Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykształcenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykształcenie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 sierpnia 2014

O lewych czarusiach z Ministerstwa Prawdy (repryza)

Ponieważ do dyskusji na temat rzekomego oxfordzkiego wykształcenia Radka Sikorskiego włączają się coraz szersze kręgi różnej maści kibiców, pomyślałem sobie, że może przypomnę tu swój stary już bardzo, bo jeszcze z roku 2011, tekst, dotyczący właśnie tej niezwykłej kariery. Ci, co go już mieli okazję czytać, pewne kwestie sobie poprzypominają, a ci, co są tu dopiero od niedawna, możliwe, że wzbudzą w sobie pewne refleksje. I kiedy mówię o refleksjach, to nawet niekoniecznie sięgam aż tak wysoko, jak do Oxfordu. Mnie chodzi wyłącznie o maturę w skromnym liceum gdzieś w Bydgoszczy. A zresztą, co ja tu będę zanudzał? Czytajmy.

Minister Spraw Zagranicznych Radek Sikorski poleciał do Tunezji, i wracając do Polski zabrał na pokład swojego samolotu 16 uchodźców z Afryki – prześladowanych u siebie w kraju czarnych chrześcijan. Sam lot, podobnie zresztą jak przyjęcie na lotnisku w Warszawie, zostało należycie sfilmowane przez ekipę telewizyjną i odpowiednio zrelacjonowane. A więc wszyscy mogliśmy zobaczyć eleganckie wnętrze rządowego samolotu, a w nim grupkę przestraszonych, czy może tylko speszonych mężczyzn, kobiet i małych dzieci, jak dzięki serdeczności i – oczywiście! – empatii naszych przywódców fruną ku wolności.
Kiedy skończyła się sekwencja w samolocie, zobaczyliśmy ponownie ową gromadkę i samego pana ministra, który powiedział co następuje (cytat dosłowny!:
„Polska dba o prawa chrześcijan na całym świecie. To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce. Jestem wzruszony, bo sam byłem uciekinierem”.
I ta właśnie wypowiedź, przy całym moim szacunku dla sytuacji, w której 16 biednych, udręczonych naszych braci w wierze znajduje ratunek w Polsce, tworzy całość symboliki tego zdarzenia, pod kątem roli, jaką w tym przedsięwzięciu odegrał rząd Platformy Obywatelskiej. Chodzi o dwie rzeczy. Najpierw pierwsza z nich. Otóż mam tu na uwadze samego Radka Sikorskiego, który patrzy na te twarze, na te oczy, na te czarne wynędzniałe sylwetki, i ma czelność kłamać im w żywe – nomen omen – oczy mówiąc, jak to on się wzruszył, ponieważ kiedyś dzielił z nimi ich los.
Dla rozjaśnienia sprawy, przypomnijmy fakty, z czasów, kiedy nie było jeszcze Radka, lecz zwykły Radosław. Otóż Radosław Sikorski, jak czytamy w Wikipedii, w marcu 1981 roku był uczniem przedmaturalnej klasy jednego z bydgoskich liceów ogólnokształcących, a jednocześnie przewodniczącym komitetu strajkowego. W czerwcu tego samego roku, jak rozumiem w dowód uznania dla swojego bohaterstwa podczas szkolnego strajku, otrzymał paszport i wyjechał do Wielkiej Brytanii, aby podszlifować język angielski. Z jakiegoś powodu, kiedy nadszedł wrzesień, zamiast wrócić do szkoły, młody Sikorski dalej szlifował język, a kiedy już w Polsce został wprowadzony stan wojenny, zwrócił się do brytyjskich władz o azyl polityczny i go otrzymał. Nie wiemy, w jaki sposób i gdzie Radosław Sikorski zdał maturę, bo o tym Wikipedia akurat milczy, natomiast wiadomo, że w pewnym momencie został przyjęty na studia w Oxfordzie, gdzie został członkiem czegoś co się nazywa Klubem Bullingtona, a co, jak również podaje Wikipedia, stanowi „ekskluzywne stowarzyszenie zrzeszające studentów-mężczyzn z rodzin angielskiej prawicy”. Dalsze dzieje Radosława Sikorskiego, z naszego akurat punktu widzenia, są tu nieistotne, ale dla porządku jeszcze tylko dodam, że po trzech latach studiów, uzyskał Sikorski tak zwany licencjat, a później – kiedy to miało miejsce, tego niestety również Wikipedia nie podaje – na swój specjalny wniosek otrzymał jeszcze tytuł magistra. Już bez konieczności studiowania i zdawania jakichkolwiek egzaminów. Podobno na Oxfordzie takie zwyczaje są tradycją. Rozdawanie tytułów magistra na pisemny wniosek.
