Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konwencja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konwencja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2019

O nas, ludziach z obsługi


      Z wczorajszej konwencji Prawa i Sprawiedliwości, w której wziąłem udział, pierwszą rzeczą, jaka mi się spodobała, był przyznany mi przy wejściu identyfikator z wypisanym na froncie tytułem:  „obsługa”. Ponieważ zaproszenie, jakie otrzymałem na owo spotkanie było pierwszym od wielu, wielu lat i szczerze powiedziawszy, nie byłem już nawet pewien, czy nadal jestem członkiem PiS-u, czy nie, miałem podejrzenie, że władze partii, obawiając się, że mogą być kłopoty z frekwencją, postanowiły zorganizować klasyczną łapankę. Nic bardziej błędnego. Frekwencja była bez zarzutu, gdy przyszedłem na miejsce, wszystkie miejsca w liczbie 624 były już zajęte przez lokalnych działaczy, a jak się okazało, my obsługa byliśmy potrzebni Partii wyłącznie do tego, by wypełnić wszystkie możliwe przejścia między rzędami oraz wejścia na salę w taki sposób, by widzowie TVP Info mogli odnieść wrażenie, że miejsce okazała się zbyt małe, by pomieścić wszystkich chętnych.
     Ponieważ mam ostatnio tak, że nawet w kościele nie mam dość cierpliwości, by stać, zrozumiałą rzeczą jest chyba to, że sam początek było dla mnie nadzwyczaj rozczarowujący, zwłaszcza że nie miałem pojęcia, ile to wszystko potrwa. Ponieważ jednak na szczęście impreza zaczęła się punktualnie, przemówienia wygłosili jedynie Prezes, Premier, oraz lider listy do europarlamentu, pani Jadwiga Wiśniewska, wszystko zakończyło się  już po jakiejś godzinie, więc dałem radę i w pierwszym dogodnym momencie dałem nogę.
       Ktoś pomyśli, że jestem tym, co mnie tam spotkało, rozczarowany. Otóż nic podobnego. Przede wszystkim to, że mamy w województwie aż tylu działaczy, to że prezes Kaczyński i premier Morawiecki są wciąż w bardzo dobrej formie, a kandydatka Wiśniewska w swoim pięknym czerwonym kostiumie i z tak samo pięknym uśmiechem wyglądała bardzo ładnie, szalenie mnie ucieszyło i w efekcie moje przekonanie co do tego, że PiS zmierza dziś prostą drogą do kolejnych zwycięstw, jest jeszcze mocniejsze niż wcześniej.
       Oczywiście nie będę udawał, że nie zauważyłem tam obecności Marka Suskiego, z niezmiennie zadowoloną z siebie twarzą i w dodatku wciąż w najbliższym otoczeniu Prezesa, i  że ta część programu nie wyprowadziła mnie nieco z równowagi. Powiem zupełnie uczciwie, że jest bardzo mozliwe, że gdyby nie fakt, że wokół była cała kupa panów z ochrony, podszedłbym do niego i napluł mu na ten głupi łeb... no ale ponieważ wygląda na to, że z tym idiotą będziemy się wszyscy musieli męczyć jeszcze przez wiele długich lat, nie mam chyba innego wyjścia, jak machnąć na niego ręką.
       Aby zakończyć tę notkę bardziej porządną refleksją, zacznę może od pewnej anegdoty. Mamy tu – o czym już chyba kiedyś wspominałem – nadzwyczaj dla Partii zasłużonego działacza, pana Piotra Pietrasza, z którym się znam jeszcze z czasów wczesnego PC. Otóż rozmawiałem z nim kiedyś na temat Jarosława Kaczyńskiego i zapytałem, czy on Pietrasza, który, jak by nie było, jest tu dość ważny, jakoś szczególnie rozpoznaje i on mi opowiedział ową anegdotę. Otóż Pietrasz regularnie bierze udział w dorocznych grillach organizowanych przez Kluby „Gazety Polskiej” z udziałem Prezesa, i tam jest tak, że na samym środku pali się ognisko, wokół ogniska siedzą Prezes, Sakiewicz, oraz główni ludzie Sakiewicza, nieco dalej jest krąg działaczy mniej ważnych, jeszcze dalej krąg następny i tak dalej, i tak dalej. Poza kręgiem najbliższym, do Prezesa dostępu nie ma nikt, ale Pietrasz miał to szczęście, że pewnego razu, już po zakończonej zabawie, Prezes Pietrasza zaczepił jednym zdaniem, zwracając się nawet do niego per „panie Piotrze”. Przypomniałem sobie tę historię, kiedy patrzyłem na ów układ sił podczas katowickiej konwencji. Siedział więc Jarosław Kaczyński, po jego prawej stronie posłanka Wiśniewska, oraz minister Tobiszowski, z kolei po lewej Mateusz Morawiecki, a obok Morawieckiego posłanka Izabela Kloc, a dalej – tyle że już po drugiej stronie przejścia – Antoni Macierewicz. Jako pierwszy przemawiał Prezes i wtedy przez pewien czas między Premierem a panią Wiśniewską było puste miejsce. Kiedy Prezes wrócił, na scenę wyruszył Premier i wtedy, uwaga, posłanka Kloc natychmiast przesunęła się na kjego miejsce, by choć przez chwilę posiedzieć sobie przy Jarosławie, a ja sobie już tylko myślałem, że to dopiero będzie figiel, jak ona się już stamtąd nie ruszy i to Morawiecki będzie musiał się posunąć.
      Co z tego? Nic. Dokładnie nic. Rzecz w tym, że patrzyłem na tych wszystkich działaczy siedzących w kolejnych rzędach, potem na stojących wokół mnie członków obsługi i przypomniały mi się dawne czasy, kiedy wszystko było jeszcze strasznie niepoważne, a my byliśmy jak dzieci, i można było nawet przez chwilę podejść do Jarosława Kaczyńskiego i z nim dłużej porozmawiać. Pamiętam jak spotkaliśmy się na imprezie z okazji trzecich urodzin Salonu 24 i któryś z kolegów powiedział mu, że jest taki bloger Toyah, który bardzo mocno wspiera Prawo i Sprawiedliwość i że mógłby on być dla Partii kimś bardzo cennym. Jarosław Kaczyński zainteresował się, spojrzał mi w oczy i zachęcił mnie bym się zgłosił do miejscowych struktur, zaczął tam działać i w ten sposób spróbował zrobić polityczną karierę.
       Ciekawe, czy mam żałować, że Prezesa wówczas nie posłuchałem. Ciekawe, czy przy dobrych wiatrach nie stałoby się tak, że wczoraj, jak tam sobie stałem i biłem brawo premierowi Morawieckiemu, któryś z tych co stali obok nie powiedziałby do mnie „Cześć, jak leci?”, a potem wspólnie byśmy poszli, by sobie zrobić zdjęcie z posłem Suskim. A Wy co o tym myślicie?
      ...Byłbym zapomniał. Posłanka Izabela Kloc oczywiście, kiedy ten wrócił, ustąpiła miejsca premierowi Morawieckiemu. Góra stoi.





