Pokazywanie postów oznaczonych etykietą irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą irlandia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 marca 2017

O tym jak katolickie siostry zakonne budowały Brytyjskie Imperium

       Kilka dni temu, czy to na portalu tvn24.pl, czy może w Onecie – to akurat jest nieistotne, bo tak naprawdę to równie dobrze mogło być w Telewizji Republika –  znalazłem informację, że oto specjalna irlandzka komisja potwierdziła wreszcie oficjalnie fakt odkrycia jeszcze w roku 2014 w irlandzkiej miejscowości Tuam masowego grobu ze szczątkami małych dzieci. Bardzo dobrze pamiętam ów rok, kiedy to wszystkie znaczące światowe, a za nimi i polskie, media przekazały pierwsze informacje na ten temat i już wtedy nie ulegało dla mnie wątpliwości, że powodem, dla którego owa wiadomość została potraktowana z aż taką uwagą, był fakt, że owe dzieci były mieszkańcami domu samotnej matki, prowadzonego przez katolickie zakonnice. Ja akurat najlepiej zapamiętałem tytuł z tygodnika „Newsweek”: „Jak w irlandzkim Kościele działał mechanizm głodzenia dzieci na śmierć?”, no i następujący fragment:

       „Zakonnice dzieliły dzieci na dwie grupy: te nadające się do adopcji i te słabsze, którym pozwalały umrzeć z głodu i chorób. 70 lat temu irlandzki Kościół katolicki dopuścił się strasznej zbrodni, której ogrom właśnie wychodzi na jaw.
      W pobliżu kościelnego domu dla samotnych kobiet z dziećmi sióstr zgromadzenia Bon Secours w Tuam pogrzebanych jest najprawdopodobniej kilkaset dzieci. Na razie odnaleziono szczątki kilkudziesięciorga, trwają poszukiwania następnych. Arcybiskup Dublina Diarmuid Martin przyznał, że to, co działo się w Tuam, zdarzało się zapewne w sześciu innych podobnych ośrodkach. Zmarłe dzieci zostały w nich pochowane, jak mówił biskup, na ‘poletkach dla aniołków’. W masowych grobach spocząć mogły w sumie zwłoki około czterech tysięcy dzieci”.
      No ale to był komentarz z przed jeszcze trzech lat. Dziś, jak mówię, media do sprawy wróciły, tyle tylko, by potwierdzić, że tamto odkrycie było jak najbardziej autentyczne, no i podać informację, że tych dzieci przez niemal 40 lat zmarło około 800, no i że za ich śmierć oczywiście odpowiadają katolickie siostry zakonne ze zgromadzenia.
      Ktoś powie, że moja sugestia, jakoby za propagowaniem owej informacji stoi bardzo silna w pewnych środowiskach niechęć do Kościoła Katolickiego, jest niestosowna, bo jeśli gdzieś znajduje się grób ze szczątkami 800 dzieci, to nie ma sposobu, by o tym nie poinformować. W tej sytuacji, może dziś przedstawię tekst, który w o wiele bardziej rozszerzonej wersji opublikowałem w dziś już niestety niedostępnym 6 numerze „Szkoły Nawigatorów” na temat tak zwanych „domów pracy”, a więc brytyjskiego wynalazku, stanowiącego zapewne oryginalne źródło owej katastrofy, którą nam przyniósł wiek XX, zarówno pod postacią sowieckiego komunizmu, jak i niemieckiego nazizmu i proszę naprawdę nie mieć do mnie pretensji, że tam nie ma słowa na temat irlandzkich przytułków dla samotnych matek prowadzonych przez siostry zakonne, bo to by dopiero z mojej strony była niestosowność.

