Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AMber Gold. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AMber Gold. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lipca 2018

Świński trucht jako doktryna dla Polski


      Parę dni temu sejmowa komisja próbująca rozwiązać zagadkę afery Amber Gold wzięła się ostatecznie za ministra Jacka Rostowskiego i choć przyznać trzeba, że całe to przesłuchanie, ze względu na wybitnie bezczelne zachowanie ministra, w pewnej chwili zaczęło robić wrażenie totalnego absurdu, ja sam zaobserwowałem tam coś, co muszę uznać za przekraczające nawet te granice, które zostały dostrzeżone przez popularne media.  I, jak się może niektórzy z nas domyślają, owszem, chodzić tu może o ów wszędzie już cytowany fragment wypowiedzi Rostowskiego, kiedy ten, komentując bezczynność organów polskiego państwa wobec tego, co się wyprawiało w Gdańsku, oznajmił, że właściwie fakt iż ministerstwo, ABW, CBA, służby skarbowe, prokuratura, czy wreszcie policja nie zrobiły nic w celu powstrzymania owego złodziejstwa, powiedział zupełnie otwartym tekstem, że może to i lepiej, że to się tak potoczyło, bo gdyby tylko Marcin P. zorientował się, że polskie państwo wie o jego działalności i zamierza go ścigać, to, jako szczególnie utalentowany przestępca, znalazłby tak nadzwyczajnie przemyślane sposoby, by ono do dziś nie byłoby wykryte.  A tak, proszę!  To wiec, że dziś Marcin P. i jego żona są w areszcie, stanowi zasługę rzekomej nieudolności państwa Platformy Obywatelskiej. Jak to pięknie określiła niezastąpiona przewodnicząca Małgorzata Wassermann, nie ma co gonić złodzieja, bo on wtedy będzie biegł jeszcze szybciej.
       Wszyscy się oczywiście dziś śmiejemy z tego biednego durnia, że on jest taki jaki jest, no a poza tym też i z tego, że on się tak fatalnie wystawił na pośmiewisko, ja jednak myślę sobie, że jest w tym coś naprawdę bardzo poważnego, o czym warto wspomnieć tu choć w paru słowach. Otóż, moim zdaniem, owa filozofia, że nie ma sensu gonić złodzieja, bo on wtedy będzie biegł jeszcze szybciej i wtedy dopiero będziemy mieli kłopot, pokazuje nam bardzo dokładnie, co nasza Polska przeżywała przez ostatnie dziesiątki lat i pokonanie czego obiecuje nam już dziś tylko Prawo i Sprawiedliwość. Ja jestem w najwyższym stopniu wdzięczny temu dziwakowi, że on w tak piękny i niewymuszony sposób przedstawił nam cały program rządów najpierw Donalda Tuska, a już pod koniec, również Ewy Kopacz, a tak naprawdę także w przeważającej części tego, z czym mieliśmy do czynienia przez minione niemal 30 lat. Tam od początku do końca chodziło wyłącznie o tę ciepłą wodę w kranie, w tym mianowicie ujęciu, że to jest maksimum tego, na co możemy liczyć, ponieważ wszystko co ponadto i tak jest dla nasz szaraczków nie do uzyskania. Dlaczego? Bo są uczestnicy tej gry od nas znacznie cwansi, którzy, cokolwiek my zrobimy, bez najmniejszego problemu sprawią, że temperatura się nie podniesię ani o jeden stopień. Oto owa doktryna dla Polski, do której przyjęcia od lat namawia Coryllus, tak jak ja przedstawili ci oto ludzie.
        Ale obok tego jeszcze coś. Chodzi o myśl, że skoro mianowicie jest jak jest, tylko frajer nie zechce przyłączyć się do zwycięzców.
        I to właśnie, jak nam to w sposób wręcz mistrzowski przedstawił były minister Jacek Vincent Rostowski, stanowi całą filozofię rządów minionych. Aż nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś tak głupi był w stanie wykrzesać z siebie aż tyle sensu.

Bardzo zachecam do kupowania moich książek. Adres, każdy kto chce, zna.
        

