Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cezary Gmyz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cezary Gmyz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2020

Czy Cezary Gmyz to internetowy fejk?


      Po raz pierwszy nabrałem poważnych podejrzeń co do popularnego dziennikarza Cezarego Gmyza, gdy ten postanowił nadać sobie oficjalny przydomek „Trotyl” i w ten sposób zaczął się publicznie przedstawiać. Moje podejrzenia jeszcze bardziej się zagęściły gdy zdarzyło mi się kilka trafić razy na jego komentarze na Twitterze i w większości wypadków one robiły wrażenie jakby były pisane przez albo człowieka głęboko zaburzonego, albo kogoś kto jest kompletnie pijany, względnie przez zwykłego internetowego żula, takiego z absolutnie najwyższej półki. A pamiętajmy, że już wtedy Gmyz był nie byle kim, bo jednym pierwszych prawicowych komentatorów, z telewizyjną fuchą, jako korespondent Wiadomości TVP w Berlinie. Śledziłem czasem jego karierę i ile razy widziałem go jak z tym swoim strasznym szczękościskiem donosi nam z Berlina, nie mogłem się nadziwić, jak to możliwe, że ktoś o tak dramatycznie zszarganej reputacji jest wciąż traktowany przez kierownictwo TVP z estymą, która nie dość że go nie wyciąga z tego Berlina za uszy, to najwyraźniej jeszcze jego notoryczne wybryki traktuje z kompletnym pobłażaniem. No ale czas mijał, odpowiedź nie nadchodziła, więc mój zapał do tego swoistego prywatnego śledztwa stopniowo wygasł.
       I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu na Twitterze trafiłem na komentarz nieznanej mi kobiety, o imieniu Bożena, która poskarżyła się, dostarczając oczywiście odpowiedni zrzut ekranu, że Cezary Gmyz, w reakcji na jakąś jej zaczepkę, odpowiedział jej w następujących słowach:
„Odpowiem ci dokładnie w tym samym stylu – jesteś tak brzydka, że całe twoje życie erotyczne stanowi wyciąganie sobie macicy i wyciskanie z niej wągrów wieczorami. Wypad”.
       Gdyby ktoś się zastanawiał, jaki styl Gmyz ma na myśli kiedy zachwala swój tekst, służę uprzejmie. Otóż – w pierwszej kolejności chcąc sprawdzić, czy to nie jest jakiś fejk – zajrzałem na profil owej kobiety, podpisującej się imieniem Bożena i okazuje się, że przez ostatnie dni ona ewidentnie cierpi na silną obsesję wokół rzekomego bluzgu Gmyza, i to silną na tyle, że można by było ją posądzić o to, że może ona faktycznie oszalała. Ponieważ jednak ona parokrotnie bardzo szczerze przyznawała się, że w swoim oryginalnym tweecie rzeczywiście była bardzo chamska, pomyślałem, że może jednak coś jest na rzeczy i postanowiłem skorzystać z najkrótszej możliwej drogi, zajrzeć na pole owej pyskówki, czyli na profil Gmyza i sprawdzić, co tam się faktycznie zdarzyło. No i jest. Otóż zaczęło się od następującego tweeta Gmyza:
„Palec pod budkę, bo za minutę zamykam Budkę. Żeby sprawa była jasna, powyższa treść nie stanowi komunikatu CBA”.
      Głupie? Owszem. Nawet bardzo. No ale tu się okazało, że Bożena się oburzyła nawet nie na to, że Gmyz sugeruje Budce jakieś przestępcze działania, ale że żartuje z jego nazwiska, i oburzyła się tak, że Gmyza okrutnie zwymyślała (pisownia autentyczna):
„Ty naprawdę jesteś nie normalny, skóro nazwiska się czepiasz, dość że jesteś ochlapmorda to jeszcze debilowaty. Wóda zjadła ci całkowicie mózg. Jesteś takim zwykłym mózgojebem, sory za słownictwo, ale inaczej nie mogę cię nazwać”.
       A ja oczywiście w tym momencie nie oczekiwałem od Gmyza, że on się zachowa jak gentleman i ową Bożenę grzecznie zlekceważy, co jako ktoś kto jest obserwowany przez 164 tys. osób, mógłby spokojnie zrobić, no ale tego co się stało nie mógłbym przewidzieć nawet w swoich najbardziej nieuprzejmych na temat tego dziwnego człowieka myślach. On tymczasem przeczytał ten bluzg, jak rozumiem, od obcej sobie osoby, i dostał takiej cholery, że wyszło mu coś takiego. Jeszcze raz, proszę:
„Odpowiem ci dokładnie w tym samym stylu – jesteś tak brzydka, że całe twoje życie erotyczne stanowi wyciąganie sobie macicy i wyciskanie z niej wągrów wieczorami. Wypad”.
      Co tu do ciężkiej cholery się stało? Napisałem, że oni się chyba nie znają, ale kto wie? Może owa Bożena to jakaś jego była kochanka, którą albo on puścił kantem, albo ona jego, a o tym że tak może być, świadczyć mogą choćby owe szczegóły na temat jego alkoholizmu. Może jednak być tak, że choć on faktycznie chleje, to jest przekonany, że tego nie widać, no a skoro jakaś obca internautka z takim przekonaniem nazywa go „ochlapmordą”, to znaczy że sytuacja się zrobiła napięta i on zwyczajnie nie wytrzymał, no i nie wytrzymał na takim a nie innym poziomie. On już tego swojego niezwykłego tweeta oczywiście usunął, no ale to tym bardziej świadczy o tym, że kiedy go produkował, działał w szczerym afekcie.
       A ja teraz już tylko mam do powiedzenia jedno. Co jeszcze zrobi Gmyz już mnie nie interesuje i nie sądzę też, by zainteresować było w stanie. Oświadczam natomiast uroczyście, że jeśli w ciągu najbliższych trzech lat, jakie pozostały do wyborów parlamentarnych Jarosław Kaczyński, czy kto tam akurat będzie go bezpośrednio reprezentował, nie spowoduje tego, że Cezary „Trotyl” Gmyz zostanie na zbity pysk wywalony z mediów w jakikolwiek sposób kojarzonych z Prawem i Sprawiedliwością, to ja w owych wyborach nie wezmę udziału. Kto mnie zna, wie, że o zmianie tej decyzji nie ma już mowy.


