Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuba Wojewodzki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuba Wojewodzki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 listopada 2011

Marsjanie wrócili

Nie mam pewności, czy ten dowcip leciał akurat właśnie w ten sposób, ale chyba było tak, że dwóch bałwanów gdzieś z Zielonej Góry, czy Piły pojechało do pracy do Niemiec i dostali za zadanie wylakierować komuś tam jakiś parkiet. Wleźli więc do tego pokoju i od razu zabrali się za robotę, tyle że z obliczeń im wyszło, że najlepiej będzie zacząć od drzwi. Kiedy byli jeszcze na początku drogi, przechodził jakiś Niemiec i powiedział im, że jak dalej będą iść w tym kierunku, to jak już skończą, to z tego pokoju nie wyjdą. Oni jednak malowali dalej, i wreszcie, kiedy już niemal cała podłoga była gotowa, a oni siedzieli z tym wiadrem w kącie, jeden z nich drapie się w głupią pałę i mówi: „Popatrz, kurna, ci Niemcy to jednak mają łeb”.
Przypomniał mi się ten żart z tej prostej przyczyny, że pewna seria zdarzeń kazała mi powtórzyć powyższą myśl niemal słowo w słowo, tyle że w stosunku do siebie: „Patrzcie, kurna, ja to jednak mam łeb!” Poszło najpierw o to, że szedłem sobie z psem mojej córki na spacer do parku, i nagle, tuż obok sklepu „Alma” ujrzałem wielką reklamę prezentującą coś co zostało nazwane „dniem otwartym” nowej, bardzo nowoczesnej, prywatnej kliniki, a tuż za wspomnianą „Almą”, ujrzałem ową klinikę w pełnej glorii. Dokładnie jednak sprawa polegała na tym, że ja kiedyś, pisząc – bardzo, jak wszyscy wiemy, wyjątkowo, o sprawach, a nie o ludziach – wyobraziłem sobie naszą polską przyszłość w postaci prywatnego szpitala pod nazwą „Szpital Europa”, z zepsutym neonem, i zamkniętym dla pacjentów, jak to mawiał wielki Wiech, „z powodu że wyszłem”. Dziś więc idę sobie z psem mojej córki i patrzę, a tu ta klinika – piękna i wystawna jak jasna cholera – pod nazwą „Euromed”. A więc trafiłem niemal w dziesiątkę. Ja to jednak mam łeb.
Dziś jednak, kiedy zabieram się do tego tekstu, mam na myśli coś bardziej spektakularnego. Ale zanim przejdę do rzeczy, chciałbym tym, którzy widzieli – przypomnieć, a tym, co widzieć nie mieli okazji – opowiedzieć bardzo krótko o pewnym niezwykle wybitnym filmie, w wersji oryginalnej zatytułowanym „Mars Attacks”, na polski przetłumaczonym jako „Marsjanie atakują”, a w wersji Kazika Staszewskiego przedstawionym – oczywiście, jak to u Kazika, najlepiej – jako „Mars napada”. Film, jak mówię, wybitny w sposób absolutnie jednoznaczny, przedstawia inwazję, jakiej na naszą planetę dokonali Marsjanie. Krótko mówiąc, chodzi o to, że Ziemia otrzymuje informację o tym, że mają lądować Marsjanie, i w tym momencie, najbardziej skretyniale przedstawicielstwo naszego gatunku, poczynając od polityków, a kończąc na jakichś półprzytomnych ekologach, działaczach pokojowych, naukowcach i w ogóle tak zwanych autorytetach, wpada w kompletny zachwyt, że oto obca – niewątpliwie oczywiście wyższa i bardziej od nas rozwinięta – cywilizacja zechciała nas łaskawie, w tak niezwykły sposób, uhonorować swoim zainteresowaniem. Wszyscy więc, pełni uroczystej gotowości i zachwytu, czekają na tych Marsjan, a tymczasem nagle okazuje się, że ci, co mieli być tacy wybitni i światli, to wyłącznie banda okrutnych debili, którzy nie potrafią nic innego, jak tylko rechotać i niszczyć. Mało tego. Jedyna ich siła – pomijając ich oczywiste talenty wynikające z tego, że są kosmitami – to to, że są bezwzględni i całkowicie bezmyślni. Nie znają ani refleksji, ani litości, ani rozmowy, ani nawet czegoś, co by się określało jako interes. Nie są nawet silni. Wystarczy głupi pistolet by ich rozbić w pył. Jedyne co mają, to ten rechot, tę bezczelność i ten kompletny brak refleksji, i to im pozwala przez jakiś czas tryumfować.
