Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kataryna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kataryna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 listopada 2016

Tajemniczy jeździec z wojewódzkiego miasta na literkę "R"

    W życiu bym nie przypuszczał, że w tych dniach bohaterem mojej notki zostanie blogerka Kataryna, a jednak, jak widzimy słowo stało się ciałem. Skąd taki obrót rzeczy? Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, reżimowa TVP prowadzi – zresztą moim zdaniem jak najsłuszniej – propagandowy atak przeciwko tak zwanym fundacjom, które od wielu lat żerują na polskim państwie. No i wczoraj jako główny news pojawiła się osoba oraz biznesowa działalność niejakiej Katarzyny Sadło, czyli powszechnie znanej blogerki Kataryny. I można by unieść ręce w geście zwycięstwa, gdyby nie fakt, że TVP dopuściła się przy tym szczególnego rodzaju manipulacji. Otóż przekazując informację o kolejnych przekrętach, TVP o Katarynie informowała, jako o zwykłej blogerce, która coś tam wie, ale nie chce powiedzieć, natomiast gdy dochodziło do konkretów, pojawiała się Katarzyna Sadło, jeden z mocnych elementów owej sieci fundacji, tyle że bez jednego słowa odnośnie tego, że Sadło i Kataryna to jedna osoba. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Póki co, Sadło to już System, natomiast Kataryna jeszcze resztkami sił ciągnie jako nasza.
      Ktoś się spyta, czemu tak? Gdy chodzi o mnie, to jestem bezradny. Ja oczywiście tego wszystkiego nie rozumiem, ale wygląda na to, że z jakiegoś powodu naszym zależy na tym, by nawet jeśli ta Sadło pójdzie siedzieć, to żeby Kataryna ową burzę przetrwała. Że bez sensu? A cóż to szkodzi? W kwestii bezczelnego łgarstwa, oni wszyscy mają wieloletnią praktykę. W tej sytuacji, proszę o zapoznanie się z moim bardzo już starym, a dziś nieco tylko przeedytowanym, tekstem, jeszcze z roku 2011, kiedy tę Katarynę tu zwyczajnie rozwałkowaliśmy.


 Kiedy po raz pierwszy odkryłem blogi i sam zacząłem pisać, uznałem, że najważniejszymi polskim blogerami są Matka Kurka, Azrael i Kataryna. Kataryna była nasza, a ci dwaj pozostali, to zwykłe onetowskie ścierwo. Jednocześnie nie mogłem nie zauważyć, że pozycja i sława owej Kataryny już właściwie przekraczała to, co można było sobie, jeśli o owe blogi chodzi wyobrazić. O czym mówię? Otóż, weźmy takiego Matkę Kurkę. Gdy idzie o jakość literacką jego tekstów, to one, moim zdaniem, są zwyczajnie bez zarzutu. Podobnie ma się sprawa z ich jakością ideową i intelektualną. A zatem Matka Kurka, jako przedstawiciel sił, które uważam za czarne, był z mojego punktu widzenia ich bardzo cennym nabytkiem. Nabytkiem najcenniejszym. Gdy chodzi o Azraela, sytuacja już była znacznie mniej poruszająca, ale wciąż mieliśmy do czynienia z bardzo istotną siłą owego czarnego rażenia.
I tu muszę się przyznać, że już co do Kataryny, od pierwszego mojego z jej tekstami kontaktu, miałem poczucie, że obcuję z jakąś całkowitą fikcją i zjawiskiem dla mnie całkowicie niepojętym. Ja nie sugeruję tu, że Kataryna nie umiała nigdy pisać. Co to, to nie. Ona, owszem, pisała zawsze czysto i zgrabnie, tyle że gdyby ją postawić obok jakiejkolwiek – powtarzam, jakiejkolwiek – dziennikarki „Gazety Wyborczej”, „Wprostu”, czy „Rzeczpospolitej” – trudno by było zaobserwować jakąkolwiek jakościową różnicę. Powiem więcej. Jeśli chodzi o czysto dziennikarską jakość jej pisania, ona nie wyróżniała się niczym szczególnym ponad zwykłych blogerów jak ‘maud1’, czy ‘ŚpiEwka’. Żeby już nie wspominać o Roleksie, czy choćby wspomnianym tu już wyżej Pietraszu. A mimo to, kiedy pierwszy raz zrozumiałem, że blogi to coś więcej, niż jedna z tych rzeczy, która mnie każdego dnia omija, powszechna opinia była taka, że Kataryna to ho-ho! Zjawisko. Wręcz symbol.
Ale zdziwiło mnie jeszcze coś więcej. Mam tu na myśli opinię, że Kataryna to nasz (NASZ!) głos w internetowej przestrzeni. Mam dziś wspomnienie – nie do końca wiem, na ile to wspomnienie jest prawdziwe – że w pewnym momencie nawet Jarosław Kaczyński w jednym z wywiadów wspomniał, że on by chciał poznać „tę słynną Katarynę”. I to było coś, czego nie rozumiałem i wtedy i tym bardziej nie rozumiem dziś, po latach, kiedy to tu to tam słyszę opinię, że Kataryna to nasza broń i nasza nadzieja.
Wbrew pozorom, nie jest mi wcale łatwo pisać dziś o Katarynie. Z dwóch mianowicie powodów. Pierwszy to taki, że ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że każde moje słowo skierowane przeciwko tej kobiecie i temu, co ona robi, przez wielu zostanie odebrane jako intryga uknuta przez kogoś, kto ma ambicje zająć w publicznej przestrzeni jej miejsce, lub że w najlepszym wypadku, jest to wybuch zwykłej, długo skrywanej zawiści. Pewnie więc i nie pisałbym bym o niej ani dziś, ani już nigdy, gdyby nie to, że właśnie Kataryna, na swoim blogu, właśnie przedstawiła wpis, w którym zachęca mnie, i wielu innych ludzi wiernych projektowi o nazwie Prawo i Sprawiedliwość, do głosowania na Platformę Obywatelską, tak by pozwolić tym ludziom jeszcze przez może dwa lata kończyć swoje dzieło niszczenia tego kraju i tego narodu, a później przyjść na te ruiny wziąć to wszystko, jak swoje.
  Drugi powód jest już bardziej techniczny. W końcu co można pisać o takiej Katarynie? Żeby ona chociaż pisała szczególnie głupio, lub szczególnie nieporadnie i dzierżyła przy tym tę swoją palmę. Ale o tym akurat nie ma mowy. Ona, jak już wspomnieliśmy, jest dokładnie taka sama, jak dziesiątki mniej lub bardziej znanych dziennikarzy z głównego nurtu. Ani gorsza, ani lepsza. A pisanie o tym, o czym bym chciał napisać, to zadanie niezwykle ciężkie. Musiałbym przede wszystkim zacząć przeszukiwać jej stare teksty, wywiady, jakich udzielała różnym gazetom, śledzić te wszystkie przedziwne ruchy, jakich dokonała przez minione lata, by wciąż funkcjonować jako „ta Kataryna”. No i sam ten mój tekst musiałby być jeszcze dłuższy od tego, pełen cytatów i to w dodatku cytatów z Kataryny. A kto, założywszy nawet, że sam temat uznałby za interesujący, coś takiego chciałby czytać? A więc pewnie i z tego powodu nie brałbym się dziś za Katarynę. No ale stało się tak, że ona przedstawiła ów manifest na temat tego, jak zwyciężać mamy, a ja nagle zrozumiałem, że w ogóle nie trzeba z Kataryną dyskutować, niczego jej udowadniać, ale tylko zrobić coś, co już każdy z nas robił wielokrotnie. Zajrzeć do Wikipedii, i jeśli będzie trzeba, to choćby przekleić tu odpowiednią notkę.
Zabieg ten działał i tu, w naszym przypadku, kiedy dyskutowaliśmy o różnych podejrzanych typach z pogranicza biznesu i polityki. Bardzo niedawno przedstawiłem tu choćby życiorys komunistycznego działacza Jana Mitręgi. Nasz kolega Coryllus z kolei ładnie pokazał nam, właśnie korzystając z informacji w Wikipedii, kim był wychowawca polskiej prawicy Henryk Rzeczkowski. A skoro kultowa blogerka Kataryna wydrapała sobie taką pozycję, że informacja o niej znalazła się aż w Wikipedii, to czemu tego nie wykorzystać?
