Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Młynarski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Młynarski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lutego 2025

Czy kandydata Trzaskowskiego boli mózg?

 

        Gdy ów przedłużający się brak aktywności wprowadził wśród nas pewien niepokój i część z komentatorów zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem Niemcy nie postanowili dokonać podmianki i w zbliżających się wyborach prezydenckich postawić na Donalda Tuska, albo wręcz na Manfreda Webera, Rafał Trzaskowski wrócił i to wróćił z przytupem. Kiedy piszę tę słowa, raz za razem wyskakują kolejne informacje o tym, że pan Rafał zachowuje się co najmniej ekscentrycznie, a słowa, które z siebie wyrzuca budzą podejrzenie, że on albo jest pijany, albo upalony, albo tak bardzo zdenerwowany sytuacją na kampanijnej scenie, że robi wrażenie głupka.

         Ja natomiast, gdyby ktoś mnie spytał, powiedziałbym, że praktycznie od pierwszego dnia, jak on pojawił mi się przed oczyma, jestem głęboko przekonany, że, gdyby z niego zdjąć całą tę bufonadę, pozostałaby już tylko autentyczna, czysta głupota. Z mojego punktu widzenia, Rafał Trzaskowski jest głupi dokładnie w tym samym stylu i stopniu, co, nie przymierzając, pani poseł Kidawa-Błońska. Dowodów na to mam doprawdy wiele, zaczynając od tego, że nie może być osobą inteligentną, czy choćby tylko cwaną, ktoś, kto uwierzywszy w to, że jest niski, ma krótkie grube nóżki i gruby wystający tyłek, uznał za stosowne ściskać się gorsetem, a na nogi zakładać buty z koturnami, a kończąc na nieustannym – czy jest po temu odpowiednia okazja, czy nie – popisywaniu się rzekomo pierwszorzędną znajomością języków angielskiego i francuskiego. Nie może być cwany, a tym bardziej intelegentny ktoś, kto w ramach kampanii wyborczej daje się sfilmować razem ze swoją żoną, w sytuacji gdy ona wyznaje mu swoją miłość od pierwszego wejrzenia, a on ją na to informuje, że on tak naprawdę zwrócił na nią baczniejszą uwagę dopiero podczas ślubu, i czyniąc to wyznanie, wypina z dumą pierś tak, że ona mu niemal rozrywa ten gorset.

         A zatem, powtarzam, dla mnie Rafał Trzaskowski jest literalnie głupi. A z wszystkich moich argumentów na podparcie tej tezy chciałbym podzielić się tym, o którym swego czasu wspomniałem tu na tym blogu, ale z zebranych pobieżnie informacji wnioskuję, że nie wbił się on jakoś szczególnie w pamięć Czytelników. Otóż kilka już dobrych lat temu, z okazji rocznicy odejścia Wojciecha Młynarskiego, władze Warszawy postanowiły nazwać jego imieniem któryś z miejskich skwerków. Zebrali się tam więc miejscowi urzędnicy wraz z prezydentem Trzaskowskim na czele, a ten, zapewniwszy wszystkich, że on zawsze bardzo cenił Młynarskiego, przyznał się, że jego ulubioną piosenką Artysty była „Niedziela na Głównym”, a szczególnie jeden jej fragment...

      Zanim przejdę do rzeczy, tym, którzy tego tekstu nie znają, przypomnę. Otóż, krótko mówiąc, treść jest taka, że słynny w latach 60. ubiegłego wieku francuski piosenkarz Gilbert Bécaud występuje w warszawskiej Sali Kongresowej, śpiewa swoją piosenkę pod tytułem „Dimanche a Orly”, a publiczność zalewa się łzami ze wzruszenia. Widząc to, Młynarski nadzwyczaj inteligentnie proponuje całemu temu zakompleksionemu towarzystwu udanie się na dworzec Warszawa Główna i tam dopiero nabranie odpowiedniej przytomności.

       Otóż występując w tamtych dawnych bardzo latach w Sali Kongresowej, śpiewał Gilbert Bécaud o człowieku, zwykłym skromnym Francuzie, który nie mogąc już wytrzymać na zgniłym Zachodzie, każdej niedzieli udaje się na lotnisko Orly i z utęsknieniem patrzy na odlatujące samoloty, w nadziei, że i jemu się któregoś dnia uda wsiąść do jednego z nich i uciec z tego kapitalistycznego piekła, ale jedyne co mu zostaje, to tekst lotniskowej zapowiedzi:

“Avion à destination de New York
Décollage prévu dans une heure
Les voyageurs sont demandés
De se réunir devant la porte 42
”

       A Wojciech Młynarski, jak rozumiem – wówczas jeszcze człowiek nie dość że przytomny, to jeszcze nadzwyczaj wrażliwy – słuchając tego bełkotu i obserwując reakcję polskiej publiczności, postanawia wyrzucić z siebie to co go tak dręczy i polecić im wszystkim, by jak już otrą z policzków te łzy wzruszenia, udali się na Dworzec Główny w Warszawie i tam się spróbowali doprowadzić do przytomności.

      Czyta więc Rafał Trzaskowski tekst owej piosenki – swoją drogą robi to tak, jakby nie dość że widział go na oczy po raz pierwszy w życiu, to jeszcze nie rozumiał z niego ani słowa – włącznie z występującym tam określeniem „non-ironowy", które postanawia odczytać fonetycznie – ale jeszcze zanim dochodzi do wspomnianego francuskiego fragmentu, wpada na coś, co go moim zdaniem definiuje absolutnie i ostatecznie. Otóż w pewnym momencie, jeszcze przed tym jak namaluje owe rozedrgane emocjami twarze zgromadzonych na sali zakochanych w Bécaud warszawskich pań, pisze Młynarski tak: „A jeśli ktoś posiadał język obcy, to tak się mniej więcej, proszę państwa, zachowywał, jakby do wszystkich chciał powiedzieć: ‘Popatrzcie na mnie, chłopcy’, i wcielał się w tergalowego byka i wchłaniał ten komunikat...”. Trzaskowski to odczytuje, i najwyraźniej nie wiedząc co czyni, przechodzi do wspomnianego francuskiego fragmentu. A my patrzymy na tę nie skażoną myślą twarz, na to tępe zadowolenie z siebie i nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

        Szydzi Młynarski niemiłosiernie z tej bandy snobów, którzy o niczym nie mają bladego pojęcia, poza tym, że do nich do Warszawy przyjechał prawdziwy Francuz i jest taki piękny i wzruszający, a ci z nich, którzy akurat znali język zachowywali się tak jak gdyby chcieli zawołać: „Popatrzecie na mnie chłopcy!, a Rafał Trzaskowski na to wpada na scenę i i krzyczy: „Popatrzcie na mnie, ludzie! Patrzcie jak ja wymiatam po francusku! Czaicie to?”

      Co on ma w głowie?

      Pamiętam pewnie Wojciecha Młynarskiego z lat bardzo dawnych, dawnych, nie tak dawnych, no i całkiem nowych, poprzedzających jego odejście. Wiemy aż nazbyt dobrze, w jakim stanie emocji on się znalazł w związku z tą nieszczęsną sytuacją społeczno-polityczną, jaka nas aż tak bardzo dręczy. Kiedy Trzaskowski czytał tekst jego „Niedzieli na Głównym”, by w końcu dojść do tego, co przecież najważniejsze, Wojciech Młynarski pewnie tego nawet nie słuchał. No ale możemy się zastanowić, czy gdyby jednak słuchał i to usłyszał, nie dostałby szoku. Chociaż... kto wie. Może on już aż tak nienawidził PiS-u, że nawet tam, w tym swoim kąciku w niebie, uznałby, że w sumie to jest bez znaczenia.

       I kto wie, czy nie miałby racji. W końcu, jakie to ma znaczenie, co Rafał Trzaskowski ma w tyłku, łokciu, czy nawet w głowie?




