Jeśli można, jeszcze kilka słów w związku z książką. Ona jest już właściwie gotowa i powinna być do kupienia już w przyszły poniedziałek. Nie ten, ale kolejny. Za tydzień. I powiem zupełnie nieskromnie, że, biorąc pod uwagę całość, a więc kształt, okładkę i zawartość, gdyby to nie były moje teksty, na które – po tych wszystkich dniach nieustannej korekty – już mi się chce tylko rzygać, to bym sobie ją kupił i miał. Powiem też, że to jest tylko 90 tekstów, a ponieważ z takimi tekstami jest dokładnie tak, jak z własnymi dziećmi, fakt, że tyle z nich musi jeszcze poczekać na swoją kolej – jest dla mnie uczuciem wręcz dewastującym. No ale, jest jak jest, inaczej być nie może, więc pozostaje nam już tylko czekać i żyć tymi emocjami.
Dość dużo w tej książce tekstów, o których już zapomniałem, a które po latach się w żaden sposób ani się nie zestarzały, ani też nie straciły swojej siły. Tym bardziej się cieszę, że znajdą one to swoje miejsce, gdzie ktoś jeszcze poza mną o nich sobie przypomni. Wczoraj, trochę tylko dla przykładu, wróciłem tu z tą starą historią Radka Sikorskiego i jego niezwykłego zachowania z grudnia 2008 roku. Są też jednak wśród nich i takie, które, jak sądzę, wielu wciąż pamięta – i przez ich wyjątkowość, ale też i przez to, że o nich sam parokrotnie wspominałem już później, ostatnio nawet nie tak dawno. Jest też wśród nich historia taka, którą większość pewnie pamięta, ale za to w międzyczasie pojawiło się parę zdarzeń, które nadały jej zupełnie nowy wyraz, ale też przy tym wywołały nowe, naprawdę niezwykłe refleksje. I dlatego pozwolę sobie do niej dziś wrócić.
Dawno już temu, kiedy wszyscy jeszcze byliśmy znacznie młodsi, jechałem z Zosią pociągiem Intercity do Warszawy. W przedziale z nami siedziało dwóch Belgów, z których jeden patrzył przez okno, a drugi oglądał film na laptopie, jakiś pan, który czytał „Najwyższy Czas”, inny pan, który sobie spał i dwóch najprawdziwszych łysych kiboli. I to nie kiboli na miarę rządu pana premiera Donalda Tuska. To byli kibole jak najbardziej klasyczni, takich których można zobaczyć na zdjęciach policyjnych podczas tłumienia stadionowych awantur. Do dziś kompletnie nie mam pojęcia, co oni robili w pociągu IC do Warszawy – w końcu nie takim znów tanim. Podejrzewam, że jechali bez biletów. Wyglądali zresztą na takich, którzy nie kupują biletów nigdzie, nigdy i pod żadnym pozorem.
Jechali więc sobie kibole z nami w przedziale i zachowywali się jak najbardziej naturalnie. Czyli pili piwo z puszek, omawiali ostatnie pojedynki z policją i jak najbardziej przeklinali. Przeklinali na poziomie absolutnie najwyższym, bez jakichkolwiek ograniczeń i bez jakiejkolwiek świadomości, że nie są sami. Jeden z nich wciąż przy tym potrzebował pokazywać coś koledze za oknem, a robił to w taki sposób, że wsadzał swoją wytatuowaną łapę między twarz pana z UPR-u i jego gazetę, nieustannie zasłaniając panu z UPR-u poszczególne strony. Jak mówię, kibole rozmawiali głównie o walkach z policją, ale nie tylko. Na przykład oni bardzo chcieli wiedzieć, w jakim, kurwa, języku mówią ci, kurwa, dwaj. No i zgadywali. Jeden mówił , że to pewnie po francusku, drugi że po niemiecku, albo chyba, kurwa, po włosku. Ale i to nie tylko. Jeden z nich opowiadał koledze o jakiejś Kaśce, które mieszka gdzieś pod Zawierciem i ma fajne nogi. Ciekawe w tym wszystkim było to, że w ogóle nie pojawił się u nich temat Irasiada i Borubara. Ale o tym później.
