Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa kolejowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa kolejowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 marca 2012

Idą na nas z nożami

W jednym z niedawnych wpisów zwróciłem uwagę na pewną, obserwowaną już od wielu lat, tendencję, sprowadzającą się do propagandowego obniżania znaczenia polskiego państwa. We wspomnianym wymiarze propagandowym, polega ona na uporczywym wmawianiu nam Polakom, że tak naprawdę państwo jest bytem w najlepszym wypadku bezużytecznym, a w rzeczywistości wręcz szkodliwym, i że wszystko dobre, co się w Polsce dzieje, dzieje się na szczeblu lokalnym. Jak idzie o natomiast o praktykę, sprowadza się ona przede wszystkim do tego, że polityka budżetowa rządu stopniowo i bardzo konsekwentnie prowadzi polskie państwo do bankructwa.
Kto czyta gazety, ogląda telewizję i śledzi wystapienia ludzi związanych bezpośrednio z władzą, wie świetnie, jak ta propaganda wygląda. Ale przecież nie trzeba w ogóle nic czytać, ani nasłuchiwać tego szumu, by widzieć świetnie, co się dzieje. Służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości, transport, szkoła, uniwersytety, kultura, tak zwane narodowe dziedzictwo – to wszystko powoli umiera i wszystko wskazuje na to, że nikomu już nie zależy, by ten proces cofnąć, czy choćby tylko powstrzymać. I na każdym kroku słychać tę czarną gadkę, że kiedy cała władza zostanie skutecznie przesunięta na poziom lokalny, no i tam wszystko już zostanie sprywatyzowane, wtedy dopiero poczujemy cały splendor cywilizowanego świata.
Pisałem o tym dopiero co, przy okazji kolejnej katastrofy kolejowej, i nie mam powodu, by się tu powtarzać. Nie mam też ochoty wskazywać na to, w jak wyrachowany, a jednocześnie żenująco prymitywny sposób władza próbuje zrzucić winę na ludzi operujących na szczeblu lokalnym, którzy wciąż nie chcą zrozumieć, że tak naprawdę wszystko od nich zależy. Że nie mogą wciąż liczyć na państwo, bo państwo nie jest w stanie się zajmować ich brakiem odpowiedzialności i kompetencji. Bo państwo powoli przekazuje swoje uprawnienia ludziom. Świadomym swego miejsca postępowym obywatelom w postępowej Europie. Co chciałem powiedzieć, to powiedziałem, a resztę, mam smutną nadzieję, doskonale widać i bez mojej pomocy.
Trafiłem dziś jednak na coś, co nawet mną wstrząsnęło, bo nagle zrozumiałem, że ten cały projekt to jednak najczystszej wody komunizm, dokładnie taki jak go pamiętamy sprzed ponad dwudziestu lat. Że oczywiście na poziomie praktycznym wprawdzie nie ma już tych sekretarzy, tych brygad robotniczo-chłopskich pilnujących, by wszystko szło zgodnie z planem, a nad tym owej propagandowej gadki o pracującym ludzie miast i wsi, o tym obowiązku wytężonej pracy każdego z nas, natomiast jest coś, co w gruncie rzeczy, dokładnie słowo w słowo, powtarza tamten zamysł, tyle że w wymiarze że tak powiem poetyckim. A to właśnie sprawia, że można nabrać podejrzeń, że jeśli oni będą chcieli nas zniszczyć, to wyłącznie przy pomocy tamtego języka, a więc też i tamtego, świetnie już sprawdzonego sposobu.
Na internetowej stronie TVN24 pojawił się mianowicie najpierw tytuł „Ona pierwsza wezwała ratowników i policję”, niżej podtytuł: „Za sołtys Chałupek stoi cała wieś”, a jeszcze niżej coś, co przez to, że wydawać by się mogło już tylko dawnym peerelowskim koszmarem, autentycznie i dziś straszy. Nie śmieszy. Straszy. Oto całość:
„To ona pierwsza zaalarmowała ratowników, pierwsza wykonała telefon na policję. Potem z sąsiadami i mieszkańcami pobiegła, by ratować ludzi na miejscu kolejowej tragedii pod Szczekocinami. Anna Kwiecień, sołtys Chałupek rządząca od roku, ciągle ma jednak wrażenie, że nie zrobiła wszystkiego, co mogła. - Przewija mi się film i mam wrażenie, że można było zrobić jeszcze więcej - przyznaje, choć mieszkańcy wsi mówią o niej same dobre rzeczy.
