Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Tomasz Gross. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Tomasz Gross. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 marca 2011

Kłamiem z powodu zarabiam - suplement

Parę dni temu, na tym blogu, zająłem się osobą i środowiskową sytuacją niejakiego Jana Tomasz Grossa, nowojorskiego Żyda, który całą swoją zawodową karierę oparł na przekonywaniu świata, że Polacy to taki naród, dla którego stanem naturalnym – bo kulturowo i cywilizacyjnie, a przez to już też i genetycznie autoryzowanym – jest okrutne mordowanie, a następnie rabowanie Żydów. Zajmując się tym przypadkiem, chciałem przede wszystkim zwrócić uwagę na niezwykły dysonans między intelektualno-poznawczą zawartością oferty Grossa, a wręcz histerycznym przyjęciem, z jakim ta oferta spotkała się w naszym kraju. No bo jak może człowiek o pewnych jednak ambicjach, w dodatku mówiący o sobie, że jest badaczem, głosić opinie tak straszliwie irracjonalne? Jak może ktokolwiek – o ile nie jest to jakaś głupia baba z targu – głosić na poważnie myśl taką, że jest oto sobie naród – z pozoru zwykły i taki jak inne - który we krwi ma tak silną nienawiść do innego narodu, że kiedy dochodzi do konfrontacji, puszczają wszelkie hamulce? Ja biorę pod uwagę, że istnieje coś podobnego w relacjach między jakimiś dwoma afrykańskimi plemionami, no ale to po pierwsze nie są normalne narody, a poza tym, kiedy tam już dochodziło do kataklizmu, to nie na zasadzie takiej, że dobry dr Jekyll przeobraził się nagle w pana Hyde’a. Wiem też, do czego swego czasu potrafili się posunąć Ukraińscy wobec Polaków, ale też nigdy by mi nie przyszło do głowy, żeby to okrucieństwo objaśniać jakimiś genetycznymi zaburzeniami, w dodatku tak jednoznacznie zorientowanymi na jeden cel.
Tymczasem przychodzi taki Gross, i podpierając się opinią naukowca i badacza, człowieka inteligentnego i bardzo oczytanego, głosi kompletną – nawet nie historycznie, ale czysto intelektualnie – bzdurę, a wokół niego zbiera się banda zaczadzonych idiotów i mu bije brawo, że on jest taki odważny, bezkompromisowy i przy tym przenikliwy.
Napisałem te swoje refleksje na temat Grossa, ponieważ uznałem, że za tym szaleństwem może stać, jedyne w swoim irracjonalizmie logiczne, wyjaśnienie. Gross – oczywiście nie sam, ale jako przedstawiciel pewnej żydowskiej agendy – niszczy dobre imię Polski i Polaków z tego jednego powodu, że Polacy nieodmiennie kojarzą mu się z Kościołem Rzymskim, a dokładnie z traktowanym przez ów Kościół bardzo poważnie faktem, że to Żydzi ukrzyżowali Jezusa, a w dodatku, krzyżując Go, w swojej zawziętości, zgodzili się całkowicie publicznie ponieść wszelkie tego czynu konsekwencje. Gross, idąc za opinią swoich sponsorów, jest tak okropnie zraniony owym starym poczuciem winy, do której oczywiście się nie poczuwa, że jest gotów życie poświęcić, żeby wykazać przed całym światem, że „to nie my – to oni”. A więc tworzy pewien ciąg logiczny, na początku którego stoi jakieś absurdalne oczywiście wyobrażenie katolików, że Żydzi ukrzyżowali Jezusa, a na końcu już tylko zimna, absurdalna, zakorzeniona w polskiej krwi niechęć do wszystkiego co żydowskie.
Zdaniem Grossa owa niechęć przejawia się w sposób bardzo obrazowy. Otóż jest sobie zwykła, pobożna polska rodzina, gdzie ojciec ciężko pracuje na roli, matka dba o dom i zajmuje się dziećmi, są wreszcie owe dzieci – miłe, grzeczne, spokojne dzieci – mają ci ludzie swoich sąsiadów, prawdopodobnie równie zwyczajnych i porządnych jak oni, wszyscy się spotykają w drodze do pracy, czy do kościoła, w tym kościele się modlą, prosząc o bożą opiekę, nikt z nich nikomu nie uczynił w zyciu pojedynczej krzywdy… tyle że oni wszyscy mają na sumieniu życie jednego Żyda. Którego zatłukli w absolutnie okrutny sposób, następnie ograbili z majątku, następnie wydali innym mordercom całą jego rodzinę, a wszystko to dlatego, że gdzieś głęboko w ich sercach tkwi jak kolec ta jedna, podstawowa myśl, którą od pokoleń wszczepia im Kościół – że Jego krew na nas i na dzieci nasze. I oni muszą tę prawdę wcielać w życie. Oto Polska. Oto Polacy.