      Chciałbym dziś opowiedzieć o pewnym projekcie, który został zaplanowany, opracowany i skutecznie wdrożony w samym sercu współczesnej cywilizacji, a mianowicie na terenie Brytyjskiego Imperium. Chciałbym dziś opowiedzieć o ściśle brytyjskim wynalazku, co ciekawe, dość dobrze opisanym przez samych Brytyjczyków, z którego oni wprawdzie nie są może zbyt dumni, ale z całą pewnością nie wstydzą się go na tyle, by próbować się z nim przed światem chować. A to najpewniej świadczy jedynie o tym, że oni są już z jednej strony tak potężni, a z drugiej tak tyle bezczelni, że nie muszą się doprawdy przejmować tym, co ktoś tam przeciwko nim postanowi sobie wytoczyć. Chciałem zatem opowiedzieć o historii powstania owego wynalazku, o jego kształcie, a nawet o teoretycznych przynajmniej celach jego zastosowania w życiu brytyjskiego społeczeństwa, ale też o faktycznych, jak sądzę, przyczynach, dla których Korona zdecydowała się na jego zastosowanie w praktyce.
       Rozmawiamy więc dziś o czymś, co jest powszechnie znane pod nazwą workhouse, która oczywiście w języku polskim nie występuje, a którą by można chyba najbardziej sensownie przetłumaczyć, jako dom pracy. Otóż początki owych workhouses sięgają jeszcze roku 1388 , kiedy to na Wyspach wprowadzono ustawę pod nazwą Statute of Cambridge, a której oryginalnym celem było zapewnienie Koronie rąk do pracy, tak bardzo potrzebnych od czasu, gdy wielka zaraza znana powszechnie jako „Czarna Śmierć” wybiła niemal połowę mieszkańców kraju. Myśl była taka, by tych którzy wyrwali się z rąk śmierci i z różnych przyczyn, zamiast siedzieć na miejscu, porzucali swój dom, swoją wieś, czy w ogóle swoją okolicę i snuli się po świecie, zatrzymać na miejscu i zmusić do pracy. Niektórzy Brytyjczycy dziś nawet jeszcze uważają, że to właśnie tamta ustawa pomogła zdefiniować coś, co mimo że w owych latach mogło jeszcze takiego akurat wrażenia nie robić, setki lat później przybrało kształt państwa opiekuńczego, a więc państwa, któremu los człowieka nie jest obojętny.
      Pierwsze jednak workhouses pojawiły się dopiero za czasów Elżbiety I. W średniowieczu brytyjska biedota otrzymywała naturalną pomoc ze strony Kościoła, który ową pomoc traktował jako część swojego naturalnego chrześcijańskiego obowiązku. Jednak po tym, jak w latach 30-tych XIV wieku Henryk VIII kazał zburzyć i spalić wszystkie klasztory, a mnichów wymordować, biedni i bezradni zostali wydani na łaskę losu. W odpowiedzi na nową i nie do końca dla rządzących wygodną sytuację, królowa Elżbieta, przy pomocy ustawy o pełnej nazwie Act for the Relief of the Poor, a w skrócie znanej jako Poor Law Act, w roku 1601 zleciła, by każda parafia otworzyła na swoim terenie dom, w którym ludzie starzy i chorzy będą mogli znaleźć schronienie i opiekę. Czemu tak postąpiła? Nie wiadomo. Niektórzy twierdzą, że to wyłącznie z dobrego serca.
        Dopiero jednak gwałtowny wzrost ludności Wysp, jaki nastąpił w XIX wieku, kiedy to liczba mieszkańców Anglii, Walii i Szkocji podskoczyła z 10 do 45 milionów, przy jednoczesnym rozwoju nowych technologii, które przede wszystkim zaczęły zastępować tradycyjne rolnictwo, ale może w głównej mierze dzięki serii tragicznych lat nieurodzaju, doszło do sytuacji, że już w latach 30-tych okazało się, że dotychczasowe formy pomocy ludziom biednym stają się zwyczajnie nieefektywne.
      W odpowiedzi na nowe potrzeby, w roku 1834 wprowadzono nową ustawę, a raczej poprawkę do ustawy wcześniejszej, która zafunkcjonowała pod nazwą New Poor Law, a której podstawowy pomysł sprowadzał się do tego, by każdego, kto nie zgodzi się zamieszkać w workhousie, pozbawić wszelkiej publicznej pomocy.  Pojawił się też pomysł, by owe, jak je tu nazwaliśmy, „domy pracy”, a więc z praktycznego punktu widzenia, jak najbardziej klasyczne obozy koncentracyjne, były prowadzone z bardziej biznesową perspektywą, co oczywiście musiało się sprowadzać do tego, by – użyjmy tego słowa – osadzeni świadczyli pracę jedynie za jedną miskę chudego mleka z minimalną ilością płatków owsianych. Większość z osadzonych zresztą była zatrudniona przy pracach nie wymagających żadnych zdolności, poza odpornością na śmierć z wyczerpania, a więc takich jak rozbijanie kamieni, ekstrakcja pakułów, czy wreszcie kruszenie kości do produkcji nawozu. Ta ostatnia praca została zresztą ostatecznie mieszkańcom workhousów odebrana, kiedy władze dowiedziały się, że podczas kruszenia gnijących kości dochodzi między robotnikami do ciężkich walk o zdobycie choćby szczypty szpiku. Jednak, teoretycznie przynajmniej, założenie było takie, że XIX-wieczny workhouse miał stworzyć ludziom takie warunki pracy, by stała się ona najcięższa z możliwych, a to z kolei po to, by wszyscy ci, którzy są wprawdzie biedni, ale wciąż jeszcze na tyle sprawni, by wykonywać bardziej wymagające prace, jednak się nie zgłaszali, ponieważ jednak w brytyjskich miastach bieda była wówczas tak dojmująca, że ludzie najzwyczajniej w świecie umierali na ulicach, dla części z nich ów workhouse stanowił być może już ostatnią szansą, by żyć.
        Wraz z nadejściem XIX wieku workhouse gromadził już niemal wyłącznie  ludzi starych, słabych i chorych, natomiast ludzie biedni, ale jakoś tam jednak jeszcze sprawni, wciąż przysłowiowymi zębami i pazurami czepiali się zwykłego życia poza murami jego murami, co w roku 1929 doprowadziło do uchwalenia kolejnej ustawy, umożliwiającej miastu przejąć lokalny workhouse i uczynić go częścią państwowego systemu opieki zdrowotnej. 
       Mimo tego jednak, znaczna ich część wciąż funkcjonowała jako osobne jednostki. Dopiero ustawa z roku 1948, wprowadzona pod nazwą National Assistance Act, zastąpiła wcześniejsze Poor Law, i owe przedziwne obozy pracy zostały ostatecznie pozamykane.
