Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Kaczyńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Kaczyńska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 sierpnia 2018

Jak spalić czarownicę w czasach Internetu


       Przyznaję bez bicia, że o tekście, jaki parę dni temu na swoim blogu opublikował Coryllus, a zatytułowany z charaktersytycznym wdziękiem „Czy Marta Kaczyńska spłonie na stosie?” wiedziałem już dzień przed jego publikacją, a to z tej przyczyny, że gadaliśmy sobie przez telefon i Coryllus poinformował mnie o tym, że Marta, wciąż jeszcze Kaczyńska, wyszła za mąż za jakiegoś kolejnego typa spod ciemnej gwiazdy i zachęcił mnie, bym mu się przyjrzał na publikowanych w Sieci zdjęciach ze ślubu. O Marcie w naszej rozmowie nawet nie wspomnieliśmy w ogóle, cała nasza gadka zeszła na refleksje na temat tego jakiegoś Zielińskiego i jego nadzwyczajnego emploi, no i wreszcie na koniec Coryllus zapowiedział swój tekst, zdradzając mi nawet jego tytuł.
       I powiem uczciwie, że choć solidarnie wspierałem Coryllusa w jego przedsięwzięciu, byłem pewien, że z niego nic nie wyjdzie, a to z tego mianowicie względu, że, jak znam życie, komentatorzy jego myśl dokumentnie zniszczą, jak zwykle nie odnosząc się do problemu, lecz popisując się tym co wiedzieli już i tak dużo dużo wcześniej, a więc że Kaczyńska to pustak gorszy jeszcze od Moniki Jaruzelskiej, i w ten sposób uruchamiając hejt w żaden sposób nie skierowany przeciwko tym, którzy ją osaczyli, ale przeciw niej samej. I, jak się okazało, miałem rację, a jeśli coś mnie w tym wszystkim zaskoczyło, to być może tylko to, że w pewnym momencie owo szaleństwo osiągnęło poziom, gdzie pewna wybitna polska patriotka i katoliczka zadeklarowała swój podziw dla nauk popularnego w kręgach związanych z koncernem „Agora” ateisty Zbigniewa Mikołejki, autora niesławnego bon motu „sekta smoleńska”, zapewniając go, że właśnie dzieki jego mądrości udało się jej wyrwać z niewoli błędu.
        Próbowałem przez pewien czas wyjaśnić tym dziwnym ludziom sens problemu, wobec którego postawił nas Coryllus, jednak bezskutecznie. O ile się nie mylę, nikt, choćby jednym słowem, nie wspomniał o tym całym Zielińskim, czy choćby o jego tajemniczych animatorach; cała dyskusja skupiła się wyłącznie na hejtowaniu Marty Kaczyńskiej, ewentualnie jej stryja, który nawet nie potrafił jej dać w tyłek i nauczyć odpowiedzialności za rodzinę i państwo.
        29 czerwca minęło 26 lat od dnia, gdy Służby zniszczyły rodzinne życie, a tak naprawdę i samo życie, marszałka Andrzeja Kerna, uprowadzając jego 16-letnią córkę. Nie będę tu przypominał szczegółów sprawy. Kto nie wie, o co chodzi, a jest zainteresowany, niech sobie wygugla. Kto natomiast sprawę pamięta i przeżył ją tak jak ja, zapamiętał też na całe życie, jak ów System działa, i wie też, dlaczego dziś, przy okazji walącego się w gruzach życia Marty Kaczyńskiej, wspominam tamten czas. Gdy chodzi o tych, co sprawę pamiętają, jednak uważają ją zaledwie za jakiś żart bez znaczenia, to niech – przepraszam bardzo – zdychają w słodkiej nieświadomości. To bowiem, co mam do powiedzenia teraz, nie jest skierowane do nich, ale do tej części z nas, która nie dała sobie w tych, przyznaję, że niełatwych czasach, odebrać resztek zwykłej ludzkiej wrażliwości. Otóż obawiam się, że pytanie zadane przez Coryllusa w tytule jego bardzo mądrego felietonu, „Czy Marta Kaczyńska spłonie na stosie?”, jest już dziś nieaktualne. Jest bardzo duża szansa, że ona nie doczeka pogrzebu swojego stryja i żadnego stosu nie trzeba będzie dla niej budować. Wszystko załatwią internauci.

Przypominam, że moje książki, poza zwykłymi adresami, można zamawiac bezpośrednio u mnie pisząc do mnie maila na adres k.osiejuk@gmail.com.
        
      

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

O Marcie Kaczyńskiej i o nas, ludziach z Internetu

Skończyły się targi książki katolickiej w Warszawie i przyznać muszę, że choć dla mnie akurat były one źródłem pewnej satysfakcji, rację ma Coryllus, kiedy pisze, że pod względem sprzedaży – i nie dotyczy to wcale tylko Kliniki Języka – tak źle jeszcze nie było. Mam tu kilka moim zdaniem interesujących refleksji, którymi będę chciał się podzielić, jednak to dopiero jutro. Wróciliśmy z Warszawy bardzo późno, dziś od rana mam codzienne obowiązki i zwyczajnie nie mam jak pisać. Chciałbym może tylko zostawić nas z tym, co zrobiło na mnie na zakończenie dnia wrażenie największe, a było związane z obchodami rocznicy Smoleńska. Chodzi mi o tak zwane drugie wystąpienie Marty Kaczyńskiej. Ci, którzy mieli okazję obserwować przebieg wydarzeń, czy to w telewizji, czy na miejscu, pewnie to zauważyli. Oto najpierw wyszedł prezes Jarosław Kaczyński i wygłosił swoje główne przemówienie, w większości poświęcone podziękowaniom za minione 6 lat. Wymieniał wszystkich, poczynając od księży, a kończąc na Anicie Gargas. I wówczas pojawiła się ponownie Marta Kaczyńska i najpierw wyjaśniła, że ponieważ jej stryj ma już swoje lata i swoje przyzwyczajenia, jego perspektywa jest mocno skrzywiona, a potem podziękowała tym wszystkim anonimowym i często bardzo dzielnym internautom, bez których ani księża, ani Sakiewicz z Gargas, ani obrońcy krzyża, zwyczajnie nie dali by rady. I to są nie moje, ale jej słowa. I to jest coś, co stanowi dla mnie i zaskoczenie i zagadkę. Ja bowiem nie jestem w stanie pojąć, dlaczego ktoś taki jak Marta Kaczyńska, w takiej akurat sytuacji, kiedy ona akurat ani nie musiała tego mówić, ani, przyznajmy to, nie za bardzo jej wypadało, wyszła do tłumu i tak naprawdę przeprosiła za gapstwa swojego stryja. Mamy te uroczystości, mamy tych bohaterów, ten bardzo staranie ułożony program, a tu nagle wychodzi i w gruncie rzeczy przeprasza internautów za to, że jej stryj o nich zapomniał. Jaka to jest wartość, że ona uznała za konieczne złamać ten program? Bardzo to jest dla mnie dziwne i naprawdę godne najwyższego szacunku. Gdyby ktoś nie widział, bardzo proszę sobie to obejrzeć. A więcej i o tym i o tamtym jutro.




Zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić nasze książki.





wtorek, 31 maja 2011

Wieje. Mój Boże! Jak wieje!

