Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 stycznia 2023

O wyrzucaniu pieniędzy w błoto

 

      Od dłuższego czasu staram się tu unikać tematów, które i bez mojego łaskawego udziału dobrze sobie radzą w publicznej przestrzeni, a już zwłaszcza takich które dotyczą wystąpień osób, o których istnieniu wolałbym nigdy nawet nie wiedzieć. Stało się jednak ostatnio coś, czego zingnorować nie mogłem, a co szczęśliwie zainspirowało mnie do rozważań odpowiednio poważniejszych. By jednak właściwie zacząć dzisiejsze refleksje, muszę przedstawić ich głównego bohatera.

      Nie wiem, czy znają Państwo nazwisko Filiks. Magdalena Filiks. Jeśli nie, to owa Filiks jest jednym z ponad stu posłów Platformy Obywatelskiej, o której pies z kulawą nogą nigdy by nie słyszał, gdyby nie fakt, że to ona właśnie swego czasu oddała swoje dzieci pod opiekę pewnemu działaczowi Platformy, a przy okazji swojemu znajomemu, który zamiast się owymi dziećmi opiekować, na zmianę albo je gwałcił, albo faszerował narkotykami, za co aktualnie odsiaduje jakiś tam wyrok. Jak mówię, gdyby nie owo niefortunne zdarzenie, w które najpierw została Filiks uwikłana, a następnie, zgodnie z polityką swojej partii robiła wszystko, by to co się stało nie ujrzało światła dziennego, o Filiks choćby pies z kulawą nogą by nie usłyszał, a co dopiero ktoś taki jak ja. No ale usłyszałem i postanowiłem się ową wybitną, jak się okazuje, działaczką zainteresować. Znalazłem zatem jej profil na Twitterze, sprawdziłem jej jak najbardziej partyjnie poprawną aktywność, przy czym nie mogłem nie zauważyć, że jeśli po ujawnieniu nieszczęścia, jakie spotkało ją i jej rodzinę, on na dobrych kilka dni praktycznie zamilkła, to tylko po to, by po ogarnięciu sprawy zaktywizować się w sposób wręcz zaskakujący. Dziś częstotliwość, z jaką Filiks się publicznie udziela, a jednocześnie agresywność owych wystąpień, są iście porażające.

       I oto parę dni temu, zamieściła ona na wspomnianym Twitterze zdjęcie przyłapanej podczas spaceru Janiny Goss, dobrej znajomej Jarosława Kaczyńskiego, a jednocześnie świeżo mianowanego członka zarządu Orlenu, i dodała do tego obrazka wręcz wulgarnie złośliwy komentarz dotyczący wieku pani Goss, na co ja zasugerowałem Filiks, by może zamiast się popisywać swoim chamstwem, zajęła się swoimi dziećmi, gdyż te, pozostawione bez opieki, mogą znów wpaść z łapy jakiegoś zboczeńca. Proszę więc teraz sobie wyobrazić, że na ową życzliwą radę, posłanka Filiks zareagowała taką złością, że zapowiedziała skierowanie „sprawy” do obsługującej ją kancelarii, by się dalej mną już zajęły odpowiednie służby.

       I tu, proszę sobie wyobrazić, pojawiło się coś jeszcze ciekawszego. Oto tweet posłanki Filiks polubił wspomniany przez nią prawnik, niejaki Bartek Piotrowski tu z Katowic, przedstawiający się na wspomnianym Twitterze informacją „JEŻECH ZE ŚLŌNSKA” i dopiskiem „#PADisBAD”, plus informacja dodatkowa „Adwokat, Europejczyk, Polak, Ślązak. Członek Naczelnej Rady Adwokackiej”, co, jak rozumiem z jednej strony stanowi wyraźną polityczną deklarację, ale przede wszystkim oczywiste przyłączenie się do gróżb Filiks.

       W swojej internetowej karierze, przed wystąpienieniem Filiks i jej prawnika, podobne groźby spotkały mnie dwukrotnie. Pierwszy raz jeszcze w dawnych czasach Salonu24, kiedy to krakowski dziennikarz Jerzy Skoczylas zażądał ode mnie przesłania mu swoich osobistych danych w celu umożliwienia mu złożenia pozwu za nazwanie go „bucem”, co podobno w Krakowie jest przyjmowane bardzo źle, a drugi raz ze strony organizatorów satanistycznego festiwalu Unsound, z tym że ci dodatkowo jeszcze, całkowicie pozaprawnie, zażyczyli sobie bym na konto jakiejś fundacji, jak się okazuje, imienia ks. Józefa Tischnera wpłacił 12 tys. złotych. Filiks z mecenasem Bartkiem to już trzeci tego rodzaju wybryk, a ja się już tylko zastanawiam, co tymi ludźmi kieruje, poza oczywistym obłąkaniem.

        I oto, wczoraj właśnie, dzień po groźbach Filiks, portal i.pl przekazał informację o wpłatach jakich politycy Platformy Obywatelskiej i ich rodziny dokonywali na fundusz wyborczy swojej partii. Bardzo proszę najpierw rzucić okiem na fundusz senacki:

„Rekordzistami, jeśli chodzi o wysokość darowizny na Fundusz Wyborczy, jest Marek Plura oraz Jolanta Hibner – oboje uiścili na rzecz Funduszu Wyborczego Platformy Obywatelskiej w 2019 roku po 56 tysięcy 250 złotych. Drugi pod względem hojności okazał się być Jacek Bury, który na cele kampanijne podarował 47 tysięcy złotych. Trzecie miejsce na podium zajmuje Kazimierz Ujazdowski, który we własnym imieniu wpłacił na rzecz Funduszu 43 tysiące złotych. Wpłatami równymi lub przekraczającymi 30 tysięcy złotych mogą pochwalić się Artur Dunin, Andrzej Kobiak i Tomasz Grodzki, którzy wpłacili kolejno 35 500, 35 000 i 30 000 złotych”.

        A teraz Sejm:

Jagna Marczułajtis-Walczak, 8 wpłat w sumie na 56 250 złotych, okręg 14 (Nowy Sącz); 1 miejsce na liście,

Dariusz Rosati – 1 wpłata na 56 250 złotych; okręg 19 (Warszawa); 3 miejsce na liście;

Krystyna Skowrońska - 4 wpłaty, w sumie na 56 000 złotych, okręg 23 (Rzeszów), 3 miejsce na liście;

Adam Cyrański – 1 wpłata na 56 000 złotych, okręg 33 (Kielce); 2 miejsce na liście;

Bogusław Sonik – 2 wpłaty w sumie na 55 000 złotych, okręg 8 (Kraków); 8 miejsce na liście;

Jacek Protas – 5 wpłat, w sumie na 53 450 złotych, okręg 34 (Elbląg); 1 miejsce na liście;

Rafał Grupiński – 3 wpłaty, w sumie na 50 000 złotych, okręg 39 (Poznań); 2 miejsce na liście;

Jan Grabiec- 2 wpłaty w sumie na 50 000 złotych; okręg 20 (Warszawa II); 1 miejsce na liście.

Roman Kosecki - 13 tys. zł

Zbigniew Niemczycki - 20 tys. zł

      Ja zdaję sobie sprawę, że wśród czytelników tego bloga jest wiele osób, u których suma 20 tys. czy nawet 50 tys. nie wywołuje żadnych emocji, z mojego punktu widzenia jest to jest jednak coś. Popatrzmy więc na rodziny owych darczyńców. Jak oni sobie poradzili z nieprzekraczaniem przepisowych 56 250 tys. zł.:

Wśród darczyńców Funduszu próżno szukać Krzysztofa Brejzy, ale już Dorota Brejza z Inowrocławia (okręg wyborczy senatora) zasiliła Fundusz Platformy Obywatelskiej dwiema wpłatami opiewającymi w sumie na 55 tysięcy złotych. Podobnie rzecz się ma z senatorem Marcinem Bosackim z okręgu poznańskiego. Chociaż sam znajduje się na liście darczyńców Platformy Obywatelskiej (zasilił partię trzema wpłatami na kwotę w sumie 18 750 złotych), figuruje tam również Katarzyna Bosacka, która w celach kampanijnych przekazała Platformie w sumie 56 250 złotych.

Poseł Sławomir Piechota, startujący w wyborach parlamentarnych do Sejmu w 2019 roku z 4 miejsca na liście w okręgu wrocławskim, również nie wpłacił nic na Fundusz Wyborczy pod własnym imieniem. Natomiast na Fundusz Wyborczy 42 800 złotych w czterech rzutach wpłaciła Elżbieta Piechota z Wrocławia, która według danych z KRS związana była z przedsiębiorstwem Impel. Jak czytamy w biogramie posła Piechoty w portalu mamprawowiedziec.pl, w latach 2002 – 2004 pracował jako dyrektor departamentu prawnego w przedsiębiorstwie Impel.

Kolejnym takim przypadkiem jest Michał Krawczyk z Lublina. Chociaż sam nie wpłacił nic na Fundusz Wyborczy PO, to już Stanisław Krawczyk z Lublina uiścił w trzech wpłatach w sumie 43 500 złotych na rzecz kampanii wyborczej. Zgodnie z danymi w BIP, Stanisław Krawczyk jest ojcem posła Krawczyka.

Jednym z posłów, którego duże zaangażowanie finansowe nie budzi żadnych wątpliwości, jest Dariusz Rosati. Fundusz Wyborczy Platformy Obywatelskiej wspomógł szczodrą darowizną w jednorazowej kwocie 56 250 złotych. W jego ślady poszła Teresa Rosati, znana projektantka mody, wysupławszy na cele wyborcze analogiczną kwotę, uiszczoną w dwóch wpłatach. Polityczny front Platformy Obywatelskiej wsparł również Marcin Rosati, który zasilił budżet wyborczy kwotą 40 tysięcy złotych.

Jacek Bury, który we własnym imieniu dokonał hojnej darowizny, nie pozostał bez wsparcia Urszuli Bury, która Fundusz Wyborczy dotowała kwotą 43 500 złotych. W sumie ich udział w finansowy w Funduszu wyniósł 90 tysięcy złotych.