środa, 5 września 2012

Kim jest Dziadzia w Kancelarii?


Ja zdaję sobie sprawę z tego, że pisanie o Bronisławie Komorowskim mogło być jeszcze jakiś czas temu pewnym wyzwaniem, natomiast jakiekolwiek zawracanie sobie tym dziwnym człowiekiem głowy dziś, to nie dość, że strata czasu, ale i zwykły wstyd. Zwłaszcza dla kogoś, kto szczególnie stara się dbać o swoją reputację. A mimo to, nie dość, że, jak widać, o nim piszę, to w dodatku jeszcze, tę swoją tak siłą rzeczy krepującą wypowiedź przyozdabiam dużym kolorowym zdjęciem. Czemu? Otóż powód jest dość prosty. Bronisław Komorowski wystąpił z telewizyjnym orędziem do narodu i przypomniał o sobie w sposób tak dramatyczny, jak to tylko on potrafi.
Dodatkowo jeszcze, portal TVN24, informując o zdarzeniu, zamieścił powyższe zdjęcie, i ono – samo to zdjęcie – zrobiło na mnie takie wrażenie, że się zwyczajnie nie mogłem powstrzymać. Dotychczas bowiem było tak, że jak chcieliśmy się wzajemnie postraszyć, lub rozśmieszyć, publikowaliśmy najnowszą fotkę pani Dziadzi, i było git. Kiedy natomiast zobaczyłem to zdjęcie, pomyślałem sobie, że on ją najzwyczajniej w świecie przegonił. Od dziś, ile razy zobaczymy panią Dziadzię i zamiast się łapać za głowę, zaczniemy się bezradnie rozglądać, będzie to dowód na to, że nasze apetyty zostały skutecznie rozbudzone, i już byle czym się nie zadowolimy. A więc, on jest tu wyłącznie po to, by szokować. Ot tak. Jak to w mediach. Chodzi tylko o efekt.
No ale my, jak wiadomo, mamy tu też pewne ambicje, więc samym zdjęciem się dziś nie wykpię. Musi być też celny podpis. A zatem, proszę bardzo – oto podpis. Telewizyjnie wystąpić Bronisław Komorowski postanowił w jednym i tylko jednym celu. Chodziło mianowicie o to, by z wyżyn prezydenckiego autorytetu poinformować Polaków, że głównym winnym afery Amber Gold jest Prawo i Sprawiedliwość. I to uważam za niezwykle ciekawe. Dotychczas bowiem pojawiały się w przestrzeni publicznej takie sugestie, że to PiS jest odpowiedzialny za tę aferę, tyle że wyłącznie w formie kpin. Że to niby ta Platforma jest tak bezczelna, że oni niedługo wszystko zwalą na PiS. Oczywiście, słuchaliśmy tych żartów, a mimo to wszyscy też wiedzieliśmy, że tak się nie stanie, bo w końcu – bez przesady. No ale pożartować oczywiście zawsze można. No i oto, czego nie odważył się zrobić ani Donald Tusk, ani nawet któryś z jego bałwanków, chętnie uczynił Bronisław Komorowski. Sprowadził do siebie telewizję i powiedział, że za aferę Amber Gold przede wszystkim odpowiada „wymiar sprawiedliwości i to sprzed ładnych paru lat, kiedy główny negatywny bohater tego dramatu po prostu miał sprawy w tzw. zawiasach lub sam się godził na wymiar kary, dzięki czemu sam unikał rozgłosu. Warto zapytać, dlaczego wtedy sędziowie sprzed ładnych paru lat dawali tego rodzaju łagodne wyroki”.

D94723/.s mjie9ie4p0rnn36^*()__(*8656wh09;???