Nie zajmowałbym się jednak dziś po raz kolejny tym Grossem, gdyby nie fakt, że oto wczoraj w telewizji wystąpiła – ja wiem, że to jest bardzo nieładnie tak mówić, ale co ja mogę na to poradzić, że ona jest Żydówką – Agnieszka Holland, i to wystąpiła przede wszystkim jako przedstawiciel swojego narodu i jego interesów. Praktycznie cała rozmowa z Holland, pomijając jej końcowy fragment, dotyczący już tylko Jarosława Kaczyńskiego i jego podłości, był poświęcony właśnie Polakom i ich naturalnej skłonności do bezprzykładnego okrucieństwa wobec Żydów. Ja nie jestem wybitnym znawcą myśli Jana Tomasza Grossa, więc niewykluczone, że coś mi tu umknęło, ale wydaje mi się, że w swoim wczorajszym wystąpieniu, Agnieszka Holland twórczo uzupełniła przekaz, z jakim mieliśmy przez ostatnie tygodnie do czynienia. Kiedy Gross był pytany o to, jak ocenia postawę tych Polaków, którzy oddali życie za swoich żydowskich sąsiadów, którzy Żydów ukrywali przed Niemcami, którzy ich karmili, i którzy wielokrotnie do końca życia nie mogli się z ich strony, czy już może ze strony ich dzieci, doczekać choćby prostego słowa ‘dziękuję’, nieodmiennie demonstrował brak zainteresowania i natychmiast zmieniał temat. Holland sprawą, owszem, jak najbardziej się zainteresowała i tematu nie zmieniła.
A więc to prawda, były przypadki ratowania Żydów przez Polaków. To jest fakt potwierdzony historycznie. Natomiast faktem też niekwestionowanym jest to, że jeśli o tych przypadkach się nie mówi, to wyłącznie z winy Polaków. Otóż każdy człowiek, każda polska rodzina, której zdarzyło się zrobić coś dobrego dla Żydów, była natychmiast poddana takiemu środowiskowemu terrorowi, że ten epizod skutecznie ze swojej historii ci niby dobrzy ludzie – ale w gruncie rzeczy tchórze i koniunkturaliści – wymazywali. Natomiast jeśli nawet zdarzali się tacy, którzy to swoje bohaterstwo, czy może raczej zwykłą ludzką życzliwość, trzymali w pamięci i się tego nie wstydzili, najczęściej byli zmuszani do opuszczenia swojej wsi, miasta, czy domu. Bo kiedy inni Polacy dowiadywali się, że jeden z nich kiedykolwiek, zamiast zabić i ograbić Żyda, Żydowi pomógł, w jednej chwili traktowali go jak wyrzutka i w efekcie zmuszali do emigracji. Bywało że faktycznej. Ktoś mi powie, że ja tak ładnie umiem pisać, to i z całą pewnością trochę wypowiedź Agnieszki Holland koloryzuję. Otóż nie. Ona dokładnie w ten sposób diagnozowała fakt, że o polskim bohaterstwie tak mało wiadomo. Gdyby nie wdzięczność rozproszonych po całym świecie uratowanych przez Polaków Żydów, ich dzieci i wnuków, gdyby wreszcie nie bezkompromisowa odwaga Jana Tomasz Grossa, o tych nielicznych przypadkach polskiego poświęcenia pies z kulawą nogą by nie wiedział. Inni Polacy by to skutecznie ukryli. Tak opowiadała wczoraj w telewizji Agnieszka Holland.
Ale podczas owej rozmowy stało się coś jeszcze ciekawego. Coś, czego, przyznam, nie do końca rozumiem. Otóż, wsłuchując się z nabożeństwem w słowa Agnieszki Holland, Monika Olejnik – bo to była jej rozmowa – w pewnym momencie zapytała, dlaczego, skoro Żydzi czuli do swoich polskich wybawicieli taką wdzięczność, a jednocześnie oni sami przez swoich sąsiadów byli poddawani takiej presji, nie zechcieli spopularyzować tego bohaterstwa? Dlaczego na przykład o Irenie Sendlerowej, kiedy ona jeszcze żyła, nie nakręcili choćby jednego dokumentalnego filmu, żeby świat usłyszał? Nawet prezydent Kwaśniewski dziesięć lat temu odznaczył Sendlerową, fakt ten był w Polsce dobrze znany, Sendlerowa stała się w Polsce bohaterem, więc czemu Żydzi nie mogli nakręcić o niej filmu? W tym momencie właściwie Holland ani drgnęła. Nawet, jak się zdaje, nie przesunęła się na krześle. Jej głos nie stracił ani trochę z tej tak bardzo charakterystycznej pewności siebie. Natomiast to co powiedziała było uderzająco dziwne. Otóż ona, ni mniej ni więcej, tylko powiedziała, że owszem, Kwaśniewski odznaczył Sendlerową, ale zrobił to dopiero wiele lat po wojnie. Przez całe dziesięciolecia jej nie odznaczał i przez te wszystkie lata pamiętali o niej tylko Żydzi. A z tego wynika, że musiała się jednak zdenerwować.