Również Jarosław Wałęsa, syn byłego prezydenta Lecha Wałęsy, mógł liczyć na wsparcie rodziny. Kandydat do Sejmu w okręgu 25 (Gdańsk), startujący z 2 miejsca na liście, wpłacił na rzecz Funduszu Wyborczego 40 000 złotych. Danuta Wałęsa dorzuciła się do zbiórki kwotą 45 000 złotych, a Lech Wałęsa, wpłacił na cele kampanijne 30 000 złotych.

Poseł Małgorzata Janyska, „jedynka” w okręgu 38, który obejmował Piłę, na Fundusz Wyborczy nie wpłaciła nic, ale już Andrzej i Maria Janyscy z położonego nieopodal Piły Czarnkowa przeznaczyli na kampanię po 20 i 29 tysięcy złotych.

W ten sposób kilka osób o nazwisku Arłukowicz zasiliło budżet wyborczy w sumie 130 tysiącami złotych. Danuta Arłukowicz, uiściła na ten cel 45 000 złotych. Edyta – 55 000 złotych. Zygmunt Arłukowicz dofinansował wyborcze przedsięwzięcia kwotą 30 000 złotych. Sam Bartosz Arłukowicz nie figuruje na liście darczyńców.

Była premier, a dziś europoseł Ewa Kopacz przeznaczyła na Fundusz Wyborczy 18 000 złotych. Z kolei Katarzyna Kopacz-Petranyuk, była bardziej szczodra: na cele wyborcze wpłaciła 40 tysięcy złotych.

Próżno szukać na liście darczyńców europoseł Elżbiety Łukacijewskiej. Szukając pod tym nazwiskiem można jednak znaleźć informację, że Grzegorz Łukacijewski, zasilił Fundusz Wyborczy kwotą 50 tysięcy złotych, a Gabriela – sumą 20 tysięcy.

Kolejny z europosłów, Jan Olbrycht, również wykazał się szczodrością. Na rzecz Funduszu Wyborczego wpłacił 56 000 złotych. Chociaż o życiu prywatnym europosła trudno znaleźć jakiekolwiek informacje, zastanawia zbieżność nazwisk na liście darczyńców: Anna Olbrycht wpłaciła na rzecz Funduszu 20 000 złotych, a Katarzyna Olbrycht – 30 000 złotych.

Radosław Sikorski również wsparł finansowo starania Platformy Obywatelskiej w wyborach w 2019 roku. Ze swojej strony uiścił 56 000 złotych na rzecz Funduszu Wyborczego. Jego syn Alexander zasilił budżet wyborczy 30 000 złotych. Zastanawia zbieżność nazwisk - na liście obok nich figuruje jeszcze Magdalena Sikorska, która dorzuciła się do przedsięwzięcia datkiem w postaci 20 000 złotych.

Pozostali trzej europosłowie – Jerzy Buzek, Andrzej Halicki i Tomasz Frankowski – dokonywali wpłat we własnym imieniu. Jerzy Buzek w dwóch wpłatach przeznaczył na cele kampanijne w sumie 56 250 złotych. Tomasz Frankowski, niegdyś legendarny napastnik i czterokrotny król strzelców polskiej ekstraklasy, a dziś czynny polityk, na Fundusz Wyborczy wpłacił 50 tysięcy złotych. Andrzej Halicki ograniczył się do darowizny w postaci 12 000 złotych”.

      Zdaję sobie sprawę, że zwłaszcza ten ostatni zestaw był być może trudny do zniesienia, jestem jednak jednocześnie przekonany, że on się tu pojawił z pożytkiem dla dobra wspólnego, a poza tym tworzy mi on znakomity wręcz epilog dla dzisiejszych wynurzeń. Otóż, w moim osobistym odczuciu, nic tak dobrze jak owa, skromna tak naprawdę na tle tego wszystkiego co nas dziś dręczy, informacja wyjaśnia nam sens całego nieszczęścia, które nas tak osobiście dotyka, a tu też mam na myśli rodzinne przypadki posłanki Filiks, które nagle stają się całkowicie pozbawione znaczenia. Wszystko bowiem wskazuje na to, że za owym szaleństwem nie stoi nic innego jak tylko pieniądz, który gdy się kończy, albo gdy pojawiają się pierwsze wskazówki, że koniec już za progiem, staje się całym sensem życia, a jeśli owego sensu zabraknie, to pozostaje już tylko owa pamiętna gałąź.

       Gdy piszę ten tekst jest piętnaście minut po północy, a więc mój jak najbardziej naturalny czas. Nie zaglądam oczywiście na Twittera, a zatem też nie wiem, co słychać u pani poseł Filiks, ani też u mecenasa Piotrowskiego, którzy jeszcze wczoraj o tej porze byli jak najbardziej na nogach. Wiem natomiast, że i ona i on mają w głowie wyłącznie jedną myśl: co zrobić by przeżyć, zwłaszcza w sytuacji gdy, jak wiele na to wskazuje, lepiej już nie będzie. Zbyt wiele bowiem zostało zainwestowane w projekt, który tak niefortunnie wydał im się interesujący, by teraz iść spokojnie spać.



 

 

 

 

 

  

piątek, 11 sierpnia 2017

O czerwonych kontach czerwonych artystów

      Ledwo się nam nieco uspokoiła sytuacja na froncie szpitalnym i udało mi się rzucić okiem choćby na najbardziej podstawowe wiadomości, okazało się, że w tym całym zgiełku zdecydowanie – i kompletnie nieoczekiwanie – na pierwszy plan wybiła się wypowiedź, jakiej Onetowi, a konkretnie jej pierwszej gwiezdzie, Jarosławowi Kuźniarowi, udzieliła aktorka Krystyna Janda. Nie mam sposobu, ale też nie widzę powodu, by całość owego wystąpienia tu prezentować choćby w postaci linki, natomiast, owszem, podjąłem wysiłek, by spisać słowo w słowo najbardziej kluczowy fragment owego bełkotu. Proszę posłuchać:
      „Ja chciałam tylko powiedzieć jedną rzecz, którą ostatnio zauważyłam… znaczy nawet nie ja to zauważyłam, tylko zauważyli to twórcy filmowi. Znalazłam się w grupie takich operatorów, aktorów, reżyserów, scenografów, którzy przez te ostatnie lata stworzylili, tworzyli polskie kino i stworzyli kanon tej klasyki polskiego kina, czyli całe kino moralnego niepokoju, aż do, aż do, do, do, do, do, do… jakby na Wajdzie, czy Zanussim, czy na się sko… i okazało się, że nie dostają z telewizji repartycji, pieniędzy i ktoś z nich poszedł i zapytał: ‘Dlaczego nie ma tych pieniędzy?’ Spojrzeli wszyscy w te tabele i odpowiedzieli: ‘Bo nie ma tych filmów w telewizji’. Od roku byliście państwo przyzwyczajeni, ja na przykład byłam przyzwyczajona, ja zrobiłam tych filmów chyba ze sto, teatrów telewizji z osiemdziesiąt, no dużo rzeczy zrobiłam w życiu, i byłam przyzwyczajona, że każdego dnia w przynajmniej w jakichś różnych pięciu różnych telewizjach, gdzieś… gdzieś się pojawia moja rzecz, czy to film człow… czy to film Andrzeja Wajdy, czy to film… no nie wiem, czy to jakiś [w tym momencie Janda dostaje teatralnego ataku kaszlu]… okazuje się, że od roku nie ma tego wszystkiego… Ale to jest dziwne, że myśmy się nie zorientowali, że nie tyle, że nas nie zapraszają do współpracy, ale że nas wycieli, że tak powiem, z tej emisji”.
     Mam nadzieję, że w tym momencie nawet ci z nas, którzy przez małą chwilę uznali, że ja już niżej upaść nie mogłem, widzą, dlaczego uznałem tę wypowiedź za ważną. Oto bowiem chyba nigdy dotychczas nie mielismy okazji ujrzeć w pełnej okazałości, o co chodzi w tym całym zamieszaniu pod tytułem „Ludzie kultury bronią demokracji”. No i przy okazji nigdy chyba nie mieliśmy powodu do większej satysfakcji. Wiemy, o co chodzi, prawda? Wstają rano nasi twórcy, sprawdzają konto… a tu, panie, zima, bo w „pięciu różnych telewzjach” zamiast filmu „Tatarak", po raz kolejny leci „Titanic”, a zamiast Jandy, Kate Winslet. Zobaczymy, co będzie dalej, natomiast tendencja robi wrażenie.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie sad o kupienia moje książki.

      