I dziś Radek Sikorski, minister w rządzie Donalda Tuska, zabiera z Afryki grupę czarnych uchodźców, sadza ich przed kamerą i bez jednego marnego mrugnięcia okiem, oświadcza, że oto w jego życiu nastąpił prawdziwie wzruszający moment, bo kiedy zobaczył tych biedaków, stanęła mu przed oczyma jego własna młodość i ciężkie życie w ponurych czasach PRL-u, kiedy to on „sam był uciekinierem”. Kiedy i on cierpiał prześladowania. Rozumiem że również za wiarę w Jezusa Ukrzyżowanego.
Wszyscy znamy Radka Sikorskiego bardzo dobrze. Czasem być może aż za dobrze. I wydawałoby się, że nie ma takiej rzeczy, która by nas potrafiła w nim zadziwić. Nie ma też takich słów pogardy, które choćby sama jego milcząca obecność nie byłaby w stanie w nas wywołać. Jednak jego widok na tle tych czarnych chrześcijan – jego, z tą tak bardzo niejasną, a z drugiej strony tak wystarczająco jasną historią w tle – robi wrażenie szczególne. Stoi oto ten bufon i roni łzy nad wspólnym, swoim i tych biedaków, losem. Brat w męce, jasna cholera! Przepraszam najmocniej, ale niech go wreszcie jasny szlag trafi!
Ale jest coś jeszcze niezwykle interesującego i jeszcze może bardziej symbolicznego, co znaleźć możemy w tej wypowiedzi. Osobiście bardzo nie lubię czepiać się ludzi, których nie lubię, za ich zwykłe, ludzkie pomyłki, a tym bardziej przejęzyczenia. W tym jednak wypadku nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza że tu akurat owo przejęzyczenie jest bardzo znamienne. Mam tu na myśli fragment, na który już pewnie wiele osób czytających zamieszczony wyżej cytat z Sikorskiego zauważyło: „To jest nasz symboliczny gest solidarności z prześladowanymi chrześcijanami w Polsce”.
Mam zatem do Radka Sikorskiego w tej chwili już tylko jedną sprawę. Niech on się ze mną i z moimi braćmi chrześcijanami nie solidaryzuje. Niech on się, wraz ze swoimi partyjnymi kolegami, od nas, polskich chrześcijan odpieprzy. Niech da nam święty spokój. Szczególnie zwłaszcza, gdy napotka nas na Krakowskim Przedmieściu. Bo mogę mu obiecać, że gdy jego solidarna obecność stanie się zbyt natarczywa, pokażemy mu jak wygląda prawdziwa jesień średniowiecza. I wtedy dopiero zobaczy też, jak potrafi wyglądać prawdziwe chrześcijaństwo, kiedy jest prześladowane przez lewych czarusiów z Klubu Bullingtona.

Wszystkich tych, którym powyższy tekst się spodobał zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkich pięć moich książek, w tym dwie pierwsze, już prawie na wyczerpaniu, po bardzo atrakcyjnej cenie.Jednocześnie, naprawdę bardzo serdeecznie i desperacko proszę o wsparcie dla tego bloga. To jest okres wyjątkowo trudny i bez Waszej pomocy, leżymy.

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Jak być wykształconym człowiekiem z miasta i nie zgłupieć

Rodzice moi byli niewykształconymi ludźmi pochodzącymi ze wsi. Ja, całe moje dzieciństwo, zanim poszedłem do szkoły, przez większą część roku, a następnie, jak tylko pozwalał na to rok szkolny, spędzałem na wsi. A więc, w pewnym sensie, zawsze czułem się duchowo kimś ze wsi.