Na to Olejnik – z jakiegoś dziwnego powodu – już tylko uczepiła się tej jednej kwestii: dlaczego Żydzi nie zrobili o Sendlerowej filmu? I wtedy Holland, wciąż bezczelnie nieruchoma i bez widocznych śladów emocji, zaczęła z siebie wyrzucać kompletnie niezborne zdania, z których każde jednak zawierało tę jedną myśl. Że filmu nie było, bo Polacy takim filmem nie byli zainteresowani. Właśnie dlatego, że dla nich postać Sendlerowej była w najlepszym wypadku nieciekawa. Olejnik więc wciąż pytała, że no dobrze, ale można było film nakręcić. Na co Holland niezmiennie powtarzała, że się nakręcić nie dało, bo Polacy nie chcieli. I w pewnym momencie – może mi się tylko zdawało, ale nie sądzę – można było zauważyć w głosie Holland taką szczególną desperację, jaką odczuwa ktoś, kto wie, że się znalazł pod ścianą, ale wie też, że do końca musi zachować spokój i robić swoje. A więc robiła Holland swoje, i wreszcie Olejnik dała jej święty spokój. I na tym pobojowisku zostali już tylko Polacy – skopani, zbezczeszczeni, wypluci. Nawet biedna Irena Sendlerowa znalazła się po tej stronie. Ale nie mogło być inaczej. Niepotrzebnie została wyciągnięta w tak dramatycznym momencie. Trzeba było siedzieć cicho, kiedy Żydzi mówią.
Jak mówię, nie bardzo rozumiem, dlaczego Olejnik postanowiła wyskoczyć z tym filmem. Inna sprawa, że nie bardzo mnie to interesuje. Już bowiem od dawna mam wrażenie, że ona akurat, jak to mówią Anglicy, „has crossed over”. Natomiast dziś myślę już bardziej o samej Holland. I o tym jej bezczelnym zaplątaniu, kiedy wszyscy czekaliśmy na to, żeby powiedziała nam, czemu nie nakręciła filmu o Irenie Sendlerowej. I, choć wiem, że to brzmi niezwykle brutalnie, a poza tym jest takie strasznie nie-polskie – w końcu my Polacy słyniemy ze swojej gościnności, serdeczności i dobroduszności – to ja bym ją stąd zwyczajnie wypieprzył. Niech zjeżdża do Nowego Jorku, Paryża, czy gdzie tam sobie zażyczy. Nie wiem, jak się coś takiego w dzisiejszych, nowoczesnych czasach, organizuje, ale niech spieprza. Może nawet, z wdzięczności za ten order, który niedawno od niego dostała, wziąć ze sobą Bronisława Komorowskiego. Będziemy mieli ulgę podwójną. A kto wie, czy przez ten ruch nie staniemy się wszyscy, również jako naród, ludźmi choć odrobinę lepszymi.

piątek, 18 marca 2011

Gross, czyli amerykańska odpowiedź na Henrykę Krzywonos

Zupełnie nie wiem, jak to się stało, że dotychczas nie napisałem nic większego o człowieku nazwiskiem Jan Tomasz Gross. W końcu, wprawdzie przez trzy lata istnienia tego bloga, zdarzyło się wiele rzeczy, wśród których coś takiego jak ten dziwny człowiek ze swoimi interesami – a przede wszystkim interesami tych, którzy się nim opiekują – mogło się zgubić, jednak skoro już zdarzyło mi się poświęcić stosunkowo dużo miejsca komuś takiemu choćby, jak Artur Zawisza, to naprawdę trudno znaleźć powód, dla którego nie należałoby się zająć Grossem. A mimo to, Grossa – poza drobnymi, nicnieznaczącym dygresjami – tu nie było. Ciekawe czemu?
Na pewno nie dlatego, że on ze swoimi książkami, i tym wszystkim co one wywołują był nieinteresujący, lub wręcz nieważny. Owszem, Gross i plan, który on nosi dla Polski są i ważni i interesujący, a więc to nie to. Ktoś powie, że może problem w tym, że to całe zjawisko jest tak oczywiste i trywialnie jednoznaczne, że nie da się z niego nic dodatkowego wystrugać. Może i tak, ale i tu nie sądzę, żeby to było powodem. Z wszystkiego można wyciągnąć jakąś pożyteczną naukę. Nawet z czegoś tak mało inspirującego, jak jakiś bezczelny Żyd, który nie wiadomo jakim cudem znalazł sposób na to, by zrobić karierę w kraju, gdzie każdy powtarzam, każdy – jest od niego mądrzejszy i zdolniejszy. No właśnie – Żyd. Może to jest powodem, dla którego dotychczas unikałem zajmowania się Grossem? To że on jest Żydem i każdy jeden cent, jaki zarobił na drażnieniu się z Polską i Polakami zawdzięcza właśnie temu swojemu żydostwu. No bo jeśli tak to właśnie jest, to ja nie mam żadnego sposobu, żeby pisząc o nim, nie zabrać się za Żydów w ogóle. A tego nigdy nie chciałem robić. Raz, że jakoś głupio, a dwa, że znam wielu większych specjalistów od tego typu debat ode mnie.