     



    
        

sobota, 10 lutego 2018

O tym jak policja myśli zrujnowała Cezarego Gmyza

           Piszę dziś ten tekst z pewnym niepokojem, jako że mam bardzo silne podejrzenie, że już za chwilę sprawą się zajmie Coryllus i, jako osoba zdecydowanie bardziej ode mnie kompetentna w prognozowaniu ciężkiego i szybkiego upadku owego projektu, za którym kiedyś wszyscy staliśmy murem i któremu tak dobrze życzyliśmy, zrobi to wszystko znacznie lepiej ode mnie. Mimo to jednak, nie mogę się powstrzymać i swoje trzy grosze do tego co się stało, muszę dorzucić. Otóż, jak podał, skądinąd wrogi nam, portal wirtualnapolska.pl, nie tylko aktorzy, piosenkarze, oraz byli dyplomaci, zajęli się ostatnio pisaniem listów otwartych, ale do tego zacnego grona dołączyły również gwiazdy niepokornej i wyklętej pulicystyki – w kolejności alfabetycznej – Witold Bagieński, Sławomir Cenckiewicz, Wojciech Dudziński, Cezary Gmyz,  Maciej Marosz, Piotr Nisztor, oraz Piotr Woyciechowski, i opublikowały pismo, w którym Piotrowi Jeglińskiemu, szefowi kultowego patriotyczno-niepodległościowego wydawnictwa Editions Spotkania, zarzucają wieloletnią współpracę ze Służbami. Ktoś odpowiednio uważny być może zada w tym momencie pytanie, co się takiego stało, że ktoś tak kompetentny, a jednoczesnie pracowity, jak Sławomir Cenckiewicz badacz, nagle po latach grzebania w papierach odkrył tajne powiązania swojego wydawcy, Jeglińskiego. Odpowiedź robi wrażenie nadzwyczaj prostej. Otóż wszystko wyszło na jaw po tym jak Jegliński wydał serię patriotycznych książek wspomnianych autorów, a mianowicie  Sławomira Cenckiewicza i Piotra Woyciechowskiego „Konfidenci - Archiwa ujawniają prawdę” o kapusiach, Piotra Nisztora i Wojciecha Dudzińskiego  „Nietykalni” o wyprzedaży polskiego majątku, Macieja Marosza „Resortowe togi” o skorumpowanych sędziach i wreszcie książkę kucharską samego Cezarego Gmyza „Co nam Gmyz zgotował? Przepisy ze szczyptą...”, a dziś, jak się okazuje, ów stary ubek, zamiast te książki sprzedawać, nie dość że ich sprzedawać nawet nie zaczął, to jeszcze autorom nie zapłacił, twierdząc, że skoro nie sprzedał, to nie ma z czego płacić. A wszystko to zrobił według niezwykle perfidnego planu, który, wedle Wirtualnej Polski – proszeni przez Wirtualną Polskę o komentarz, Cenckiewicz i Gmyz mieli się podobno obrazić i swojej wersji zdarzeń nie przedstawili – wyglądał tak:
       „Szef znanego wydawnictwa, ikona solidarnościowego podziemia, ulega podszeptom pracowników aparatu bezpieczeństwa PRL i po 20 latach przeprowadza tajną operację. Kupuje najmocniejsze, najbardziej demaskatorskie książki prawicowych autorów. Wydaje je, lecz być może celowo sabotuje sprzedaż potencjalnych hitów. Następnie nie wypłaca autorom honorariów. Może to być kara za ich dotychczasową działalność”.
       Widząc, jak ta relacja jest zrobiona, więc jak przystało na osobę w najwyższym stopniu nieufną wobec wszelkiego rodzaju mentów, założyłem, że Wirtualna Polska, jak to ma w zwyczaju, manipuluje, i aby sprawdzić stan rzeczy zajrzałem do oryginalnego listu i pierwsze na co zwróciłem uwagę, to to, że on jest niemal wyłącznie poświęcony ujawnianiu współpracy Jeglińskiego, natomiast na temat honorariów tam jest zaledwie jedno zdanie, w dodatku z zastrzeżeniem, że to jest akurat mniejszy problem. Jest tam natomiast jedno zdanie, które nas przekonuje, że tu mamy do czynienia z jakimś kompletnie absurdalnym mordobiciem, oczywiście ze Służbami i forsą w tle, niemniej jednak zaledwie mordobiciem. Oto piszą nasi autorzy do Jeglińskiego tak:
      „Relacje gospodarcze z ludźmi dawnej bezpieki w ramach spółki „HIT-MARKET” rozpoczął Pan i następnie kontynuował podczas prac wydawniczych nad książkami „Konfidenci są wśród nas” Michała Grockiego (Tomasza Tywonka) oraz „Lewy czerwcowy” Piotra Semki i Jacka Kurskiego. Obie pozycje książkowe ukazały się w 1993 r. i od samego początku stanowiły punkt odniesienia dla obozu niepodległościowego, domagającego się dekomunizacji, lustracji i budowy „Nowego Państwa”. To właśnie m. in. za opinie wyrażane na kartach wydanych przez Pana książek, liderzy prawicowych ugrupowań poddani zostali jawnym i konfidencjonalnym represjom ze strony prokuratury i tajnych służb (zwłaszcza Zespołu Inspekcyjno-Operacyjnego MSW kierowanego przez płk. Jana Lesiaka)”.
      Rozumiemy, prawda? Jegliński wydał Semce i Kurskiemu książkę o zamachu na rząd Jana Olszewskiego, po to by oni tam napisali, co sądzą o III RP i żeby w ten sposób Służby miały na nich haka i mogły ich prześladować, a my już teraz możemy się łatwo domyślić, że najpewniej tak naprawdę cały ów ruch patriotyczno-narodowy został założony przez Służby po to tylko, by ci odważni ludzie mieli gdzie artykułować swoje poglądy i w ten sposób System miał argumenty, by ich nastepnie prześladować, a na koniec jeszcze – to już przez czystą złośliwość – nie wypłacić im honorarium za robotę, którą na rzecz Systemu porządnie przecież wykonali.  Tak to najwyraźniej widzą profesor Cenckiewicz z redaktorem Gmyzem.
       Chciałbym jakoś skomentować to, co starałem się wyżej opowiedzieć, ale nie potrafię. To jest bowiem coś tak głupiego, że mi drętwieją nie tylko już palce, ale i sam mózg. Widzę bowiem już wyłącznie tego Gmyza, któremu Jegliński wydał książkę kucharską i pierwsze co zrobił, to skierował ją na przemiał, by, broń Boże, na żądanie polskich patriotów, nie trzeba było robić dodruku… No i od razu sobie myślę, że to też nie bardzo ma sens. No bo logika nakazywałaby, żeby Gmyzowi Jegliński wydawał tych książek jak najwięcej, tak by policja myśli dawnego PRL-u miała jeszcze pełniejszy dostęp do tego, co on ma w głowie i mogła go nadal prześladować, tym razem już na placówce w Berlinie. Dziwne. Czyżby oni uznali, że od czasu jak on został tym korespondentem, wszelkie koszta pokryje przeciwnik?
       My tu tak sobie trochę żartujemy, a tymczasem po raz kolejny dowiadujemy się czegoś, co i podejrzewalismy od dawna i też tak naprawdę zwyczajnie wiedzieliśmy: ten cały rynek wydawniczy to zwyczajny fejk. No ale o tym już na pewno najlepiej nam opowie Coryllus. Ja tylko przypomnę, że od wczoraj aż do wyczerpania nakładu moją książkę pod tytułem „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można zamawiać bezpośrednio u mnie. Proszę o kontakt na toyah@toyah.pl, a dedykacja oczywiście będzie włączona w cenę. Proszę się śpieszyć, bo to leci nad podziw szybko.