       Wciąż pojawia się tu i ówdzie opinia, że faktycznie na klasyczny workhouse należy patrzeć jak na swego rodzaju przytułek, gdzie wszyscy ci, którzy inaczej niechybnie by zmarli z głodu, mogli znaleźć schronienie, a zatem wypada nam je też traktować, jako jednak bardziej wybawienie, niż przekleństwo. Są jednak co najmniej dwa powody, by tę opinie odrzucić, jak najgorszą zarazę. Przede wszystkim, jeśli przyjrzymy się całej historii Brytyjczyków, ostatnią rzeczą, jakiej się po nich można spodziewać, będzie współczucie dla ludzi biednych i bezradnych. Wręcz przeciwnie, oni akurat dali wielokrotnie dowody na to, że dla nich człowiek biedny i bezradny nadaje się wyłącznie do tego, by go wykorzystać do końca, a następnie pozwolić mu zdechnąć gdziekolwiek.
      I to jest pierwszy powód, dla którego sugestię, że projekt pod nazwą workhouse powinniśmy traktować, jako sposób na walkę z biedą. Drugi powód wydaje się być jeszcze bardziej przekonujący, a stoi za nim czysta praktyka w postaci samej metody, zgodnie z którą przeciętny workhouse był zorganizowany. W relacjach historyków powtarza się wielokrotnie uwaga, że życie jakie oferował workhouse było tak ciężkie, aby ci, co żyli jeszcze na ulicy, doskonale wiedzieli, co ich czeka, jeśli się za siebie nie wezmą. Z drugiej jednak strony istnieją wciąż spisane wspomnienia ludzi, żyjących w tamtych czasach i z tego co oni opowiadają, wynika, że było wielu, którzy woleli umrzeć, niż trafić w to straszne miejsce, a jednak trafiali, wyciągani z domów, zbierani z ulic, często w ramach klasycznych łapanek.
       I wcale nie trzeba było być biednym, by się tam znaleźć. Niekiedy wystarczyło, że ktoś stracił pracę, czy się rozchorował i przez to trafił na tę czarna listę. W ten sposób dochodzimy do punktu, w którym wypada nam się zastanowić, w jakim celu – nawet zakładając, że intencje samej Elżbiety I były czyste, w co można wątpić – Imperium uznało za stosowne wprowadzić ów system i to w takiej, a nie innej formie. Do tego jednak potrzebujemy przyjrzeć się bliżej, jak on wyglądał. Otóż o tym, co się tam działo można opowiadać bardzo długo, jednak dziś dla nas najważniejsze są dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że w tych czystych i zadbanych celach, czy to z głodu czy z przepracowania, czy wreszcie od ran zadanych przez „opiekunów”, umierało się niemal równie często, jak w kupie ludzkich odchodów na ulicy. Po drugie, każdy workhouse zaprojektowany był w taki sposób, by od samego początku zwożone tam rodziny były rozdzielane i to rozdzielane tak, że mężczyźni, kobiety i dzieci, choćby i niemowlęta, mieszkali w osobnych częściach kompleksu, i nierzadko owo rozdzielnie było tak skuteczne, że wiele z tych rodzin już do śmierci nie miało okazji się spotkać ponownie. No i może przede wszystkim – i to jest również fakt potwierdzony wielokrotnie – należy pamiętać, że wiele z dzieci tam umieszczanych, było następnie wysyłanych za granicę do kolonii, by tam już na służbie Imperium budować jego potęgę, choćby przez pracę na rzecz zwiększenia brytyjskiego eksportu. Choćby tylko dwie instytucje, działające pod nazwami Home Children i Philanthropic Farm School, w latach 1850-1871 wysłały do kolonii ponad 1000 chłopców. Natomiast w roku 1869 dwie bardzo ambitne panny, Maria Rye i Annie Macpherson, podjęły działalność sprowadzającą się do wyciągania z obozów całych grup, czy to zgarniętych z ulic sierot, czy też odebranych rodzicom dzieci, i wysyłania ich do Kanady.  Kanadyjskie władze za każde dostarczone dziecko płacił owym dobrym kobietom drobne honorarium, jednak większość kosztów była pokrywana z funduszów dobroczynnych lub z puli wyznaczanej regularnie przez Poor Law. Ile w sumie było tych dzieci, nie wiadomo, natomiast biorąc pod uwagę fakt, że wedle danych jak najbardziej oficjalnych przez owe obozy przewinęło się w sumie 60 milionów (tak, tak – mówimy o milionach!) ludzi, ich liczba musiałaby z pewnością robić wrażenie.
       I wydaje się, że nie trzeba specjalnej inteligencji, by w tym momencie połączyć trzy zupełnie osobne, lecz znajdujące wspólny punkt, świadectwa, których sami Brytyjczycy wcale nie ukrywają. Pierwsze z nich to szeroko dostępne informacje na temat przyjętego przez Imperium systemu edukacji, który zawsze i przede wszystkim miał służyć Imperium, a to przez zbudowanie bezwzględnego, bezlitosnego i pozbawionego jakichkolwiek skrupułów brytyjskiego pana. Drugie, to choćby intelektualne dzieło wielkiego brytyjskiego myśliciela i twórcy, George’a Bernarda Shaw, którego niezliczone wypowiedzi na temat teoretycznych podstaw owej wielkiej idei, jaką jest Imperium, mogłyby śmiało konkurować z niesławnym „Mein Kampf” Adolfa Hitlera. No i wreszcie owe częściowo już zapomniane, ale wciąż istniejące świadectwa ludzi, którzy widzieli, w jaki to sposób Imperium zbierało z ulic owe śmieci, z których na i tak przeludnionych Wyspach nie było najmniejszego pożytku, a mogli się jak najbardziej przydać na Karaibach, w Indiach, w Afryce, czy gdziekolwiek indziej na świecie. Wszak, jak to wyraźnie swego czasu napisał znany nam skądinąd królewski czarownik John Dee, Imperium nie ma granic.
      A zatem, jeśli w najbliższych dniach, po raz nie wiadomo już który, dowiemy się z prasy włoskiej, skandynawskiej, czy jak najbardziej również brytyjskiej, o tym, jak to Polacy na terenie Polski budowali obozy koncentracyjne, gdzie mordowało się słabych i niepotrzebnych, a tych, którzy mieli szczęście nie urodzić się w Polsce, głodzono na śmierć w katolickich domach samotnej matki w Irlandii, nie spuszczajmy ze wstydem oczu, ale wyciągnijmy wskazujący palec w stronę tych, dla których pozbawić kogoś życia oznaczało zawsze i wręcz systemowo mniej, niż splunięcie.
 