Przebieg wizyty prezydenta Obamy w Polsce i jej medialna obsługa były jakie były i na jeden i drugi temat powiedziano, nie tylko tu zresztą, wystarczająco dużo. Gdyby się dziś jednak zastanowić, co po tej wizycie pozostało, to przede wszystkim to, że Jarosław Kaczyński, wbrew swoim zapowiedziom, podał jednak rękę Bronisławowi Komorowskiemu, że wręczył prezydentowi Obamie memoriał w sprawie Smoleńska – i nie ma, cholera jasna, sposobu, by się dowiedzieć, co tam zostało napisane – że prezydent Obama spotkał się z rodzinami ofiar, i że zaliczył wpadkę w postaci pióra. A więc, jak się okazuje, nawet coś tak z punktu widzenia państwa i jego najwyższych służb istotnego, jak wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych, jest konsumowana wyłącznie przez Jarosława Kaczyńskiego i ruch, który wokół niego od ponad roku się organizuje, natomiast reżimowi pozostaje już tylko się zastanawiać, jak by można propagandowo wykorzystać sprawę tego niepiszącego pióra. Oto układ sił na kilka miesięcy przed wyborami i prawdopodobnym końcem władzy Systemu.
Kiedy po raz pierwszy pojawiły się informacje o tym, że do Polski przyjedzie Barack Obama, towarzyszyła im wiadomość, że on pojedzie do Krakowa, i na Wawelu odda cześć zamordowanej w Smoleńsku Prezydenckiej Parze. Później, okazało się, że jakoś udało się ten Kraków skreślić, i że Obama zaledwie złoży kwiaty pod tablicą na ścianie Muzeum Powstania Warszawskiego. I oto dziś nagle, wychodzi na to, że gdyby tę wizytę opisać jakoś matematycznie, to ona tak naprawdę stanowiła wyłącznie gest pod adresem tej części Polski, która traktuje to co się stało 10 kwietnia 2010 roku jako wielką narodową katastrofę. Cała reszta, to był tylko zbiór gestów i słów, bez żadnego praktycznego, ale nawet i politycznego znaczenia, takich choćby jak to, że Napieralski zrobił parę zdjęć komórką, a Frasyniuk uznał to za wieśniactwo. Gdyby się zastanowić, po co w ogóle ta wizyta tak naprawdę się odbyła, to nie można znaleźć innej odpowiedzi, jak tylko tę jedną – żeby pokazać tej części Polski, że Ameryka nie zapomniała. Oczywiście, powiedziane to zostało bardzo dyskretnie, niemal niezauważalnie, przykryte całą kupą elementów osłonowych, ale powiedziane zostało. I tak naprawdę powiedziane zostało tylko to. Nic więcej.
Dlaczego ta wizyta została przez stronę amerykańską przygotowana w ten sposób? Nie mam pojęcia. Zresztą nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł na ten temat powiedziec coś rozstrzygającego. Amerykańska polityka wobec Europy i świata jest pochodną tak wielu, najczęściej bardzo tajemniczych, wewnętrznych interesów Stanów Zjednoczonych, że nie ma nawet co próbować kombinować. Nie zdziwiłoby mnie nawet, gdyby się okazało, ze sam Barack Obama też nie ma co do tego pełnej wiedzy. W tej sytuacji, opinie jakichś amerykanistów i profesorów z instytutów spraw międzynarodowych, mało mnie tu obchodzą, zwłaszcza gdy, jak się zdaje, oni i tak najczęściej sądzą, że ona była tak a nie inna, tylko po to, żeby Jarosław Kaczyński mógł podać rękę Komorowskiemu.
Wczoraj miałem bardzo miłą okazję wysłuchać rozmowy, jaką Bogdan Rymanowski przeprowadził z Anną Fotygą. Nie będą tu streszczał wszystkiego co minister Fotyga mówiła, ani tym bardziej zachwycał się nad przenikliwością i głębią jej wypowiedzi, bo kto na ten temat coś wie, to wie wszystko, a kto nie wie, i tak będzie sądził, że ona z całą pewnością zrobiła z siebie osła, a ja, jako stary pisowiec, piszę jak piszę, bo mi za to płacą. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na pewien, moim zdaniem niezwykle interesujący element jej relacji. Otóż Fotyga mówi, że na niej zrobiło wrażenie kompletnie nieprofesjonalne przygotowanie tej wizyty przez polskie służby ochrony rządu. Opisuje ona, jak to przed opóźniającym się przyjazdem Baracka Obamy do Pałacu Prezydenckiego, na górze Pałacu siedzieli już zaproszeni na szczyt prezydenci, a na dole przed drzwiami stał Bronisław Komorowski i czekał aż Obama się pokaże. Mówi Fotyga, że jeśli służby działają sprawnie, to informują prezydenta co do sekundy o tym, co się dzieje i co się stanie za chwilę. Komorowski mógł spokojnie siedzieć na górze ze swoimi gośćmi, a pół minuty przed przyjazdem Obamy zejść na dół i go spokojnie przyjąć. No ale stał tak jak bałwan pół godziny, przestępował z nogi na nogę i tracił czas.
Ale Anna Fotyga opisuje też organizację spotkania Baracka Obamy z rodzinami ofiar w Katedrze Polowej. Organizację przeprowadzoną bez udziału BOR-u, wyłącznie przez stronę amerykańską i kilka osób reprezentujących rodziny. No i mówi Fotyga, że tam wszystko było zgrane co do sekundy, każdy element tego spotkania był dopracowany z doskonalą starannością, wszystko się odbyło bez najmniejszego zarzutu. Ktoś się może zapytać, czemu BOR tam nie działał? I to jest coś najbardziej już interesującego. Otóż polskie władze, wedle słów Anny Fotygi, sprawę spotkania Amerykanów z rodzinami, z siebie zdjęły. Jak mówi Anna Fotyga, BOR się zwyczajnie „nie zgłosił”.