Oczywiście księgarnia pod adresem www.basnjaknniedzwiedz.pl działa jak zawsze, więc tam również zapraszam.


czwartek, 25 stycznia 2018

Gdy przy korycie robi się za ciasno

            Szczerze powiedziawszy, ile razy zdarzy mi się kupić tygodnik o zmiennej nazwie „Sieci” i „W Sieci” i w efekcie, wręcz z automatu, nie mogę się powstrzymać, by bandę tych cwaniaków potraktować dokładnie tak, jak oni sobie na to zasłużyli, obiecuję sobie, że to już po raz ostatni. Kwestia honoru. To jednak, że ja tu sobie coś obiecuję, nie oznacza oczywiście nic i wynik owego mojego braku zdecydowania jest taki, że te niemal już dziesięć lat na tym blogu, gdy rozmawiamy o prawicowych mediach, wciąż nam mijają w atmosferze graniczącej albo z rozbawieniem, albo z rozpaczą, a najczęściej, jako główni animatorzy owych emocji, występują albo albo Witold Gadowski, albo Łukasz Warzecha, albo Rafał Ziemkiewicz, albo Jan Pietrzak, albo Krzysztof Feusette, albo Tomasz Sakiewicz… można wymieniać, krótko mowiąc, tak zwani „niepokorni dziennikarze”.
           Dziesięć lat to szmat czasu i można się przyzwyczaić. Tak jak do wszystkiego.  Efektem owego przyzwyczajenia jest akceptacja, która wynika prosto z uznania, że tak jak jest, jest normalnie i inaczej już nie będzie. Podobne zresztą zjawisko obserwujemy na poziomie znacznie szerszym, a więc obejmującym w ogóle wszystko to co się dzieje w dzisiejszym świecie i nas absorbuje przez ten jeden kolejny dzień i ani chwili dłużej. Ktoś coś ukradł? Ktoś kogoś zabił? Gdzieś ktoś się ostatecznie skompromitował kłamstwem nie do opisania? I cóż z tego? Taki to jest świat i naprawdę nie ma możliwości, byśmy się pochylali nad każdym podobnym zdarzeniem i traktowali je jak jakąś sensację.
          Kupiłem jakiś czas temu wspomniany tygodnik „Sieci” – jak już tu pisałem, chodziło o zdjecie na okładce przedstawiające Witolda Gadowskiego przebranego za wojennego korespondenta – przeczytałem rozmowę, jako bracia Karnowscy przeprowadzili z Gadowskim, niechybnie głównie po to, by podać nam namiary na adres pod którym można wpłacać pieniądze na jego nowy film, uznałem, że szkoda moich słów, by się tą nędzą zajmować, ale oto dziś przy śniadaniu sięgnąłem po to coś i wszedłem na stronę, na której zwyczajowo swoimi przemyśleniami dzieli się poeta Wencel. I oto, proszę sobie wyobrazić, tym razem wprawdzie Wenclowi nie przyszło nic ciekawego do głowy – co rozumiem – jednak w zamian za to – czego już zrozumieć jest mi naprawdę ciężko – uraczył on nas parodią Zbigniewa Herberta w postaci trzech swoich wierszy. Bez komentarza, bez słowa wyjaśnienia, bez żadnej dodatkowej refleksji. Trzy wiersze, zajmujące mniej więcej tyle samo miejsca na stronie, co zdjęcie ich autora, a z których fragment jednego (daję słowo, że wybrany przeze mnie na chybił trafił) brzmi tak:
            