Otóż to co wydaje się być tu rzeczą najbardziej interesującą i chyba najistotniejszą, to fakt, że, jeśli zapoznać się z tą notką nawet bardzo, bardzo dokładnie, to musimy zauważyć, że tam nie ma śladu sugestii, że pozycja Kataryny jest związana z jej dziennikarskim kunsztem – o czym już tu wspominaliśmy – lub też z jakimiś śledczymi, czy tworzącymi historię tekstami. Całość tego mitu oparta jest właśnie tylko i wyłącznie na micie. Od pierwszej informacji, a więc tej, że ona urodziła się „około” roku 1971, aż po ostatnią, że „w pozwie Kataryna ujawniła, że się nazywa…”. Obojętne. A zatem mamy do czynienia wyłącznie z kreacją na użytek tworzenia mitu. No ale zobaczmy, kim jest ów ktoś, kto został wyznaczony do tej roboty.
„Aktywność Kataryny jako politycznej komentatorki w Internecie datuje się od czasów afery Rywina; pojawiła się wtedy na forum Kraj portalu Gazeta.pl. Jej okres największej świetności związany jest z okresem kampanii wyborczej Włodzimierza Cimoszewicza; była oponentką jego kandydatury. Po zwycięstwie Lecha Kaczyńskiego zamilkła na kilka miesięcy, powracając równie nieoczekiwanie jak znikła.
Kataryna publikuje równolegle w Salonie24.pl oraz w blox.pl. Na pewien czas wycofała się z publikacji w Salonie24, w związku ze sporem na tle jej odmowy ujawnienia tożsamości.
W komentarzach politycznych Kataryna często zajmuje stanowisko krytyczne wobec Gazety Wyborczej: Zmieniły się radykalnie moje poglądy na III RP, w ciągu trzech lat przeszłam ewolucję z ‘człowieka rozumnego’ do ‘oszołoma’. Krytycy Kataryny uważają, że z zasady nie podejmuje ona tematów i nie demaskuje złych działań szeroko rozumianej prawicy (PiS), koncentrując się w swoich tematach na – jej zdaniem – manipulatorskich działaniach szeroko rozumianej lewicy liberalnej (wliczając w to sprzyjające jej media)”.
A dalej już jest tylko lepiej:
„Do maja 2009 roku tożsamość Kataryny nie była powszechnie znana i stanowiła przedmiot bezskutecznych spekulacji i żartów internautów. O bycie Kataryną podejrzewano kilkoro dziennikarzy i polityków. Z prawdziwą Kataryną rozmawiał telefonicznie Igor Janke. ‘To był zdecydowanie damski głos, interesujący, trochę tajemniczy... Więcej nie powiem’ - relacjonował potem. Kilkakrotnie z blogerką spotkał się z kolei Robert Mazurek. W maju 2008 w ‘Dzienniku’ ukazał się jego wywiad z Kataryną. W rozmowie blogerka przyznała, że pochodzi z południa Polski (z kontekstu rozmowy wynikało, że z Rzeszowa - miasto wojewódzkie na ‘R’), jest po 30., studiowała na dwóch kierunkach w Warszawie, gdzie także mieszka. Jest członkiem stowarzyszenia Mensa. W pracy ‘spotyka osoby publiczne’, ale nigdy nie była dziennikarką. Z kolei w sierpniu 2008 Kataryna przeprowadziła w ‘Dzienniku’ wywiad z Mazurkiem”.
Czy Państwo widzą, co tu się wyprawia? „To był zdecydowanie damski głos, interesujący, trochę tajemniczy... Więcej nie powiem”. Przecież to jest jakiś obłęd. O kim my w ogóle rozmawiamy? Ale nawet i to nie jest jeszcze najciekawsze. Otóż ja wszystko bym rozumiał, gdyby rzeczywiście okazało się, że Kataryna to Justyna Pochanke, lub Włodzimierz Cimoszewicz. Rozumiałbym to dzisiejsze poruszenie, ale też wcześniejszą konspirację i plotki. Natomiast tu nie ma nic. Kataryna to rzeczywiście jakaś pani z „wojewódzkiego miasta na ‘R’”, która prowadzi bloga, a poza tym robi to, co cała kupa nowych drobnych kombinatorów działających na współczesnej mapie Polski, czyli prezesuje jakiejś organizacji pozarządowej, zajmującej się „wspieraniem różnorodnych form aktywności społecznej, wzmacnianiem u obywateli umiejętności współdziałania w kształtowaniu demokratycznego społeczeństwa”. Tyle że, zamiast, tak jak jej koleżanki i koledzy po fachu, określić się jako ktoś, kto na dźwięk nazwiska ‘Kaczyński’ potrafi się na gwizdnięcie porzygać, ona akurat – z powodów, które nawet mnie nie do końca interesują – postanowiła lawirować między Agorą a Salonem24.
Ktoś mi powie, że skoro ta Kataryna jest dla mnie taka nieinteresująca, to po cholerę ja łamię daną sobie jeszcze przed laty obietnicę i jednak się nią zajmuję. W tej sytuacji więc, zamiast kończyć, muszę jeszcze parę słów napisać. Chodzi o to, że od samego niemal początku jak prowadzę ten blog, dostaję ze wszystkich stron informacje, że jak to dobrze, że są blogerzy, którzy tak pięknie walczą o naszą Polskę, a później czytam że wśród tych nosicieli dobrej nowiny jestem ja, FYM, Ścios, a obok nas Kataryna. Bardzo przepraszam, ale proszę mnie zrozumieć. Jej towarzystwo jest dla mnie nie do wytrzymania z tego powodu, że ja w żaden sposób nie czuję się godny zajmowania tak wybitnej pozycji, ale też dlatego, że jeśli ktoś lubi moje teksty, a jednocześnie lubi teksty Kataryny, to znaczy, że ten ktoś moich tekstów nie rozumie. A ja okropnie cierpię, kiedy się dowiaduję, że piszę nie wiadomo dla kogo i nie wiadomo po co. A zatem, ten tekst powstaje w dużym stopniu po to, bym mógł w nim zaapelować o to, by wszyscy miłośnicy blogerskiego kunsztu Kataryny przestali się emocjonować tym, co powstaje tu, w tym miejscu. A skoro wciąż mają ochotę tu siedzieć, to niech przynajmniej przestaną mi słodzić. Bo mnie te ich słodkości obrażają.
Ale jest też jeszcze jeden powód, dla którego piszę dziś o Katarynie. Otóż powszechna opinia jest taka, że Kataryna reprezentuje w swojej działalności na blogach Prawo i Sprawiedliwość. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja nie mówię, że ona reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość. Ja tylko stwierdzam fakt, że w popularnym przekazie, ona funkcjonuje jako PiS. I oto na blogach ukazują się dwa teksty, jeden, wcześniejszy, w którym bloger Łażący Łazarz właściwie jednoznacznie sugeruje, że objęcie władzy przez Jarosława Kaczyńskiego musi doprowadzić do śmierci – śmierci fizycznej – Donalda Tuska, w drugim natomiast zabiera głos Kataryna i już nie niemal jednoznacznie, ale zupełnie otwartym tekstem pisze, że ona będzie kibicować w nadchodzących wyborach Platformie Obywatelskiej, bo ma nadzieję, że jeśli Platforma wygra, to Polskę szlag trafi i będziemy mogli sobie parę fajnych rzeczy po niej pozbierać.
No dobra. Ktoś na to powie, że Łazarz to jednak Nowy Ekran, a więc medialny fakt, natomiast Kataryna to nadmuchana fikcja, do tego fikcja nadmuchana tak, że normalni ludzie z tego się mogą już tylko śmiać. Tyle że, niestety, się nie śmieją. Wręcz przeciwnie. Czytają te brednie i kiwają w zadumie głowami. Przecież to nawet nie ja sam trafiłem na jej blog, lecz informację o nim otrzymałem od ludzi, którzy tam bywają.
A więc piszę o Katarynie i myślę sobie, że jest całkiem możliwe, że ona została tym kim dziś jest, wyłącznie w jednym celu. Żeby napisać swój tekst o tym geszefcie, jaki Jarosław Kaczyński powinien zrobić, żeby za kilka lat już móc rządzić tym śmietnikiem o nazwie ‘Polska’, jak jakiejś ruskie panisko. No i żebym ja mógł ją za to kopnąć w tyłek. Co z satysfakcją czynię.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam.



