Kilka dni temu, czy to na portalu
tvn24.pl, czy może w Onecie – to akurat jest nieistotne, bo tak naprawdę to
równie dobrze mogło być w Telewizji Republika – znalazłem informację, że oto specjalna
irlandzka komisja potwierdziła wreszcie oficjalnie fakt odkrycia jeszcze w roku
2014 w irlandzkiej miejscowości Tuam masowego grobu ze szczątkami małych dzieci.
Bardzo dobrze pamiętam ów rok, kiedy to wszystkie znaczące światowe, a za nimi
i polskie, media przekazały pierwsze informacje na ten temat i już wtedy nie
ulegało dla mnie wątpliwości, że powodem, dla którego owa wiadomość została
potraktowana z aż taką uwagą, był fakt, że owe dzieci były mieszkańcami domu
samotnej matki, prowadzonego przez katolickie zakonnice. Ja akurat najlepiej
zapamiętałem tytuł z tygodnika „Newsweek”: „Jak w irlandzkim Kościele działał
mechanizm głodzenia dzieci na śmierć?”, no i następujący fragment:
„Zakonnice dzieliły dzieci na dwie
grupy: te nadające się do adopcji i te słabsze, którym pozwalały umrzeć z głodu
i chorób. 70 lat temu irlandzki Kościół katolicki dopuścił się strasznej
zbrodni, której ogrom właśnie wychodzi na jaw.
W pobliżu kościelnego domu dla samotnych
kobiet z dziećmi sióstr zgromadzenia Bon Secours w Tuam pogrzebanych jest
najprawdopodobniej kilkaset dzieci. Na razie odnaleziono szczątki
kilkudziesięciorga, trwają poszukiwania następnych. Arcybiskup Dublina Diarmuid
Martin przyznał, że to, co działo się w Tuam, zdarzało się zapewne w sześciu
innych podobnych ośrodkach. Zmarłe dzieci zostały w nich pochowane, jak mówił
biskup, na ‘poletkach dla aniołków’. W masowych grobach spocząć mogły w sumie
zwłoki około czterech tysięcy dzieci”.
No ale to był komentarz z przed jeszcze
trzech lat. Dziś, jak mówię, media do sprawy wróciły, tyle tylko, by potwierdzić,
że tamto odkrycie było jak najbardziej autentyczne, no i podać informację, że
tych dzieci przez niemal 40 lat zmarło około 800, no i że za ich śmierć
oczywiście odpowiadają katolickie siostry zakonne ze zgromadzenia.
Ktoś powie, że moja sugestia, jakoby za
propagowaniem owej informacji stoi bardzo silna w pewnych środowiskach niechęć
do Kościoła Katolickiego, jest niestosowna, bo jeśli gdzieś znajduje się grób
ze szczątkami 800 dzieci, to nie ma sposobu, by o tym nie poinformować. W tej
sytuacji, może dziś przedstawię tekst, który w o wiele bardziej rozszerzonej
wersji opublikowałem w dziś już niestety niedostępnym 6 numerze „Szkoły
Nawigatorów” na temat tak zwanych „domów pracy”, a więc brytyjskiego wynalazku,
stanowiącego zapewne oryginalne źródło owej katastrofy, którą nam przyniósł
wiek XX, zarówno pod postacią sowieckiego komunizmu, jak i niemieckiego nazizmu
i proszę naprawdę nie mieć do mnie pretensji, że tam nie ma słowa na temat
irlandzkich przytułków dla samotnych matek prowadzonych przez siostry zakonne,
bo to by dopiero z mojej strony była niestosowność.
Chciałbym dziś opowiedzieć o pewnym projekcie,
który został zaplanowany, opracowany i skutecznie wdrożony w samym sercu
współczesnej cywilizacji, a mianowicie na terenie Brytyjskiego Imperium.
Chciałbym dziś opowiedzieć o ściśle brytyjskim wynalazku, co ciekawe, dość
dobrze opisanym przez samych Brytyjczyków, z którego oni wprawdzie nie są może
zbyt dumni, ale z całą pewnością nie wstydzą się go na tyle, by próbować się z
nim przed światem chować. A to najpewniej świadczy jedynie o tym, że oni są już
z jednej strony tak potężni, a z drugiej tak tyle bezczelni, że nie muszą się
doprawdy przejmować tym, co ktoś tam przeciwko nim postanowi sobie wytoczyć. Chciałem
zatem opowiedzieć o historii powstania owego wynalazku, o jego kształcie, a
nawet o teoretycznych przynajmniej celach jego zastosowania w życiu
brytyjskiego społeczeństwa, ale też o faktycznych, jak sądzę, przyczynach, dla
których Korona zdecydowała się na jego zastosowanie w praktyce.