            Najważniejsze – przetrwać: nie dać się
            złamać wychłodzić zagłodzić nie gardzić
            zupą z korzeni ani nadgniłą cebulą

            nie tracić ducha: szeptem powtarzać
            dziecięce modlitwy imiona wszystkich
            świętych i strofy z „Pana Tadeusza”

            gimnastykowac się o świcie rzeźbić
            krzyżyki i szachy z drewna pocieszać się
            wzajemnie: co nas nie zabije, to nas…

      A więc tak to działa. Mamy najważniejszy prawicowy tygodnik, który, obok TVP Info, gdy chodzi o media, stanowi publiczną twarz Dobrej Zmiany, a każdemu średnio przytomnemu obserwatorowi wystarcza chwila, by zauważyć, że i tu i tam nie chodzi o nic innego, jak się uczepić tego koryta i nie zważać już na nic, tylko na to, co tam jest w środku i jak zrobić, żeby nikt się nie wrył tam przed nas.
      Jak zdarza mi się to dość często, oglądałem wczoraj wieczorny program TVP Info „Zawsze po 20” i kiedy już przestał żartować syn Janusza Rewińskiego, na ekranie pojawił się Cezary Gmyz i ostrzegł wszystkich, by bardzo uważali na dziennikarzy piszących w takich pismach jak „Warszawska Gazeta”, bo oni tam, przedstawiając się jako polscy patrioci, tak naprawdę realizują interesy ruskiej agentury. Ponieważ to było również do mnie, jako do kogoś kto od kilku już lat co tydzień we wspomnianej „Warszawskiej Gazecie” publikuje swój felieton, chciałem dziś powiedzieć, że może rzeczywiście – o czym nie wiem – ja faktycznie piszę na zlecenie Putina, jednak w życiu by mi nie przyszło do głowy, by przy tym atakować papieża Franciszka, prezydenta Dudę, czy samego prezesa Kaczyńskiego, zarzucając im, że każdy z nich, razem i osobno, występują przeciwko Ojczyźnie, Kościołowi i Honorowi, czemu ostatnio ci ciekawi ludzie wyjątkowo często i z autentycznym zaangażowaniem się oddają.
        A gdyby ktoś mi zarzucił, że ja zaledwie odbijam piłeczkę i mówię, że to nie ja, lecz oni, chciałbym zapewnić wszystkich, że ani mi w głowie zarzucać Gmyzowi, że za jego postępowaniem stoją jakieś niedobre związki. Nic podobnego. Tu chodzi wyłącznie o to, że według najnowszych, jak najbardziej oficjalnych danych, wydawana przez Piotra Bachurskiego „Warszawska Gazeta”, gdy chodzi o wielkość sprzedaży, wyprzedziła właśnie zarówno „Gazetę Polską”, jak i „Do Rzeczy” i dziś zajmuje piątą pozycję na liście najpoluparniejszych tygodników w Polsce, przegrywając zaledwie o włos ze wspomnianymi wierszami Wencla.
        Naprawdę trudno się dziwić. To prawda jest dobra, a kłamstwo złe i tego nie zmieni nic. To jest czysta fizyka. Można tylko dostawać cholery.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam serdecznie.

           

