Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Węgry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Węgry. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 kwietnia 2022

Gdy Polska wygrywa

 

        Zwycięstwo Victora Orbana w węgierskich wyborach uradowało mnie do tego stopnia, że jedyne co mogłoby ową radość przebić, to wiadomość, że Putin został fatalnie pogryziony przez swoje psy i już do końca życia będzie spędzał czas na wózku inwalidzkim podłączony do rurek. Ale nie tylko samo zwycięstwo. Było mi też bardzo miło usłyszeć, że jego Fidesz będzie rządził większością konstytucyjną, i w efekcie tego próbująca go zniszczyć czerwono-brunatna koalicja zapewne rozpadnie się na dziesiątki nic nie znaczących kawałków. Nie mogę też nie wspomnieć o czymś jeszcze co sprawia, że jestem od dwóch dni w bardzo dobrym nastroju. Otóż od dawna nie spotkało mnie coś równie przyjemnego jak widok całej tej bandy europejskich liberałów, nieprzytomnych z wściekłości na to, że coś co wydawało się już niemal wyłaniać zza rogu, okazało się zwykłym chciejstwem.

        Tyle jeśli idzie o zwykłą satysfakcję z tego, że źli ludzie dostali po łbie. To co się stało na Węgrzech ma w moim odczuciu również wymiar jak najbardziej praktyczny. Otóż Polska, której dobro przede wszystkim mam na sercu, nie zostanie opuszczona na swoim polu walki ze zdemoralizowaną i zlewaczałą Europą, wystawiona na tysiące okrutnych cięć tym bardziej bolesnych im bardziej wspomniane wcześniej zło będzie mogło triumfować w przekonaniu, że na placu broni pozostał już tylko jeden realny przeciwnik. W czasach gdy pierwszą faktyczną władzą stała się propaganda, to co by musiało wokół nas eksplodować po zwycięstwie tak zwanych „sił demokratycznych” na Węgrzech, niewątpliwie doprowadziłoby do tego, że w wyborach w przyszłym roku Prawo i Sprawiedliwość, a więc jedyna dziś siła gwarantująca cywilizacyjne status quo, zmarniałoby i przeminęło z wiatrem. Tu jednak wszystko wskazuje na to, że zwycięstwo chrześcijańskiej cywilizacji na Węgrzech zwiastuje dobry nowy rok i tu w Polsce. Tego jestem pewien i tym bardziej klęska węgierskiej opozycji mnie cieszy.

       Ktoś pewnie już się wyrywa z pytaniem, a jak ja mianowicie widzę w tym wszystkim to co jest dla nas dziś najważniejsze, czyli agresję Rosjan na Ukrainę, to całe nieszczęście, jakiego niemymi świadkami przyszło nam dziś być, no i gratulacyjny, pełen radości list, jaki do Victora Orbana, z okazji sukcesu Fideszu, wysłał Władimir Putin. Odpowiem bardzo krótko: Putinowi życzę, by żył milion lat i dopiero Sąd Ostateczny sprzątnął jego marną duszę z tego świata, nad Ukrainą płaczę, liczę na jej zwycięstwo i jak najbardziej zasłużoną niepodległość, a to co na temat Węgier i samego Orbana myśli Putin, mam w głębokiej obojętności. Podobnie zresztą, jak w głębokiej obojętności mam to, co o Orbanie myśli Donald Tusk i Tomasz Lis, co o Putinie myśli Włodzimierz Cimoszewicz, jak głęboko dzisiejszy los Ukrainy noszą w sercu Maciej Gdula i marszałek Grodzki, i – last but not least – co o Ukrainie myśli sam Orban. Ponieważ bowiem nigdy ani przez chwilę nie wyznawałem zasady, że wróg mojego przyjaciela jest moim wrogiem, czy że przyjaciel mojego przyjaciela jest moim przyjacielem, podobnie jak wreszcie że przyjacielem jest wróg mojego wroga, tylko samodzielnie wypatrywałem wrogów i przyjaciół, mam w nosie to co Żeleński myśli o Orbanie, co o Orbanie myśli Tusk lub Wałęsa, i co o Wałęsie myśli Orban. Powiem więcej: ja mam głęboko w nosie to jakie zdanie ma na temat aktualnych sojuszy tak zwana „polska prawica” z Tomaszem Sakiewiczem i braćmi Karnowskimi na czele. Ja mam swoich wrogów i przyjaciół i nikt mi nic tu nie będzie podpowiadał. I dziś jest tak że moim wrogiem jest Tusk i jego ferajna, Putin ze swoimi psami, skorumpowana do szpiku kości tak zwana „Europa”, Niemcy, Serbowie, Francuzi, Holendrzy, Chiny, a przyjaciółmi prezydent Żeleński i cała tak cudowanie dzielna Ukraina, Borys Johnson, Joe Biden, i jak najbardziej Victor Orban, z nich wszystkich przyjaciel Polski najbardziej sprawdzony.

       A zatem cieszmy się, że wszystko idzie w odpowiednim kierunku i miejmy nadzieję, że to całe zło, które dziś nie daje nam żyć, ostatecznie zdechnie.

  


       

środa, 5 sierpnia 2015

Czy Węgrów smuci kształt list wyborczych Platformy Obywatelskiej w Łodzi?

Podejrzewam, że dzisiejszy dzień przyniesie nam głównie roztrząsanie jednego z ostatnich przemówień Bronisława Komorowskiego do narodu, być może ze szczególnym uwzględnieniem momentu, kiedy ten, jako wciąż jeszcze Prezydent, pochwalił się, że wystarczyła zaledwie chwila, by po Smoleńskiej Katastrofie polska władza, w tym jak najbardziej on sam, zdołała zastąpić zmarłego prezesa Skrzypka Markiem Belką. Ponieważ jednak, gdy chodzi o polską politykę, ja mam tyle niepokojów i zmartwień, że już tylko czekam aż Andrzej Duda oficjalnie obejmie urząd i da nam pierwsze powody byśmy się przestali zadręczać, chciałbym się dziś skupić na czymś bardzo odległym od naszej polskiej sytuacji, a jednak w jakiś przedziwny sposób bliskim. Mówię mianowicie znów o Węgrzech.
Kiedy wróciliśmy z niedawnej wycieczki do Budapesztu, zamieściłem i tu kolejno kilka tekstów, w których z prawdziwym zachwytem opisałem to, czego zdarzyło nam się tam na Węgrzech doświadczyć. I oto w momencie, gdy z owych węgierskich wspomnień utworzyła się już poważna seria, swoją notkę w Salonie 24 opublikował ktoś podpisujący się jako kropka.hu. Ze względu na owo „hu” sprawdziłem go i okazało się, że przede wszystkim, że jest to jakiś polski Węgier – ewentualnie węgierski Polak – który nie lubi Orbana, no a poza tym, że to nic innego, jak właśnie moje teksty zmobilizowały go do owej aktywności. Bardzo mi przyjemnie.
Ja wprawdzie to co na temat swoich wrażeń z pobytu na Węgrzech miałem do powiedzenia, powiedziałem, i temat zmieniłem, jednak, jak widzę, bloger kropka.hu jakoś ciągnie. Wczoraj zamieścił on w Salonie tekst, który Administracja uprzejmie wrzuciła mu na pudło, a w którym on beszta rząd Orbana za to, że doprowadził Węgry do kompletnego upadku, a samych Węgrów na granicę nędzy.
Wbrew temu, co niektórzy czytelnicy tego bloga mogą podejrzewać, ja nie mam ochoty dyskutować z blogerem kropka.hu na temat kondycji, w jakiej znajduje się dziś węgierski naród. Wiem, że społeczne poparcie dla premiera Orbana i jego Fideszu jest tak duże, a popularność socjalistów z tą ich idiotyczną czarną flagą na gmachu Parlamentu tak niska, że aktualna władza ma spokój jeszcze na parę kadencji, a cała reszta siłą rzeczy mnie już nie obchodzi. Wszelkie analizy wraz z odpowiednimi prognozami zostawiam jemu. Niech dostaje cholery. Ja natomiast chciałbym wrócić do wspomnień i opowiedzieć o zdarzeniu, o którym wcześniej nie wspominałem, a który, jak sądzę, w dzisiejszym kontekście do przypomnienia nadaje się w sam raz.
Otóż, kiedy pociąg z Budapesztu do Katowic ruszył, już po chwili, ku powszechnym zaskoczeniu, w naszym przedziale pojawili się węgierscy policjanci w celu przeprowadzenia kontroli paszportowej. W kolejnym momencie zobaczyliśmy, że prowadzą oni jakiegoś Czarnego (zwracam uwagę, że używam terminologii akceptowanej na świecie, jako politycznie poprawnej). Tak się złożyło, że przez czas, jaki upłynął nam między Budapesztem a następną stacją, oni tego Czarnego trzymali w przedziale obok, więc miałem okazję wykonać parę zdjęć. I myślę sobie, że skoro bloger kropka.hu, w sposób oczywisty zainspirowany moimi refleksjami, zamieszcza tu te swoje teksty, jak najbardziej ilustrowane zdjęciami, to nic nie zaszkodzi, jeśli ja też dorzucę parę zdjęć. Choćby po to, byśmy zobaczyli, jak pięknie Węgrzy mówią na policję.



Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Kto kiep, niech żałuje.