Okno domu Anny Kwiecień wychodzi wprost na tory kolejowe. Sołtys zobaczyła więc sekundy po katastrofie wszystko to, co stało się w efekcie zderzenia dwóch pociągów jadących Centralną Magistralą Kolejową. Chwyciła za słuchawkę i po telefonie na policję, od razu ‘skrzyknęła’ mieszkańców.
O tym, że sołtysowa ma ‘głowę na karku’ od dawna wiedzą mieszkańcy Chałupek. - Ona mądrze myśli, to równa dziewczyna - mówi jeden z nich, a burmistrz Szczekocin, Krzysztof Dobrzyniewicz dodaje: - Bardzo charyzmatyczna. To kobieta, która docenia też to, co się dzieje wokół niej.
Sama Kwiecień przyznaje, że czasami poza samą wsią jest jej trudno, bo bywa, że w regionie się śmieją z kobiety rządzącej we wsi, ale wszyscy w okolicy doceniają jej wysiłki. Ostatnio sami załatali na jej prośbę lokalną drogę. Tę samą, po której na miejsce wypadku kolejowego jechały karetki pogotowia, straż pożarna, a także prezydent i premier.
- Mam nadzieję, że zbyt wygodnie im się nie jechało. Może pomyślą, że warto nam pomóc w wyremontowaniu tej drogi - kwituje Anna Kwiecień”
A ja się już tylko zastanawiam, kto ten tekst pisał? Czy może jakiś młody dziennikarz zatrudniony na godziny przez ITI, którego twarzy i nazwiska nie znamy? Czy może któryś z tych tefauenowskich reporterów, których mamy od czasu do czasu okazję oglądać na ekranach naszych telewizorów, jak stoją z tymi swoimi mikrofonami i coś tam do nas dukają? A może oni mają jakichś umyślnych absolwentów polonistyki, którzy piszą te teksty od tak, od ręki, na zamówienie z dnia na dzień? Nie sądzę. Żeby coś takiego napisać, trzeba mieć doświadczenie, którego się nie wynosi nawet ze studiów na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Te wszystkie: „pobiegła by ratować”, „mieszkańcy wsi mówią o niej same dobre rzeczy”, „chwyciła za słuchawkę”, „skrzyknęła sąsiadów”, „sołtysowa ma głowę na karku”, „to równa dziewczyna”, „w regionie się śmieją z kobiety rządzącej we wsi”, „ostatnio sami załatali lokalną drogę” – przecież tego się nie można nauczyć. To trzeba znać z autopsji. Żeby ten język umieć sparodiować, trzeba mieć swoje lata. A żeby go chcieć parodiować, trzeba być kimś bardzo, ale to bardzo cynicznym. A więc nie mam żadnych wątpliwości, że oni przede wszystkim to robią specjalnie, i że tym się zajmują jacyś lepsi państwo. Kto? Diabli wiedzą. Mógłbym pomyśleć, że Miecugow, albo Sianecki, ale oni chyba są jednak za ważni. Z drugiej strony, taki Knapik na przykład jest za młody. On nawet gdyby umiał odpowiednio rozpoznać wspominane tu niedawno minimum paremiologiczne, a pewnie jednak nie umie, też by sam napisać czegoś takiego nie dalby rady. Ewentualnie musiałby mu pomagać ojciec.
I chodzi mi już tylko po głowie Jacek Pałasiński. Wprawdzie ostatnio mało oglądam telewizję, i mogłem cos przegapić, ale mam wrażenie, że on się dziwnie stracił. A więc musiał zaliczyć jakąś wpadkę i został odsunięty. I ja bym się nie zdziwił, jakby w dowód uznania za wszystko, co przez całe lata zrobił dla Systemu, oni mu przynajmniej pozwolili redagować tego typu teksty. Ale, jak mówię, nie wiem. Natomiast jestem pewien podziwu i proponuję, byśmy jednak nie spuszczali z nich oczu. Bo oni się za nas z całą pewnością postanowili wziąć od bardzo niebezpiecznej strony. Dopiero co Janusz Palikot powiedział, że nie potrzebujemy Matki Boskiej, lecz więcej seksu. Dokładnie tak. Rzecz w tym, że czegoś takiego nawet nie pamięta wspomniany Miecugow, a z kolei nasi biskupi wpadli już w kompletny letarg. Myślę że idzie już normalnie na noże. Ci z nas co wiedzą, wiedzą też, o czym mówię.

