Już tu swego czasu wspominałem, że nie umiem zgadnąć, ile osób czytających ten mój blog, orientuje się jednocześnie, co się dzieje na tym drugim, który prowadzę solidarnie z Gabrielem i trochę też Kamiuszkiem, w Salonie24. Czy jeden i drugi znają wszyscy, czy większość, czy może najwierniejsi czytelnicy trzymają się tylko tego miejsca, już w pewnym sensie tradycyjnego? A więc tego nie wiem, i też nie mam sposobu, by się tego dowiedzieć. Ponieważ jednak zakładam, że jakoś tam wszystko to, co tam napiszę dociera i tu, wspomnę tylko bardzo ogólnie o pewnym tekście, który postanowiłem zamieścić tam ze względów czysto propagandowych. Wyłącznie po to, by pewna prawda dotarła do jak największej liczby osób.
Otóż, jak zapewne pamiętamy, swego czasu zwróciłem tu uwagę na komiks, jaki na swoim blogu opublikował Janusz Palikot, aby dostarczyć swoim czytelnikom zabawy w formie bardzo plastycznych opisów śmierci, jaką ludowa sprawiedliwość sprowadziła na przeróżnych polityków Prawa i Sprawiedliwości, poczynając od najpierw zgwałconej młotem pneumatycznym, a następnie spalonej żywcem Beaty Kempy, a kończąc na Lechu i Jarosławie Kaczyńskim wysadzonych w powietrze za pomocą bomby.
Wspomniałem o tym komiksie, jednak to co mnie od tego czasu prześladowało najbardziej, to już nie sama zawartość tego dzieła – w końcu do wszystkiego można się przyzwyczaić – lecz fakt, że mimo iż ja o owym komiksie wspominałem tyle razy, w debacie publicznej nie pojawiło się o nim nawet jedno wspomnienie. I oczywiście nie chodzi mi o to, że Janusz Palikot był tu otoczony jakąś ochroną i o nim mówiono wyłącznie dobrze. Nie – do niego akurat się strzela często i z lubością. Moje zmartwienie polega na tym, że wśród wszystkich możliwych zarzutów o niszczenie debaty publicznej, szerzenie nienawiści, i występowanie przeciwko podstawowym zasadom występującym w cywilizowanym świecie, pojawiło się wszystko – tylko nie ten komiks.
I jeszcze coś. O ile się orientuję, wśród wszelkich możliwych oskarżeń, jakie padały pod adresem Palikota, czy to ze strony samego Prawa i Sprawiedliwości, jako partii, czy już bezpośrednio ze strony osób, które osobiście zostały tam w tak brutalny sposób sportretowane, kwestia tego komiksu również się nie pojawiła. Nie wystąpiła z protestem ani Beata Kempa, ani Zbigniew Ziobro, ani rodzina Przemysława Gosiewskiego. Wszyscy, jeśli tylko się decydowali na to, by odnieść się do palikotowych ekscesów, ograniczali się do tych jego nic nieznaczących happeningów, czy idiotycznych żartów, natomiast to, co w sposób ewidentny Palikota musiałoby pogrążyć, było systematycznie niezauważane.
Poruszony bardzo tą sytuacją, i jak najbardziej też na fali ostatnio bardzo popularnej debaty o języku nienawiści, pomyślałem sobie, że napiszę o tym komiksie do „Warszawskiej Gazety” i może w ten sposób – w końcu tygodnik Piotra Bachurskiego, to jak by nie było, projekt ogólnopolski – dotrę do tych, do których dotrzeć wypada. No i proszę sobie wyobrazić, że po raz pierwszy w historii naszej współpracy, Piotr Bachurski odmówił publikacji tego tekstu.
W tym momencie zrozumiałem wszystko. Chodzi o to, że z jakiegoś powodu, zarówno System, jak i jego zaplecze, jak i wszyscy pozostali uczestnicy tego, co się dzieje na naszej scenie publicznej, nie widzą żadnego interesu w tym, by Janusz Palikot został z niej zdjęty. Wszystko wskazuje na to, że usunięcie tego jednego elementu grozi takim kryzysem, że to, co wraz z nim może nastąpić, nikomu się zwyczajnie nie kalkuluje. O Palikocie, podobnie zresztą, jak o wszystkich innych niemal aktorach polskiej polityki, można mówić wszystko; można mu stawiać wszelkiego rodzaju zarzuty; można oskarżać go o największe przestępstwa… z jednym zastrzeżeniem – należy bardzo uważać, by żadne z owych oskarżeń nie było na tyle poważne, żeby mieć jakiekolwiek konsekwencje dla stabilności polskiej polityki.
A jest to polityka szczególna. Przede wszystkim jest to polityka wojenna, jednak przez to, że wojna ta, to w znacznym stopniu wojna pozycyjna, gdzie wszystkie role, wszystkie sojusze, wszystkie wreszcie mechanizmy zostały dawno ustalone, a ich wartość potwierdzona, ona może się toczyć na pewnym w miarę znośnym poziomie jeszcze długie lata. Również jednak i to, co już dawno zostało uzgodnione – i jak najbardziej przez wszystkie strony konfliktu autoryzowane – to propaganda i jej język. A w tym systemie Janusz Palikot pełni element równie ważny jak Joachim Brudziński ze swoim chamstwem, Bronisław Komorowski z kulturą i Donald Tusk z tym swoim sympatycznym bałwaństwem. To wszystko świetnie się sprawdza i jedyne, co by mogło mu zaszkodzić, to wyjęcie z tego mechanizmu jednego choćby elementu. A już z całą pewnością tak ważnego jak Janusz Palikot, który dla propagandy tworzonej czy to z jednej strony konfliktu, czy to z drugiej, jest argumentem nie do przecenienia.