      No i to tyle. A teraz może jeszcze raz zastanówmy się, jak to jest z ową niestosownością, ewentualnie stosownością, informowania, względnie nieinformowania, o tym, czy o owym.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.


niedziela, 8 czerwca 2014

Na co Diabłu Irlandia?

Nie wiem, ilu z nas mówi coś nazwisko Frank McCourt, tak się jednak składa, że dla mojej żony choćby to jest autentycznie ktoś. Nakręcony na podstawie jego książki, pod tym samym tytułem, film „Prochy Angeli” ona widziała dziesiątki razy i zna go z najdrobniejszymi szczegółami niemal na pamięć, a samą książkę, zarówno po polsku jak i po angielsku, czytała tyle razy, że ja ze swoim „Ojcem Chrzestnym”, jak to mówią, wysiadam. Sam zresztą też czytałem McCourta i oglądałem ten film, i podobnie jak ona, jestem pod dużym bardzo wrażeniem.
Kto to taki ten McCourt i co to za historia za nim stoi? Otóż urodził się w roku 1930 w zamieszkałej w Nowym Jorku irlandzkiej rodzinie. Jego ojcem był były żołnierz IRA Malachy McCourt, a mamą katoliczka o imieniu Angela. Mieszkał więc w tym Nowym Jorku z rodzicami i czworgiem młodszego rodzeństwa do czasu gdy bieda Wielkiego Kryzysu zmusiła ich do powrotu do Irlandii, gdzie wszyscy wpadli oczywiście w jeszcze większą biedę. Kto lubi czytać książki, niech sobie kupi owe „Prochy Angeli” (są przetłumaczone na polski), a kto woli komunikację bardziej nowoczesną, niech sobie ściągnie z Internetu ten film (też jest po polsku). Jedno i drugie to dzieła bezwzględnie wybitne, na najwyższym możliwie poziomie wzruszeń, to jednak co nas tu powinno zainteresować to przedstawiony przez McCourta obraz Irlandii w połowie XX wieku. I nie chodzi o to, że ja przez to, że w ogóle jestem mało oczytany, lub że jestem generalnie nastawiony na przesadne emocje, a zatem ów obraz robi na mnie wrażenie większe, niż powinien. Rzecz w tym, że to co widzimy (lub czytamy) u McCourta – a nie ma powodu, by mu jakoś szczególnie nie wierzyć – to jest nędza tak straszna, że za nią jest już tylko śmierć, w dodatku śmierć bez pogrzebu i tym bardziej bez porządnego miejsca na cmentarzu. To nędza, gdzie człowiek żyje w gównie, a kiedy już żyć dalej nie może i musi umrzeć, pies z kulawą nogą tego nie zauważy. Irlandia lat 40-tych, czy 50-tych, tak jak ją ukazuje McCourt, to jest coś tak strasznego, że ja osobiście nie jestem w stanie sobie wyobrazić niczego bardziej dosłownego.
Czytamy te książkę (ewentualnie oglądamy film) i jesteśmy oczywiście, każdy z nas osobno, świadkami kolejnych śmierci tych dzieci, które się tam oczywiście wciąż rodzą, czy tego niewytłumaczalnego do końca cudu, kiedy to sam jedenastoletni wówczas Frank McCourt zdrowieje z tyfusu.
Ani w książce McCourta, ani w tym filmie, nie widać tych, którym akurat się powodziło, a nie mam wątpliwości, że i oni gdzieś tam być musieli. Świat tam przedstawiony to jedynie ten głód, ta nędza i śmierć jedna za drugą, a wszystko tak realnie, że my w pewnym momencie już mamy tylko dwie możliwości: albo uznać, że tak właśnie wyglądała ówczesna Irlandia, albo podejrzewać jakiś ciężki fałsz… tyle że znów, w tym momencie musi się pojawić pytanie, że skoro tak, czemu nikt rewelacji McCourta nigdy nie sprostował? Czemu jego słynna powieść nie została nigdy zakwalifikowana, jako fantazja, czy, jak to lubią nazywać mądrzy profesorowie „dystopia”? Czemu oficjalny jak najbardziej przekaz historyczny wciąż nas informuje, że niemal do końca wieku Irlandia stanowiła nędzę nieporównywalną z tym nawet, co my Polacy przeżywaliśmy za późnego Gomułki, czy wczesnego Jaruzelskiego.
