Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Adams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Adams. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 stycznia 2018

O niezwykłej przyjaźni brytyjskiego żeglarza z japońskim szogunem, część 2

Kontynuując wczorajsze refleksje na temat prześladowań chrześcijan przez XVII-wieczną Japonię, dziś przedstawiam ich część drugą, w której oto właśnie pojawił się słynny Will Adams, wierny sługa Króla Jakuba. Polecam.          

     Oto zainteresowany współpracą z Holendrami, którzy w tym czasie pozostawali w sojuszu z Anglikami, jako protestanci równie gorliwie walcząc z Hiszpanami, 34-letni Adams wyruszył z holenderskiej wyspy Texel na Daleki Wschód, jako pracownik Voorcompagnie, poprzednika słynnej Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Oryginalnie, misja zaplanowana była tak, by dotrzeć do zachodniego wybrzeża Południowej Ameryki, tam zdołać wymienić ładunek na srebro, a już dalej do Japonii płynąć tylko w przypadku, gdy pierwsza misja się nie powiedzie i pozostanie liczyć na to, że uda się zdobyć srebro w Japonii, a następnie, przed powrotem do Europy, udać się na Wyspy Korzenne i tam kupić za nie przyprawy.
      Niestety, podczas przeprawy przez Cieśninę Magellana, pokonane przez pogodę i zmęczenie, dwa z pięciu statków zostały zmuszone, by wraz z 36 marynarzami na pokładzie, wrócić do Holandii. Pozostałe trzy kontynuowały wyprawę, jednak i tu dalsza podróż zdziesiątkowała podróżników i ostatecznie do Japonii, po 19 miesiącach morskiej udręki, w kwietniu 1600 roku, dotarł tylko jeden statek o nazwie „Liefde”, z dwudziestoma umierającymi z wyczerpania i z chorób marynarzami, w tym z Adamsem.
      Statek został przejęty, a zmordowana załoga, na rozkaz Szoguna Leyasu Tokugawy, uwięziona w miejscowej twierdzy. Trudno powiedzieć, jak doszło do tego, że Adams zdołał wzbudzić zainteresowanie swoją osobą, tak się jednak stało, że w maju i w czerwcu 1600 roku Adams spotykał się z Tokugawą w Osace trzykrotnie. Faktem jest też, że jego elokwencja, erudycja, a przede wszystkim wiedza związana z budową statków, oraz umiejętności matematyczne zaimponowały Leyasu. Oto jak Adams wspomina tamte chwile:
      „Kiedy stanąłem przed królem, od razu wiedziałem, że patrzy na mnie przychylnie. Z tego co do mnie mówił, część zrozumiałem, część nie, jednak po chwili zjawił się ktoś, kto potrafił mówić po portugalsku i korzystając z jego pomocy, król zapytał mnie, skąd przybywamy i co nas skłoniło do tak dalekiej podróży. Powiedziałem mu, że przybywamy z Holandii, że od dawna staramy się nawiązać współpracę z krajami wschodniej Azji, tak by dostarczać im towary, których one nie mają, a my owszem. Wtedy zapytał mnie, czy jesteśmy z kimkolwiek w stanie wojny, na co ja mu odpowiedziałem, że owszem, z Hiszpanią i Portugalią, natomiast z innymi krajami żyjemy w pokoju. Następnie zapytał mnie, w co wierzę, a ja mu odpowiedziałem, że w Boga, który stworzył Niebo i Ziemię. A on dalej zadawał mi pytania, jak na przykład, jaką drogą przypłynęliśmy do Japonii. Pokazałem mu cały szlak na mapie, on nie chciał mi uwierzyć, że dokonaliśmy takiego wyczynu i tak przegadaliśmy do nocy”.
