Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeź Ormian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeź Ormian. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 stycznia 2012

O godności w czasach zarazy

Jak niektórzy z nas wiedzą być może, kilka dni temu, jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia, francuskie Zgromadzenie Narodowe przyjęło ustawę, wedle której każda próba kwestionowania tureckiego ludobójstwa na Ormianach, będzie traktowana jak przestępstwo. Na historii, podobnie zresztą jak na większości popularnych zagadnień, osobiście znam się umiarkowanie, a więc nie orientuję się też dokładnie, jak to było z tymi Turkami wyrzynającymi Ormian. Tak się wprawdzie składa, że więcej zupełnie naturalnej sympatii czuję w stosunku do Ormian, niż do Turków, ale, jak mówię, sprawy nie znam aż tak dobrze, by móc ją oceniać w sposób bardziej autorytatywny.
Na historii się więc nie znam, na Turkach i ich dziejach jeszcze mniej, na dziejach Ormian też niewiele, natomiast co nieco wiem na temat Francuzów i tego, co im się zdarzało wymyślać przez bardzo wiele lat. I wiedza ta wcale nie sprawia, że muszę koniecznie myśleć o nich z przyjaźnią. A zatem, kiedy zabieram się do pisania niniejszego tekstu, sytuację mam dość jasną – w moim sercu zarówno Turcy, jak i Francuzi funkcjonują mniej więcej podobnie, Ormian nie znam, ale jakoś podświadomie im współczuję, a zatem jestem czysty jak wspomniany niedawno na tym blogu szron. I w tej czystości interesuje mnie już tylko jedno. Że, jak się dowiaduję, na wieść o tym, że Francja postanowiła nagle się odezwać w sprawie wciąż bardzo żywego konfliktu turecko-ormiańskiego, i to odezwać się tak, że Turcji się to bardzo nie spodobało, Turcja zawiesiła wszelkie kontakty z Francją – a mówiąc wszelkie, mam na myśli, naprawdę wszelkie – i oznajmiła, że to dopiero początek.
Jak mówię, nie mam pojęcia co tam między nimi tak naprawdę się działo, nie wiem też zupełnie, jakie tu interesy się nagle ujawniły między Paryżem a Ankarą, że Paryż – jak wiemy z historii, bardzo gorliwy obrońca chrześcijan przeciw wszelkiego rodzaju wymierzonych w nich prześladowaniom – nagle nabrał takiego szpanu, ale też nie wiem, co takiego kombinują Turcy, że w tej szczególnej sytuacji zrobili się tacy bohaterscy, natomiast wiem z całą pewnością, że odwołanie tureckiego ambasadora z Paryża i zawieszenie wszelkiej współpracy – politycznej, gospodarczej i wojskowej – świadczy o tym, że Turcja swoje interesy z pewnością ma, i do tych interesów jest bardzo przywiązana. Jak podaje Onet, premier Turcji, człowiek nazwiskiem Recep Erdogan, dowiadując się, że naród, który mu przyszło dziś reprezentować, został przez Francję potraktowany nieuprzejmie, powiedział co następuje:
„ Pragnę z mocą podkreślić. To jest dopiero początek. Zawieszamy pozwolenia na wszystkie przeloty, lądowania i starty francuskich samolotów wojskowych. Od dziś odrzucamy wnioski o pozwolenie na wpływanie do portów okrętów wojennych. Nie będziemy uczestniczyć w dwustronnych spotkaniach francusko-tureckiej komisji gospodarczo-handlowej”.