wtorek, 25 października 2016

Tam gdzie rosły poziomki, czyli o kręceniu lodów

       Powiem szczerze, że mimo naprawdę poważnych wątpliwości co do intencji ludzi, którzy zasypują nas kolejnymi, tym razem rzekomo rozstrzygającymi już informacjami, jakimi jesteśmy dręczeni niemal każdego dnia, wszystkie je przyjmuję z uwagą i otwartym sercem. Chodzi mi o to, że ja wiem doskonale, że po ośmiu latach rządów Platformy Obywatelskiej, Polska jest w takim stanie, że nawet nie trzeba szczególnie mocno szukać, by to tu to tam znaleźć coś naprawdę ciekawego. Jednak, jak już wspomniałem, moje wątpliwości co do intencji niektórych z nas każą mi przynajmniej od czasu do czasu zachowywać dystans. Szczególnie wtedy, gdy wśród innych, pojawiają się kwestie, które ja znam jeszcze sprzed czasów, gdy Platforma Obywatelska objęła w Polsce owe tragiczne dla nas wszystkich rządy i które już wtedy bardzo mi się nie podobały. Oto wczoraj na Twitterze jeden z internautów zaczął publikować informacje dotyczące ciężkich pieniędzy, jakie warszawski Ratusz, jak wiemy, kierowany przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i całe to platformiane towarzystwo, przez minione lata wydawał na zaprzyjaźnione z władzą fundacje oraz projekty. Wśród nich na czoło wysuwają się tak zwane szkolenia i ja oczywiście to świetnie rozumiem. Szkolenia to jest coś absolutnie wyjątkowego. Pamiętam jak kiedyś pracowałem w ING Banku i jeden z dyrektorów opowiadał mi jak to spotkało go niezwykłe wyróżnienie, bo dostał skierowanie na wyjazdowe szkolenie właśnie, które normalnie kosztuje 5 tys. złotych od osoby – a jemu tę wycieczkę opłaciła firma – na którym przez tydzień on i inni uczestnicy kursu mieli się przez cały dzień w najbardziej brutalny sposób wzajemnie obrażać i starać się z tych potyczek wychodzić z tarczą, tak by pod koniec dnia już normalnie biesiadować do białego rana. Ponieważ mam już zarówno swoje lata, jak i lata zawodowej praktyki, to mam też za sobą naprawdę wiele różnych tego rodzaju opowieści i wiem, że tam gdzie są tak zwane dotacje, tam też pojawiają się natychmiast różnego rodzaju projekty, których jedyną wartością jest to, że są, że są napisane i że są napisane starannie i w miarę ciekawie. A zatem, przepraszam bardzo, ale cała lista projektów, jakie Hanna Gronkiewicz-Waltz postanowiła wesprzeć finansowo, robi na mnie wrażenie tylko w tym sensie, że tu faktycznie widać, że owe pieniądze nie były wydawane na chybił trafił, lecz trafiały tam, gdzie trafić naprawdę powinny. A zatem, o ile we Wrocławiu niedawno na przykład Urząd Miasta wywalił 15 tysięcy złotych na coś co miało stanowić miejsce spotkań pod fontanną, projekt z którego nic nie wyszło i całość tej kasy poszła do kieszeni jakiejś lokalnej artystki, w Warszawie byle kto się na te fundusze nie załapywał. Tam wszystko szło albo do „Gazety Wyborczej”, albo do prezesa Rzeplińskiego, albo do byłego prezesa Stępnia, do córki Bronisława Komorowskiego, czy wreszcie ewentualnie do blogerki Kataryny, czyli do osób sprawdzonych i zasłużonych. No ale zastanówmy się, o co my tu toczymy bój? Czy o to, żeby miasto, zamiast dawać pieniądze Katarynie, dawała te pieniądze mnie lub Coryllusowi, lub zamiast „Gazecie Wyborczej” i organizowanym przez nią obywatelskim inicjatywom, patriotycznym projektom Jana Pietrzaka? A może o to, żeby wreszcie skończyć z tym strasznym obyczajem polegającym na tym, z pierwszy lepszy cwaniak jest w stanie wyszarpać od miasta każde pieniądze, jeśli tylko swoją opowieścią oczaruje którąś z urzędniczek, że nie wspomnę o wiceprezydencie miasta?
       Powtarzam, wiadomości, które do mnie nadchodzą z Warszawy są mi bardzo miłe i czekam na następne, jeśli jednak mam być zupełnie uczciwy, to powiem, że za tymi moimi emocjami nie stoi tak naprawdę jakikolwiek rozsądek, lecz zwykła złość i pragnienie zemsty. Ja bowiem tak naprawdę wiem doskonale, że w tym samym czasie, jak Gronkiewicz-Waltz wynagradzała dobrodziejów swojej partii, w każdym dosłownie zakątku Polski odbywało się dokładnie to samo, na nie o wiele mniejszą skalę i z podobnym moralnym wynikiem. Funkcjonujący obecnie system krążenia publicznego pieniądza jest bowiem tak zorganizowany, że nie ma mowy o jakiejkolwiek gospodarności. To jest – przykro mi to powtarzać za tym durniem Korwinem-Mikke – ale to jest w rzeczy samej koryto do którego stoi kolejka, której końca nie widać, a w niej wszystko to co najgłupsze i najmniej udane. I wcale nie chodzi tylko o jakieś nędzne, nikomu niepotrzebne szkolenia, ale o również o książki, filmy, przedstawienia teatralne i inne, często najbardziej absurdalne tak zwane „społeczne” inicjatywy.
      Tu gdzie mieszkam, jak w wielu miejscach tego typu, jest tak zwana suteryna, a w owej suterynie lokal. Kiedy się tu sprowadziliśmy, mieścił się tu punkt przedłużania włosów, potem coś, czego już nie pamiętam, a potem przez wiele lat mieliśmy tu mały i bardzo sympatyczny sklep spożywczy. Po pewnym czasie, z przyczyn jak najbardziej naturalnych, sklep upadł i przez jakiś czas miejsce stało nieczynne. I oto nagle, rok, czy dwa lata temu pojawiła się tu jakaś banda gówniarzy z rowerami, która najpierw powiesiła na drzwiach napis informujący o tym, że tam będzie galeria, pracownia, redakcja, kawiarnia i miejsce spotkań, a potem się tam wprowadziła, jednak w taki sposób, że ów punkt jest otwarty kiedy bądź, pies z kulawą nogą poza nimi tam nie zagląda, a przez szybę widać tam nieustanny bałagan i jakiegoś młodego, który na maszynie szyje koszulki z napisem Katowice. Im się nawet nie chciało tam zaznaczyć godzin, kiedy to coś będzie czynne. Firma ma też stronę internetową, którą sprawdziłem, a wygląda ona tak: www.katolove.pl. Szczerze polecam, bo tam jest wszystko, czego słowa nie potrafią wyrazić.
      Nie byłem w środku nigdy. Sąsiad spróbował, ale kiedy tam wszedł, spojrzeli na niego tak, że od razu się wycofał. A zatem, wszystko co o nich wiem, to jest to co widzę z zewnątrz. Wiem natomiast na pewno, że za tym stoi dokładnie ten sam przekręt, co w przypadku Warszawy, tyle że oczywiście na o wiele niższym poziomie i za o wiele mniejsze pieniądze. Jakaś grupa cwaniaków dowiedziała się, że miasto Katowice wspiera kulturę, założyli szkielet strony internetowej, na kartce z zeszytu w kratkę napisali coś co wyglądało jak projekt kulturalny na rzecz miasta i jego mieszkańców, z tym wszystkim udali się do Urzędu Miasta i zwrócili się o lokal i dofinansowanie. No i dostali. Dziś, często jest tak, że kiedy przed północą idę ze swoim psem na spacer, widzę jak tam się świeci światło, jeden na maszynie szyje te koszulki a reszta coś dłubie przy rozłożonych w ogólnym bałaganie laptopach.
Kolega, który się zna na rzeczy, powiedział mi, że to jest fragment projektu o nazwie „Kultura za złotówkę”. Chodzi o to, że dziś jest tak, że wystarczy napisać nam byle jaki projekt, wpłacić symboliczną złotówkę, a dalej już tylko żyć za to, co miasto będzie nam co miesiąc wypłacać.
      Pamiętam, ów wspomniany wcześniej, niezwykle sympatyczny sklep o nazwie „Poziomka”. Niestety, czasy takie, że przetrwają albo wielcy, albo cwani. Przepraszam bardzo, ale świadomość tego stanu rzeczy nie bardzo pozwala mi na to, żebym się przejmował jakimś Stępniem i interesami, jakie on prowadzi z warszawskim ratuszem. Kłamstwo jest kłamstwem.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Zero dofinansowania z zewnątrz.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Zawisza Zielony, czyli Bóg, Pieniądze i Ojczyzna

Ponieważ dzięki ostatecznemu zidioceniu Pawła Kukiza, gwiazdą na naszej politycznej scenie stał się zupełnie niespodziewanie Artur Zawisza, nie mogę nie wspomnieć swojego tekstu jeszcze z roku 2011, gdzie ów Zawisza dostał wszystko to, co dostać powinien. Zachęcam do wspomnień i refleksji.


Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego „domknięcia” pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawiacy, a później warszawiaków spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy i zaczęli prowadzić już dalsze interesy, jako nowi właściciele. Gdy idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, wszystko również odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą – Green Energy Europe została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w „Warszawskiej Gazecie” i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z ta polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni z owąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak:
„Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.

***

Powyższy artykuł – podobnie jak stanowisko samego Zawiszy – jest obecnie również do przeczytania w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazety”. A w związku z tym mamy mały suplement.
Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja „Warszawskiej Gazety” przed publikacją powyższego tekstu, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w Warszawskiej Gazecie – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.
Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu, Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
„Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania.

Zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, gdzie można między innymi kupic moje książki. To jest ostatnia stacja. Gwarantuję własnym życiem.

sobota, 10 stycznia 2015

Czy Mieczysław Wachowski zdąży zastąpić kandydaturę Dudy?