I oto nagle, któregoś dnia, idę sobie przez moje miasto, patrzę a tu na froncie Hotelu „Katowice” przeogromny billboard, a na nim Kuba Wojewódzki i Michał Figurski z poobijanymi ryjami, skacowanymi oczami, reklamują radio o nazwie „Eska”. I ja sobie pomyślałem od razu o tych Marsjanach. Nie żeby oni też byli poobijani i uświnieni. Co to, to nie. Na filmie ci Marsjanie są nawet dość eleganccy i tacy bardziej czyści. Chodzi o co innego. O tak zwany wymiar wewnętrzny. Chodzi o to, że ci dwaj, wraz z tą ich misją, doskonale się wkomponowują w przesłanie wspomnianego filmu. Tu też chodzi o to, że liczy się wyłącznie chamstwo i taka zupełnie bezsensowna, niczemu nie służąca agresja. Chodzi o to, by rechotać i niszczyć – i poza tym już nic więcej. No i – a to już może przede wszystkim – chodzi o to, że ten rodzaj agresji funkcjonuje tu nie jako eksces, ale styl bycia, natura, coś bardzo, bardzo stałego. I nagle patrzę na tego Wojewódzkiego i Figurskiego, i widzę, że oni są dokładnie tacy sami. I okazuje się nagle coś jeszcze: że tych billboardów jest już cała masa. Wprawdzie nie tak wielkich, ale normalnych, o przeciętnej kampanijnej wielkości. Jedne z Wojewódzkim, inne z Figurskim, a wniosek z nich jeden – one wszystkie, z całą pewnością, muszą trafiać w zapotrzebowanie. One z pewnością mają swoją publiczność. I to publiczność wielką. I tu jest już tylko tę jedną jedyną różnicę między fikcją filmową, a naszą realnością. Ludzie sterroryzowani przez Marsjan wprawdzie zostali tak samo głupi, jak byli wcześniej, ale od tej agresji jakoś się ostatecznie odwrócili. My tę agresję przyjęliśmy. I to przyjęliśmy posłusznie i z satysfakcją.
Dlaczego powiedziałem, że „ja to jednak mam łeb”? Dlatego mianowicie, że ja już jakiś czas temu, trochę może bardziej z czystej złośliwości, niż w oparciu o konkretne doświadczenie, zacząłem pisać o ludziach pracujących dla Systemu w kontekście tego tytułu – „Mars napada”. I oto nagle okazuje się, że tak. Że ja to w pewnym sensie przewidziałem. Że oni w ciągu zaledwie kilku miesięcy, czy, w najgorszym wypadku paru lat, stali się niemal lustrzanym odbiciem tamtych charakterów. Tamtej kultury. Tamtej cywilizacji. Mamy tego Figurskiego i Wojewódzkiego. Przecież oni są dokładnie, jak tamci. Tyle może różnicy, o czym już tu wspomniałem, że tamci jednak prezentowali pewien typ klasycznej elegancji, gdzie twarze są umyte, a buty wyszczotkowane. A ci reprezentują elegancję nową, w postaci obszczanych nogawek i brązowych z kupy majtek. Taki postęp.