Ja tego oczywiście ani nie widziałem, ani też nie słyszałem. No ale TVN24 podaje, że te słowa padły, więc pewnie nas nie buja. No a poza tym, widzimy wszyscy to zdjęcie. Prawda? Jednak, powiem szczerze, ze gdyby tylko chodziło o to, że Bronisław Komorowski powiedział to co powiedział, to ja bym na to machnął ręką. W końcu – mam nadzieję, ze tak mi powiedzieć jeszcze wolno – pies go drapał. To co mnie w tym fragmencie zafrapowało, to dwukrotne powtórzenie frazy: „sprzed ładnych paru lat”. To bowiem brzmi tak okropnie sztucznie, że ja bym się zdziwił nawet gdyby coś takiego zrobiła ruska maszyna cyfrowa. Czytam te dwa zdania jeden raz i drugi, i zwyczajnie nie mogę uwierzyć, że prezydent Komorowski powiedział to sam z siebie. I dochodzę do wniosku, ze on pewnie chciał powiedziec „pisowcy”, albo „Kaczyński”, albo „sędziowie od Ziobry”, ale któryś z jego doradców – Wujec, Lityński, albo może sam Mazowiecki – powiedzieli mu, że tak będzie za mało subtelnie i że lepiej by było, gdyby on powiedział coś w rodzaju „sprzed ładnych paru lat”. Że w tym będzie ta elegancja i to niedopowiedzenie, i przez to on zrobi na Polakach lepsze wrażenie. No i naszemu Prezydentowi to się tak spodobało, że on to powiedział raz, a potem od razu jeszcze raz. No i wyszło tak, że – razem z tym zdjęciem – no sami wiemy.
Ktoś mi powie, że Komorowski nie gadał z głowy, ale normalnie czytał z promptera, więc to było tak napisane, jak on to odczytał. No i to jest oczywiście możliwe, tyle że mi się nie chce w to wierzyć. W końcu, kiedy człowiek jest prezydentem, albo premierem, to ma specjalnie wynajmowanych ludzi do pisania mu wystąpień. Jak wiemy, Donald Tusk to osoba niezbyt, że tak powiem, lotna, a sposób uprawiania przez niego polityki jest taki, że każde jego wystąpienie siłą rzeczy musi być co najmniej tak samo puste, jak pusty jest on sam. Trzeba jednak przyznać, że one są napisane. Tam nie ma jednego miejsca, gdzie można by było powiedzieć, że coś nie gra. Tymczasem tu mamy owo „sprzed ładnych paru lat”. A zatem, jeśli on to faktycznie czytał, a nie sam sobie wydrapywał spod czaszki, to odpowiedź może być tylko jedna. Jemu to przemówienie napisała Dziadzia. To mogła zrobić już tylko ona. Bo tu nawet nie wierzę w tego… no jak mu tam? Nałęcza.
A więc, to się zdarzyło. Komorowski wygłosił orędzie i skomentował sprawę Amber Gold. A ja już tylko powtórzę. Tak naprawdę, poszło tylko o to zdjęcie. I ja je tu wklejam z zimnym okrucieństwem. No a jeśli ktoś nie może znieść sytuacji, gdzie pożytek jest aż tak marny, niech sobie je wydrukuje i powiesi swoim dzieciom, wnukom, ewentualnie siostrzeńcom nad biurkiem, żeby zawsze wiedzieli, co ich czeka, jak się będą źle prowadzić.

Słuchajcie! Słuchajcie! Dostałem miesięczne zastępstwo w pewnej szkole, z nadzieją, że może się ono przenieść na stały etat. Póki co jednak, jak idzie o obecne saldo, leżymy i kwiczymy. A telefony dzwonią. Bardzo więc proszę o pewną, w miarę możliwości widoczną, mobilizację. Dziękuję.