     Już niedługo pojawił się kolejny gest ze strony Tokugawy i zapewnienie Adamsa, że jego osoba jest mile widziana w jego pałacu w każdej chwili, a Szogun „ma nadzieję, iż będzie go mógł wówczas spotkać osobiście”.
      Oto jak Adams już wkrótce opisywał życie, jakie prowadził na dworze Szoguna: „Za swoją służbę, którą wykonywałem i wykonuje każdego dnia dla Cesarza, mam zagwarantowane pełne utrzymanie [...]. Mam też majątek w Hemi, z 90 oddanymi mi do dyspozycji służącymi, który przynosi mi roczny dochód 250 koku, a trzeba wam wiedzieć, że za jedno koku można przez cały rok żywić jedną osobę […]. Jak widać, Bóg ulitował się nade mną za owe miesiące nieszczęść biedy”.
       Przez cały okres pobytu Adamsa w Japonii, równocześnie z jego stale i szybko rosnącą pozycją na dworze Szoguna, między nim, a więc przede wszystkim protestantem, a tradycyjnie tam stacjonującymi hiszpańskimi i portugalskimi jezuitami trwał nieustanny konflikt. Jezuici, jako ludzie inteligentni i spostrzegawczy, widzieli, że wraz z rosnącym statusem Adamsa ich misja staje się coraz bardziej zagrożona, więc w pierwszym momencie próbowali go po prostu nawrócić, a następnie, widząc, że tą droga nic nie wskórają, wbrew stanowczemu zakazowi Szoguna opuszczania Japonii, wywieźć go w tajemnicy na portugalskim statku. Owa determinacja by skutecznie pozbyć się Adamsa z otoczenia Szoguna, być może najbardziej widoczna w liście, jaki skierowali do samego papieża, wskazywała oczywiście na ich strach przed jego wpływami, które musiały w końcu doprowadzić do tego, że Szogun zacznie ich traktować jako zło, które należy zniszczyć, ale jeszcze bardziej podkreślała moc owych wpływów, które faktycznie w pewnym momencie były wręcz nienaturalnie duże. Jezuici zresztą mieli też wszelkie prawo niepokoić się sytuacją, jako że już wiele lat wcześniej, w innych częściach kraju dochodziło do ciężkich prześladowań japońskich katolików, choćby wspomniane na początku tej opowieści ukrzyżowanie 26 męczenników z Nagasaki. No i faktycznie w roku 1614 intrygi prowadzone przez Adamsa doprowadziły do tego, że Szogun ostatecznie wydalił portugalskich misjonarzy, żądając jednocześnie od żyjących od podległych sobie, a posłusznych papieżowi obywateli, by wyparli się swojej wiary, i w ten sposób rozpoczynając wielką falę okrutnych prześladowań. To wtedy właśnie zarządzono zburzenie wszystkich pozostałych w Japonii kościołów. We wrześniu 1622 roku zostało spalonych