poniedziałek, 14 grudnia 2015

O konfidentach i konfidentach

Od dwóch tygodni mam założone konto na Twitterze i zupełnie dla mnie niespodziewanie to nowe doświadczenie sprawia, że popadam w nastrój zadumy. Przede wszystkim okazuje się – i tu chciałbym się zwrócić do osób tak jak ja starszych i wobec wszelkich tak zwanych nowinek pozostających w życzliwej nieufności – że ów Twitter, cokolwiek by o nim nie myśleć, ma sens. Rzecz bowiem w tym, że dla nas dotychczas ów wynalazek miał sens o tyle, że służył różnego typu gwiazdom do tego, by coś tam powiedzieć i dać znać, że istnieją. Tymczasem, z tego co widzę, Twitter to miejsce gdzie ludzie tacy jak my sobie rozmawiają, i to rozmawiają praktycznie w czasie rzeczywistym, na wszelkie możliwe tematy, bez żadnych przeszkód, bez jakiejkolwiek cenzury, no i wreszcie bez owego chamstwa, z którym mamy do czynienia na internetowych forach i blogach.
A zatem Twitter ma moc i ma sens, a to już wystarczy, by się nim zainteresować. Z naszego punktu widzenia jednak, a więc z tego, co możemy zaobserwować my, którzy się spotykamy na tym blogu, należy zauważyć coś, co stanowi… no, nie bójmy się tego słowa, ale temat. Oto w dniu wczorajszym na Twitterze założył konto znany nam zapewne kiedyś jako szef komisji weryfikacyjnej WSI, a ostatnio człowiek, który wspólnie ze Sławomirem Cenckiewiczem zniszczył Witolda Kierzuna, Piotr Woyciechowski, i w ciągu zaledwie paru godzin zdobył ponad tysiąc tak zwanych „followersów”, a więc osób, które pragną wiedzieć na bieżąco, co Woyciechowski ma do powiedzenia.
Słysząc o tym sukcesie, zaglądam na profil Piotra Woyciechowskiego i widzę, że tam jest zaledwie paręnaście „twittów”, a wszystkie dotyczą wieczoru literackiego zorganizowanego w związku z promocją najnowszej książki Woyciechowskiego zatytułowanej „Konfidenci”. Wieczór organizowany jest oczywiście gdzieś w Warszawie, a sam Woyciechowski, jak rozumiem w nadziei, że w ten sposób uda mu się podkreślić rangę wydarzenia, ilustruje go szeregiem zdjęć, na których widzimy jego uczestników, a więc, jak informuje sam Woyciechowski, po kolei: Zbigniewa Girzyńskiego, Andrzeja Wielowieyskiego, Jarosława Święcickiego syna Marcina, samego Marcina z przemówieniem, Zbigniewa Siemiątkowskiego, plus jakich dwóch, Bagieńskiego i Jeglińskiego, o których ja sam nie wiem nic, ale domyślam się, że skoro Woyciechowski ich umieścił w tak szacownym towarzystwie, coś tam znaczą. No i jest, jak się okazuje, jeszcze sam Antoni Macierewicz, którego na zdjęciu wprawdzie nie widzimy, ale, jak zapewnia Woyciechowski, na miejscu jest.
I to jest coś, co mnie przeraża. W moim wyssanym z mlekiem matki optymizmie i błogosławionej naiwności mnie przeraża. Bo mamy już tylko dwie możliwości: albo to wszystko słuszny szlag trafi i nie zostanie nic, albo przez kolejne lata będziemy się karmić kłamstwem. Tym starym, tak dobrze nam znanym, kłamstwem. I już więcej ani słowa, bo jeszcze coś spieprzę i będę żałował.

Informuję, że ostatni egzemplarz mojej książki „O siedmiokilogramowym liściu” został sprzedany ojcom cystersom z Wąchocka. Wszystkie pozostałe są wciąż jeszcze do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.


wtorek, 27 października 2015

Czy wróżbita Maciej zostanie nowym ministrem zdrowia?

Plan miałem taki, by napisać coś na temat krakowskich targów książki, które się właśnie skończyły, ponieważ jednak mam wrażenie, że wszystko co było do powiedzenia, powiedział już Gabriel, nie za bardzo widzę sens, by się tu jakoś dodatkowo popisywać. Poza tym ostatni dzień wspomnianych targów zbiegł się z dniem wyborów i wszystko wskazuje na to, że nasze marzenia się zrealizowały i przejęliśmy bezwzględną władzę. Przyznam więc szczerze, że dziś bardziej zajmuje mnie to zwycięstwo, a gdy idzie o książki, to już raczej myślę o tym, co będziemy mieli za niespełna dwa tygodnie w Katowicach.
A zatem – zwycięstwo. Oto proszę sobie wyobrazić, że niemal w tym samym czasie, jak red. Gociek opublikował w Internecie swoje zdjęcie w góralskim kapeluszu i podpisem: „Niedorżnięta wataha idzie na myśliwych”, syn mój przyniósł mi jeszcze inne zdjęcie, pod pewnymi względami jeszcze więcej mówiące:


Ja nie wiem, ani co to za historia, ani jaka to okazja, ale wiem, że ono zrobione zostało w tych dniach, i że na nim widzimy prężących się obok siebie naszego Igora Janke, Dominikę Wielowieyską, Andrzeja Morozowskiego i Cezarego „Trotyla” Gmyza. I to jest, moim zdaniem, coś bardzo znaczącego, zwłaszcza na okoliczność tego, co się w minioną niedzielę wydarzyło.
Ale jest jeszcze coś. Otóż nie wiem, czy komukolwiek z nas jest to wiadome, ale istnieje autentyczna telewizyjna gwiazda o sławie przewyższającej nawet zarówno Wojciecha Cejrowskiego jaki i Martynę Wojciechowską jednocześnie, o imieniu Wróżbita Maciej, która zajmuje się, jak sama nazwa wskazuje, wróżbiarstwem i przeganianiem złych duchów, i oto okazuje się, że ów Wróżbita Maciej jest nasz. Proszę rzucić okiem:
„No więc pierwszy dzień urlopu. Usiadłem wygodnie w swoim fotelu i przeglądam internet. No i co znajduję? Jeden artykuł o tym jak wróżbita Maciej może być katolikiem? Drugi artykuł o tym, że ten wróżbita kilka godzin po wyborach oznajmił, że był za PiSem, by zyskać sympatię. Trzeci o tym, że dokonałem 'coming out' i pierwszy raz powiedziałem, że jestem katolikiem. Nie zamierzam się tłumaczyć, bo niektórzy dziennikarze piszący te artykuły mają iloraz inteligencji równy stwierdzeniu, że ‘wróżbita Maciej wróży z kuli’ - też tak dziś o sobie przeczytałem wink emoticon. Ale nie lubię głupoty i ingerencji w moje poglądy. W moje życie. Od początku kariery telewizyjnej pojawiam się wszędzie z krzyżem na szyi. Ile razy słyszałem, że mi nie należy się ten krzyż. Że nie należy mi się miłość Boga. Bo zajmuję się magią. Jaką dokładnie? Na czym polega ta magia? Jestem tarocistą z powołania, który ma za zadanie pomóc. Jeśli pomagam ludziom znaleźć pracę, wyjść z choroby lub wskazuję realne możliwości, by osiągnąć cel, uniknąć nieszczęścia - to jest to grzech? Od kiedy pomoc jest grzechem? Jestem przeciwny takim praktykom jak uzdrawianie. Jestem przeciwny rytuałom i magii. Zajmuję się uczciwie swoją pracą i wykonuję ją najlepiej jak potrafię. To wiecie Wy - ci, którzy śledzą moje programy. A za dziennikarzy mi wstyd. Bo nie znają mnie, mojej pracy, nie wiedzą czym jest tarot. Nie mają pojęcia jak wygląda praca współczesnego tarocisty. Mają wiedzę na poziomie wiedzy gimnazjalistów. To jest smutne co piszę. Ale tak jest. Proszę słuchać moich audycji radiowych, oglądać moje programy i czytać moją książkę. Ale po co jeśli można poczytać Pudelka? Wiedzy brak. Brak wiedzy o tym jakie ja mam na to wszystko spojrzenie. Uważam, że Bóg chciał dać mi dar, bo gdyby nie chciał, nie dałby go. Gdyby był grzechem, by odebrał. Jeśli odniosłem takie sukcesy jakie odniosłem, idę widocznie dobrą drogą. Mam czyste sumienie i nie życzę sobie, by ktokolwiek w nie zaglądał. Podobnie nie życzę sobie, by ktoś zaglądał w moje poglądy polityczne. Jakiś czas temu udzieliłem wywiadu pewnemu dziennikarzowi. Powiedziałem w nim wprost, że jestem za PiSem. Nie został on wyemitowany, bo widocznie nie podoba się komuś ta cała sympatia względem PiSu. Gdybym powiedział, że jestem przeciwko, pewnie by to wyemitowali. To się nazywa nagonka na PiS praktykowana przez idiotyczne media. Przed tym jeszcze jak Andrzej Duda został Prezydentem, byłem za nim. I o tym głośno mówiłem. Tak, byłem. No i co? Nikt mi tego nie zabroni. Nikt mi nie zabroni również miłości do Boga. Od lat mówię w telewizji i w mediach, że jestem katolikiem. Ale widocznie muszę mówić to częściej. No i tak będzie”.
Ktoś powie, że teraz czas na komentarz. Zarówno do tego zdjęcia jak i powyższego oświadczenia. I owszem, komentarz będzie. W postaci pewnej wypowiedzi pewnego znanego nam zapewne człowieka. Przepraszam bardzo zarówno pana Igora Janke, jak i Cezarego Trotyla, ale też samego Piotra Goćka w góralskim kapeluszu i całą resztę, ale ja dziś mam taki nastrój, że nie bardzo widzę różnicę. I o niczym innym nie marzę, by on już jak najszybciej wreszcie poszedł odsiadywać jak by nie było, o ile się nie mylę, prawomocny wyrok, a oni wzięli się za jakąś uczciwą robotę. I żeby w ten sposób Polska wyszła z tej strasznej ruiny, przeciwko której w minioną niedzielę wszyscy głosowaliśmy.