   

sobota, 18 lipca 2020

O tym jak Rafał Trzaskowski wcielił się w non-ironowo-tergalowego byka


        Słowo daje, że początkowo ani mi przez myśl nie przeszło, by o tym pisać, mijają jednak dni, a ja owo wydarzenie mam wciąż w głowie i wygląda na to, że nie dam już rady tego uniknąć. Oto stało się tak, że już po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów prezydenckich, Rafał Trzaskowski pojawił się w niejakim Komorowie na uroczystości, podczas której miejscowy skwer miał otrzymać imię wybitnego piosenkarza i poety Wojciecha Młynarskiego. Organizatorzy eventu, poza Trzaskowskim, zaprosili do udziału wiele wybitnych postaci polskiej elity artystycznej, takich jak piosenkarkę Magdę Umer, czy Maję Komorowską, a głównym punktem programu było czytanie dzieł Młynarskiego. Do tego zadania zostały wyznaczone dwie piosenki artysty oraz dwóch wykonawców –  Magda Umer oraz Rafał Trzaskowski. Kiedy już Magda Umer odczytała swoje linijki, do mikrofonu podszedł Rafał Trzaskowski i oświadczył, że on jednak woli inny tekst, a mianowicie jedno z największych dzieł Młynarskiego „Niedziela na Głównym”, który on rzekomo szczególnie lubi ze względu na teledysk, jaki został do niego nakręcony, a oświadczywszy to, odczytał fragment, tak się złożyło, ułożony przez Młynarskiego w języku francuskim.
       Doszliśmy więc do momentu, gdy czuję że powinienem opowiedzieć Czytelnikom, o czym jest piosenka Młynarskiego. Otóż, krótko mówiąc, treść jest taka, że słynny w latach 60. ubiegłego wieku – tak na marginesie, bardzo źle się czuję musząc dodawać tę informację o ubiegłym wieku – francuski piosenkarz Gilbert Bécaud występuje w warszawskiej Sali Kongresowej, śpiewa swoją piosenkę pod tytułem „Dimanche a Orly”, a publiczność zalewa się łzami ze wzruszenia. Widząc to, Młynarski nadzwyczaj inteligentnie proponuje całemu temu zakompleksionemu towarzystwu udanie się na dworzec Warszawa Główna i tam dopiero nabranie odpowiedniej przytomności.
       Skoro to już mamy wyjaśnione, muszę opowiedzieć, o czym tym biednym ludziom śpiewał Gilbert Bécaud. Sam Młynarski akurat w sposób absolutnie mistrzowski i cudownie zwięzły opisuje to w swojej piosence słowami: „W piosence byk non-ironowo-tergalowy nagle psychicznie trochę poczuł się niezdrowy i żeby się odprężyć, jeździł na lotnisko, chciałby odfrunąć - to wszystko!”, ja jednak temat doprecyzuję. Otóż występując w tamtych dawnych bardzo latach w Sali Kongresowej, śpiewał Gilbert Bécaud o tym że jest zwykłym skromnym Francuzem, który nie mogąc już wytrzymać w tym kapitalizmie, każdej niedzieli udaje się na lotnisko Orly i z utęsknieniem patrzy na odlatujące samoloty, w nadziei, że i jemu się któregoś dnia uda wsiąść do jednego z nich i uciec z tego piekła. A Wojciech Młynarski, jak rozumiem – wówczas jeszcze człowiek nie dość że przytomny, to jeszcze nadzwyczaj wrażliwy – słuchając tego bełkotu i obserwując reakcję polskiej publiczności, postanawia wyrzucić z siebie to co go tak dręczy i polecić im wszystkim, by jak już otrą z policzków te łzy, udali się na Dworzec Główny w Warszawie i tam się spróbowali doprowadzić do przytomności.
          Czyta więc Rafał Trzaskowski tekst owej piosenki – swoją drogą robi to tak, jakby nie dość że widział go na oczy po raz pierwszy w życiu, to jeszcze nie rozumiał z niego ani słowa, włącznie z określeniem „non-ironowy", które postanawia odczytać fonetycznie – ale jeszcze zanim dochodzi do owego francuskiego fragmentu, wpada na fragment, który go moim zdaniem definiuje absolutnie i ostatecznie. Otóż w pewnym momencie, jeszcze przed tym jak namaluje owe rozedrgane emocjami twarze zgromadzonych na sali zakochanych w Bécaud pań, pisze Młynarski tak: „A jeśli ktoś posiadał język obcy, to tak się mniej więcej, proszę państwa, zachowywał, jakby do wszystkich chciał powiedzieć: ‘Popatrzcie na mnie, chłopcy’, i wcielał się w tergalowego byka i wchłaniał ten komunikat...” i tu następuje fragment w języku francuskim, który tak urzekł Rafała Trzaskowskiego. A my patrzymy na tę nie skażoną myślą twarz, na to tępe zadowolenie z siebie i nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
        Zbliżam się już do końca, i tylko proszę, by jeszcze raz rzucić okiem na zacytowany przez mnie fragment, gdzie ów „byk” pojawia się po raz pierwszy i zastanowić się, w jakim to stanie umysłu musi się dziś znajdować Rafał Trzaskowski, kiedy, jak rozumiem, nie dość że w jak najlepszej wierze, to prawdopodobnie z wyraźnym poczuciem głębokości swojego politycznego sprytu, decyduje się publicznie odczytać ten akurat tekst.
        Przepraszam bardzo, ale muszę powiedzieć coś czego być może mówić mi nie wypada. Otóż w moim najgłębszym przekonaniu, Rafał Trzaskowski to człowiek pozbawiony przytomności na poziomie absolutnie podstawowym. Ja go oczywiście obserwowałem przez cały czas tej jego krótkiej kampanii i miałem na jego temat różne myśli, ale to co on odstawił z tym Młynarskim autentycznie mnie rozbraja. Do tego stopnia, że ja nawet nie wiem, jak mogę zgrabnie zakończyć ten tekst. Więc zostańmy juz może z samym Młynarskim.




środa, 21 marca 2018

Idzie wiosna - będę śpiewał piano

      Nie wiem jak Państwo, ale ja ostatnio kilka razy spotkałem znajome osoby, czy to w moim wieku, czy starsze, które żaliły mi się, że ta zima jest tak depresyjna, że oni już nie mogą się doczekać, jak przyjdą ciepłe dni i będzie można stanąć na nogi i spróbować jeszcze troche pociągnąć. I ja oczywiście ich wszystkich doskonale rozumiem, gdyż sam, kiedy już uderzyła mi sześćdziesiątka, zauważyłem u siebie objawy tego czegoś, co sprawia, że człowiek zwyczajnie nie ma sumienia by kiedykolwiek jeszcze w życiu choćby pólgębkiem narzekać na upały. Inna sprawa, że marzec akurat jest chyba z samej swojej natury miesiącem, kiedy to wielu z nas staje przed owym wyzwaniem, gdzie albo się uda, albo już tym razem. Myślałem więc o tym marcu i nagle sobie uprzytomniłem, że niespełna tydzień temu, minęła pierwsza rocznica śmierci Wojciecha Młynarskiego. To jest dopiero rok, a ja coraz częściej myślę sobie, że to co on nam podarował przez parę dobrych lat swojego życia i twórczości jest właściwie nieporównywalne z niczym tego typu, ani tu, ani tam, ani pewnie nigdzie.
      Skąd mi przyszedł do głowy ten Młynarski? Częściowo już wyjaśniłem, jest jednak drugi powód, kto wie, czy nie ważniejszy. Zanim jednak przejdę do rzeczy, pozwolę sobie może na wprowadzenie. Otóż każdy z nas ma pewnie od czasu do czasu coś takiego, że budzi się rano i bez jakiegokolwiek wyraźnego sensu, zaczyna powtarzać sobie w głowie jedną i tę samą piosenkę. I oto , proszę sobie wyobrazić, mnie się ostatnio też to przydarzyło z piosenką Młynarskiego zatytułowaną „Bas”, tyle że z tą różnicą, że ja tę piosenkę podśpiewuję sobie w duszy dzień w dzień od kilku już tygodni. Kiedy minął kolejny tydzień, a ja zacząłem się obawiać, że może to jest jakiś początek szczególnego rodzaju wariactwa, uświadomiłem sobie, że wszystko jest jak najbardziej w normie, a powodem tej obsesji jest to, że moja żona właśnie kilka tygodni temu zakupiła wielką walizkę firmy „Puccini”, postawiła ją nierozpakowaną tu w rogu pokoju, w taki mianowicie sposób, że kiedy rano idę do łazienki, nie mogę nie rzucić na nią okiem, pierwsze co widzę, to napis „Puccini” i natychmiast mi w głowie pojawia się fraza: „Aż się raz odmienił spraw bieg / z nieba zszedł Puccini i rzekł: / po coż cię trafia szlag / spróbuj basie śpiewać tak”.
      A więc tak. To Młynarski sprawił, że ja od niemal już miesiąca zaczynam się obawiać, że marcowa depresja doprowadziła mnie do progu obłędu. Ale też to ta nieszczęsna walizka sprawiła, że nagle sobie przypomniałem tamten tekst i po raz kolejny w moim życiu zrozumiałem wielkość poezji Młynarskiego, jej dowcip, jej inteligencję, jej wreszcie czysto literacki kunszt.
       „Basu” akurat Młynarski chyba zbyt często nie śpiewał, a piosenka została napisana z myślą o innym niezwykle udanym projekcie, czyli Skaldach, ale to jest oczywiście on i dziś, niech będzie na powitanie wiosny, której dziś, co by nie mówić, przyżywamy dzień pierwszy, posłuchajmy tej piosenki:

Pewien bas bellcanta eks - król
poczuł raz frustrację i ból
że już dziś, co za wstyd
nie zachwyca nim się nikt
lecz ten bas, niech każdy to wie
mówić "pass" nie myślał, o nie!
walczyć jął niby lew
by świat wielbił jego śpiew

Ludzie, co nie odróżniali
La Palomy od La Scali
przerażeni przystawali
słuchając jak bas
co dzień, raz po raz
bellcanto doskonali
(śpiew basa - forte)

Mijał czas w czekaniu na cud
a nasz bas mizerniał i chudł
ale wciąż, co za wstyd
nie zachwycał nim się nikt
aż się raz odmienił spraw bieg
z nieba zszedł Puccini i rzekł:
po coż cię trafia szlag
spróbuj basie śpiewać tak

Ludzie, co nie odróżniali
La Palomy od La Scali
zachwyceni przystawali
a potem hop - siup
stworzyli fan - club
i piano w nim śpiewali
(śpiew basa - piano)

Jako morał, co dzień rano
powtórz sobie prawdę znaną
ale rzadko stosowaną:
nie zawsze twój bas
dociera do mas
czasami trzeba piano
.

      Jeśli komuś przyjdzie do głowy przekonywać mnie, że ten cały Młynarski był do dupy, bo miał nieodpowiednie poglądy, no i w ogóle źle się prowadził, proszę bardzo. Ostatnio czuję się uodporniony. No a na koniec – Skaldowie. Podobno mieli świetnego perkusistę. Wszystkiego dobrego na nadchodzący wiosenny czas.





Moje książki w tych dniach można zamawiać zarówno u mnie, wysyłając zamówienia na adres mailowy toyah@toyah.pl, jak i – to już stale – w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam niezmiennie. 

sobota, 24 czerwca 2017

Czy Wojciech Młynarski był lepszy od Led Zeppelin?

     Od śmierci Wojciecha Młynarskiego minęło wystarczająco dużo czasu, by wielu z nas zapomniało, że ktoś o tym nazwisku kiedykolwiek istniał, ja jednak odświeżyłem swoją pamięć, gdy chodzi o twórczość tego człowieka i chyba po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, że – pomijając oczywiście okres związany bezpośrednio z doraźną polityką, co musi się okazać zgubne zawsze i dla każdego artysty – on z każdym rokiem był coraz lepszy, co, słowo daje, zdarza się naprawdę niewielu. Słuchałem więc ostatnio piosenek Młynarskiego, oglądałem jego występy i dochodzę do wniosku, że gdy chodzi o sztukę artystyczną w ogóle, Polska nie miała nigdy nic choćby zbliżonego do poziomu talentu, jaki prezentował Wojciech Młynarski. Mało tego. Moim zdaniem, współczesny świat nie miał okazji zbyt często przeżywać czegoś takiego, co by choćby zbliżało się poziomem do sztuki Wojciecha Młynarskiego.
     I nie będę oczywiście ukrywał, że zdaję sobie świetnie sprawę z tego, kim był Młynarski w życiu prywatnym, jak wielka przepaść istniała między jego twórczością, a jego dokonaniami na poziomie dnia codziennego – co, swoją drogą, stanowi osobny temat do poważnych bardzo rozważań – ale też, jakby i tego było mało, pamiętam bardzo dobrze jego aktywność publicystyczną w ostatnich latach. Nie zmienia to jednak faktu, że przez pewien czas mieliśmy okazję być świadkiem czegoś, czego skala wykracza poza wszystko, co Polska zdołała w tej akurat przestrzeni wyprodukować.
      Ktoś spyta, skąd się wziął w ogóle temat dziesiejszej notki. Oczywiście, przede wszystkim poszło o Młynarskiego, którego koncertu miałem okazję wysłuchać, a tam przede wszystkim piosenkę pod tytułem „Nie mam jasności w temacie Marioli”. Przyznaję szczerze, że jeśli ja znałem naprawdę mnóstwo jego piosenek, to jednak tych głównie starszych i wydaje mi się, że to jest kwestia zarówno wieku, jak i mojego dość szczególnego zainteresowania muzyką. Po prostu w pewnym momencie uznałem, że wystarczy i  Młynarskim interesować się przestałem. No i wygląda na to, że przez ten gest ominęła mnie znaczna część tego, czego przegapić zwyczajnie nie wypadało, w tym owo „Nie mam jasności w temacie Marioli” i czuję geniusz.
     No ale to też nie wszystko, a jednocześnie koniec tych rozważań. Wraz bowiem z Młynarskim napięcie urosło do tego poziomu, że na scenę musiału już tylko wkroczyć moje ukochane Led Zeppelin ze swoim „Dazed and Confused”, a w nim owa równie intrygująca fraza: „Soul of a woman was created below”. Przepraszam bardzo, ale – choć biorę pod uwagę możliwość, że to się już wkrótce zmieni – jak na dziś, ja się nie dziwię, że Wojciech Młynarski w pewnym momencie swojego życia oszalał. Naprawdę nie jest łatwo żyć ze świadomością talentu, z którym nie wiadomo, co zrobić, i nikogo to doprawdy nie interesuje.
      Pucio, pucio.



Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek, które są do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam z całego serca.



sobota, 27 czerwca 2015

Czemu Wojciechowi Młynarskiemu jego wściekłe wnuczki schowały dowód?