na stosie 25 katolików, w tym 9 jezuitów, 6 dominikanów oraz 4 franciszkanów. Przed swoją egzekucją wszyscy oni musieli być świadkami ścięcia ok. 30 innych pobożnych ludzi. Przebywający w tym samym czasie w Japonii angielski żeglarz, jednocześnie bliski przyjaciel i partner biznesowy, Adamsa, Richard Cocks, widział w Kioto „55 chrześcijan umęczonych podczas jednej egzekucji, między innymi pięcio- i sześcioletnie dzieci, płonące na stosie w ramionach swoich matek i krzyczące ‘Jezu, przyjmij nasze dusze!’”. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że już po śmierci Szoguna, to nie kto inny jak Cocks poszedł razem z Adamsem w odwiedziny do japońskiego admirała Mukai Shogena Tadakatsu, który mieszkał w pobliżu rezydencji Adamsa, by omówić z nim plany inwazji na katolickie Filipiny, należy podejrzewać, że on o tych płonących dzieciach opowiadał bardziej z satysfakcją w oku, niż smutkiem. Jak głosi zresztą zapisana historia, to właśnie angielscy kupcy doradzili Szogunowi, który sam o Jezusie wiedział mało, lub bardzo niewiele, że najlepszym sposobem na łamanie kręgosłupów katolikom będzie zmuszanie ich torturami do podeptania krzyża.
      Adams zmarł w Hirado, na północ od Nagasaki, 16 maja 1620 roku w wieku 55 lat. Pochowany został w Nagasaki i to tam można dziś jeszcze zobaczyć tablicę z jego nazwiskiem. Japończycy od samego początku robili wszystko, by pamięć o Adamsie trwała. Ponieważ Adams miał tam dom, Edo, a więc dziś dzielnica Tokio znana jako Nihonbashi, otrzymała po jego śmierci nazwę Anji-chō. Tam też jest on uroczyście wspominany 15 czerwca każdego roku. Wioska i stacja kolejowa w miejscowości o nazwie Anjinzuka, gdzie miał kolejny majątek i gdzie dziś wznosi się miasto Yokosuka, również zostały nazwane na cześć Adamsa. Każdego roku, 10 sierpnia, w mieście Itō organizowany jest festiwal o nazwie Miura Anjin, tak by upamiętnić zasługi jakie dla Japonii miał William Adams. Tam też wzniesiono jego pomnik. Obok pomnika znajduje się tablica z wygrawerowanym wierszem autorstwa niejakiego Edmunda Blundena pod tytułem „Do mieszkańców Ito”. W rodzinnym mieście Adamsa, Gillingham, każdego roku we wrześniu odbywa się tak zwany Will Adams Festival. Tam też, na Walting Street znajduje się pomnik Adamsa, odsłonięty w roku 1934 przez ambasadora Japonii, Tsuneo Matssudaira.
      Dziś czasy są już inne, więc ani Brytyjczycy nie organizują rzezi katolickich misjonarzy, ani też Japońskie władze nie widzą powodu, by walczyć z zamieszkującymi Japonię wyznawcami Chrystusa. Zarówno Londyn, jak i Tokio, należą do stolic świata cywilizowanego, a jeśli gdzieś wciąż dochodzi do szyderczych ukrzyżowań bohaterskich księży, to w bardziej dzikich rejonach świata i nawet jeśli Korona i Cesarz mają tam coś do powiedzenia, to jest to temat na zupełnie oddzielną historię.



Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl, gdzie poza wspomnianym numerem „Szkoły Nawigatorów”, z którego pochodzi powyższy tekst, są do kupienia i moje książki. 

czwartek, 4 stycznia 2018

O niezwykłej przyjaźni brytyjskiego żeglarza z japońskim szogunem, część 1

Dla uzupełnienia wczorajszych refleksji dotyczących  filmu Martina Scorsesego na temat prześladowań chrześcijan przez XVII-wieczną Japonię, proponuję dziś dość obszerny tekst, jaki napisałem do tak zwanego „holenderskiego” Nawigatora, gdzie wszystko to, czego nam zabrakło we wspomnianym filmie, jest przedstawione nadzwyczaj dokładnie. Ponieważ jest to tekst zbyt długi, jak na jeden raz, dziś może jego pierwsza część, a reszta będzie jutro. Polecam bardzo.


       Ze wszystkich XVII-wiecznych męczenników japońskich, których liczba, wedle ostrożnych obliczeń, wynosiła 30 tysięcy, choć niektóre wyliczenia wskazują nawet i na 200 tysięcy, ponad trzy tysiące znamy z imienia i nazwiska. Kościół czci ich pamięć praktycznie od pierwszego dnia tej hekatomby, a więc od dnia kiedy, dzięki relacji jezuity Ludwika Froisa, będącego naocznym świadkiem śmierci Pawła Miki i towarzyszy, spisanej 15 marca 1597 roku, 14 września 1627 roku papież Urban VIII beatyfikował Pawła Miki i jego 25 towarzyszy, tak zwanych Męczenników z Nagasaki, kanonizowanych 8 czerwca 1862 roku przez Piusa IX, ale również beatyfikacji, pięć lat później, obejmującej kolejnych 205 nazwisk, aż po rok 1969, kiedy papież Paweł VI włączył Męczenników z Nagasaki do kalendarza liturgicznego, a ich imiona zaczęły być wymieniane w litanii do Wszystkich Świętych. Ostatnio przypomnieliśmy sobie o nich 24 listopada 2008 roku, kiedy to podczas uroczystości beatyfikacyjnej w Nagasaki decyzją papieża Benedykta XVI 188 kolejnych z nich zostało uznanych za błogosławionych. Warto przy tym wiedzieć, że spośród ściętych, ukrzyżowanych, spalonych żywcem, czy zamęczonych w inny, często najbardziej wymyślny sposób, jedynie 5 było księżmi lub zakonnikami kongregacji religijnych. Pozostałych 183 to świeccy kobiety i mężczyźni, dzieci i starcy.
     Ktoś mógłby zapytać, dlaczego Kościół aż tyle uwagi poświęca akurat tym świętym i błogosławionym, którzy oddali życie za wiarę w Japonii. Oczywiście pierwszą odpowiedzią jest to, że tam ich było naprawdę wielu i, jak już wspomniałem, losy i nazwiska wielu z nich są nam dobrze znane, jednak wydaje się, że Kościół chce o nich bardzo pamiętać z tego względu, że wielkość tego męczeństwa często przekracza to, do czego przyzwyczaiła nas historia. Ostatnio tu w Polsce dużo rozmawiamy o okrucieństwie, z jakim z Polakami na Wołyniu rozprawili się ukraińscy patrioci i od pojawiających się wciąż to nowych relacji, włos się jeży na głowie. A kiedy słyszymy, jak to ukraiński plan obejmował również szczególne nagradzanie tych z nich, którzy opracowali szczególnie perfidne sposoby zadawania śmierci, możemy dojść do przekonania, że niczego gorszego niż ów Wołyń świat nie poznał. Otóż jest bardzo prawdopodobne, że jakkolwiek byśmy traktowali skupionych wokół Bandery Ukraińców jako azjatycką dzicz, jeszcze dalej na kierunku wschodnim mamy Azję prawdziwą, autentyczną i z możliwościami, które u samego Mistrza mogłyby wzbudzić dreszcz podziwu.
     Oto wystarczy może przytoczyć jedną jedyną z tych relacji, a mianowicie tę dotyczącą męczeńskiej śmierci przybyłego do Japonii z Meksyku augustianina nazwiskiem Bartolomé Gutiérrez Rodríguez który przez pełny miesiąc, sześć razy dziennie był zanurzany w gorących i trujących źródłach siarkowych, z których wydobywały się powodujące ciężkie poparzenia opary, umierał przez niemal rok, od grudnia 1631 do września roku 1632. By przedłużyć cierpienia odmawiającego apostazji Gutiérreza, był on objęty stałą opieką lekarza, którego jedynym zadaniem było dbanie o to, by skutkiem strasznych oparzeń ów dzielny ksiądz nie zmarł i by tortura mogła być ponawiana w nieskończoność. Wreszcie 3 września 1632 o. Gutiérrez, podobnie jak jego czterech, cierpiących te same męki towarzyszy, oddał ducha spalony żywcem, w długiej, powolnej ceremonii, na stosie.