Ponieważ jednak moi rodzice byli ludźmi, dla których dzień, w którym opuścili swoją wioskę, był dniem bardzo poważnego awansu i sukcesu, dla nich miasto i, konsekwentnie, świat ludzi mądrych i wykształconych, stały się czymś daleko ważniejszym, niż dla mnie. Pamiętam, że kiedy przyjeżdżaliśmy na wakacje, mój Tato zawsze wytwarzał wokół siebie taką szczególną aurę, która mówiła, że gdzieś, daleko jest inny świat, świat, jeśli nie lepszy, to na pewno poważniejszy.
Ja z kolei, jako dziecko urodzone w mieście, ale z korzeniami właśnie tam, od razu zanurzałem się w prawdziwym autentycznym szczęściu. I, jestem pewien, że nie chodzi o to, że wtedy byłem dzieckiem, a ten czas, to były wakacje. Ja zawsze czułem, że tam jest moje naturalne środowisko i dziś również, tam dopiero czuję, że wszystko jest na swoim miejscu.
Kiedy przyjeżdżałem na wieś, zawsze wiedziałem, że wreszcie będę mógł normalnie porozmawiać, nie wysłuchując nieustannych popisów ze strony ludzi, którzy dbają wyłącznie o to, żeby dobrze i błyskotliwie wypaść. Wiedziałem, że nie będę musiał nieustannie uważać na to, co mówię, jak mówię i jaką przy tym robię minę. Że zrozumiem zawsze, co do mnie mówią, a ci, do których mówię, doskonale zawsze będą wiedzieli, co do nich mówię ja, nie dlatego, że ktoś z nas jest mądrzejszy, albo głupszy, ale dlatego, że i oni i ja lubimy obserwować świat i po prostu rozmawiać.
Pamiętam, jak kiedyś Jarosław Kaczyński, starając się pokazać, jak nienawiść do bolszewizmu potrafiła przetrwać w nieskażonych środowiskach w stanie nienaruszonym, opowiadał, jak to poszła po jednej wsi plotka, że jeśli ludzie nie pójdą do wyborów, to komuniści wieś po prostu zbombardują. I ludzie w to uwierzyli. I do wyborów poszli. Dlaczego? Nie dlatego, że byli naiwni i głupi, ani, że naiwnie i głupio byli tchórzliwi. Wręcz przeciwnie. Poszli do wyborów dlatego, że byli roztropni wiedzą, że sowiecka myśl potrafi wszystko.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że kiedy na wsiach ludzie demonstrowali swój egzotyczny rozsądek i dzięki temu wielu z nich, nie tylko, ani nawet przede wszystkim, w sensie fizycznym, przetrwało, w tym samym czasie, wielu wykształconych ludzi z miast, z nadmiaru abstrakcji połączonej z kłamstwem, którą to intelektualną ofertę pragnęli objąć swoim umysłem, po prostu zgłupieli. I tak trwają do dziś.
Pamiętam, że mój Ojciec, ile razy mówiłem mu, że ktoś w telewizji, czy ktoś piszący w gazecie jest idiotą - a mówiłem to irytująco często - bardzo się na mnie gniewał. Nie dlatego, że miał inne ode mnie zdanie na jakiś temat. Nie dlatego, że osobę przeze mnie tak nie uprzejmie potraktowaną, jakoś szczególnie cenił. Denerwował się na mnie, ponieważ uważał, że nie należy krytykować ludzi, którzy z definicji są od nas mądrzejsi. A definicja była taka, że wykształcenie, to rozum i autorytet.
Ciekawe przy tym było to, że on sam nie umiał nad sobą zapanować wielokrotnie, gdy oglądał w telewizji tego, czy innego specjalistę od tego czy owego i kręcił nosem właściwie nieustannie. Przy tym jednak ta jego wiara w to, że wykształcenie powinno coś gwarantować, a jak ktoś jest profesorem, albo dyrektorem banku - to tym bardziej - nigdy go nie opuszczała.
Piszę te słowa i wiem, że wielu z Was może uznać, że są one tak trywialne, że nie ma w ogóle o czym mówić. Przecież już e.e. cummings w jednym ze swoich wierszy tak pięknie opisał to, o czym ja próbuję dziś opowiedzieć. Mianowicie, że jedyny powód, dla którego należy pójść na studia, to, żeby nie trzeba było mówić: "o if i'd ohnlygawntoacollege".