Już parokrotnie i jak najbardziej szczerze obiecywałem sobie, a co gorsza również czytelnikom tego bloga, że w obliczu bezczelności, z jaką tak zwane „nasze” media, a więc przede wszystkim tygodnik „W Sieci” i portal wpolityce.pl odnoszą się do czytelnika, ja najzwyczajniej w świecie przestanę ich zauważać. W końcu, jak długo można zwracać uwagę na to, co ci ludzie wyprawiają, napominać ich, odwoływać się do ich rzekomego patriotyzmu i do odpowiedzialności, jaka oni na siebie przyjęli, za każdym razem odbijać się od tej ich grubiańskiej obojętności, a później znów wracać i zaczynać wszystko od nowa, po to tylko, by znów na końcu ujrzeć te puste oczy najzwyklejszej plazmy? A mimo to przychodzi chwila, kiedy znów wydaje się, że nie można tego, co się tam wyprawia pozostawić bez komentarza, bo przyjdzie taki moment, kiedy ktoś powie, że kiedy już naprawdę trzeba było krzyczeć, to ja siedziałem jak ten głupi na płocie.
No a zatem, proszę sobie wyobrazić, że okładka najnowszego numeru tygodnika „W Sieci”, cała w biało-czerwonych barwach przedstawia od lewej: Tadeusza Kościuszkę, Jana Pawła II, Mikołaja Kopernika i Józefa Piłsudskiego, pod spodem Jaruzelskiego na tle flaszki i jakichś dwóch przekazujących sobie z ręki do ręki plik banknotów, no i wielki tytuł: „DUMA I WSTYD”, że niby, jak rozumiem, ci u góry to duma, a ci na dole – wstyd. O co poszło? Otóż redakcja prawicowo-konserwatywnego tygodnika „W Sieci” przeprowadziła, jak sama pisze, „wielkie badanie”, by zobaczyć, co Polacy sądzą o najważniejszych sprawach Kraju. No i wyszło z owego badania tyle, że jest dokładnie tak, jak się można było spodziewać, czyli jesteśmy najbardziej dumni z uzyskania demokracji w roku 1989, postawy Polaków w czasie II Wojny Światowej, na trzecim miejscu wyboru Karola Wojtyły na papieża, dalej sierpnia 1980, bitwy pod Grunwaldem, wstąpienia do Unii Europejskiej i różnych innych drobniejszych zdarzeń, w tym nawet chrztu Polski i wstąpienia do NATO. Na pytanie natomiast, czego się powinniśmy wstydzić, dostajemy odpowiedź, że wstydzić się powinniśmy PRL-u, dzisiejszych „kłótni polityków”, „prześladowania Żydów” i „wydarzeń związanych z katastrofą smoleńską”. Wreszcie tygodnik „W Sieci” zapytał o Polaków, których cenimy najbardziej, no i tu wynik jest następujący: na pierwszym miejscu papież, potem Wałęsa, za Wałęsą Piłsudski, za Piłsudskim Kościuszko, za Kościuszką Jagiełło, za Jagiełłą Kopernik, no a potem cała już reszta, od Władysława Sikorskiego i Lecha Kaczyńskiego, przez Mieszka I i Szopena, po Sienkiewicza i Gierka.
Jak mówię, jeśli te wyniki mogą dziwić, to chyba tylko tych z nas, którzy znając patriotyczną niezłomność braci Karnowskich i całego tego towarzystwa, spodziewali się, że wyniki tego badania będą takie, że Polacy najbardziej dumni są z podwójnego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w roku 2005, najbardziej się wstydzą Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej, a na pierwszym miejscu wśród tych, których najbardziej cenią, znajdą się ex aequo Jan Paweł II i Lech Kaczyński. To by z pewnością było w ich stylu. Tymczasem, okazuje się, że oni przeprowadzili to badanie, a następnie opublikowali jego wyniki dokładnie w taki sam sposób, jakby to mogły zrobić „Newsweek”, czy „Polityka”, a więc rzetelnie zaczepiając ludzi, którzy wiedzą dokładnie tyle co usłyszeli w telewizji, o to, kogo oni cenią najbardziej, następnie zapisując tego papieża z Wałęsą, i udając się na zasłużoną setkę pod śledzia.
Przeglądałem te tabelki, czytałem towarzyszącą im analizę Piotra Skwiecińskiego, drapałem się po głowie, nie mogąc się nadziwić temu co widzę, kiedy nagle spojrzałem uważniej na okładkę i stwierdziłem z prawdziwym zachwytem, że jednak wszystko jest na swoim miejscu. Oni bowiem z tego towarzystwa Wałęsę wymiksowali. Zapytali ludzi, kogo ci cenią najbardziej, co czwarty powiedział, że Wałęsę, a na to Skwieciński napisał, że to wcale nie było tak do końca na poważnie, bo chodzi o to, że „Wałęsa bardzo wyraźnie stał się dla większości Polaków kimś w rodzaju czcigodnego, starego symbolu [który] nie prowadzi ich nigdzie, ale też nie do tego służy”. A ja bym już tylko chciał wiedzieć, dokąd Polaków prowadzi dziś Jan Paweł II, Mikołaj Kopernik, Tadeusz Kościuszko, czy Józef Piłsudski? I do czego każdy z nich służy poza byciem „czcigodnym, starym symbolem”? Chciałbym to wiedzieć, choćby po to, by zrozumieć, jaki rodzaj myślenia stał za tym, by najpierw owych biednych ludzi na tego Wałęsę wypuścić, a potem im powiedzieć, że to co oni uważają się nie liczy, i wygumować go z tej okładki. Chciałbym też oczywiście wiedzieć, jakie teksty ukazałyby się w tygodniku „W Sieci”, gdyby to tygodnik „Polityka” na przykład przeprowadził tego typu badanie opinii, na drugim miejscu za papieżem znalazłby się Lech Kaczyński, a Paradowska z Baczyńskim daliby na okładkę tych czterech, a Kaczyńskiego wystrzelili tam, gdzie jego miejsce? Co wtedy pisałby Piotr Skwieciński i jego kumple z redakcji? Czy może to, że to tylko taki stary symbol, który ani donikąd nie prowadzi, ale też do tego nie służy?
Do czego zmierzam? Do tego mianowicie, że ci durnie najpierw organizują badanie opinii, które, nie dość, że jako niczego tak naprawdę nie opisujące, nie ma najmniejszego sensu, to jeszcze, po raz nie wiadomo już który, powtarza starą post-peerelowską propagandę, że Polacy gówno wiedzą, gówno ich ta cała Polska obchodzi, a jeśli mają jakiekolwiek refleksje, to wyłącznie w formie starych do porzygania klisz, a następnie, próbując się ratować przed swoim bałwaństwem, ucieka się do najbardziej obrzydliwej manipulacji rodem z „Gazety Wyborczej”, czy TVN-u.
Patrzę na tę głupią okładkę z wyciętym Wałęsą, i z Jaruzelskim z tą ruską flaszką, czytam Skwiecińskiego, jak mieli to swoje bezczelne kłamstwo i zastanawiam się, zupełnie jak te zwierzęta u Orwella, czy to jeszcze ci, czy może już z powrotem tamci? I oto nagle zaglądam na stronę setną tego szalenie patriotycznego tygodnika, a tam, proszę sobie wyobrazić, tekst zatytułowany „Przyjazne urzędy”, który zaczyna się w następujący sposób:
„Choć nie wszystkie urzędy pracy działają jak należy, przybywa takich, dla których znalezienie bezrobotnemu zatrudnienia jest coraz mniejszym problemem. Na liście liderów jest m.in. Powiatowy Urząd Pracy w Skierniewicach. W tym 48-tysięcznym mieście bez pracy jest tylko 6,8 proc. mieszkańców, a jeszcze dwa lata temu było 12,5 proc. Spadek bezrobocia to efekt nie tylko poprawiającej się koniunktury, lecz także wysiłków 38 urzędników, których do zmian modelu pracy zmobilizowała reforma urzędów pracy z maja tego roku, przygotowana przez ministra pracy i polityki społecznej Władysława Kosiniaka – Kamysza”. Od tego momentu oczywiście tekstu tego już dalej nie czytałem, natomiast, owszem, zajrzałem na sam koniec, by zobaczyć, kogo to nasi patrioci właśnie u siebie zatrudnili, a tam, proszę sobie wyobrazić stoi: „Jadwiga Marcińska”, a dalej: „partner merytoryczny: Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej”. Nigdzie słowa o tym, że to jest tekst sponsorowany, że to tylko reklama, że to taki żart. To wszystko się dzieje naprawdę i nikt się przy tym nawet nie odważy uśmiechnąć. Jadwiga Marcińska. Partner merytoryczny. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Z tego szoku, zajrzałem nawet do spisu treści na samym początku numeru i tam też, w dziale „gospodarka”, sterczy jak byk: strona 100, przyjazne urzędy pracy, Jadwiga Marcińska.
Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, ja nie mogę nie zacząć podejrzewać, że przez minione miesiące, czyli mniej więcej od momentu, gdyśmy po raz pierwszy poczuli, że z tym prawicowo-patriotycznym cyrkiem jest coś nie tak, oni zostali najzwyczajniej w świecie przejęci i to przejęci na czysto, bez dyskusji i bez słowa wyjaśnienia. Tyle dobrego, że jeszcze tym razem nie było Wałęsy. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że to już może niedługo, kiedy bracia Karnowscy w swojej regularnej cotygodniowej rozmowie z ciekawym człowiekiem przedstawią nam, może jeszcze nie jego, ale już na przykład Mieczysława Wachowskiego, jakiego nie znamy – jak najbardziej. Nie wiadomo tylko jeszcze, kto będzie merytorycznym partnerem tego skoku.

Przypominam wszystkim zainteresowanym, że moja najnowsza książka, podobnie zresztą, jak wszystkie wcześniejsze, jest do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam.

środa, 13 sierpnia 2014

Czy Mick Jagger pójdzie do nieba?