      A zatem wyjątkowość tej męki mogła sprawić, że Kościół o tych akurat swoich wiernych postanowił się upomnieć w sposób szczególny, było tam też jednak coś, co sprawiało może nie aż tak spektakularne wrażenie, ale z punktu widzenia owego Kościoła miało znaczenie nie mniejsze. Otóż, jak wspominał święty Franciszek Ksawery, człowiek, którego wysiłek misyjny stał na samym początku tego, co się zarówno dobrego, jak i złego wydarzyło w kolejnych latach, opisując ów naród użył następujących słów: „Wydaje mi się, że nigdy nie znajdziemy narodu równego Japończykom”. A ocena ta potwierdziła się w sposób niezwykle bolesny podczas wspomnianych prześladowań. Naoczni świadkowie, w tym również sami prześladowcy, podkreślali niebywałe męstwo, z jakim przyszli święci znosili swoje cierpienia, a należy pamiętać, że choćby wśród wspomnianych 26 męczenników z Nagasaki były też 12-letnie dzieci. W wielu relacjach zwracano uwagę wręcz na pragnienie przez wielu z nich takiej właśnie, a nie innej śmierci. Oto słowa jednego z nich, 13-letniego Tomasza Kosaki, pochodzące z listu, jaki ten tuż przed swoją śmiercią napisał do matki:
      „Dzięki łasce Pana naszego piszę ten list do Ciebie, droga Matko. Zgodnie z wyrokiem wszyscy - także padres – będziemy ukrzyżowani w Nagasaki. Jest nas dwudziestu sześciu. Proszę, nie martw się o Ojca i o mnie, ponieważ będziemy czekać na Ciebie w raju. Gdybyś nie mogła znaleźć padre, który mógłby udzielić Tobie ostatniego namaszczenia, pamiętaj o żalu za grzechy i strzeż wiary. Pamiętaj również o niezliczonych błogosławieństwach płynących od Pana Jezusa Chrystusa. Skoro wszystko na tym świecie można szybko utracić, nawet jeśli zostaniesz żebraczką, dbaj o to, proszę, byś nie utraciła chwały nieba. Nieważne, co ludzie powiedzą, znoś to wszystko do końca z cierpliwością i miłością. Proszę, módl się za nami wszystkimi. Błagam Ciebie o najważniejszą rzecz: zanurzaj zawsze swoje serce w żalu za grzechy. Niech Bóg Cię strzeże”.
      Powszechne mniemanie jest takie, że prześladowania katolików w Japonii związane były przede wszystkim z tym, że owa obca kultura i cywilizacja z trudem znosiła obecność Jezusa Ukrzyżowanego. Wielu z nas od zawsze była przekonana, że ów szczególny świat buddyzmu, traktując dzieło misyjne przybyłych z Hiszpanii i Portugalii ojców, jako naturalne zagrożenie, w pewnym momencie z charakterystyczną dla siebie bezwzględnością postanowił owo zagrożenie zlikwidować. I owszem, nie da się ukryć, że miejscowi mnisi patrzyli na dzieło misjonarzy co najmniej z niechęcią. Niewykluczone też, że często to oni właśnie zachęcali szogunów do rozprawienia się z rosnącymi coraz bardziej wpływami Kościoła wśród mieszkańców Japonii. Wydaje się jednak, że nigdy by nie doszło do pogromów o takiej skali, gdyby nie działalność angielskich i holenderskich kupców, którzy w tym samym mniej więcej czasie uruchomili swoje szlaki handlowe na Daleki Wschód, a dla których to interesów hiszpańskie i portugalskie wpływy stanowiły bardzo istotną przeszkodę. Należy też pamiętać, że był to czas, kiedy angielski król Jakub I prowadził ciężką wojnę z katolikami, a ona równie skutecznie mogła się realizować na owych szlakach handlowych.

      Myślę, że bardzo dobrym przykładem tego, jak handel i wiara mogły się fantastycznie wręcz uzupełniać, była działalność człowieka nazwiskiem William Adams, który w roku 1598 wyruszył z Holandii do Japonii z misją handlową, by ostatecznie tam zamieszkać, założyć rodzinę i dokończyć żywota, a dzięki osobistej przyjaźni i życzliwości szoguna, uzyskać pozycję, jakiej żaden Europejczyk przed nim i po nim nie zdobył, włącznie z najwyższym tytułem samuraja. Popatrzmy jednak, jak to się wszystko zaczęło.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie poza wspomnianym numerem „Szkoły Nawigatorów” są do kupienia i moje książki. 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...