Pamiętam też, jak pewien mój, zmarły już dziś, kolega, mawiał, że jedyną satysfakcję, jaką on ma z tego, że skończył studia, to wiedza, że to całe wykształcenie jest gówno warte. W przeciwnym wypadku, tego akurat mógłby nie wiedzieć.
Czemu o tym wszystkim postanowiłem napisać dziś? Wbrew pozorom, wcale mi nie chodzi o to, że kolejne badania sondażowe znowu wskazują na głęboki podział intelektualny między ludźmi ze wsi i ludźmi z miast, co drażni moje kompleksy, ani też między ludźmi z wykształceniem wyższym, a wykształceniem żadnym, co budzi we mnie uczucie głębokiej niesprawiedliwości.
Muszę też tu zmartwić wszystkich badaczy powyborczej traumy w szeregach nielubianej przez siebie grupy wyborców. Ten trop jest absolutnie fałszywy. Może jutro, albo pojutrze, albo może i wczoraj. Dziś jednak sprawa polega na absolutnie czymś innym.
W najświeższym Wproście przeczytałem artykuł dziennikarza Roberta Leszczyńskiego na temat nowego Batmana. Leszczyński wprawdzie nie jest specjalistą od filmów, ale też nie jest specjalistą od czegokolwiek , oprócz być może tak zwanych ‘miękkich narkotyków'. Jednak ponieważ od czasu jak Zbigniew Hołdys został intelektualistą i autorytetem moralnym, kultura pop stała się dziedziną w pełni sprofesjonalizowaną, a tym samym uzyskała status wiedzy, a więc i tu pojawiło się zapotrzebowanie na tzw. ekspertów.
Chodzi o to, że dziś już nie wystarczy powiedzieć, że zespół muzyczny Feel jest świetny, albo, że jest do kitu; nie wystarczy przejść obok wielkiej dyskoteki, skąd dochodzą dźwięki o nazwie dance i po prostu zwymiotować; nie wystarczy wreszcie rżeć na filmie Lejdis. To wszystko trzeba po ekspercku opisać.
Tu ekspertem został Robert Leszczyński, no a skoro ekspertem od popu, to automatycznie od wszystkiego, niestety też od Batmana.
Pisze więc Robert Leszczyński, że najnowszy Barman odniósł już teraz wyjątkowy zupełnie sukces, a prawdopodobnie ten sukces przerośnie wszystko, co we współczesnym kinie stało się dotychczas i do tychczas wszystko jest w porządku. W końcu nie Leszczyński to wymyślił. W porządku jest nawet to, że nie próbuje analizować nowego Batmana, ani w ogóle na temat filmu pisać, bo mógłby tu naturalnie polec, ale w pewnym momencie o reżyserze filmu pisze tak: "Jak to się stało, że akurat ten film odniósł tak bezprecedensowy sukces, a 38-letni Brytyjczyk bez dorobku pozostawił w polu takie tuzy światowej kinematografii, jak Spielberg czy Cameron?"
Reżyserem nowego Batmana jest - o czym absolutnie kuriozalnie w swoim tekście Leszczyński nie wspomina ani razu - jest Christopher Nolan - jak podaje strona imdb.com "Nominated for Oscar. Another 35 wins & 23 nominations" i przypomina, oprócz ostatniego, następujące filmy, choćby z ostatnich lat: The Prestige, Batman Begins, Insomnia, Memento.
Ekspert Leszczyński tymczasem, czołowy intelektualista III RP, pisze o Nolanie: "Brytyjczyk bez dorobku".
Nie chodzi tu o Leszczyńskiego jednak, z tego bowiem powodu, że Leszczyński jest tylko drobnym przykładem tego, co się wyprawia w tak zwanej eksperckiej domenie intelektualnej Polski.
Inny specjalista od spraw kultury, niejaki Wiesław Kot, do dziś pamiętam, jak recenzując film We Were Soldiers z Melem Gibsonem, film bezwstydnie patriotyczny i ojczyznotwórczy, film w którym ludzie są wyłącznie dzielni, mądrzy i wspaniali, napisał w tym samym Wproście, że film Byliśmy żołnierzami to ciężka, antyamerykańska krytyka wojny, zdemoralizowanych dowódców, bezwzględnych i okrutnych żołnierzy i poruszający obraz ich żon, topiących swoje beznadziejne życie w alkoholu.