Rozmawiamy więc dziś o czymś, co jest
powszechnie znane pod nazwą workhouse, która oczywiście w języku polskim nie
występuje, a którą by można chyba najbardziej sensownie przetłumaczyć, jako dom
pracy. Otóż początki owych workhouses sięgają jeszcze roku 1388 , kiedy to na
Wyspach wprowadzono ustawę pod nazwą Statute of Cambridge, a której oryginalnym
celem było zapewnienie Koronie rąk do pracy, tak bardzo potrzebnych od czasu,
gdy wielka zaraza znana powszechnie jako „Czarna Śmierć” wybiła niemal połowę
mieszkańców kraju. Myśl była taka, by tych którzy wyrwali się z rąk śmierci i z
różnych przyczyn, zamiast siedzieć na miejscu, porzucali swój dom, swoją wieś,
czy w ogóle swoją okolicę i snuli się po świecie, zatrzymać na miejscu i zmusić
do pracy. Niektórzy Brytyjczycy dziś nawet jeszcze uważają, że to właśnie tamta
ustawa pomogła zdefiniować coś, co mimo że w owych latach mogło jeszcze takiego
akurat wrażenia nie robić, setki lat później przybrało kształt państwa
opiekuńczego, a więc państwa, któremu los człowieka nie jest obojętny.
Pierwsze jednak workhouses pojawiły się
dopiero za czasów Elżbiety I. W średniowieczu brytyjska biedota otrzymywała
naturalną pomoc ze strony Kościoła, który ową pomoc traktował jako część
swojego naturalnego chrześcijańskiego obowiązku. Jednak po tym, jak w latach
30-tych XIV wieku Henryk VIII kazał zburzyć i spalić wszystkie klasztory, a
mnichów wymordować, biedni i bezradni zostali wydani na łaskę losu. W
odpowiedzi na nową i nie do końca dla rządzących wygodną sytuację, królowa
Elżbieta, przy pomocy ustawy o pełnej nazwie Act for the Relief of the Poor, a
w skrócie znanej jako Poor Law Act, w roku 1601 zleciła, by każda parafia
otworzyła na swoim terenie dom, w którym ludzie starzy i chorzy będą mogli znaleźć
schronienie i opiekę. Czemu tak postąpiła? Nie wiadomo. Niektórzy twierdzą, że
to wyłącznie z dobrego serca.
Dopiero jednak gwałtowny wzrost
ludności Wysp, jaki nastąpił w XIX wieku, kiedy to liczba mieszkańców Anglii,
Walii i Szkocji podskoczyła z 10 do 45 milionów, przy jednoczesnym rozwoju
nowych technologii, które przede wszystkim zaczęły zastępować tradycyjne
rolnictwo, ale może w głównej mierze dzięki serii tragicznych lat nieurodzaju,
doszło do sytuacji, że już w latach 30-tych okazało się, że dotychczasowe formy
pomocy ludziom biednym stają się zwyczajnie nieefektywne.
W odpowiedzi na nowe potrzeby, w roku
1834 wprowadzono nową ustawę, a raczej poprawkę do ustawy wcześniejszej, która
zafunkcjonowała pod nazwą New Poor Law, a której podstawowy pomysł sprowadzał
się do tego, by każdego, kto nie zgodzi się zamieszkać w workhousie, pozbawić
wszelkiej publicznej pomocy. Pojawił się
też pomysł, by owe, jak je tu nazwaliśmy, „domy pracy”, a więc z praktycznego
punktu widzenia, jak najbardziej klasyczne obozy koncentracyjne, były
prowadzone z bardziej biznesową perspektywą, co oczywiście musiało się
sprowadzać do tego, by – użyjmy tego słowa – osadzeni świadczyli pracę jedynie
za jedną miskę chudego mleka z minimalną ilością płatków owsianych. Większość z
osadzonych zresztą była zatrudniona przy pracach nie wymagających żadnych
zdolności, poza odpornością na śmierć z wyczerpania, a więc takich jak
rozbijanie kamieni, ekstrakcja pakułów, czy wreszcie kruszenie kości do
produkcji nawozu. Ta ostatnia praca została zresztą ostatecznie mieszkańcom workhousów
odebrana, kiedy władze dowiedziały się, że podczas kruszenia gnijących kości
dochodzi między robotnikami do ciężkich walk o zdobycie choćby szczypty szpiku.