sobota, 12 września 2015

O tym jak Prawo i Sprawiedliwość spaliło gitarę

Właśnie obejrzałem sobie w telewizorze konwencję Prawa i Sprawiedliwości, aktualnie prezentuje się Platforma Obywatelska z zapowiadanymi od wczoraj sensacjami, a ja już mam tylko jedną refleksję, którą pragnę się bardzo krótko podzielić.
Jak niektórzy z nas może pamiętają, w swojej książce o muzyce opisałem pewne zdarzenie jeszcze sprzed wielu, wielu lat, kiedy to podczas festiwalu w Monterrey doszło do konfrontacji między Jimi Hendrixem a Petem Townshendem, liderem zespołu The Who. Poszło o to, że podczas gdy popisowym grepsem The Who było wówczas to, by podczas wykonywania zamykającego koncert numeru „My Generation” zniszczyć sprzęt, Hendrix na koniec swojego występu podpalał gitarę, i Townshend doskonale wiedział, że po tym, jak Hendrix spali gitarę, pies z kulawą nogą nie zwróci uwagi na ekstrawagancje The Who. Stąd też bardzo mu zależało, by to nie oni zamykali wieczór, ale Hendrix. Polazł więc Townshend do Hendrixa przed koncertem i prosił go bardzo, by ten zgodził się zamienić kolejnością występów, argumentując, że Hendrix to taka gwiazda, a numer z podpaleniem gitary na tyle spektakularny, że on z pewnością i tak otrzyma swoją porcję oklasków. Bez efektu. Hendrix przyszedł, zagrał, spalił gitarę i wszyscy poszli do domu.
I tamten incydent właśnie, jak wspomniałem, przypomniał mi się, kiedy oglądałem konwencję Prawa i Sprawiedliwości, bo uświadomiłem sobie nagle, że oto właśnie owa gitara została skutecznie i ostatecznie spalona. Kiedy piszę ten tekst, w telewizji przemawia komisarz Lewandowski. Przepraszam bardzo, ale nawet jeśli on w pewnej chwili zacznie skakać po tej mównicy i walić się po łbie mikrofonem, rzeczywistości nie zmieni. Ten pociąg już odjechał.