Jednak to jeszcze nie wszystko. Bo trzeba nam wiedzieć, że nieszczęścia chodzą nie dość że parami, to jeszcze niekiedy trójkami. Jednak tu też muszę najpierw opowiedzieć fragment ze wspomnianego filmu. Otóż w pewnym momencie, Marsjanie postanawiają wedrzeć się do Białego Domu, i w tym celu jeden z nich przybiera postać – oni to potrafią robić lepiej od nas – niezwykle, w ich marsjańskim rozumieniu, atrakcyjnej kobiety. I to jest w swojej zabawności scena absolutnie wybitna. Oto pojawia się na nocnym horyzoncie coś, co dla każdego normalnego człowieka jest karykaturą trochę lalki Barbie, trochę jakiejś ruskiej kurwy, i to coś idzie przed siebie, kręcąc tyłkiem, piersiami, włosami, ramionami, i każdym swoim ruchem udowadniając przede wszystkim to, że nie jest w żadnym wypadku człowiekiem, tylko jakimś obłąkanym produktem z kosmosu, w dodatku produktem kompletnie nieudanym. No i w pewnym momencie to coś trafia na wysokiego prezydenckiego urzędnika, który oczywiście jest tak głupi, że nie zauważa, że ma do czynienia z alienem, a nie człowiekiem, no i daje się uwieść. I to jest naprawdę bardzo śmieszne. Zwłaszcza jak ta lalka odgryza mu palec.
I gdy wydawało się, że coś takiego może występować tylko w komedii science-fiction, TVN24 postanowił, że już na całego będzie lansować kogoś, kto u nich tradycyjnie czyta pogodę, ale ostatnio funkcjonuje jako redakcyjna lalunia, i nazywa się Dorota Gardas. Daje słowo, że ja bym się nad tą Gardas nie znęcał, gdyby nie dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że ona najwyraźniej zupełnie autentycznie jest przekonana, że jest śliczna, a druga to taka, że o jej śliczności – specyficznej, to fakt, ale zawsze – najwyraźniej przekonana jest też redakcja TVN-u. Ona sama natomiast, wyglądając jak karykatura samej siebie sprzed lat, całkowicie upodobniła się do tego podstawionego Marsjanina, a kamery, zamiast skupić się na czymś w miarę normalnym, z uporem maniaka wciąż pokazują ją w maksymalnym zbliżeniu. Ja oczywiście widzę i wiem, że koledzy tej Gardas zdają sobie świetnie sprawę z tego, że z nią jest coś nie tak, i w sposób właściwie już kompletnie otwarty urządzają sobie z niej pośmiewisko, jednak nie ulega też wątpliwości, że właściciele stacji trzymają ją w tym kształcie, w przekonaniu, że szerokiej publiczności ona jak najbardziej imponuje. Że dla szerokiej widowni ona jest uosobieniem kobiecego wdzięku i urody. I obawiam się, że mają jak najbardziej rację. Dokładnie tę samą rację, co właściciele „Eski” odnośnie tych dwóch kosmitów.
I to jest mój problem. Nie to przecież, że ktoś taki jak Wojewódzki, Figurski i ta Gardas w ogóle istnieją. W końcu świat ma dla nas przygotowanych wiele niespodzianek. Ale to, że na nich istnieje tak ogromne zapotrzebowanie. Że oto nasza dzisiejsza kultura osiągnęła stan takiego upadku, że na poziomie estetycznym wręcz niepostrzeżenie oparła się na modelu wymyślonym przez autorów filmu „Marsjanie atakują”. Że to co tam w sposób oczywisty było kpiną, parodią, satyrą i, być może, swego rodzaju ostrzeżeniem, nagle przez nas zostało przyjęte, jako pewien trend, i ten trend nam się bardzo spodobał.
A ja? Co mi do tego? No właśnie od tego zacząłem – kiedy zaczynałem w stosunku do nich używać epitetu „Marsjanie”, ani mi do głowy nie przyszło, że jestem jakimś, cholera, prorokiem. I mogę dziś oczywiście mówić, że przepraszam, że ja tylko żartowałem, że nie wiedziałem, że coś takiego jest w ogóle fizycznie możliwe, ale wiem, że to nic nie da. Stało się i musimy teraz się z tym jakoś uporać. Jedyne natomiast co mogę zrobić, to zwrócić się do tych, którzy w ostatnich wyborach glosowali na Platformę Obywatelską, i powiedzieć im uczciwie, że to, że oni nie lubią PiS-u, ja jestem w stanie zrozumieć. Ja jestem w stanie zrozumieć, że oni lubią Donalda Tuska. Natomiast jestem pewien na sto procent, że to iż oni stanęli po stronie kultury, gdzie wzorem elegancji i powabu jest Figurski z Wojewódzkim, a szczytem kobiecego wdzięku Dorota Gardas, świadczy o nich jak najgorzej. Ja bym na ich miejscu już zaczął uciekać.