Dlaczego myślę, że to własnie jest takie ważne? Otóż chodzi mi o to, że po raz kolejny już polski rząd i polskie państwo pokazały, że cała sfera, która w jakikolwiek sposób jest związana z tak zwaną „sprawą polską”, polskiego rządu i polskiego państwa nie interesuje. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że ta część rodzin ofiar zbrodni smoleńskiej, która zachowuje pełną lojalność wobec władzy polskiej, czy nawet i rosyjskiej, na spotkaniu z Obamą gotowa była reprezentować nie poległych, lecz interesy zabójców, przez sam fakt bycia stroną, dla władzy pozostała elementem obcym. To co tam się stało, o niezwykle mocno przypominało też to, co się stało przed rokiem. Na pokładzie samolotu, który został zamordowany w Smoleńsku, nie byli tylko prezydenccy generałowie i ministrowie. Wśród osób, których spotkało tamto straszne nieszczęście, znaleźli się i tacy, którym nawet w głowie nie było służyć „obcemu”. A mimo to, przez to, że akurat znaleźli się po niewłaściwej stronie, sami jak gdyby zgotowali sobie swój los. A więc, przez właściwie czysty przypadek, zostali na równi z innymi pozbawieni ochrony.
Proszę zwrócić uwagę na niezwykłość tej symetrii. Barack Obama zaprasza na spotkanie rodziny poległych w Smoleńsku generałów, oraz brata i córkę Prezydenta. Swoją drogą wybór takiego a nie innego akurat składu delegacji jest niezwykły. Amerykański prezydent najwidoczniej chciał pokazać, że z punktu widzenia, który dla niego jest najistotniejszy, Smoleńsk to zdarzenie o charakterze militarnym. Zginęły tam generałowie i Prezydent, a więc generał najwyższy. Nie wiem oczywiście, czy mysli nawet nie tyle Obamy, ale tych, którzy dla Obamy to wydarzenie zaplanowali, szły w swoich intencjach aż tak daleko, ale mam bardzo silne odczucie, że to trochę miało wyglądać tak, jakby prezydent Stanów Zjednoczonych chciał oddać honory poległym na wojnie. A jeśli ma się okazać, że mam tu rację, to nie ma się co dziwić, że dla tych, którzy w tej wojnie stali po drugiej stronie, tego typu okazja nie jest niczym godnym uwagi, a co dopiero szacunku.
Mówię o symetrii. Kiedy prezydent Kaczyński wybierał się z wizytą na katyńskie uroczystości, ci sami ludzie, którzy dziś wyrazili tak fatalny brak zainteresowania dla tego co się miało dziać w Katedrze Polowej Wojska Polskiego, pozostawili i jego i jego żonę i jego gości – wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób akurat znaleźli się po stronie „wroga”, na łasce losu. Powiedzmy losu. Przywołując tu słowa marszałka Niesiołowskiego, jeśli ktoś się chce bawić na „przedpolu Rosji”, jego sprawa. A więc Lech Kaczyński i jego 95 towarzyszy polecieli do Rosji i tam wszyscy zostali zabici, tylko dlatego, że ktoś ich chciał zabić, a oni na swoją obronę mieli zaledwie paru borowców z pistoletami. Oczywiście, skoro polska strona tą wizytą się nie zainteresowała, zainteresowali się Rosjanie. A zainteresowali się dokładnie tak jak im pasowało.
I znów wracam do uroczystości w Katedrze Polowej. Tu też, skoro polska strona nie miała ochoty w jakikolwiek sposób angażować się w organizację i zabezpieczenie tego zdarzenia, sprawy w swoje ręce wzięli Amerykanie. I teraz przychodzi czas na refleksję z jednej strony absolutnie straszną, a z drugiej tak niezwykle pocieszającą. Gdyby Amerykanie chcieli dla jakiegoś swojego celu, zabić Jarosława Kaczyńskiego, i tak już na wszelki wypadek – przewidując wszelkie przyszłe ewentualności – Martę Kaczyńską, no i w ramach tak zwanych kosztów operacji, resztę rodzin, zrobiliby to bez najmniejszego kłopotu. Na Katedrę spadłby meteoryt, albo coś innego, a nasz BOR nie miałby tu dokładnie nic do gadania. Bo, wedle słów Fotygi, nic do gadania mieć nie chciał. Oni by wszyscy zginęli, a polski rząd śledztwo w tej sprawie oddałby w ręce Amerykanów. Ewentualnie Rosji. I to jest oczywiście wiadomość okropna. To co w tym jest natomiast pocieszające, to to, że Amerykanie zabić Jarosława Kaczyńskiego i jego wspaniałej bratowej, żadnego interesu nie mają. Oni mogą chcieć zabić Osamę, albo jakichś paru ohydnych morderców w Texasie, ale Kaczyński im w żaden sposób nie przeszkadza. On przeszkadza komuś innemu. Im nie. Oni Jarosława i Martę Kaczyńskich chronili tam dokładnie tak samo jak swojego prezydenta. A nasz BOR – powtórzę to jeszcze raz – chronił ich dokładnie tak jak chroniły ich ruskie siły uderzeniowe.
Zastanawiam się, jak mogło wyglądać to spotkanie? Stał ten Obama, obok niego te kobiety, z których większość robiła wrażenie kompletnie wystraszonych i zaszczutych, a on je musiał dokładnie w ten sposób odbierać… no i był Jarosław Kaczyński i Marta, a on musiał wiedzieć, że to tu jest ten wiatr, którym, jeśli nie on, to jego następca, prędzej czy później tak czy inaczej będzie się musiał zainteresować. Oglądam dziś to zdjęcie, które to tu to tam już zostało pokazane na blogach, a które Amerykanie opublikowali na oficjalnej stronie Białego Domu jako jedyny ślad po wizycie swojego prezydenta w Polsce. Stoi na nim Obama, obok niego wdowy po Generałach, a w samym centrum krzyż, a pod krzyżem Jarosław Kaczyński i Marta. Symbolika tego ujęcia jest tak prosta, że aż kiczowata. Więc ani słowa na jego temat więcej. Nawet go tu nie wklejam. Niech pozostanie ten opis i fakt, że ono jest.
Myślę że na koniec trzeba by było postawić jeszcze jedno pytanie. Czemu oni tak się zachowują? Czemu oni to robią? Czy ich już nigdy nic nie nauczy? Otóż uważam, że z nimi jest tak jak z całą resztą. To już nie jest ani kwestia planu, ani nawet jakichś drobnych nicnieznaczących złośliwości. Oni są już całkowicie i nieodwołalnie zdeterminowani tym czym przez ostatnie lata się stali. Możliwe, że jeszcze dwa lata temu, kiedy myśl o tym, żeby Lecha Kaczyńskiego któregoś dni wysłać w cholerę zaledwie kiełkowała w ich chorych głowach, oni mogli sobie coś tam rysować. Dziś jest już tak, że oni inaczej nie potrafią. Oni są już tak zepsuci, że nawet gdyby bardzo chcieli, to i tak zrobią to co muszą. A biorąc pod uwagę jeszcze to, że zostało im już tak niewiele czasu, i oni to świetnie wiedzą, to już w ogóle nie ma o czym gadać.