Jednak, teoretycznie przynajmniej, założenie było takie, że XIX-wieczny workhouse
miał stworzyć ludziom takie warunki pracy, by stała się ona najcięższa z
możliwych, a to z kolei po to, by wszyscy ci, którzy są wprawdzie biedni, ale
wciąż jeszcze na tyle sprawni, by wykonywać bardziej wymagające prace, jednak
się nie zgłaszali, ponieważ jednak w brytyjskich miastach bieda była wówczas
tak dojmująca, że ludzie najzwyczajniej w świecie umierali na ulicach, dla
części z nich ów workhouse stanowił być może już ostatnią szansą, by żyć.
Wraz z nadejściem XIX wieku workhouse
gromadził już niemal wyłącznie ludzi
starych, słabych i chorych, natomiast ludzie biedni, ale jakoś tam jednak
jeszcze sprawni, wciąż przysłowiowymi zębami i pazurami czepiali się zwykłego
życia poza murami jego murami, co w roku 1929 doprowadziło do uchwalenia
kolejnej ustawy, umożliwiającej miastu przejąć lokalny workhouse i uczynić go
częścią państwowego systemu opieki zdrowotnej.
Mimo tego jednak, znaczna ich część
wciąż funkcjonowała jako osobne jednostki. Dopiero ustawa z roku 1948,
wprowadzona pod nazwą National Assistance Act, zastąpiła wcześniejsze Poor Law,
i owe przedziwne obozy pracy zostały ostatecznie pozamykane.
Wciąż pojawia się tu i ówdzie opinia, że
faktycznie na klasyczny workhouse należy patrzeć jak na swego rodzaju
przytułek, gdzie wszyscy ci, którzy inaczej niechybnie by zmarli z głodu, mogli
znaleźć schronienie, a zatem wypada nam je też traktować, jako jednak bardziej
wybawienie, niż przekleństwo. Są jednak co najmniej dwa powody, by tę
opinie odrzucić, jak najgorszą zarazę. Przede wszystkim, jeśli przyjrzymy się
całej historii Brytyjczyków, ostatnią rzeczą, jakiej się po nich można
spodziewać, będzie współczucie dla ludzi biednych i bezradnych. Wręcz
przeciwnie, oni akurat dali wielokrotnie dowody na to, że dla nich człowiek
biedny i bezradny nadaje się wyłącznie do tego, by go wykorzystać do końca, a
następnie pozwolić mu zdechnąć gdziekolwiek.
I to jest pierwszy powód, dla którego
sugestię, że projekt pod nazwą workhouse powinniśmy traktować, jako sposób na
walkę z biedą. Drugi powód wydaje się być jeszcze bardziej przekonujący, a stoi
za nim czysta praktyka w postaci samej metody, zgodnie z którą przeciętny workhouse
był zorganizowany. W relacjach historyków powtarza się wielokrotnie uwaga, że
życie jakie oferował workhouse było tak ciężkie, aby ci, co żyli jeszcze na
ulicy, doskonale wiedzieli, co ich czeka, jeśli się za siebie nie wezmą. Z
drugiej jednak strony istnieją wciąż spisane wspomnienia ludzi, żyjących w
tamtych czasach i z tego co oni opowiadają, wynika, że było wielu, którzy
woleli umrzeć, niż trafić w to straszne miejsce, a jednak trafiali, wyciągani z
domów, zbierani z ulic, często w ramach klasycznych łapanek.