Siedzieliśmy sobie z nimi w tym eleganckim przedziale, a ja miałem nadzieję podwójną. Przede wszystkim liczyłem na to, że oni pewnie wysiądą we wspomnianym Zawierciu, a na wypadek gdyby jednak wybierali się do stolicy, że nie dojdzie do aktów przemocy. Przyznaję, cholera, że się normalnie bałem. Kiedy jednak minęliśmy to Zawiercie, a im ani w głowie było wysiadać, zebrałem się w sobie – do dziś nie potrafię uwierzyć, że to zrobiłem – nachyliłem się grzecznie do tego łysego naprzeciwko mnie i grzecznie powiedziałem: „Bardzo przepraszam… ale widzi pan… małe dziecko… nie wypada tak przy niej…” Kibola jakby poraził prąd. Opluł się piwem, zaczął gwałtownie przepraszać, drapać się nerwowo po łysej pale i w końcu wydusił jedno prawie pełne zdanie: „Znowu nie takie małe, to prawie pannica”. Tak powiedział. Dosłownie. „Pannica”. Ja to pamiętam do dziś, i ile razy to wspomnę, to chce mi się płakać ze wzruszenia. Ale o tym też później.
Następnie przez chyba pięć minut obaj w ciszy żłopali te piwa… i nagle, po chwili, najwidoczniej z tego napięcia, wstali, i przenieśli się do innej części pociągu.
Taka to była historia, opowiedziana przeze mnie przed laty, a dziś tu przypomniana w wersji nieco rozszerzonej i odpowiednio uzupełnionej. Dlaczego ją przypominam? Myślę, że większość z czytających ten tekst może się tego z całą pewnością domyślić. Tak jak z równie dużą pewnością, wielu z nas zdążyło przez lata, które minęły od tamtego zdarzenia, zauważyć, że obok naturalnego wzrostu społecznej i politycznej agresji, przemocy, kłamstwa i nienawiści, doszło do bardzo poważnej, że tak powiem, moralnej przebudowy naszego społeczeństwa. Co mam na myśli, mówiąc o „przebudowie moralnej”? Chodzi mi mianowicie o to, że przez te wszystkie lata, doszło do tak strasznej modernizacji ludzkich postaw i zachowań, że nasze wszystkie sentymenty, uprzedzenia i postawy wobec ludzi musiały też ulec radykalnej weryfikacji. I tu gdzie dziś jesteśmy, nagle można dojść do wniosku, że sytuacja, w której znalazłem się ja i moja córka przed laty, z dzisiejszego punktu widzenia, nie stanowiła jakiegokolwiek zagrożenia. Że gdyby to co się stało wtedy, miało mieć miejsce dziś, to ja na przykład ani bym się aż tak nie bał, ani – interweniując u tych dwóch bandytów w sprawie ich zachowania – nie czułbym jakichkolwiek większych emocji. Dlaczego? Bo dziś już wiem, że ja oczywiście zostałem skonfrontowany z kulturą obcą, ale nie na tyle obcą, żeby się czuć jakoś szczególnie dziwnie.
Myślę że wiem, co mi na to wszystko mogą powiedzieć niektóre z osób ten blog komentujących. Że ja zmieniłem swoje zdanie na temat tych dwóch bandytów nie dlatego, że nagle zrozumiałem, jacy z nich w gruncie rzeczy są skromni i dobrzy ludzie, ale dlatego, że oni niedawno mi powiedzieli, że nie lubią Donalda Tuska. A, jak idzie o kogoś tak jak ja przesiąkniętego podłością i nienawiścią, nie trzeba nic więcej. Tu jednak, przynajmniej sumienie mam czyste. Przede wszystkim dlatego, że ja jeszcze w czasach, kiedy pracowałem w swoim osiedlowym gimnazjum, i takich jak ci dwaj – oczywiście w wersji młodszej i mniej radykalnej – miałem wokół siebie na codzień dziesiątki, wiedziałem, że oni, reprezentując pewien typ nigdy dla mnie do końca nie rozpoznanej wrażliwości – nie tylko zresztą na poziomie politycznym – Tuskiem gardzą, natomiast do „tych Kaczorów” czują irracjonalną zupełnie sympatię. Ale to nie wszystko. Moje sumienie jest tu czyste, właśnie ze względu na opisywany wypadek. Oni bowiem, skonfrontowani z czymś dla siebie, przynajmniej pozornie, kompletnie niezrozumiałym, potrafili postąpić wbrew swojej naturze, a to jest coś, co może budzić jedynie podziw.