środa, 9 marca 2011

O paskudnej abstrakcji, błogosławionym złorzeczeniu i zagubionym zerze

W jednym z klasycznych już dziś wierszy, Pan Cogito zastanawia się nad czymś, co Zbigniew Herbert nazywa „arytmetyką współczucia”. Pewnie tu akurat nie wypada mi nawet wyjaśniać, o co chodzi, ale na wszelki wypadek króciutko przypomnę. Jest mianowicie tak, że Pan Cogito czyta gazetę i znajduje wiadomość o tym, że gdzieś zginęło 120 żołnierzy. Jego wzrok obojętnie przesuwa się nad losem tych zmarłych, by z prawdziwym zaciekawieniem zatrzymać się dopiero nad informacją o jakimś bardzo spektakularnym, indywidualnym morderstwie. Pisze Herbert tak:
„120 poległych
daremnie szukać na mapie
zbyt wielka odległość
pokrywa ich jak dżungla
nie przemawiają do wyobraźni jest ich za dużo
cyfra zero na końcu
przemienia ich w abstrakcję”
Myślę dziś właśnie o tej abstrakcji, jednak już nie w odniesieniu do 3, czy może 120 osób, które zginęły i pamięć o nich rozwiewa się w powietrzu jak krople deszczu, ale, owszem o prawdziwej tragedii, podobnie jednak zapomnianej, czy może zaledwie bagatelizowanej, właśnie z tego powodu, że trudno jest się zatrzymać na dłuższą chwilę wobec czegoś, co właśnie stanowi czystą abstrakcję, a więc nasza wyobraźnia tego nawet nie dotyka. Wspominam dziś przypadek sprzed wielu już lat, kiedyś, owszem, powszechnie dyskutowany, zajmujący czołówki wszystkich wiadomości, a nawet awansowany do pozycji bardzo znaczącego elementu naszej kultury popularnej. Chodzi mi mianowicie o sprawę Moniki Kern, córki wicemarszałka polskiego Sejmu i pewnych ludzi o nazwisku Malisiewicz.
Ta zamierzchła już historia pojawiła się ostatnio na naszym blogu w związku z podjętą przez ogólnopolskie media, a prawdopodobnie też i przez bardziej już tu dyskretnie przyczajone służby państwowe, akcją, mającą na celu rozbicie rodziny Marty i Marcina Dubienieckich, i przy okazji skuteczne uderzenie w Jarosława Kaczyńskiego i jego polityczną pozycję. Od wielu już dni obserwujemy bowiem – część z nas z rosnącym zdziwieniem, a część z równie rosnącym podnieceniem – jak od rana do wieczora wszystkie telewizje i cała niemal prasa obrabia osobę Marcina Dubieneckiego, zięcia zamordowanego w Smoleńsku prezydenta Lecha Kaczyńskiego, pod kątem jego rzekomych… no własnie, nawet do końca nie wiadomo, czego, ale to że chodzi o zrobienie z niego aferzysty i człowieka ostatecznie podłego, jest tu bardziej niż wyraźne. Oczywiście cała ta akcja ma wiele swoich momentów kulminacyjnych i bardziej wstrząsających smaczków, jednak to co dla mnie osobiście stanowi punkt wręcz symboliczny dla całej istoty sprawy, to apel Jadwigi Staniszkis o to, by Marta Dubienecka rozwiodła się ze swoim mężem.
Każdy kto żyje w rodzinie, wie, że życie to – a więc życie rodzinne – ma równie wiele miejsc szczęśliwych i pięknych jak i takich, które niosą ze sobą zagrożenia i prawdziwe utrapienia. Czy myślimy o naszych żonach i mężach, czy o rodzicach i teściach, czy o synach i córkach, wiemy, że właściwie od początku do ostatecznego końca owa miłość wciąż wymaga od nas wielkiej czujności i wciąż jest poddawana kolejnym próbom. Niekiedy możemy odnieść wręcz wrażenie, że ta miłość – powtarzam kolejny raz to słowo, bo to jest właśnie miłość – jest tak toksyczna, że niekiedy można sobie pomyśleć, że może lepiej byłoby już, gdyby jej w ogóle nie było. I to na każdym możliwym poziomie, od zbuntowanych dzieci, przez wściekłych rodziców, a kończąc na kłócących się małżonkach. Jest też przy tym tak, że właśnie ze względu na tę swoją toksyczność, rodzina jest szczególnie wystawiona na wszelkie możliwe ataki ze strony ludzi złych i występnych. Wiedzą o tym świetnie ci, którzy zajmują się nienawistną agresją wręcz zawodowo. Wiedzą o tym i to oni właśnie są pierwsi, by kiedy pragną zaatakować, atakują właśnie rodzinę. W każdy możliwy sposób. Byle wiązał się on ze wzmożonym zainteresowaniem. Choćby pozornie zupełnie niewinnym. Choćby ograniczonym zaledwie do zwykłego: „Ucałuj ode mnie swoją córkę”. Każdy kto żyje w rodzinie, wie, o czym myślę. Każdy kto zna obyczaje panujące choćby na blogach, wie, o czym mówię.
Dzisiejsza publiczna agresja przeciwko państwu Dubienieckim prowadzona jest pod hasłem demokratycznej debaty na tematy publiczne, dotyczącej w sposób oczywistych wszystkich zaangażowanych w tę debatę osób. Domyślam się, że czystość deklarowanych tu intencji znajdzie swoje usprawiedliwienie nawet w przypadku wspomnianej wyżej wypowiedzi Jadwigi Staniszkis, nie mówiąc już o zupełnie drobnych uwagach, że oto gdzieś kiedyś czy to Marta Kaczyńska, czy Marcin Dubieniecki powiedzieli coś, co może świadczyć o tym, że im się szczęśliwie nie najlepiej układa. W końcu już w momencie kiedy i on i ona zgodzili się stać osobami publicznymi, w pewnym sensie udostępnili opinii publicznej – reprezentowanej jak najbardziej przez wolne media – swój dom do swobodnego wykorzystania. Śledzimy więc codzienne dzieje tego małżeństwa, jego losy i perypetie, i w pewnym momencie jest już jakoś tak, że to co widzimy staje się czystą abstrakcją. Historią z kolorowego pisma. Czymś całkowicie odrealnionym, gdzie życie ogranicza się do tych paru słów i kliku zdjęć. Gdzie nie ma już ani jasnych lub ciemnych poranków, ani wspólnych śniadań, wzajemnych sprzeczek, popołudniowych łez i uśmiechów. Gdzie każde słowo jest wyłącznie historią na użytek czytelnika i komentatora. I wszystko jest jeszcze w miarę normalnie – w końcu żyjemy w ciekawych czasach – gdy chodzi o codzienną porcję wiadomości na temat ludzi znanych. Problem pojawia się jednak, gdy do gry wchodzi wyłącznie polityczna intryga. I próba niszczenia rodziny. Spalenia tego domu.