Wczoraj nasz kolega Coryllus przedstawił niezwykle ważny tekst zatytułowany „Osiemset dziecięcych czaszek”, rozliczający się z aż nazbyt ostatnio przejrzystą antykatolicką propagandą, której pierwszym celem jest wmówienie nam, że dzisiejsza pedofilia wśród księży, to ich karykaturalne wręcz zepsucie, ta chciwość, ten grzech, mają swój początek w latach znacznie wcześniejszych – choćby w Irlandii pierwszej połowy dwudziestego wieku, kiedy to w prowadzonych przez Kościół katolicki przytułkach umierały jedno po drugim niewinne irlandzkie dzieci. Dlaczego one umierały? Czy może dlatego, że ich młode matki miały to nieszczęście, że zamiast trafić do jakiegoś porządnego państwowego punktu opiekuńczego, gdzie wykwalifikowany personel by się nimi zajął, przez swój religijny zabobon zostały wydane na pastwę zboczonego kleru? Otóż nie. Z tego, o czym można, jeśli się tylko chce, przeczytać u McCourta, a co jak dotychczas nie zostało zakwestionowane przez historyków, wynika, że tamta Irlandia nie dawała szans nikomu – ani tym dzieciom, ani ich matkom, ani tym siostrom, ani nawet biskupom w purpurach. To było piekło na ziemi. A dopóki my nie wyjaśnimy sobie, jak mogło do czegoś takiego dojść, nie gdzieś w dzikiej Afryce, Chinach, Rosji, czy na Karaibach, ale w Europie, pod samym nosem wielkiego Brytyjskiego Imperium, ja bardzo proszę, żeby każdy, kto chce ze mną podyskutować na temat zepsucia Kościoła się zwyczajnie zamknął. Bo Kościół tu nie ma nic do rzeczy. Tu dziś mamy tylko ten jeden jedyny temat: jak to się stało, że te dzieci przez wszystkie tamte lata padały jak muchy? Ani McCourt, ani nawet tamten film, o Kościele nawet nie wspominają, a jeśli jednak, to z cała pewnością nie w tych kontekstach, jakich by oczekiwali inżynierowie naszych dusz. To jest – w najgorszym zresztą dla Kościoła wypadku – świat, który On najzwyczajniej w świecie opuścił, wystawiając na pastwę Imperium. I od tego dopiero momentu możemy zacząć naszą rozmowę. To był zaledwie wstęp.

Przypominam, że mamy konkurs i ostatni dzień głosowania. Jeszcze raz przypomnę, w czym rzecz. Zbliżają się wakacje, a z wakacjami sezon festiwalowy, w tym Orange Festival. Ponieważ cena karnetów jest dla normalnego człowieka nie do przejścia, szkolna dziatwa bierze udział w całej serii organizowanych stale przez System konkursów. Otóż moja młodsza córka i jej koleżanka Daria wystartowały w jednym z nich, na wykonanie najlepszego portretu jakiegoś francuskiego didżeja Guetty, Zosia ulepiła twarz tego Guetty z ziarenek kawy, czekolady, cukru i czegoś tam jeszcze, a Daria zbudowała jego portret złożony z cytatów z jego piosenek. Ponieważ obie awansowały do ścisłego finału, aby nie rozdrabniać głosów, postanowiły głosować na rysunek Darii, który jest zdecydowanie najlepszy. Karnet jest podwójny, więc jeśli Daria wygra, jadą obie. Jak mówię, dziś ostatni dzień głosowania, bardzo więc proszę skorzystać z poniższego linku:

http://www.eska.pl/news/konkurs_wygraj_meet_greet_z_davidem_guetta_-_glosuj_na_najlepszy_portret/99902/5

i klikać: Daria Sznapka, pozycja nr 6. To zaledwie chwila, chwila, która w dodatku nic nie kosztuje, a wystarczy popatrzeć na ten obrazek, by sumienie mieć czyste. Ja wiem, że to jest Eska, ale konkursu na blog roku, który wygraliśmy w 2008 też akurat nie organizuje niezależna.pl. Inna sprawa, że nasi już by o to zadbali, żeby Sznapka, jako osoba ze złego towarzystwa, przegrała. Bardzo więc proszę o ten gest. Dziękuję.