czwartek, 19 maja 2011

Tajemniczy jeździec z wojewódzkiego miasta na 'R'

Mój pierwszy kontakt z tak zwaną blogosferą był bardzo dziwny, a jego dziwaczność wynikała przede wszystkim z mojego późnego już wieku. O co chodzi z tym wiekiem? Otóż im jestem starszy, a dzieje się to już od może dwudziestu lat, mam w sobie skłonność do przyjmowania wszystkiego, co się dzieje za moim oknem, może nie z nieufnością, ale pewnym bardzo intensywnym brakiem zainteresowania. Pewien mój bliski – powiedzmy że najbliższy kumpel, dziś już tak bardzo nieszczęśliwie zmarły – określił ten nasz stan przy pomocy takiej oto oceny, że my jesteśmy już tylko znieść jedno mocne zdanie. Reszty nasze biedne serca już ani nie potrzebują, ani też już mogą nie wytrzymać. A więc informację, jakie do mnie dochodziły na temat tego czegoś, co się nazywało od początku ‘blogami’, przyjmowałem bez większego zainteresowania. Dziś wydaje mi się, że pierwszą osobą, jaka zachęciła mnie do tego, by się blogosferze przyjrzeć był, nawet nie mój kolega, ale wieloletni znajomy – Piotr Pietrasz, najstarszy (broń Boże, wiekowo!) i najwierniejszy na świecie działacz PiS-u, jakiego znam, katowicki radny i, skądinąd już, autor bloga ‘ZaPiS Śląski’. No więc się zainteresowałem.
Dalej już poszło gładko. Szybkość ta wynikała przede wszystkim z tego, że miałem już pewną praktykę w pisaniu politycznych komentarzy, a zamieszczanych właściwie za każdym razem, ile razy coś napisałem, przez najróżniejsze gazety w dziale ‘Listy od czytelników’, ale też dzięki temu, że pisanie zdań, i łączenia ich w zgrabny sposób w dłuższe formy, jest jedną z nielicznych umiejętności, z jaką się chyba urodziłem, a którą w sobie dodatkowo wygładziłem i udoskonaliłem podczas studiów anglistycznych. Oni tam uczą – a przynajmniej kiedyś uczyli – pisać akapity! A zatem mój pierwszy tekst do Salonu24 znalazł się na ich głównej stronie, a później właściwie już każdy następny. Często na samej górze. Tak to się więc zaczęło. A dziś mamy to co mamy.
Zanim przyszedł moment – przepraszam, ale ja się nie chwalę, tylko stwierdzam fakt – że ten blog stał się jednym z ważniejszych polskich blogów politycznych, zdążyłem się zorientować w układzie sił na Salonie, na Onecie i diabli wiedzą, gdzie jeszcze. Z tego, co wówczas zdążyłem zauważyć, wyszło mi na to, że najważniejszymi polskim blogerami (kolejność przypadkowa) są: Matka Kurka, Azrael i Kataryna. Kataryna była nasza, a ci dwaj pozostali, to zwykłe onetowskie ścierwo. Jednocześnie, również z tego, co wówczas zdążyłem zauważyć, pozycja i sława owej Kataryny, już właściwie przekraczała to, co można było sobie, jeśli o nią idzie, wyobrazić. O co mi chodzi? Otóż, weźmy takiego (to jest mężczyzna) Matkę Kurkę. Jak idzie o jakość literacką jego tekstów, to one, moim zdaniem, są zwyczajnie bez zarzutu. Podobnie ma się sprawa z ich jakością ideową i intelektualną. A zatem Matka Kurka, jako przedstawiciel sił, które uważam za czarne i autentycznie cuchnące, był z mojego punktu widzenia ich bardzo cennym nabytkiem. Nabytkiem najcenniejszym. Jak idzie o Azraela, sytuacja już była znacznie mniej poruszająca, ale wciąż mieliśmy do czynienia z bardzo istotną siłą owego czarnego rażenia.
I tu muszę się przyznać, że już co do Kataryny, od pierwszego mojego z jej tekstami kontaktu, miałem poczucie, ze obcuję z jakąś całkowitą fikcją i zjawiskiem dla mnie całkowicie niepojętym. Ja nie sugeruję tu, że Kataryna nie umiała nigdy pisać. Co to, to nie. Ona, owszem, pisała zawsze czysto i zgrabnie, tyle że gdyby ją postawić obok jakiejkolwiek – powtarzam, jakiejkolwiek – dziennikarki Gazety Wyborczej, Wprost, czy Rzeczpospolitej – trudno by było zaobserwować jakąkolwiek jakościową różnicę. Powiem więcej. Jeśli chodzi o czysto dziennikarską jakość jej pisania, ona nie wyróżniała się niczym szczególnym ponad zwykłych blogerów jak ‘maud1’, czy ‘ŚpiEwka’. Żeby już nie wspominać o Roleksie, czy Coryllusie, czy choćby, wspomnianym tu już wyżej Pietraszu. A mimo to, kiedy pierwszy raz zrozumiałem, że blogi to coś więcej, niż jedna z tych rzeczy, która mnie każdego dnia omija, powszechna opinia była taka, że Kataryna to ho-ho! Zjawisko. Wręcz symbol.
Ale zdziwiło mnie jeszcze coś więcej. Mam tu na myśli opinię, że Kataryna to nasz (NASZ!)głos w internetowej przestrzeni. Mam dziś wrażenie – nie do końca wiem, na ile to wrażenie jest prawdziwe – że w pewnym momencie nawet Jarosław Kaczyński w jednym z wywiadów wspomniał, że on by chciał poznać „tę słynną Katarynę”. I to było coś, czego nie rozumiałem i wtedy i tym bardziej nie rozumiem dziś, po latach, kiedy to tu to tam słyszę opinię, że Kataryna to nasza broń i nasza nadzieja.
Wbrew pozorom, nie jest mi wcale łatwo pisać dziś o Katarynie. Z dwóch mianowicie powodów. Pierwszy to taki, że ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że każde moje słowo skierowane przeciwko tej kobiecie i temu, co ona robi, przez wielu zostanie odebrane jako intryga uknuta przez kogoś, kto ma ambicje zająć w publicznej przestrzeni jej miejsce, lub, że w najlepszym wypadku, jest to wybuch zwykłej, długo skrywanej zawiści. Pewnie więc i nie pisałbym bym o niej ani dziś, ani już nigdy, gdyby nie to, że właśnie Kataryna, na swoim blogu, właśnie przedstawiła wpis, w którym zachęca mnie, i wielu innych ludzi wiernych projektowi o nazwie Prawo i Sprawiedliwość, do głosowania na Platformę Obywatelską, z powodów, o których pisałem tu niedawno w mojej polemice z Łażącym Łazarzem. Chodzi mianowicie o to, żeby pozwolić tym ludziom jeszcze przez może dwa lata kończyć swoje dzieło niszczenia tego Kraju i tego Narodu, a później przyjść na te ruiny wziąć to wszystko, jak swoje.
Drugi powód jest już bardziej techniczny. W końcu co można pisać o takiej Katarynie? Żeby ona chociaż pisała szczególnie głupio, lub szczególnie nieporadnie i dzierżyła przy tym tę swoją palmę. Ale o tym akurat nie ma mowy. Ona jest dokładnie taka sama, jak dziesiątki mniej lub bardziej znanych dziennikarzy z głównego nurtu. Ani gorsza, ani lepsza. A pisanie o tym, o czym bym chciał napisać, to zadanie strasznie ciężkie. Musiałbym przede wszystkim zacząć przeszukiwać jej stare teksty, te wywiady, jakich udzielała różnym gazetom, śledzić te wszystkie przedziwne ruchy, jakich dokonała przez minione lata, by wciąż funkcjonować jako „ta Kataryna”. No i sam ten mój tekst musiałby być długi jak nie wiem co, pełen cytatów i to w dodatku cytatów z Kataryny. A kto, założywszy nawet, że sam temat uznałby za interesujący, coś takiego chciałby czytać? A więc pewnie i z tego powodu nie brałbym się dziś za Katarynę. No ale stało się tak, że ona przedstawiła ten swój manifest, co do tego, jak zwyciężać mamy, a ja nagle zrozumiałem, że w ogóle nie trzeba z Kataryną dyskutować, niczego jej udowadniać, ale tylko zrobić coś, co już każdy z nas robił wielokrotnie. Zajrzeć do wikipedii, i, jeśli będzie trzeba, to choćby przekleić tu odpowiednią notkę.