Dzisiejsze życie Marty Kaczyńskiej, Marcina Dubieneckiego i ich córek oczywiście zostało zaatakowane w sposób bezwzględny, brutalny i całkowicie wyrachowany, niemniej – pomijając uwagę Jadwigi Staniszkis – te brudne palce wciąż nie do końca dotknęły ich fizycznie. Prawdopodobnie jest im dziś ciężko z tym napięciem i praktycznym brakiem możliwości skutecznej obrony, ale jest też faktem, że póki co, ten atak jest wciąż jakby nad nimi zawieszony. Na tyle jednak zawieszony wyraźnie, że przypomniał się nam nagle tamten czas, gdy wspomniani Malisiewiczowie uderzyli w rodzinę Kernów bezpośrednio, brutalnie i bardzo jednoznacznie. Są to więc – ówczesny atak na Kernów i dzisiejszy na Dubienieckich – wydarzenia nieporównywalne, a mimo to, jest przy tym coś co je łączy. I tu chciałbym wrócić do początkowych słów Herberta o abstrakcji, która uniemożliwia nam skuteczne nazywanie świata. Wydaje mi się, że z punktu widzenia rzeczywistości medialnej, i tamten dramat i dzisiejsza agresja są jednakowo interesujące i jednakowo nieinteresujące. Z tej prostej przyczyny, że i tamto uderzenie w życie kilku kochających się ludzi i dzisiejsze manewry wokół jednej rodziny stają się zaledwie częścią codziennej przygody.
Myślę więc dziś o tamtych dniach, kiedy to System zorganizował atak przeciwko marszałkowi Kernowi i próbuję bardzo wczuć się w to co się wówczas musiało dziać w tamtym domu. I jest mi niezwykle łatwo to sobie przedstawić. Czym dłużej o tym myślę, tym bardziej to wszystko sobie wyobrażam. Widzę więc jak pewnego dnia, obok Moniki Kern pojawia się ten Maciej Malisiewicz ze swoją mamą, i zaczyna się systematyczna praca nad tym, by to dziecko wyrwać z jego domu. Ale widzę też ludzi innych. Obcych. Nie będących członkami obu rodzin, którzy wszystko starannie organizują i nadzorują. Widzę też w pewnym momencie już dziennikarzy, których każde słowo jest odpowiednio ustawione i jest mu nadana odpowiednia treść, właściwy i ton i dźwięczność. Ja świetnie do dziś pamiętam tamtą publiczną atmosferę, przypominam sobie dobrze wszystkie pojedyncze głosy, ale dziś też próbuję sobie wyobrazić – i udaje mi się to bardzo skutecznie –prywatną atmosferę w domu państwa Kernów, kiedy to któregoś dnia znika ich córka, a cała publiczna przestrzeń widząc ich rozpacz, wyłącznie rży i mówi im jedno: „Wiemy, ale nie powiemy. I mamy nadzieję, że w tej swej rozpaczy zdechniesz”. Kiedy mówię „przestrzeń publiczna”, nie mam na myśli niszy. Nie mówię o plotkarskich magazynach. Chodzi mi jak najbardziej o przestrzeń publiczną, o osoby publiczne, o ludzi, których nazwiska znamy, równie dobrze, jak nazwisko Malisiewicz. O Jerzego Urbana, O Marka Piwowskiego. O wciąż znanych powszechnie dziennikarzy Gazety Wyborczej i innych ogólnopolskich dzienników. No i o tych, którzy to wszystko zaczęli i opracowali i których nazwiska, mimo że nieznane, są tak samo realne i żywe. I teraz już mam tylko jedną nadzieję. Że żaden z nich się już nie ukryje. Do samej swojej śmierci. Bo w pewnym momencie zaatakował rodzinę. Bo wiedział, że tak jest najlepiej. Bo najskuteczniej. W tym momencie już tylko staję na głowie, żeby spojrzeć poza tę abstrakcję. Żeby zobaczyć to zero na końcu. I je widzę wyraźnie.
Swego czasu napisałem tu parę tekstów, gdzie mój gniew był tak wielki, że w tej swojej bezradności, zacząłem się już odwoływać do Psalmów i tego wszystkiego co w nich jest formułowane przeciwko drugiemu człowiekowi. Nasza wiara i w ogóle nasza cywilizacja każe nam wybaczać, ale też – może przede wszystkim – nie złorzeczyć i nie nienawidzić. Szczególny dziś mam kłopot z owym złorzeczeniem, które robi przecież wrażenie czegoś bardzo jednoznacznego i nie znoszącego wyjątków. A zatem nie wolno złorzeczyć. Z tego punktu widzenia, popełniam chyba grzech, powtarzając wciąż za Psalmistą: „Wracają wieczorem, warczą jak psy i krążą po mieście. Włóczą się, szukając żeru”. „Wytrać ich”. Panie, wytrać ich.
Czy ja grzeszę? Jaki mam wybór, kiedy patrzę dziś na to, co oni chcą zrobić rodzinie Marty Kaczyńskiej, a w głowie już tylko mam tamten dom sprzed lat, gdzie któregoś dnia zabrakło jednej osoby, i wszędzie wokół zapanował tylko strach i zimna bezradność. A oni wracali wieczorem, warczeli jak psy, krążyli po mieście i włóczyli się, szukając żeru. Czy ja grzeszę, gdy mówię że są jak psy? Że ich trzeba rwać zębami i wywlekać z nich serca. Czy ja może już przestałem kochać bliźniego? Bardzo chciałbym to wiedzieć.