No ale wygląda na to, że się dłużej unikać tematu nie da. Że wreszcie przyszła i na mnie chwila. Że i mnie spotkał ten niemiły obowiązek zajęcia się problem stosunku Żydów do Polski, do Polaków, do katolików i w tym wszystkim oczywiście do mnie. Co się takiego stało, że piszę dziś o Grossie, a skoro o Grosie, to o Żydach? W końcu, ktoś powie, ów Gross nie od wczoraj pęta się po różnych publicznych miejscach w naszym kraju, i nie od wczoraj też, jak najbardziej publicznie i z odpowiednim nagłośnieniem, pokazuje, jak wiele mu wolno i jak bardzo mu wolno. Otóż poszło o niedawną debatę, jaką on, w związku z tym, że Znak wydał mu tę jego kolejną książkę, kazał sobie zorganizować, i którą telewizja TVN24 – jak podejrzewam, dwukrotnie – nadała parę dni temu na całą Polskę, naturalnie w całości. Co to była za debata. Z pozoru nic szczególnego. Normalna debata, gdzie jest stół, publiczność, zaproszeni goście, no i się gada. Jedni tak, a drudzy inaczej. Jest oczywiście też Gross i ta kobieta o twarzy steranej życiem i pracą katechetki. Swoją drogą to ciekawe, ona wygląda trochę tak ja by była ofiarą przemocy domowej i ktoś ją przy byle okazji tłukł. Odezwie się nie proszona, i od razu w pysk. Bardzo ciekawe. No ale to była dygresja.
A zatem, z pozoru mieliśmy zwykłą debatę. I jedyne co ją różniło od innych, to to, że tematem byli Polacy, jako właściwie oficjalnie jedyny naród na świecie, który ma we krwi mordowanie, Kościół Katolicki jako instytucja, która do tego mordowania od początku dawała Polakom wsparcie teoretyczne, zawsze do niego Polaków zachęcała i im owo bezkarne mordowanie umożliwiała, no i wreszcie cała oprawa tej debaty. Otóż widzieliśmy przytulną salę teatralną, pogrążoną w dyskretnym, przyciemnionym świetle, no i tę scenę, również nastrojowo oplecioną przyciemnionym światłem, z pojedynczymi reflektorami pięknie eksponującymi stół i dyskutantów. Wszyscy byli bardzo inteligentni, bardzo grzeczni, bardzo stonowani, no i jedni opowiadali to co już opowiedziałem wyżej, podczas gdy inni chwalili tych pierwszych, że oni są wielkimi historykami, niezwykle mądrymi obserwatorami, wręcz pomnikami, tyle że to tu to tam chyba jednak nieco się mylą. No i ten Gross – człowiek, którego twarz, sylwetkę i głos znamy na tyle dobrze, że naprawdę niepotrzebne już są słowa.
Oglądałem trochę tę debatę, na drugi dzień jeszcze poczytałem jakieś relacje, w tym wypowiedź Grossa właśnie, że on jest jedyny odważny, który potrafi głośno powiedzieć: „Tak to Kościół zrobił. To wina Kościoła Katolickiego. To Polacy, będący częścią tego Kościoła”. I pomyślałem sobie, że dobra. Skoro tak, to możemy gadać. A kiedy odwaga jest już tak tania, to nie widzę powodu, żebym i ja nie skorzystał. Oczywiście wiem, że ktoś mi zaraz powie, żebym się natychmiast zamknął, bo nawet nie wiem, co mi grozi za dotykanie rzeczy, których nie należy dotykać. Ale trudno. Skoro już zacząłem, to niech już będzie jak będzie. Zwłaszcza, że niedawno czytałem, po raz kolejny już, wspomnienie o pewnym człowieku, który najpierw nazywał się Natan Grynszpan, a później Roman Romkowski i mieszkał tu w Polsce w czasie, kiedy Jan Tomasz Gross był małym dzieckiem i jego rodzice dopiero zaczynali mu mówić wierszyki o Kościele Katolickim i Polakach. I pomyślałem sobie, że biedny Romkowski, jaka szkoda, że przyszło mu umrzeć w tak nie późnym przecież jeszcze wieku. Gdyby jeszcze trochę pociągnął, to może by wyjechał z Grossem w 1968 do Stanów Zjednoczonych i napisał nam parę ciekawych książek o Polakach.