Jest bardzo możliwe, że już tu o tym wspominałem, ale na wszelki wypadek powtórzę. Otóż w ostatnich dniach miałem okazję kilka dobrych razy oglądać flagowy program stacji TVN24 „Szkło Kontaktowe” i to nie dość, że oglądać, to oglądać go z prawdziwą satysfakcją. Skąd owa satysfakcja? Otóż stąd przede wszystkim, że kiedy tak sobie siedzę przed telewizorem i słyszę, jak oni wszyscy, poczynając od Grzegorza Miecugowa, a kończąc na Marku Przybyliku, w sposób najbardziej okrutny szydzą z Platformy Obywatelskiej, mam też tę świadomość – wspieraną zresztą nieustannie przez rozpaczliwe telefony stałych fanów owej audycji, wznoszących w stronę redaktorów pełne rozpaczy wezwania do opamiętania się – że tam, po drugiej stronie siedzą właśnie oni, ci wszyscy biedni, wyciśnięci ze swojej nienawiści do samego smutnego końca, wykorzystani przez bezlitosny System ludzie, i z tego wszystkiego, co się dzieje, nie rozumieją nic. Dokładnie nic. Zero. A to jest dla mnie świadomość bardzo przyjemna.
Oglądam więc to „Szkło Kontaktowe”, patrzę, jak oni po kolei znęcają się nad kolejnymi politykami Platformy Obywatelskiej, i oto nagle widzę zapowiedź: w trzeciej części Szkła będziemy słuchać Wojciecha Młynarskiego, i myślę sobie, że no tak. To w końcu musiało nastąpić i tym razem oni wyżej, niż im wolno już nie podskoczą. Przyjdzie Młynarski, wyrecytuje swój najnowszy wiersz o tym, że Andrzej Duda to „ten co cieszy się, że ze strachu przed nim drżysz” i będzie pozamiatane. Atmosfera zrobi się tak szampańska, żen PiS-owi od tego w jednej chwili elektorat spadnie o połowę, a prezydent-elekt Duda dostanie takich nerwów, że tego swojego cholernego 6 sierpnia zwyczajnie nie doczeka.
I oto pojawia się Wojciech Młynarski i proszę sobie wyobrazić, że pierwsze co widzimy, to to, że on fizycznie jest w takim stanie, że już samo pokazywanie go publicznie robi wrażenie sabotażu… i, moim zdaniem, niczym innym jak sabotażem zwyczajnie jest. Siada więc przed nami Wojciech Młynarski i zaczyna czytać ten swój wiersz i oczywiście od pierwszej linijki nie ma sposobu, by zrozumieć, co takiego on nam chce powiedzieć. Dzięki temu, że mam w telewizorze funkcję pozwalającą na zatrzymywanie programu, cofanie, oraz ponowne odtwarzanie wybranego fragmentu, po kilku próbach udało mi się zrozumieć przynajmniej podstawową myśl przedstawioną przez Poetę. Otóż, mówiąc bardzo krótko, chodzi o to, że „wściekłe wnuczki” pogoniły jakichś tam „dziadków” i od tej chwili szykują nam one prawdziwy Armagedon. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że po tych ośmiu latach, od czasu gdy pod hasłem „schowaj babci dowód”, władzę w Polsce przejęła Platforma Obywatelska, wszyscyśmy się trochę w latach posunęli, przy czym niektórzy z nas bardziej dramatycznie, niż można było tego oczekiwać, i ów dowcip z dowodem dla niektórych z nich musiał stracić swój podstawowy urok, jednak widok Wojciecha Młynarskiego załamującego ręce nad tym, że ludzi mimo że starych, schorowanych, a niekiedy już stojących nad grobem, to jednak posiadających swoją wrażliwość, traktuje się jak śmieci, musi robić wrażenie. Dla mnie jednak, w tym co się stało podczas wspomnianej prezentacji, ważniejsze było coś zupełnie innego. Otóż wbrew moim graniczącym wręcz z pewnością podejrzeniom, prowadzący program Grzegorz Miecugow z Markiem Przybylikiem, zamiast wybuchnąć perlistym śmiechem i życzyć starszemu panu tak samo znakomitej formy przez następne długie lata, ni stąd niż owąd zaczęli dyskutować na temat moralnej kondycji owych „wnuczków” i nagle, ni w pięć ni w dziesięć, Przybylik zakomunikował, że jego wnuczki są akurat bardzo miłe i sympatyczne, ale „każdy ma wnuczki na własną miarę”. On to powiedział jasno i wyraźnie, zdecydowanie wyraźniej, niż wcześniej mówił Młynarski, Miecugow ową prawdę odpowiednio potwierdził i panowie bardzo szybko przeszli do następnego tematu, biednego Młynarskiego zostawiając samego z tą jego straszną obsesją, swoją drogą nabytą oczywiście przez te wszystkie lata spędzone w towarzystwie „Szkła Kontaktowego”, tego samego, które go dziś tak fatalnie wystawiło na publiczne szyderstwo.
Ja znam doskonale nastroje, jakie panują na tym blogu, a więc przy okazji również ową nieznośną wręcz kokieterię sprowadzającą się do notorycznego mnie zapewniania, że inni może tak, ale oni akurat nawet nie za bardzo wiedzą, kto to taki ten Miecugow i co to takiego to jakieś „szkło”. Ponieważ jednak wiem, że za tym stoi właśnie czysta kokieteria, nie będę tłumaczył, o kim dziś rozmawiamy. Powiem tylko, że i Miecugow i to jego „szkiełko”, to od ponad dziesięciu już lat – dzień w dzień, niedziela czy święto, deszcz czy pogoda, zima czy lato – pierwszy głos TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. A zatem, skoro najwidoczniej dano nam zaobserwować moment, w którym On właśnie postanowił samemu Wojciechowi Młynarskiemu pokazać jego prawdziwe miejsce, to znaczy, ze my powinniśmy być skupieni szczególnie mocno.
Swoją drogą, można się zastanawiać, czy przypadkiem Dobry Bóg nie zabrał od nas prof. Władysława Bartoszewskiego jeszcze zanim to wszystko ruszyło pełna parą, bo się nad nim zwyczajnie ulitował. Ja nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak by on to znosił, gdyby dziś oglądał siebie przy różnych okazjach w tym cholernym „Szkle Kontaktowym” i po głowie chodziłoby mu już tylko to jedno tylko pytanie: „Jak oni mogą?”

Przypominam, że nakład „Siedmiokilogramowego liścia” jest już wyczerpany, a jeśli ktoś się spóźnił, to mam jeszcze parę egzemplarzy u siebie. Proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl. Z tego co słyszę, w księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem www.coryllus.pl są też już ostatnie egzemplarze „Elementarza” i „Biustonosza”. Dodruk nie jest planowany. Serdecznie zachęcam.

sobota, 19 stycznia 2013

O tym jak prześliczna wiolonczelistka poszła w kurwy

Mieszkanie, w którym się w piątkę gnieździmy, liczy niemal 140 metrów i składa się z czterech przestronnych pokoi i zwyczajowej reszty. Tak zwany pokój środkowy to miejsce, w którym raz do roku staje choinka, w którym przyjmuje się gości, no i gdzie – jakże by inaczej – trzymany jest telewizor. Ostatnio, przez to, że telewizję przestaliśmy praktycznie oglądać, miejsce to stało się niebezpiecznie puste; puste do tego stopnia, że któregoś dnia żona moja nawet zaproponowała, by go może wynająć jakimś studentom i się w ten sposób choćby trochę odkuć finansowo.
Przyznam szczerze, że jak idzie o telewizję TVN24 i jej ofertę programową, chyba nigdy dotychczas nie byłem tak kompletnie niezorientowany. Tyle wszystkiego, że wiem, iż ich sztandarowy program pod tytułem „Szkło Kontaktowe” radzi sobie znakomicie i tam wszystko działa, jak dotychczas. A więc – najlepiej.
Wiedzę, którą się właśnie chwalę nabyłem parę dni temu, kiedy nagle w ciągu dnia ktoś z nas włączył ten telewizor, przełączył go na kanał zajmowany przez TVN24, tak go zostawił, i opuścił pokój. Ja z kolei wszedłem tam późnym wieczorem, a tam, proszę sobie wyobrazić akurat zapowiadano Wojciecha Młynarskiego z nowym wierszem, napisanym specjalnie dla „Szkła Kontaktowego”. Pojawił się więc, na tle chyba swojego mieszkania, ten Młynarski, no i zaczął czytać ów tekst. Był on był jednak tak nieciekawy, że dziś już nie jestem nawet w stanie powiedzieć, czego on dotyczył, natomiast samą jego końcówkę pamiętam znakomicie. Oto ona:

Sędzia Tuleja,
Moja nadzieja.
Daj, Panie Boże,
Niech się rozmnoży.


Dokładnie tak. Słowo w słowo. Siedział Wojciech Młynarski w tym swoim fotelu, czytał to coś, co napisał dla „Szkła Kontaktowego”, i nagle padły te słowa:

Sędzia Tuleja,
Moja nadzieja.
Daj, Panie Boże,
Niech się rozmnoży.