sobota, 26 lutego 2011

O księżniczkach na postkomunistycznym śmietnisku

Ile razy przychodzi mi wracać do starych wpisów z tego bloga, czuję się nie za dobrze. Głównie chodzi mi o to, że nie chcę, by ktoś pomyślał, że idę w kierunku czegoś, co niektórzy nazywają odcinaniem kuponów. Mam też przy tym poczucie, że większość tych, którzy tu bywają – bywają nie po to, by czytać wciąż to samo. Mimo to, raz na jakiś czas, istotnie pozwalam sobie na przypominanie starych wpisów. Czemu więc to robię? Otóż zawsze stoi za tym przekonanie, że coś co było naszym zmartwieniem już kiedyś, wiele miesięcy temu, wraca dokładnie w tej samej postaci i nagle okazuje się, że wciąż wymaga komentarza. Wymaga tego komentarza naprawdę bardzo, a ja nie chcę milczeć, ale też nie mam aż takiego talentu, by w odniesieniu do jednego problemu stworzyć dwa osobne, niepowtarzające się komentarze. I wtedy wracam do owej starej, tak mocnej i dźwięczącej, na jaką mnie wówczas było stać, refleksji i ją przedstawiam raz jeszcze, starając się jedynie – jeśli tylko mi jakaś świeża myśl przyjdzie do głowy – ją odpowiednio uzupełnić. Lub przyciąć. By była może jeszcze bardziej intensywna.
Dziś znów znalazłem się w tej sytuacji, że coś co wydawało się już dawno załatwione, wyjaśnione i rozstrzygnięte, powraca, a ci, którzy – jak można było wierzyć – mieli dość czasu, by swoje opinie zweryfikować, żyją starymi uprzedzeniami i oczywiście brną, brną i brną. Chodzi mianowicie o Martę Kaczyńską i jej prawo do bycia nie tylko córką swego ojca, ale kimś, kto w naturalny sposób ma prawo – czy, ktoś może nawet powiedzieć, obowiązek – kontynuowania jego dzieła. Nie pozwolono jej tego zrobić wiosną zeszłego roku, kazano jej milczeć i zniknąć – wbrew czemuś, co można by nazwać naturalnym porządkiem rzeczy – i nagle dziś, znów pojawia się te dziwaczne żądanie: żeby ona akurat siedziała cicho. Tym razem z ust samego Jacka Kurskiego. Nie my. Ona. My możemy sobie szaleć. A ona najlepiej niech założy jakąś fundację i zajmuje się chorymi dziećmi. Tak. Najlepiej dziećmi.
A zatem, proszę łaskawie posłuchać raz jeszcze. I, jeśli ktoś uważa, że się mylę, to chętnie się posprzeczam.
Pisałem na swoim blogu parę razy o Richardzie Nixonie, nie jako o nieudaczniku i kłamcy, lecz o jednym z największych amerykańskich prezydentów, zniszczonym przez czasy, w których przyszło mu działać. W wywiadzie, który miałem okazję czytać, Nixon dumając nad swoją polityczną karierą, mówi tak:
„Nie wszyscy możemy być prezydentami Stanów Zjednoczonych. Nie każdy z nas może być prezesem General Motors. Jak to się dzieje? Częściowo to kwestia szczęścia. Choć bardziej byłbym skłonny przypuszczać, że większe znaczenie ma korzystanie z możliwości. Przede wszystkim, w polityce trzeba być gotowym do podejmowania wielkiego ryzyka. Trzeba bardzo ryzykować. Kiedy patrzę w przeszłość, przypominam sobie wielu bardzo zdolnych, bardzo inteligentnych, bardzo charyzmatycznych ludzi, którzy zatrzymali się w Kongresie. Którzy nigdy nie doszli do Senatu. Nigdy nie zostali gubernatorami. Którzy zatrzymali się na tym poziomie. Ponieważ nie chcieli zaryzykować bezpiecznej posady. A kiedy człowiek zaczyna myśleć zbyt wiele o swoim bezpieczeństwie, nigdy nie odniesie pełnego sukcesu. Trzeba bardzo ryzykować i nawet przegrać, kiedy jest taka konieczność. A można przegrać i dwa razy, i trzy, ale należy wciąż wracać. W tym cała tajemnica”.
Uważam, że jednym z największych nieszczęść komunizmu było to, że zabił on w ludziach naturalną dążność do osiągania sukcesu. Ale nie tylko. Komunizm sprawił, że jeśli ktoś osiągał sukces, zostawał dyrektorem, prezesem, czy premierem, to za tym bardzo często nie stała ani praca, ani ambicja, ani zdolności, ale wręcz przeciwnie – ich brak i ich kompletna zbędność. I oczywiście, ci sami ludzie, społecznie funkcjonowali nie jako ktoś godny szacunku i naśladowania, lecz jako najgorszy typ ludzkiego upadku. Wydaje mi się, że to stąd właśnie, jeszcze dziś tak wielu z nas gardzi nie tylko urzędnikami, nauczycielami, lekarzami, sędziami, politykami, nie tylko posłami, premierami, prezydentami, ale wręcz Polskim Państwem. I to niezależnie od tego, czy wielu z nich na tę pogardę zasługuje, czy nie, i niezależnie od tego, czy Polska nam dała więcej powodów, by ją kochać, czy by z niej szydzić.
A więc nie mamy szacunku do Polskiego Państwa, bo uważamy je za zjawisko przypadkowe. Uważamy, że są ludzie zdolni i mało zdolni, i że niektórzy z nich mają kompetencje, a inni nie mają, a co z tego wyniknie, to wyłącznie kwestia przypadku. I to jest oczywiście bardzo niedobre. Raz, dlatego że prowadzi do przekonania, że tak naprawdę nie ma nic poza z jednej strony kompetencjami, a więc techniką, i z drugiej strony przypadkiem. Z tego punktu widzenia, to że wspomniany wyżej Richard Nixon został prezydentem Stanów Zjednoczonych wyłącznie przez to, że był kompetentny, albo został tam awansowany przez swoich kumpli, lub rodzinę. Z tego punktu widzenia, wszystko to co opowiada Nixon, a więc ta gotowość do podejmowania ryzyka, upór, i to coś jeszcze, czego już nie sposób nazwać, jest kompletnie bez znaczenia. Nixon bowiem został prezydentem Stanów Zjednoczonych, bo się dobrze uczył na studiach, albo był wyjątkowym sukinsynem, a takim zawsze łatwiej. A zatem, jest wręcz niemożliwe, żeby on awansował tak wysoko, bo był na przykład jakoś tam dotknięty palcem Boga. I ten typ myślenia uważam za bardzo przykre dziedzictwo bolszewickiej Polski.
Też tu na naszym blogu, tyle że ledwo wczoraj, napisałem tekst o Marcinie Dubieneckim i próbach Systemu, by go zniszczyć, ale też przy o okazji, pojawił się naturalnie temat Marty Kaczyńskiej i tego, jak to ten sam System uniemożliwia – choćby z wypowiedzi Jacka Kurskiego, o której już wcześniej wspomniałem, wynika, jak skutecznie – jej całkowicie naturalną działalność publiczną. Efekt tego, w znacznym stopniu sprowadził się do tego, że jeden z naszych przyjaciół Traube się z nami pożegnał, a wielu innych wzruszyło ramionami. A zatem, jak to się stało, że ten atak skończył się takim powodzeniem? Otóż uważam, że nie bez znaczenia było to, że duża część opinii publicznej bardzo chętnie przyjęła optykę podpowiedzianą przez mainstream i uznała, że taka Marta Kaczyńska nie może być osobą o jakiś szczególnych predyspozycjach, talentach, czy charyzmie, ale kimś kompletnie byle jakim – w najlepszym wypadku kimś takim jak my – kto tylko chce wyskoczyć w górę na śmierci swojego ojca. Który sam przecież, też nie był w niczym lepszy od nas.
Teraz staje się oczywiste, że na tym tle, Marta Kaczyńska, jeśli tylko wspomina o swoim możliwym uczestnictwie w polityce, zachowuje się po prostu bezczelnie. Z perspektywy post-sowieckiego umysłu, to że jej ojcem był człowiek, który w powszechnych wyborach został wybrany prezydentem państwa, nie ma żadnego znaczenia. To że ona ma ambicje polityczne i potrzebę działalności publicznej dla dobra ogółu, z tej perspektywy, jest co najmniej szwindlem. Prawdziwy obywatel nie może dopuścić do tego rodzaju skandalu. Marta Kaczyńska, jeśli chce być sławna, a oczywiście do tego ma prawo, niech występuje w Tańcu z Gwiazdami, lub prowadzi program w TVN Style. A jeśli chce chodzić do pracy, niech aplikuje, i może przyjmą ją jako wicenaczelną do magazynu ‘Pani’.
24 maja 1837 roku Alexandrina Victoria – znana powszechnie jako Królowa Wiktoria – ukończyła 18 lat. Niecały miesiąc później 20 czerwca, została obudzona przez matkę, która poinformowała ją, że o 2.12 nad ranem, zmarł w wieku 72 lat król Wilhelm IV, i że tym samym Victoria została królową Wielkiej Brytanii. Proszę to sobie uświadomić. Ona miała zaledwie 18. Bywało różnie, ale domyślam się, że pewnie nie była dzieckiem szczególnie głupim. Możliwe bardzo, że wręcz przeciwnie – była osobą bardzo wybitną. Zapewne też była starannie wykształcona i bardzo dobrze ułożona. Ale fakt jest faktem – miała zaledwie 18 lat i została królową, ponieważ… no właśnie, dlaczego? Nie wiadomo. Ale z całą pewnością nie dlatego, że miała do bycia królową formalne do tego kompetencje. Można też być pewnym, że tą królową być chciała. No i nią została. Na długo i bardzo, jak wiemy, skutecznie.
Ktoś mi powie, że to moje porównanie jest równie bezczelne, jak ewentualna chęć Marty Kaczyńskiej kontynuowania dzieła ojca. Może tak. Nie będę się upierał. Może i ja jestem bezczelny. Mam jednak przy tym całkowitą pewność, że gdyby XIX-wieczna Anglia była w tym intelektualnym stanie, co dzisiejsza Polska, Victoria nie zostałaby ani królową Wielkiej Brytanii, ani nawet Cesarzową Indii, ale w najlepszym wypadku siedziałaby w domu i pisała wiersze. Natomiast na tron skierowano by jakiś autorytet. Najlepiej staruszka po siedemdziesiątce, z lewą profesurą i postępującym szaleństwem.