czwartek, 14 czerwca 2012

O wężach co syczą

Może się to komuś wydać dziwne, lub wręcz niemożliwe, ale faktem jest, że jak dotychczas, nie miałem okazji wysłuchać choćby fragmentu polskiego hymnu na mistrzostwa w piłce nożnej, a biorąc pod uwagę dotychczasowy rozwój zdarzeń, biorę bardzo poważnie pod uwagę taką też możliwość, że umrę, owego hymnu nie znając. Z tego co wiem, piosenka ta nosi tytuł; „Koko, koko euro spoko”, jest wykonywana przez grupę starszych pań przebranych w stroje ludowe, i w kulturze popularnej funkcjonuje jako tak zwany „obciach”.
Owa obciachowość, muszę przyznać, mnie mocno zadziwia, bo – znów, z tego co wiem – ta właśnie piosenka została przyjęta jako oficjalny hymn Polski na te mistrzostwa w wyniku konkursu, w dodatku konkursu, rozstrzyganego nie przez decyzję bandy jakichś podejrzanych ekspertów, ale głosami samych kibiców, którzy ją wytypowali, śląc na jej rzecz płatne esemesy. A więc, doszło do tego, że najpierw-śmy uznali, że w ten sposób, dzięki właśnie temu „koko spoko” najlepiej się zaprezentujemy jako kraj i naród, a następnie, kiedy już wszystko było gotowe do prezentacji, ryknęliśmy zbiorowym i wspólnym śmiechem, w nagim zachwycie nad tym, jacy to z nas wieśniacy.
Istnieje taka opinia, którą zresztą do pewnego stopnia podzielam i niejednokrotnie na tym blogu wyrażam, że jak idzie o poziom szeroko pojętej polskiej kultury artystycznej, wleczemy się na samym końcu świata. Że polskie kino, polska piosenka, polska literatura, polska sztuka plastyczna, czy wreszcie polski folklor, a zatem coś, na co nawet najbardziej ponury czas nie powinien mieć wpływu, to najgorsza możliwa nędza. Jak mówię, z prawdziwym bólem serca, w znacznym stopniu podzielam tę opinię, tyle że jestem przy tym głęboko przekonany, że całą winę za ten stan ponoszą nasze elity – elity samozwańcze, oszukańcze, elity które stały się tymi elitami drogą najbardziej bezczelnej uzurpacji. A nasza odpowiedzialność ogranicza się wyłącznie do tego, ze przez naszą jakże typową polską dobroduszność i łagodność serc, pozwoliliśmy na to rozpasanie, zamiast wziąć w rękę porządny kij i tę bandę bezczelnych darmozjadów rozpędzić na cztery wiatry.
Ale jest jeszcze coś, o czym nie wolno nam zapomnieć pod karą wiecznego potępienia. Otóż wspomniane elity, od samego początku prowadzą swoje interesy w dwóch kierunkach. Z jednej strony oczywiście zajmują cały dostępny rynek idei, skutecznie blokując wszystko co ma jakiekolwiek ambicje, z drugiej natomiast, robią co tylko w ich mocy, by wszystko co pozostaje na zewnątrz, pozostawało tam zachowując jak najniższy poziom. Żeby każdy zainteresowany wiedział, że to jest właśnie standard, na tle którego oni tak błyszczą. Mało tego. Oni robią co tylko w ich mocy, bo każdy Polak doskonale wiedział, że to co go otacza to najmarniejsza nędza, której właściwie można by się było wstydzić, ale również można się z niej pośmiać. To, jeśli ktoś chce się wyróżnić jako ten, kto wie więcej.
Nie mam pojęcia, jak wyglądało ogłoszenie konkursu na wspomniany hymn, kto się do niego zgłosił i jakie były nagrody za pierwsze miejsce. Nie wiem nawet, kto był tego konkursu organizatorem. Czy PZPN, czy TVP, czy może minister Mucha? Natomiast wiem z całą pewnością, że w ten czy inny sposób był to ktoś, komu bardzo zależało, by ów konkurs wygrała właśnie ta a nie inna piosenka. Dziś dowiaduję się, że gdzieś ktoś zasugerował, że to „koko” oznacza kokainę. I że ta sugestia zyskała na tyle duże uznanie, że jakoś tam funkcjonuje w przestrzeni publicznej. A ja wiem, że, bez względu na to, jak nieuprawnione i głupie są tego typu skojarzenia, to jest też efekt, na który ci ludzie bardzo liczyli.