A my tu zostańmy. Z naszymi marzeniami, rozczarowaniami, z tym naszym bezradnym kompletnie niezrozumieniem tego, co się wokół nas dzieje. I z tym biednym Jarosławem Kaczyńskim, tak okropnie samotnym i zamkniętym przed światem, który go tak fatalnie rozczarował. Rozmawiałem dziś z ojcem Rachmajdą i on mi powiedział, że się modli specjalnie w jego intencji. Specjalnie w tej jednej intencji. Módlmy się więc razem z nim. A ja bardzo pokornie proszę o kupowanie książki i wspomaganie tego bloga finansowo, byśmy mogli ten czas przetrwać jakoś razem. Dziękuję.

niedziela, 7 listopada 2010

Kuba Wojewódzki - killer z racą w dziurze

Ponieważ z powodów o których już miałem okazję wspominać, telewizor nam służy nam ostatnio albo do zabawiania mojej żony i naszych obu córek, to że wiem o wywaleniu z PiS-u dwóch posłanek – co stało się jednym z powodów powstania poprzedniej notki – można uznać bardziej za szczęśliwy traf, niż za efekt mojego zainteresowania polityką i przyległościami. Inna sprawa, że ów stan odcięcia ma swoje bardzo dobre strony. Nie muszę na przykład śledzić ogólnopolskiej debaty na temat tego, jak to w Polsce niszczy się jednostki wybitne, jak to Prawo i Sprawiedliwość wykonało ostatni ruch łopatą przy swoim grobie, ani też wysłuchiwać tego, co na ten temat sądzą obie panie, i jakie mają teraz polityczne plany. A wnioskując choćby z komentarzy pod poprzednim wpisem, mogę się domyślać, że Polska tymi kwestiami żyje.
Jest jeszcze coś, co uważam za – jak to mówią Anglicy – blessing in disguise. Wreszcie mam czas na oglądanie filmów. Albo całkiem świeżych, albo takich, które lubię i chciałem sobie obejrzeć ponownie. Wczoraj na przykład wreszcie sobie obejrzałem trzy dokumentalne filmy Adama Curtisa, które tu parokrotnie nam polecał nasz kolega adthaelad. Jeśli ktoś zna język, przyłączam się do rekomendacji – Curtis1 Curtis2 Curtis3.
Swoją drogą, ciekawe, że filmy powstały nie gdzieś na boku, w jakiejś niszy, ale zostały nakręcone na zamówienie BBC, a na DVD są najwyraźniej nie do uzyskania. To też wiele nam mówi.
No więc oglądam filmy. Też wczoraj obejrzałem sobie, chyba już po raz trzeci czy czwarty, coś co po angielsku nazywa się Enemy of the State z Willem Smithem i Genem Hackmanem, a co zwyczajnie uwielbiam. Jak nakazuje zwyczaj, opowiem krótko, o co chodzi. Na poziomie interesów polityczno-państwowych, w które nie musimy wnikać, zostaje skrytobójczo zamordowany pewien kongresman. Tak się składa, że to morderstwo zostaje przypadkowo zarejestrowane przez kamerę, którą w plenerze zainstalował pewien ornitolog-amator. Kiedy rząd się o tym dowiaduje, w celu zdobycia filmu, najpierw zabija ornitologa, a później – i o tym jest już cały film – zasadza się na Willa Smitha. Dla uzyskania dysku z zapisem, a tym samym dla ukrycia zbrodni, państwo wykorzystuje całą swoją potęgę na ziemi, w powietrzu i w kosmosie. Determinacja, gwałtowność i agresja z jaką zatrudnieni przez rząd zabójcy dążą do zniszczenia jednego człowieka jest porażająca. Możliwe że był film, które pokazywały tę gwałtowność w sposób bardziej przebojowy, ale ja akurat go nie widziałem. Bardzo pasjonujący to film.