Normalny, niewykształcony człowiek, siedzi w kinie i ogląda bohaterskich żołnierzy i ich kobiety - modlące się, pomagające sobie nawzajem, płaczące na tle gwiaździstego sztandaru - szuka tego alkoholu gdziekolwiek, choćby gdzieś na dziesiątym planie - zero; a intelektualista Kot pisze, że one chleją, bo ich zawiodła Ameryka.
Niedawno miałem okazję być na koncercie zespołu The Police. Koncert był absolutnie niezwykły. I to nie tylko z technicznego, czy muzycznego punktu widzenia. Całe przedstawienie stanowiło jeden wielki festiwal radości i muzycznego szaleństwa. W pewnym momencie, dwóch kompletnie oszalałych z emocji widzów, zorganizowało na Stadionie Śląskim tak zwaną falę, która już do końca, zupełnie samoczynnie wznosiła się nad całym stadionem.
Recenzja w Rzeczpospolitej tymczasem informuje, że koncert był tak okropnie nudny, że dwóch zdesperowanych fanów usiłowało ludzi rozruszać, organizując z ciężkim wysiłkiem tzw. falę.
W czerwcu w Warszawie wystąpił Bob Dylan. Ktoś kto był na koncercie opowiada, że Dylan śpiewał mnóstwo największych ze swoich przebojów, tyle że - tradycyjnie, jak to u niego w zwyczaju - tak zmienionych, że, jeśli się nie słuchało tekstu, trudno było poszczególne tytuły rozpoznać.
Recenzent Rzeczpospolitej pisze, że koncert, owszem, był świetny, tyle, że Dylan śpiewał piosenki wyłącznie z trzech ostatnich płyt.
Jak mogliście zauważyć, pisząc o upadku tego, co - można było wierzyć - upaść nie powinno, czyli o najbardziej podstawowej fachowości ludzi fachowych, bo przecież światowych i wykształconych, skupiam się wyłącznie na kulturze i to kulturze popularnej. Proszę mi jednak powiedzieć, jakie są gwarancje, że nieszczęście głupoty i niekompetencji spotkało tylko część tego świata. Jakie są gwarancje, że eksperci od muzyki poważnej, od sportu, od literatury, od malarstwa, czy wreszcie eksperci od socjologii, politologii, czy, patrząc już najszerzej, od polityki, nie są równie nedzni i intelektualnie żałosni, co Wiesław Kot, czy ten recenzent z Rzeczpospolitej?
Proszę mi powiedzieć, jakie są gwarancje, że w świecie, w którym według odgórnie zaaprobowanego porządku, obowiązuje jednak układ swego rodzaju piramidy, na której czubku siedzą - przykładowo - Grzegorz Miecugow i Ireneusz Krzemiński, a najniższą warstwę stanowią panie w moherowych beretach, nie doszło do ciężkiej intelektualnej korupcji.
Nie ma żadnych, a nam pozostaje tylko żałować, że dobry wojak Józef Szwejk jest postacią bardzo fikcyjną i przede wszystkim już bardzo historyczną.
On by nam coś na temat mógł wesołego powiedzieć.

środa, 9 lipca 2008

Artur Borubar, a twórczość Juliana Tuwima

Wróciłem dziś do domu po całym tygodniu spędzonym na Kaszubach. I muszę od razu zakomunikować, że nie zauważyłem, by ktokolwiek coś tam w okolicy rozpylał. Świat wokół mnie wyglądał sympatycznie, ludzie zachowywali się normalnie, jeśli cokolwiek pojawiało się na niebie, to tylko przelotne chmurki.
Tym samym, zagadka ostatniego kulturowego obsunięcia się premiera Donalda Tuska musi pozostać przynajmniej częściowo nierozwiązana.
Oczywiście jest możliwe, że to coś, co zaatakowało pana premiera, jeśli dotarło do Helu, to tylko do Władysławowa, najdalej do Chałup (do dziś nie umiem zapomnieć, jak przed laty pan Donald uznał za stosowne poinformować mnie, że śpi nago).
Natomiast Kuźnica, w której się wczasowałem, pozostała na sto procent nietknięta.