Nie wiem, kto, poza tymi paniami, brał udział w konkursie, a więc trudno mi ocenić, czy konkurencja była silna, no i czy ten wynik był sprawiedliwy, czy nie. Jestem natomiast absolutnie pewien, że, gdyby komuś autentycznie zależało, by stworzyć coś w miarę choćby normalnego, i nie przynoszącego wstydu, można było się zwyczajnie zgłosić do muzyków z zespołu Trebunie Tutki, czy nawet do braci Golców i poprosić ich, by napisali coś, co Polacy będą mogli śpiewać w trakcie tych mistrzostw. A gdyby jedni i drudzy byli już tak fatalnie zepsuci sławą i pieniędzmi, że nie mieliby czasu na takie głupstwa jak jakieś konkursy, można było się zwrócić do jakichś co bardziej zdolnych górali z Poronina, czy ludowych artystów z Podlasia, by skomponowali i zaśpiewali jakąś chwytliwą piosenkę o tym, jaka Polska jest piękna i wielka. Niestety, czasy mamy takie, że jedni do czegoś takiego dopuścić nie mogli, a inni nie mieli ani siły, ani głowy do tego, by o to powalczyć. Czasy bowiem mamy tylko takie, że jedni czują wstyd i obrzydzenie, inni rechoczą, a reszta dba o wizerunek. Swój, bo przecież nie Polski.
Nie planowałem pisać tego tekstu. Miałem w planie parę innych tematów. Tak się jednak złożyło, że dziś z samego rana żona moja znalazła na youtubie klip z piosenką napisaną na tę samą co nasze „Koko” okazję przez Irlandczyków. Jak wiemy, Irlandia, jak idzie o piłkę nożną, stoi wprawdzie wyżej od Polski, ale nie na tyle wysoko, by wiązać z tymi mistrzostwami jakiekolwiek nadzieje. Wiadomo też powszechnie, że, jak idzie akurat o piłkę nożną, widok Irlandczyka śpiewającego, że drużyna Irlandii to tacy giganci, że cały świat powinien klękać z podziwu, jest niemal tak śmieszny jak wspomniane wczoraj przez mnie hasło „Kuba Boski Błaszczykowski”. Przepraszam. Nie „jest”, ale „byłby”. Byłby bowiem ów widok tak samo śmieszny, gdyby nie fakt, że Irlandczycy – idąc za przykładem swoich elit – na to by się z Irlandii śmiać nie pozwolą. Sami się z Irlandii nie będą śmiać i nikomu na to nie pozwolą. Oni oczywiście świetnie sobie zdają sprawę z tego, że każde słowo, jakie znajdzie się w takim na przykład hymnie na mistrzostwa w piłce nożnej, stanowi jedynie część pewnego rytuału, i że można ów rytuał nawet potraktować z lekkim przymrużeniem oka. Tyle że faktycznie lekkim, no i niezbyt długim, bo to nie jest byle jaki rytuał. Bo to jest rytuał ściśle związany z czymś bardzo, bardzo poważnym, wręcz świętym.
Słyszałem od kogoś kto się orientuje, że Irlandczycy to jedni z najbardziej miłych na świecie ludzi. Że oni, z samej swojej natury, są niemal tak mili jak potrafią być Polacy, gdy tylko nad nimi nie stoi jakiś bydlak i nie sączy im do ucha kłamstw na temat tego jacy oni są marni i wstrętni. A więc, są Irlandczycy niemal tak mili i serdeczni jak my. I wszystko pewnie by było świetnie, gdybyśmy też byli choć troszeczkę tak waleczni jak oni. Choć troszeczkę. Choć na tyle, by temu komuś, kto nachyla się nad naszym uchem jednym szybkim ruchem wykłuć oczy, a następnie, równie szybkim i zdecydowanym, wyrwać język. Na razie, proponuję, może posłuchać tej piosenki. Może ona nam – trochę na okrągło, przyznaję – pomoże poczuć, co znaczy być Polakiem.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga, o kupowanie książek, a jeśli już ktoś i tak zrobił, co mógł, to proszę tu zostać. Dziękuję.