sobota, 18 sierpnia 2012

O pewnym czarnym Forum i jego honorowych gościach

Im dłużej obserwuję wszystko to co się dzieje wokół afery Amber Gold, tym większe mam przekonanie, że opinia publiczna pozostaje pod niezwykle istotnym wpływem grupy, dla których właściciel tego przedsięwzięcia, a więc niejaki Marcin Plichta, jest postacią wręcz świętą. Czemu oni tak bardzo hołubią ewidentnego oszusta, kogoś w kto w normalnie działającym politycznym i prawnym systemie już dziś odbywałby długoletni wyrok więzienia? Otóż moim zdaniem owo zauroczenie związane jest z czymś co ja osobiście nazywam liberalną zarazą, a dla nich stanowi normalny porządek tego świata.
Co mam na myśli, kiedy piszę o hołubieniu kłamcy i oszusta? O co mi chodzi, kiedy wspominam o traktowaniu przez niektórych afery Amber Gold jako idealnej okazji, by rozreklamować filozofię, którą możnaby określić zawołaniem „Nikt nikomu nie kazał”? Otóż rzecz w tym, że jeśli pominąć typowe przepychanki miedzy zwolennikami obecnej władzy, a jej przeciwnikami, na placu boju pozostaje praktycznie tylko jedna ściśle ideologicznie motywowana grupa. Mam na myśli tak zwanych właśnie liberałów, czy bardziej precyzyjnie – neoliberałów. Oczywiście, to tu to tam pojawi się ktoś, kto wspomni coś o obowiązku solidarności, o potrzebie współczucia, o ludziach słabych i bezradnych, jednak każdy tego typu głos natychmiast ginie zawstydzony w zgiełku wspomnianego wyżej hasła.
Stan obywatelskiej świadomości, o którym piszę uważam za przekleństwo naszych czasów. Bo z czym tak naprawdę mamy do czynienia? Z jednej oto strony stoją ludzie, którzy zwyczajnie nie wytrzymali i znaleźli się na progu fizycznego unicestwienia – to tu znajdziemy też znaczną część klientów Marcina Plichty – a z drugiej, wszystkich tych, którzy mimo że, tworząc ten nasz świat, mieli zwykły, ludzki obowiązek zadbać nie tylko o swój indywidualny los, ale również o to, by nikt w tym systemie nie został pokrzywdzony, ten swój obowiązek przez czysty egoizm zlekceważyli, a teraz wzruszają ramionami i mówią: „Nikt nikomu nie kazał”.
Nie sposób aż uwierzyć, że w cywilizacji, gdzie wydaje się rzeczą naturalną pomóc wstać komuś, kto upadł, zachowało się tak dużo przedstawicieli tego szczególnego gatunku, który wierzy, że ludzie się przewracają w sposób całkowicie naturalny i trudno się nimi wszystkimi zajmować. Zwłaszcza że przecież, jeśli takiemu ciamajdzie pomożemy raz czy drugi, on w końcu zacznie się specjalnie wywalać, wiedząc, że zawsze jakoś to będzie.
No własnie. To jest ów argument ostateczny. Życie jest ciężkie, każdy stara się jak może, a w związku z tym wiadomo, że na każdym kroku czyhają pułapki – trzeba uważać. Parę dni temu wystąpił w telewizji Leszek Balcerowicz – skądinąd popularnie znany jako główny twórca projektu o nazwie Forum Obywatelskiego Rozwoju, który jesienią 2007 roku umożliwił bezkarne funkcjonowanie oszustów takich jak Marcin Plichta – i oświadczył, że nie może być tak, by państwo w stosunku osób oszukanych przez Plichtę czuło jakikolwiek obowiązek. Dlaczego? Otóż dlatego, że jeśli ludzie nauczą się takiej nieodpowiedzialności, to będą na lewo i prawo ulegać najróżniejszym oszustom, a potem zwracać się do państwa o rekompensatę. A państwo, jak wiemy, ma psi obowiązek się samoograniczać. Dla dobra wspólnego. No powiedzmy… częściowo wspólnego.
Proszę zobaczyć, co tak naprawdę nam mówi Leszek Balcerowicz – należy to powtórzyć raz jeszcze – ojciec chrzestny obecnego systemu. Państwo nie ma absolutnie żadnych obowiązków poza tym jednym, by dbać o jak najlepsze możliwości działania dla tak zwanego wolnego rynku. Nawet jeżeli na to być wolny rynek, na którym najlepiej będą sobie radzić oszuści tacy jak Plichta. A jeśli zorganizuje się system w taki sposób, że każdy kto slaby i głupi będzie regularnie wykorzystywany przez mądrych i silnych, w końcu zdecydowana większość tych bałwanów tak zostanie wyćwiczona, że każdy sobie jakoś lepiej lub gorzej będzie umiał radzić. No a jeśli nadal gdzieś po kątach będą się kręcić jakieś niedorajdy, no to już trudno. Niech zdychają.
I to jest tak naprawdę zasługa Marcina Plichty, nie do przecenienia dla skutecznej edukacji społeczeństwa. Weźmy samego Leszka Balcerowicza. On nie lokował swoich oszczędności u Plichty. Dlaczego? Bo jest przezorny i zabezpieczony. On wie, że na takich Plichtów trzeba uważać. A czemu więc, jako człowiek o jednak znaczącym przecież publicznym autorytecie, pomysłodawca słynnego licznika odmierzającego wysokość długu publicznego, który nam załatwił sam minister Rostowski, nie wystąpił gdzie trzeba i nie ostrzegł tych mniej od siebie sprytnych? No a jakże tak? A niby dlaczego miał to robić? Ludzie sami mają wiedzieć. Raz się ich ostrzeże, następnym razem bez odpowiedniego przewodnika, jeden z drugim kroku nie zrobi. Co tam kroku? Palcem w bucie nie kiwnie. Bo to, panie, wszystko homo sovieticus! No a poza tym, co jest nie tak z samym Plichtą? Proszę popatrzeć. Państwo nawet nie musiało uruchamiać zwyczajowych procedur, żeby on się wyłożył. Sam rynek go zniszczył. Czyż to nie jest piękne?
A więc tak to działa. To jest w tej chwili, jak się wydaje, główny nurt polskiej mysli politycznej. Ów szczególny neo-liberalizm w moskiewskim wydaniu. Określony ostatecznie tą jedną, kompletnie obłąkaną myślą: „Nikt nikomu nie kazał”. A ja w tej sytuacji mam dla nich wszystkich na koniec jedno tylko życzenie. Tylko to jedno. Niech zdechną w nędzy. A zdychając, zdążą jeszcze tylko na koniec sobie pomyśleć, że coś, cholera, w pewnym momencie musieli zawalić.