A ja, przyznam szczerze, że zdębiałem. Ja już widziałem wcześniej Młynarskiego, jak się udziela w „Szkle Kontaktowym”, i to udziela dokładnie w taki sposób, by państwo byli z niego bardzo zadowoleni. Pamiętam, na przykład, jak Młynarski napisał i wydeklamował przed kamerami ITI ów już dziś wręcz kultowy tekst o tym, że wszystko zło, to wina Tuska. Pamiętam ten wierszyk i, cokolwiek bym miał sądzić o dowcipie i myśli za nim stojącej, nie mogłem nie przyznać, że on ma pewną siłę; siłę, która mu z całą pewnością pozwoli zabłysnąć na tym czarnym rynku kultury popularnej.
Słuchałem tego bełkotu, i oczywiście zdawałem sobie świetnie sprawę z tego, że czasy gitarzysty basowego Żorżyka, czasy białych mew, czasy wreszcie Zdzisia „co to zimą chodzi w misiu”, to czasy ostatecznie minione, ale mimo to, wciąż miałem przed sobą, niechby i cień, ale jednak nie byle kogo, bo dawnego Młynarskiego. Wiedziałem, że Wojciech Młynarski się nieodwołanie skończył, ale, co by nie powiedzieć, mierzy wysoko, bo aż na stanowisko kancelaryjnego błazna. Co mamy dziś? Sędziego Tuleję? Mój Boże! Czyżbyśmy zeszli już aż tak nisko?
Do czegośmy doszli? Wojciech Młynarski pisze teksty o jednym z reżimowych sędziów? I w dodatku konstruuje je w formie modlitwy? A cóż to zaszło w jego życiu, że jego emocje i literacki talent spadły na ten akurat poziom? Podzieliłem się przed momentem refleksją, że wiersz, jaki Wojciech Młynarski napisał o tym, że wszystko nieszczęście to wina Tuska, to, przy wszystkich moich zastrzeżeniach, prawdziwy hymn ku czci władzy, i to w dodatku hymn, za który władza powinna być Młynarskiemu dozgonnie wdzięczna. Może nawet bardziej, niż za jego znacznie wcześniejszy apel, byśmy „robili swoje”. Mógłbym więc też wspomnieć poruszenie, jakie powstało w związku z wierszem, jaki Jarosław Marek Rymkiewicz poświęcił Jarosławowi Kaczyńskiemu. Powiem uczciwie, że tak się jakoś złożyło, że ja go nie miałem okazji czytać, natomiast wiem, że pisząc go, a następnie upowszechniając, Rymkiewicz wsparł pewien projekt na poziomie państwa. On, pisząc ten wiersz, wsparł pewien – może i kontrowersyjny – ale jednak projekt na poziomie najwyższym. Czy razy, jakie Rymkiewicz otrzymał były słuszne? Czy były usprawiedliwione? Nie mam pojęcia. Pewnie tak. W końcu, co to za pomysł, żeby poświęcać coś tak poważnego jak poezja czemuś tak drobnemu jak bieżąca polityka? Jednak wciąż, tu akurat chodziło o nazwisko „Kaczyński”. O imię „Jarosław”. A więc coś, czym żyje cały naród. I to nie przez parę dni, ale niewykluczone, że przez całą swoją historię. A więc coś mniej więcej na poziomie tego Tuska, który za wszystko odpowiada.
Co mamy dziś? Sędziego Tuleję? Do Wojciecha Młynarskiego dzwonią ludzie z ITI i zamawiają wiersz, który będzie komentarzem do bieżącej polityki. Na to Młynarski siada i pisze:

Sędzia Tuleja,
Moja nadzieja.
Daj, Panie Boże,
Niech się rozmnoży.


Bardzo wszystkich przepraszam, ale to jest coś kompletnie niszczycielskiego. To świadczy o tym, że nie ma już nic. Nie ma ani poezji, ani przyzwoitości, ani honoru. Jest wyłącznie ta tępa zażartość, ta wściekłość, to pragnienie morderstwa. I to zupełnie niezależnie od tego, kto tam się kręci. Jakiś półobłąkany bloger z bolącą łydką, biedny emeryt, któremu nowy wspaniały świat tak zawrócił w głowie, że poza lokalną galerią handlową on nie widzi już świata, ksiądz znajdujący pierwszą prawdziwą miłość w życiu, czy wybitny artysta – wszyscy oni tworzą wspólny klub.
Można by powiedzieć, że Klub Samotnych Serc Sierżanta Pieprza, gdyby jeszcze wypadało nam żartować. Kończmy więc po prostu.

Informuję, że książka o biustonoszu firmy Triumph jest już gotowa. Od wczoraj Gabriel sprzedaje zakupione wcześniej egzemplarze. Polecam. To jest z całą pewnością przebój sezonu. Ponieważ póki co, wszystkie pieniądze ze sprzedaży idą na pokrycie kosztów druku, bardzo proszę o tradycyjne, bezpośrednie już wsparcie.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Gdy wrony sparszywiały