Chris Rock, słynny czarny aktor i tak zwany „stand up comedian”, jeden z tych, o których Cezary Pazura mówi, że on by też tak potrafił, gdyby tylko polska zapyziała kultura nie zakazywała używania wulgarnych słów na scenie, w jednym ze swoich występów opowiada taką oto historię. Otóż mieszka on w bardzo bogatej dzielnicy o nazwie Alpine w stanie New Jersey, w domu, który kosztował miliony dolarów. W sąsiedztwie stoi wiele innych podobnych posiadłości, z czego trzy zajmują czarni artyści, tacy jak on. W jednym z nich mieszka piosenkarka R&B Mary J.Blige, w drugim raper Jay-Z, w trzecim wybitny aktor Eddie Murphy. Czterech czarnych na setki domów. Reszta to biali i jak twierdzi Chris Rock, żaden z nich nie jest ani aktorem, ani piosenkarzem, ani muzykiem. Chris Rock opisuje sytuację w ten sposób: On sam jest wybitnym amerykańskim aktorem komediowym. To jest fakt potwierdzony choćby przez to, że jako jeden z nielicznych miał przywilej prowadzić oscarową galę. Mary J. Blige to jedna z największych na świecie artystek R&B. Jay-Z jest jednym z najwybitniejszych raperów współczesnej sceny. No a Eddie Murphy to największy aktor komediowy we wszechświecie. Ponieważ przemysł rozrywkowy wynagradza swoich najwybitniejszych przedstawicieli hojnie, oni wszyscy tam mieszkają właśnie w owym Alpine, mają tam te swoje wypasione domy i zadają szyku. Kim jest zatem najbliższy biały sąsiad Chrisa Rocka? Otóż jest on dentystą. Czy on jest może najwybitniejszym dentystą na świecie? Nie. Czy jest on może jednym z najlepszych dentystów na świecie? Też nie. A więc może jest on po prostu bardzo dobrym dentystą? Możliwe, ale tu akurat żadnych konkretnych informacji nie mamy. Jedyne co o nim wiadomo, to to, że jest dentystą.
Sens tej historii, tak jak ją opowiada Chris Rock, jest przedstawiony w taki sposób, by mógł on akurat w wesoły sposób skomentować sytuację rasową z punktu widzenia pieniędzy, sukcesu i kariery, ja natomiast mam tu refleksje nieco inne i chciałbym je odnieść do spraw moim zdaniem znacznie bardziej poważnych, a mianowicie dobrze wykorzystanego talentu i otrzymanej za to nagrody. Pomysł na dzisiejszą notkę przyszedł mi do głowy wczoraj, po tym jak napisałem swoją wspomnieniową refleksję na temat aktora Robina Williamsa i z różnych stron pojawiły się komentarze sugerujące w ten czy inny sposób, że Robin Williams, jako hollywoodzki pajac, nie zasługuje na poważne traktowanie. I nie chodzi o to, że on akurat w czyjejś opinii był aktorem kiepskim, lub przeciętnym – choć i takie opinie się trafiały – ale o to, że istnieje pewien rodzaj kultury, a więc najbardziej prymitywnej kultury popularnej, która zasługuje z naszej strony jedynie na pełne pogardy splunięcie. Czemu? Bo to jest Ameryka, hamburgery, kowboje-pedały i wszechobecny kicz, a wszystko tonące w oparach koki.
W wydanej przeze mnie jeszcze w zeszłym roku książce o rock’n’rollu pragnąłem przekazać myśl, że byłoby bardzo dobrze, gdybyśmy na ludzki talent i dokonania patrzyli nie przez pryzmat naszych zainteresowań i sympatii, ale bardziej obiektywnie, mając przed oczami wyłącznie człowieka, który otrzymał od Boga zespół talentów i je albo wykorzystał, albo zmarnował. Dlaczego, moim zdaniem, jest to takie ważne? Z tego prostego powodu, że wtedy dopiero, kiedy za tym wszystkim ujrzymy człowieka, uzyskamy perspektywę, która nam pozwoli przynajmniej zbliżyć się do prawdy. Ja nie napisałem w swojej książce ani o Mary J. Blige, ani o raperze Jaz-Z, bo ani jej ani jego nie znam, ani się ich twórczością nie interesuję, ani, jak podejrzewam, słuchanie jak oni śpiewają by mnie szczególnie nie porwało. Natomiast jeśli się dowiem, że on albo ona umarli, bo się zaćpali, albo wpadli w depresję, albo przydarzyło im się jedno i drugie, nawet do głowy mi nie przyjdzie, by to co się stało lekceważyć, czy choćby z tego kpić. Dlaczego? Bo będę wiedział, że oto odszedł jeden z najwybitniejszych muzyków, jakich stworzyła współczesna kultura popularna, a więc ktoś, kto swoje talenty wykorzystał tak, że Pan Bóg nie może jego dzieła odrzucić choćby nie wiem, jak był poirytowany jego grzechami. Nie zostaje się bowiem wybitnym, światowej klasy aktorem, gitarzystą, piosenkarzem, czy choćby barowym magikiem ot tak sobie. Ot tak sobie, można zostać co najwyżej przeciętnym dentystą.
Nie wiem, czy potrafię tu powiedzieć jasno, o co mi chodzi. Obawiam się, że chyba jednak nie. A zatem spróbuję to rozważania przenieść na poziom bardziej przyziemny. Oto mamy takiego Micka Jaggera i ktoś nam natychmiast mówi: „Jagger? Stary. Nie żartuj. Ten dziadziuś funkcjonujący już tylko dzięki codziennej serii zastrzyków?”; pojawia się angielski kucharz Jamie Olivier – „Ten pedał? Przecież to jest kupa śmiechu, on jest dokładnie tak samo estetyczny, jak te jego kaszaloty, które on chce odchodzić”; oglądamy kolejny film z Leonardo Di Caprio – „Znów ten hollywoodzki laluś z Titanica? Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam!”; na jakiejś uroczystości pojawiają się Beckham z żoną i z dziećmi – „O nie! Znowu te pajace! Świat się naprawdę kończy”. I tak dalej i tak każdego dnia, a na końcu musi się prędzej czy później i tak pojawić apel, by ktoś nam może puścił płytę z piosenkami Kaczmarskiego, czy „Misia” Barei. Bo to jest dopiero kultura i dar.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że kultura popularna dziś, jak każda kultura i jak tak naprawdę wszystko, co nas otacza, to wynik w znacznym stopniu bardzo brutalnej manipulacji, propagandy i najbardziej oszukanego handlu. To jest dokładnie tak, jak mi niedawno powiedział pewien mój znajomy: od początku świata wszystko się sprowadza do jednej niezmiennej zasady, że z jednej strony masz tych, którzy mają pieniądze, a z drugiej tych, którzy pieniędzy potrzebują. Czasem jest tak, że jedni i drudzy to są ci sami ludzie. Co możemy w tej sytuacji zrobić my, żeby nie oszaleć i nie dać się przeciągnąć na tamtą stronę. Moim zdaniem, wybór mamy bardzo ograniczony, a jednocześnie bardzo prosty. W tym wszystkim powinniśmy umieć dostrzec człowieka, który dostał od Boga talent i go nie zakopał, ale pomnożył niekiedy tak, że z tego narodziła się prawdziwa fortuna. Każdy z nas ma do wykonania swoje zadanie i myślę, że najlepiej będzie, jeśli będziemy wszyscy się starali, by je wykonać jak najlepiej.
I pamiętajmy. Nie bierzmy przykładu z cwanych dentystów – i to niezależnie od tego, czy oni działają w Hollywood, czy w Cite du Cinema – którzy nigdy nawet nie musieli sobie zadawać pytania: „Czy jestem naprawdę dobry?” Z pewnego szczególnego punktu widzenia bowiem, od nich lepsza jest nawet ta goła pani z czerwona chusteczką, którą można sobie obejrzeć pod jedną z moich ostatnich notek. Może zwłaszcza ona.

Książkę o muzyce można kupić na stronie www.coryllus.pl. Podobnie jak wiele innych. Zapraszam i uczciwie polecam. Jednocześnie bardzo prosze o wspieranie tego bloga. Każda wpłata nas ratuje. Każda.