Na dziś więc, o premierze i jego piłkarzykach - sza!
amiast o nich, chciałem tu porozmawiać o pewnym wczasowiczu i pewnym artyście, czyli o zjawisku, które na swój własny użytek nazywam ‘nadętą amatorszczyzną'.
Jeszcze zanim wyjechałem nad morze, trafiłem tu w Salonie na blogowicza o ksywie Mireks. Bloger Mireks zaintrygował mnie z dwóch powodów: pierwszy to taki, że przedstawił się, jako "publicysta amator", drugi to taki, że okazał się amatorem w obu znaczeniach tego słowa, czyli kimś, kto uwielbia pisać, a jednocześnie, kto pisać umie na poziomie wyłącznie podstawowym. Czyli, że na ogół wie, że zdania oddziela się kropkami. Czyli taki człowiek spod znaku: "Ja nie bardzo umiem, ale bardzo lubiem."
Trafiłem więc na tego Mireksa i pomyślałem sobie, jak to jest, że pewne dziedziny życia są dla różnego typu ‘pasjonatów' otwarte, a inne nie.
Na przykład wiadomo powszechnie, że jeśli ktoś nie ma prawa jazdy, to, nawet jeśli bardzo lubi szybką jazdę, nie powinien jeździć autem w miejscach, gdzie przebywają ludzie. Podobnie, jeśli ktoś nie jest wykształconym lekarzem, to medycyną może się parać jedynie na poziomie syropu, ewentualnie apapu. A jeśli przyjdzie mu do głowy wziąć do ręki skalpel i przy pomocy kleju kropelka łączyć złamane kości, bo "jestem lekarzem amatorem z Poznania", to od razu go opiszą w programie Z dala od Polski, czy jakoś tak.
Są też dziedziny, gdzie bez odpowiednich referencji nie ma się wstępu fizycznie. Na przykład, jeśli ktoś uwielbia być posłem, musi najpierw skutecznie podlizać się pewnej określonej grupie wyborców i tym posłem zostać. Inaczej się nie da.
Jednak wiadomo też, że na przykład można nie umieć śpiewać, a zostać słynnym piosenkarzem; albo można "mieć we krwi" aktorstwo i występować w filmach, nawet w rolach pierwszoplanowych.
No i oczywiście, jak się okazuje, można nie mieć pojęcia o polityce, o społeczeństwie, o języku pisanym, a z powodzeniem - oczywiście "amatorsko" - wymądrzać się na każdy dowolny, nawet najbardziej skomplikowany temat.
Ciekawe, że na przykład tu w Salonie, jeśli idzie o tę konkretną kwestię, proporcje rozkładają się zupełnie "po równo" między czerwonymi, a całą resztą. Kto wie, czy nawet czerwoni są słabsi?
Na plaży w Kuźnicy, któregoś dnia pojawił się człowiek z rodziną i telefonem komórkowym. Najpierw przez telefon pozałatwiał bieżące sprawy biznesowe (chodziło o ustawienie programu artystycznego na dyskotekę, czy jakieś wesele), a później, zgodnie ze wskazówkami Donalda Tuska poszedł grać ze swoim małym synkiem w piłkę. Wszystko odbywało się tradycyjnie. Pan Tato wrzeszczał, pokazywał żółte kartki, wywalał się, groził kartką czerwoną. W pewnym momencie dziecko zapytało, jak się nazywa w ich drużynie bramkarz. W tym momencie pan Tato uśmiechnął się porozumiewawczo do współplażowiczów i powiedział: "Borubar".
Pomyślałem sobie wówczas, że nie jest wykluczone, że człowiek ten jest wybitnym gitarzystą basowym, albo klarnecistą, albo świetnym tzw. dyrektorem artystycznym do spraw letnich imprez muzycznych. Możliwe też, że dobrze gra w piłkę nożną. Nie ulega dla mnie jednak wątpliwości, że politycznie pan Tato zorientowany jest na tyle tylko, że na dowolną kwestię może odpowiedzieć - tak jak w tej grze o nazwie pomidor - jedynie "Borubar".
Wracając z plaży, kupiłem Rzepę, a w niej wywiad ze Zbigniewem Hołdysem, autorem paru znanych piosenek, oraz gitarzystą Maryli Rodowicz i zespołu Perfect. Hołdys opowiada troszkę o muzyce, najwięcej jednak o prawie, teatrze i o życiu społecznym. Trochę też o polityce.