To co mnie w nim jednak poruszyło w sposób wyjątkowy to zupełnie unikalny sposób, w jaki pokazana jest drabina Systemu polującego na kogoś, kto mu śmiertelnie zagroził. Oczywiście na samym szczycie jest rząd i ci którzy bezpośrednio dopuścili się morderstwa. A więc tak zwani ludzie zza biurka. Niżej są ci, którzy wykonują faktyczną robotę. A więc ludzie służb, w tym wspaniale wyszkoleni zabójcy. To oni zabijają ornitologa i stają na głowie, żeby zabić Willa Smitha. To oni są ci najgorsi. Absolutnie najgorsi. Jak wściekłe psy, których jedyna racja bytu polega na zabijaniu. Ale film Wróg publiczny to nie jest film o złych zabójcach i ich niewinnej ofierze. To film o Systemie w działaniu. To film o wspomnianej drabinie. I to co w nim najciekawsze, to właśnie owa drabina.
W moim odczuciu, to co stanowi centralny punkt tego dramatu, to grupa zwykłych, sympatycznych, często wesołych, pełnych pasji informatyków, którzy siedzą przy swoich komputerach i zabezpieczają całą tę próba zabójstwa po kątem logistycznym. A więc swoimi umiejętnościami uniemożliwiają Smithowi skuteczną kryjówkę. To oni utrzymują stałą łączność między umieszczonym na orbicie satelitą, a każdym pojedynczym krokiem usiłującego ratować życie człowieka. Zabójcy przez cały film pędzący za Smithem sa grani przez aktorów, którzy w życiu nie zagrają innej jak ta właśnie roli. Napakowani nie-ludzie o bezwzględnych twarzach i jeszcze bardziej bezwzględnych sercach. Natomiast oni tracą całą swoją moc, gdyby nie te cherlawe dupki w okularach klikający w swoje klawiatury. Którzy nie wiedzą nic, nie interesują się niczym, a jedyne czego się od nich wymaga, i czego oni wymagają sami od siebie, to to, by wiedzieli, kiedy i jaki klawisz nacisnąć. Pada polecenie: „Zrób zbliżenie obiektu” – proszę bardzo. Słychać komendę: „Obróć obraz o 180 stopni” – nie ma przeszkód. „Wyostrz obraz” – już jest ostry. Ci pryszczaci biedacy, w okularach i z niedbałym zarostem, siedzą przy tych monitorach i aż skaczą z podniecenia, że wszystko im tak pięknie wychodzi. Że tacy są dobrzy. I że ten sprzęt tak świetnie działa. I jedyne co wiedzą, to to że oni są na służbie państwa, które walczy z tego państwa wrogiem. I to robi wrażenie.
Tyle rzeczy przychodzi do głowy, kiedy człowiek nie musi słuchać bandy wynajętych durniów, i denerwować się tym, jak bardzo kłamstwo się wybeszczelniło. Wystarczy z jednej strony odrobina czystej fikcji, a z drugiej chwilka najprawdziwszej prawdy. Też wczoraj, TVN pokazał kolejny półfinał programu Mam talent. Pierwsza gwiazdą wydarzenia był chłopak z gitarą, który zaśpiewał Ain’t No Sunshine Billa Withersa. Jak zaśpiewał? Normalnie, a więc ładnie. Każde lepsze czy gorsze liceum ma takiego jednego czy dwóch uzdolnionych artystycznie chłopców, którzy umieją grać na gitarze, lub pianinie i do tego śpiewać, i tym właśnie na akademiach zdobywają serca koleżanek. Po jego występie, Kuba Wojewódzki najpierw powiedział mu, że jest wielki, a potem padło coś takiego: „Człowieku, mówię ci, spieprzaj z tego kraju”. Że niby w Polsce on nie rozwinie swojego talentu.