Zabieg ten działał i tu, w naszym przypadku, kiedy dyskutowaliśmy o różnych podejrzanych typach z pogranicza biznesu i polityki. Bardzo niedawno przedstawiłem tu choćby życiorys komunistycznego działacza Jana Mitręgi. Nasz kolega Coryllus z kolei ładnie pokazał nam, właśnie korzystając z informacji w wikipedii, kim był wychowawca polskiej prawicy Henryk Rzeczkowski. A skoro kultowa blogerka Kataryna wydrapała sobie taką pozycję, że informacja o niej znalazła się aż w wikipedii, to czemu tego nie wykorzystać?
Otóż to co wydaje się być tu rzeczą najbardziej interesującą i chyba najistotniejszą, to fakt, że, jeśli zapoznać się z tą notką nawet bardzo, bardzo dokładnie, to musimy zauważyć, że tam nie ma śladu sugestii, że pozycja Kataryny jest związana z jej dziennikarskim kunsztem – o czym już tu wspominaliśmy – lub też z jakimiś śledczymi, czy tworzącymi historię tekstami. Całość tego mitu oparta jest właśnie tylko i wyłącznie na micie. Od pierwszej informacji, a więc tej, że ona urodziła się „około” roku 1971, aż po ostatnią, że „w pozwie Kataryna ujawniła, że się nazywa…”. Obojętne. A zatem mamy do czynienia wyłącznie z kreacją na użytek tworzenia mitu. No ale zobaczmy, kim jest ów ktoś, kto został wyznaczony do tej roboty.
„Aktywność Kataryny jako politycznej komentatorki w Internecie datuje się od czasów afery Rywina; pojawiła się wtedy na forum Kraj portalu Gazeta.pl. Jej okres największej świetności związany jest z okresem kampanii wyborczej Włodzimierza Cimoszewicza; była oponentką jego kandydatury. Po zwycięstwie Lecha Kaczyńskiego zamilkła na kilka miesięcy, powracając równie nieoczekiwanie jak znikła.
Kataryna publikuje równolegle w Salonie24.pl oraz w blox.pl. Na pewien czas wycofała się z publikacji w Salonie24, w związku ze sporem na tle jej odmowy ujawnienia tożsamości.
W komentarzach politycznych Kataryna często zajmuje stanowisko krytyczne wobec Gazety Wyborczej: Zmieniły się radykalnie moje poglądy na III RP, w ciągu trzech lat przeszłam ewolucję z ‘człowieka rozumnego’ do ‘oszołoma’. Krytycy Kataryny uważają, że z zasady nie podejmuje ona tematów i nie demaskuje złych działań szeroko rozumianej prawicy (PiS), koncentrując się w swoich tematach na – jej zdaniem – manipulatorskich działaniach szeroko rozumianej lewicy liberalnej (wliczając w to sprzyjające jej media)”.
A dalej już jest tylko lepiej:
„Do maja 2009 roku tożsamość Kataryny nie była powszechnie znana i stanowiła przedmiot bezskutecznych spekulacji i żartów internautów. O bycie Kataryną podejrzewano kilkoro dziennikarzy i polityków. Z prawdziwą Kataryną rozmawiał telefonicznie Igor Janke. ‘To był zdecydowanie damski głos, interesujący, trochę tajemniczy... Więcej nie powiem’ - relacjonował potem. Kilkakrotnie z blogerką spotkał się z kolei Robert Mazurek. W maju 2008 w ‘Dzienniku’ ukazał się jego wywiad z Kataryną. W rozmowie blogerka przyznała, że pochodzi z południa Polski (z kontekstu rozmowy wynikało, że z Rzeszowa - miasto wojewódzkie na ‘R’), jest po 30., studiowała na dwóch kierunkach w Warszawie, gdzie także mieszka. Jest członkiem stowarzyszenia Mensa. W pracy ‘spotyka osoby publiczne’, ale nigdy nie była dziennikarką. Z kolei w sierpniu 2008 Kataryna przeprowadziła w ‘Dzienniku’ wywiad z Mazurkiem”.
Czy Wy widzicie, co tu się wyprawia? „To był zdecydowanie damski głos, interesujący, trochę tajemniczy... Więcej nie powiem”. Przecież to jest jakiś obłęd. O kim my w ogóle rozmawiamy? Ale nawet i to nie jest jeszcze najciekawsze. Otóż ja wszystko bym rozumiał, gdyby rzeczywiście okazało się, że Kataryna to Justyna Pochanke, lub Włodzimierz Cimoszewicz. Rozumiałbym to dzisiejsze poruszenie, ale też wcześniejszą konspirację i plotki. Natomiast tu nie ma nic. Kataryna to rzeczywiście jakaś pani z „wojewódzkiego miasta na ‘R’”, która prowadzi bloga, a poza tym robi to, co cała kupa nowych drobnych kombinatorów działających na współczesnej mapie Polski, czyli prezesuje jakiejś organizacji pozarządowej, zajmującej się „wspieraniem różnorodnych form aktywności społecznej, wzmacnianiem u obywateli umiejętności współdziałania w kształtowaniu demokratycznego społeczeństwa”. Tyle że, zamiast, tak jak jej koleżanki i koledzy po fachu, określić się jako ktoś, kto na dźwięk nazwiska ‘Kaczyński’ potrafi się na gwizdnięcie porzygać, ona akurat – z powodów, które nawet mnie nie do końca interesują – postanowiła lawirować między Agorą a Salonem24.
Ktoś mi powie, że skoro ta Kataryna jest dla mnie taka nieinteresująca, to po cholerę ja łamię daną sobie jeszcze przed laty obietnicę i jednak się nią zajmuję. W tej sytuacji więc, zamiast kończyć, muszę jeszcze parę słów napisać. Chodzi o to, że od samego niemal początku jak prowadzę ten blog, dostaję ze wszystkich stron informacje, że jak to dobrze, że są blogerzy, którzy tak pięknie walczą o naszą Polskę, a później czytam że wśród tych nosicieli dobrej nowiny jestem ja, FYM, Ścios, a obok nas Kataryna. Bardzo przepraszam, ale proszę mnie zrozumieć. Jej towarzystwo jest dla mnie nie do wytrzymania z tego powodu, że ja w żaden sposób nie czuję się godny zajmowania tak wybitnej pozycji, ale też dlatego, że jeśli ktoś lubi moje teksty, a jednocześnie lubi teksty Kataryny, to znaczy, że ten ktoś moich tekstów nie rozumie. A ja okropnie cierpię, kiedy się dowiaduję, że piszę nie wiadomo dla kogo i nie wiadomo po co. A zatem, ten tekst powstaje w dużym stopniu po to, bym mógł w nim zaapelować o to, by wszyscy miłośnicy blogerskiego kunsztu Kataryny przestali się emocjonować tym, co powstaje tu, w tym miejscu. A skoro wciąż mają ochotę tu siedzieć, to niech przynajmniej przestaną mi słodzić. Bo mnie te ich słodkości obrażają.
Ale jest też jeszcze jeden powód, dla którego piszę dziś o Katarynie. I jest on bardzo podobny do tego, dla którego niedawno pisałem o Łazarzu. Otóż powszechna opinia jest taka, że zarówno Łazarz jak i Kataryna reprezentują w swojej działalności na blogach Prawo i Sprawiedliwość. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja nie mówię, że oni reprezentują Prawo i Sprawiedliwość. Ja tylko stwierdzam fakt, że w popularnym przekazie, oni funkcjonują jako PiS. I teraz, po tym jak Łazarz napisał swój tekst, w którym właściwie jednoznacznie zasugerował, ze objęcie władzy przez Jarosława Kaczyńskiego musi doprowadzić do śmierci – śmierci fizycznej – Donalda Tuska, zabiera głos Kataryna i już nie niemal jednoznacznie, ale zupełnie otwartym tekstem pisze, że ona będzie kibicować w nadchodzących wyborach Platformie Obywatelskiej, bo ma nadzieję, że jeśli Platforma wygra, to Polskę szlag trafi i będziemy mogli sobie parę fajnych rzeczy po niej pozbierać.
No dobra. Ktoś na to powie, że Łazarz to jednak Nowy Ekran, a więc medialny fakt, natomiast Kataryna to nadmuchana fikcja, do tego fikcja nadmuchana tak, że normalni ludzie z tego się mogą już tylko śmiać. Tyle że, niestety, się nie śmieją. Wręcz przeciwnie. Czytają te brednie i kiwają w zadumie głowami. Przecież to nawet nie ja sam trafiłem na jej blog, lecz informację o nim otrzymałem od ludzi, którzy tam bywają.
A więc piszę o Katarynie i myślę sobie, że jest całkiem możliwe, że ona została tym kim dziś jest, wyłącznie w jednym celu. Żeby napisać swój tekst o tym geszefcie, jaki Jarosław Kaczyński powinien zrobić, żeby za kilka lat już móc rządzić tym śmietnikiem o nazwie ‘Polska’, jak jakiejś ruskie panisko. No i żebym ja mógł ją za to kopnąć w tyłek. Co z satysfakcją czynię.