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać inne historie nie tylko na temat The Who i Hendrixa, zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. Naprawdę warto.

niedziela, 21 czerwca 2015

Jednodaniowe Obiady Wojskowe, czyli fizyka górą!

Muszę się przyznać do pewnego wstydliwego bardzo kryzysu wiary. Otóż mimo że mamy wszyscy naprawdę mocne dowody na to, że wieje, wieje i wiać nie przestaje, w momencie gdy pojawiły się informacje, że podczas swojej sobotniej konwencji Platforma planuje zaprezentować broń autentycznie śmiercionośną, która doprowadzi do jej cudownego wręcz odrodzenia, pomyślałem sobie, że kto wie, co oni tam chowają po kieszeniach.
I oto przyszła ta sobota i okazało się nagle, że ponieważ poza konwencją Prawa i Sprawiedliwości nie ma nic, pojawia się problem, czy jest w ogóle jakikolwiek sens organizować coś jeszcze, a jeśli oni jednak nie zrezygnują, to czy ogólnopolskie media uznają, że ktokolwiek jeszcze jest gotów sobie nią zawracać głowę. No ale ostatecznie na mównicę weszła sama premier Kopacz, by wyjaśnić nam wszystkim, co oznacza skrót JOW, no a ponieważ premier to jednak premier, wypadało się już przełączyć.
Nie wiem oczywiście, jak na to, co się tam działo, zareaguje tak zwana opinia publiczna, gdy jednak chodzi o mnie, obiecuję, że już nigdy nie przyjdzie mi do głowy się obawiać, że tam cokolwiek może się jeszcze urodzić. To jest koniec ostateczny i nawet nie chodzi o to, że oni są zbyt głupi, czy że ów szok nie pozwala im działać racjonalnie – choć to oczywiście też – ale problem przede wszystkim polega na tym, że oni sami już nie wierzą w to, że warto walczyć. Oni sami doskonale sobie zdają sprawę z tego, że to już koniec i że z tego już nigdy nic nie będzie. I nawet gdyby tam nagle pojawił się jakiś czarodziej ze spełniającym życzenia dżinem, i obiecał im, że jeśli się wezmą do roboty, to nagroda będzie wielka i niczym nieograniczona, to jeśli oni się ruszą, to najwyżej na parę minut, a to z tego prostego powodu mianowicie, że tam już nie ma ducha. Nawet tego najbardziej czarnego, którego tak dobrze mieliśmy okazję przez te wszystkie lata poznać. Tam nie ma ducha, a więc też nie ma tej siły, które jest w stanie uruchomić maszynę. A skoro tak, to oni nie są w stanie się podnieść z przyczyn czysto fizycznych.
Oglądałem tę transmisję i mimo że miałem bardzo dużo okazji, by się odpowiednio zabawić, jeden moment zrobił na mnie wrażenie naprawdę duże. Otóż premier Kopacz skończyła swoje przemówienie, wróciła na miejsce... i nagle okazało się, że to już koniec i nikt ze zgromadzonych nie wie, co ma robić dalej. A zatem wszyscy stali, bili brawo, rozglądali się niepewnie dookoła, aż wreszcie na mównicę wszedł minister Trzaskowski, zawołał „Do roboty!”, i towarzystwo zaczęło się rozchodzić. I tak się skończyła ta konwencja.
Kilka lat temu na tym blogu, jeszcze zanim to wszystko zaczęło się realizować, napisałem, że to nieszczęście musi się skończyć z tego jednego powodu, że fizyka tego typu zjawiska nie zniesie. No i okazało się, że miałem rację. Im to, że będą rządzić wiecznie, wychodziło z liczb. A błąd polegał na tym, co zawsze: oni pomylili matematykę z fizyką.