Zastanówmy się nad życiem takich dwóch kiboli. Kim oni są, co mają, co wiedzą i czego od nich możemy oczekiwać? Są oczywiście bandytami, dla których kogoś pobić, czy nawet zabić, nie jest wydarzeniem szczególnie egzotycznym. Z całą też pewnością, oni nie biorą pod uwagę takiej możliwości, że, kiedy rozmawiają, mogą nie używać słów takich jak „kurwa”, „chuj” i „jebać”. Możemy mieć pewność, że jeśli oni czegoś się boją, to na pewno nie jest tym to, że ktoś im może wlać, albo że policja może ich wziąć za kark i zamknąć. Albo że im w ogóle w głowie kiedykolwiek pojawia się myśl, że za bilet kolejowy trzeba płacić, bo przyjdzie konduktor i z tego może być kłopot. Wiemy też, że dla nich nie istnieje żaden powód, żeby się mieli zacząć przejmować tym, że pozostała część społeczeństwa ma inną od nich filozofię życia. Czy teraz fakt, że, mimo tych wszystkich, elementów, które ich tak fatalnie determinują, stać ich było, jak się nagle okazuje, na to, żeby dokonać tego typu deklaracji, z jaką ja i moja córka mieliśmy okazję się skonfrontować w pociągu Intercity z Katowic do Warszawy przed paroma laty, to jest coś, na co warto zwrócić uwagę, czy nie? A jeśli nie warto, to – przepraszam bardzo – ale jaki jest na to argument?
Otóż ja uważam, że przez te wszystkie lata, jakie upłynęły od czasu, gdy w Polsce zapanowała owa atmosfera, w której w dobrym tonie stało się życzyć ludziom całkowicie niewinnym, a często dobrym i bezbronnym, wyłącznie śmierci, naprawdę doszło do bardzo poważnych przesunięć na poziomie społecznym. W innym miejscu książki, która się niedługo ukaże, wspominamy też śmierć senatora Prawa i Sprawiedliwości Andrzeja Mazurkiewicza i reakcje zarówno na nią, jak i na gest prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który udekorował Mazurkiewicza pośmiertnym orderem. Nie będę tu przywoływał raz jeszcze tych wszystkich gestów czystej pogardy i złorzeczenia, bo każdy kto chce, może sobie je świetnie wyobrazić, natomiast chciałbym tu wyrazić przekonanie, że wśród tych, którzy przyszli nad grób Senatora, żeby sobie popluć, z całą pewnością nie było tych dwóch bandziorów z pociągu. A nie było ich tam wcale nie dlatego, że oni w tym czasie byli zajęci czym innym, albo że oni są zbyt głupi, by umieć pisać i czytać, ale dlatego, że na to by się w tym towarzystwie pojawić, nie pozwoliłaby im na to wspominana wcześniej – niezrozumiała, co przyznaję raz jeszcze, dla mnie – natura.
Ale ja też wiem coś więcej. Otóż, gdyby tam, w tamtym pociągu, znaleźli się nie ci kibole, ale któryś z autorów tamtych pośmiertnych komentarzy, i oni tym razem – zamiast tych kiboli – zaczęli, jak najbardziej zgodnie ze swoją naturą i wrażliwością, wymieniać się swoimi spostrzeżeniami na temat Lecha Kaczyńskiego i udekorowanego przez niego Andrzeja Mazurkiewicza, a ja bym im zwrócił uwagę na niestosowność ich zachowania, to oni by nie dość że się nie zamknęli, nie dość, że by mnie nie przeprosili, a nawet nie dość, że by się nie przenieśli do innego przedziału, ale kontynuowaliby sobie swoją wymianę w najlepsze. A gdyby, jakimś cudem, nawet i pomyśleli, że moje słowa coś znaczą, to by od razu uznali za stosowne zarzucić mnie dziesiątkiem przeróżnych argumentów na rzecz tego, że jednak w pewnych okolicznościach można się śmiać z czyjejś śmierci. I wyobraźmy sobie nawet taką możliwość, że ja, w tej hipotetycznej sytuacji, naprzeciwko siebie nie miałbym jakichś niedorobionych onetowskich studentów-inteligentów, którzy nawet nie potrafią pisać poprawnie po polsku, ale trzech wybitnych krakowskich profesorów z krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Jestem przekonany, że wtedy mogłoby być już tylko jeszcze gorzej.