Więc przeczytałem sobie o tym Romkowskim, i pomyślałem, że jest więc sobie taki Gross, który, mieszkając sobie gdzieś w Nowym Jorku i żyjąc z jakiejś tam standardowej pensji, wpada na pomysł, by napisać książkę, w której zarzuci Polakom, że ich sama natura, ich charakter, ich dusza i krew zmuszały ich do najbardziej brutalnego mordowania swoich sąsiadów – Żydów. Że on napiszę tę książkę jako Żyd, następnie, korzystając ze swoich polskich kontaktów, ją opublikuje, a następnie – wciąż korzystając z tych kontaktów – zrobi wokół niej odpowiedni szum i w ten sposób sprawi, że przez pewien dłuższy czas problem owej duszy, krwi i natury będzie zaprzątał uwagę publiczną, a jemu pozwoli z jednej strony zarobić, a z drugiej przetrzeć drogę pod kolejną książkę, zapewne na podobny temat, za parę lat. I taki to jest plan. Jak się okazuje bardzo skuteczny.
I dalej się zastanawiam, czy kiedy Gross po raz pierwszy siadał do pisania tej książki, wiedział, że ten plan się powiedzie, a jeśli wiedział to skąd? A może, żeby mieć czas na jej pisanie, na wcześniejsze zbieranie do niej materiałów, na jeżdżenie po Polsce i przepytywanie ludzi, i w ogóle na podejmowanie tego ryzyka, on zebrał już wcześniej odpowiednio dużo funduszy i w ogóle się nie musiał martwić, czy ktoś to co on napisze i wyda, kupi czy nie? Może jego interesował tylko sam początek, a resztą już zajęło się wydawnictwo Znak? Bardzo bym chciał wiedzieć, jak to się odbyło. Czy on skontaktował się ze Znakiem zanim w ogóle się za tę robotę zabrał i upewnił się, czy oni zajmą się promocją? Czy oni mu obiecali, że wszystko załatwią tak, by on dobrze na tym przedsięwzięciu wyszedł? Czy oni mu dali wcześniej jakąś zaliczkę, która go mogła ochronić przed jakimś ryzykiem? Czy może to nie Znak, tylko ktoś kompletnie inny zadbał odpowiednio o wszelkie zabezpieczenie? Może nawet nie w Polsce, tylko tam na miejscu, w Nowym Jorku? Nie wiem, jak to było, ale wiem z całą pewnością, że nie odbyło się to tak, że Gross zmarnował najpierw rok życia na pisanie książki, następnie przyjechał do Krakowa, zaszedł do kogoś ze Znaku, powiedział mu że ma fajną książkę, a oni podrapali się po głowach i powiedzieli, że dobra, niech już będzie. To wszystko musiało być od początku do końca przez kogoś przygotowane. A ja chcę wiedzieć, kto w tym brał udział? I na jakich zasadach?
Wszyscy pamiętamy tych parę tygodni, kiedy to cała medialna propaganda została podporządkowana temu, by niejakiej Henryce Krzywonos dać zarobić na książce, którą ona niby napisała. Za co spotkała ją taka nagroda? No, wiadomo. Za to, że ona pokornie zgodziła się, by w kampanii prezydenckiej wziąć w udział w gnojeniu Jarosława Kaczyńskiego. Ktoś prawdopodobnie poprosił ją, żeby ona dała tam swoją twarz i głos, obiecał, że za to paru umyślnych napisze dla niej jakieś wspomnienia, zrobi się kilka spotkań autorskich, no i się jej odpali część ze sprzedaży, tak by starczyło na flaszkę dziennie przez następne paręnaście lat. Tu chodziło o to, żeby Jarosław Kaczyński nie został prezydentem. Natomiast tutaj gra już nie szła ani o Kaczyńskiego, ani o flaszkę. Więc ja bym chciał wiedzieć, jaki interes i kto miał w tym, żeby rozpętać aż taką kampanię nienawiści wobec Polski i Polaków? Czy to było wydawnictwo Znak? Możliwe, że tam są jacyś zapaleńcy gotowi na wiele, byle przez jakiś czas mogli sobie ponabijać się z katolickiej Polski. Jednak nie sądzę, żeby to oni za tym stali. Owszem, ktoś wcześniej musiał ich wciągnąć w ten proceder, jednak oni tu byli tylko pionkiem. Trzeba było znaleźć odpowiednie, duże i renomowane wydawnictwo i padło na nich. Natomiast wciąż chciałbym wiedzieć, kto to wszystko zorganizował i dlaczego?
