Mogę się oczywiście mylić, ale wydaje mi się, że gdyby nie ostatnie wydarzenia, jakie miały miejsce w warszawskim sądzie podczas odczytywania wyroku w sprawie wprowadzenia stanu wojennego, nazwisko Słomka w społecznej świadomości funkcjonowałoby mniej więcej tak samo, jak funkcjonuje szereg innych nazwisk dawnych bohaterów antykomunistycznego oporu, których dziś ani ja nie pamiętam, ani tym bardziej ci, dla których polityka zawsze stanowiła tylko pewne ubarwienie dnia codziennego. Oczywiście, są ludzie, zwłaszcza tu na Śląsku, dla których Adam Słomka wciąż jest postacią jakoś tam rozpoznawaną, zwłaszcza gdy przy okazji każdych kolejnych wyborów miasto jest rozplakatowywane tym smutnym czarnobiałym rysunkiem chłopca – swoją drogą, ciekawe, że on wciąż wierzy, że świat stanął w miejscu – w okularach i w charakterystycznej wojskowej czapeczce, bo Adam Słomka po raz kolejny chce zostać prezydentem, lub kandyduje w wyborach do Senatu. Jednak poza tym, wydaje mi się, że nawet regularnie powracająca w mediach informacja na temat tego, że Słomka ponownie został zatrzymany przez policję za fałszowanie jakichś podpisów sprzed lat, nie jest w stanie wzbudzić choćby mikroskopijnego społecznego zainteresowania. A przynajmniej nie do tego stopnia, by przeciętny Polak zapamiętał, kim jest ta słomka.
O jakich sądowych wydarzeniach mówię? Gdyby ktoś nie zauważył, opowiem króciutko. Otóż kiedy polski sąd po raz kolejny – i tym razem już chyba ostateczny – postanowił puścić wolno Czesława Kiszczaka, uznając zaledwie, że owszem staruszek coś tam kiedyś przeskrobał, no ale ani z niego żaden Pinochet, żeby się na niego jakoś szczególnie obrażać, ani z nas tacy znowu barbarzyńcy, żeby mu wyrywać z głowy resztki owłosienia, Adam Słomka wpadł do sali sądu, siadł na miejscu przeznaczonym dla sędziego i wygłosił oświadczenie. Sąd oczywiście zareagował natychmiast. To znaczy niemal natychmiast. Najpierw jednak powiedział Kiszczakowi, żeby wracał do domu pić ziółka i plewić ogródek, i dopiero wtedy posadził Słomkę do kozy na dwa tygodnie. Za obrazę mianowicie sądu.
Efekt tego wydarzenia jest podwójny. Przede wszystkim część mainstreamowych mediów – jak najsłuszniej zresztą – dostrzegając absurdalność całej sytuacji, kiedy to w niemal tym samym momencie, kiedy autentyczny i oczywisty komunistyczny bandyta, zostaje w majestacie prawa, praktycznie zwolniony z jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje zbrodnie, do więzienia zostaje wsadzony jakiś średnio przytomny straszy pan, wyłącznie za to, że naruszył powagę czegoś, co się powszechnie przyjęło uważać za objęte immunitetem, właśnie w kwestii owej powagi, postanowiła zrobić z tego sprawę. Nie sprawę szczególnie dużą, ale jednak. Rzeczywiście, niezwykle absurdalne jest bowiem to, że to co rzeczywiście w najwyższym stopniu urąga powadze polskiego wymiaru sprawiedliwości, a mianowicie fakt, że od dwudziestu już ponad lat polskie państwo nie jest w stanie wyegzekwować choćby symbolicznej kary dla choćby jednego z całego szeregu komunistycznych morderców, dla naszych sędziów nie stanowi jakiegokolwiek problemu, natomiast oni dostają gwałtownej histerii, bo ktoś nagle pokazał im język.
Drugim z kolei rezultatem owego wtargnięcia i błyskawicznego wyroku jest oczywiście to, że Adam Słomka znów stał się sławny. A ta jego dzisiejsza sława jest tu – szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę fakt jej wtórności – czymś, co dla takiego Słomki stanowi skarb nie do przecenienia. No bo załóżmy, że z jakiegoś powodu, pojawiłaby się okazja, by odtworzyć historię i pokazać Słomkę w jego pełnej krasie, z jego każdym sukcesem i każdym upadkiem. Załóżmy że mielibyśmy nagle szansę zobaczyć, kto to taki ten Słomka. I załóżmy, że on by nagle poczuł ów wiatr popularności z wszystkimi wynikającymi z niego korzyściami, ale i przykrościami. Że nagle w świadomości publicznej pojawia się dawny bohater naszej walki o wolność i demokrację, a znaczna część opinii publicznej krzyczy: „A to cymbał!”. Tymczasem dziś, Słomka jest niemal wyłącznie bohaterem narodowym. Widzimy go w tym garniturze, jak spoziera z dumą przez kraty z tej swojej nowej celi, a w jego oczach widać tylko tę jedną myśl: „To dla was. Ja to robię dla was”.