piątek, 25 lutego 2011

Zabić Dubienieckiego? W życiu! Jesteście za głupi.

Atak, jaki mainstream skierował w stronę męża Marty Kaczyńskiej jest w pewnym sensie zrozumiały, a z drugiej strony jego gwałtowność może zaskakiwać nawet tych, którzy zdążyli się przyzwyczaić do najgorszych ekscesów. Dlaczego uważam, że to co oni wyprawiają, jest zrozumiale? Otóż jest ku temu kilka powodów. Prawdopodobnie nikt tak jednoznacznie jak Dubienecki nie wypowiada się na tematy, które dziś rządzą naszymi emocjami, a ta jednoznaczność idzie całkowicie w przeciwnym kierunku od popularnych oczekiwań. O ile się nie mylę, to właśnie on, jako pierwszy z pierwszego szeregu osób, których zdanie się liczy, zakomunikował wyraźnie, że prezydent Kaczyński mógł zostać zamordowany. Drugi powód jest bezpośrednio związany ze sposobem, w jaki Dubienecki swoje opinie formułuje. On w żaden sposób nie jest przy tym ani miły, ani firmowo nieśmiały, ani nawet demonstracyjnie pogrążony w żałobie. Krótko mówiąc, Dubienecki, kiedy rozmawia z dziennikarzami pokazuje każdym swoim gestem, że uważa się od nich pod każdym względem lepszy. Coś takiego mniej więcej, jak stryj jego żony, tyle że ten akurat – przynajmniej moim zdaniem – jest sympatyczny. Dubienecki nie ma nawet tego.
Jest jednak jeszcze coś, co – jak sądzę – wzbudziło po stronie Systemu tak wielką chęć zniszczenia Dubieneckiego, a przy okazji, relacji na linii Jarosław, Marta i rodzina Marty. Chodzi, jak zwykle, o samego Jarosława Kaczyńskiego. To on jest tu celem, a sam Dubienecki znalazł się tu w pewnym sensie przypadkiem. System uznał, ze skoro Jaroslaw Kaczyński jakoś się pozbierał po katastrofie, a także po przegranych tak niefortunnie wyborach, i robi wrażenie silnego, jak nigdy dotąd, należy go zaatakować od strony rodziny, a więc czegoś, co w gruncie rzeczy jest ostatnią rzeczą, jaka mu praktycznie pozostała. Ktoś powie, że tego typu akcja to wyjątkowe skurwysyństwo. No, ale czemu nie? W końcu mamy do czynienia z ludźmi, kotrzy już w kwietniu minionego roku pokazali, że stać ich na wszystko. Dosłownie na wszystko. Jeśli potrafią rodziny mordować, to czemu mają ich nie rozbijać?
A więc jedni powiedzą, że tak się przecież nie godzi, ale z całą pewnością pojawią się też inni, którzy ogłoszą, że Dubienecki sam jest sobie winny, bo gada, co mu ślina na język przyniesie, i w dodatku z tą śliną też ma kłopoty. I, muszę przyznać, że tę opinię trochę rozumiem, z tego względu, ze nawet moje dzieci – których raczej nie podejrzewam o szczególną naiwność, czy brak czujności – dały się tu nabrać, właśnie jak dzieci. To od nich mianowicie po raz pierwszy dowiedziałem się, że Dubienecki zrobił z siebie osła, mówiąc w wywiadzie dla Onetu, że Marta Kaczyńska ma mieć pierwsze miejsce na liście, bo ona jest tu szefem i nawet sam Jarosław nie ma tu nic do gadania. Przeczytałem oczywiście tę rozmowę, i – oczywiście, tak jak to zawsze bywa – okazało się, że owszem, wszystko to prawda, tyle że nie to, nie tak i nie w ten sposób. Przede wszystkim Dubienecki w swojej wypowiedzi dla Onetu nie powiedział, że Marta Kaczyńska chce startować w wyborach i że w związku z tym oczekuje pierwszego miejsca na liście, lecz – odpowiadając na pytanie – stwierdził fakt oczywisty: że JEŚLI jego żona ma zostać kandydatem w wyborach, to pierwsze miejsce jest faktem. Przepraszam bardzo, a gdzie tu jest jakakolwiek nieprawda? Czy ktokolwiek jest w sobie w stanie wyobrazić, że ona startuje do Sejmu z list PiS-u, i znajduje się za jakąś Szczypińską, czy nawet za Kurskim? Przecież to byłby kompletny absurd. I to wcale nie dlatego, że jako bratanica Prezesa, ma lepszą sytuację, ale z tej prostej przyczyny, że jest córką Lecha Kaczyńskiego, prawdopodobnie zamordowanego przez złych ludzi 10 kwietnia w Smoleńsku. A to jest powód wystarczający. I jej relacje ze stryjem nie mają tu nic do rzeczy.
A zatem, to jest jedna część wypowiedzi Dubieneckiego. Druga natomiast to ta, że on się wpycha do interesu. I to jest też nieprawda. Przede wszystkim, gdyby komuś się chciało czytać z minimalną uwagą i ze zrozumieniem, to by wiedział, że przede wszystkim Dubienecki, jeśli mówi o swojej politycznej karierze, to wcale nie wskazuje bezpośrednio na PiS, ale wspomina coś o ewentualnym swoim własnym projekcie. To jest zapisane. Można to sprawdzić. Natomiast, jak już idzie o sam PiS, to wyraźnie mówi – i to też można sprawdzić – że to iż on jest mężem Marty i zięciem zmarłego Prezydenta, nie stanowi jakiegokolwiek powodu, by władze PiS-u miały go traktować wyjątkowo. Ale i to nie ma tu większego znaczenia, bo jak sam podkreśla, w tych wyborach on się zajmuje wyłącznie własną kancelarią, a nie polityką.
Pojawił się też zarzut, ze Dubienecki jest zarozumiały jak cholera i nie wiadomo co sobie wyobraża. Że jemu się należy szefowanie partii, lub nawet premierostwo? I to jest dosyć ciekawa sprawa. Otóż ja świetnie wiem, że ludzie są różni. Z jednej strony mamy tych, którzy chcą zostać prezydentami, a z drugiej takich, którym wystarczy układać kable na koncercie jakiejś niedzielnej gwiazdy. I zwykle bywa tak, że prezydentami zostają ci pierwsi, a nie ci drudzy. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla tych, którzy dziś próbują niszczyć Dubieneckiego on jest – przynajmniej oficjalnie – zwykłym uzurpatorem i pajacem z kłopotami prokuratorskimi. Natomiast z mojego choćby punktu widzenia, to jest też ktoś – i to może przede wszystkim – kto jest mężem Marty Kaczyńskiej i zięciem zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. A, przepraszam bardzo, tak jak nie każdy może być prezydentem, tak samo nie każdy może być zięciem prezydenta i ojcem jego wnuczek. Zwłaszcza gdy mówimy o śp. Lechu Kaczyńskim. A zatem Dubieniecki pokazał już, że należy go traktować poważnie. A skoro poważnie, to ja nie bardzo sobie wyobrażam, żeby ewentualne ambicje polityczne Dubieneckiego miały się wiązać z tym, że on zostanie jednym z paru tysięcy lokalnych członków partii stryja swojej zony. I jeśli dziś Dubieniecki ogłasza, że jeśli on się kiedyś zaangażuje w politykę, to po to, żeby zostać w przyszłości premierem, to dla mnie ta deklaracja jest jak najbardziej naturalna. Czy mu się to uda? Nie sądzę. Bo to wcale nie jest takie proste. Ale niby dlaczego jego akurat mamy pozbawiać tych ambicji już na starcie?
Czy to wszystko wiedzą ci, którzy ostatnio uczestniczą w tej nieprawdopodobnie agresywnej akcji niszczenia Dubieneckiego? Myślę, że wśród organizatorów tego procederu są i tacy, którzy wiedzą. Natomiast moje doświadczenie każe mi przypuszczać, że wielu z nich, a już na pewno na popularnym poziomie, gdzie już tylko mamy zwykłych kibiców, panuje zwykła i najbardziej ordynarna durnota. Zajrzyjmy, na przykład choćby na średni poziom tej manipulacji, i przyjrzyjmy się Tomaszowi Sekielskiemu, który ostatnio zgodził się przyjąć od swoich szefów propozycję zostania nowym Ubermanem i Szykułą w jednym, i konsekwentnie służyć potrzebom tępego tłumu. Myślę, że Sekielski tego nie wie. Myślę – i tu muszę się przyznać do pewnego błędu z mojej niedawnej przeszłości – że Sekielski jest jednak głupi. Tak samo głupi jak Krzysztof Daukszewicz, czy ta lala, która postanowiła przepytać z angielskiego Mariusza Kamińskiego, czy Jolanta Pieńkowska…
Tu nie mogę się powstrzymać przed drobną dygresją. Niedawno miałem okazję oglądać poranny program w stacji TVN. Otóż przylazł tam, przepraszam za wyrażenie, Jacek Żakowski, i zaczął coś bredzić o tym, że w środowiskach warszawsko-warszawskich pojawiła się ostatnio moda, by jeżdzić do Afryki, czy do innych egzotycznych krajów , i tam się pieprzyć z lokalnymi. Że ten typ seksualnych przygód jest – przez swoją właśnie egzotyczność, przygodowość i brak zobowiązań – bardzo przyjemny. I kiedy on to mówił, spojrzałem na siedzącą obok niego Jolantę Pieńkowską, która i bez tego jego gadania, wyglądała tak głupio, jak tylko może wyglądać podstarzała gwiazda przebrana za małą dziewczynkę, i podobnie głupio się zachowywała, i nie mogłem nie zauważyć, jak ona zwyczajnie nie wytrzymuje tego napięcia, a później już tylko krzyczy: „Z tubylcami????”
A zatem, Sekielski, jak sądzę, jednak stoi dziś intelektualnie bliżej Pieńkowskiej, niż choćby – znów przepraszam – Żakowskiego, który akurat przynajmniej dostrzegł niestosowność sytuacji i zwrócił swojej znajomej uwagę, której z kolei – swoją drogą – ona i tak już nie słyszała. No bo jak? Sekielski więc, kiedy staje w pierwszym szeregu gnojenia Dubieneckiego, moim zdaniem nie ma pojęcia, że jest tylko pionkiem w czyjejś grze. Że to co mu się wydaje, to wyłącznie jego problem i problem jego uwikłania, i problem jego bardzo ograniczonych możliwości intelektualnych.
Oczywiście, na samym dole jest cala masa tych, którzy jak najbardziej we wszystko co słyszą, uwierzą, i nagle uznają, że faktycznie z tym Dubieneckim jest coś nie tak i że pewnie „cała ta rodzinka” jest jakaś podejrzana. Jednak mimo wszystko wydaje mi się, że ten plan nie przejdzie. Przede wszystkim dlatego, że Marta Kaczyńska, jej mąż i jej dzieci wyglądają razem tak fajnie, że wystarczy parę sesji do kolorowych pism, żeby wszyscy ci durnie wpadli w nowy zachwyt. W dodatku sam Dubienecki, choć ja osobiście – jako ktoś okropnie zazdrosny o to, że wszyscy wyglądają lepiej ode mnie – go fizycznie nie znoszę, nawet bez swojej żony obok ma w sobie tyle siły, że jednym słowem i jednym mrugnięciem rozwala każdego, kto mu podskoczy. Przecież ludzie to widzą. I nie ma takiej siły, żeby on nagle, w bardziej powszechnej przestrzeni, stał się kimś, kogo ludzie zaczną nie lubić. Jest naturalnie jeszcze taka możliwość, że weźmie się za niego albo CBŚ, czy ABW, czy może choćby ta banda skorumpowanych moralnie i fizycznie adwokatów zrzeszonych w swoich izbach i go spróbują zrujnować. Jednak nawet i tu, on sobie poradzi. Ktoś taki jak on, sobie z pewnością poradzi.
A więc, nici z tego całego planu, Szanowni Państwo. Możecie zwijać interes. Na dziś lepiej zdecydowanie będzie, jeśli zajmijcie się studiowaniem sytuacji w Północnej Afryce. Może się Wam coś z tego przydać. Już bardzo niedługo.