Jakiś czas temu – wspominałem już tu o tym – obejrzałem sobie dokumentalny film BBC o sytuacji nowych demokracji położonych na zachód od Niemiec i wspomnianej Francji. Była tam mowa między innymi o Polsce, ale też o Turcji. I z tego, co tam opowiadano, Turcja właśnie bardzo – ale to bardzo! – tyle że z wielu względów wciąż nieskutecznie, od lat aspiruje do tego, by stać się oficjalną częścią wspólnoty europejskiej. We wspomnianym filmie oglądamy współczesnych mieszkańców Turcji, słuchamy z nimi rozmów, widzimy ludzi nowoczesnych i myślących niemal po europejsku, a wszystko to z tym jednym przesłaniem – Turcja de facto jest już częścią świata europejskiego. I oto, w sytuacji, kiedy wydawałoby się, ci sami Turcy, którzy akurat powinni stawać na głowie, by w jakiś sposób zachęcić – a przynajmniej nie zniechęcać – silnych europejskiego świata do swojej kandydatury, na wieść o tym, że Francja wykonała ów nieprzyjazny gest wobec narodu tureckiego, z całą stanowczością, w osobie swego premiera, ogłaszają całej Europie, że owszem są sprawy ważne, ale nad nimi zawsze stoją sprawy ważniejsze.
Jak mówię, z wielu najprzeróżniejszych względów, nie traktuję Turcji jako bytu w jakikolwiek sposób przyjaznego, czy nawet cywilizacyjnie i kulturowo mi bliskiego. Na historii znam się też w stopniu tak minimalnym, że aż wręcz wstydliwym, i mimo to, że raczej mniej, niż więcej wiem, czym było ludobójstwo Ormian dokonane przez Turków na początku XX wieku, to akurat wiem też, że jeśli dziś Turcy próbują w tej sprawie zabierać głos, wykazują się bezczelnością absolutnie porażającą. Wiem przy tym również, że przez to, iż to ludobójstwo było naprawdę masowe i naprawdę okrutne, aby zrobić wrażenie na Europie, Turcy naprawdę nie musieliby ani szczególnie wiele poświęcać, ani też szczególnie wiele oddawać. Bo, jak idzie o tę zbrodnię na biednych ormiańskich chrześcijanach, wystarczyłoby zaledwie coś tam stęknąć, by wszyscy byli zadowoleni. Więcej. W momencie więc gdy Francuzi, dla sobie tylko znanych powodów, uchwalają to nowe anty-tureckie prawo, choćby na dobry początek, Turcy akurat mogliby się na moment zamknąć. Tymczasem, nic z tego. Okazuje się, że kiedy dochodzi do zamachu na turecką godność i ich poczucie dumy narodowej, nie liczy się absolutnie nic, a o jakichkolwiek gestach nawet mowy być nie może.
Jestem pewien, że większość osób czytających ten tekst, wie już, do czego zmierzam. Bo na końcu tej refleksji musi się pokazać postać polskiego premiera, człowieka, który jakimś dziwnym zrządzeniem losu, wrócił znalazł znów swoje miejsce na tym blogu. Człowieka, który, z wyżej omawianych względów, w polskim kontekście, musi funkcjonować jako ciało całkowicie obce. Jak idzie o to, co się stało między Francją a Turcją, i wynikające z tego przesłanie, osoba Donalda Tuska i jego rzekoma polskość, jego rzekomy patriotyzm, wreszcie jego rzekoma służba interesom polskiego narodu są w najlepszym wypadku żartem, a tak naprawdę, ponurym przekleństwem. Jak idzie o tego typu gesty, kiedy nagle na wieść o tym, że poczucie narodowej dumy i godności zostało zagrożone, i trzeba dać świadectwo w imieniu narodu, Donald Tusk nie jest w stanie, nawet nie to, że wykonać jakiegoś podstawowego gestu, ale wręcz znaleźć w sobie zdolność do najbardziej podstawowej refleksji. A przecież nasza Polska nie ma na swoim sumieniu nawet drobnego ułamka zbrodni, o jakich możemy mówić w odniesieniu do Turków. Polska, z całą swoją historią i swoim dziedzictwem, może trzymać wysoko i bardzo uczciwie podniesioną głowę. Można więc sytuację odwrócić. To Polska właśnie – przez całą swoją historię i dziedzictwo – może żądać od innych wyłącznie szacunku. Tymczasem, jak wszystko na to wskazuje, ci którzy dziś Polską rządzą – w tym przede wszystkim Donald Tusk – uznali ze ich jedynym zadaniem jest już tylko reprezentowanie wszelkich roszczeń – ale też ewentualnych gestów – pojawiających się wobec Narodu ze strony interesów obcych.