sobota, 9 marca 2013

O hierarchiach na drugą stronę i tyłem na przód

O najpierw kandydatce na posła, a następnie już pełną gębą posłance Platformy Obywatelskiej pisałem tu parokrotnie. Pierwszy raz jeszcze przy okazji kampanii wyborczej do Parlamentu tu u nas w mieście i okolicach, w której sam brałem udział, a powodem, dla którego się tą dziwną osobą zająłem było to, że ona, startując z dziesiątego miejsca, a więc praktycznie bez szans na mandat, zorganizowała sobie kampanię, na moje oko i wedle mojej wiedzy, za ciężkie setki tysięcy złotych i jednoznacznie wbrew przepisom ordynacji, no i ją wygrała. Całe Katowice, oraz okoliczne miejscowości – każda ulica, każdy miejski plac, niemal każda latarnia, od początku września były obwieszone niemal wyłącznie plakatami z wizerunkiem tej Kołodziej, co w rezultacie doprowadziło do sytuacji, że jeśli ktoś nie wiedział na kogo głosować, podobnie jak obojętne mu było, kto tym posłem zostanie, głosował na nią, uważając, że tam tak naprawdę nikogo więcej nie ma. No i Kołodziej weszła do Parlamentu.
Napisałem o niej i o tym jej sukcesie notkę, bo wedle informacji, jakie otrzymałem samemu kandydując, ilość przeznaczonych na kampanię funduszy jest ściśle ograniczona prawem, a więc ktoś kto otrzymał pierwsze miejsce na liście, może wydać powiedzmy 20 tysięcy złotych, dwóch kolejnych po 15, dwóch następnych, dajmy na to już tylko 10, a numery od 6 do 10 niech będzie że po 5 tysięcy. Moja kampania, a więc kogoś kto miał przydzielone miejsce 23 chyba, nie mogła kosztować więcej niż 1000 złotych, o ile ktoś z wyższych miejsc nie zechciałby mi części swojego przydziału odstąpić. Tak jak ja cały swój przydział oddałem pewnemu Piotrowi Pietraszowi, który tu w Katowicach jest od wielu już lat bardzo zasłużonym działaczem. I ta zasada jest tak twardo stanowiona, że ja nawet gdybym wygrał w totolotka, też nie mógłbym na siebie wydać tych moich pieniędzy. Dlaczego? Chyba chodziło o to, by nam składu Sejmu nie układały jakieś biznesy. Wedle więc mojej wiedzy, Ewa Kołodziej na tę swoją kampanię musiała wydać, jak mówię, grube setki tysięcy złotych, a osobiście nie sądzę, by to były jej prywatne pieniądze.
Ktoś się zapyta, co mnie obchodzi jakaś Kołodziej i jej kanty? Czemu to akurat było na tyle moim problemem, że postanowiłem się pobawić w małego donosiciela? Otóż wcale nie chodziło ani o Kołodziej, ani o jeden z wielu przekrętów. Ja miałem w głowie tylko tę szczególną sytuację, że oto jak zawsze przy okazji kolejnych wyborów do Sejmu mocno uaktywniają się jacyś lokalnie geszefciarze, którzy na to by mieć tego jednego swojego posła gotowi są wyłożyć naprawdę bardzo duże pieniądze, a brak jakiejkolwiek reakcji na aż tak wielką bezczelność, świadczyć musi wyłącznie o tym, że tego typu proceder jest czymś absolutnie powszechnym i w gruncie rzeczy oficjalnie akceptowanym.
Po raz drugi przypomniałem sobie o Ewie Kołodziej, kiedy nagle któregoś dnia zauważyłem, że na ulicy Krzywej, w której sąsiedztwie mieszkam, pojawiło się naprawdę bardzo wystawnie wyszykowane owej Kołodziej poselskie biuro, a niemal naprzeciwko tego biura salon firmowy Pierre Cardin, czy czegoś takiego. Dlaczego to akurat z kolei mnie tak bardzo zainteresowało? Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, co to takiego ta ulica Krzywa. Otóż to miejsce od wielu już lat jest w Katowicach synonimem najgorszej żulowni i menelowni. Nie chcę przez to powiedzieć, że tam nie mieszkają też ludzie normalni i porządni, tyle że oni albo się nie rzucają w oczy, albo ja z jakiegoś powodu nigdy na nich nie trafiłem. No i tak się składa, że okna mojego mieszkania wychodzą na dwie kamienice znajdujące się przy ulicy Krzywej, sąsiadujące z trzecią, dopiero co fantastycznie odnowioną, w której znajduje się wspomniane biuro. Od pewnego czasu oba te budynki zostały całkowicie wyeksmitowane i rozpoczął się w nich kapitalny remont, który w tej chwili znajduje się w fazie takiej, że wszystko co się znajduje w środku, włącznie ze ścianami i stropami zostało zwalone, i jesteśmy w trakcie przygotowań do tego, by je stawiać na nowo. Praca wre, a ja się zastanawiam, kto te kamienice kupił i kto wydaje z całą pewnością nie byle jakie pieniądze, by je od dołu do góry stawiać na nowo. No i czy ten ktoś ma coś wspólnego z tym, że tam stanęło biuro poselskie Ewy Kołodziej? Albo czy jest możliwe, że to Ewa Kołodziej ma coś wspólnego z tym, że najwyraźniej wszystko idzie w tym kierunku, by ulica Krzywa stała się czymś w rodzaju wystawy?
No i znów pewnie ktoś mi powie, że czego ja się czepiam? Czy ja może wolałbym, żeby na ulicy Krzywej dalej mieszkała ta bandyterka wyprowadzająca na pobliski plac swoje amstafy? Czy mi może jest żal widoku tych pijaczków, który powoli zaczyna przechodzić do historii? Otóż nie. Uważam, że to bardzo dobrze, że już niedługo z mojej kuchni będzie się roztaczał widok znacznie przyjemniejszy niż dotychczas. Ja tylko chce wiedzieć, kim jest Ewa Kołodziej, i co ona ma z tym wszystkim wspólnego? Po co mi to wiedzieć? Po nic. Zwyczajnie, chcę wiedzieć, co się dzieje w Polsce w tych jakże bardzo przełomowych latach. No i, co może najważniejsze, chciałbym poznać prawdziwą hierarchię. Mamy bowiem tę Ewę Kołodziej, a więc osobę z kręgów władzy, o której istnieniu pies z kulawą noga nie słyszał. My, owszem, wiemy kto to taki posłowie Olszewski, czy Halicki, znamy świetnie Stefana Niesiołowskiego, a nawet słyszeliśmy o tym, jak to on jadł z głodu szczaw. Wiemy, kto to minister Arabski, słyszeliśmy nawet, że on już przestał być ministrem, a został ambasadorem, wciąż pamiętamy takie tuzy reżimu, jak minister Drzewiecki… ba, niektórzy z nas nawet już wiedzą, jak wygląda jego żona, i to bez makijażu. Ewa Kołodziej praktycznie nie istnieje. A ja się zastanawiam, ilu jeszcze takich, o których z kolei ja nigdy nie słyszałem, ale moi koledzy w Kielcach, Lublinie, czy Otwocku słyszeli jak najbardziej? I czy przypadkiem nie jest tak, że ci wszyscy Niesiołowscy, te Palikoty, nawet ten Donald Tusk są tylko po to, by nam zwrócić w głowie i nie dać nam jednej chwili na zastanowienie się, w czym rzecz.
Ewa Kołodziej. Ciekawa naprawdę jest ta pani. Wróciłem dziś z fantastycznego pod każdym względem dwudniowego pobytu w Warszawie, o którym można by było opowiadać w nieskończoność, i od razu od wejścia moje dzieci poinformowały mnie, że posłanka Kołodziej pokazała się publicznie, i to aż dwukrotnie – pierwszy raz w Sejmie, apelując o to by jedną z katowickich ulicy nazwać imieniem Gieksy, a więc lokalnego klubu piłkarskiego, a drugi raz podczas, nazwijmy to, językowego testu. Mnie akurat bardzo zainteresował ten test. Obejrzałem już go dwa razy i wciąż nie mogę dojść do siebie. No i wciąż wraca to moje oryginalne pytanie: czy ta Kołodziej, to jest ktoś, czy może wręcz przeciwnie – nikt. Czy tu się dzieje coś ważnego, czy może weszliśmy w czasy, gdzie ważne nie jest tylko to co dotyczy nas bezpośrednio, a więc jednak ten szczaw. Ciekawy jestem Waszego zdania.


czwartek, 31 stycznia 2013

Gabrielowi, od nas - tych przed i po Komunii

Temat tego postu absolutnie nie usprawiedliwia tego typu dygresji, ale nie mam wyjścia. Raz, że chodzi mi to od dłuższego czasu po głowie, a dwa że jestem szczerze przekonany, że to jest coś, o czym należy wspomnieć choć raz.
U mojego kumpla Gabriela, w tym jego wiejskim domu pod Grodziskiem, byłem dwa razy. Raz we wrześniu, kiedy to obaj otrzymaliśmy podwójne zaproszenie, by nagrać dla firmy Tomasza Sakiewicza debatę o Szatanie, wystąpić z Grzegorzem Braunem u Ronina i w ten sposób poznać bardzo miłą panią zatrudnioną przez System gdzieś w prokuraturze na Ochocie, a drugi raz zaledwie w miniony poniedziałek, kiedy to znów zdarzyło mi się wystąpić w tym nieszczęsnym Klubie Ronina, a Gabriel i jego prześliczna (wysoka, szczupła i kruczoczarna, ty idioto!) żona mnie uprzejmie przenocowali.
I muszę powiedzieć, że ten ich dom to miejsce niezwykłe. Jeden potężny pokój, w którym jest wszystko, zaczynając od potężnego łóżka, a kończąc na maleńkiej kuchni, oprócz tego pokój dla dzieci, gdzie jest również jedno niezwykle komfortowe łóżko dla spóźnionego gościa. No i ten nieprawdopodobny wręcz bałagan, te wszędzie walające się książki, ten wręcz niebiański bezwład. Wróciłem we wtorek z Warszawy i pierwsze co powiedziałem mojej żonie, to że musi tam ze mną pojechać i to zobaczyć, bo czegoś takiego na tym świecie nie ma.
Jest tam coś jeszcze, ale żeby o tym powiedzieć, muszę wrócić do refleksji wcześniejszych. Otóż któregoś dnia moja żona i ja wracaliśmy z sobotnich zakupów i nagle uświadomiliśmy sobie, jakie to jest straszne, że my kupujemy, a następnie pochłaniamy aż tak dużo jedzenia. Że gdybyśmy tylko znaleźli sposób, żeby jakoś przeorganizować nasze życie, moglibyśmy kupować, kto wie czy nawet nie o połowę mniej jedzenia, niż to robimy w tej chwili. Otóż – nie mam oczywiście bardzo pewnych danych, ale tak to właśnie oceniam – u Gabriela w domu jedzenia brak. Oni zwyczajnie nie jedzą. Tam jest wyłącznie chleb, masło, ogórek i kawałek żółtego sera. Gdyby nie to, że Gabriel to człowiek pijący, tam nawet podrzędny menel nie miałby co szukać.
No ale dla mnie to jest i tak raj. To jest miejsce, gdzie ja – założywszy, że z nimi nie da się przeżyć bez awantur kilku dni – mógłbym spędzić choćby i wakacje. No i byłem tam w tę poniedziałkową noc i ów wtorkowy poranek. I kiedy tak siedzieliśmy na tym chlebem z ogórkiem, Gabriel opowiedział mi, jak to się stało, że on nie ochrzcił swoich dzieci, nie posłał ich na religię, a dziś nie chodzi z nimi w każdą niedzielę do kościoła. Otóż poszło o to, że kiedy urodził się ich syn, oni chcieli go ochrzcić, ale byli bardzo biedni i ich na te chrzciny zwyczajnie nie było stać. No a później, wiadomo – wszystko się potoczyło szybko.
Kiedy Gabriel mi o tym opowiedział, powiedziałem mu to, co mówię wielu osobom bardzo często, a mianowicie, że to jest okropne jak zwykły „urban myth” potrafił sprawić, że tylu pozornie inteligentnych ludzi żyje w przekonaniu, że Kościół nie da człowiekowi nic, o ile ten mu wcześniej odpowiednio nie zapłaci. Że ja wszystko, co kiedykolwiek miałem ochotę dać mojemu księdzu, dałem mu wyłącznie wtedy, gdy mi zbywało, i nawet do głowy mi nie przyszło, by mu fundować coś ekstra tylko dlatego, że taki jest zwyczaj. Powiedziałem Gabrielowi i jego przepięknej żonie, że kiedy do nas przychodzi ksiądz na kolędę, to my mu albo coś dajemy, albo nie; wszystko zależy od tego, jak nam akurat się wiedzie. I że tak było zawsze. Opowiedziałem mu nawet, że ja bardzo dobrze pamiętam, jak to jeszcze przed wielu laty wprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkania i był listopad, a za chwilę grudzień, i przyszedł ksiądz z kolędą właśnie, i myśmy mu podsunęli tę kopertę, a on powiedział, że mowy nie ma, że on od nas nic nie weźmie, bo widzi przecież, że my się dopiero dorabiamy.
No i Gabriel powiedział mi, że oni tego swojego synka nie ochrzcili, bo to był czas, kiedy oni się właśnie dorabiali, i żyli za pięć złotych dziennie, a ksiądz, kościelny i organista przedstawili im cennik, z którego wynikało, że to ich będzie kosztowało 800 złotych. A dalej? Jak już wspomniałem – dalej wszystko poszło z górki.
Jak mówię, my – będąc od zawsze ludźmi Kościoła – nigdy nie daliśmy jednego grosza księdzu, o ile nie uważaliśmy, że nas na to stać. Pamiętam, jak umarli moi rodzice i poszedłem z moim bratem załatwiać w kościele pogrzeb. Przy stoliku siedział kościelny, a przed nami stał jakiś człowiek, któremu umarła mama. No i od początku widać było, że ten człowiek w kościele nie był od lat. Zapytał kościelnego, ile się należy, ten z bardzo pobożną miną odpowiedział mu „co łaska”, człowiek ten dał mu mniej więcej pięć razy więcej, niż nam się to wydało sensowne, kościelny te pieniądze bez słowa wziął, a myśmy dostali jasnej cholery. I przynajmniej jak idzie o mnie, owa cholera mnie nie opuszcza do dziś.
Niedawno Gabriel napisał u siebie na blogu, że któregoś wieczora do jego niezwykłego domu przyszedł ksiądz. Po co? Zwyczajnie, chodził po kolędzie, zabłądził i trafił na Gabriela. Trochę sobie porozmawiali, i z tej rozmowy wyszło na to, że tej wiosny, kiedy już zejdą śniegi, Gabriel zajdzie do kościoła i ochrzci swoje dzieci. To jest z mojego punktu widzenia wiadomość wręcz fantastyczna. Bardzo się cieszę, że Gabriel zamierza ochrzcić swoje dzieci. Mam jednak przy tym do niego jedną prośbę: niech on nie daje księdzu ani grosza. Zero. Niech się zachowa tak jak ja ostatnio, kiedy w moim kościele zamówiłem mszę za swoich rodziców i naszemu – swoją drogą fantastycznemu proboszczowi – nie dałem nic, z tej prostej przyczyny, że zwyczajnie nie miałem. A on się nawet nie skrzywił.
Więc niech mu Gabriel nie daje nic. Nawet gdyby akurat miał ich więcej, niż mu jest na dziś potrzebne. Po to choćby, żeby księdzu pokazać, o co w tym wszystkim chodzi. Żeby mu udzielić tych szczególnych rekolekcji. A jeśli do rozmowy włączy się organista i kościelny, niech on im powie, żeby się poszli pieprzyć. A jeśli oni wszyscy zaczną się opierać, to niech zadzwoni do mnie, ja mu dam numer do naszego przyjaciela Don Paddingtona, a nasz wielki ksiądz mu te dzieci ochrzci za friko. I niewykluczone, że ten akurat chrzest będzie o wiele ważniejszy. Niewykluczone, nawet, że podczas tej uroczystości pojawi się sam Pan Jezus, a córeczka Gabriela zaśpiewa mu „Dzisiaj w Betlejem”. I to będzie oprawa naprawdę odpowiednia.