Ponieważ ja już mam to wszystko za sobą, pozostaje mi tylko zwrócić się – już po raz kolejny – o wsparcie dla tego naszego bloga. Jeśli tylko macie z niego jakąś satysfakcję i sami jeszcze zipiecie, będę wdzięczny za każdy gest. No i zapraszam jutro na Krakowskie Przedmieście pod Namiot Solidarnych o 16.00. Będę tam z Coryllusem i będziemy wspólnie zadawać szyku.


czwartek, 16 sierpnia 2012

I żeby już tu nie wracali...

Przy okazji ostatnich wydarzeń związanych z udziałem syna premiera w przekręcie popularnie znanym jako Amber Gold, pojawiło się kilka bardzo poważnych refleksji, jednak chyba od żadnej z nich nie wiało tak niemal trupim chłodem, jak od tej związanej w najmniejszym stopniu z tym wypasionym byczkiem, z jego rodziną, czy politycznym biznesem, jaki jego rodzinie zapewnił pozycję i powodzenie, a nam coraz bardziej tylko nędzę i rozpacz. Nie o nich myślę. Mam tu na myśli Prawo i Sprawiedliwość, a więc życiowy projekt Jarosława Kaczyńskiego i jego zamordowanego już ponad dwa lata temu przez złych ludzi brata.
Ja oczywiście znam owe półszydercze analizy, które nas uprzedzają, że jeśli Prawo i Sprawiedliwość chce jeszcze kiedykolwiek przejąć władzę w Polsce, powinno wszystkich swoich polityków pochować w bardzo ciemnym zaułku, a i sam Jarosław Kaczyński powinien jak najmniej pokazywać się publicznie i wygłaszać jakiekolwiek opinie. Znam ten żart, doceniam jego przebiegłość, natomiast jestem pewien, że nawet jeśli za nim stoją jakiekolwiek rzeczywiste racje, uważam go za kompletnie pusty i pozbawiony jakiejkolwiek perspektywy, dokładnie tak samo, jak pusta i pozbawiona perspektywy jest dziennikarska kariera Roberta Mazurka, bodajże twórcy tego grepsu.
Bo o co chodzi? Przypadek Michała Tuska i jego polityczno-biznesowych protektorów pokazuje nam chyba już najwyraźniej, że Polska znalazła się w tym miejscu, gdzie trzeba być albo osobą naznaczoną osobiście przez Boga, albo kompletnym idiotą, żeby w obecnej sytuacji planować przejęcie jakiejkolwiek odpowiedzialności za tę ruinę. I pisząc to, wcale nie sugeruję, że jedyne co nam się opłaca, to pozwolić tej bandzie złodziei – a terminu tego używam, jak się można domyślić, wyłącznie umownie – dalej prowadzić nasz kraj do ruiny, by kiedy ich wreszcie piekło pochłonie, stanąć na tych gruzach i wziąć wszystko jak swoje. O nie! Tak dobrze wcale nie jest. Już w tej chwili kondycja naszego kraju jest taka, że, jak mówię, trzeba być albo posłańcem Niebios, albo ostatnim bałwanem, by choćby próbować dotknąć czegokolwiek, co ta banda porzuciła.