Miałem okazję w którąś niedzielę oglądać trochę program w telewizji TVN24 zatytułowany „Loża Prasowa”, i na sam koniec pojawił się temat Słomki i jego ofiary. To co mnie zainteresowało w wypowiedziach właściwie wszystkich uczestników, od tak zwanego prawa do, znów tak zwanego, lewa, to to, że oni wszyscy, skoro już mieli komentować sprawę Słomki, ograniczali się wyłącznie do wygłaszania deklaracji typu „Tak, ale…”, lub „Nie, ale” – zależnie oczywiście od prezentowanej opcji – natomiast nawet jeśli ktoś taki jak Tomasz Wołek, na przykład, zasugerował, że Słomka to człowiek psychicznie niezrównoważony, nie umiał tej opinii podeprzeć ani jednym dowodem. A więc mieliśmy przed sobą ewidentnego bohatera, w dodatku uciemiężonego przez postpeerelowski sąd, mieliśmy skompromitowany do cna wymiar sprawiedliwości i jakiś bełkot odnośnie tego, że z tym Słomką to jednak jest coś nie tak. Żeby chociaż Wołek powiedział, że Słomka to pisobolszewik. A tu nawet tego nie było. A przecież na temat takiego szaleństwa on akurat powinien wiedzieć wszystko.
I powiem uczciwie, że tego akurat nie jestem w stanie zrozumieć, bo cokolwiek powiedzieć na temat Słomki, z punktu widzenia kogoś takiego jak Tomasz Wołek nim się można niemal wyłącznie zachwycać. No bo popatrzmy. Należy Słomka do jeszcze starego bardzo zaciągu działaczy niepodległościowych? Należy. Ma zasługi? Ma. Czy przez te wszystkie lata – poza oczywiście nieustannym atakowaniem komunistów, a więc grzechem już ostatecznie zrelatywizowanym – zrobił coś złego? Nie. Czy choćby jednym słowem poparł Jarosława Kaczyńskiego i Prawo i Sprawiedliwość? Nigdy. Wręcz przeciwnie. Czy może on w takim razie demonstruje smoleńskie obsesje? O ile mi wiadomo, ten temat go w ogóle nie pociąga. No i przede wszystkim Adam Słomka dla pomyślnego rozwoju III RP ma zasługi porównywalne – choć naturalnie w znacznie mniejszej skali – do Lecha Wałęsy. To w końcu on, kiedy System się upomniał, pośpieszył mu na ratunek i pomógł odsunąć od władzy rząd Jana Olszewskiego. I dlatego choćby nie rozumiem, dlaczego Tomasz Wołek wykazuje tu aż taką niewdzięczność.
A może Tomasz Wołek już dostał takiego pomieszania zmysłów od tej całej polityki, że jemu się wszystko pomyliło, i myśli że Słomka to PiS? Niektórzy tak mają, i na przykład wszystko co się dziś w Polsce dzieje złego, zwalają na Kaczyńskiego i ten straszny rząd. Osobiście znam takich co najmniej paru. Niedawno na przykład likwidowano mój lokalny sklep spożywczy, a jego właścicielka – wspominałem tu o niej przy okazji ostatnich wyborów – strasznie biadoliła, że ten rząd ma zwykłych ludzi w pogardzie. Rozumiem, że jej chodziło o PiS. To ja może w tej sytuacji przypomnę. Za komuny i trochę jeszcze później, Adam Słomka był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej, i wszelkich możliwych KPN-u przybudówek, w rodzaju stowarzyszenia wolnych emerytów, czy związku ofiar służby zdrowia. Jeszcze jako młody chłopak, w latach 80-tych. demonstrował, ganiał się z esbekami, szedł siedzieć, wychodził z więzienia, głodował, znów szedł siedzieć, później znów demonstrował. Zwykły, prosty życiorys bojownika o wolną Polskę. Kiedy nastał pierwszy wolny parlament, Adam Słomka został posłem i tak już był sobie tym posłem przez całe lata dziewięćdziesiąte. W roku 1992, razem z Lechem Wałęsą, komunistami, PSL-em, Unią Demokratyczną, czy jak się tam Geremek z kolegami wtedy nazywali, obalając rząd Jana Olszewskiego, zabił Adam Słomka w Polsce wolność. Dlaczego Adam Słomka wówczas zdradził? Bezpośrednim powodem było to, że jego szef, Leszek Moczulski, znalazł się na liście Macierewicza, obok Lecha