Im dłużej człowiek obraca się w dzisiejszym, nowoczesnym świecie, tym częściej musi dochodzić do wniosku, że – tak jak to w popularnych dowcipach informowało Radio Erewań – lepiej już było. I to wcale nie koniecznie musi dotyczyć perspektywy osób reprezentujących pokolenie zstępujące, takich jak choćby autor tych słów, ale nawet ludzi znacznie młodszych, których dzieciństwo czy młodość przypadły na końcówkę PRL-u. Wiadomo oczywiście, że im kto starszy, tym większą ma skłonność do wspominania lat minionych, z pominięciem wszystkiego, co było w nich bolesne, czy choćby zaledwie niemiłe. Mam jednak wrażenie, że dzisiejsza Polska i w ogóle świat – oferując nam to co są w stanie zaoferować – tę tęsknotę wyłącznie wzmacniają. Nawet jeśli ma ona dotyczyć zaledwie końcówki lat 80-tych.
Osobiście mam naprawdę dużo powodów, by lata przed rokiem 1990 wspominać z autentycznie dużą sympatią. I zgadzam się, że część z nich jest bardzo subiektywna, wynikająca z tego, że wszystko mi się już w mojej starej głowie wyrównuje, a przez to oczywiście zawsze narażona na wyśmianie. Ale też nie mam żadnych wątpliwości, że równie znaczna ich część, to coś naprawdę mocnego i wcale nie tak łatwego do zbicia w uczciwej dyskusji. Weźmy choćby kwestię czasu wolnego, a więc czasu, który można poświęcić na wszystko, czego człowiek sobie zażyczy. Jestem pewien, że każdy z nas, kto tamte czasy pamięta, przyzna bez dyskusji, że za PRL-u tego czasu było znacznie, ale to znacznie więcej. Pamiętam, jak ja i inni moi koledzy, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, mieliśmy niekiedy w szkole okazję, czy to do narysowania, czy opisania na kartce w zeszycie, czy wreszcie do opowiedzenia własnymi słowami, jak to sobie wyobrażamy świat w roku 2000. I wspominam dziś, że w tych relacjach przede wszystkim zawsze wracała myśl, że w przyszłości nie będzie samochodów, pociągów, ani nawet samolotów, a zamiast tego ludzie będą podróżować takimi małymi rakietami. Ale również mieliśmy wtedy niemal pewność, że ponieważ pracę za ludzi przejmą maszyny, wówczas jeszcze zwane robotami – wtedy jeszcze o komputerach nie było nam nic wiadomo – przeciętny człowiek będzie pracował trzy, a maksymalnie cztery dni w tygodniu. Dziś, jak widzimy, cała ta prognoza wzięła w łeb, choćby z tego względu, że o rakietach w ogóle nie ma mowy, pociągi jeżdżą jeszcze wolniej niż wtedy, samochody stoją w korkach i poruszają się z prędkością od 0 do 15 km. na godzinę, a my pracujemy tak dużo i tak ciężko, jak nigdy dotąd. Do tego stopnia dużo i ciężko, że kiedy wreszcie przychodzi ten błogi moment bezczynności, to nie jesteśmy nawet w stanie myśleć, a co dopiero spędzać czas. Najwyżej w którymś z supermarketów.
Ktoś powie, że to jest demagogia, bo w komunie, przez ów nieustanny brak wszystkiego, zaczynając od kolorowych pism, a kończąc na Internecie, człowiek nudził się jak pies, i już tylko wył o to, by wyjechać choć na chwilę za granicę i poczuć ową świadomość, jak miło może upływać czas. Tyle że jest to oczywista nieprawda. Jeśli idzie o mnie choćby, to jeszcze jako dziecko, czy już młody człowiek, oczywiście nie miałem żadnego powodu, żeby siedzieć do trzeciej nad ranem i zajmować się rozrywkami – o ile oczywiście nie pojechałem do swojego kolegi Karola do Bytomia, żeby z nim pić, gadać i słuchać muzyki – ale jakoś nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek narzekał na to, że jest mi nudno. A z pewnością nie robiłem tego częściej, niż zdarza mi się to dziś. Za to właśnie dziś rozmawiam ze swoim synem, który znów, po raz kolejny, zasnął po południu, wyrzucam mu tę dramatyczną stratę czasu, a on na to mi tłumaczy, że jego wszyscy znajomi śpią po południu. Dlaczego? Bo zwyczajnie tkwią w ciągłym niedospaniu. I o to właśnie tu chodzi. Ja chodzę spać po północy, bo szkoda mi wieczoru, a przy okazji życia, a oni śpią, ile razy chce im się spać.
Jak idzie o spędzanie czasu bowiem, życie w PRL-u, w porównaniu z tym, co mamy dziś, było zwyczajnie fascynujące i pełne różnorakich uciech, do których jakimś cudem nie był potrzebny ani telefon komórkowy, ani youtube, ani nawet pub w piątkowy wieczór. Ale, kiedy myślę o PRL-u, być może jeszcze mocniej, niż tę niezwykłą wręcz możliwość najpełniejszego spędzania wolnego czasu, odczuwam fakt, że ludzie którzy mnie otaczali, podobnie jak ludzie, których znalem wyłącznie z telewizji, czy z radia, w swojej większości robili intelektualnie znacznie lepsze wrażenie, niż to ma miejsce dziś. Oczywiście, i wtedy i dziś, pewien typ obywateli – na obu wymienionych poziomach – mógłby zostać określony zawsze i wyłącznie tym samym epitetem, czyli „dureń”, lub „agent”, no ale przecież nie mamy też żadnego powodu, by utrzymywać, że wtedy było pod tym względem gorzej. I durniów i agentów zawsze można było grabić jak jesienne liście. Czy wspomnimy tamtą panią z kasy biletowej na dworcu kolejowym w Radomiu, czy niejakiego Ubermana z Dziennika Telewizyjnego i zestawimy ich z kultowym już Andrzejem z Działdowa, czy Maciejem Knapikiem z TVN24, różnicy wielkiej nie znajdziemy, natomiast wystarczy porównać choćby Wojciecha Młynarskiego z tamtych czasów z Wojciechem Młynarskim dziś, by wiedzieć, co się z nami wszystkimi przez te wszystkie lata podziało.
Myślę zresztą, że Wojciech Młynarski akurat jest tu w istocie świetnym przykładem. I to ze względu na to kim był wtedy i kim jest dziś, jako człowiek i artysta, ale również – a może przede wszystkim – ze względu na to, co się stało z tymi wszystkim, którzy kiedyś go cenili, a jego piosenki traktowali jak swój głos, a i dziś go cenią i uważają za jakiś tam autorytet. Aby móc bardziej dokładnie przekazać, o co mi chodzi, pozwolę sobie tu przypomnieć tekst piosenki Młynarskiego właśnie, zatytułowanej „Ballada o wronach”. Proszę posłuchać:
***
W berżeretkach, balladach, canzonach
Bardzo rzadko jest mowa o wronach,
A ja mam taki gust wypaczony,
Że lubię wrony...
***
Los im dolę zgotował nielekką:
Cienką gałąź i marne poletko,
Czarne toto i w ziemi się dłubie-
-a ja je lubię...
***
Gdy na polu ze śniegiem wiatr wyje,
Żadna wrona przez chwilę nie kryje,
Że dlatego na zimę zostają,
Że źle fruwają...
***
Ale wrona, czy młoda, czy stara,
Się do tego dorabiać nie stara
Manifestów ni ideologii-
-i to ją zdobi...
***
Gdy rozdziawią dziób, wiedzą dokładnie,
Że ich głosy brzmią raczej nieładnie,
Lecz nie wstydzą się i nie tłumaczą,
Że brzydko kraczą...
***
I myśl w głowach nie świta im dzika,
By krakaniem udawać słowika,
By krakaniem nieść sobie pociechę-
-i to jest w dechę!
***
Żadna wrona się także nie łudzi,
Że postawi ktoś stracha na ludzi,
Co na wrony i we dnie, i nocą
Czyhają z procą...
***
Wrony fruną z godnością nad rżyskiem,
Jakby dobrze im było z tym wszystkim,
I w tym właśnie zaznacza się wronia
Autoironia.
***
Nie udają słodyczy nieszczerze,
Mężnie trwają w swym szwarc-charakterze,
Nie składają w komorę zasobną,
Jak więcej dziobną,
***
Wiedzą, że, mimo wszystkie przemiany
Nie wyrosną na rżysku banany,
Nie zamienią się w kawior pędraki,
Bo układ taki...
***
Przypominam sobie dziś ten tekst, czytam go po raz kolejny, i zastanawiam się, czy Młynarski byłby w stanie go napisać dziś. I czy gdyby jakimś cudem był to w stanie zrobić, to czy ułożyłby go tak, by to przesłanie brzmiało właśnie w taki sposób, w jaki brzmiało wtedy. Ale zastanawiam się nad czymś jeszcze. Czy gdyby dziś Wojciech Młynarski napisał ten tekst właśnie tak, zawierając w nim dokładnie tę myśl, która go zdobiła wówczas, czy nad nim zachwycaliby się autorzy „Szkła Kontaktowego”, tak jak się dziś zachwycają nad wierszami Młynarskiego o tym, że Jarosław Kaczyński to bałwan i drobny dyktator. Ale też zastanawiam się jeszcze nad czymś. Czy tym tekstem i tą piosenką, gdyby ją w ogóle byli w stanie zrozumieć i polubić, zachwycaliby się ci wszyscy, którzy, tak jak ja i moi znajomi z młodości wtedy, tworzą dziś tak zwaną młodą miejską inteligencję, I we wszystkich tych wypadkach, mam na to odpowiedź jedną – nie. Ani bowiem Wojciech Młynarski nie napisałby dziś takiej piosenki – bo raz, że by zrobić tego nie potrafił, a dwa, że by nie chciał – ani w Szkle Kontaktowym by jej nie wyemitowali, ze względu choćby na fragment o „mężnym trwaniu w swym szwarc-charakterze”, zwłaszcza w sytuacji, gdy prokuratura postanowiła jednak się zabrać za Antoniego Macierewicza na poważnie, ani też ci wszyscy, którzy uchodzą za koneserów sztuki wysokiej i ambitnej, by jej nie mieli ochoty słuchać, bo nawet gdyby zrozumieli jej przesłanie – a może zwłaszcza wtedy – wiedzieliby, że to nie jest to, na co czekali.
Proszę spojrzeć uważnie na wspomniany przeze mnie tekst Wojciecha Młynarskiego z lat, kiedy on i jego słuchacze, byli jeszcze istotami rozumnymi. Proszę się w niego wsłuchać. Proszę spróbować się zastanowić, o czym on jest. I co on nam próbował powiedzieć wtedy, kiedy podobno nie byliśmy ludźmi wolnymi. I proszę wreszcie zauważyć, jak wiele się od tamtego czasu w Polsce musiało zmienić, by wszystko to, co wówczas, dla samego Młynarskiego i dla nas, stanowiło prawdziwą wartość, nagle stało się niepotrzebnym balastem. Bo tamte czasy, cokolwiek by o nich mówić, dawały nam wystarczająco dużo wolności – i to wolności prawdziwej – byśmy potrafili znaleźć w sobie wewnętrzną siłę, a na zewnątrz czas do tego, by myśleć, myśleć i myśleć. I to właśnie ta siła i ten czas pozwoliły nam zachować w sobie to człowieczeństwo, które następnie dało nam moc, by wszystko co wówczas było złe i fałszywe, odrzucić i stworzyć sobie szansę na lepsze. I niestety tę szansę zmarnowaliśmy. Jak najgorsze łachudry. Wstyd!

Święta już prawie za nami, dziękuję wszystkim za pamięć, życzenia i solidarną obecność. Zachęcam do kupowania książki z wcześniejszymi tekstami z tego blogu, zapewniam, że tak dobranymi, by czytało się je dobrze nawet po latach, i proszę o wspieranie tego bloga finansowo, pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 16 lipca 2011