środa, 22 lipca 2015

I zawsze śmierć, jej żywy krok

Jednym z miejsc w Budapeszcie, których nie wolno nie odwiedzić jest oczywiście tak zwane Muzeum Terroru, gdzie każdy kto życzy sobie poznać najnowszą historię narodów, które miały to nieszczęście, by najpierw przejść przez czasy niemieckiej okupacji, a następnie przez nieszczęścia komunizmu. Dwie rzeczy uderzają, kiedy już kupi się ten bilet i minie ten sowiecki czołg, który jest do obejrzenia za darmo, jak te niedźwiedzie w warszawskim zoo: pierwsza to ta, że tu nie ma mowy o jakichkolwiek żartach, kabaretach i wesołych anegdotach z czasów minionych, a druga, że to muzeum to jest kawałek absolutnie profesjonalnej roboty. Miałem dwa razy okazję oglądać Muzeum Powstania Warszawskiego, byłem też bardzo niedawno w Muzeum Polskich Żydów i powiem szczerze, że nie ma sposobu by jedno i drugie próbować porównywać do budepesztańskiego Muzeum Terroru. Przepraszam bardzo ale to jest kosmos.
Nie będę przedstawiał tu tego wszystkiego co tam widziałem i przeżywałem, bo uważam, że każdy z nas powinien znaleźć okazję, by pojechać na Węgry i postarać się zwiedzić to miejsce, natomiast chciałbym tylko zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że Węgrzy okresu komuny w żaden sposób nie traktują jak okazji do wesołych wspomnień, a wszelkich związanych z tamtym czasem pamiątek, jako elementów nowej popkultury. A zatem, podejrzewam, że gdyby któremuś z nich pokazać polską knajpę pod nazwą na przykład „Słodycze PRL-u”, gdzie cały wystrój sali oparty jest na socrealistycznej estetyce, ten ktoś mógłby się bardzo zdziwić. Na Węgrzech to całe nieszczęście pozostaje nieszczęściem i tylko nieszczęściem.
I to jest refleksja pierwsza. Druga z nich jest związana z niejakim Matiasem Rakosim, czy może lepiej, jak to wolą Węgrzy, Rakosim Matiasem, jednym z największych i najbardziej okrutnych zbrodniarzy, jaką w całej swej historii nosiła święta ziemia. Otóż kiedy się przechodzi przez owo nieprawdopodobne wręcz muzeum, można odnieść wrażenie, że tak naprawdę owe czasy terroru to są tylko oni – ten łysy człowiek bez szyi i jego skośnooka żona. Ponieważ tam większość informacji jest podana w języku węgierskim, nie jest łatwo się zorientować, z kim tu mamy do czynienia, jednak obecność tego Rakosiego na każdym niemal kroku, czy to w postaci wielkich socrealistycznych obrazów, czy zdjęć, czy starych filmów, czy oryginalnego modelu samochodu, którym on jeździł, a wszystko to w kontekście absolutnie nie skłaniającym do relaksu, wskazuje, że tak naprawdę węgierska pamięć jest splątana na zawsze wokół tych dwojga ludzi – owego Rakosiego i jego żony gdzieś z dalekiej Jakucji.
Ponieważ od kilku dni wciąż mam te Węgry w głowie, staram się nadrobić wszelkie braki, jakie nazbierały mi się przez całe życie i oto znajduję informację, że ów Rakosi, wywieziony przez Sowietów z Węgier w roku 1956 nigdy już nie wrócił do kraju i zmarł na owym szczególnym wygnaniu w mieście Gorki w 1971 roku. Czytam też że w roku 1970 komunistyczne władze Węgier wydały Rakosiemu zgodę na powrót do ojczyzny, pod warunkiem, że nie będzie się angażował w politykę – co też musi świadczyć o jego szczególnym statusie! – jednak ten im bardzo wyraźnie pokazał, gdzie jest jego prawdziwa ojczyzna i już tam w tym Gorkim został.
Czytam też, że po jego śmierci, skutkiem starań czy to rodziny, czy przyjaciół, czy politycznych wyznawców, prochy Rakosiego zostały sprowadzone na Węgry i spoczęły w na budepesztańskim cmentarzu Farkasrét, jednak jego grób do dziś jest oznaczony jedynie inicjałami, w obawie przed tym, że ktoś przyjdzie i najpierw zrówna go z ziemią, a potem się na niego wysra. Póki co jednak, wystarczy spojrzeć na poniższe zdjęcie, by się przekonać, że ktoś bardzo dba, by temu złu nie stała się najmniejsza krzywda.
I taka to historia. Co ona nam mówi? Sam się zastanawiam.



Przypominam, że ostatnie już egzemplarze książki „O siedmiokilogramowym liściu” można zamawiać pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie. Polecam serdecznie.

wtorek, 21 lipca 2015

O pomniku, którego nienawidzą bardziej niż nas



W poprzedniej notce wspomniałem o pomniku, który stoi na budapesztańskim Placu Zwycięstwa i jest bardzo brutalnie kontestowany przez polityczne środowiska żydowskie, zarówno w samych Węgrzech, jak i naturalnie za granicą, no a skoro przez nie, to i jak najbardziej przez różnego rodzaju lokalne agendy. Chciałbym więc dziś może temat ów potraktować osobno, tak byśmy może dowiedzieli się na ten temat nieco więcej, i choćby w ten sposób poczuli wspólnotę losów wobec owej niebywałej wręcz agresji.
Kiedy wiosną zeszłego roku Węgrzy przystąpili do budowy pomnika mającego na celu upamiętnienie ofiar niemieckiej okupacji roku 1944, niemal wszyscy amerykańscy kongresmeni żydowskiego pochodzenia zwrócili się z petycją do premiera Victora Orbana, by się opamiętał i z realizacji swojego projektu wycofał. Wprawdzie wówczas jeszcze chyba nie były znane ani ostateczny kształt a już na pewno do końca symbolika pomnika, jednak przeciwko Węgrom skierowano całą siłę owego protestu, z tego jednego powodu, że im nagle przyszło do głowy uznać, że oni akurat mogą mieć coś do powiedzenia na temat II Wojny Światowej, poza pokornym przyznaniem się do swojego w niej udziału w charakterze sojuszników hitlerowskich Niemiec.
Amerykańcy Żydzi zarzucili więc Węgrom, że kiedy ci próbują na swój sposób upamiętnić ofiary niemieckiej okupacji Węgier, za tym gestem wręcz automatycznie stoi równoległa próba usprawiedliwiania udziału samych Węgrów w Holokauście, bo zdaniem Żydów, każdy przytomny człowiek wie, że gorliwość z jaką Węgrzy mordowali ich ojców i dziadków często przekraczała to, czego od nich wymagali niemieccy okupanci. A na to, by ktokolwiek próbował oskarżać Niemców o to, co nie było ich udziałem, żaden Żyd nie pozwoli.
Pomnik w proponowanym kształcie”, powiedział kongresmen Eliot Engel, „który przez obraz anioła atakowanego przez niemieckiego orła symbolizuje zwolnienie Węgrów z odpowiedzialności za Holocaust, nie doprowadzi do zgody, a bolesne rany jedynie rozdrapie. Byłoby czymś bardzo smutnym, gdyby rząd węgierski podtrzymał swoje plany budowy pomnika, który stanowi przykład dramatycznego braku wrażliwości i w ten sposób nie może właściwie upamiętnić tamtego strasznego czasu”.
Inny przedstawiciel amerykańskiej diaspory, kongresmen Henry Waxman dodał: „Jest mi bardzo przykro, kiedy widzę jak zapowiadany pomnik ma zafałszować rolę, jaką Węgrzy odegrali przy deportacji swoich żydowskich współobywateli i mam tylko nadzieję, że premier Orban wspólnie z organizacjami żydowskimi wypracuje odpowiedni sposób upamiętnienia tego, co tworzy wojenne doświadczenie wszystkich Węgrów”.
W reakcji na ów atak, Victor Orban przedstawił swoje stanowisko w czterostronicowym liście, w którym napisał między innymi: „Ofiary – czy to żydzi, czy chrześcijanie, czy osoby niewierzące – były ofiarami niemieckiego imperium, które jednym zbrodniczym gestem zakwestionowało dwa tysiące lat chrześcijańskiej tradycji. Przyznaję z bólem, że kolaboracja węgierskich elit z niemieckim okupantem pozostaje naszym grzechem, który trudno wybaczyć, jednak nie może być tak, by Węgrzy brali na siebie odpowiedzialność za grzechy, których nie popełnili. Chcemy stwierdzić wyraźnie i jasno fakt, że deportacje nie miałyby miejsca, nie byłoby tamtych wagonów i setek tysięcy ofiar, gdyby nie niemiecka okupacja”.
Stanął więc ten pomnik, na którym widzimy archanioła Gabriela z królewskim jabłkiem z krzyżem i wznoszącym się nad jego głową niemieckim orłem, a wokół trwa nieustanny zgiełk, który nie ustanie dopóki Węgrzy nie pochylą w pokorze głów i nie przyznają, że tak, to oni stali za tym całym nieszczęściem. Nie Niemcy, ale oni. Oczywiście, tak zapewne by nikt krytykom pomnika nie zarzucił kierowania się względami ideologicznymi, pojawiają się też zarzuty natury ściśle artystycznej. Oto ktoś twierdzi, że nad kształtem pomnika nie odbyła się publiczna dyskusja, a to w demokracji nie uchodzi, że sam pomnik jest brzydki i kiczowaty, kto inny wręcz zauważył, że archanioł Gabriel ma twarz młodego Victora Orbana, jeszcze ktoś uznał, że pomnik tak naprawdę upamiętnia niemieckich żołnierzy okupujących Węgry. A autor projektu pomnika, znany i uznany artysta nazwiskiem Párkányi Raab Péter, wciąż cierpliwie tłumaczy, że on zadbał o każdy najdrobniejszy jego element, tak by sprawiedliwość została oddana wszystkim bohaterom tej ponurej historii. A więc pracując nad swoim projektem, zwrócił uwagę na to, by Gabriel owego jabłka nie wznosił w geście triumfu, lecz wręcz przeciwnie, by z przymkniętymi jak we śnie oczyma, z trudem je chronił… poniżył się nawet do tego, by wyjaśnić, że jego modelem nie był młody Orban, lecz – tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach bywa – jego żona. Wszystko na nic.
Stoi więc sobie ten pomnik i choć protest, jaki się wciąż wokół niego organizuje, nie jest tak pełen nieprzytomnej wręcz agresji, jak przed rokiem, kiedy to w obawie przed jego dewastacją cały teren musiał zostać odgrodzony specjalnymi barierkami, to wciąż jest jak najbardziej widoczny, tyle że estetycznie ucywilizowany w postaci wkomponowanego już chyba na stałe w tę przestrzeń pojedynczego drutu kolczastego i całego szeregu żydowskich pamiątek takich jak stare walizki, laski, futerały na skrzypce, i owe dziesiątki kamieni z wypisanymi na nich imionami ofiar, i z tym jednym już tylko żądaniem, by tam na tym placu nikt ani jednym słowem nie wspomniał o tym, że Węgrzy w tamtej wojnie nie byli agresorem, ale przede wszystkim ofiarą.
To, no i jeszcze jedno, trochę ukryte, ale dla każdego, kto tam był i miał czas by się rozejrzeć dookoła idealnie widoczne: by na tym placu było miejsce tylko dla tego jednego wspomnienia, po bohaterskich radzieckich żołnierzach, którzy wyrwali Węgry ze szpon faszystowskiej międzynarodówki i dla tego pięknego napisu: „Chwała radzieckim bohaterom i wyzwolicielom”. To jest coś, co ani nigdy nie przeszkadzało, ani nigdy przeszkadzać nie będzie, ani amerykańskim Żydom, ani europejskim biurokratom, ani węgierskim intelektualistom, i oczywiście ich polskim sojusznikom.
To nie. Nie to.

