Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Dziadzia - Komorowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Dziadzia - Komorowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 stycznia 2012

Konik na biegunach dla ministra Grasia

Jak się zdaje, wczorajszy telewizyjny występ państwa Komorowskich z dzieckiem na koniku zrobił na nas pewne wrażenie, niemniej – tak jak to niestety w ostatnich latach zdarza się zbyt często – nastrój komentarzy poszedł w niewłaściwą stronę. A więc albo ktoś zauważył, że Prezydent rozwalił się za tym swoim biurkiem, jak, nie przymierzając, prezydent Łukaszenka, albo kto inny z kolei, po raz nie wiadomo już który, zauważył, że pani Komorowska wygląda z każdym dniem coraz gorzej, że nie wspomnę już o zupełnie niemerytorycznych uwagach na temat koszernej diety. Mnie natomiast zdziwiło to, że nawet jeśli ktoś poświęcił chwilę uwagi temu dziecku, to wyłącznie w kontekście jakiegoś zagrania wizerunkowego po stronie obecnej władzy. Że niby próbuje się osłodzić wizerunek Systemu.
Mam oczywiście świadomość, że jakoś głupio dokuczać Bogu ducha winnemu dziecku, a zatem nie oczekiwałbym też, by w przestrzeni publicznej rozpoczęła się dyskusja na temat tego, czy wnuczka państwa Komorowskich jest dzieckiem zaledwie zepsutym, czy już niedorozwiniętym. No ale nie zaszkodziłoby przecież nic, gdybyśmy chociaż zwrócili uwagę na to, jak dziadkowie – czy może rodzice – to dziecko do występu przed kamerami wystroili. Zdarzało się przecież już prezydentowi Kaczyńskiemu fotografować ze swoją wnuczką, jednak, jak pamiętamy, ona wówczas nie miała nigdy na sobie ogrodniczek. Ktoś powie, że to właśnie tak miało wyglądać. Że to jest właśnie różnica między prezydenturą Lecha Kaczyńskiego i prezydenturą Bronisława Komorowskiego. Że Kaczyńscy to sztywne bufony, natomiast państwo Komorowscy i państwo Dziadzia od pokoleń, jeśli tylko mogli wybierać, wybierali ekologię i naturalność, i że gdyby tylko etykieta na to pozwalała, on by te życzenia składał w dresie i papciach, lub wręcz w skarpetkach, a Komorowska przystanęłaby sobie z boczku – bo i tak zaraz musi wracać do telewizora i lodów. I jest oczywiście bardzo możliwe, że to dziecko nienawidzi sukienek, płaszczyków i warkoczyków, i ile razy gdzieś się trzeba pokazać, ono robi takie piekło, że wszyscy wiedzą, że lepiej je zostawić w spokoju. A mimo wszystko – wciąż czujemy przecież, jakby czegoś tu brakowało.
Kiedy wspomniałem o kwestii ewentualnego umysłowego uwstecznienia tej dziewczynki, za tym oczywiście stała moja złośliwość, jednak, jak się dobrze i uczciwie zastanowić, czyż każdemu z nas nie zdarzyło się choćby raz spotkać dziecko, o którym jedyne, co można było powiedziec, to to, że z nim jest zdecydowanie coś nie tak? Nawet jeśli na pierwszy rzut oka, ono było zaledwie niegrzeczne, to bywało przecież, że ta niegrzeczność kazała się nam zastanawiać nad jej przyczynami. A jeśli nad przyczynami, to oczywiście możliwości były zawsze tylko dwie – albo mamy do czynienia z dzieckiem-idiotą, albo z rodzicami-durniami. Przychodzimy do znajomych na wizytę i już na samo wejście dostajemy w łeb klockiem, lub wpadamy na jakiegoś wściekłego gówniarza, który się nas pyta, cośmy mu kupili. I już tylko się cieszymy, że oni nie mają psa, bo ten to już by się tylko na nas wysikał.
Nie wiem oczywiście, ilu z nas miało okazję obejrzeć występ pary prezydenckiej z wnuczką, ale na wszelki wypadek krótko opowiem. Otóż za biurkiem siedzą Prezydent z panią Dziadzią i kolejno przekazują życzenia wszystkim polskim dziadkom i babciom, a między nimi a kamerą stoi ten konik na biegunach, na koniku siedzi dziecko wyglądające jak Dziadzia w miniaturce, i w kompletnym zapamiętaniu się na tym koniu buja. Nie widać, czy jest wesołe, smutne, radosne, czy wściekłe; nie wiadomo też, czy ono chce nam coś przez tę swoją obecność powiedzieć, bo ani nic nie mówi, ani nie śpiewa piosenki, ani nie recytuje wierszyka. Po prostu, siedzi na tym koniku i się zawzięcie – właśnie zawzięcie – buja.