Przypominam wszystkim o książkach. Można je zamawiać wszędzie, ale najlepiej u Gabriela w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Ja wiem, że to może brzmieć trochę dziwnie, ale wygląda na to, że dziś na rynku nie ma nic lepszego, niż to co on tam sprzedaje. Po prostu. Tak już jest i nie ma się co oszukiwać. Również bardzo proszę w miarę możliwości wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta.

piątek, 9 września 2011

Żyjemy za tysiące, zwyciężamy za friko

Przy okazji parlamentarnej kampanii, która tak na marginesie jeszcze się nawet nie zaczęła, odebrałem parę głosów zdecydowanie w temacie, sugerujących, że ja z całą pewnością wydaję na nią ciężkie pieniądze, a jeśli nie, to powinienem. Bo tak już jest, że bez pieniędzy, nie ma o czym myśleć. Otóż pragnę oświadczyć, nie po raz pierwszy zresztą, że , jak idzie o mnie akurat, to mój budżet kampanijny wynosi niecałe 150 zł., i, co interesujące, mam bardzo silne przekonanie, że to może wystarczyć. W jaki sposób, zaraz opowiem, natomiast najpierw parę bardzo ciekawych historii.
Otóż, jak się okazuje, każdy kandydat do Sejmu czy Senatu, odpowiednio do miejsca, jakie mu przypadło na liście, otrzymuje talk zwane limity wydatków. Najwięcej na kampanię może wydać kandydat zajmujący miejsce pierwsze, nieco mniej paru kolejnych – i co ciekawe, numer ostatni – a reszta, co łaska. W moim wypadku owa łaska wynosi 2 tys. zł. A więc, gdybym ja miał do wydania dwa tysiące złotych, to mogę je wydać na plakaty, ulotki, a nawet na przejazdy tramwajem do jakiegoś miejsca, gdzie mogę stanąć sobie na krzesełku i pokrzyczeć. Tyle że każda złotówka powyżej tego byłaby już nielegalna. W tej sytuacji, nie ulega wątpliwości, że gdybym ja miał nadzieję, że tylko oblepienie miasta wyborczymi bilbordami, lub kolorowymi plakatami pokazującymi moją śliczną twarz, w towarzystwie informacji, na przykład, że ja posadzę Jaruzelskiego do więzienia, lub wybuduję sto nowych przedszkoli, lub choćby tylko to, że będę wiernie służył śląskim nauczycielom, może mi zagwarantować wyborczy sukces, to z tymi dwoma patykami mógłbym spokojnie się z tej kampanii wycofać.
Swoją drogą, z tymi pieniędzmi May bardzo ciekawą sprawę. Bo przepisy są tak sztywne, że nie dość, że nie wolno wydać grosza ponad to, co zostało ograniczone limitem, to jeszcze nikt nie może finansować tej kampanii za kandydata, a już z całą pewnością, nie przy pomocy jakiejś niezbadanej gotówki. Co gorsza, jeśli ktoś liczy na to, że ktoś mu wydrukuje jakieś plakaty na przykład za darmo, to może się obejść smakiem. Tak się też nie da. Za wszystko trzeba płacić, wszystkie pieniądze wydane na kampanię mają pochodzić z funduszu Komitetu Wyborczego, i niech Bóg broni kogoś, kto tę zasadę złamie. Tymczasem ja już chyba od początku września obserwuję, jak praktycznie na każdym katowickim drzewie, na każdym słupie, przy każdej ulicy i w każdej dzielnicy mojego miasta, wiszą duże kolorowe tablice ze zdjęciem jakiejś laluni z Platformy Obywatelskiej, która na tej liście dzierży pozycję numer 10. Do końca kampanii jeszcze spokojnie cztery tygodnie, a więc wszystko trwać będzie dużo ponad miesiąc, a ja się zastanawiam, czy ona to robi za te 2 tys. zł. czy może Platforma pozwoliła swoim „dziesiątkom” wydać znacznie więcej, niż nam nasza partia, a ona jest tylko głupia, sądząc, że przy pomocy tej buzi wszystkich rozwali, czy może tu się dzieją jakieś inne, bardziej jeszcze ciekawe rzeczy.
Ale oczywiście nie jest to w żaden sposób mój interes i moje zmartwienie, więc potraktujmy to jako, choćby i niepotrzebną, dygresję. Opowiem teraz coś innego. Jako kandydat numer 21 z Katowic i okolic, poszedłem sobie mianowicie na spotkanie poświęcone kwestii tych finansów i stało się cos niezwykłego. Otóż, kiedy obecni na spotkaniu kandydaci dowiedzieli się, jak paskudnie małe są te limity, wśród zebranych podniósł się szmer. I, powiem uczciwie, że nawet nie największy w okolicach tych smutnych 2 tysięcy, ale bardziej w rejonach tych wyższych. Szefował nam wszystkim nasz poseł Szarama, który kandyduje w tym roku z Katowic z ”jedynki” – przy okazji serdecznie polecam – i kiedy w końcu ja, z oczywistym wstydem, zakomunikowałem, że osobiście wydaję poniżej 150 zł., większość się roześmiała, a Poseł zwrócił się do mnie z, partyjnym, choć przyjaznym, napomnieniem, przestrzegając mnie przed próbowaniem czegoś sprytnego, w tym sensie, że ja deklaruję te 150, a tak naprawdę chcę zrobić sobie kampanię za grube tysiące. Bo tak nie wolno i za to mogę polecieć. Proszę sobie wyobrazić, że niemal żadna z zebranych osób nie mogła uwierzyć, że ja chcę się obejść z tą mikroskopijna sumką.
A zatem wstałem i wyjaśniłem. I jest tak, że skoro powiedziałem to im, to równie dobrze mogę to powiedzieć tu na blogu, zwłaszcza że nie ujawniam żadnej tajemnicy, a poza tym, nawet jeśli komuś ta informacja może służyć do jakiś niecnych celów, to nie umiem sobie wyobrazić, jakie to mogą być cele, a tym bardziej, jaka może być ich skuteczność. A zatem plan mam taki, by pójść do punktu ksero z karteczką wielkości A4 na której będzie napisane „Posłuchaj to do Ciebie”, pod spodem www.toyah.pl, a jeszcze niżej „Komitet Wyborczy Prawa i Sprawiedliwości”, zamówić druk takich właśnie treści w liczbie jednego tysiąca egzemplarzy w trzech kolorach, a następnie oblepiać nimi przez dwa tygodnie gdzie się da miasto. Wszystko to w nadziei, że jakaś w miarę znaczna liczba osób zainteresuje się tymi obrazkami, wejdzie na ten blog i zapozna się z tym, co tu się dzieje. Tymczasem, przez te dwa tygodnie, plus kolejny tydzień – o którym za chwilę – tu na blogu będą się ukazywały teksty z tych trzech już ponad lat, o charakterze bardziej programowym, poprzedzone zwięzłą informacją na temat samego kandydata. I tyle. Ostatni tydzień natomiast, to będą te same kartki w trzech kolorach, tyle że już z normalną informacją wyborczą, a więc nazwiskiem, numerem listy i całą resztą. No i wtedy zobaczymy, jak będzie.
Kiedy o tym planie poinformowałem moich partyjnych kumpli, parę osób mruknęło, że to dobry pomysł, ale reszta, włącznie z posłem Szaramą, zachowała się, jakby chciała powiedzieć: „Walcz pan zdrów”, i mnie odpowiednio spuściła. A ja sobie myślę, że faktycznie spróbuję powalczyć i rzeczywiście zobaczymy. Jednego jestem w tym wszystkim pewien. Większość pieniędzy wydanych na kampanie wyborcze – czy to tę, czy jakiekolwiek inne – jest wyrzuconych w błoto. I nie chodzi mi o to, że ja, jako jedyny, wiem, jak reagują ludzie i co na nich działa najlepiej. Wiem jednak jedno – ja mogę powiesić na mieście setki pięknych, kolorowych billboardów, na których będę tkwił wraz z moją piękną żoną i jeszcze piękniejszymi dziećmi, i w ogóle najpiękniejszym z nich wszystkich psem, a to i tak dla zwykłego wyborcy nie będzie miało żadnego znaczenia. Bo i tak, każdy – niemal każdy – kto chce głosować w tych wyborach na Prawo i Sprawiedliwość, zagłosuje na Wojciecha Szaramę. I kropka. A reszta się będzie biła… no właśnie. Jak? Tego już nie wie nikt.
Po co ja to wszystko dziś, jeszcze niemal tydzień przed rozpoczęciem kampanii, piszę? Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja bardzo nie chcę, żeby ktoś myślał, że pieniądze, jakie przychodzą do mnie a konto prowadzenia tego błoga, idą na tę kampanię, a tego że ktoś tak może pomyśleć się bardzo boję. Jest tak, że gdyby nawet komuś przyszło do głowy mi tu przysłać jaką grubszą forsę, to kampania będzie ostatnim celem, na jakie ja ją przeznaczę. Ona pójdzie nażycie i spłatę kredytów. Jest jednak jeszcze coś. Otóż dziś się ukazał pierwszy numer od dawna zapowiadanego dziennika wydawanego przez grupę Sakiewicza. Kupiłem sobie go i mam taką oto refleksję. Wszystko to, co dotychczas powiedziałem brzydkiego na temat „Warszawskiej Gazety” – a przy okazji jej dwóch lokalnych wydań – cofam ostatecznie. Jak idzie o traktowanie ludzi – wyborców Prawa i Sprawiedliwości i szczerych Polaków – Sakiewicza nie przebije nikt. Cokolwiek by powiedzieć o tym, co wyprawia redaktor Piotr Bachurski, on przynajmniej udostępnia łamy swojej gazety na teksty pisane poważnie, z troską i przeznaczone dla ludzi, od których można oczekiwać, że są w stanie przeczytać jedno bardziej złożone zdanie. A zatem, Bachurski sprzedaję tę swoją gazetę, pełną, moim zdaniem idiotyzmów na poziomie głowy Tuska wystającej z kibla, ale za to nie mówi im jednocześnie czegoś w stylu: „Słuchajcie, durnie, tu macie wszystko wyłożone kawa na ławę. Starajcie się to pojąć”. Co do Sakiewicza, owszem. To jest jego plan. I to jest jego spojrzenie. Sakiewicz wywalił ciężkie pieniądze na swój dziennik i skierował go do tych, których uważa za bałwanów. A jako ekstra bonus dał im zapowiedź „ekskluzywnego” wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim i obietnicę, że felietonistą gazety będzie niejaki „Staruch” – polski kibic i patriota. Jak idzie o resztę – przekaz sformułował równie jasny. Reszta niech czyta „Rzeczpospolitą” i „Uważam Rze”. Bardzo dziękuję. Nie skorzystam. Zostanę tutaj. Bo tu się ludzie szanują. Nawet jeśli się nie oszczędzają, to się szanują. A ponieważ kampania – każda kampania – wymaga szacunku, będzie prowadzona właśnie tutaj. I to chciałem dziś zakomunikować.
A przy okazji, bardzo proszę – już tradycyjnie – o kupowanie książki o liściu i dobre wpłaty na podany obok numer konta. A ja wezmę z tego 150 zł. i spróbuję wejść do Sejmu.