Jak zawsze zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia nasze książki. Szczerze polecam.






niedziela, 19 lipca 2015

Węgry - nasza sprawa, nasza nadzieja, nasz los

To się po przyjeździe do Budapesztu rzuca w oczy niemal natychmiast. Owa, z jednej strony, niezwykła wprost uroda tego miejsca i ludzi – Węgrzy, wedle powszechnie rozumianych standardów, generalnie są wręcz wzruszająco ładni – ale również ten ich, można by powiedzieć, cywilizacyjny majestat, a z drugiej, pewna, wydawałoby się, bardzo starannie ukryta przed obcym okiem, a jednak nieprzyjemnie pulsująca, polityczna agresja, ta sama, której my Polacy mieliśmy okazję doświadczyć w latach 2005-2007 i której wciąż nie możemy zapomnieć. Ponieważ węgierski język jest, jaki jest, a więc dla mnie niedostępny choćby na poziomie domysłu, mogłem liczyć wyłącznie na obraz, oraz na to co znam, czyli pojawiające się tu i ówdzie angielskie słowa. I tak więc, wystarczyło mi raz rzucić okiem na budynek Parlamentu, by dostrzec czarną flagę. Na jego froncie, z jednej strony, wisi flaga Węgier, z drugiej, flaga Europy, a z boku, nagle, tej samej dokładnie wielkości – czarna flaga, diabeł jeden wie, co oznaczająca. Sprawdziłem to oczywiście od razu w Internecie i okazuje się, że ową flagę parę lat temu w proteście przeciwko „orbanowej” konstytucji wywiesiła na „swojej” części budynku opozycja, no i tak już zostało. Wiszą więc dziś na węgierskim Parlamencie trzy flagi: flaga Węgier, flaga Unii Europejskiej, no i czarna flaga zawieszona przez koalicję socjalistów i liberałów, by cały świat widział, że po ośmiu latach jak im naród odebrał władzę, Węgry są wciąż pogrążone w żałobie.
Owo apelowanie do opinii świata zresztą, ową zawstydzającą wręcz „murzyńskość” – jak wiemy, powszechną również i u nas, a objawiającą się w przepraszaniu całego świata za to, żeśmy nie dorośli – widać też na bilbordach, na których Węgrzy przepraszają Europę za premiera Orbana. Rozpoznałem tylko dwa z nich, napisane po angielsku, a więc jeden z hasłem: „Sorry about our primie minister”, jak przeczytałem w Internecie, będący częścią wielkiej społecznej akcji „Europo: przepraszamy za premiera Orbana”, a drugi z napisem: „Welcome to Hungary” zalepionym szyderczo kolejnym: „Closed on Sundays”. Chodzi o to, że od niedawna Węgrzy wprowadzili zakaz handlu w niedzielę, czym upodobnili się do takich krajów jak Austria, Niemcy, Francja, czy Holandia, a zaczęli się odróżniać od Słowacji, Czech, Rosji, Rumunii, Bułgarii, no i naszej Polski, czym narobili sobie wstydu przed tymi, co wcześniej wywiesili czarną flagę na Parlamencie.
Akcja jest dość rozległa, a owe billboardy można rozpoznać po charakterystycznym logo. Niestety, ponieważ są one sporządzone w tym kompletnie egzotycznym dla nas języku węgierskim, nie jestem w stanie powiedzieć, czego jeszcze zdecydowana dziś już mniejszość tego społeczeństwa wstydzi się przed światem, ale, jak sądzę, tematów im nie braknie. Nie zdziwiłbym się na przykład, gdyby część z nich dotyczyła tego, że od pewnego czasu sklepy z alkoholem i papierosami w Budapeszcie wyglądają jak nasze opisywane tu ostatnio parokrotnie domy gry, czy sex shopy, a więc z przesłoniętymi wystawami i czerwoną osiemnastką w kółku wskazującą na to, że w środku jest towar tylko dla dorosłych. Tak. To z pewnością może dla nich być jeden z bardziej dźwięcznych pretekstów, by przepraszać Europę za Węgry.
No i jest też wspaniały, naprawdę piękny, wzniesiony ledwo co w centrum miasta pomnik pojednania węgiersko-żydowskiego, na którym widzimy archanioła Gabriela trzymającego w ręku otrzymane od Boga królewskie jabłko z krzyżem, oraz atakującego go z góry niemieckiego orła, gdy ten próbuje mu ów symbol władzy odebrać. Jak czytam na specjalnej, umieszczonej obok na specjalnym stojaczku przez opozycję informacji, pomnik stanowi bezczelne nacjonalistyczne kłamstwo Orbana, próbujące ukryć odpowiedzialność Węgrów za zbrodnie wojenne, które „były jeszcze większe, niż zbrodnie niemieckie”. W innym miejscu znajduję też informację, że wokół pomnika odbywają się nieustanne demonstracje, podczas których Archanioł jest obrzucany jajkami, a opozycja już zapowiedziała, że kiedy odzyska władzę, pomnik zburzy, żeby Europie do głowy nawet nie przyszła myśl, że Węgrzy, niezależnie od swoich grzechów, ponieśli również ciężką ofiarę w wyniku najpierw niemieckiej, a następnie sowieckiej okupacji. Ofiarę naprawdę wielką.
No ale, jak mówię, sam już kraj i jego mieszkańcy robią wrażenie zarówno cywilizacyjnego, jak i czysto estetycznego cudu. Węgierki są śliczne, Węgrzy bardzo przystojni, a to o czym pisałem przy okazji naszej zeszłorocznej wizyty w Wiedniu, że tam niemal w ogóle nie widać tego wytatuowanego, obwieszonego kolczykami europejskiego wieśniactwa, tego „nowego brudu” udającego „nowy społeczny porządek”, na Węgrzech jest jeszcze bardziej widoczne. Powiedziałbym, że Węgrzy wyglądają jak wiedeńczycy, tyle że są od nich zdecydowanie ładniejsi.
No i wszyscy mówią po angielsku. Po prostu wszyscy. Nawet bileterzy w pociągu. Nawet kasjerki w marketach. Nawet pani sprzedająca bilety w ubikacji na dworcu.
No i w Szentendre, pięknej wiosce, gdzie mieszkaliśmy, zaszliśmy do kościoła na niedzielną mszę. Kościół pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła wypełniony był – do tego stopnia, że część ludzi stała – rodzinami z dziećmi, młodzieżą, ludźmi już mocno starszymi, matkami i ojcami z malutkimi dziećmi na rękach i wszyscy modlili się tak gorliwie, że muszę przyznać, że takiego stanu religijnego skupienia w Polsce nie widziałem. I jak oni śpiewali! Szentendre to miejscowość ściśle turystyczna, położona nad samym Dunajem, z bardzo klasyczną promenadą z hotelikami i restauracjami, plażą, na której siedzi młodzież i pali ogniska… i proszę sobie wyobrazić, że przez te pięć dni, jak tam byliśmy, nie widziałem jednego pijanego. Całe to wybrzeże od rana do później nocy wypełnione było tłumami ludzi spędzającymi tam wakacje – w większości Węgrami – i ani razu nie słyszałem, by ktoś po pijaku darł mordę… więcej – by ktoś się zachowywał demonstracyjnie głośno.
W ostatni wieczór zostaliśmy w Budapeszcie aż zrobiło się całkiem ciemno, by popatrzeć sobie na nocne miasto, na podświetlone place, na światła Parlamentu, zamki i wieże kościołów. Na Parlamencie wciąż wisiała czarna flaga, a pod pomnikiem pojednania węgiersko-żydowskiego wciąż leżały stare walizki, laski i kule, futerały na skrzypce, jakieś stare krzesło, zdjęcia pomordowanych Żydów i dziesiątki kamieni z powypisywanymi imionami „ofiar węgierskiego holocaustu”, które tam każdego dnia znoszą ci, co nie spoczną dopóki Węgrzy nie porzucą tej swojej bezczelnej dumy.
Miejmy więc nadzieję, że nie porzucą, a jeszcze chwila i ta czarna flaga na Parlamencie wtopi się w węgierski krajobraz tak samo, jak już powoli się w niego wtapia choćby ów przedziwny pomnik sowieckich żołnierzy na Szabadsag Ter, w którego stronę zmierza pewnym krokiem wykuty w brązie Ronald Reagan, jakby coś im miał bardzo ciekawego do powiedzenia.