Donald Tusk zorganizował swoją konferencję prasową w sprawie afery Amber Gold, media jego wystąpienie odpowiednio skomentowały, natomiast jak idzie o opozycję, to – o ile czegoś nie przegapiłem – głównie wypowiedzieli się Ryszard Kalisz i Jacek Kurski, no i jakiś posel z PiS-u, którego nazwiska akurat nie udało mi się zapamiętać. Reszta, w tym przede wszystkim Jarosław Kaczyński, zapewne w oczekiwaniu na ostateczny wybuch, pozostała w schronach. A ja, po raz pierwszy w życiu chyba, nawet się nie zastanawiam, czy tam istnieje jeszcze jakiś plan. Bo – chyba po raz pierwszy w życiu – mam bardzo głęboką obawę, że trzeba być osobą albo posłaną przez samego Pana, albo kompletnym durniem, żeby cokolwiek planować. Bo o jakim planie możemy w ogóle mówić, skoro nie jesteśmy nawet w stanie wytyczyć sobie choćby bardzo ogólnego celu.
Na zakończenie swojego poprzedniego wpisu opowiedziałem jak to pewien komentator, odnosząc się do moich refleksji na temat całych zastępów pozbawionych jakichkolwiek perspektyw, bardzo ambitnych młodych ludzi, gotowych pracować za pół-darmo, lub wręcz za darmo, by przynajmniej nie wyjść z wprawy, zapytał: „A to źle, że chcą pracować?” I ja sobie dziś myślę, że oto materia z którą przyjdzie się zmagać tym, którzy, być może już bardzo niedługo, wejdą na ten porzucony teren. Z jednej strony ci biedni, czy to zbankrutowani, czy to na progu bankructwa ludzie, wypełnieni albo niczym nieskażoną obojętnością, albo nienawiścią do wszystkiego i wszystkich, a z drugiej kompletnie rozgrabiony kraj, zapomniany już nawet przez samego Boga.
Trochę ten wpis jest niepoukładany, a więc niech już taki zostanie do końca. I niech przyjmie jeszcze te dwie historie. Uczę trochę angielskiego w pewnej bardzo poważnej korporacji. Niedawno okazało się, że oni potrzebują nieco odciążyć pewną asystentkę dyrektora i zorganizowali nabór na to stanowisko. Przyjęli dziewczynę. Nic specjalnego. Standard. Wysoka, zgrabna, ładna, zamiast „dzień dobry”, mówi „witam”. Pytam mojego ucznia-dyrektora, trochę ze względu na zmartwienia mojej córki, co trzeba umieć, żeby dostać tego typu pracę. Odpowiada mi on, że nic. Ma umieć robić kawę, znać trochę język, no i dobrze, żeby nie była głupia. I kiedy już sobie pomyślałem, że właściwie nie jest źle, dowiedziałem się jeszcze czegoś: po opublikowaniu oferty, oni otrzymali ponad dwieście CV. Wygrała ta jedna. A ja już się tylko zastanawiam, czego zabrakło tym pozostałym? Miały kolczyki w nosie i tatuaże na policzku?
No i jeszcze coś. Też już o tym wspominałem. Starszy Toyah przebywa aktualnie w Coventry, gdzie pracuje za siedem funtów na godzinę, i jeśli tylko zechce, może tam pracować przez kolejne lata. Ponieważ zna gładko trzy języki, jest ciekawy świata, oczytany, grzeczny i inteligentny, może też spróbować podjąć tam jakieś studia. Pewna bardzo nam bliska osoba, wręcz histerycznie popierająca obecnie rządzący Polską układ, na sama myśl o tym, że Jaroslaw Kaczyński mógłby wrócić do władzy reagująca wściekłością, nieustannie nas namawia, by on nie wracał. By w żadnym wypadku nie wracał. Żeby nie wracał do Polski, nie wracał na uniwersytet, nie robił sobie nadziei. Niech tam zostaje i stara się żyć.
Módl się za nami grzesznymi.