piątek, 4 września 2009

Głodnych nakarmić, najedzonych zdyscyplinować

Jeden z ostatnich komentarzy pod moim poprzednim tekstem sugeruje, że, on przez swój złożony charakter, jest mniej nośny i lepiej by było, gdyby to były dwa wpisy, a nie jeden. Czyli, wedle Sownińca – bo to jego pomysł – fragment dotyczący tekstu poprzedniego, o twarzach, słowach i symbolach, miał sobie zostać jako osobna refleksja, natomiast cała reszta, powinna była utworzyć nową notatkę. Przyznam szczerze, ze nie bardzo wiem, o co chodzi z tą własnie nową notatką. Czy Sowiniec chciał zasugerować, że ja bardzo ładnie przedstawiłem swoją osobistą sytuację, jako blogera, czy może jemu się spodobał ten króciutki, niemal już kończący fragment o Sikorskim i Wałęsie. Zakładam, że to drugie. W końcu, bez przesady. Ja wiem, że są tacy, którzy po prostu lubią mój styl, ale tu z całą pewnością nie przychodzą po to, żeby się gapić na moją szlachetną twarz. Tu zresztą, w Salonie, jest wystarczająco dużo rocznic i jubileuszy każdego dnia (wczoraj na przykład ogłoszono jeden), by można było sobie w tej mierze poużywać.
A więc musiało chodzić o ten kawałeczek. Nie wiem teraz tylko, czy Sowiniec chciał, żebym go rozciągnął do normalnej długości, czy może on uznał, że własnie taki – zamknięty, pełny, dźwięczący – jest idealny. Może mu przyszło do głowy, że wklejając taki akapicik o Wałęsie, Sikorskim i tej zagadce, zrobiłbym wreszcie to, na co on od tak dawna bardzo liczy. Że ja będę pisał tak jak piszę, tyle że krótko?
Myślę, myślę, myślę i z przykrością dochodzę do wniosku, że tak się nie da. To znaczy, krótko może być, czemu nie? Ale rzeczy do powiedzenia jest zawsze więcej niż jedna Sztuka tylko polega na tym, żeby z tych kilku rzeczy pozostała jedna wiadomość. A więc, ja sobie, pisząc dłuższe teksty, sprawę ułatwiam. Bo to i musi być odpowiedni wstęp, i ładne zakończenie, trochę odpowiednich anegdot… No w sumie, ma być tak, żeby było co czytać. A to wymaga miejsca.
Muszę jednak coś zrobić z Sowińcem. Wprawdzie on ostatnio, zamiast pokazywać zło palcem, postanowił dowieść, że to zło ma w gruncie rzeczy w sobie coś sympatycznego i że z nim tez można miło pogawędzić, co uważam za błąd, który mu – prędzej czy później – wyjdzie przysłowiowym bokiem, no ale przynajmniej z mojej strony, jemu akurat należy się jakiś gest. A więc, panie Jerzy. Z myślą o Panu ten dzisiejszy wpis. Obiecuję, że, jeśli nie liczyć wstępu, to ten tekst będzie w sam raz.. Najpierw jednak pozwolę sobie przekleić kluczowy fragment.
Pamięć o Rocznicy powoli niknie we mgle. Pozostają tylko te nieszczęsne komentarze. Ostatnio ministra Sikorskiego. Swoją drogą, kiedy go słucham, nawet dziś, po tym wszystkim, co on zrobił ze swoim życiem, nie mogę się nadziwić, jak można było upaść tak nisko. Ale znów, odpowiedzią na to pytanie pozostaje Lech Wałęsa. To jest własnie Polska Lecha Wałęsy. To całe kłamstwo, to zaprzaństwo, ten fałsz, ta bezczelność, ta buta, to szaleństwo, ta wreszcie nieprzenikniona zagadka, ma twarz Lecha Wałęsy i tego wszystkiego, co z niego obecny system uczynił.
Wczoraj w swojej Kropce nad i, Monika Olejnik rozmawiała z Aleksandrem Gudzowatym. Niezwykła była ta rozmowa. Ktoś już nawet ją tu w Salonie komentował. Jak się należało spodziewać, główne emocje wywołał fakt, że Gudzowaty, po raz kolejny, zwrócił uwagę na oczywistą rolę tzw. służb w naszym zyciu publicznym, no i to, że całe spotkanie skończyło się wybuchem. I owszem. To było coś. Warto było to widzieć. Ja jednak zwróciłem uwagę na inną rzecz. Na jedno maleńkie zdanie wypowiedziane przez Gudzowatego, które na mnie osobiście zrobiło autentyczne wrażenie. Zwłaszcza że padło z ust człowieka tak potężnego, że nawet sam Putin zechciał nim sobie na moment zaprzątnąć swoje radzieckie czoło. Otóż w pewnej chwili, kiedy po raz –nasty Gudzowatemu nie udało się, w sposób delikatny, zwrócić uwagi Monice Olejnik na to, z kim rozmawia i co z tego faktu dla niej powinno wynikać i kiedy ona nadal, jak dziecko, uważała, że przed nią siedzi jakiś niepozbierany staruszek, wypowiedział zdanie, którego nie zapisałem, ale które zabłysło tak jasno, że mam je wciąż w uszach. Takie oto zdanie: „Jeśli się komuś płaci 4 miliony złotych nagrody rocznej, to nie po to, żeby go karmić, ale po to by go dyscyplinować”.
Jeszcze raz. „JEŚLI SIĘ KOMUŚ PŁACI 4 MILIONY ZŁOTYCH NAGRODY ROCZNEJ, TO NIE PO TO, ŻEBY GO KARMIĆ, ALE PO TO BY GO DYSCYPLINOWAĆ”.
Jeszcze raz? Proszę uprzejmie. „Jeśli się komuś płaci 4 miliony złotych nagrody rocznej, to nie po to, żeby go karmić, ale po to, by go dyscyplinować”.
I to jest właśnie cała odpowiedź na tę zagadkę, o którą zahaczyłem przedwczoraj, którą powtórzyłem już bardzo jasno wczoraj, i która tak nam, dzień po dniu, nie daje spokoju. Oczywiście, zrobiło się trochę ponuro, ale – jestem pewien – że z tym niepokojem pojawiła się tez pewna ulga. Zawsze lepiej jest wiedzieć, niż się błąkać. Kiedy się wie, łatwiej jest planować. I w ogóle, krok staje się nieco pewniejszy. Czyż nie?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...