Wszystkich Czytelników zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Sczerze zachęcam.

sobota, 11 czerwca 2011

O polactwie, węgractwie i wiecznej nadziei

Jak zapowiedziałem w jednym z niedawnych wpisów, pani Toyahowa pojechała na szkolną wycieczkę do Budapesztu i właśnie z niej wróciła. I jest tak, że oczywiście najlepiej by było, żeby ona sama siadła i napisała tych parę refleksji – bo, jak oczywiście, może my się domyślać, warto – ale też, co nie jest przecież tajemnicą, ona ten blog traktuje z sympatią bardzo szczególną, a mianowicie taką, z jaką ja na przykład traktuję sieć handlową o nazwie Tesco, a więc wyłącznie pod kątem specjalnych ofert na stosiku z alkoholem. A więc wszystko, jak zwykle, pozostaje w moich rękach, natomiast nie da się ukryć, że i niżej umieszczone zdjęcia, jak i wszelkie informację znalazły się tu wyłącznie dzięki jej spostrzegawczości, inteligencji i uprzejmości.
Na początek wypadałoby coś powiedziec na temat, który na pewnie interesuje najbardziej. Mianowicie, jak prezentują się Węgry po przejściu liberalnego huraganu, który przez minione 8 lat pustoszył ów piękny i bohaterski kraj. Otóż, jak relacjonuje moja zona, wszystko to wciąż widać. Oczywiście, Węgrzy zdecydowanie nabierają nowego oddechu, niemniej, jeśli porównać taki Budapeszt z Warszawą, czy nawet z Katowicami, widać zdecydowanie, że naszym specjalistom od naprawiania wszystkiego, co im wpadnie w ręce, jeszcze parę lat pracy pozostało. Budapeszt jest wciąż naturalnie wielki i piękny, natomiast w oczy rzuca się bardzo duża liczba tak zwanych szmateksów, stosunkowo dużo jakichś trabantów czy wartburgów, no i mnóstwo biedoty zalegającej ulice. Owa nędza leży na chodnikach, podpiera ściany domów i włóczy się w poszukiwaniu jakiegoś grosza. Jak twierdzi Toyahowa, to wszystko, a więc te trabanty, sklepy ze starą szmatą i ci biedacy, stanowi widok w pewnym sensie podstawowy, a nam pozostaje tylko, jeśli jesteśmy tylko w stanie użyć choć minimalnej inteligencji, dojść do wniosku, że faktycznie, przez te osiem lat węgierscy liberałowie nie próżnowali.
A więc to by było to, co możemy określić, jako krajobraz po węgierskim tsunami. Jednak jest coś jeszcze, czego, przyznam uczciwie, zupełnie się nie spodziewałem, co mi nawet się w mojej starej głowie nie zaczęło zalęgać, a co muszę uznać za Węgry wydaniu niemal bohaterskim. Mam tu na myśli kilka obrazów, które pani Toyahowa ze swojej wycieczki przywiozła i je przepięknie skomentowała, a ja tu te jej komentarze dziś tak jak tylko potrafię poszerzę i obdarzę pewną refleksją. Otóż w Budapeszcie znajduje się muzeum komunizmu, które jednak, w odróżnieniu od podobnych tego typu instytucji, czy to w Polsce, czy w Niemczech, czy może nawet i w Czechach, nie ma charakteru kabaretowego – gdzie można sobie zrobić zdjęcie w czapce ormowca, lub obejrzeć zdjęcie półek zastawionych octem, lub pośmiać się z Lenina – lecz stanowi gest jak najbardziej poważny, czy wręcz złowrogi. Już sama jego nazwa nie pozostawia wiele do dodania – Muzeum Terroru. I jak najbardziej słusznie. Bo komunizm to nie były dowcipy i milicjantach, to nawet nie był Che Guevara z domalowanym hitlerowskim wąsem. Komunizm to był terror w wersji jeden do jeden. Węgrzy najwyraźniej to rozumieją.
Oni to muszą rozumieć, a świadczy o tym choćby ten pozornie zupełnie pozbawiony sensu, kompletnie idiotyczny ruski pomnik w samym środku miasta, z ruskim sierpem i młotem i również, z jak najbardziej ruską gwiazdą. I proszę sobie wyobrazić, że pomnik ten jest na stałe, z każdej strony ogrodzony owymi specjalnym barierkami, dokładnie takimi samymi, jak te, które my ostatnio mieliśmy wielokrotnie oglądać na Krakowskim Przedmieściu. Różnica jest taka tylko, że u nas te barierki odgradzały ludzi od krzyża, by uniemożliwić im składanie pod nim kwiatów, palenie świec i modlitwę, podczas gdy w Budapeszcie, te barierki tam stoją, żeby Węgrzy nie pluli na tę gwiazdę i nie obrzucali jej jakimś brudem. Wokół tego niezwykłego pomnika od rana do wieczora i przez cała noc, 24 godziny na dobę, chodzą policjanci, którzy mają za zadanie to coś chronić przed naturalnymi emocjami ludzi. I to, uważam jest coś niezwykłego. To jest coś, co gotów byłbym nawet mieć w Polsce. Byleby nie pod specjalnym nadzorem obecnej władzy. Nie z nimi. Oni by cały efekt spieprzyli. Jak to oni.
Jest jednak jeszcze coś – o bardzo podobnym charakterze i kierunku – o czym opowiedziała mi moja żona, i co udokumentowała na poniższym zdjęciu.

To co widzimy przedstawia najprawdziwszy pomnik katyński, poświęcony Polsce i Polakom przez miejscowych Węgrów. Oczywiście, pomnik jak pomnik, może tylko ładniejszy od innych tego typu. Albo nie tak ładny, jak inne. Mnie się podoba bardzo, ale to jest akurat nieistotne. To co w nim najciekawsze, to, pomijając to, że on nie stoi w Polsce, lecz na Węgrzech, to podpis. Poważny jak bezgwiezdna czerń, wykonany w trzech językach: po węgiersku, po polsku i po angielsku. Oto jego treść.
Wiosną 1940 roku w Katyniu, na mocy decyzji najwyższych władz państwowych i partyjnych Związku Sowieckiego, NKWD zamordowało prawie 22 tysiące polskich jeńców wojennych, oficerów wojska polskiego, policjantów i osoby cywilne. Celem masakry katyńskiej było zniszczenie elity narodu polskiego i unicestwienie niepodległego ducha Polaków. Katyń to symbol tragedii i bohaterskiej śmierci tysięcy Polaków, a także symbol wartości wartościom i walki o prawdę, z zakłamaniem i zmową milczenia. To dramatyczne świadectwo złowrogiego oblicza rządów totalitarnych.
W hołdzie ofiarom, ku przestrodze potomnym, na pamiątkę wielowiekowej solidarności i przyjaźni narodów węgierskiego i polskiego
Samorząd dzielnicy Obuda-Bekasmegyer roku pańskiego 2008
”.
A więc tak. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że nawet gdyby jakimś cudem nasze władze państwowe samorządowe, czy dzielnicowe gdzieś w Polsce postanowiły postawić pomnik ku czci ofiar Katynia, Smoleńska, czy jakiegokolwiek miejsca polskiej męki na terenie Rosji, a miejski architekt, inne miejscowe, czy państwowe władze, ogólnopolskie i lokalne media, czy jakieś lokalne koterie tego pomysłu nie oprotestowałyby, i tego typu pomnik ostatecznie by stanął, to już tablica o takiej treści nie miałaby szans powisieć choćby przez jeden dzień. Każdy kto ma choćby minimum społecznej świadomości odnośnie tego, czym jest współczesna Polska, wie, że my Polacy na tego typu pamięć nie mamy co liczyć, a nawet nie mamy o niej dziś co marzyć. Nie dziś. Nie tu. Natomiast okazuje się, ze mamy to szczęście, że o tego typu gestach myślą, marzą i je robią Węgrzy. I to jest wiadomość i piękna i straszna.
I teraz, skoro już doszliśmy do kwestii i strasznych i pięknych, nie pozostaje nam już chyba nic innego, jak zakończyć te refleksje czymś najbardziej optymistycznym. A więc przede wszystkim, nie ma wątpliwości, że całe to gadanie, jakiego to tu to tam jesteśmy świadkami o tak zwanym „polactwie” i o tym, jak to nasze społeczeństwo znalazło się w wiecznym uścisku kłamstwa i terroru, i jak to System nad nami ostatecznie zwyciężył, to bajki i bzdury. Węgrzy – ci sami Węgrzy, którzy dziś stawiają naszym męczennikom pomniki, ci sami Węgrzy, którzy dzień i noc kręcą się wokół tamtych barierek z zaciśniętymi pięściami, ci sami wreszcie Węgrzy, 1.200.000 ludzi którzy, jak mi wczoraj opowiadał Janek Pospieszalski, dzień w dzień, wraz ze swoim Episkopatem, modlili się o to by Prawda i Wolność zwyciężyła – dawno, dawno temu, w demokratycznych wyborach oddali swój kraj pod opiekę bandzie liberałów, a następnie, przez osiem lat pozwalali im na wszystko, a dziś pokazują nam o wiele więcej, niż moglibyśmy się od nich spodziewać.
I jest jeszcze coś, już naprawdę na sam koniec. Oto jeszcze jeden obrazek, który pani Toyahowa przywiozła z dzisiejszych Węgier. Może i najskromniejszy, ale kto wie, czy nie mówiący najwięcej. Wsłuchajmy się w ten głos. Choćby i wtedy, gdy on będzie do nas dochodził aż z tak daleka. Poczujmy ten wiatr. Jeszcze raz poczujmy ten wiatr. I, jeśli tylko kto może, proszę bardzo mocno - niech skorzysta z podanego obok numeru konta, i zechce wesprzeć ten blog.

niedziela, 9 stycznia 2011

Przepraszam, czy ktoś kogoś może chce wyeksmitować?