Nieco nam sprawę rozjaśnia sam Prezydent, kiedy tłumaczy, że plan był w ogóle taki, że to dziecko w ogrodniczkach – o awanturze o strój mowy akurat nikt nic nie wspomniał – miało wedle pierwszych ustaleń siedzieć na kolanach u Dziadzi, tyle że doszło do jakiegoś poważnego sporu, dziecko wybrało konia, i ostatecznie stanęło na tym koniu między biurkiem a kamerą. Jak znam życie – a jak idzie o dzieci, znam je dość dobrze – nie jest tak, że ta dziewczynka musi być koniecznie psychicznie niepełnosprawna. To może być jeszcze jedno zwykłe tępe dziecko, jakich mamy wszędzie dużo za dużo, a wszystko najprawdopodobniej zaczęło się od tego, że ktoś wymyślił, że dobrze by było ją tam wystawić razem z dziadkami, a już najlepiej będzie, jeśli ona usiądzie Dziadzi na kolanach. Tymczasem ona akurat dostała tego konika, wciągnęła go po schodach do tego gabinetu, i wymyśliła, że nie, że ona będzie się bujać, że ona do babci nie chce. Doszło do ciężkiej, parogodzinnej awantury, i pozostało już tylko albo z tego elementu zrezygnować w ogóle, albo zgodzić się na tego konia. A to, co zobaczyliśmy, stanowiło już tylko całościowy bardzo efekt tego, do czego obie rodziny to dziecko przez lata doprowadziły.
Co z tego wypadku wynika dla nas? Oczywiście, przede wszystkim mamy jeszcze jeden powód do tej chorej, i w sumie przecież bardzo zawstydzającej, satysfakcji. No bo w sytuacji, gdy tak naprawdę zabrano nam wszystko, cóż może być piękniejszego, niż zobaczyć żywy dowód na to, że po tamtej stronie mamy do czynienia z buractwem w karykaturze. I to jest oczywiście to co możemy poczuć w pierwszej chwili. Jednak już w następnym odruchu przychodzi strach. No bo, jak się nad tym wszystkim zastanowić na spokojnie, ten wczorajszy występ stanowi jednak w jakiś tam sposób obraz dzisiejszej Polski. Nie bez powodu, powszechnie traktuje się prezydenta jako pierwszego obywatela, a jego małżonkę jako pierwszą damę. I – konsekwentnie, wydawałoby się – ich dzieci i wnuczęta, jako pierwsze dzieci i wnuczęta. A nie oszukujmy się – jeśli ja dziś naśmiewam się z tej menażerii, a wszyscy ci, którzy czytają te słowa, wpadli nagle wraz ze mną w tak wesoły nastrój, to wcale nie znaczy, że nasza reakcja jest w jakikolwiek sposób reprezentatywna dla tego, co czuje reszta naszych rodaków. Nie mam bowiem najmniejszej wątpliwości, że dla 90% społeczeństwa ten wczorajszy popis nie zawierał w sobie jednego niepokojącego akcentu. Jestem głęboko przekonany, że zdecydowana większość obywateli odebrała ten cyrk jako bardzo sympatyczny dokument, ukazujący kolejny obrazek z prywatnego życia państwa Bronisława i Anny Komorowskich. No a w dodatku, jeśli ktokolwiek wątpił w to, że oni faktycznie mają jakieś dzieci, które jeszcze nie zwiały za granicę, i że tam rzeczywiście jest jakaś większa rodzina, otrzymał na potwierdzenie tej informacji bardzo słodki dowód. I nie dziwmy się, jeśli już w poniedziałek poparcie dla Prezydenta podskoczy o kolejny punkt
I to jest właśnie to, co uważam za bardzo smutne. Że po raz kolejny wychodzi na to, że jesteśmy tak naprawdę już Rosją. To otępiałe w swojej wściekłości dziecko na tym koniku na biegunach, w tych ogrodniczkach, tak bardzo podobne do swojej babci – pokazuje nam to z aż nazbyt bolesnym okrucieństwem. A jakby tego było mało, kiedy to już się szczęśliwie skończyło, po raz kolejny mieliśmy okazję ujrzeć człowieka nazwiskiem Graś, który – dziś nagle widzimy to bardzo jasno – mógłby równie dobrze być wujkiem tego dziecka, lub nawet jego tatusiem, jak przychodzi i ogłasza, że nie było żadnego ataku na rządowe strony internetowe, lecz jedynie naturalny, spowodowany wyjątkowym zainteresowaniem obywateli, wzrost odsłon. A ja sobie pomyślałem, że oni już kłamią nawet wtedy, gdy nie muszą. Cóż bowiem stało na przeszkodzie, by przyznać, że faktycznie hakerzy wspierający internetowe piractwo zaatakowali polskie państwo? Przecież w tym co się stało, nie było ani winy, ani zasługi polskiego rządu. Graś jednak przyszedł i zaczął łżeć jak najęty. I to jeszcze w najbardziej głupi na świecie sposób. Po co? Właśnie sęk w tym, że nie wiadomo po co. Bez jakiegokolwiek powodu. Ze zwykłego odruchu. Ot tak! Właściwie, następnym razem on mógłby tego typu oświadczenia wygłaszać, bujając się na pożyczonym od Prezydenta koniu.
I tu też efekt tego idiotyzmu był taki, jak w przypadku tego dziecka. Wprawdzie, jeśli się zorientować choćby pobieżnie, dziś z Grasia śmieją się nawet jego dzieci, ale założę się, że gdyby przeprowadzić jakiś sondaż na temat tego, co my Polacy myślimy o reakcji polskiego rządu na blokadę tych stron, 90 procent uznałoby, że Paweł Graś zachował się godnie i z honorem. I to też jest ta Rosja, o której wspomniałem przy okazji tego dziecka.
Módl się nad nami grzesznymi!

Jest oczywiście tak jak jest, i zapewne nam wszystkim powoli się wszystkiego odechciewa. Jednak mimo to – a jakie mam wyjście? – proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tego, mamy przysłowiowy leżajsk i kwiczajsk. Również zachęcam do kupowania książki o liściu. I tu i w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ulicy 3-Maja

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...