Przypominam, że nakład książki o siedmiokilogramowym liściu, zawierającej wczesne felietony z tego bloga, się ostatecznie wyczerpał. Mam tu jej jednak jeszcze paręnaście egzemplarzy, a więc gdyby ktoś miał życzenie, proszę do mnie pisać na adres toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.

sobota, 17 września 2011

Wspomnienie, czyli o człowieku, któremu zabrano piłkę

Wystąpienie Donalda Tuska sprzed tygodnia na przedwyborczej konwencji Platformy Obywatelskiej w Warszawie, spotkało się z pewnym zainteresowaniem mediów i po krótkiej chwili rozpłynęło w niebycie. Uważam tę sytuację za zupełnie niezwykłą z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że taki sposób potraktowania pana Premiera przez System oznaczać musi bardzo poważną zmianę w ogólnym podejściu Prawdziwej Władzy do swojego emisariusza, a to z kolei musi też świadczyć o tym, że w ogóle zmienia się więcej niż można się było wcześniej spodziewać. Drugi natomiast powód mojego zainteresowania sprawą sprowadza się do tego, że wedle powszechnej opinii, a także przy mojej pełnej tu zgodzie, wystąpienie Premiera było najlepsze z dotychczasowych. Wydaje mi się, że medialne otoczenie Donalda Tuska wykonało tak zwany rzut na taśmę i to z niezwykłym powodzeniem. Premier nie dość, że wyglądał tak dobrze, że lepiej nie wyglądał nawet w drugi dzień po sławetnym powrocie z wojaży w Peru, został ubrany tak elegancko, że bardziej elegancko wyglądać już nigdy nie będzie, a w dodatku specjalistom od wizerunku udało się osiągnąć absolutne mistrzostwo w czystym połączeniu idealnego pustosłowia z wrażeniem historyczności chwili. I kiedy mogło się już tylko wydawać, że oto doszło w Polsce do wydarzenia na miarę epoki, okazało się, że tym wszystkim pies z kulawą nogą się nie zainteresował. I Donald Tusk pozostał na tej scenie samotny, z tą rozmazaną tuszem i szminką buzią, jak nie przymierzając Dirk Bogarde w finałowej scenie „Śmierci w Wenecji”.
Uważam, że powinniśmy zapamiętać ten dzień i ten moment upadku. Bo to już nawet nie jest moment upadku pojedynczego człowieka, ale moment upadku całego projektu. Ktoś powie, że nic takiego się nie stało. Takich wystąpień i mniej więcej takich reakcji, było już całe mnóstwo, i, jak widzimy, nikomu to nawet za bardzo nie zaszkodziło. Otóż owszem – cały plan polityczny Donalda Tuska i jego ekipy sprowadzał się zawsze do tego, by robić wrażenie na najmniej wymagającej publiczności, i jego skuteczność przestała być podziwiana już dość dawno temu. Jednak w moim odczuciu, to co się stało w minioną sobotę w Warszawie było zdecydowanie rodzajem wizerunkowego come backu, i w normalnej sytuacji powinno było wywołać – przynajmniej u bardziej zatrutej części elektoratu – euforię. Tymczasem nie stało się nic. A to może świadczyć tylko o jednym. Że koniec jest już za progiem. A ja się zastanawiam, co takiego się stało, że ten etap dobiegł końca? Czy to zmęczenie aktora, czy może publiczności? A może jeszcze coś innego. Może to poszło o to, że ktoś zabrał piłkę?