I wcale nie trzeba było być biednym, by
się tam znaleźć. Niekiedy wystarczyło, że ktoś stracił pracę, czy się
rozchorował i przez to trafił na tę czarna listę. W ten sposób dochodzimy do
punktu, w którym wypada nam się zastanowić, w jakim celu – nawet zakładając, że
intencje samej Elżbiety I były czyste, w co można wątpić – Imperium uznało za
stosowne wprowadzić ów system i to w takiej, a nie innej formie. Do tego jednak
potrzebujemy przyjrzeć się bliżej, jak on wyglądał. Otóż o tym, co się tam
działo można opowiadać bardzo długo, jednak dziś dla nas najważniejsze są dwie
rzeczy. Pierwsza to taka, że w tych czystych i zadbanych celach, czy to z głodu
czy z przepracowania, czy wreszcie od ran zadanych przez „opiekunów”, umierało
się niemal równie często, jak w kupie ludzkich odchodów na ulicy. Po drugie,
każdy workhouse zaprojektowany był w taki sposób, by od samego początku zwożone
tam rodziny były rozdzielane i to rozdzielane tak, że mężczyźni, kobiety i
dzieci, choćby i niemowlęta, mieszkali w osobnych częściach kompleksu, i
nierzadko owo rozdzielnie było tak skuteczne, że wiele z tych rodzin już do
śmierci nie miało okazji się spotkać ponownie. No i może przede wszystkim – i
to jest również fakt potwierdzony wielokrotnie – należy pamiętać, że wiele z
dzieci tam umieszczanych, było następnie wysyłanych za granicę do kolonii, by
tam już na służbie Imperium budować jego potęgę, choćby przez pracę na rzecz
zwiększenia brytyjskiego eksportu. Choćby tylko dwie instytucje, działające pod
nazwami Home Children i Philanthropic Farm School, w latach 1850-1871 wysłały do kolonii
ponad 1000 chłopców. Natomiast w roku 1869 dwie bardzo ambitne panny, Maria Rye i
Annie
Macpherson, podjęły działalność sprowadzającą się do wyciągania z
obozów całych grup, czy to zgarniętych z ulic sierot, czy też odebranych
rodzicom dzieci, i wysyłania ich do Kanady.
Kanadyjskie władze za każde dostarczone dziecko płacił owym dobrym
kobietom drobne honorarium, jednak większość kosztów była pokrywana z funduszów
dobroczynnych lub z puli wyznaczanej regularnie przez Poor Law. Ile w sumie
było tych dzieci, nie wiadomo, natomiast biorąc pod uwagę fakt, że wedle danych
jak najbardziej oficjalnych przez owe obozy przewinęło się w sumie 60 milionów
(tak, tak – mówimy o milionach!) ludzi, ich liczba musiałaby z pewnością robić
wrażenie.
I wydaje się, że nie trzeba specjalnej
inteligencji, by w tym momencie połączyć trzy zupełnie osobne, lecz znajdujące
wspólny punkt, świadectwa, których sami Brytyjczycy wcale nie ukrywają. Pierwsze
z nich to szeroko dostępne informacje na temat przyjętego przez Imperium
systemu edukacji, który zawsze i przede wszystkim miał służyć Imperium, a to
przez zbudowanie bezwzględnego, bezlitosnego i pozbawionego jakichkolwiek
skrupułów brytyjskiego pana. Drugie, to choćby intelektualne dzieło wielkiego
brytyjskiego myśliciela i twórcy, George’a Bernarda Shaw, którego niezliczone
wypowiedzi na temat teoretycznych podstaw owej wielkiej idei, jaką jest
Imperium, mogłyby śmiało konkurować z niesławnym „Mein Kampf” Adolfa Hitlera.
No i wreszcie owe częściowo już zapomniane, ale wciąż istniejące świadectwa
ludzi, którzy widzieli, w jaki to sposób Imperium zbierało z ulic owe śmieci, z
których na i tak przeludnionych Wyspach nie było najmniejszego pożytku, a mogli
się jak najbardziej przydać na Karaibach, w Indiach, w Afryce, czy gdziekolwiek
indziej na świecie. Wszak, jak to wyraźnie swego czasu napisał znany nam
skądinąd królewski czarownik John Dee, Imperium nie ma granic.
A zatem, jeśli w najbliższych dniach, po
raz nie wiadomo już który, dowiemy się z prasy włoskiej, skandynawskiej, czy
jak najbardziej również brytyjskiej, o tym, jak to Polacy na terenie Polski
budowali obozy koncentracyjne, gdzie mordowało się słabych i niepotrzebnych, a
tych, którzy mieli szczęście nie urodzić się w Polsce, głodzono na śmierć w
katolickich domach samotnej matki w Irlandii, nie spuszczajmy ze wstydem oczu,
ale wyciągnijmy wskazujący palec w stronę tych, dla których pozbawić kogoś
życia oznaczało zawsze i wręcz systemowo mniej, niż splunięcie.
No i to tyle. A teraz może jeszcze raz
zastanówmy się, jak to jest z ową niestosownością, ewentualnie stosownością,
informowania, względnie nieinformowania, o tym, czy o owym.
Przypominam, że moje książki są do kupienia w
księgarni pod adresem www.coryllus.pl.