Bardzo proszę o dalsze wspieranie tego bloga. Numer konta podany jest tuż obok. Każdy gest jest prawdziwie bezcenny. Jednocześnie przypominam, ze w najbliższą niedzielę na krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbędzie się organizowane przez Solidarnych 2010 spotkanie z blogerami Coryllusem i Toyahem. Zapraszam gorąco. Jeśli nam pozwolą, będzie można kupić książki z osobistą dedykacją autorów.

środa, 15 sierpnia 2012

Cały naród wspiera Józefa Bąka

Od kilku dni cała Polska żyje sprawą niejakiego Józefa Bąka, który – zupełnie niezależnie od skali problemu – tak się złożyło, jest synem Donalda Tuska, premiera rządu RP, i który – też zupełnie niezależnie od tego, że, jak to się złożyło, jest synem Premiera – wszedł w biznesowe relacje z pewnym bardzo podejrzanym towarzystwem. Gdyby ktoś, kto własnie znalazł się w Polsce zupełnie przypadkiem i nie miał bladego pojęcia, o jakim to szemranym towarzystwie jest mowa, powiem tylko że chodzi o interesy, za które w takich Stanach Zjednoczonych na przykład albo człowiek strzela sobie w łeb, albo z automatu idzie siedzieć na paręset lat do kozy. Historia zna odpowiednie przypadki. A więc, z jednej strony mamy cała kupę oszukanych na często bardzo ciężką gotówkę ludzi, a z drugiej owego Józefa Baka i jego kumpli. No a między jednymi a drugimi osobę Premiera, który, tym swoim tradycyjnie bardzo refleksyjnym tonem, kieruje do nas apel, byśmy się od niego i od jego rodziny odczepili.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak opowiedzieć trzy historie – jak najbardziej autentyczne – dotyczące trzech osób, może nie tak wiekowo i biznesowo zaawansowanych jak wspomniany Józef Bąk, niemniej również próbujących się utrzymać na powierzchni zdarzeń.
Byłem niedawno w Warszawie na ślubie syna mojego kuzyna. Tak jak to się dzieje w przypadku ślubu, po nim jest wesele, a skoro wesele, to po weselu trzeba pójść gdzieś spać. Najczęściej do hotelu. Ponieważ jestem osobą ciekawą świata, uciąłem sobie pogawędkę z pewnym bardzo młodym człowiekiem, który w owym hotelu jest zatrudniony jako recepcjonista. Jest to otóż chłopak, który do Warszawy przyjechał z małej miejscowości w południowo-wschodniej Polsce, zaocznie studiuje tam administrację, a w ciągu tygodnia siedzi w tej recepcji. Kiedy przyjechałem do wspomnianego hotelu, była sobota i godzina 15.00. Już w trakcie wesela, a więc późno w nocy zobaczyłem, że on tam wciąż siedzi i nieco przysypia. Zapytałem więc, jak się układa jego czas pracy. Powiedział mi ów chłopak z małej miejscowości w południowo-wschodniej Polsce, studiujący zaocznie administrację w Warszawie, że on tam jest od ósmej rano, pracę kończy o 8.00 kolejnego ranka i bardzo jest zadowolony, bo następnym razem będzie musiał być na miejscu dopiero w poniedziałek o 16.00. Zadowolony, bo niekiedy jest tak, że on musi wracać do pracy o 16.00 tego samego dnia. Ile za tę pracę dostaje? 1300 zł. Jakieś umowy? Zwyczajnie. Śmieci. Ma jeszcze rodzeństwo. Brata i siostrę. Oni też się uczą i pracują. To tu to tam.