Gdyby ktoś mnie spytał, czy biorę pod uwagę ewentualność, że obecna władza, pod kierunkiem Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego – wraz z odpowiednim zapleczem w postaci Krzysztofa Bondaryka, czy kto to tam teraz ma oko na to, żeby się wszystko gładko kręciło – dla utrzymania władzy weźmie nas za mordę, powiedziałbym raczej, że pewnie nie. Obawiam się wprawdzie, że za tą odpowiedzią nie stoi jakiś szczególnie wnikliwy ogląd sytuacji, lecz mój wrodzony optymizm, jednak mimo to, wciąż myślę, że oni nie zdecydują się na użycie siły w takim stopniu, byśmy to musieli odczuć bardziej fizycznie. Mam podejrzenie, że nawet w przypadku ludzi tak bardzo bezideowych i zepsutych jak oni, trzy lata władzy, to trochę mimo wszystko za mało, by dojść do takiego poziomu pewności siebie, gdzie można tu nam urządzić Rosję. I nie ma tu nic do rzeczy kwestia demokracji, czy jej braku. Dla nich, jak wiemy, to jest bez znaczenia. Mam wyłącznie nadzieję, że skoro oni są zbyt gnuśni, zbyt tchórzliwi, a przez z to zbyt mało zdeterminowani, by spróbować się podlizać komuś takiemu jak Leszek Balcerowicz, to tym bardziej nie będzie ich stać na to, by sprawić przyjemność Pawłowi Śpiewakowi.
Skąd mi przyszedł nagle do głowy ten Śpiewak? Otóż stało się tak przez wywiad, jakiego w weekendowej Rzeczpospolitej ten mędrzec udzielił Robertowi Mazurkowi. W swojej wypowiedzi, poza kompleksowym – nawet nie tyle krytykowaniem, co krytycznym opisem – rządów Platformy Obywatelskiej i osobiście Donalda Tuska, Śpiewak podkreśla trzy kwestie. Pierwsza jest taka, że Donald Tusk, jako człowiek całkowicie bezideowy, w swojej publicznej działalności kieruje się wyłącznie wręcz histeryczną w wiarą w potęgę skutecznego oszustwa. Druga taka, że dla niego główną siłą napędową jest z jednej strony pragnienie władzy, a z drugiej nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego. Trzecia natomiast, że owa nienawiść, jest jak najbardziej zrozumiała i uzasadniona. Dlaczego? Tego Śpiewak nie wyjaśnia. Widocznie w środowisku, w którym on się obraca, fakt że nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego jest uzasadniona, stanowi aksjomat.
Jak mówię, poza tymi trzema uwagami, całość wypowiedzi Śpiewaka stanowi już tylko bardzo solidne dokumentowanie informacji, że dla Donalda Tuska jedynym sposobem na życie jest dążenie do władzy i traktowanie ludzi jak bezmyślnych durniów. Dopiero pod sam koniec, zresztą na wyraźnie powtarzane życzenie Mazurka, Paweł Śpiewak przedstawia swoją prognozę odnośnie tego, co się wydarzy, kiedy – co dla wszystkich oczywiste – Platforma Obywatelska po raz kolejny wygra wybory, a Donald Tusk zostanie ponownie premierem. Tu muszę skorzystać z cytatu:
Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem”.
Tak oto bez mrugnięcia swoim profesorskim okiem, Paweł Śpiewak prognozuje przyszłość dla kraju, w którym przyszło mu mieszkać. Ktoś pewnie się teraz spodziewa, że ten obraz zostanie uzupełniony jakąś mocną oceną takiej sytuacji. I będzie miał rację. Na pytanie Mazurka, czy ta wizja go nie niepokoi, Śpiewak powiada:
Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć.[…] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć…”.
I to, moim zdaniem stanowi nową, niezwykle ciekawą jakość. Otóż Paweł Śpiewak, w tym swoim intelektualnym geście, przewiduje, że jeśli Platforma Obywatelska zdobędzie pełnię władzy, zapanuje powszechny strach już nawet nie na poziomie życia społecznego, lecz na poziomie samego państwa. Posuwa się on nawet do tego, że tego strachu nie sugeruje, lecz wręcz opisuje go przy pomocy konkretnych słów o bardzo konkretnych znaczeniach. Mówi Śpiewak, że kiedy Platforma Obywatelska przejmie całość władzy, całe polskie państwo padnie u jej stóp właśnie w strachu i poczuciu, że oto nastał czas liczenia się z każdym słowem, każdym gestem, każdym ruchem, jakie płyną z tamtej strony. Paweł Śpiewak wie, że kiedy następne wybory wygra Donald Tusk i jego ludzie, życie publiczne w Polsce zejdzie do poziomu Rosji. No, prawie Rosji. Zdaniem Pawła Śpiewaka, aż tak źle nie będzie, bo nikt nikogo nie będzie mordował. Skąd on to wie? Stąd, że tak myśli. On zna ludzi, którzy będą tworzyć przyszłą władzę, i jemu się nie wydaje, żeby to byli jacyś krwiopijcy. Mówiąc precyzyjnie, on w to nie wierzy. A ponieważ nie ma w nim tej wiary, to również nie ma w nim tego strachu. Będzie więc gites.
Tego akurat już Paweł Śpiewak nie mówi, ale z całości tej wypowiedzi, wynika też wyraźnie, że on osobiście w najbliższych parlamentarnych wyborach odda swój głos na Platformę Obywatelską. Z pewnością jednak nie na Prawo i Sprawiedliwość, bo jak to już zostało powiedziane na początku, nienawiść do „tej gorszej części PiS-u” ma swoje praktyczne uzasadnienie, a wraz z nim odpowiednie konsekwencje.
Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która domaga się wyjaśnienia, właśnie w związku z tą „uzasadnioną nienawiścią”. Zapewnia nas Śpiewak, że z tego co mu wiadomo o ludziach Platformy, oni, kiedy już zastraszą całe państwo, można się spodziewać, że „powstrzymają się przed społecznie ryzykownymi decyzjami”. Nie bardzo jednak wiadomo, co Śpiewak ma na mysli, kiedy wspomina o tych „decyzjach”. O jakie to może chodzić decyzje? Czy o jakieś drastyczne podniesienie podatków, czy sprywatyzowanie służby zdrowia, lub szkół, czy może wprowadzenie ustawy, że Polacy powinni jedynie umieć się podpisać i liczyć w podstawowym zakresie. A może on nie wierzy w to, że Donald Tusk nagle postanowi wytłuc fizycznie jedną część społeczeństwa, bo mu tak wyjdzie taniej. Cokolwiek by to było, to jedno już wiemy. Można wierzyć, że ani to, ani to, ani tamto się nie wydarzy.
Jednak mnie osobiście, martwi bardzo ów przysłówek „społecznie”. No bo jeśli „społecznie”, to ja bym chciał wiedzieć, czy też „politycznie”. A na ten temat u Śpiewaka nie ma ani słowa. Więc ja wciąż nie wiem, czy kiedy już nastąpi czas owej miękkiej dyktatury, co się stanie na przykład z Jarosławem Kaczyńskim, czy choćby ze mną i z moimi dziećmi, które Kaczyńskiego lubią, a więc niewykluczone, że się kwalifikują do wspominanej „uzasadnionej nienawiści”
W innym miejscu wspomnianego wywiadu zapewnia nas Śpiewak, że Donald Tusk w swojej doktrynie rządzenia skupiony jest na realizowaniu społecznych oczekiwań, tak jak on je rozumie. A więc, nie należy się spodziewać, że on wprowadzi jakiekolwiek rozwiązania, które się ludziom nie spodobają. Ale czy Donald Tusk problem PiS-u, i w ogóle moherów, zakwalifikuje jako kwestię społeczną, czy polityczną? I z jakimi konsekwencjami? Jeśli polityczną, to, jak wnoszę ze słów Śpiewaka, droga wolna. Ale jeśli – na zasadzie, by do polityki się w ogóle nie mieszać, bo jest obrzydliwa – społeczną, to czy może w taki oto sposób, by społeczeństwu trzeba czasem w ramach igrzysk rzucić coś na ząb? No i coś co może jest jeszcze bardziej interesujące. Co Paweł Śpiewak i jego koledzy sądzą na temat obu rozwiązań? Stawiam sobie to pytanie, bo z takim Tuskiem, czy nawet z całym Systemem, jakoś sobie może poradzimy, ale dobrze by było wiedzieć, jaka jest aktualna kondycja tak zwanego społeczeństwa i jego elit. Bo, ze zacytuję poetę – dla was to igraszka; nam chodzi o życie.
Każdy kto czyta to co się pojawia na tym blogu już od lat, wie, że my tak tu sobie czasem gadamy, a tak naprawdę wiemy, że wszystkie słowa zostały już dawno wyczerpane. Że właściwie – jak to mówią starzy Polacy – nie ma o czym gadać. Że wszystko wiadomo. A my tylko powtarzamy te stare zaklęcia, żeby nie zapomnieć. A więc, te dzisiejsze uwagi na temat Pawła Śpiewaka i moralnego, intelektualnego i czysto ludzkiego stanu, w jakim on się znalazł, nie mają znaczenia poza tą naszą codzienną satysfakcją. Jest jednak coś, w tym samym wydaniu Rzeczpospolitej, czego nie można przegapić, zwłaszcza, że tkwi, jak ten bonus, tuż obok syku Pawła Śpiewaka. Dosłownie obok. Otóż Anne Applebaum publikuje tam swój felieton na temat sytuacji na Węgrzech. I, naturalnie, przede wszystkim oficjalnie potwierdzając fakt, że Węgry jak najbardziej zachowują podstawowy system europejskiej demokracji, pisze tak:
Jednak w ostatnich miesiącach Węgry stanowią przykład, jak krucha może być demokracja. Jeśli zmorą Białorusi jest nie dość popularny przywódca, na Węgrzech jest nią przywódca zbyt popularny – a w każdym razie mający za dużą większość – który może zmieniać prawo w celu zachowania władzy, bez uciekania się do przemocy”.
Applebaum nie pisze akurat, czy ta sytuacja ją martwi, ani tym bardziej, czy ją niepokoi. Może to wynikać z tego, że jej strach jest oczywisty, ale też może i z tego, że ona nie mieszka na Węgrzech, lecz w Polsce, pod opiekuńczymi skrzydłami miękkiej dyktatury dobrych ludzi z Sopotu i okolic. Z treści jednak całego artykułu, wynika, że to co się dzieje na Węgrzech Annie Applebaum się bardzo nie podoba. Z kolei – choć oczywiście on też nie opowiada nam o Węgrzech, lecz o Polsce, i w związku z tym nie wiemy, co o sytuacji demokracji na Węgrzech sądzi – mamy wiele powodów, by podejrzewać, że gdyby Paweł Śpiewak nie mieszkał dziś w Polsce, lecz własnie na Węgrzech, to nie byłby już aż tak nonszalancki. Powiem więcej. Możemy mieć wręcz pewność, że on by się tam posrał ze strachu. Zwyczajnie by się posrał. W sensie jak najbardziej dosłownym.
Wciąż, jak większość nas wie, my tak sobie tu rozmawiamy – bardziej sami ze sobą, niż z nadzieją, że ktoś nas usłyszy. Jest jednak coś, co trzeba powiedzieć głośno i z tą właśnie intencją, by te słowa dotarły gdzie trzeba. Jest mianowicie tak, że od pewnego czasu wielu z nas dostrzega, że wraca PRL, tyle że w wersji nieco sparodiowanej, co wcale przy tym nie oznacza, że weselszej. I nie chodzi o to tylko, że, podobnie jak w PRL-u, zaczynamy wsiadać i wysiadać z pociągów przez okna. Ten PRL czuć właściwie z każdej strony, dzień i noc. I teraz pojawia się problem społeczeństwa. Jak na tę szczególną reaktywację PRL-u reaguje społeczeństwo? Wydaje mi się, że dokładnie tak samo, jak w tamtych czasach – a zatem dokładnie tą samą rezygnacją i pozorną obojętnością. Ludzie, jak wiemy, są tylko ludźmi, a więc dziś są tacy, a jutro już nagle zupełnie odmienieni. I odwrotnie. W związku z tym, nie wiedząc oczywiście, jak będzie, możemy liczyć na to, że ten letarg nagle pęknie z hukiem.
A co jeśli idzie o elity, a więc ludzi pokroju Pawła Śpiewaka i Anny Applebaum? Oni się już nie zmienią. Oni, jak można się było przekonać już dawno, a dziś tylko tę wiedzę z każdym dniem tylko potwierdzać, są całkowicie zakleszczeni. Albo w swojej historii z tym ich całym kulturowym i cywilizacyjnym bagażem, albo w tym czymś, co tak trudno nazwać, ale co ich tak fatalnie determinuje, i z pewnej perspektywy, czyni z nich potwory. Na nich nie można już liczyć. Jeśli dojdzie do ostatecznych decyzji i ostatecznych rozwiązań, nie będziemy ich ani przekonywać, ani edukować, ani zmieniać. I gdybym, jeśli mogę się pokusić o refleksję już całkowicie osobistą, miał im życzyć czegoś dobrego, to być może tylko to, by – jak prognozuje Jarosław Maria Rymkiewicz – zanim Polacy zaczną odzyskiwać niepodległość, oni sobie spokojnie umarli. Żeby ta śmierć była łagodna i cicha, i żeby ich przyłapała jeszcze zanim to oszustwo, które oni tak aktywnie przez lata budowali, i z którego sa dziś tak bardzo zadowoleni, wyjdzie na wierzch.
I niech oni te moje życzenia potraktują jako ostatni dobry gest pod ich adresem z mojej strony. Więcej już nie będzie.