Myślę nad tym wszystkim i jedyne co mi przechodzi do głowy, to to, że za tym stoją interesy pewnej bardzo wpływowej grupy Żydów, która w bardzo samozwańczy sposób obwołała się przedstawicielem Izraela na świecie, a owe interesy polegają na tym, żeby zniszczyć reputację Polski i Polaków na całym świecie i po wieczne czasy. W jakim celu? Czyżby chodziło o pieniądze, lub o jakieś biznesy? Ależ skąd! Jakie biznesy oni mogą mieć w Polsce? O jakich pieniądzach my mówimy? Otóż moim zdaniem poszło o zwykła, żydowską niechęć do Kościoła Katolickiego, a przez to, że najbardziej wiernym i silnym bastionem tej religii i tej wiary jest Polska, cały atak skupił się właśnie na Polsce? Za co? Po prostu. Za Chrystusa i za to, że Chrystus od dwóch tysięcy lat tkwi w świadomości całego cywilizowanego świata, jak żydowski wstyd, hańbę i wyrzut sumienia. Niewykluczone, że tylko za to jedno zdanie: „Krew Jego nas i na nasze dzieci”. Jestem bardzo mocno wypełniony podejrzeniami, że ta wręcz histeryczna nienawiść do Polski i Polaków, jaką demonstrują niektórzy Żydzi, reprezentowani dziś skromnie przez tego Grossa, musi być spowodowana właśnie tą zadrą. Tym, co oni zrobili dwa tysiące lat temu i tym, że oni nie potrafią się z tego otrząsnąć. A Polacy, jako ludzie pobożni i wierni, chcąc nie chcąc, im nieustannie o tym przypominają. Więc oni Polaków za to nienawidzą.
Jestem bardzo mocno przekonany, że gdyby oni tylko mogli znaleźć sposób, żeby Chrystus, jako Człowiek i Znak, został skutecznie usunięty ze świadomości świata, gotowi by byli za to zapłacić połową swojego majątku. To wszystko musi się do tego sprowadzać. Ja nie widzę innego wytłumaczenia dla tego, co oni już od tylu już lat wyprawiają. Żydzi straszliwie ucierpieli z rąk niemieckich, ale przecież i nie tylko. Nawet dziś są dręczeni w każdym możliwym zakątku świata. Z jakiegoś nie do końca wyjaśnionego powodu, gdziekolwiek się pojawią, budzą złość lub co najmniej niechęć. Jak idzie o nas Polaków natomiast, mogą nam właściwie tylko dziękować. A jeśli już nie chcą dziękować wszystkim Polakom, to choćby tym, którzy ratując ich rodziców i dziadków, a niekiedy nawet i ich samych, zostali przez Niemców rozstrzelani jak psy. Mogliby spędzać swój czas na wdzięcznym wspominaniu tych, którzy dla nich ponieśli śmierć. Choćby z tego względu, że – o ile się orientuję – takich bohaterów oni u siebie raczej nigdy nie mieli. Tymczasem oni machnęli ręką na wszystkich. Na Niemców, Francuzów, Rosjan, na Ukraińców, Szwedów, na wszystkich. I jedyne czego się uczepili, to Polska. Skupili się na nas i plują. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie ma innej możliwości jak tylko to, że oni nas nienawidzą za Chrystusa. Po prostu.
Patrzę na tego Grossa, człowieka który, gdyby nie ten temat, byłby prawdopodobnie dokładnie takim samym nikim, jak miliony anonimowych ludzi na świecie. Słuchając jak on mówi, czytając te fragmenty jego tekstów, patrząc na sposób jego argumentacji, myślę nawet, że gdyby nie to jego zaangażowane w tak szczególny sposób żydostwo, nie zostałby nawet tym profesorem. Bo tak głupi jak on nie jest nawet Władysław Bartoszewski, który – jak wiemy – też potrafi odstawić parę interesujących popisów, a profesorem nie jest. Słucham tego Grossa, patrzę na niego i jak bym się nie napinał, to jedyne do czego go mogę porównać to ten Taras, który żyje z tego, że ściąga na Krakowskie Przedmieście bandy nieprzytomnych dzieciaków, żeby się pobawiły przed Krzyżem. Na tym akurat poziomie dziś nie widzę nic więcej. Przecież on nawet w konfrontacji z Moniką Olejnik nie jest w stanie utrzymać postawy dłużej niż przez parę sekund. Do następnego pytania. Patrzę więc na tego Grossa i myślę, co on się tak zacietrzewił? I znów, odpowiedź mam jedną – to jest desperacja. Albo jego indywidualna desperacja, żeby się w tej Ameryce utrzymać na powierzchni, albo desperacja tych, co nim potrząsają, żeby się nie lenił, tylko robił co mu się każe. Zaryzykuję tezę, że on tu jest stosunkowo jeszcze niewinny.