Już tłumaczę, o co chodzi, ale najpierw pewne dłuższe wprowadzenie. Oglądałem więc najpierw premiera Tuska, umieszczonego w tej niezwykłej harmonii i wręcz kosmicznej symetrii między dwoma błękitnymi telebimami, następnie słuchałem zaszokowany wystąpień wynajętych przez TVN24 ekspertów, którzy – potężnie zażenowani – coś tam mruczeli, że, owszem, bardzo ładnie, ale… i tak dalej i tak dalej, i przypomniały mi się zamierzchłe czasy tryumfu tego zła, kiedy to któregoś dnia ujrzałem pana premiera Tuska, jak wspólnie z ministrem Drzewieckim, tym razem już po, a nie przed dzienną porcją ogórków, otwierali boisko piłkarskie, które, miało rozpocząć nową erę w historii tego umęczonego brakiem boisk do nogi kraju. Ponieważ akurat przemówienia Donald Tusk wygłaszać lubił zawsze, również wówczas stanął i przemówił. Poszło o to, że zdaniem Premiera, wszyscy mamy grać w piłkę i mamy to robić z sercem. Mało tego. Nie dość, że mamy grać w piłkę z sercem, to mamy też uczyć grać w piłkę nasze dzieci i mamy to robić najlepiej od rana do nocy. On nam załatwił stadion, i załatwił też na tym stadionie światło, więc nic nie stoi już na przeszkodzie, byśmy siedzieli na boisku nocą i kopali się na oświetlonej trawie.
Przypomniałem sobie dziś tamto wystąpienie, bo mam wrażenie, że, choć oczywiście sobotniego nie przebije nic, to tamto było bardzo blisko. Patrzyłem tamtego dnia, jak Donald Tusk stoi przy linii bocznej i z każdą minutą popada w taką egzaltację, że bałem się, że jeszcze chwila i zacznie wrzeszczeć, a później wpadnie na tę zieloną murawę i zacznie odbierać piłkę bawiącym się dzieciom. Całego tekstu tamtego wystąpienia nigdy nie udało mi się odnaleźć, ale gdzieś trafiłem na fragment z następującym przekazem: "prawdziwy sport wymaga poświęcenia i traktowania tego zajęcia bardzo serio". Ja oczywiście kompletnie nie wiedziałem, o co premierowi chodziło. Nawet dziś nie mam pojęcia, o co chodzi w "prawdziwym sporcie", to znaczy, czym się różni sport "prawdziwy" od "nieprawdziwego", a tym bardziej nie wiem, dlaczego dla tego sportu należy się "poświęcać" i dlaczego należy go traktować "bardzo serio". Z moich doświadczeń, jak idzie o premiera Tuska i jego ferajny, wnioskuję, że prawdziwy sport to piłka nożna, a to, że piłkę nożną należy traktować serio, to się rozumie samo przez się. Zresztą wystarczyło uważnie słuchać tamtego przemówienia Donalda Tuska i jednocześnie obserwować jego uroczyście postawione w słup oczy, żeby wiedzieć, że tu żartów nie ma.
Dziś już nie pamiętam, jak to szło dokładnie, ale była mowa o walce do upadłego, o grze tak długiej i zaciętej, że widok rozpalonej wściekłością prawdziwie męskiej przygody, w świetle reflektorów osiągnie wymiar prawdziwej sztuki. Była mowa o miłości, której początek utworzyło właśnie boisko, była mowa o przyjaźni i o rywalizacji. I wreszcie była mowa o komputerach. Bo otóż nie tylko będziemy wszyscy grać do upadłego w piłkę. Wszyscy również będziemy siedzieli przed komputerami i patrzyli, jak w piłkę grają inni, we wszystkich miastach i miasteczkach Polski i Świata, a nawet – nie bardzo tu akurat wiem, jak – sami też będziemy grali w piłkę przez te komputery. Wszystkie boiska będą monitorowane. Na boiskach nasze dzieci będą grać w nogę, a my będziemy patrzeć w ekran komputera, który nam oczywiście załatwi Donald Tusk, i będzie git.
I wtedy po raz pierwszy w życiu pomyślałem sobie, że premier oszalał. Zwyczajnie zwariował z jakiejś choroby. I nawet nie chodziło mi o to, że to wszystko brzmiało, jak jakaś kompletnie chora obsesja. Że ten widok nocnych boisk, po których, jakieś stado opętanych szaleństwem osobników biega za piłką, jest kompletnie nierzeczywisty. Że te tysiące komputerów, na których dorośli obserwują tysiące boisk do wyboru, do koloru na całym świecie, jest raczej przerażający, niż choćby zabawny. Problem był w tym, że premier mojego rządu, z tego nadmiaru stresu, czy jedynie pracy, nie jest w stanie się uspokoić, o ile raz na jakiś czas nie kopnie sobie porządnie piłki.