PS. I jeszcze jedno. Gdyby ktoś chciał skierować do mnie pretensję, że ja, podejmując dyskusję z kimś takim jak Śpiewak, go tylko dowartościowuję, pragnę zwrócić uwagę na fakt, że ja ze Śpiewakiem nie dyskutuję. Ja mu przekazuję pewną wiadomość. Jeśli natomiast dzięki temu, on się poczuje dowartościowany, to Bóg z nim.

niedziela, 2 stycznia 2011

O wolności, która jest, której nie ma i której nigdy nie było

Sprawa Białorusi i pełna obłudy reakcja na sytuację w tym kraju ze strony Polski i Europy, kazała mi się ponownie zastanowić nad tym, czym jest dla nas wolność i demokracja. Czym jest jedno i drugie dla nas, i czym w ogóle są demokracja i wolność, jeśli spojrzymy już na całą sprawę bardziej uniwersalnie. Jakkolwiek byśmy do białoruskich wydarzeń i wszystkiego co one wywołały nie podchodzili, co do jednego powinniśmy się wszyscy zgodzić. Wolność jest dobra, demokracja nienajgorsza, a sytuacja, kiedy jednego i drugiego jesteśmy pozbawieni, godna pożałowania. Na tym jednak porozumienie się kończy, Choćby dlatego, że jeśli idzie o wolność, mamy na jej temat bardzo różne wyobrażenia, a z kolei demokracją jest tak, że jej definicja przez lata tak fantastycznie ewoluowała, że dziś już naprawdę nie sposób się zorientować, czy to co uważamy za demokrację, wciąż nią jest, i czy dla ustalenia czegokolwiek nie należy się najpierw zwrócić do ekspertów.
Weźmy Polskę sprzed 5 lat. Po w pełni, jak by się mogło wydawać, demokratycznych wyborach, prezydentem został wybrany Lech Kaczyński, a parlamentarną większość uzyskało Prawo i Sprawiedliwość. I od pierwszego dnia po tym rozstrzygnięciu, demokratyczna prawomocność tych wyborów zaczęła być bardzo gruntownie kwestionowana, i to nie przez jakichś monarchistów, anarchistów, czy komunistów, ale przez pełną gębą demokratów. Stopniowo doszło do tego, że demokracja i związane z nią hasła zostały całkowicie wyparte przez jeden wielki zgiełk domagający się… no właściwie, nie wiadomo czego. Obojętnie, byleby tylko cofnąć czas i dać owej demokracji jeszcze jedną szansę.
Popatrzmy na dzisiejsze Węgry. Wybory – podobno demokratyczne – jak wiemy, wygrała tam bezwzględną większością partia konserwatywna i okazuje się, że od samego niemal początku ten wybór jest kwestionowany przez – nie, nie monarchistów, nie anarchistów, nie komunistów – lecz przez jak najbardziej gorliwych i jednoznacznie zdeklarowanych demokratów, którzy dla tej demokracji daliby się pokroić, i którzy twierdzą, że demokracja i wolność są oczywiście cywilizacyjnie gwarantowane, o ile tylko ich ofiarą nie padną interesy tych, którzy w tym boju zostali zwyczajnie odsunięci. W tym oczywiście ich samych.
No i wreszcie wróćmy na chwilę do Białorusi. Tu akurat jest nam szczególnie trudno powiedzieć cokolwiek mądrego, głównie ze względu na fakt, że wszystko co do nas dochodzi z tamtej strony jest już odpowiednio przycięte pod kątem zainteresowań tych, którzy je w odniesieniu do Białorusi deklarują. Dotychczas powszechna wiedza była taka, ze białoruskie społeczeństwo jest do tego stopnia zsowietyzowane i otumanione przez biedę i brak informacji, że przez wiele następnych lat nie ma żadnych szans, by tam jakiekolwiek wpływy osiągnęły idee niepodległościowe. Walka głównie toczyła się o to, żeby dać szanse politycznej opozycji i tak zwanemu społeczeństwu obywatelskiemu, żeby w ewentualnej przyszłości Białoruś mogła stać się państwem bardziej europejskim niż post-sowieckim. Proszę zwrócić uwagę, dotychczas nikt nie kwestionował, że kolejne wyniki wyborów na Białorusi były uczciwe. Zgadzano się co do tego, że opozycja jest źle traktowana, że Łukaszenka jest dyktatorem, ale to, że z punktu widzenia większości białoruskiego społeczeństwa, tak jak jest, jest dobrze, było przyjmowane za smutną oczywistość.
Dziś się nagle wszystko zmieniło. Okazuje się, że wedle ocen Zachodu, w ostatnich wyborach Łukaszenka nie wygrał, natomiast wybory zostały dramatycznie sfałszowane. A z tego, możemy się domyślać, wynika, że w białoruskim społeczeństwie doszło do jednoznacznego zwrotu i Białorusini mają już dość tego satrapy i chcą do Europy. A zatem, Białoruś poczuła powiew cywilizacji i postanowiła machnąć ręką na tę swoją nędzę, ten sowiecki syf, na to wszystko co ich dotychczas tak ograniczało, i ruszyć na Zachód.
Mam jednak poważne podejrzenia, że to jest nieprawda. Że Łukaszenka trzyma wszystko silną ręką, a to co słyszymy w telewizji i czytamy w gazetach, to wyłącznie propaganda tworzona przez tych wszystkich, którzy uważają, że nie ma dla Białorusi lepszej przyszłości, niż Unia Europejska. Dlaczego tak myślę? Z bardzo prostego powodu. Ja przez minione lata nie otrzymałem jednej, choćby minimalnie wyczerpującej informacji na temat tego, jak wygląda życie na Białorusi. Czy oni mają sklepy tak jak my? Czy oni mają, podobnie jak my dziesiątki kanałów telewizyjnych? Czy oni maja puby z piwem i muzyką? Czy u nich można kupić Heinekena i paczkę Marlboro. Czy u nich, w odróżnieniu od Polski lat 80., można w sklepie kupić płytę z muzyką Led Zeppelin? I czy przeciętnego człowieka na to stać? I wreszcie, czy ludzie na Białorusi czekają ze strachem końca miesiąca, czy może, tak jak u nas, u nich też pojawiła się nowa instytucja o nazwie Biuro Windykacji. I czy oni już doszli do tego, że i u nich powstał tak zwany Krajowy Rejestr Dłużników. Tego nie wiem. Na ten temat nie mam jednej normalnej informacji. Jedyne co słyszę, to, że jakiś działacz mniejszości polskiej został spałowany przez milicję, albo że kolejne wybory zostały sfałszowane.
Do czego mi te informacje są potrzebne? Otóż do tego, bym wiedział, czy Białorusini trzymają się mocno, czy zaczynają pękać. I wreszcie, czy jeśli trzymają się mocno, to z głupoty, czy może z głupoty zaczynają pękać. A może to wszystko nieprawda, a oni są wciąż jeszcze zwykłymi, dbającymi o swoje ludźmi.
Jedno wiadomo z całą pewnością. Europa ma na Białoruś chrapkę. Wiadomo też, że ta chrapka połączyła doraźnie wszystkie, nawet najbardziej odległe od siebie środowiska, od Gazety Wyborczej, przez komunistów, aż po Gazetę Polską. No i że ta chrapka coś bardzo cuchnie. Czym? Mianowicie tym ciągłym gadaniem o wolności. W reakcji na mój poprzedni tekst pojawiło się kilka komentarzy sugerujących, że współczesny świat, w swoich najbardziej rzekomo cywilizowanych zakątkach, doprowadził do całkowitego zniewolenia człowieka. Że dziś człowiek stoi wobec dwóch tylko wyzwań: musi z jednej strony więcej pracować, a z drugiej znajdować więcej sposobów na skuteczne wynajdowanie przyjemności, które pozwolą mu nabrać sił do dalszej pracy. Że w dzisiejszym świecie System traktuje człowieka jak inwentarz, o który dba tak jak rolnik dba o swoje bydło i kury, tyle że zamiast siana i ziarna, jest sklep, telewizja i możliwość wyjazdu na wakacje do jakiegoś ciepłego kraju. I że w tym spisku – bo jest to oczywisty spisek – przeciwko człowiekowi wystąpiły połączone siły Państwa i Kościoła. I że jeśli Białoruś chce zachować wolność, musi nie dać się zwieść współczesnemu światu, który, czy to oferując dobrą płacę za dobrą pracę, czy przyszłą nagrodę za posłuszeństwo, zniewala i wykorzystuje człowieka dla swoich podłych interesów.
I wszystko to, moim zdaniem, jest głęboko i mądrze prawdziwe. Z jednym wyjątkiem. Otóż wciąż nie ustaliliśmy, czym jest ta wolność, którą tak kochamy. Wszelkie jej zewnętrzne manifestacje, a więc wolność do robienia tego, na co człowiek ma ochotę, albo wolność do opieki medycznej, czy wolność do nauki, czy bogacenia się, nie rozwiązują problemu. To wszystko mają ludzie mądrzejsi i lepsi od nas, a i tak wielu z nich albo właśnie strzela sobie w łeb, albo już to zrobiło. Jeśli walczymy o wolność, jakie marzenia mamy przed sobą? Co jeśli nie Europa? Poczucie szczęścia? Życie bez strachu? A czym jest szczęście, i co nas przeraża?
Moja córka, która, jak niektórzy wiedzą studiuje biotechnologię i jest w związku z tym szalenie mądra, przyszła do mnie z pewną bardzo intrygującą informacją. Otóż, jak się okazuje, naukowcy jakiś czas temu wykryli, że istnieje coś takiego jak witamina B17, a największe jej stężenie występuje w fasoli, orzeszkach, jagodach, nasionach, trawach, ziarnach, pestkach lub nasionach owoców. Chodzi teraz o to, że witamina ta podobno produkuje w organizmie człowieka niewielkie ilości cyjanku potasu, który skutecznie niszczy komórki rakowe. Kiedy wyniki badań zostały ogłoszone, zostały natychmiast zaatakowane przez coś co się nazywa American Medical Association i przeróżne kompanie farmaceutyczne, które wydały kupę pieniędzy na to, żeby dowieść, że owa witamina jest śmiertelnie niebezpieczna dla zdrowia, i wymusiły na rządach wprowadzenie surowych kontroli, w wyniku których dokonano rewolucji genetycznej na takim poziomie, że dziś efekt jest taki, że podczas gdy kiedyś ludzie przyjmowali od 250 do 1500 mg witaminy B17 dziennie, dziś przyjmują jej zaledwie 2 mg. Czemu owe kompanie tak zrobiły? Mówią nam, że dla pieniędzy. Że jeśli z dnia na dzień, umrze z powodu raka jedna połowa ludzkości, to z punktu widzenia światowych interesów, nie stanie się nic bardzo kłopotliwego. Pod warunkiem oczywiście, że wśród tych zmarłych nie znajdzie się ktoś z tych, kto akurat temu światu jest od czegoś potrzebny. A ów krąg akurat wcale nie jest tak wielki.
W artykule towarzyszącym informacji, jaką otrzymałem od mojej córki, czytam, jako motto, następującą wypowiedź dwukrotnego laureata Nagrody Nobla dr Linusa Paulinga: „Powinniśmy wszyscy mieć świadomość tego, że większość oficjalnych badań przeciw rakowi to gigantyczne oszustwo".
Skoro już zacząłem opowiadać o tym, co sobie ostatnio przeczytałem, opowiem jeszcze coś. Coś bardzo bezpośrednio związanego z Białorusią, a przynajmniej z terenami, które dziś należą do Białorusi. Mam na myśli książkę Floriana Czarnyszewicza „Nadberezyńcy”. Oto fragment, gdzie Czarnyszewicz opisuje tak zwaną Białą Procesję, która kiedyś miała miejsce w dzień po Bożym Ciele. Oto maleńki fragment:
Potem wyszedł sztandar Trójcy Przenajświętszej, patronującej kościołowi z pajęczyną białych i amarantowych wstęg; sztandar niósł kleryk, wychowanek kanonika, a wstęgi trzymały najurodziwsze mieszczki bobrujskie.
Dalej wypłynęły szpalery dziatwy do pierwszej komunii: wprzódy dziewczynki w białych sukienkach ze złożonymi nabożnie rączynami, później chłopaki z książkami w ręku.
Za dziećmi grono szlachcianek dworskich wyniosło obraz Matki Boskiej Majowej spowity w żywe kwiecie i ziele, a potem nastąpiły hufce młodzieży starszej – bujnej, urodziwej, dobieranej. Zrazu przeszło 120 dziewcząt zaściankowych, caluśkich w bieli z welonikami na głowach, z kwiatem lilii w rękach, potem, po parze chorągwie, czterdziestu uczniów gimnazjalnych w mundurkach ze złoconymi guzikami, a na końcu sto smagłych chłopców w opaskach.
Serce rosło, pierś rozpierało dumą, patrząc na te hufce, że to kraj kresowy tyle zdrowia i urody w sobie ma, tyle obrońców wiary i zwolenników idei Królowej Jadwigi świętej hołduje”.
Co mi przyszło do głowy, żeby na koniec tej refleksji cytować drobny fragment wielkiej powieści wielkiego Polaka? Otóż chodzi o to, że, kiedy mówimy o wolności, musimy pamiętać, że wolność jest jedna. Mianowicie ta, którą otrzymaliśmy od Boga w Trójcy Jedynego. Poza tą wolnością nie ma innej. Jeśli nie ma tej wolności, jakiekolwiek gadanie o człowieku i jego prawach, nie ma najmniejszego sensu. Jeśli nie ma tej wolności, to co się stanie z Białorusią, ale też i z Polską nie ma najmniejszego znaczenia. Jeśli nie będzie tej wolności, powinien nam wszystkim całkowicie wystarczyć telewizor, sklep i ten nędzny basen przy jakimś tandetnym hotelu na Karaibach. I te wybory. Uczciwe, nieuczciwe – jeden czort! Tak jak od lat.
Oni to wiedzą. Wiedzą to świetnie. Stąd ich każdy gest, każde słowo, każda pojedyncza myśl. A dają temu codzienne dowody. A my? Czy my to wiemy? I co nam z tej wiedzy?