wtorek, 15 marca 2011

USOPAL, czyli bulba (do czytania pod prysznicem)

Tak się jakoś stało, diabli wiedzą jak, że od dłuższego już czasu, ze znaczną regularnością otrzymuję na moją skrzynkę mailową informacje od czegoś, co się nazywa USOPAL. Ponieważ, nigdy tego czegoś nie zamawiałem – albo może zamówiłem tak jak podobno zamówiłem coś od niejakiego Brody, tylko tego faktu nie zauważyłem – nie bardzo chciało mi się dowiadywać, co to takiego. Ale że tych maili było denerwująco dużo, oznaczyłem ów adres jako spam i od tego czasu wiadomości sygnowane jako USUPAL zaczęły wpadać bezpośrednio do kosza. Oczywiście, one przychodzą dalej, ale przynajmniej widzę ich ślad jedynie jako echo.
Dziś, dzięki mojemu synowi, a bezpośrednio już Onetowi, dowiedziałem się wreszcie, co to jest ów USOPAL. Otóż USOPAL to tzw. Unia Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej, a szefem tej organizacji jest znany mi z wcześniejszych doniesień medialnych Jan Kobylański. Onet poinformował o istnieniu tej organizacji przy takiej to okazji, że do Urugwaju, gdzie, jak się okazuje, mieszka Kobylański, pojechała grupa parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości w następującym składzie: poseł Bogusław Kowalski, oraz czterech senatorów: Ryszard Bender, Czesław Ryszka, Waldemar Kraska i Zbigniew Cichoń. O Janie Kobylańskim, jak mówię, słyszałem i go kojarzę, natomiast jeśli idzie o tych pięciu, to znam Kowalskiego i Bendera. Trzej pozostali, jak dla mnie, mogliby się równie dobrze nazywać Nowak, Nowok i Nowacki – bez znaczenia.
Chciałbym teraz powiedzieć, co sobie myślę na temat tych, których znam. Otóż Bendera i Kowalskiego fizycznie nie znoszę. Nie toleruję ich, nie mogę na nich patrzeć i ich słuchać. Dlaczego? Nie chce mi się za bardzo wyjaśniać, ale co mi tam. Opowiem. Jak idzie o Bendera, nie lubię go za sposób w jaki on mówi, no i w związku z tym, za to, co on mówi. Bender ma tę dziwną manierę takiego półprzytomnego, kompletnie zepsutego atmosferą uniwersytetu profesora, który, zanim cos powie, to musi dziesięć razy powtórzyć coś w rodzaju takiego grymaśnego „taa, taa, taa, taa, taaaa”, a później i tak już nic nie powie, bo w sumie zapomniał już, co miał powiedzieć, kiedy, i po co. Z nim jest tak że ja bym nie chciał być z nim w jednym miejscu nawet przez chwilę, bo by mi ze złości serce pękło. Jak idzie natomiast o Kowalskiego, to ja mu pamiętam kilka gestów jeszcze z lat 90., które ustawiają go w pozycji kogoś na poziomie Artura Zawiszy, tyle że o niebo cwańszego, który – w odróżnieniu od Zawiszy szybko się zorientował, że w jego sytuacji pozostaje się tylko uwiesić na czymś w miarę solidnym, i tak już wisieć. Więc wisi. A ja go nie znoszę. A kiedy jeszcze widzę tę jego dziobatą twarz, to już w ogóle koniec. I kropka.
Kobylańskiego natomiast znam tylko z nazwiska i z informacji, że on nie lubi Żydów. Poza tym, nie wiem nawet, jak on wygląda. Ponieważ jednak identyfikuje go jako w ten czy inny sposób kumpla Bendera i Kowalskiego, myślę, że jego też nie lubię. I oczywiście, nie lubię tego USOPAL-u, bo mi zaśmieca skrzynkę, nie wiadomo po jaką cholerę. I tyle na ten temat.
A teraz o Onecie. Onet, prawdopodobnie dlatego, że – podobnie jak ja – nie lubi Kobylańskiego, Bendera i Kowalskiego, daje na swoją główną stronę wielką informację pod tytułem: „Politycy PiS z wizytą u kontrowersyjnego milionera posądzanego o antysemityzm”. I muszę przyznać, że mnie ta informacja bardzo zainteresowała. Jednak nie tyle dlatego, że oni tam pojechali – bo akurat czego ja się mogę spodziewać po Benderze i Kowalskim? – ale że, jak pisze Onet, Kobylański jest zaledwie „kontrowersyjny” i „podejrzany” o antysemityzm. Dotychczas byłem przekonany, że przynajmniej z punktu widzenia Onetu i całej tej paczki, którą Onet reprezentuje, Kobylański nie jest kontrowersyjny i podejrzany, ale z niego jest prawdziwy żydożerca i wojenny przestępca. Wszystko co dotychczas słyszałem o Kobylańskim, to to, że on jest postacią tak złą i paskudną, że spotykanie się z nim jest właściwie równoznaczne z jakąś kolaboracją. Tymczasem nagle okazuje się, że on przede wszystkim jedynie budzi kontrowersje – a więc podobnie jak, że sięgnę po przykład pierwszy z brzegu, Bronisław Komorowski. No i że niektórzy twierdzą, że jest antysemitą – a więc kimś takim, jak w opinii również niektórych, na przykład ja, albo 90% Polaków. Wczoraj w telewizji, historyk Gross, na przykład, stwierdził, że dla Polaków mordowanie, rabowanie i denuncjowanie Żydów było częścią ich natury, kultury i narodowej tożsamości. Oczywiście Polacy Żydów też ratowali, ale to był zaledwie eksces. Mordowanie Żydów leżało w naszej naturze. A więc, co w tym takiego szczególnego? Pikuś. Zwykła polska norma. A oni mi mówią, że Kobylański to jakiś szatan.