A przy tej okazji, już tradycyjnie, proszę uprzejmie wszystkich, którzy chcą wspierać ten blog, o jego uprzejmie, w miarę możliwości, wspieranie.

niedziela, 24 maja 2009

Dwa listy

Blog, który tylu z Was uprzejmie chce niekiedy odwiedzać, ilustrowany jest przede wszystkim zdjęciem Grzegorza Przemyka, a pod nim – pani Anny Walentynowicz. Niżej znajdują się linki do dwóch zaprzyjaźnionych stroniczek, a jeszcze niżej… no właśnie. Jeszcze niżej przez długie miesiące wisiało wyszydzone logo Gazety Wyborczej. Od wczoraj, w związku z faktem, że przede wszystkim dokuczanie Gazecie powoli zaczęło na mnie robić wrażenie jednak zajęcia bardzo prostackiego, a pod drugie, negatywnym bohaterem polskiej (podkreślam – polskiej) opinii publicznej stał się Dziennik, dokonałem tam odpowiedniej zmiany. Nowy obrazek głosi uroczyście, że Dziennika już nie czytam, ponieważ uważam, że on cuchnie.Deklaracja poważna wymaga poważnej konsekwencji. Stało się jednak coś, co zmusiło mnie do przesunięcia pierwszego dnia bojkotu na jutro. Otóż pan Wojciech Wybranowski na swoim blogu poinformował mnie, że redaktor naczelny Dziennika, Robert Krasowski wystosował do mnie list otwarty. Przełamałem się i list przeczytałem. http://www.dziennik.pl/opinie/article385781/List_otwarty_do_obroncow_Kataryny.html
Umówmy się więc tak. Dziś odpowiem na ten list swoim listem otwartym, i to będzie moje ostateczne pożegnanie się z tym chorym towarzystwem.
Krasowski tytułuje swój tekst następująco: List otwarty do obrońców Kataryny i zaczyna go od zdjęcia majtek i prośby skierowanej do nas, żebyśmy go pocałowali w dziurę, którą on robi kupę. No i dobra. On ma taki styl, taki umysł, a więc, konsekwentnie, i taką prośbę. My tej prośby spełnić nie chcemy, ale za to chcemy powiedzieć parę słów. Wybranowski zrobił już swoje. Ja tylko dorzucę troszeczkę od siebie. Otóż pisze Krasowski tak:
„Lubię internet, lubię internautów i lubię ostry język. Nie lubię tylko Was, zawistników, którzy się stali plagą polskiego internetu. Wejdźcie na strony gazet zachodnich, nawet w bulwarówkach nie ma tak debilnych wpisów, jak Wasze. Witajcie komuszki... Niemieckie sługusy... Żydowskie pachołki... Lokaje Tuska... Tak zaczynają się Wasze wpisy i na tym się kończą.Zero myśli, zero finezji, zero dowcipu.”
Z tytułu wynika, że to do mnie. Z tekstu z kolei wynika, że nie. Koniec tego kuriozalnego tekstu świadczy jednoznacznie o tym, że jednak nie:
„PS. Przepraszam większość internautów za powyższy list. Oczywiście nie jest on skierowany do nich, a tylko do tej wąskiej i hałaśliwej grupy, która samozwańczo nadała ton polskiej sieci. Co do tytułu listu wyjaśniam, że nie kieruję go do wszystkich obrońców Kataryny. Wielu z nich to poważni blogerzy i forumowicze, którzy posługują się rzeczowymi argumentami. Spór dotyczy jedynie tej hałaśliwej grupki, która za chwilę zacznie mnie wyzywać od zdrajców, żydów, pedałów, komuchów i szwabów. Jak sądzę, wszyscy mamy ich dość.”
Wyjaśnienie zatem, że kiedy Krasowski pisze list otwarty do obrońców Kataryny, on nie pisze listu otwartego do obrońców Kataryny, przyjmuję z potężnym intelektualnym wysiłkiem, ale chętnie. Zwłaszcza, że ja faktycznie mam wiele zarzutów do Krasowskiego i jego kumpla Michalskiego, może nawet bardziej ciężkich, niż oni by byli gotowi przyjąć, ale akurat nie to, że są żydami, pedałami, a nawet szwabami.
Jednak problem pozostaje. Otóż chodzi o to, że Krasowski wykonał bardzo interesujący – oczywiście na swoją skromną miarę – zabieg. On zwraca się niby do obrońców Kataryny, ale wiedząc, że obrońcom Kataryny może, zarówno intelektualnie, ale również w wymiarze czysto ludzkim – jak to mówią młodzi blogerzy – ‘nagwizdać’, tak naprawdę polemizuje z kilkoma nieprzytomnymi ze wściekłości internautami, komentującymi dzień w dzień wszystko co się da komentować na internetowej stronie Dziennika,i w ten sposób pokazuje głównie sobie, jaki to z niego wypasiony ‘dżernalist’. On nie ma ani jednego argumentu, którego mógłby sensownie użyć na obronę tego swojego i tak już nędznego wizerunku, który w ostatnich dniach postanowił jeszcze osobiście obrzygać. Rzuca więc kamieniami w jakieś blogujące dzieci, nie znające różnicy choćby między dniem, a nocą. A robi to dodatkowo na takim poziomie literackiego kunsztu, że jedyne co go może tu jeszcze ratować, to podejrzenie, że być może pisząc ten tekst, był kompletnie pijany. Nieważne. Ja i tak mu pokażę, jak się to robi. Proszę bardzo!