Powyższy tekst ukazał się wcześniej w wersji nieco skromniejszej w Warszawskiej Gazecie

niedziela, 26 grudnia 2010

O psuciu państwa, psuciu człowieka i o biednej Białorusi

Kiedy będzie się ukazywała najbliższa Warszawska Gazeta, a z nią ta bardzo mało świąteczna refleksja, prawdopodobnie prezydenckie wybory na Białorusi utoną w historii całego tygodnia i będziemy się zajmować czymś całkowicie innym, i oczywiście równie ważnym. W kulturze post-modernistycznej bowiem, podobnie jak w post-polityce, i dokładnie tak samo, jak we wszystkim co jest post-, wszystko jest równie ważne i równie nieważne. Dajmy na to, że w telewizji wystąpi Nelly Rokita i tym swoim strasznie głupkowatym zaśpiewem, od którego wszystkich mądrych komentatorów już brzuchy ze śmiechu bolą. powie coś szczególnie nadającego się do medialnego obrobienia. A może ktoś znany umrze? A może ktoś kogoś zarąbie siekierą, lub ugotuje w kuchence elektrycznej? A może zamiast śniegu spadnie deszcz i znów kogoś, lub coś, zaleje? Dziś na przykład włączyłem telewizor jedynie na krótki moment i mogę się domyślać, że przez najbliższe parę dni informacja o tym, że Łukaszenka jednak wcale nie jest taki dobry, jak się w pewnym momencie mogło wydawać, będzie rywalizowała z tym, że Jarosław Kaczyński w trumnie, którą mu pokazali nie znalazł swojego brata. Kaczyńskim zajmą się z pewnością przedstawiciele tamtej cywilizacji, natomiast ja dziś chciałem parę słów na temat białoruskich wyborów, a raczej na temat owej powszechnej, tak dramatycznie zakłamanej histerii, jaka w związku z przebiegiem tych wyborów wokół nas wybuchła.
Co tak bardzo wzruszyło całą naszą publiczną przestrzeń? Otóż, jak się okazuje, na Białorusi nie ma demokracji, i dochodzi nawet do tego, że podobno gdzieniegdzie są fałszowane wybory. Jak wygląda to fałszerstwo? Z tego co mówi Paweł Poncyliusz, kiedy on chciał zajrzeć do tych rozłożonych na stołach kwitów, członkowie komisji wyborczej zasłaniali mu widok i on nic nie mógł zobaczyć. Coś tam ci ludzie z komisji pisali, ale on, mimo że wyciągał głowę, nic nie widział. Co jeszcze? No, oczywiście sprawa pobicia demonstrantów, w tym wszystkich kandydatów na prezydenta. Jeszcze coś? No tak. To już mówiliśmy. Na Białorusi nie ma demokracji, a niech Białorusini wiedzą, że dopóki u nich nie będzie takiej demokracji, jak na przykład u nas w Polsce, nie mogą liczyć na to, że zostaną członkiem Unii Europejskiej. A pierwszym, który im na to nie pozwoli będzie Donald Tusk – demokrata pierwszy w kosmosie.
Przepraszam najmocniej, ale to właśnie, kiedy słyszę te wrzaski, doprowadza mnie do szewskiej pasji. O co chodzi? Niedawno u nas w Polsce – nie w Białorusi, lecz u nas w kraju – odbyła się cała seria właśnie wyborów. Najpierw wybieraliśmy prezydenta Komorowskiego, a następnie drobnych, platformowatych prezydentów na szczeblach niższych. Przyznaję, nie znam przypadków, żeby ktoś komuś w trakcie kampanii, lub choćby nawet w dzień głosowania wlał, czy w ogóle zrobił jakąkolwiek krzywdę, poza zwyczajowym pluciem w twarz. Natomiast, jak idzie o całą resztę, to i z tego co sam zdążyłem zaobserwować, jak i z różnorakich doniesień, mogę się domyślać, że nie wszystko było na poziomie wyższym, czy bardziej europejskim, niż to cośmy mogli widzieć w niedzielę na Białorusi.
Mało tego. Jeszcze zanim rozpoczęła się kampania wyborcza przed wyborami prezydenckimi, doszło do zabójstwa polskiego prezydenta, i jeśli ktoś dziś jeszcze ma ochotę wybuchać oburzeniem na słowo „zabójstwo”, niech się lepiej zamknie, bo zwyczajnie nie wypada. Dziś już zwyczajnie nie wypada. Najpierw więc doszło do zabójstwa prezydenta, a w miesiącach następujących po, a w tym w trakcie już samej kampanii, doszło do wszelkich możliwych naruszeń demokracji na każdym możliwym poziomie – każdym możliwym poziomie – pomijając, jak już przyznałem, bicie po pysku. Choć przepraszam, jak słyszę, pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu do pewnych tego typu zdarzeń jednak dochodziło. Ale niech będzie, że nie. Białoruś ma tu więcej na sumieniu.
Cała przestrzeń publiczna w Polsce, media, szkoły, uniwersytety, kultura popularna, jest od wielu lat, a od śmierci Prezydenta już zwłaszcza, nastawiona na jedno – odebranie głosu pewnej bardzo wyraźnie zdefiniowanej części społeczeństwa i skuteczne jej zmarginalizowanie. Od wielu już lat, a już szczególnie przez ostatnie kilka miesięcy, człowiek znajdujący się w opozycji do obecnej władzy nie ma praktycznie szansy uczestniczenia na równych prawach w życiu publicznym, o ile nie wykaże na tyle dużo siły i charakteru, by oprzeć się najbardziej brutalnej i najbardziej podłej propagandzie. Każdy przeciętny człowiek, ani nie interesujący się za bardzo polityką, ani nie mający pretensji do uczestniczenia w życiu publicznym w stopniu większym, niż ot takim, na jakim uczestniczy się w życiu w ogóle, jest albo poddawany nieustannej manipulacji i najbardziej brutalnej presji, albo zostaje wyszydzony i moralnie podeptany.
Jak idzie o konkretne przykłady, wystarczyłoby wyłącznie mówić o Smoleńsku, ale powiedzmy, że ktoś uważa to za nadużycie. Można by przypomnieć to, co się przez całe długie tygodnie odbywało na Krakowskim Przedmieściu wobec tych biednych, modlących się ludzi, a odbywało się pod pełną kontrolą służb miejskich, policji, mediów i polityków partii rządzącej. Można by wreszcie zastanawiać się nad tymi wszystkimi przypadkami, kiedy to wobec procedury liczenia głosów zgłaszano nie byle jakie pretensje. No ale o tym też zamilczmy, żeby kardynał Nycz nie powiedział nam, że mamy nie zaciskać pięści.
Popatrzmy więc choćby na zupełnie nową kwestię rodzinnej historii Anny Komorowskiej, a więc kogoś, kogo w pewnym sensie – wedle najbardziej demokratycznych kryteriów – wybieraliśmy razem z samym prezydentem, jako tak zwaną Pierwszą Damę. Publiczny przekaz na jej temat był taki, że oto mamy zwykłą kobietę, kiedyś skromną harcerkę, która z tego by być młoda, piękna i osiągać zawodowe sukcesy, zrezygnowała na rzecz służenia rodzinie i wychowywaniu dzieci. Ile razy pojawiał się problem żony Komorowskiego i w ogóle jego życia rodzinnego, widzieliśmy zawsze tylko tę skromną udręczoną kobietę i te skromne, stojące jak najdalej od blasku fleszy dzieci. Przepraszam – ich akurat nie widzieliśmy nigdy. O nich zaledwie słyszeliśmy, że podobno gdzieś są. W tym demokratycznym kraju, który dziś ma służyć Białorusi za wzór i przykład na drodze do nowoczesnej Europy, System zrobił absolutnie wszystko, co trzeba, by prawda na temat tej kobiety i jej życia nie ujrzała światła dziennego. Żeby wyborcy na temat swojego ewentualnego prezydenta i jego żony nie wiedzieli więcej, niż im wiedzieć pozwolono.