Co mówi? Mianowicie tak:
Prawnicy oszukują, ale nie wszyscy, bo w Ameryce nie oszukują, a nawet, jak oszukują, to też są inni, którzy pomagają nie dać się oszukać.
Teatr jest fascynujący, o wiele bardziej niż granie na gitarze.
Lecha Wałęsę, podobnie jak O.J.Simpsona, nikt za rękę nie złapał; Simpsona uniewinnili, a Wałęsę skazali.
Dzieci nie należy bić. On Tytusa nie bił.
W imię prawa i sprawiedliwości człowiek okrutnie niszczy.
Chyba lepiej mieć jedną żonę i dzieci, ale są tacy, którzy uważają, że nie - na przykład Jodie Foster, albo różne egzotyczne kultury.
Największą ofiarą rozwodów są dzieci.
Pieniądze to nie wszystko.
I wreszcie: zespól Feel jest do niczego.
Po co tu się znęcam nad Zbigniewem Hołdysem - ani wybitnym muzykiem, ani tym bardziej wybitnym analitykiem? Z tego prostego powodu, że on właśnie, w sposób chyba najdoskonalszy symbolizuje całą intelektualną ubogość naszej debaty. Kiedy czytam tu w Salonie refleksje niektórych tzw. publicystów-amatorów, to widzę to, co Rzepa tak wyraźnie pokazała na przykładzie właśnie Hołdysa. Czyste, histeryczne zainteresowanie obrazami i gestami, bez najmniejszej próby syntezy i wyciągania wniosków. Coś, co kiedyś tak przejmująco wyraził Julian Tuwim:
Od rana bełkot. Bełkocą, bredzą,
Że deszcz, że drogo, że to, że tamto.
Trochę pochodzą, trochę posiedzą,
I wszystko widmo. I wszystko fantom.
Sprawdzą godzinę, sprawdzą kieszenie,
Krawacik musną, klapy obciągną
I godnym krokiem z mieszkań - na ziemię,
Taką wiadomą, taką okrągłą.
I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc - widzą wszystko oddzielnie
Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...
Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.
I znowu mówią, że Ford... że kino...
Że Bóg... że Rosja... radio, sport, wojna...
Warstwami rośnie brednia potworna...
Gdyby Julian Tuwim pisał dziś, a chciałoby mu się wpaść w tandetną publicystykę, to pewnie zamiast tego "Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo..." napisałby, że WSI... że Kaczory... że laptop... że tarcza... że Borubar.
Jak wspomniałem, Zbigniew Hołdys zakończył swoje refleksje krytyką grupy muzycznej Feel. Ta ostatnia informacja jest szczególnie interesująca, ponieważ Zbigniew Hołdys obudowuje ją merytorycznie i retorycznie. Mówi tak: "Gdybym tak źle grał na instrumentach, nie założyłbym zespołu".
Myślę, że teraz już każdy wie, do czego zmierzam. Jestem pewien, że zarówno pan Tato z plaży, przeróżni komentatorzy z Salonu i mnóstwo innych specjalistów w swojej dziedzinie, od czasu do czasu wydają z siebie okrzyk: "Gdybym ja tak źle..."
Co oczywiście, nie przeszkadza ani jednemu, ani drugiemu, ani całej reszcie niedzielnych amatorów, w przerwie od swoich zwykłych zajęć, zadzierać nosa na każdy temat.
Czy tym swoim dzisiejszym wpisem sugeruję, że niektórzy moi koledzy z Salonu powinni przestać pisać? Absolutnie. Muszą - niech piszą. Ich prawo. Ich wstyd. Jeśli któregoś dnia, na naszym forum pojawi się ten człowiek od Borubara, albo nawet sam Zbigniew Hołdys - powiedzmy, że teatr mu zbrzydnie i postanowi się wziąć za publicystykę - trudno, niech już i oni się tu popisują. Niech te "wypchane głowy grubo im puchną".
Natomiast jeśli już będą pisać te swoje głupstwa, to niech przynajmniej przed kliknięciem w guziczek ‘wyślij', zechcą przeczytać choć raz, to co wyżej napisali i wezmą pod uwagę, że ich teksty czytają nie tylko ich politycznie rozchwiani fani, ale i inni użytkownicy Salonu, którzy szukają czegoś bardziej merytorycznego.