środa, 18 czerwca 2008

Demokracja we władzy ciemności

Właściwie, wobec dzisiejszej, a może jeszcze wczorajszej, śmierci tego niewinnego dziecka, traci sens pisanie nawet o Lechu Wałęsie, a co dopiero o innych codziennych potyczkach.
Niestety nowe czasy przyzwyczaiły nas do tak przeróżnych barbarzyństw, że nic tu nie zmieni ani jakakolwiek powszechna demonstracja, ani pojedynczy nawet gest.
Jedyne, co można zrobić, to uczcić to smutne wydarzenie, pisząc o zjawisku, które stanowi początek i jednocześnie koniec tego samego sznura, czyli o demokracji, jednak demokracji szczególnej, bo demokracji we władzy ciemności.
Dziś Rzepa, po raz już któryś, relacjonuje rozpaczliwe ruchy wokół sytuacji w Europie po irlandzkim referendum. Już sam tytuł artykułu wieści ciekawą przyszłość: Czy Irlandię można wyrzucić z Unii.
Chodzi o to, że niejaki Martin Schultz – niemiecki socjalista – zaproponował, że jeśli Irlandia okaże się jedynym państwem, które nie ratyfikuje traktatu, trzeba będzie być może Irlandię z Europy pogonić.
Wprawdzie nie zostaliśmy poinstruowani, co zrobić, jeśli będą te państwa dwa, ale za to odezwał się inny prawdziwy, znowu jednak niemiecki, Europejczyk, który powiedział, że może nie będziemy Irlandii wyrzucać, ale niech Irlandczycy coś zaproponują.
Wprawdzie nikt nie powiedział, że jeśłi w następnych wyborach w Polsce motłoch wybierze PiS, to niech motłoch zaproponuje co z tym fantem zrobić, ale żeby nie było tak, że to tylko Niemcy popadli w histerię, odezwał się jeden Czech i powiedział, że trzeba zmienić zasady. Mianowicie, demokracja powinna funkcjonować dalej, owszem, tyle, że troszkę zmodyfikowana.
I teraz jest tak, że ja się na Europie znam mało. To znaczy wiem, gdzie leży jaki kraj i pamiętam, że jeszcze niedawno były niemieckie marki, francuskie franki i włoskie liry, natomiast nie wiem, co Europa kombinuje.
Z tego, co dotychczas usłyszałem, wnioskuję, że plan był taki, że najważniejsze kwestie uchwalamy wspólnie, bo jesteśmy jednością i chcemy dawać przykład. Jeśli ktoś natomiast będzie miał inne zdanie, niż wszyscy inni, to się będziemy zastanawiać tak długo, aż wymyślimy, żeby było lepiej.
Ja oczywiście spodziewałem się, że ten głupkowaty pomysł jest tylko strzałem na wiwat i nawet nie narobi większego huku. Co ciekawsze jednak, wiedziałem też, że wszystko będzie dobrze, dopóki i ja i oni i każdy będziemy demokratycznie chcieli tak, jak chcą ci, którzy o tym, co należy chcieć, decydują. W momencie, jak ktoś zechce inaczej, to dostanie po uszach. Bo demokracja, jak wiemy, jest okay, pod warunkiem, że pozwala decydować tym, którzy wiedzą lepiej.
W telewizji niedawno widziałem posła Niesiołowskiego, który się pieklił, że nie może być tak, żeby paręset tysięcy ludzi decydowało o losach Europy. Ja oczywiście się z nim zgadzam, tylko pragnąłbym się dowiedzieć, kto to taki i z jakiego powodu na samym początku wymyślił system, w którym paręset tysięcy będzie decydowało?
Więc kto to wymyślił, nie wiem, bo aż tak głęboko w ciemność moja głowa nie sięga. Natomiast wiem, po co. Po to mianowicie, żeby można było tym alibi o nazwie demokracja całej wystawionej do wiatru Europie machać pod nosem.
Demokracja jest oczywiście jakimś tam rozwiązaniem, nawet jeśli wynikającym z chwilowego kaprysu historii, i nawet jeśli wolelibyśmy coś bardziej absolutnego, a przez to bardziej oświeconego, niż rządy tłumu, czy (w rzeczywistości rządy bezwzględnych manipulatorów), to akurat to nie my jesteśmy tymi, którzy demokracją gardzą.
W rzeczywistości, to są ci, którzy kiedyś wpadli na pomysł, że najlepszy będzie system, w którym przy pomocy najróżniejszych technik najpierw ogłupi się społeczeństwa, a potem pozwoli im się rządzić zgodnie z wolą ich przedstawicieli – oczywiście przedstawicieli starannie wyselekcjonowanych.
Kiedy od czasu do czasu okazuje się, że ci dziwni inżynierowie jak zwykle za bardzo się przejęli swoimi możliwościami i, jak wiele razy wcześniej, nie docenili siły ludzkiego ducha, to my wszyscy musimy z zażenowaniem obserwować, jak w efekcie tej swojej chorej kalkulacji ci wszyscy panowie i panie raz po raz wybuchają gniewem, bo demokracja im nie działa.
Tak jest oczywiście na całym świecie, że przedstawiciele tej – w ich własnej opinii – mądrzejszej i bardziej światłej części społeczeństwa, męczą siebie i innych nieustannym i notorycznym zawodzeniem skierowanym na pozostałą część grupy, w której przyszło im żyć. I wciąż bezwstydnie krzyczą: “Daliśmy wam tę demokrację, a wy jesteście tacy niewdzięczni”.
Ten dziwaczny stan mamy też, owszem, i w Polsce od początku tzw. władzy ludowej, a potem solidarnościowej i wreszcie post-ludowej by skończyć na post-solidarnościowej.
Wygrał Wałęsa – naród głupi; wygrał AWS – naród nie zasługuje; wygrał PiS – naród odrzucił demokrację; wygrał Kaczyński – coś chyba z tą demokracją trzeba zrobić. Dlaczego? No jak to dlaczego? Bo naturalnie decyzję tłumu zagrażają demokracji.
No i żyjemy w tym pseudodemokratycznym chaosie, gdzie demokracja jest piękna i zła i głupia i niebezpieczna i upragniona i jedyna i najgorsza. A jej jedyny stały, niezmienny i potężny efekt to ten, że raz do roku, a jak trzeba, to i kilka razy do roku, można wypuścić na ulicę bandę poprzebieranych onaninistów, a jak komu przyjdzie ochota, to zabić w majestacie prawa jakieś dziecko.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...