LIST OTWARTY DO LUDZI KTÓRZY CHCIELI ZNISZCZYĆ KATARYNĘ
To coście zrobili, eliminuje Was z demokratycznego społeczeństwa. Nie zasługujecie na to, żeby uczestniczyć w projekcie, któremu na imię Polska, nawet w formie przestrogi dla młodego pokolenia. Nie ma takiej sprawiedliwości, która zastosowana wobec Was dałaby satysfakcję ofiarom Waszej nikczemności. Wasze nazwiska zostaną zapisane na kartach historii w osobnych, specjalnie dla Was przygotowanych rozdziałach. Nie ma nawet sposobu, żeby zwrócić się do Was słowami „Wstydźcie się”, bo Wasz wstyd jedynie przyniósłby niezasłużony ból głowy tym, którym kiedykolwiek autentycznie było wstyd. Jeśli ludzka porażka może mieć twarz, to jest to twarz każdego z Was.
I jeszcze zastrzeżenie. Te moje słowa nie są kierowane do panów Roberta Krasowskiego i Cezarego Michalskiego. One są wyłącznie przeznaczone dla ludzi złych i podłych.

sobota, 23 maja 2009

Strach

Wczorajszy komentarz Cezarego Michalskiego w Dzienniku uczynił go postacią historyczną http://www.dziennik.pl/opinie/article384432/Utracona_czesc_Kataryny.html.
Przynajmniej tak to wygląda z dzisiejszej perspektywy i wszystko na to wskazuje, że prognozy są słuszne. Jestem więc pewien, że za dziesięć, albo za dwadzieścia lat, albo za jeszcze więcej lat, o Michalskim będzie się czytało w podręcznikach dziennikarstwa, a może i nie tylko dziennikarstwa. Myślę że tak samo, jak dziś się czyta o Jerzym Urbanie, o Wiesławie Górnickim, albo – może jeszcze lepiej – o takich ludziach jak ten słynny dzinnkarski duet sprzed lat Uberman i Szykuła. I każdy, kto się choć trochę interesuje tym, co się dziej w sieci i dookoła niej wie, o czym mówię.
Dziś jednak chciałem zaproponować do rozważenia pewien troszkę inny aspekt tej smutnej sprawy. Chodzi mi o to, że w tym całym zgiełku na temat tego, jak mainstreamowe media we współczesnej Polsce zniszczyły jedną, kompletnie niezależną i w gruncie rzeczy zupełnie niszową komentatorkę, zgubiła się jedna bardzo ważna rzecz. Jest oczywiście kłamstwo, jest zamach na demokrację, jest agresja w prywatność, jest też może i zemsta, a może nawet i zwykła nienawiść. Owszem. To wszystko, kiedy analizujemy wczorajszy tekst Michalskiego, się tam pojawia. Natomiast mam wrażenie, że bardzo niewiele osób zwróciło uwagę na problem strachu. Do czego zmierzam? Otóż Cezary Michalski, wielokrotnie w ciągu tego krótkiego, ostrego jak szpikulec do lodu (prawda, że idealne porównanie?) komentarza, w ten czy inny sposób, odwołuje się właśnie do strachu. Począwszy od początkowej przechwałki w postaci słów: „Zmusiliśmy ją do milczenia”, przez – jak już wiadomo, kłamliwe – zapewnienia w stylu: „Niech się Kataryna nie boi”, po już bardzo zawoalowane uwagi o „bezpiecznej pozycji anonimowości”. Cały komentarz Michalskiego jest wypełniony z jednej strony napominaniem, że należy się bać i że każdy kto jemu, albo komuś z jego kolegów, podskoczy, nie zna dnia ani godziny, kiedy oberwie, a z drugiej rozkoszną satysfakcją na widok kogoś, kto ten prosty fakt nagle zrozumiał.
I ja to rozumiem. Ja myślę, że potrafię sobie świetnie wyobrazić tę szampańską atmosferę w redakcji Dziennika, kiedy ta pani redaktor zadzwoniła do Katarynyi poinformowała ją, że ją właśnie dopadli. Że już wiedzą, jak się Kataryna naprawdę nazywa. Kim jest, gdzie pracuje, skąd pochodzi… Wszystko. Musiało być fajnie, kiedy ona to wszystko mówiła do słuchawki, a zgromadzony wokół niej zespół redakcyjny słuchał najpierw tej ciszy, a później tego trzasku przerwanego połączenia. Próbuję sobie tę scenę wyobrazić. Dziennikto Axel Springer, więc nie wykluczam, że nawet w pewnym momencie ktoś mógł tryumfalnie zawołać: „Gut!!! Obsrała się!” I wszyscy podbiegli do Michalskiego i przybili sobie z nim piątkę.
Michalski, siłą rzeczy, wiele nie pisze. On tylko przedstawia jak się sprawy mają. Więcej na ten temat można znaleźć w artykule towarzyszącym jego komentarzowi, autorstwa owej Sylwii Czubkowskiej, zatytułowanym Czego boi się Kataryna. Szukałem tego tekstu na stronie Dziennika, ale wygląda na to, że został stamtąd wycofany. Na szczęście jest sieć, więc można zajrzeć tu http://wiadomosci.24polska.pl/koktajl/czego_boi_sie_kataryna_36813.html. A naprawdę warto. Tam jest już wszystko co trzeba. „Sławna Blogerka straciła odwagę”, „Czego boi się Kataryna”, „Czemu boi się jawności Katarzyna”, „Kataryna zaczęła panicznie unikać telefonów”, „Kiedy zadzwoniliśmy do Kataryny, mówiąc, że wiemy, kim jest, wystraszona przerwała połączenie”, „Zostaliśmy połączeni i znów panika”, i tak dalej. To faktycznie musiało być piękne. Widzieć jak 38 latka z Rzeszowa zmienia się w galaretę. Można się poczuć jak na jakimś fajnym brytyjskim filmie.
A więc strach. Czego się boi Kataryna? Czego się boi każdy inny człowiek, który próbuje żyć w świecie, gdzie czasem nie jest łatwo żyć, a jednocześnie – w sam raz na miarę swoich ambicji i możliwości – chce uczestniczyć w tak zwanej publicznej debacie? Czego się boję ja? Dziś na przykład boję się, że zadzwoni do mnie windykator z banku i przypomni, że wciąż nie zapłaciłem ostatniej raty kredytu. Boję się, że zadzwoni, bo ja wiem wprawdzie, że on musi ze mną rozmawiać w pewien określony sposób, bo taka jest jego praca, ale, z drugiej strony, jest mi wstyd i głupio i nie chcę po raz kolejny mu powtarzać, że jeszcze tylko parę dni. Jest rzeczą upokarzającą w naszym dzisiejszym świecie tłumaczyć się z tego, ze się nie ma pieniędzy. Czego jeszcze się boję? Tego, że ten kryzys jeszcze będzie mocniejszy i my po prostu już nie damy rady. Tego że jestem tak zapracowany i że zapominam o różnych rzeczach i może się okazać, że zapomniałem też o rachunku za gaz i nagle przyjdzie facet z gazowni i zdejmie mi licznik. Boję się też, że ktoś z nas, nie daj Boże, zachoruje i wszystko trzeba będzie kompletnie poprzestawiać. Boję się, że zbliżają się wakacje i ja nie wiem, czy będę mógł moim dzieciom jakoś je zorganizować, tak by nie musiały siedzieć całe lato w domu. Więc tego się boję.
Cezary Michalski na to wszystko mówi mi, że ja się jeszcze jednego powinienem bać. Mianowicie tego, że za swoje głupie zaanagażowanie, za swoje nieopanowane emocje, za wtrącanie nosa nie w swoje sprawy, za bezczelność i brak szacunku on i jego ludzie któregoś dnia do mnie zadzwonią. I wtedy dopiero zobaczę, na czym polega prawdziwy strach. I niech nikt nie mysli, że Michalski jest przeciwko demokracji, wolności wypowiedzi, wolnej opinii. Ależ skąd. On jest jak najbardziej nowoczesnym Europejczykiem. Tyle że, jego zdaniem, uczestnikiem debaty, która się w Polsce toczy, może być wyłącznie ktoś, kto uzyskał już odpowiedni patent, a poza tym ma na tyle pewną sytuację ekonomiczną i zawodową, że gotów jest ponosić pewne ryzyko. Zdaniem Michalskiego, każdy kto nie ma odpowiedniego wsparcia, choćby finansowego, ma się zamknąć i chodzić do pracy. I dbać o rodzinę i jej bezpieczeństwo. Bo każdy nowy dzień może niespodziewanie przynieść dzwonek telefonu. I to będzie telefon z redakcji Dziennika.
Jak długo interesuję się polityką, chyba nie zdarzyło mi się, żeby jakaś gazeta – nawet ukazująca się jeszcze czarnych latach komunistycznych – zaatakowała zwykłego człowieka w sposób tak bezpośredni, jak to zrobił Dzienniki w dodatku jeszcze, żeby w tak bezpośredni sposób posunęła się do czystych gróźb. To co zrobił Michalski z kolegami budzi w mojej głowie zaledwie dwa skojarzenia. Jedno, to jeszcze sprzed wielu, wielu lat – kompletna fikcja. Do Don Corleone przychodzi Amerigo Bonasera z prośbą o przysługę. Ojciec Chrzestny, troszkę rozczarowany, że Bonasera przez tyle lat unikał swojego przyjaciela, mówi: „Dlaczego nie przyszedłeś do mnie wcześniej? Gdybyś przyszedł i ofiarował mi swoją przyjaźń, twoi wrogowie, byliby moimi wrogami. A wtedy wierz mi – baliby się ciebie”. Druga scena jest już prawdziwa. Studiuję na filologii angielskiej i któregoś dnia dostaję wezwanie na milicję. Oficer który ze mną rozmawia, pyta się mnie w pewnym momencie, dlaczego oblałem ostatni egzamin. Ja mu mówię, że dlatego, że się słabo do niego uczyłem. A on wtedy: „Ale przecież, to drobiazg. Przecież nie pan jeden się nie uczy. Jak kiedyś będzie pan miał kłopot, niech pan do nas przyjdzie, opowie i zobaczymy, czy będziemy mogli jakoś pomoc.”
Kataryna opowiada, że redakcja Dziennika proponowała jej, żeby się ujawniła na ich łamach, a oni ją zatrudnią jako publicystkę. Ja jej wierzę. Dlaczego? Nie wiem. Jej wierzę, Michalskiemu nie. A więc okazuje się, że Kataryna odrzuciła tę przyjaźń. I teraz ma za swoje. Tak to właśnie się dzieje. Michalski – ale nie tylko on, oprócz niego wielu komentatorów – twierdzi, że jest nieuczciwe, że blogerzy ukrywają się za nickami i tak bardzo chronią swoją anonimowość. Dotychczas nie zgadzałem się z tą opinią. Powody wyłuszczyłem w poprzednich tekstach. Muszę jednak się przyznać do pewnej ewolucji moich poglądów. Wprawdzie dalej nie widzę nic mądrego w pragnieniu, by znać prawdziwe nazwiska publicystów piszących amatorsko, a również i zawodowo. Jakie to ma dla mnie znaczenie, czy Cezary Michalski nazywa się tak naprawdę, czy tylko ma taki artystyczny pseudonim. Michalski i już. Prosta sprawa. Ja chcę wiedzieć, jak się nazywa mój poseł, mój premier, mój prezydent. Ale dziennikarz, aktor, piosenkarz? Jakie to ma znaczenie, gdy tak naprawdę chodzi jedynie albo o piosenkę, albo o czyjś pogląd. Jednak pełna anonimowość też mi nie odpowiada. Ja na przykład zawsze bardzo chciałem wiedzieć, jak wyglądają członkowie zespołu The Residents. Nie, jak się nazywają, ale właśnie jak wyglądają. Od czasu do czasu, zawsze przychodzi do człowieka taki moment, że chce zobaczyć tę twarz. Właśnie tę twarz. Co to za twarz. Nie nazwisko. Twarz. A więc oto twarz:

I na koniec jeszcze jedno. Myślałem w pewnym momencie tej najnowszej awantury że może zacznę podpisywać swoje teksty. Że może nawet wkleję na swój blog moje zdjęcie. Jednak wychodzi mi na to, że tego nie zrobię. Dlaczego? Czy dlatego, że się boję? Owszem, ja rzeczywiście się trochę boję. Boję się Michalskiego i jego kolegów. Ale to akurat nie jest powód. Uważam, że kiedy Michalski pisze, że on nie ma jak się dobrać do anonimowych blogerów, to tylko kokietuje. On nie ma z tym, tak naprawdę najmniejszych problemów. Wystarczy, że się zwróci gdzie trzeba, to mu tam wszystko powiedzą. Więc nie. To akurat nie jest problem. Ja nie chcę się podpisywać i publikować swojego zdjęcia z trzech powodów. Po pierwsze moje nazwisko brzmi byle jak. Dwa – ja wyglądam byle jak. Trzy – mnie się bardzo podoba mój nick. Toyah. Piękny, przewrotny nick. Więc tak pozostanie. A jeśli idzie o Michalskiego, to – Panie Redaktorze, niech Pan robi swoje.

czwartek, 21 maja 2009

Panowie po nas?

Gawędziłem sobie ostatnio z ojcem Rachmajdą i w pewnym momencie rozmowa zeszła na różnice między komfortem pracy zawodowego publicysty, a normalnego blogera. Pomyślałem sobie – i w ten sposób argumentowałem – że ja, w odróżnieniu Zaremby. Mazurka, czy kogo tam jeszcze, piszę, co chcę i przede wszystkim kiedy chcę. Że jeśli przez tydzień nie przychodzi mi do głowy nic mądrego, ani choćby ciekawego, to po prostu nie piszę i zajmuje się najróżniejszymi innymi sprawami. Nikt nade mną nie stoi i nie każe mi się pośpieszyć, bo jak nie, to redakcja będzie miała kłopot. Nikt też mi nie mówi, że mój tekst jest za długi, albo za krótki i muszę tu coś obciąć, albo tu coś dodać, bo inaczej ucierpi układ strony. Co jednak najważniejsze, nikt też – z wyjątkiem naturalnie zwykłych komentatorów – mnie nie opieprza za to, że jestem nieobiektywny, albo zbyt niegrzeczny, ewentualnie zbyt arogancki w stosunku do kogoś, kto na moją arogancję nie zasłużył. Jedyne co mi grozi, to to, że administrator nie wklei mojego tekstu na główną stronę, albo – w najbardziej drastycznych przypadkach – zwróci mi uwagę na niestosowność pewnych gestów. A i tak bez większych konsekwencji. Pensji wszak mi nie odbierze, a ja sam też nie jestem na tyle wariatem, żeby to forum wykorzystywać do łechtania swoich kompleksów. A więc – jest sympatycznie.
Bo na czym, w końcu polega działalność blogerska? Dokładnie na tym samym, na czym polega zwykłe, aktywne intelektualnie życie w świecie wypełnionym ludźmi, z których każdy jest jakiś, zawsze inny, i z których niektórzy bardziej niż inni – tak się złożyło – zechcieli stać się częścią tego naszego życia. A więc na obserwowaniu, analizowaniu, wyciąganiu wniosków, dzieleniu się tymi przemyśleniami z innymi i ewentualnie na wyrażaniu – wedle uznania – najróżniejszych emocji. Zatem, można powiedzieć, my blogerzy jesteśmy jak najzwyklejsi ludzie z ulicy, czy choćby z kanap ustawionych przed ekranami telewizorów, którzy od czasu do czasu na to co widzą, lub słyszą, zareagują albo śmiechem, albo złością, albo smutkiem, albo niekiedy bardzo grubym słowem. A więc, tak naprawdę, my – to oni. Tyle że my mamy pewną zręczność w wyrażaniu swoich emocji w formie literek (lub tak nam się wydaje), a oni pewnie już niekoniecznie (albo tak im się wydaje).
Pisałem o odpowiedzialności i ograniczeniach. Jeśli idzie o ograniczenia, to sprawa jest prosta. My blogerzy możemy znacznie więcej od publicystów funkcjonujących publicznie i zawodowo. Jak mówię – nie zdarzyło mi się dotychczas, żeby ktoś z Administracji Salonukazał mi coś napisać, albo kazał mi czegoś nie pisać. I to jest zrozumiałe. Miejsce, w którym się spotykamy stanowi swego rodzaju wolne forum wymiany myśli i emocji. Trochę jak ulica, czy ta kanapa przez telewizorem. Możliwe, że są jakieś granice, których przekraczać mi nie wolno, ale dotychczas nie zdarzyło mi się na nią wpaść, więc nie bardzo wiem, co by to mogło być. Również, kiedy czytam czasem inne blogi, odnoszę wrażenie, że na nią pewnie nigdy nie wpadnę. Inaczej wygląda sprawa, jeśli idzie o odpowiedzialność. Otóż ja nie wiem, czy między moim tu pisaniem, a gadaniem ludzi na ulicy jest jakakolwiek różnica z prawnego, czy obyczajowego punktu widzenia. Chodzi o to, że ja nie wiem, czy kiedy ja tu napiszę, że Donald Tusk to, w moim głębokim przekonaniu, człowiek o intelekcie i wrażliwości prowincjonalnego piłkarza, moja sytuacja prawna będzie taka sama, jak sytuacja na przykład pielęgniarek, które – korzystając z konstytucyjnej wolności wypowiedzi – przyjdą pod gabinet Donalda Tuska i zaczną w kierunku jego okna rzucać obraźliwe słowa. Czy może jest tak, że ja – przez to, że moje emocje nie są wykrzyczane, ale zapisane i rozpowszechnione w Internecie – podlegam dokładnie takim samym procedurom, jak, powiedzmy, Zbigniew Chlebowski, który niedawno zasugerował, że przewodniczący Guzikiewicz jest chory psychicznie. A może, z jakiegoś egzotycznego powodu, ja jestem jeszcze bardziej podejrzany?
Jeśli ktoś chce znać moje zdanie, to powiem, że ja bym obstawał za tym, żeby jednak mojego pisania nie traktować, jak głosu oficjalnego. Ja bym był za tym, żeby to co wypisują na swoich blogach blogerzy, traktować jak prywatne zapiski prywatnych osób, które w tym samym stopniu kierowane są do potencjalnego czytelnika, jako apel, czy głos w dyskusji, co mogą też stanowić swego rodzaju sztukę dla sztuki, osobiste zapiski, jak wiersz, czy dziennik z osobistymi refleksjami na dowolny temat. Oczywiście, pewnie ta moja opinia trochę wynika z naturalnej potrzeby rozpychania się i zagwarantowania sobie większej wolności. Ale mam też parę argumentów bardziej obiektywnych. Otóż my, blogerzy jesteśmy najczęściej kompletnymi amatorami. Każdy z nas, z reguły, ma swoje życie, swoje zajęcie i swoje środowisko. Jesteśmy inżynierami, aptekarzami, lekarzami, nauczycielami, czasem może i księżmi. Nie jesteśmy w żaden sposób częścią struktur, czy środowisk, które w określonych sytuacjach zechcą nas reprezentować. Jeśli, powiedzmy, Piotr Semka opublikuje w Rzeczpospolitejtekst, w którym obrazi Sebastiana Karpiniuka, albo Andrzeja Czumę i Czuma, czy Karpiniuk wyślą Semce pozew sądowy, prawdopodobnie Semka całość swoich spraw przekaże swojej redakcji i ona już się wszystkim zajmie. Podobnie, jeśli Andrzej Czuma, czy Sebastian Karpiniuk, w telewizyjnym wystąpieniu określą Semkę jako durnia i oszusta, a Semka się obrazi, sprawa zostanie z pewnością przejęta przez struktury, w których Czuma i Karpiniuk operują.
Z pewnością jednak będzie inaczej, jeśli na przykład ja dotknę swoją wypowiedzią jakiegoś artystę, polityka, dziennikarza, czy kogokolwiek, komu się zdarzyło stanowić część publicznej domeny. Przede wszystkim, jeśli ja któregoś dnia się dowiem, że któryś z moich tekstów doprowadził kogoś kogo ja nie lubię do cholery i w związku z tym mam się szykować do procesu, to ja w tym momencie mam prawdziwy kłopot. Przede wszystkim dlatego, że w jestem w tej sytuacji zupełnie sam. Salon24 – zgodnie ze swoją polityką – za moje słowa nie bierze odpowiedzialności. Firma które mnie zatrudnia – jeśli w jakikolwiek sposób w ogóle zareaguje na moje problemy – to najprawdopodobniej, żeby mieć spokój, wywali mnie na pysk. Moi koledzy mają oczywiście swoje sprawy, więc na nich też nie mam co liczyć. A media – jak wiemy wszyscy najlepiej – mają mnie akurat kompletnie w dupie.
Kiedy niedawno w Salonie przeczytałem tekst, w którym Kataryna opowiedziała o tym, jak to syn ministra Czumy postanowił ją zaatakować z pozycji urzędu zajmowanego przez jego ojca, moje pierwsze wrażenie było takie, że Kataryna ma kłopot. I to kłopot poważny. I zrobiło mi się jej żal. Pomyślałem sobie, że ona pewnie gdzieś pracuje, ma swoją rodzinę, swoje sprawy, być może swoje codzienne zmartwienia, swoją zwykła niepewność. I teraz właśnie się dowiedziała, że będzie się musiała kopać z Ministrem Sprawiedliwości i jego całą urzędniczą machiną. Więc ma bardzo poważne zmartwienie i pewnie czuje się dziś nienajlepiej. W komentarzu, który zostawiłem Katarynie na blogu, napisałem – trochę przewrotnie – że powinna natychmiast Czumę przeprosić i obiecać, że będzie już grzeczna. W końcu, jej sytuacja społeczna jest taka, ze do czasu jak już ją totalitarne państwo weźmie za kark i odpowiednio uspokoi, ona nawet ani tego Krzysztofa Czumy, ani jego potężnego ojca nawet na oczy nie zobaczy. Ją akurat odpowiednio ustawią ręce ludzi kompletnie obcych. A więc po prostu nie warto.
Pisałem ten komentarz, a jednocześnie – w głębi serca – liczyłem na to, że jakoś i Salon i inni blogerzy, a przede wszystkim media, a może też i jacyś politycy podniosą odpowiedni zgiełk i nasza Kataryna poczuje siłę. Niestety, pierwsze czego się dowiedziałem, to to, że już na poziomie samych blogów opinie są niejednoznaczne. Obok oczywistych głosów poparcia, pojawiły się uwagi na temat odpowiedzialności za słowo, prawa, a gdzieniegdzie wręcz sugestie, że dobrze tak tej głupiej, bezczelnej, pisówie. Niech ma za swoje. Sam nic już więcej nie pisałem. Czekałem z niepokojem na rozwój wydarzeń i – przyznaję – naiwnie wciąż liczyłem, że może media dojrzą w sprawie przynajmniej temat i złapią obu Czumów za gardło i potrząsną nimi na tyle, że zrozumieją, czym jest cywilizowany świat, i gdzie leży granica między Polską a Białorusią. Oczywiście wiedziałem, że wielkiej afery nie będzie, choćby dlatego że czas prawdziwych afer minął wraz z ostatnim utopionym laptopem Ziobry i ostatnim zjedzonym wieśmakiem. Ale, mimo wszystko, na coś liczyłem. Dziś już widzę, że jeszcze nie teraz i jeszcze nie tu. Owszem, przez kilka dni sprawa tego ruskiego buractwa, jakim się popisał Krzysztof Czuma, zajmowała uwagę szerokiej publiczności. Proszę jednak zwrócić uwagę, w jakim przede wszystkim kontekście. Jak idzie o samego Czumę, to okazało się, że on Kataryny w ogóle nie zna i jej poglądy, zmartwienia i losy interesują tyle co zeszłoroczny śnieg. Że jeśli już ma coś powiedzieć na jej temat, to uważa, że ona – podobnie jak wielu innych blogerów – to szara i chamska swołocz. I żeby mu dać spokój. Natomiast, jak idzie o Katarynę, większość komentatorów miała tylko jeden problem. Jak ona się nazywa naprawdę, gdzie mieszka, czym się zajmuje i jak wygląda? Czy ona to może Kolenda-Zalewska, czy może Robert Mazurek i czy przyjdzie kiedyś taki czas, że się dowiemy kto zacz?
Przede mną leży Dziennik sprzed kilku dni i pełna strona na temat tego już nawet nie politycznego gangsterstwa. I ani słowa o sprawie. Zwykła bulwarowa paplanina o tym, czym są blogi, co to za jedni ci blogerzy i oczywiście to idiotyczne roztrząsanie, co to za jedna ta Kataryna.Jest też i wywiad z Kataryną. I naturalnie, problem jednego z najbardziej brutalnych zamachów na prawa obywatelskie w Polsce w ostatnich latach, został tam niemal nieporuszony. Wyłącznie radosne podskoki na wieść, że – jak się w końcu okazuje – Kataryna to jednak Katarzyna, a nie Robert. Oto współczesna Polska i współczesna, polska opinia publiczna. Rozpacz.
Ja wiem, jak bardzo kuszącą rzeczą jest pokpić sobie z tego co nas spotyka. Że to by dopiero była awantura, gdyby to tak asystent Ziobry dwa lata temu wysłał do Salonu24 mail z żądaniem ujawnienia danych któregoś z wybitnych rycerzy na antypisowskim froncie. Jak by to intelektualiści, artyści, publicyści, politycy słali listy otwarte w obronie wolności słowa. Jak by to na potrzeby tej kampanii wykorzystana została cała popularna i niepopularna kultura w Polsce i może nawet na Jamajce. Jak by to ulice wypełniły się ludźmi, którzy dotychczas nie wiedzieli nawet, że istnieje coś takiego jak blogi, ale dziś już nie dość, że wiedzą, to jeszcze nawet uważają blogosferę za część swojego codziennego życia. Ale szkoda słów. Przecież to akurat wiemy wszyscy. I nie ma takiej siły, która by tu akurat oddala prawdzie sprawiedliwość.
Pozostaje tylko zauważyć, że tak zwana ‘sprawa Katatryny’ ostatecznie dołączyła do całego szeregu wielu innych spraw, które mogły przecież stanowić znak czasów, ale sprytnie, przez sprytnych ludzi, zostały sprowadzone wyłącznie do jeszcze jednego drobnego zamieszania na drodze do nowej, podobno lepszej Polski. I można też przy tym skonstatować, że tu naprawdę można już liczyć tylko na siebie. I iść do wyborów. By zmienić Polskę. A przy okazji uważać na każde słowo, na każdy dzień, na każdą twarz w telewizorze. Bo tam się czai zło. Dziś o nazwisku Czuma. Ale jutro? Bóg jeden wie.