Tak dosłownie właśnie powiedział Wojewódzki: „Spieprzaj z tego kraju”. Ciekawe jest to, że on to powiedział w tym kontekście nie po raz pierwszy. Pamiętam świetnie, jak podczas poprzedniej edycji Mam talent, pewna dziewczynka, która też ładnie śpiewała, dowiedziała się od Wojewódzkiego tego samego. Że powinna „spieprzać z tego kraju”. Tym samym dowiódł, że dla niego, oprócz seksu i narkotyków, oczywistą obsesję stanowi ciągłe pokazywanie Polsce, która – co tu już parę razy zostało wspomniane – w odczuciu autorów polskiej edycji programu nie zasłużyła nawet na to, żeby znaleźć się w tego programu nazwie, tak zwanego ‘faka’.
I to mnie prowadzi do pewnego rodzaju refleksji ogólnej. Mamy takiego Kubę Wojewódzkiego. Człowieka, który o ile mnie pamięć nie myli, zaczynał karierę od tego, że był perkusistą w jednym z wielu młodych polskich punk-rockowych zespołów, a więc kimś, kto pewnie wtedy, gdyby taki program u nas istniał, może by i się do udziału w nim zgłosił. Muzykiem Wojewódzki nie został, ale stał się autorem bardzo popularnego telewizyjnego show, i – co sam lubi podkreślać – przez ten swój sukces człowiekiem niezwykle zamożnym. I można się teraz zastanowić, czy Wojewódzki, kiedy tym wszystkim – w jego odczuciu zdolnym ludziom – mówi, żeby „wypieprzali z tego kraju”, bo tu kariery nie zrobią, uważa, że on karierę zrobił, bo jest kimś tak wybitnym, że nawet ten polski gnój mu nie był w stanie przeszkodzić, czy może jest pewien, że gdyby on w swoim czasie z „tego kraju” zwiał, to miałby nie tylko tego nędznego Jaguara czy Porsche, ale i helikopter, samolot, jacht i harem pod Kijowem. I nie musiał się kurwić w jakimś TVN-ie.
A może on wie jeszcze coś. Na przykład, mimo swojej bardzo ograniczonej przytomności, wie, że w obecnym stanie rzeczy karierę można w Polsce zrobić tylko przez telewizję, a najlepiej przez telewizję TVN. I on wie też, że każdy choćby minimalnie zdolny człowiek, choćby zdolny na poziomie tego śpiewaka z gitarą, czy jakiegoś dziecka śpiewającego po francusku, stanowi dla niego potencjalne zagrożenie. Że w takiej firmie jak ITI nie ma sentymentów. Tam wszystko jest nieustannie i bardzo skrupulatnie liczone. On to wie i – nie z jakiegoś bezpośredniego poczucia zagrożenia, bo Az tak źle nie jest – ale na wszelki wypadek, może wręcz na zasadzie odruchu, wszystkim, którzy robią wrażenie zdolnych doradza emigrację.
Nie wiem, Tej zagadki rozwiązać nie potrafię. A więc tego, co się kotłuje we łbie kogoś takiego jak Wojewódzki. Natomiast dwóch rzeczy jestem całkowicie pewien. Przede wszystkim tego, że to co on ma, mogła mu dać tylko Polska. I to Polska szczególna. Taka właśnie Polska rozkraczona między Drugą a Trzecią RP. Że z jego zdolnościami, jego talentem, jego inteligencją, jego elegancją, jego poczuciem humoru, jego osobistym urokiem, jego elokwencją, gdyby on z tej naszej Polski odpowiednio wcześniej „spieprzył”, to jedyne co by go dziś łączyło z programem Mam talent, to to że może by akurat występował w jego niemieckiej edycji zamiast tego magika:

I jeszcze jedno. Że gdyby mu się udało zostać aktorem i jakimś cudem wystąpiłby w takim filmie jak Wróg publiczny, to grałby jednego z tych komputerowych ekspertów, powiedzmy specjalistę z Rosji. I to by było jego życiową rolą. Na poziomie zarówno faktycznym, jak i filozoficznym, czy jak to niektórzy nazywają – metafizycznym.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...