Za każdym razem, kiedy mijają kolejne wybory, powraca to tu to tam dyskusja na temat poparcia, jakie, czy to Platforma Obywatelska, czy Prawo i Sprawiedliwość otrzymali w zakładach karnych i zakładach psychiatrycznych. I, z jednej strony, ci którzy glosowali na PO cieszą się, że PiS, to partia popierana przez ludzi chorych psychicznie, natomiast ci, co głosowali na PiS, cieszą się, że PO to oferta wyłącznie dla przestępców. A ja mam ostatnio wrażenie, że jest trochę inaczej. Mam bardzo silne wrażenie, że PO nie ma poparcia ani u wariatów, ani u przestępców. Wariaci głosują przeciwko Platformie, bo, jako ludzie o pewnej nadwrażliwości, inaczej nie potrafią, natomiast bandyci głosują za Platformą dlatego, że znają swój interes. Oni świetnie wiedzą, że PO to banda lewych durniów i tandeciarzy, ale za to na tyle głupich, że coś tam się od nich uda zawsze wyciągnąć. Natomiast o PiS-ie wiedzą jedno – że PiS to przede wszystkim wróg, a z wrogiem lepiej uważać. Szczególnie gdy widać jasno , że to wróg nie byle jaki.
Słucham ostatnio piosenek Johnnego Casha, artysty wybitnego, ale przy okazji człowieka tak porządnego i dobrego, jak tylko porządnym i dobrym w tej branży można być. I oto przed mną wydajnie trzypłytowe, zatytułowane „Love, God, Murder”. Są to trzy płyty – jedna z piosenkami o Panu Bogu, druga o miłości, a trzecia o zbrodni. Oczywiście znamy Casha., Wiemy więc, że jego zawsze coś ciągnęło i do Boga i do San Quentin. Na zmianę. Ciekawe bardzo, jak on to sobie wszystko tłumaczył? Nie wiem, powiem szczerze. Natomiast jestem pewien absolutnie, że kiedy on śpiewał po więzieniach tym bandziorom swoje piosenki, entuzjazm i szacunek, jaki do niego czuli, był autentyczny. Tak samo, jak ich entuzjazm i szacunek, gdy od czasu do czasu nie śpiewał im o nich samych i o ich marnym losie, ale o Bogu i miłości. Bo oni akurat rozumieli i jedno i drugie i, oczywiście, trzecie. A że byli ludźmi złymi i grzesznymi? Kto z nas nie jest? Natomiast jakoś wiedzieli, że te trzy elementy – Bóg, miłość i zbrodnia – w ich zyciu jakoś się przedziwnie gładko mieszają i uzupełniają. I kiedy o tym myślę, to się autentycznie wzruszam. Dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy ten bandyta użył w stosunku do mojego dziecka słowa „pannica”. I tu może jest jakaś odpowiedź, jak idzie o tamtą, moją i mojej córki, przygodę sprzed lat. Nie ma? Może i nie ma. Niech więc ktoś zaproponuje lepszą. Tylko proszę, niech mi tu z wyjaśnieniami nie idzie ktoś, kto nie rozumie, że ze śmierci nie wolno się śmiać, i że nie wolno się śmiać z ludzi płaczących i modlących się, i że miłość to coś więcej, niż tak zwany pijar.
Wszystkich, którzy uznali ten tekst wart przeczytania, a może i jakichś pożytecznych refleksji, proszę o finansowe wspomaganie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.