Zastanówmy się, co by się stało, gdyby nagle wybuchła sprawa tego komiksu? Wybuchła choćby na połowie tego poziomu, jak to miało miejsce w przypadku Grzegorza Brauna i jego słów o strzelnicach. Gdyby nagle taka Beata Kempa choćby podała Janusza Palikota do prokuratury o nawoływanie do okrutnego jej zamordowania. Przecież z tym, co się tam w owym komiksie znajduje, on by się nie wywinął. A jeśli nie wywinąłby się on, to zapewne też nie wywinęłoby się wielu z jego kolegów, którzy, kiedy on to publikował, stali tuż przy nim, przy swoim, jak by nie było wówczas jeszcze, wiceprzewodniczącym. A wtedy cała scena polityczna musiałaby zostać zresetowana i diabli jedynie wiedzą, kto by z tego wszystkiego wyszedł za tarczą, a kto na tarczy. Po co więc ryzykować?
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to wszystko stanowi najbardziej perfidną zmowę. I wcale nie sugeruję, że jest to zmowa, która została w jakikolwiek sposób notyfikowana, choćby tylko ustnie. Tym bardziej nie sugeruję, że oni wszyscy są bardzo dobrymi kumplami, którzy postanowili wyssać z nas całą krew. Nawet mi to nie przyszło do głowy. Oni najprawdopodobniej szczerze się wszyscy nienawidzą i życzą sobie gwałtownej śmierci. Tyle tylko, że – dokładnie tak jak to już powiedziałem wcześniej – to jest wojna pozycyjna, i ona rządzi się swoimi prawami. A jednym z najważniejszych jest to, by nikt nie zrobił niczego, co by miało naturalny bieg zdarzeń niebezpiecznie przyspieszyć.
Oto Janusz Palikot – człowiek, który ledwo co wystąpił u Moniki Olejnik i szczerze bardzo przeprosił za to, co kiedyś powiedział o patroszeniu Jarosława Kaczyńskiego. On już dziś – zwłaszcza po niesławnym wystąpieniu Grzegorza Brauna – zdaje sobie sprawę z tego, że tak dłużej nie można. Że ta nienawiść nas zżera, nawet jeśli ona nie jest prawdziwą nienawiścią, ale zwykłym, niewinnym żartem. I on, jako pierwszy wyciągnął rękę do zgody. Na te słowa najpierw wzruszyła się Monika Olejnik, a za nią reszta mediów. I tylko Prawo i Sprawiedliwość nie uwierzyło w te słowa, bo to przecież wiemy, co to za ziółko ten Palikot. A więc my mu nadal będziemy wyrzucać tamten występ, a on – nieboraczek – nie mając wyjścia, znów coś wspomni o tym, że ten samolot spadł przez pijaństwo Lecha Kaczyńskiego i jego kumpli. Tylko nie padnie jedno słowo na temat tamtego komiksu… co ja mówię, tamtego? Tego! Tego! On dziś jeszcze, kiedy piszę te słowa, fantastycznie się prezentuje na blogu Palikota.
Nikt na ten temat nie puści pary z ust, bo wie, co się stanie na drugi dzień. Prokuratura będzie musiała wszcząć śledztwo, które nawet jeśli nie będzie początkiem końca politycznej kariery Palikota i tych wszystkich zboczeńców, to z całą pewnością stworzy sytuację, gdzie już nikt do nikogo nie będzie mógł mieć pretensji o nic, a tym samym cały dotychczasowy język politycznej propagandy zostanie unieważniony. Nie będzie już Rydzyka, Niesiołowskiego, Brudzińskiego, Brauna, Pitery… I, jak już powiedziałem, nikt nie jest w stanie przewidzieć, kto z tego wyjdzie poobijany, a kto w złotej szacie.
Dziś na swoim blogu Coryllus wspomniał o nieznanym nam zdarzeniu sprzed miesiąca, kiedy to w Nowej Hucie na parkowej ławeczce spalił się pracownik naukowy Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Podobno z bardzo prozaicznego powodu – poszło o uczelniany mobbing. Tekst Coryllusa jest tak wstrząsający, ze jedyne co mi przyszło do głowy, by napisać w komentarzu, to jeszcze bardziej pewnie wstrząsające słowo „bingo!”. Właśnie tak. „Bingo”. Do tego bowiem doszliśmy. Możemy z siebie wypruć żyły; możemy się zapłakać na śmierć; możemy nawet się demonstracyjnie podpalić. Efekt będzie jeden tylko – psycholog powie, że podpalenie to forma protestu, a komentator zakrzyknie „bingo!”
Zostało jeszcze parę dni, a u nas, jak to u nas. Robi się bardzo nieprzyjemnie. Przepraszam, że to wciąż powtarzam, ale nie mam wyjścia. Bardzo proszę o jakąkolwiek pomoc. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.
Zostało jeszcze parę dni, a u nas, jak to u nas. Robi się bardzo nieprzyjemnie. Przepraszam, że to wciąż powtarzam, ale nie mam wyjścia. Bardzo proszę o jakąkolwiek pomoc. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.