Gdy łby czymś mocno skute

Muszę przyznać, że ile razy słyszę, jak Kazik wykrzykuję swoje: „Jak powstają twoje teksty? – gdy mnie ktoś tak spyta, zakurwię z laczka i poprawię z kopyta”, z jednej strony, niezmiennie czuję bezgraniczne wzruszenie i podziw, a jednocześnie bolesne zdziwienie. Czemu podziw? Wiadomo. Zdziwienie natomiast z tej prostej przyczyny, że ja kompletnie nie rozumiem, czemu Kazik się tak bardzo unosi, kiedy ktoś zwyczajnie chce wiedzieć, jak on to robi. Ja wprawdzie bym go o to nigdy nie zapytał, bo – biorąc pod uwagę doświadczenie, jakie mam z ludźmi z jednej strony genialnymi, a z drugiej tragicznie przeciętnymi – wiem, jak to jest ze sztuką. Się siada i się albo pisze, albo gra, albo śpiewa, albo maluje. Obojętne. I w ogóle nie ma o czym gadać. Chociaż, jeśli się trochę bardziej nad omawianym przypadkiem zastanowić, to może faktycznie nie ma się co dziwić. Bo jeśli już mamy się trzymać powyższego przykładu, to wystarczy Kazika poczytać w jego felietonach, czy – tym bardziej – posłuchać, jak się mądrzy w telewizji, by wiedzieć, że jemu faktycznie na tak zadane pytanie nie pozostaje nic, jak tylko użyć swojego laczka i kopyta.
Jak idzie o mnie, to ja nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby ktoś chciał mnie spytać, jak powstają moje teksty. Pewnie dlatego, że przede wszystkim, ja chyba dobrze wiem, jak one powstają, a poza tym, swego czasu sam się nad tą kwestią trochę zastanawiałem. Może opowiem. Otóż ile razy skończę którąkolwiek z tych moich historii, pierwsza myśl, jaka mi przychodzi do głowy, to ta, że teraz z całą pewnością przez najbliższy tydzień nic nowego nie wymyślę. No bo o czym tu pisać? Cóż takiego się dzieje, albo stanie się w ciągu najbliższych dni, żeby można to było uznać za warte jakiejkolwiek nowej refleksji? A jednak, mimo to, każdy dzień przynosi jakiś, choćby najbardziej marny, drobiazg, z którego da się zbudować coś większego. Nie wiem, czy pamiętacie film Gilliama ‘Fisher King’. Jest tam taka scena, jak Perry idzie z tą swoją Lydią przez jakieś zawalone śmieciami i brudem ulice i nagle znajduje metalową siateczkę, która kiedyś przytrzymywała korek od szampana. Robi z niej natychmiast krzesełko, daje jej i mówi, że w śmieciach naprawdę można znaleźć piękne rzeczy. Problem w tym, że on nie szukał tej siatki, tyle że, ponieważ był zwykłym menelem, to miał odruch zbierania różnych śmieci.
Otóż moje doświadczenie każe mi się z Perrym zgodzić. To wszystko – a kto wie, czy też nie jest tak samo w przypadku Kazika –bierze się z grzebania w śmieciach. Bo proszę popatrzeć na historię tego tekstu. Wczoraj na krótką chwilę zajrzałem do programu ‘Szkło kontaktowe’, który prowadził Tomasz Sianecki z Jerzym Iwaszkiewiczem. Śmieci, czyż nie? I oto nagle na ekranie pojawił się bardzo leciwy już Wojciech Młynarski, który kiedyś przed laty był, w mojej opinii, artystą jeszcze bardziej wybitnym, niż dziś Kazik. Ale ponieważ po latach jest już tylko mamroczącym niewyraźnie swoje wiersze o ojcu Rydzyku staruszkiem, trzeba niestety też to przyznać, że wciąż pozostały tylko śmieci. I na sam koniec, kiedy już wiedzieliśmy, że oglądamy ‘Szkło kontaktowe’, i słuchamy Wojciecha Młynarskiego w nowym wydaniu, wystąpił Jerzy Iwaszkiewicz.
W tym momencie muszę zrobić pewną – może nie do końca dygresję – ale jednak dygresję. ‘Szkło kontaktowe’ to program, który z punktu widzenia tradycyjnej, białej cywilizacji jest ekscesem całkowicie porażającym. I nie ma co się na ten temat rozpisywać, bo każdy kto czyta te słowa, wie, o czym mówię. Jednak trzeba przyznać, że z kolei, z punktu widzenia Planu i Systemu, program ten to prawdziwy majstersztyk. I tu też nie ma się co nad tą kwestią dłużej zatrzymywać, bo wystarczy rozejrzeć się po ludziach, którzy nas otaczają, by wiedzieć, jaka za tym ‘Szkłem’ stoi siła rażenia. Podobnie jest z Wojciechem Młynarskim. Wprawdzie jego dzisiejszy upadek – a więc choćby ten wczorajszy wiersz o polskiej prezydencji i o ojcu Rydzyku – definiuje go niemal ostatecznie, jednak trzeba przyznać, że tamte piosenki, takie jak „Bynajmniej”, czy „Niedziela na Głównym”, czy „Żorżyk”, czy wreszcie „W razie czego przypomnijcie sobie Zdzisia” to opis życia w PRL-u o jakim wspominany tu ostatnio Bareja, nawet nie miałby szans śnić. A więc, to dno wciąż nie jest, że tak powiem, skaliste. Ale oto wreszcie pojawia się Jerzy Iwaszkiewicz. Człowiek, którego nędza jest tak uderzająca i, że tak powiem, doskonała, że jeśli o nim też nic więcej nie powiem, to nie dlatego, że każdy wie, ale że sam nie wiem, jak to coś nazwać. I nagle się okazuje, że to właśnie dzięki niemu – Jerzemu Iwaszkiewiczowi – powstaje ta dzisiejsza notka.
Wracam do wczorajszego ‘Szkła kontaktowego’. Wystąpił więc ten nieszczęsny Młynarski ze swoim wierszykiem o polskiej prezydencji, ojcu Rydzyku i posłach PiS-u, a kiedy skończył, Jerzy Iwaszkiewicz najpierw zaczął krzyczeć do kamery, że Wojtusiu, pozdrawiam cię, kochany, itd., a następnie, podniecony w stopniu najwyższym, przeprosił wszystkich, ale on musi opowiedzieć pewną historię a propos jego przyjaźni z „Wojtusiem”. W pierwszej chwili, pomyślałem sobie, że on pewnie opowie coś o tym, jak to on i Młynarski szli sobie za PRL-u po Nowym Świecie, i spotkali Michnika, a Młynarski coś powiedział i było śmiesznie. Albo że wracali z jakiegoś przyjęcia i zatrzymał ich milicjant, ale ponieważ znał Młynarskiego z telewizji, to mu się tylko ukłonił i poprosił o autograf. Albo coś w tym kierunku. Proszę sobie wyobrazić, że nic z tego. Iwaszkiewicz – jak mówię, roztrzęsiony w sposób zupełnie niewyobrażalny – opowiedział historię, jak to on i Młynarski byli razem na jakiejś popijawie w Zakopanem i kiedy już byli tak pijani, ze się dalej pić nie dało, to siedli sobie na parapecie i tylko patrzyli, jak inni się bawią. I w pewnym momencie Młynarski się zdenerwował i powiedział do Iwaszkiewicza, że nie ma się co oszczędzać i poszli pić dalej. I, jak to podkreślił Iwaszkiewicz, „było bardzo przyjemnie”. Co dalej? Jak to co dalej? Nic. Koniec. To własnie taką historię opowiedział Iwaszkiewicz widzom ‘Szkła kontaktowego’. Jak to on i Młynarski kiedyś w Zakopanem się popili. Bez żadnych szczegółów. Ot, taka historia.
Wysłuchałem więc tego Iwaszkiewicza z jego wspomnieniem, i pomyślałem, że napiszę o tym tekst. A skoro o tym, to o paru jeszcze innych rzeczach. No i piszę. Proszę więc sobie wyobrazić, że mamy ten TVN24, a w nim ten program ‘Szkło kontaktowe’, a w nim Tomasza Sianeckiego i Wojciecha Młynarskiego, a przed ekranami telewizorów intelektualną elitę III RP, i nagle w tym wszystkim pojawia się ów Jerzy Iwaszkiewicz – najprawdopodobniej zwykły moczymorda, i to moczymorda o takim standardzie, gdzie jeśli się chce coś opowiedzieć, to jedyne myśli jakie do głowy przychodzą, to flaszka i zarzygany stolik. Ja wiem, że ostatnie lata przynoszą nam każdego dnia nowe odkrycia, ale to, co mamy dziś przed oczami, to jest chyba jednak jakiś fenomen. Kiedy zmarł Maciej Zembaty, wspominając jego osobę – właśnie w ‘Szkle kontaktowym’ – Grzegorz Miecugow przyznał, że on miał taki plan, żeby Zembatego zaprosić jako kolejnego gościa, który by w tym przedziwnym programie komentował politykę. Niestety – to już mój komentarz – kokaina, alkohol i ekstensywny onanizm Zembatego nam zabrały. A ja sobie myślę, że co by to było, gdyby on jednak jeszcze trochę pożył, i gdyby dał radę jakoś się przypudrować i w tym ‘Szkle kontaktowym’ występował? Czy on by miał w sobie to coś, co by sprawiło, że stałby się – obok Krzysztofa Daukszewicza – gwiazdą tego programu? Kto wie?