Wprawdzie ostatnio na tym blogu zrobiła się taka atmosfera, że ja nie bardzo wiem, z kim mam dziś przyjemność. Niemniej jednak – czy mam jakieś inne wyjście? – zakładam, że jest tak jak było dotychczas. Że nic się nie zmieniło. A więc dziękuję wszystkim za dotychczasową solidarność i proszę o pamięć. Obok jest ten numer konta. Kto uważa, że warto, proszę, niech łaskawie wspiera ten blog. Kto wciąż nie ma książki, albo zna kogoś kto nie ma, serdecznie polecam. Jest do kupienia tuż obok. Jeszcze raz dziękuję.

poniedziałek, 5 marca 2012

Niszcz faszyzm i bumelanctwo!

Nie umiem dokładnie wskazać momentu, kiedy to zapanował w naszej Polsce ten obyczaj, że w dobrym tonie stało się podkreślać, że im mniej państwa, tym lepiej. Że państwo z natury rzeczy jest bytem szkodliwym i że nawet coś takiego jak rząd, skoro już musi być, najlepiej by było, gdyby się za bardzo nie eksponował. Wydaje mi się, że ten proces zaczął się wraz z nadejściem tak zwanej „wolności”, a więc już w roku 1990, a jego głównymi animatorami byli ci wszyscy, których peerelowskie doświadczenia, do państwa jako takiego, nastroiły tak wrogo, że w efekcie uznali oni, że na wszelki wypadek, najlepiej będzie, jeśli rozwój społeczeństw pójdzie w kierunku ostatecznej likwidacji państwa.
Oczywiście, każdy z nas, ludzi jak by nie było rozumnych, wie, że ten rodzaj myślenia jest całkowicie chory, i tak naprawdę nie jest wynikiem jakiegokolwiek postępu, lecz jedynie powtarza dokładnie te same argumenty, które stały za powstaniem owego peerelu, i że to właśnie istnienie państwa, czy choćby czegoś co choćby to państwo udawało, pozwoliło nam przeżyć komunę, a więc projektu, na którego końcu mogła się znaleźć tylko Kambodża Czerwonych Khmerów, lub coś mniej lub bardziej do Kambodży podobnego. Mimo to, propagandowy nacisk, by na państwo patrzeć jak na coś co najmniej podejrzanego, przez te wszystkie lata wyłącznie się nasilał. I wielu tak bardzo się zaczęło z nim identyfikować, że ostatecznie zgodziło się tę propagandę firmować już samodzielnie.
Jak mówię, nie umiem wskazać jednego momentu, kiedy to co mamy dziś, a więc dość powszechne przekonanie, że wszystko co dobre, lub wszystko co złe, wynika wyłącznie z ludzkiego sprytu, lub gapstwa, a nie ze złej lub dobrej organizacji na poziomie systemowym, natomiast dobrze pamiętam, kiedy w obiegu publicznym pojawiła się myśl, że wręcz idealnie byłoby wtedy, gdyby przeciętny obywatel nawet nie wiedział, jak ma na nazwisko premier. Gdyby normalny człowiek znał co najwyżej nazwiska swoich lokalnych burmistrzów, prezydentów, lub najlepiej, bezpośrednio go reprezentujących radnych, natomiast ci wszyscy ministrowie zajmowaliby się swoimi sprawami i trzymali się jak najdalej od kwestii naprawdę istotnych, a więc, czy lokalna droga będzie miała położony asfalt i czy miejska komunikacja będzie ludzi punktualnie dowoziła do pracy. Otóż tego typu koncepcja pojawiła się wraz z przejęciem władzy w Polsce przez Platformę Obywatelską. Wystarczyło zaledwie parę miesięcy owego dramatycznego, i chyba w polskiej historii bezprzykładnego, zalewu niekompetencji, lenistwa, lekceważenia dla spraw publicznych, i zwykłej prywaty, by właśnie z tamtej strony zaczął płynąć ów niezwykły przekaz: tak jak jest, jest bardzo dobrze, a będzie jeszcze lepiej, gdy przeciętny człowiek ostatecznie straci zainteresowanie dla tak zwanej wysokiej polityki. Gdy przeciętny człowiek nawet nie będzie musiał wiedzieć, jak ma na nazwisko premier rządu. Bo po co mu ta wiedza? Czy coś sobie za nią kupi?