I przynajmniej zadbają o to, żeby zdanie, akapit, czy wreszcie cały wpis, miały w miarę wyraźny początek, rozwinięcie i zakończenie.
Przynajmniej tyle.

wtorek, 25 marca 2008

Ach ta słodka ignorancja!

Pewna pani któregoś dnia zajrzala do kościoła, gdy akurat odprawiano Mszę Świętą i zdębiała. Z przerażeniem zauważyła, że jeden z ministrantów miał rude włosy, a to wywróciło do góry nogami cały jej światopogląd. Kończyła szkoły, czytała gazety, oglądała telewizję, dyskutowała ze znajomymi, tak jak ona wykształconymi i kulturalnymi ludźmi, i zawsze wiedziała, że ministrant nie może być rudy.
Dlaczego? To oczywiste: bo rudy był Judasz.
Pani, o której mówię i tak jeszcze pozwoliła sobie na zdrowy gest. Uznała, że jej infomacje były nieścisłe i od tego intelektualnie urodzajnego dnia wiedziała, że ministrant, okazuje się, może być rudy. Gdyby na jej miejscu znaleźli się niektórzy uczestnicy toczącej się w naszym kraju debaty, prawdopodobnie widząc rudego ministranta doszliby do wniosku, że albo to wina światła, albo to jakiś dziwny kościół, albo "co z tego?"
Ja tu sobie troszkę żartuję, choć ta przykładowa pani jest jak najbardziej autentyczna, jednak cała sprawa jest jak najbardziej poważna. Otóż kiedy się obserwuje wspomnianą już przeze mnie debatę i przeżywa temperaturę sporu, nie sposób nie dostrzec, że ogromna część odpowiedzialności za ten kompletny intelektualny chaos spoczywa właśnie na najzwyklejszej ludzkiej ignorancji. Kiedyś mawiało się, że wszyscy jesteśmy lekarzami; obecnie tę samą regułę możnaby odnieść do sfery publicznej. Ktoś coś przeczytał, ktoś inny coś usłyszał, jeszcze ktoś coś sobie przypomniał i to wszytko wystarczy, żeby wszyscy ci specaliści natychmiast włączali się do dowolnej dyskusji, czy to na temat aborcji, czy na temat kary śmierci, czy tylko na temat supermarketów.
A każda nowa dyskusja tworzy natychmiast nową rzeczywistość, która zaczyna żyć własnym życiem i już nie sposób powstrzymać biegu zdarzeń. W ten sposób nagle okazuje się, że były kiedyś gdzieś jakieś wieśmaki i był też pewien pies o imieniu Saba i że kiedyś Lech Wałęsa biegał po Sejmie z siekierą, żeby zniszczyć rząd ROAD-u, czy jakoś tak, ale obecnie jest inaczej, bo mamy wreszcie pierwszy demokratycznie wybrany rząd, który szanuje młodzież i w ogóle wszystkich.
I nie ma absolutnie żadnego sposobu, żeby powiedzieć: wiem, byłem, widziałem, jest tak i tak, bo każdy gdzieś już był i coś już widział, więc wie, a nawet, jak nie wie, to się domyśla, bo zdaje mu się, że gdzieś czytał.
Jak mówię, jest to sytuacja niewesoła, ale to co najbardziej przykre to fakt, że ten stan rzeczy jest z pewnego bardzo szczególnego punktu widzenia bardzo korzystny. Tak jak niewątpliwie są pewne interesy i środowiska, dla których lepiej jest, jeśli jak najwięcej obywateli sądzi, że ministrant nie może być rudy, a na przykład - zupełnie już z innej beczki - banki są po to, żeby ludziom było lżej i przyjemniej, są też grupy, w których interesie jest to, żeby jak najwięcej osob na temat najnowszej historii Polski wiedziało jak najmniej. I w ogóle, żeby jak najwięcej ludzi wiedziało jak najmniej.
Bo tylko w ten sposób można zapanować nad tą planszą i w miarę potrzeb, które przecież nieustannie się modyfikują, można dokonywać pożądanych przesunięć dla osiągnięcia jeszcze bardziej pożądanych celów.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...