O drugim kandydacie natomiast, powiedziano nie dość, że wszystko, to jeszcze dwadzieścia razy więcej niż wszystko. Na wszelkie wypadek, żeby broń Boże nic nie przegapić, prześwietlono go na poziomie zarówno faktów, jak i domysłów, a również na poziomie zwykłych plotek tysiąckrotnie. O Jarosławie Kaczyńskim każdy Polak wie dokładnie wszystko, co ma wiedzieć i czego wiedzieć nie ma prawa. Gdyby dziś, jakimś cudem, wyszła na temat Jarosława Kaczyńskiego, jego mamy, ojca, brata i w ogóle życia, jakakolwiek istotna informacja, wcześniej nieznana, uważam, że w świecie dziennikarskim zaczęłoby dochodzić do serii samobójstw z przepicia motywowanych tym wstydem, że gdzie oni byli, kiedy działy się tak ciekawe rzeczy. A gdyby się okazało, że to informacja to zwykła plotka, każdy z tych obrońców wolnego słowa, od razu by się uniósł oburzeniem, że co się ich ludzie czepiają., skoro oni tylko szperają dla dobra ogółu.
A co się dzieje dzisiaj. Przestrzeń publiczna, na czele z medialnym mainstreamem, wobec tej zupełnie niezwykłej informacji dotyczącej życia prezydenta i jego żony milczy. I to nie milczy tak sobie. Za tym milczeniem w sposób oczywisty stoi System i wyraźna dyrektywa: O tym ani sza! Wszyscy ci dziennikarze, którzy jako jedyne usprawiedliwienie swoich rozlicznych podłości mają ten jeden argument, że oni mają swoje naturalne obowiązki związane z szukaniem i informowaniem, tu nie wydadzą z siebie nawet pisku. Na temat tak istotny jak kwestia tego, co to jest za kobieta, ta pani, która została niedawno naszą tak zwaną Pierwszą Damą. I ci ludzie chcą uczyć Białorusinów demokracji? Jeśli ktoś chce zobaczyć polską demokrację w akcji – ma tu właśnie idealną prezentację. I dziś ci sami ludzie, którzy zgotowali polskiemu społeczeństwu ten los, mają czelność oburzać się na to, że Białorusini są źle traktowani? Co za świństwo!
Dziś czytam socjologiczna analizę Jadwigi Staniszkis na temat taki oto, że Polacy wprawdzie wiedzą, że rząd Platformy Obywatelskiej, premier tego rządu i partia, która ten rząd tworzy, to rozpaczliwe nieporozumienie, a mimo to, cały ten projekt jak najbardziej popierają. Staniszkis zastanawia się, dlaczego tak dziwnie się dzieje i wyjaśnia, że demokracja – choć oczywiście piękna i nie do zastąpienia niczym lepszym – ma w sobie coś takiego, że ludzie przy niej zwyczajnie tępieją. Że się rozleniwiają, przestają myśleć i dają sobą bardzo łatwo manipulować. Żeby uniknąć tego niebezpieczeństwa, każde normalne państwo stwarza pewne systemy zabezpieczające, które pomagają społeczeństwom się organizować, a tym samym zachować swoją podmiotowość. Pisze Staniszkis tak:

Obojętność wobec jakości państwa powoduje, że PO, mimo że źle rządzi, wciąż ma dobre notowania. Zapaść państwa jest tolerowana jak długo sami, bezpośrednio, nie czujemy się zagrożeni.
Jednym z powodów takiego stanu jest fakt, iż w Polsce brakuje mechanizmu, który - w krajach, gdzie system działa dobrze - wspomaga demokrację. W wypadku Niemiec jest to skomplikowana sieć korporacji poszczególnych profesji, grup zawodowych i pracodawców - ale także kościołów, które służą stałej samorefleksji. Czyli - redefiniowaniu własnego interesu w zmieniających się okolicznościach i w powiązaniu z interesem całości i jej przyszłym rozwojem. To fundament partii politycznych, stale korygujący działanie państwa ale też, wymuszający stały namysł o jego stanie.
Bo państwo, zgodnie z wizją Bismarcka, jest traktowane jako instytucja wyrażająca siłę gospodarczą i wolę polityczną społeczeństwa. I zadaniem państwa jest służenie rozwojowi tej siły. A nie, jak u nas, reprodukowaniu władzy określonej ekipy rządzącej w imieniu wąskiej ‘klasy politycznej’. W USA z kolei podstawą takiej ‘zasady społecznej’ wspomagającej demokrację jest kontraktualność. Nic - oprócz wolności jednostki (w granicach prawa) nie jest traktowane jako absolutne. Ale obywatel, aby uczestniczyć w tym systemie, sam musi mieć zdolność zawierania kontraktu. Chodzi o skrupulatnie monitorowaną uczciwość. Także w ramach tzw. moralności publicznej - wobec instytucji. Kiedyś mówiło się w Polsce o tzw. zdolności honorowej i związanych z nią obowiązkach w sferze publicznej. Dziś wywołałoby to tylko ironiczny uśmiech”.

Uważam, że w Polsce władza – a mówiąc „władza” mam na myśli cały System – nie dość, że nie pomaga organizować tego mechanizmu samoobrony społeczeństwa przed korupcją państwa, to wręcz odwrotnie – bardzo się stara i robi wszystko, co tylko jest w stanie, by ten mechanizm nie powstał. Od kilku już dobrych lat, polskie społeczeństwo zostało bezwzględnie wciągnięte w mechanizm psucia państwa i nie ma takiej siły, która by tę agresje powstrzymała. Każda próba pokazywania zła palcem, kończy się z jednej strony wrzaskiem, że polska demokracja ma się dobrze, jak nigdy dotąd, a z drugiej coraz większą obojętnością ogłupiałego obywatela.
A mamy jeszcze Europę. Tę Europę, która tak bardzo dba o to, żeby jej demokratyczne przesłanie doszło aż na Białoruś, a jednocześnie pozwala – wręcz deklaruje swój brak zainteresowania – by tu w Polsce Rosja przy współpracy z kolaborującą lokalną władzą panoszyła się jak na swoim. Z jednej strony mamy tę Unię, to NATO, te wszystkie trybunały, komitety i diabli wiedzą co jeszcze, a z drugiej w jednym momencie, w najbardziej niezbadanych okolicznościach, ginie prezydent jak najbardziej europejskiego kraju, cała kupa parlamentarzystów i ministrów, całe dowództwo wojskowe, a za tą śmiercią idzie już najbardziej bezczelna manipulacja i kłamstwo – i okazuje się, że jeśli ktoś ma z tym problem, niech się zwróci do… no właśnie. Wszystko jedno do kogo. Byleby przestał już zawracać głowę. Zwłaszcza ostatnio, kiedy wszyscy zajęci są walką o powstrzymanie węgierskiego terroru, skierowanego, jak najbardziej, przeciwko demokracji.
I ta właśnie Europa, też zaczęła ostatnio się popisywać, jak to ona nie pozwoli, by Białorusini byli tak źle traktowani przez niedemokratyczną władzę. Bardzo przepraszam, ale – jak to pięknie powiedział w swoim czasie mistrz Wiech – z taką bają to na Grójec. Tyle że, cholera, jakiś ten Grojec ostatnio zrobił się wielki. Dziwnie wielki.

Powyższy tekst został wcześniej opublikowany w Warszawskiej Gazecie. Tu powtarzam go dziś z drobnymi bonusami.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...