Oto bardzo zdolna, ambitna i chętna do pracy absolwentka biotechnologii. Po roku bezskutecznego wysyłania do wszystkich możliwych miejsc swojego CV, otrzymała propozycję udziału w miesięcznym treningu w pewnej renomowanej krakowskiej firmie zajmującej się badaniem DNA, z zapewnieniem ewentualnego zatrudnienia. Przez ten miesiąc zdobyła pewne doświadczenie i wydała kilkaset złotych na dojazdy. Mimo tego, że już po paru dniach okazało się, że sposób działania owej firmy polega na korzystaniu z pracy takich jak ona, za darmo, bez jakichkolwiek umów i socjalnych zabezpieczeń, z ewentualną obietnicą jakichś parusetzlotowych śmieci w przyszłości. Z tego co można zobaczyć dziś, żadnej propozycji nie będzie. Nie trzeba. Na biurku piętrzą się kolejne podania chętnych do treningu.
Wreszcie trzeci przypadek. Oto chłopak. Niezwykle inteligentny i zdolny, znający w stopniu zaawansowanym trzy języki, wciąż studiujący, udał się w te wakacje do Coventry. Znalazł pracę w magazynie w jakimś większym sklepie. Właściciel sklepu płaci mu siedem funtów za godzinę, oferuje pełne ubezpieczenie i obsługę socjalną. Już we wrześniu, jak się dowiaduje, przysługiwać mu będzie tygodniowy płatny urlop. Chłopak bardzo kocha Polskę. Bardzo tęskni i nie może się już doczekać aż wróci do domu i na studia na uniwersytecie. W zeszłym roku pracował jako bileter w kinie. Płacono mu pięć złotych za godzinę, co oznaczało, że kiedy na przykład w minione święta przedzierał te bilety przez 10 godzin, za tę pracę dostał równo 50 złotych. Oczywiście, wciąż nie posiada jakiegokolwiek konta w ZUS-ie. We wrześniu wraca do Polski i, jak mi mówi, czuje pewien niepokój.
Oglądałem dziś konferencję prasową premiera Donalda Tuska. Żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości, pan premier już na samym początku oświadczył, że bardzo kocha swoje dziecko i jako ojciec nie pozwoli, by mu się stała jakakolwiek krzywda. A ja jestem pewien, że nie kłamie. Tu akurat nie kłamie.

Powyższy tekst opublikowałem wczoraj na swoim blogu w Salonie 24 i w odpowiedzi na niego otrzymałem komentarz od pewnego internauty zaczynający się od pytania: "To źle że pracują?", a dalej wyjaśniający nam, że młodzi ludzie bardzo lubią pracować na tak zwanych umowach śmieciowych, bo w ten sposób zarabiają więcej. I to jest własnie kapitalizm o który walczyliśmy. I tak dalej. Na to zgłosił się zaprzyjaźniony z nami Janek Mucha z Kanady z refleksją taką oto, że ileż to lat musi jeszcze upłynąć zanim oni się zorientują, że coś ich dusi. Swoją odpowiedź powtórzę tutaj: Nastąpi to w dniu, kiedy podobne kartki jak na oddziałach Amber Gold, z informacją, że punkt jest nieczynny do odwołania, pojawią się też w galeriach handlowych. A już niezależnie od wszystkiego, proszę wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tego, równie dobrze mogę się zwinąć. Na dobre. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...