Przypominam, że w księgarni u Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl jest już do kupienia moja nowa książka, zatytułowana “29 wypraw na dziewiąty krąg”. Polecam serdecznie.

niedziela, 7 lipca 2013

Nasi kroją cebulę

Mamy koniec kolejnego tygodnia, a więc, tradycyjnie, pora na przedstawienie kolejnego felietonu dla "Warszawskiej Gazety". Mam nadzieję, że nie nastroi nas zbyt ponuro przed nadchodzącym poniedziałkiem. Zwłaszcza, że jest szansa, że dziś Platforma zbierze lanie w Elblągu.

Nie wiem, ale też nigdy nie byłem ciekawy, jak to się stało, że Maciej Kuroń został kucharzem-celebrytą. Wprawdzie pojawiały się informacje, że on ukończył kurs gotowania gdzieś w Ameryce, ale z tego widziałem, wynika, że on go nawet nie zaczął, a jeśli nawet i zaczął, to przewagarował.
Pewnie ktoś mnie spyta, skąd przyszło mi do głowy pisać dziś, nawet nie o Kuroniu, ale o Kuronia marnej podróbce, no a skoro już do tego doszło, czemu uważam, że on tego kursu nie ukończył. Już odpowiadam. Po kolei. Przede wszystkim, przyszedł mi do głowy ów Maciej Kuroń, ponieważ po raz już kolejny, okazało się, że święte prawa, takie jak to o wypieraniu dobrej monety przez złą, czy o tym, że historia wraca po latach w postaci swojej własnej parodii, robią wrażenie nawet jeśli nie faktycznie świętych, to jak najbardziej słusznych. Dziś, w postaci dwóch prawicowych dziennikarzy, Igora Janke i Cezarego Gmyza. I niestety, też przy okazji czegoś, co się nazywa Telewizją Republika, i do niedawna było zapowiadane, jako „nasza” odpowiedź – wreszcie skuteczna – na agresywną propagandę Systemu.
Otóż, jak się dowiaduję, Cezary Gmyz – człowiek swego czasu wyrzucony z „Rzeczpospolitej” za słynny artykuł o trotylu, został przygarnięty przez Tomasza Sakiewicza i Spółkę do wspomnianej Telewizji Republika, gdzie prowadzi program kulinarny. A w tym programie wręcz znakomicie udowadnia słuszność wspomnianej wyżej zasady o historii powraacającej jako kpina.
Pora na drugą kwestię, mianowicie, skąd wiem, że Kuroń junior nie był kucharzem, lecz zwykły uzurpatorem? Otóż każdy, kto miał okazję oglądać w telewizji kulinarne programy prowadzone przez zawodowców, wie świetnie, w czym się przejawia owo zawodowstwo, choćby patrząc na to, jak ci ludzie kroją cebulę, czosnek, marchewkę, czy cokolwiek. A wiedząc to, i pamiętając te męki, które nam zwykł był pokazywać Maciej Kuroń, wiedzą też, o czym mówię, kiedy dziś piszę te słowa.
No i dziś oglądam program prowadzony w Telewizji Republika – podkreślam, telewizji podobno „naszej” – gdzie Cezary Gmyz, a z nim reklamujący swoją książkę o Viktorze Orbanie Igor Janke, tak jak kiedyś Maciej Kuroń, próbują Polakom pokazać, na czym polega prawdziwe gotowanie, no a przy okazji powiedzieć coś na tematy jak najbardziej neutralne.
I, przepraszam bardzo, ale, abstrahując już od tego, jaki poziom oni prezentują, jak oni wypruwają z siebie żyły, by pokroić tę nieszczęsną cebulę, jak zawstydzająco prezentują się na tle tej smutnej książki Igora Janke, której pies z kulawą nogą nie potrzebuje, odnoszę bardzo przykre wrażenie, że każdy kolejny dzień, który przybliża nas do upragnionego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości, a jednocześnie upadku znienawidzonej władzy Donalda Tuska, pokazuje nam z okrutnym szyderstwem, że lepiej już było. Tak bowiem jak wszystko karleje, karlejemy i my. A ja bym tylko chciał wiedzieć, kto to wszystko po drodze do tego zwycięstwa spieprzył?

Jestem wdzięczny za stałe wspieranie tego bloga. Proszę wszystkich o dalszą pamięć i solidarność. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...