To właśnie jednocześnie z przejęciem władzy przez Platformę Obywatelską, pojawiły się te wszystkie pomysły na to, by władza przesuwała się stopniowo do regionów, a z regionów jeszcze niżej, do już najbardziej lokalnych środowisk, bo tam na dole wszyscy najlepiej wiedzą, co trzeba robić, żeby było dobrze, zwłaszcza oczywiście, gdy cały lokalny majątek przejdzie w ręce prywatne. A na końcu tego procesu, wszystko stanie się niezależne od państwa, i wtedy wreszcie ono ulegnie ostatecznej likwidacji. Nie będzie państwowej służby zdrowia, lecz prywatne, służące lokalnym społecznościom szpitale i przychodnie. Nie będzie policji państwowej, lecz zorganizowana lokalnie prywatna ochrona. Nie będzie publicznej edukacji, lecz prywatne szkoły zarządzane przez uczniów i rodziców. Nawet armia, jak trzeba będzię, zostanie zorganizowana na poziomie wyłącznie lokalnym, bo kiedy zamiast państwa, będą już tylko regiony, przestanie istnieć coś takiego jak obrona narodowa.
Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to wszystko co tu napisałem, to w dużym stopniu coś, co brzmi jak fikcja, która nigdy nawet nie została przez nikogo w tak konkretny sposób sformułowana. Że nawet zakładając, że ten obraz robi jakieś wrażenie, to do niego wciąż jest jeszcze bardzo daleka droga od zwykłej ludzkiej satysfakcji, że jest tak spokojnie, że nie musimy już nawet wiedzieć, jak ma na nazwisko premier rządu, a tym bardziej, ilu jest ministrów, czym się oni zajmują, i jak się tym czymś zajmują. Jednak, nawet jeśli założyć, że to wszystko stanowi pewnego rodzaju nadużycie, to nie mam zamiaru wycofywać się z tego, co napisałem. A to z tej prostej przyczyny, że mam głęboką pewność, że jakkolwiek ta droga byłaby daleka i kręta, to ona musi prowadzić właśnie do tego, co w tak dramatyczny sposób przedstawiłem. Od postulatu, by państwo było tak dyskretne, że dla przeciętnego człowieka zmieni się w jakąś abstrakcję, do czegoś co przyjęliśmy nazywać czystą komuną, nie ma innej drogi.
Myślę o tym z przerwami od wielu już lat, a szczególnie ostatnio, gdy pojawiły się pierwsze komentarze odnośnie katastrofy kolejowej w Szczekocinach, a z nimi wróciła ta stara bardzo już teoria, że cokolwiek się stało, to na samym początku tego nieszczęścia i tak musi leżeć błąd jednego człowieka. Że nawet jeśli zawinił ów mityczny system, to naszym zadaniem jest wytropić tego jednego winnego i zaapelować do pozostałych, by na przyszłość bardziej uważali i znacznie bardziej się starali. Bo przecież w ostatecznym rozrachunku, wszystko jest w naszych rękach. Czy ktoś jest w stanie temu zaprzeczyć? I kiedy słucham kolejnych wypowiedzi, czy to zwykłych ludzi, czy tych, którzy ów system formalnie już bardzo tworzą, nie mogę nie pomyśleć, że ich cel jest jeden – zrzucić winę na innych. Wszystko jedno kogo. Byle na innych. Znaleźć tego jednego lenia, pijaka, gapę – obojętne – postawić go na środku, przed całą klasą i pokazać palcem: „To on to zrobił. Nie bierzcie z niego przykładu”.