Ja nie mam do Donalda Tuska pretensji o to, że kiedy, dajmy na to, środowiska żydowskie zarzucają Polakom udział w eksterminacji ich narodu, to on albo milczy, albo przeprasza. To akurat jestem w stanie zrozumieć, i to nawet nie przez wzgląd na moje przekonanie, że w istocie rzeczy Donald Tusk nie jest Polakiem. Jestem w stanie to zrozumieć, bo wyznaję zasadę, że wina – jakkolwiek by ona była nieznośna do przyjęcia – pozostaje winą i nic nigdy nie zaszkodzi jej pokorne wyznanie. Ja do Donalda Tuska – w tych nielicznych momentach, kiedy w ogóle mam jeszcze w stosunku do niego jakiekolwiek oczekiwania – mam pretensje o to, że on nie ma poczucia obowiązku wobec Polski nawet w sytuacjach zupełnie jednoznacznych. I znów, mam pewność, że czytelnicy tych tekstów doskonale wiedzą, o co mi chodzi. Bo, jak idzie o coś, co powszechnie nazywamy narodową krzywdą, można zapomnieć dziś wszystko, natomiast to, co się stało 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku, już na zawsze pozostanie raną, która się już nigdy nie zagoi. A Donald Tusk, jak wiemy, wobec tej rany zachował się, zachowuje się i – jak wszystko na to wskazuje – już zawsze będzie się zachowywał wyłącznie jak zdrajca.
I proszę zwrócić uwagę, ja a priori odrzucam to taką oto ewentualność, że Donald Tusk nie może reagować na Smoleńsk inaczej niż reaguje, bo sam jest tej tragedii autorem. Odrzucam ją w tej dyskusji, bo wiem, że jeśli ją dziś przyjmę, w ogóle nie ma o czym pisać. W końcu co nas obchodzi Turcja? Ja zakładam, że Donald Tusk, gdyby tylko znał uczucie patriotyzmu, a słowo Ojczyzna, miało dla niego jakąkolwiek inną wartość, niż czysto słownikową, miałby wszelkie praktyczne możliwości, by wobec tego co się stało w Smoleńsku postąpić jak Polak. A więc zakładam, że Donald Tusk jest jednak człowiekiem jakoś tam wolnym, i to co robi jest wynikiem jego wolnej decyzji, a nie zwykłego zwierzęcego strachu.
Niedawno też w „Rzeczpospolitej” Marek Magierowski napisał tekst, w którym zarzucił Tuskowi, że on wcale nie jest zdrajcą, ale zwykłym durniem, który nie dlatego odwraca się plecami do polskich interesów, że reprezentuje interesy obce, ale dlatego, że on tych interesów w ogóle nie rozróżnia, a jeśli cokolwiek reprezentuje, to wyłącznie swoje głębokie przekonanie, że należy słuchać tych, co robią wrażenie od niego mocniejszych. A zatem – Magierowski tego tak nie formułuje, bo jest człowiekiem kulturalnym – ale ja to rozumiem tak, że charakter Premiera ustawia go w sytuacji uczestnika więziennego dramatu, w którym, zgodnie z tym szczególnym kodeksem, jedni służą innym. A więc, że – obejmując stanowisko premiera polskiego rządu – zgodził się wobec Europy i świata na przyjęcie tytułu tak zwanego cwela. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. On zwyczajnie wierzy w to, że świat jest tak skonstruowany, że jedyna godność, to godność pana i godność sługi. I że albo się jest panem, albo sługą. A kiedy pozostaje bycie sługą, należy się podporządkować. Z godnością.