Ja, przyznam, że znam tego typu ludzi dość dobrze. Miałem okazję w swoim życiu obcować z tego rodzaju osobnikami, najczęściej cholerycznie usposobionymi mężczyznami na kierowniczych stanowiskach, którzy kiedy idą do pracy są już odpowiednio naładowani złymi emocjami, w pracy są nieustannie wściekli, na wszystkich wrzeszczą, a na biurku trzymają zdjęcie żony i dzieci, bo wierzą – złudnie, jak się okazuje – że to zdjęcie ich uspokaja. No a potem złoszczą się jeszcze bardziej i już nie marzą o niczym innym, jak o tym, żeby pójść pograć w cokolwiek: ping ponga, kosza, siatę, albo po prostu w piłkę nożną. Oni nie biegają, nie jeżdżą na rowerze, nie chodzą na siłownię. Oni muszą walczyć, kopać się po kostkach, wrzeszczeć, pluć złością, kląć – tak, kląć przede wszystkim – muszą mieć poczucie, że są lwem, tygrysem, mordercą, czystą nieposkromioną energią. I wtedy, gdy już się umordują, jak należy, kiedy już wyplują z siebie całą tę złą energię, która im towarzyszyła od rana, mogą spokojnie wrócić do domu i położyć się spać. Tak wygląda ich życie, i – co najgorsze – tak wygląda ich recepta na życie. Tacy właśnie są, i uważają, że inni też są dokładnie tacy sami, ale ponieważ ci inni właśnie nie uprawiają sportu, to ta zła energia ich trawi. I przez to oczywiście są gorsi.
Ci obsesyjni sportowcy nienawidzą ludzi. Uważają, że każdy napotkany człowiek jest zły, głupi i niesympatyczny. Są przekonani, że tylko oni potrafią sensownie zagadać, uprzejmie się odezwać, ciekawie wypowiedzieć, bo tylko oni tak naprawdę potrafią kochać. A miłość tę mają, bo wiedzą, że "prawdziwy sport wymaga traktowania tego zajęcia bardzo serio". Oto obsesja, oto autentyczna fiksacja, niestety dziś również na poziomie władzy.
I oto dziś, po latach, z jednej strony widzę premiera Tuska, jak na konwencji Platformy Obywatelskiej wygłasza to niezwykłe wystąpienie, które od tamtego różni się już nie tylko tym, że jest zdecydowanie lepsze i gładsze i poruszające, ale również jeszcze bardziej puste i o niczym, i myślę sobie, że pan Premier już nawet nie może zostać nazwany szaleńcem. Nie można na niego powiedziec, że jest durniem, pajacem, czy choćby potworem. On jest już tylko idealnie odpicowanym manekinem czegoś, co kiedyś przynajmniej chodziło po swoim gabinecie i kopało piłkę.
Jak słyszę, Janusz Palikot w swojej najświeższej książce ujawnia to wszystko co myśmy lata temu podejrzewali, a więc i to tuskowe chamstwo, tę jego nieustanną wściekłość, mściwość, pamiętliwość i ten ciągły, nieprzerwany pęd do piłki. Wygląda na to, że ostatnio ktoś Tuskowi ostatecznie tę piłkę odebrał. Domyślam się, że zrobił to – no bo któż inny – System, uznając, że tak dalej być nie może. I nagle okazało się, że kiedy zabrakło piłki, nie zostało już nic. Tylko ta maska i ta szminka.
Właśnie Naród został poinformowany że już więcej konwencji nie będzie. To co miało być, zostało odwołane, kolejnych się nie przewiduje. Nie będzie więc najbliższej konwencji w Poznaniu, nie będzie konwencji w Krakowie, nie będzie konwencji nigdzie. Wygląda na to, że miałem rację. Igor Stachowicz zdecydowanie przedobrzył. A bez piłki – wiadomo. Jak bez kluczyka. I bez bateryjki. No i dobrze. Wystarczy.

Nie bardzo wiem, czy te moje apele przypadkiem nie wywołują ostatnio już głównie wzruszenia ramion, no ale próbować warto. Zwłaszcza, że póki co, nie bardzo widzę, co mógłbym robić zamiast tego. A więc proszę o kupowanie książki i wspieranie tego bloga finansowo pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...