poniedziałek, 26 maja 2008

Dziennik szykuje ustawkę - a ja tylko wracam z Jeziorek

Nie było mnie w Salonie parę dni. Ten długi majowy weekend spędziłem ze swoją najmłodszą córką u kolegi w Warszawie. Ona upajała się towarzystwem swojej koleżanki, Moniki, a ja, z kolei nurzałem się w przyjacielskich relacjach ze swoim wieloletnim druhem, Michałem, i tak nam mijał ten błogi czas z dala od świata, na mokrych polach podwarszawskich Jeziorek.
Wracałem wczoraj pociągiem do domu, zaopatrzony w podstawowy zestaw podróżny, czyli w prasę codzienną w postaci Rzeczpospolitej, Polski, no i Dziennika.
To trzy grube, weekendowe wydania gazet, mnóstwo papieru, mnóstwo materiału. Dzisiejszy przegląd będzie jednak znacznie monotematyczny, bo ograniczający się właściwie tylko do Dziennika. Dlaczego? No bo tak: Rzepa daje wywiad z Dornem – nic absolutnie ciekawego, poza krótką refleksją, że wielki Ludwik Dorn jest na równej drodze, by już wkrótce ostatecznie osiągnąć polityczny i intelektualny poziom Jana Marii Rokity i tym samym wypaść ze zbiorowej pamięci.
W Polsce, owszem, zabawna rozmowa z Jackiem Kurskim, no, ale to akurat też nie jest nic szczególnie szarpiącego wyobraźnią. Kurski to Kurski i, jak ktoś tylko chce, to wie już od dawna wszystko, co wiedzieć chce.
Każdy jednak kolejowy podróżnik doskonale się orientuje, że o jakości i klasie wyprawy nie stanowią zwykli, spokojni, mili, czasem drzemiący ludzie, lecz tych dwóch byczków z łysymi pałami, prowadzący rozmowę na temat ostatniej bitwy z policją, albo zbliżającej się ustawki.
W mojej podróży, podobnie zresztą, jak przy okazji innych ostatnich przygód społeczno-politycznych, rolę tępych chamów rzygających żubrem na swoje błyszczące kurteczki, przyjął na siebie Dziennik i jego jaśnie oświecona redakcja.
Oczywiście, nie myślę tu wcale zajmować się wywiadem Mazurka z moją salonową koleżanką, bo nudny, jak nie wiem co, a to, że Kataryna rozmawia z Mazurkiem, mnie nie oburza ani trochę. Wręcz przeciwnie, czuję zazdrość – też bym tak chciał.
Chciałem się natomiast zająć dwoma wielkimi materiałami, które, jak się okazało, zagospodarowały społeczną wyobraźnię minionego weekendu. Chodzi mi o artykuł Luizy Zalewskiej o Bondaryku , no i oczywiście o dalszy ciąg gangsterskich popisów najnowszej reinkarnacji Ubermana i Szykuły o prezydencie Kaczyńskim.
Tu jednak też nie chcę wchodzić w szczegóły, ani też w merytoryczną ocenę jednego i drugiego materiału. Uważam, że zajmowanie się Bondarykiem, Tomaszewskim, Brochwiczem i całą pozostałą bandą “szarych panów”, że się odniosę do przepięknej powieści Michaela Endego, na zasadzie bezsensownego bicia piany, jest kompletnie pozbawione celu, szczególnie jeśli biciem tej piany zajmuje się ktoś taki, jak Axel Springer wraz ze swym lokalnym, szemranym towarzystwem.
Również nie za bardzo widzę sens tłumaczenia komukolwiek, że to, że prezydent Kaczyński, rozmawiając przez telefon, zasłania usta, świadczy tylko o tym, że jest dobrze wychowany i dyskretny, i nie zachowuje się, jak ta nadęta para śledczych Dziennika, którzy prawdopodobnie, gdy rozmawiają przez swoje komórki, to drą mordy, tak by każdy w okolicy mógł zobaczyć, jakie to do nas zawitały ruskie ważniachy.
Też nie muszę nikomu tłumaczyć, być może tylko poza tymi nieszczęsnymi niedobitkami czytelników Dziennika, a te refleksje akurat nie są do nich, że znam dziesiątki osób, włącznie ze swoją skromną osobą, które, gdy rozmawiają przez telefon, to lubią sobie chodzić po mieszkaniu, albo iść do łazienki, albo postać sobie na balkonie – i to wcale nie dlatego, że tam nie ma podsłuchu.
I znów – jeśli Majewski z Reszką, kiedy dzwoni telefon, natychmiast pędzą w jak największy tłum, to jest to ich, i tylko ich, nędzny problem.
Więc nie o to chodzi.
Chodzi mi bowiem o rzecz daleko poważniejszą i o daleko cięższych konsekwencjach.
Redaktorzy Dziennika, czy to ratując się przed upadkiem tytułu, czy utratą pracy, czy może tylko realizujący swoje, albo czyjeś, ciemne interesy, prowadzą wyjątkowo brudną grę. Z jednej strony, trąbią na lewo i prawo, że walczą z mafią i tropią złych i nieuczciwych polityków na najwyższych szczeblach władzy, a z drugiej strony, bez najmniejszych, najbardziej śladowych podstaw, niszczą osobę i urząd Prezydenta R.P.
Dlaczego zarzucam redakcji Dziennika wyrachowanie i nieuczciwość? Proszę uprzejmie porównać społeczną i medialną reakcję, z jaką się spotkały oba artykuły. Pies z kulawą nogą nie wspomina o Bondaryku i jego szarych interesach. Cały naród natomiast głowi się, co to się dzieje w głowie Marcinkiewicza, co to się wyprawia w pałacu Prezydenta i jakie to związki łączą dwóch braci. Czy ta reakcja jest niezrozumiała? Czy zaskakuje? Skąd! Wszystko jasne, oczywiste i, co najgorsze, zaplanowane.
Czytamy potężną relację pani redaktor Zalewskiej i wiemy, że Bondaryk, że Solorz, że spółdzielnia Tomaszewskiego. Dowiadujemy się, że Elektrim i Era; że Turkowski coś tam, a Nurowski coś innego, że Pątnów, Adamów i Konin. Poznajemy najbardziej pikantne szczegóły o tym, jak Bondaryk się spotyka z Nurowskim, a Nurowski się do tego nie chce przyznać. Czytamy o jakiś rozmowach telefonicznych między Brochwiczem, a Niemczykiem o Bondaryku i przez bite cztery strony usiłujemy połapać się w gąszczu jakiś nic nam nie mówiących nazw, nazwisk i relacji. A jak już mniej więcej sobie wszystko poukładamy, to i tak efekt tego wszystkiego jest taki, że – i co z tego?
Z dziennikarskiego śledztwa Reszki i Majewskiego, oczywiście też nic sensownego, ani tym bardziej prawdziwego, nie wynika, jednak przynajmniej ta tłuszczowata masa, do której panowie R i M kierują swoje słowa, to co ma wiedzieć i zapamiętać, będzie wiedziała i zapamięta. I to bez względu na to, czy Kazimierz Marcinkiewicza okazał się koniem, czy tylko osłem trojańskim.
Bo dla przeciętnego idioty, w którym najbardziej niestrudzeni bojownicy o ostateczne wyeliminowanie z życia politycznego Kaczorów, pokładają całą ufność i nadzieję, informacja najbardziej wartościowa, to nie, że “Metalexport należał już wtedy do jednego z najbogatszych Polaków Piotra Buchnera”, czy że “Zdzisław Skorża nabywał umiejętności w Radomiu w latach 80. jako pracownik kontrwywiadu SB”.
To, co specjaliści od czarnej roboty z Dziennika pragną przekazać, i przekazują, to to, że: “Od tamtej pory bliźniacy mieli znacznie mniej czasu na osobiste kontakty”, że telefoniczne rozmowy między braćmi dotyczą tego, który z nich zajmie się wizytą matki u lekarza”, że “Prezydent bywa nieufny”, że “pani Maria dba, by Jurata była azylem”, że “w Prezydencie czasami budzi się mały chłopiec”, czy że “Lech Kaczyński jest antytalentem językowym”.
A wszystko po to, żeby ten kto ma wiedzieć, wiedział, że to są dwa szurnięte bliźniaki i że podobno jeden z drugim kazali podsłuchiwać premiera Marcinkewicza.
Chyba. Podobno chyba.
Oto jak się tworzy historię. Oto metody, o których wiele mogliby powiedzieć zarówno Jerzy Urban, jak i Cezary Michalski. Ale nie powiedzą. Bo są bardzo zajęci. Jeden tym, inny czymś innym, ale oboje, pod kierownictwem swoich promotorów wiedzą bardzo dobrze, co jest na końcu tego tunelu.
A tak było miło w Jeziorkach!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...