Wałęsy i paru innych ważnych agentów i Słomka tego rodzaju potwarzy wymierzonej Wolnej Polsce nie mógł tolerować. Zdrada KPN-u była szczególnie ohydna, bo to właśnie na KPN stawiał przede wszystkim Jan Olszewski, szukając wsparcia dla swojego rządu. Wbrew Jarosławowi Kaczyńskiemu i wbrew wielu przeciwnikom tej koncepcji – ludziom o wiele potężniejszym, niż Leszek Moczulski i jego patriotyczna drużyna. Przypomnijmy dziś sobie, właśnie dziś, kiedy System posadził Słomkę po raz kolejny, jak to przed wielu wielu laty on sam potrafił nam opowiadać:
„W trakcie rozmów wtorkowych o poszerzeniu koalicji rządowej - zaproszono właśnie Konfederację do tych rozmów - minister spraw wewnętrznych poprosił członka władz najwyższych KPN [...] i na osobności poinformował go, iż przywódca Konfederacji jest agentem Służby Bezpieczeństwa[...]
Chcę również poinformować, że dzisiaj udostępniono mi oraz posłowi Michałowi Janiszewskiemu wszystkie te dokumenty, które miały rzekomo świadczyć o współpracy Leszka Moczulskiego ze Służbą Bezpieczeństwa - 600 stron maszynopisu i rękopisu - [...] i chcę powiedzieć, iż nie ma tam niczego, co by w najmniejszym stopniu dawało podstawę do stwierdzenia, że Leszek Moczulski był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Panowie z rządu, mieliście pełną świadomość tego faktu i jest rzeczą obrzydliwą moralnie, iż podejmowaliście [...] próby wyłączenia przewodniczącego KPN z życia politycznego [...] że robiliście rzeczy nie tylko politycznie obrzydliwe, ale moralnie niegodziwe. I z tych powodów, mimo że przecież reprezentujecie centroprawicę, formację nam zbliżoną...
Tak, taka jest prawda. [...] Jeszcze dzisiaj, do godziny 20 czułem na pewno większą przyjaźń do was, niźli do tamtej strony sali, ale po tym, co zobaczyłem... Ale po tym, co zobaczyłem, muszę powiedzieć, iż komuniści w stanie wojennym nie posuwali się do tak obrzydliwych metod, do jakich się tutaj posunięto”.
Od roku 1992 upłynęło wiele lat. KPN praktycznie przestał istnieć, Leszek Moczulski został oficjalnie potwierdzonym agentem, a Adam Słomka jest niby przewodniczącym niby KPN-u i tak się snuje po Katowicach i okolicach. Parę razy chciał zostać prezydentem, od czasu do czasu, jak już wspomniałem wyżej, całe miasto obwiesza ręcznie zrobionym rysunkiem swojej głowy w czapeczce z orzełkiem, by wszyscy widzieli, jaki z niego senator. Pamiętam jak jeszcze przed wielu laty, kiedy sąd w Katowicach skazywał zomowców z Wujka po raz pierwszy, Adam Słomka stał przed budynkiem sądu w grupie paru wiecznych działaczy KPN-u, śpiewając piosenki patriotyczne i opowiadając, jak to kiedyś uciekał esbekom. Jakiś czas później, widziałem go najpierw raz, potem drugi raz, podczas spotkania z Antonim Macierewiczem i z Jarosławem Kaczyńskim. Kiedy zobaczyłem go w tłumie na spotkaniu z Macierewiczem, zapytałem Macierewicza, jak myśli, dlaczego tacy ludzie, jak Słomka, czy, zupełnie z drugiej beczki, Wojciech Wierzejski, potrafią zachować się tak podle. Antoni Macierewicz odpowiedział krótko: dla władzy i pieniędzy. Może tak, może nie. Może to nie są pieniądze, może to przede wszystkim brak potrzebnej w polityce mądrości i przenikliwości, w połączeniu ze zwykłą bufonadą. Ale może i faktycznie, tylko władza i pieniądze. Faktem jest, że parę miesięcy później, Adam Słomka przyszedł na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim, a ja się zastanawiałem, po co on tam lezie? Czy chce się czegoś dowiedzieć, czy może tylko pokazać; a może liczy, że ktoś go nagle wyłowi z tłumu i zatrudni jako jakiegoś asystenta, albo kogoś podobnego? No i zastanawiałem się, jak mu nie wstyd?
