecie studia tatuażu, w tym dwa najbardziej kultowe, w Katowicach i Krakowie. I ja oczywiście biorę pod uwagę taką oto możliwość, że Beksiński był pierwszy, no ale co, przepraszam bardzo z tego? Mam go cenić tylko za to, że Szatan zauważył go w pierwszej kolejności. No, chyba jednak nie.
      No ale przejdźmy do Tomka. Ja wiem, że bywa modne wygłaszanie deklaracji typu „ja z nim chodziłem do jednej klasy i to idiota”, i jest to świadectwo, które często budzi w nas wyłącznie wzruszenie ramion, zwłaszcza gdy dotyczy osób powszechnie uznanych za wybitne. Jest jednak tak, że ja faktycznie studiowałem z nim na jednym roku, znałem Tomka Beksińskiego dość blisko, dwa razy nawet miałem okazję być u niego w tym samym dokładnie domu, w którym ostatecznie przyszło mu umrzeć. A to mi daje prawo do tego, by stwierdzić, że to był zaledwie jeszcze jeden wrażliwy chłopak, który od innych różnił się tym, że lubił słuchać muzyki i w oparciu o piosenki, które mu się szczególnie podobały, budować swoje życie, no i że miał na nazwisko Beksiński. Z Beksińskim spotykałem się dzień w dzień przez cały tak zwany rok akademicki, a w dodatku spędziłem z nim całą noc w jego warszawskim mieszkaniu w towarzystwie tych tysięcy może analogowych wówczas jeszcze płyt, na które on mógł sobie pozwolić wyłącznie dzięki twórczości swojego ojca i ogłaszam uroczyście – to był człowiek psychicznie chory, i to chory bardzo. Tomek Beksiński to był chłopak, który od pierwszego dnia, kiedy go poznałem, nie marzył o niczym, jak o tym by umrzeć, a najlepiej, by ta śmierć nastąpiła w momencie, gdy wokalista zespołu Camel śpiewając swoją piosenkę zaczyna płakać. A zatem, trzeba przyznać, że Tomek Beksiński to był ktoś, kto swoje całe życie ułożył w taki sposób, by w pierwszej dogodnej chwili się powiesić, podciąć sobie żyły, otruć tabletkami, czy wyskoczyć przez okno. Znałem Tomka Beksińskiego i wiem, że to był ktoś, kto miał na oku tylko jedno – śmierć. I to nie dlatego, że on był chory, biedny, odrzucony, brzydki, czy po prostu kulawy i przez to dziewczyny go nie lubiły, ale z jakiegoś nigdy do końca niewyjaśnionego powodu. A dla mnie było od początku oczywiste, że to wszystko wyłącznie przez to, że jego cwany ojciec w pewnym momencie wpadł na pomysł, że nic się nie sprzedaje tak dobrze, jak śmierć właśnie i nią go zaraził.
       No dobra. Ktoś powie, że świat jest bardzo kolorowy i zdarzają się rzeczy przedziwne. Po co więc się zajmować kolejnym przypadkiem szaleństwa, z którego nic tak naprawdę nie wynika poza kilkoma radiowymi audycjami i ewentualnie, jak już powiedzieliśmy, eksplozją bardzo wymyślnych tatuaży? Otóż po to, że oto na ekrany polskich film wchodzi film o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji i Jego dziełach i najwyraźniej nawet przez chwilę Jego imię się nie pojawia, tak jakby to wszystko było dziełem kaprysu pogody, a wielu uważa, że to po prostu kolejny polski film, tyle że może wreszcie naprawdę dobry.
        Przepraszam bardzo, ale na to zgody nie będzie. Ile razy ktoś będzie próbował trywializować śmierć, względnie jej znaczenie zamazywać, ja będę podnosił wzrok.


Parę lat temu wydałem książkę pod tytułem „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, której jeden z rozdziałów został poświęcony właśnie Tomkowi Beksińskiemu. Ostanie już egzemplarze można zamawiać tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph. Polecam. To jest naprawdę coś. 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...