I ja biorę pod uwagę, że Magierowski ma rację, i że, wbrew złym podejrzeniom wielu Polaków, za tym wszystkim co robi Donald Tusk nie stoi żaden szczególny plan. Że kiedy on patrzy na ten samolot rozkładający się pomaleńku w tym smoleńskim błocie, to on sobie nie myśli, że szlag trafił ten samolot i jego pasażerów, lub – gorzej nawet – że dobrze że ten Kaczyński tam poległ, bo był gamoniem i bęcwałem, ale że on w ogóle sobie nic nie myśli. Ten samolot stanowi ewentualnie jego problem wyłącznie w kontekście jego własnej odpowiedzialności za to co się stało, i ewentualnej kary. Natomiast w całym pozostałym wymiarze tego nieszczęścia, on wszystkie swoje ewentualne emocje podporządkował emocjom tych, którzy jego zdaniem mają prawo głosu jako pierwsi, a więc w tym wypadku Rosjanom. A więc, że w swym podstawowym wymiarze, to co robi Donald Tusk nie jest w żaden sposób zdradą, lecz wyłącznie wyciąganiem łba po to, by pan go albo pogłaskał, albo skarcił. I że jeśli my nagle znajdziemy jakąś okazję ku temu, by Donaldowi Tuskowi powiedzieć, co o nim myślimy, to on będzie autentycznie zaszokowany, bo dla niego coś takiego jak zdrada zwyczajnie nie istnieje, o ile nie jest to zdrada swojego pana. Z tego prostego powodu, że z jego punktu widzenia on nie ma żadnych obowiązków poza obowiązkiem wykonywania poleceń silnych. I jeśli kiedyś przyjdzie taki moment, ze stanie on przed Trybunałem Stanu oskarżony o zdradę główną, autentycznie nie zrozumie, o czym mowa. I niewykluczone, że się nawet pobeczy ze wzruszenia. A chlipiąc, będzie wciąż powtarzał wciąż te same słowa: „Czego wy Polacy ode mnie chcecie?”
A więc przyjmuję, że Magierowski może mieć rację, tyle że dla mnie to nie ma najmniejszego znaczenia. Tak naprawdę, to czy Donald Tusk jest zdrajcą z wyboru, czy zdrajcą z charakteru, nie znaczy dla mnie nic. Donald Tusk miał okazję zachować się jak Polak i się w ten sposób nie zachował. Premier Turcji miał okazję postąpić jak przedstawiciel swojego narodu i, z punktu widzenia interesów tego narodu, zachował się jak trzeba. Ten jego gest, jestem szczerze przekonany, przyniesie i jemu i Turcji wyłącznie korzyści. Prędzej czy później, dojdzie do tego, że Francuzi, nawet jeśli się oficjalnie ze swojej decyzji nie wycofają, będą zmuszeni wykonać serię odpowiednich gestów, które Turcji dadzą to, na co Turcja liczy, a prawdopodobnie skończy się na tym, że Senat ową uchwałę niższej izby zmieni. Z tego prostego powodu, że Francja ma w nosie zarówno turecką dumę, jak i ormiańskie cierpienia, natomiast zdecydowanie nie ma w nosie swoich spraw. A, jak widzimy, dla Turcji ich narodowa godność jest jednocześnie ich interesem i ani jej w głowie cos tu zmieniać. Co do Polski, wygląda na to, że dopóki na jej czele będą stali zdrajcy bez szkieletu, bez rozumu i bez ducha, nie będzie ona miała ani godności ani interesów. Jeśli oczywiście zgodzimy się, że polskim interesem nie jest w żaden sposób pokorne warowanie.

Jest bardzo prawdopodobne, że już jutro książka o siedmiokilogramowym liściu będzie do kupienia w Katowicach, w księgarni „Wolne Słowo” na ul. 3 maja. Bardzo polecam. No i tradycyjnie serdecznie proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...