Niedawno wspominaliśmy występ Radka Sikorskiego jeszcze sprzed lat, kiedy to – niewykluczone, ze kompletnie nieprzytomny od nadmiaru wciągniętego proszku – próbował rozbić konferencję prasową Lecha Kaczyńskiego. I przy tej okazji, zaczęliśmy się zastanawiać, czy to nie jest tak, że te dzisiejsze tak zwane elity, są najzwyczajniej w świecie uzależnione od alkoholu, narkotyków i płatnego seksu, do tego stopnia, że zwyczajni ludzie, kiedy się im przyglądają, wpadają w tak straszną bezradność. Że kto wie, czy taki na przykład Stefan Niesiołowski, zachowując się tak jak się zachowuje, nie jest zwyczajnie pod wpływem narkotyków, albo przed kolejną pijacką sesją. Ktoś mi powie, że tak pisać nie wolno. Bo ani to nie mam dowodów, ani nawet za bardzo podstaw. Otóż pewnie, że dowodów nie mam, dlatego cały czas, te moje refleksje obwarowuję tyloma zastrzeżeniami. Natomiast, co do podstaw, to akurat wydaje mi się, że je mam.
Od sprawy Krzysztofa Piesiewicza upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby Systemowi udało się skutecznie wymiksować ją ze zbiorowej pamięci, ale ponieważ, jak się dowiadujemy, senator Piesiewicz pragnie po raz kolejny startować w wyborach, Rzeczpospolita przeprowadziła z nim dziś bardzo długi i poważny wywiad. Oczywiście dziennikarka Rzepy ma tu bardzo ciężkie zadanie, bo Piesiewicz, jako osoba wciąż jakoś tam inteligentna, potrafi tak prowadzić ten wywiad, ze ona nie bardzo ma jak – zachowując podstawową delikatność – go przyciskać. Jest jednak parę momentów, kiedy Piesiewicz mówi rzeczy, które z naszego punktu widzenia wystarczą zupełnie, by go móc nadal oceniać tak jak go ocenialiśmy od początku. Otóż, najpierw, on – zupełnie, daję słowo, poważnie – zapewnia, że on nigdy u siebie w domu nie trzymał babskich ciuchów, tylko ci ludzie, których wtedy u siebie przyjmował, mu te sukienki przynieśli i na niego założyli. A więc, to nie on – to oni.
Ale później jest jeszcze straszniej. Otóż, zapytany, czemu on tym bandytom oddał wszystkie swoje pieniądze, Piesiewicz wyjaśnia, że to nie był żaden okup, ani szantaż, ani żadna łapówka, ani nic takiego. On się w tak brzydkie rzeczy nie bawi. On tylko chciał w ten sposób „odkupić swoją godność”. On nie wiedział, że „gdy już wezmą pieniądze, zacznie się szantażowanie”. A więc, rozumiemy już, jak to było, prawda? On im nie dał tych grubych tysięcy, bo oni go szantażowali tymi sukienkami, tymi kurwami, tą kokainą. Ależ gdzie tam! On im dał te pieniądze, by „odkupić swoją godność”. A jak zaczęli go szantażować, to normalnie, jak porządny obywatel, zadzwonił na policję. A teraz chce zostać jeszcze raz senatorem. I o co tyle szumu?
Senator Piesiewicz. Mocna rzecz. Przypominam sobie mój udział w konkursie Onetu na blog roku. Wygrałem ten konkurs i zawsze się mocno zastanawiałem, jak to się stało? W końcu, ja wiem, że ten blog w tamtym czasie był ze wszystkich finałowych blogów najlepszy, ale wiem też przy tym jeszcze lepiej, że przecież oni aż tak głupi nie są, żeby, dla jakiś dziwnych zasad, psuć sobie historię. Uznałem jednak, że pewnie on był na tyle najlepszy, że się po prostu innej decyzji podjąć nie dało, i stąd zresztą, już przy okazji kolejnej edycji, nas do tego konkursu zwyczajnie nie dopuścili. Dziś jednak, kiedy tak myślę sobie o tym Zembatym, o Młynarskim, o Iwaszkiewiczu, a teraz jeszcze znów o tym Piesiewiczu, to nagle przychodzi mi do głowy zupełnie nowa myśl. I nowy akapit (to a propos tego, jak powstają moje teksty).
Kiedy zgłosiłem swój udział w konkursie Onetu, pewną sensacją na tym blogu był tekst zatytułowany „Bronię Senatora”. Był to tekst szczególny z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że on w całości stanowił parodię czegoś, co sobie wyobrażałem, jako reakcję znanych autorytetów na sprawę Piesiewicza. Ja w nim broniłem Piesiewicza w taki sposób, jak sobie wyobrażałem, że go bronić może Andrzej Wajda, czy abp Życiński. Drugi powód to taki, że bardzo wiele – naprawdę bardzo wiele – osób uznało, że ja nie ironizuję, tylko naprawdę Piesiewicza bronię. Zamieszanie zrobiło się więc takie, że ten wpis otrzymał niezwykle dużą liczbę komentarzy i w pewnym momencie był najchętniej czytanym z moich wszystkich wpisów. Ale stało się coś jeszcze. Kiedy Onet przyjął moje zgłoszenie do swojego konkursu, zatytułował mój blog nie tak, jak należy, czyli „Posłuchaj to do Ciebie”, ale własnie „Bronię Senatora”. I tak już było do końca. Ten blog przeszedł przez całe eliminację, finał i ostatecznie ten konkurs wygrał, jako blog o nazwie „Toyah - Bronię Senatora”.
Do dziś sądziłem, że to iż oni go nazwali tak, a nie inaczej, było wynikiem omyłki. Podobnie jak wierzyłem, że ten blog wygrał tylko dlatego, że nie było takiej możliwości, żeby ktoś inny zdobył to pierwsze miejsce. Dziś jednak myślę sobie, że mogło być zupełnie inaczej. Przede wszystkim, biorę pod uwagę taką oto ewentualność, że Tomasz Sekielski z kolegami przeczytali tylko ten tekst o Piesiewiczu, nie zrozumieli go, a nie rozumiejąc, uznali że jest świetny i głęboko słuszny. Uznali, że to wszystko jest na poważnie, a że ponieważ całość jest napisana dobrze, z zawodową sprawnością, w dodatku sam blog jest bardzo bogaty, często odwiedzany i komentowany, to sprawa jest jasna. Blog „Bronię Senatora” jest najlepszym blogiem politycznym roku. Oczywiście rzucili też okiem na inne teksty, ale tam to już im się ani czytać nie chciało, ani też się głębiej nad czymkolwiek zastanawiać. A że ten tekst i ten tytuł im się tak bardzo spodobały, to zatytułowali cały blog „Bronię Senatora”, i dali mi ten laptop. Jako dla autora autentycznie najlepszego bloga politycznego w Polsce. Za to, że ja tak przenikliwie potrafiłem ocenić to, co przecież takie normalne i naturalne i takie przecież ludzkie.
Trzeba teraz jakoś te refleksje zakończyć. Wydaje mi się, że dobrze byłoby się zastanowić, czy to 10-osobowe jury z Tomaszem Sekielskim na czele, kiedy podejmowało swoją decyzję, było przytomne, pijane, czy zwyczajnie przymulone? Kiedyś myślałem, że oni byli trzeźwi, dziś natomiast mam już wątpliwości. I nie osłabi ich nawet to, że przecież wielu zupełnie przytomnych i inteligentnych komentatorów też uznało, że ja naprawdę bronię Piesiewicza. Bo, jak by nie patrzeć, Sekielski i reszta to jednak fachowcy. Oni powinni potrafić rozpoznawać formy i konwencje. No a poza tym, ostatnie wydarzenia pokazują niezbicie, że tam coś się zdecydowanie dzieje. Skoro Zembaty i Iwaszkiewicz i Piesiewicz i – jeśli wierzyć Iwaszkiewiczowi – Młynarski też coś tam ma za uszami, a jeszcze słyszę, że to że Raczkowski, przyjaciel Zembatego tak dużo na jego temat wie, to też wcale nie dlatego, że ktoś mu o tym opowiedział, to znaczy, że tam naprawdę wrze jak w ulu. I dopóki mi nie udowodnią, że jest inaczej, będę się temu wrzeniu bardzo przysłuchiwał. Co też radzę innym.

Jeśli komuś ten tekst jeszcze bardziej ubarwił ten piękny weekend, proszę wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...