Szukam więc w samym tekście jakiś dodatkowych informacji na temat Kobylańskiego i szczegółów tej wizyty, i czytam, że on ma na sumieniu następujące opinie: „Warszawa to tajna stolica żydostwa w Europie”, niektórzy politycy i księża to „komusze pociotki”, że „w Polsce panoszą się Żydzi” i że oni (czyli Żydzi) „wleźli do rządu, Sejmu, biznesu, a nawet do Episkopatu”. Należy tu dodać, że o ile te dwie pierwsze newsy Onet podaje jako fakt, to co dwóch kolejnych zastrzega się, że to tylko za Gazetą Wyborczą. A zatem – trochę głupio, prawda? No bo jeśli za Gazetą Wyborczą, to właściwie równie dobrze mogliby nic nie pisać. Jak idzie o inne dane – nic już konkretnego nie znajduję. Szukam więc czegoś na temat tych dwóch, albo chociaż trzech pozostałych. Poza tym, że oni są z PiS-u – zero.
Ja rozumiem, że ponieważ – co zresztą potwierdza sam Onet – Kobylański ma otwartych parę spraw przeciwko tym, którzy go rzekomo zniesławiali, może też być tak, że Onet używa tego „podobno” z czystej ostrożności. No i dobrze. Niech się boją, tylko skoro już się Onet bierze za szczucie, to niech normalnie powie, o co chodzi, a nie miesza spokojnym ludziom w głowach. Albo niech pokaże odwagę i napisze, co to za ziółko ten Kobylański. Bo na razie, z tego co tam stoi, wynika, że z niego normalny Polak – antysemita. Taki sam, jak ci chłopi na tych starych zdjęciach od Grossa i chłopaków z Wyborczej. Podobno.
I powiem szczerze, że czuję się zawiedziony. Bo sądziłem trochę, że jednak czegoś się na jego temat od takiego Onetu dowiem. Że będę mógł powiedzieć, choćby sam sobie, za co ja go tak nie cierpię. A tymczasem okazuje się, że Kobylański nie jest ani jakimś bandytą, ani nawet porządnym antysemitą, lecz zaledwie kimś kto powiedział kiedyś, że w rządzie, Sejmie, biznesie, a nawet w Episkopacie są Żydzi. No a jak są , to co z tego? Ja akurat znam paru Żydów i oni nie są ani posłami, ani biskupami. No ale jeżeli jacyś są, to co z tego? Nie wolno, czy jak? No i że Warszawa to stolica żydostwa. A ktoś mówił, że nie jest? Ja tam nie wiem. A co jest? Praga, Moskwa, a może Sztokholm? A może Rzym? Paryż? A może żydostwo w ogóle nie ma stolicy, bo posiadanie stolicy to jakiś mało koszerny obciach. Ja nie mam pojęcia, ale przydałoby się to wiedzieć. Nawet nie mnie, bo w końcu, co mnie obchodzą Żydzi? Ale taki Onet pewnie by chciał wiedzieć. Gdzie żydostwo ma swoją stolicę? W końcu to jest chyba ich ‘konik’?
Natomiast jak idzie o te „komusze pociotki”, to już w ogóle nie wiadomo o co chodzi. Równie dobrze ktoś mógłby powiedzieć, że część polityków i księży to „faszystowskie balony”. Albo wiatraczki. Lub na przykład „bulba”. I co ja z tego wiem?
A może to w ogóle nie chodzi o żadną informację, tylko o zwykłe codzienne plucie? A więc zwykły onetowy poziom. Oni to napisali, wrzucili tam to Prawo i Sprawiedliwość, tak to zostawili i schowali się za winkiel, żeby spokojnie patrzeć co będzie. Na to przyszli tzw. onetowcy, przeczytali i już wiedzą, że to bardzo jednak dobrze, że ten Kaczor leży na tym Wawelu taki porozbijany, że nie wiadomo nawet gdzie noga, a gdzie ręka. Łopatą, stary, go tam wrzucali. Normalnie, stary, zimny lech. Polej. Bulba!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...