I za każdym razem, gdy zastanawiałem się nad Słomką, myślałem sobie o innych tego typu działaczach. O wspomnianym Wierzejskim, o jego szefie Giertychu, o koledze Wierzejskiego – Bosaku, czy o niedawno tu wspominam Arturze Zawiszy, i nie umiałem dojść do tego, jak w sumie tak zdolni i pełni zaangażowania ludzie, mogli się doprowadzić się do tego stanu? Ludzie, którzy są przecież inteligentni, często bardzo elokwentni, czasem chyba nawet politycznie zdolni, no i przede wszystkim wielokrotnie bardzo odważni. A jednocześnie ludzie, którzy stracili wielokrotnie swoją szansę nie dlatego, że ktoś przeciw nim uknuł jakąś intrygę, albo postanowił ich zniszczyć, albo po prostu ich oszukał. Nie. Stracili swą szansę nawet nie przez wierność jakimś zasadom. To wszystko są ludzie, którzy sami, bez najmniejszego przymusu, najpierw zdradzili, a później wyrzucili się poza główny nurt polityki. Istnieli, byli ważni, byli wpływowi i nagle popełniali polityczne samobójstwo. A teraz jeśli tylko znajdą okazję, to przychodzą, bo chyba chcą pogadać. Tego, przyznaję, jednak nie rozumiem.
Wspomniałem o tych chłopakach od Giertycha, ale chyba w tym kontekście jednak nie do końca w stosunku do Słomki sprawiedliwie. Oni, oczywiście, podobnie jak on, zawsze mieli lekko pomieszane w głowie, a przede wszystkim dręczyły ich nieustanne kłopoty z tak zwaną moralną busolą. Jednak trzeba przyznać, że o ile na Zawiszę czy Giertycha nie ma już co liczyć, bo raz, że oni nigdy nie byli aż tak odważni jak Słomka, a poza tym jednak zawsze byli kuci na cztery nogi i przez to potrafili coś dla siebie z boku ugrać, on już chyba umrze w więzieniu, albo podczas jakiejś marnej demonstracji zastrzelony z trzymanej przez dziesięciolecia w szufladzie broni służbowej przez rozwścieczonego wariata-esbeka. I to oczywiście sprawia, że jego los nie jest naprawdę godny pozazdroszczenia. Natomiast wydaje mi się, że akurat jak idzie o niego, byłby z niego jeszcze jakiś pożytek. I wcale nie chodzi mi o to, że to on mógłby się zasadzić na jakiegoś starego ubowca, i go zwyczajnie zarżnąć jak wieprza, bo aż tak krwiożerczy to ja nie jestem. Natomiast uważam, że, choćby podczas tej akcji w sądzie, Słomka, zamiast cyrkować za tym stołem sędziowskim, miał wykorzystać swoją zwinność, spryt i odwagę, rzucić się na Kiszczaka i tak mu przypieprzyć, żeby mu przynajmniej rozkrwawić nos i połamać sztuczną szczękę. Albo przeskoczyć przez tę barierkę dla oskarżonych wskoczyć Kiszczakowi na kolana i odgryźć mu nos, albo wyrwać język. Żeby ten miał taką starość na jaką zasłużył. I to by było coś, za co ja bym Słomkę cenił do końca życia i opiewał jego bohaterstwo.
Ale ta akcja miałaby jeszcze jeden walor. Korzystny już bezpośrednio dla Słomki. Otóż ona by świadczyła o tym, że Słomka to jest jednak naturszczyk, a nie jakaś nędzna podróbka. Że on jest autentyczny. Że jest prawdziwy. Że przynajmniej w ten sposób jest inny, niż przeciętny wariat. A tak, zaczynam się coraz bardziej obawiać, że to wszystko, co on robi, to jednak się odbywa za pełną wiedzą i tolerancją Systemu. I to jest wiadomość z tych już bardzo kiepskich.
Jeśli ktoś lubi czytać takie teksty i uważa, że mi się za nie należy coś więcej, niż klepnięcie po plecach, bardzo proszę o wrzucenie grosza do puszki obok. To znaczy, obok jest numer konta. Puszka znajduje się tu pod moim domem. No i zachęcam szczerze do kupowania mojej ksiązki o liściu. Tam takich tekstów jest cała masa. Dziękuję.