W Wikipedii znajduje się pozycja zatytułowana „Katastrofy kolejowe w Polsce”. Bardzo ciekawa to lektura. Wynika z niej, że w powojennej Polsce były dwa okresy, kiedy w pociągach ludzie ginęli częściej niż kiedykolwiek. W gierkowskim dziesięcioleciu tego typu tragedii było 11, a lata 80, to jeszcze większa ich liczba, bo aż 13. Ciekawe przy tym jest to, że końcówka Gierka i ostatnie lata PRL-u, to regularnie po dwie katastrofy rocznie. Po upadku PRL-u, sytuacja na kolei uspokoiła się do tego stopnia, że od roku 1994 do 2006, a więc przez 12 lat, miały miejsce zaledwie trzy. A później wszystko zaczęło się od nowa, najpierw powoli, kiedy to w roku 2006 w Gołaszynie zginęły cztery osoby, rok później, w Polednie, dwie, a później nastąpiło wręcz oberwanie chmury. Od owego 2007 roku właśnie, a więc od czasu gdy Platforma Obywatelska przejęła rządy, miał miejsce autentyczny wysyp tych wypadków, a więc osiem katastrof – w tym sześć śmiertelnych – w ciągu niecałych pięciu lat, z czego cztery w ciągu minionego roku. Wśród komentarzy na jakie natrafiłem przez cały wczorajszy dzień, znalazł się i taki, że to wszystko przez postęp. Że kiedyś, kiedy kolej nie była taka nowoczesna jak dziś, wszystko było zawiadywanie ręcznie, więc siłą rzeczy katastrof na kolei nie było tak dużo, a teraz, czym jest bardziej nowocześnie, tym jest oczywiście gorzej, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, i takie tam. A więc nie będę sięgał głębiej w PRL-owską przeszłość i powiem tylko, że od 1970 roku w Polsce nie było takiego roku, by miały miejsce aż cztery katastrofy, w których ginęli ludzie. Ani za Gierka, ani za Jaruzelskiego, ani za Oleksego, ani za Buzka, ani za Millera. Dopiero Donald Tusk pokazał, jak może być, kiedy państwo zajmuje się sobą, a ludzie sobą. Kiedy wolność zaczyna znaczyć to, co ma znaczyć.
No i naturalnie, na to wszystko przychodzą ci wszyscy, którzy w życiu nie przyznają, że mógł zawinić system. W końcu coś takiego jak system od kilku lat szczęśliwie nie istnieje. Bo kto niby miałby ten system budować, skoro każdy pracuje dla siebie i na siebie? W końcu nawet jeśli coś się zepsuło, to nie dlatego, ze to akurat Donald Tusk zapomniał przykręcić jakąś śrubkę, lub inną nieopatrznie odkręcił. Że kiedy on jest przy władzy, to tych niedokręconych śrubek jest więcej? No i co z tego? O czym to niby ma świadczyć? Czy to on ma nas wszystkich pilnować? On jedyne co zrobił, to powiedział ludziom, że są samodzielni, odpowiedzialni za to co robią i za co biorą pieniądze, a reszta już nie należy do niego. Przecież on nie może nad każdym z nas stać i patrzeć nam na ręce. A minister Nowak też się przecież nie rozdwoi. Cała władza jest w rękach ludu. Czyż nie o to właśnie o to chodziło? Żeby ten dróżnik, ten kolejarz, ten lokalny dyrektor lokalnej dyrekcji kolejnictwa, czy czegoś tam, nawet nie wiedział, że ktoś taki jak Donald Tusk gdzieś istnieje. A przecież, choć wiele już można, to trudno by Premier z rodziną wciąż siedział w Alpach.
Poza bardziej świadomymi nowych zadań obywatelami, głos wczoraj zabrał też sam prezydent Komorowski i jeszcze dobitniej, bo powołując się na statystyki, zakomunikował, że 99 procent wszystkich katastrof spowodowanych jest wyłącznie przez błąd człowieka. A ja sobie myślę, że to już faktycznie jest jakaś pętla, gdzie realizuje się zapowiedź starego Marksa, że wszystko się powtarza, tyle że w postaci groteski. Powinniśmy się przygotować na najgorsze, kiedy to zaczną się walić nowowybudowane domy, nowopostawione mosty, zapadną się świeżowylane autostrady, z nieba zaczną spadać samoloty, każdy mniejszy deszcz będzie zalewał całe wioski, a każda wichura niszczyła całe osiedla, i już nie będzie się mówiło, że błąd pilotów, złe materiały, czy nieuwaga dróżnika, ale zwyczajnie, że trzeba zwalczać bumelanctwo. Że bez indywidualnego wysiłku pojedynczego obywatela nie ma mowy o sukcesie całej komuny… przepraszam Unii. Że bez pracy nie ma kołaczy, jedność Partii jednością Narodu, no i, oczywiście, że kto nie pracuje ten nie je, tylko spłaca kredyty. A jak nie chce, niech zdycha. No i niech nie próbuje szukać winnych wśród tych co zostali skierowani na odcinek likwidacji państwa. Bo oni akurat pracują bardzo rzetelnie.

Jak poinformowała władza, pierwszego winnego już ujęto. Jeśli dziś dla kogoś ten tekst stanowi źródło jakiegoś pocieszenia, czy choćby skromnej satysfakcji, proszę wpłacić coś na podany tuż obok numer konta. No i zachęcam do kupowania książki. Nie ma lepszej terapii. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...