wtorek, 15 lutego 2011

O planktonie, o wojownikach i o zwykłych żabach

Nowy tygodnik o nazwie Uważam Rze, jaki grupa dziennikarzy Rzeczpospolitej postanowiła sobie powydawać, zainteresował mnie dokładnie w tym samym stopniu co ewentualne pojawienie się w jednej z telewizji autorskiego programu Piotra Semki, czy któregoś z braci Karnowskich, przejście Rafała Ziemkiewicza skądś dokądś, lub uruchomienie przez Piotra Zarembę osobistego bloga w Nowym Ekranie, lub komentarz tutaj. A więc ledwo co. Uważam, ze ten mój brak zainteresowania wydarzeniem jak by nie było poważnym, jest o tyle ciekawy, że świadczy nie tyle o mnie, co o ogólnie o sytuacji na naszym rynku polityczno-medialnym. W końcu wydawałoby się, że w świecie, gdzie opinia publiczna jest kształtowana z jednej strony przez obrazki Andrzeja Mleczki, z drugiej przez wdzięk i bezpretensjonalność Kuby Wojewódzkiego, a z trzeciej spoleczną wrażliwość Grzegorza Miecugowa i Krzysztofa Daukszewicza, dla kogoś autentycznie pochłoniętego tym co się dzieje w Polsce, alternatywne rozważania niezależnych publicystów powinny stanowić nie lada gratkę. A tu tymczasem – nic. Zero.
Oczywiście, ów brak zainteresowania ma swoje minusy. No bo weźmy choćby Mazurka z Zalewskim, którzy sobie tam podobno żartują, a ja ich żarty w dużej części zawsze lubiłem. Coś mnie tu z pewnością ominie, jednak trudno wykładać ciężko zarobione złotówki dla jednej strony pustych w gruncie rzeczy żartów. Popatrzmy też choćby na najświeższy numer tygodnika, gdzie podobno znalazł się wywiad z Martą Kaczyńską, którą ze względu na pamięć o jej ojcu lubię i szanuję, a może wręcz traktuję jak księżniczkę. Bardzo chętnie przeczytałbym, co ona tam takiego mówi, a może nawet z przyjemnością obejrzałbym sobie zdjęcie, które tę rozmowę niechybnie ilustruje. I dziś, kiedy wiem, że sobie tej rozmowy nie przeczytam, jest mi oczywiście przykro. Jednak świadomość, że prawdopodobnie połowa ze wspomnianego tekstu, to pytania zadawane przez Pawła Lisickiego, lub któregoś z jego kolegów, jest na tyle silna, że jakoś zapewne sobie z tym bólem poradzę. A jeśli będę chciał się dowiedzieć, co Marta Kaczyńska w tym wywiadzie mówi, to dowiem się i tak, ze źródeł o wiele bardziej mi sympatycznych. Choćby tych, które można znaleźć w Sieci na blogach.
I oto własnie dowiedziałem się z blogów, że moje wielkie marzenie jeszcze z kampanii prezydenckiej, by Marta Kaczyńska aktywnie włączyła się do walki o prezydenturę dla swojego stryja, zostało w pewnym sensie docenione przez nią samą, która dziś przyznaje, że może trzeba było się zaangażować, i że może wówczas udałoby się zwyciężyć. Dowiaduję się też – właśnie z blogów – że córka zmarłego Prezydenta, dokładnie w taki sposób jak to się dzieje w historii od lat, rozważa możliwość swojego uczestnictwa w polityce, jak gdyby w imieniu ojca. I to mi w zupełności wystarczy. To mnie cieszy, to mi wystarczy i przez to czuję się medialnie spełniony. Oczywiście, wiem też, że bez wspomnianego zaangażowania dziennikarzy Rzeczpospolitej powyższe słowa pewnie tak dobitnie by nie zabrzmiały, ale tu już jestem bezradny. Są dziennikarze, tacy jak jakiś Najsztub czy Maziarski, których czytać nie będę, choćby mi za to płacono. Ale są tacy, jak Ziemkiewicz, których w pewnych okolicznościach może i bym stolerował, tyle że póki co mi się nie chce. Mogę tylko obiecać, że jak kiedyś rozmowę z Martą Kaczyńską przeprowadzi mój kolega Coryllus, to sobie chętnie całość przeczytam. I to nawet nie dlatego, że jest on moim kolegą, ale dlatego, że jego umiejętności zawodowe są w relacji do tego co robi Karnowski czy Janke, jak Niebo do Ziemi. Więc to że wybieram Coryllusa jest też w pewnym sensie kwestią przyzwoitości.
Wspominałem tu niedawno pewnego mojego ucznia, który jest muzykiem i gra coś co się popularnie nazywa czarnym metalem. Otóż opowiadał mi on jakiś czas temu, że zespół w którym gra otrzymał propozycję, żeby na jednym z koncertów zagrać jako support przed koncertem Behemotha (narzeczony Dody Elektrody). Propozycja oczywiście dla mniej znanej grupy była kusząca, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że kolega z zespołem mieli grać wyłącznie za okazję do samego zaszczytu. I oto, w odpowiedzi na tę ofertę, agent Behemotha dowiedział się, że owszem chętnie, tyle że koncert ma być grany w odwrotnej kolejności. Oczywiście do imprezy nie doszło, również z powodu gwałtownej choroby artysty, ale coś co się nazywa czystą satysfakcją zostało jak najbardziej zachowane. O tym zdarzeniu też sobie myślę, kiedy słyszę o tygodniku Uważam Rze. Jak chcą, to niech sobie czytają blog Coryllusa, albo choćby i ten. Przynajmniej nie muszą płacić.
Tak się jakoś w ostatnich latach porobiło, że cała nasza tak zwana klasa ekspercka, a mam tu na myśli dziennikarzy, polityków, ludzi nauki i wszelkiej maści artystów uległa tragicznej, głównie intelektualnej, pauperyzacji. Kryzys jakiego jesteśmy świadkami jest tak głęboki, że dotknął nawet miejsca tak pozornie nietykalnego jak Kościół. Upadek autorytetów, z jakim mamy do czynienia, jeśli nie chcemy popaść w zawsze groźną emigrację wewnętrzną i zdanie się już tylko na siebie, zmusza nas do tego, by poszukiwać partnera wszędzie, byle nie w tak zwanym mainstreamie. Jak idzie o dziennikarstwo, praktycznie nie ma już nic. Jeśli są jeszcze gdzieś osoby, które można darzyć szacunkiem, to właściwie są one już dawno na marginesie, z którego znacznie już bliżej do nas – zewnętrznych obserwatorów – niż do centrum. Podobna sytuacja jest w polityce. Jest oczywiście Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, może jeszcze ktoś – choć nie potrafię tu z czystym sumieniem nawet podać choćby jednego nazwiska – ale poza tym wszystko płynie i nawet nie wiadomo, co się na powierzchni tej fali pojawi jutro. Jak idzie o Kościół, jest oczywiście kilku wielkich biskupów, cała masa wspaniałych księży, ale i tu nadzieja jest bardziej latach które przed nami, niż w tym, z czym pozostaliśmy dziś. O profesorach i artystach lepiej już w ogóle nie wspominać. Dochodzi do tego, że – przy uwzględnieniu tych wszystkich wyjątków – o wiele bardziej duchowo i intelektualnie uwznioślające jest towarzystwo jakiegoś dziecka palącego świeczkę na grobie warszawskich powstańców, czy pod prezydenckim krzyżem.
Rozpisałem się tak o tej mizerii trochę dlatego, że tak mi się jakoś pisało i wyszło jak wyszło, ale też trochę dlatego, że zanim się wziąłem do tej notki, przeczytałem najnowszy wpis wspomnianego już Coryllusa i jego uwagi o Pawle Poncyliuszu zamieszone w Nowym Ekranie. Oczywiście Coryllus ma pełną rację, kiedy pisze, że Poncyliusz to zwykły cham i pętak. Ma też oczywiście rację, kiedy się bierze za to, co ten buc powiedział na temat Marty Kaczyńskiej, i go skutecznie z tej okazji beszta Jednak kiedy czytałem wspomniane refleksje, przyszło mi do głowy, że czegoś w nich brakuje. Mianowicie wyraźnego stwierdzenia, że Poncyliusz nie stoi na początku tej mizerii, ale jest wyłącznie jej produktem. Nie chcę tu posiłkować się innymi nazwiskami, szczególnie ludzi, których póki co uważam za sojuszników i co do których wciąż żywię nadzieję, że mają przynajmniej dobre i szczere intencje, bo nie mam powodu, żeby ich publicznie obrażać. Natomiast nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że jest wśród niech z pewności bardzo wielu – o wielu za wielu – takich, na których tle ani Poncyliusz, ani Bielan, ani Kamiński, nie mówiąc już o Migalskim, wcale by szczególnie aż tak mocno nie błyszczeli. Jest mi bardzo przykro, ale mam niemal stuprocentową pewność, że jeśli nastąpi kolejny kryzys – a mam nadzieję, że już z tym mamy przynajmniej na jakiś czas spokój – znów pojawi się kolejna grupa różnych dotychczas cierpliwie przyczajonych mądrali, którzy już mają gotowe świeże uwagi na temat i Marty Kaczyńskiej i Jarosława Kaczyńskiego, i każdego, kto się tylko będzie do skutecznego ataku nadawał.
Smutne te refleksje, ktoś powie. I będzie miał oczywiście rację. No bo z czego tu się cieszyć i na co liczyć, skoro jest aż tak źle? Jest jednak coś, co, jak sądzę, powinno nas pocieszyć. Otóż, pisząc o Poncyliuszu, napisałem, że to nie on stworzył sytuację, lecz sytuacja stworzyła jego. On się jedynie okazał kimś na tyle słabym, że nawet jeśli w pewnym momencie był w stanie wybrać właściwą drogę, to brakowało mu i determinacji i zwykłej ludzkiej pasji, by się na niej dłużej utrzymać. Mógłbym nawet – biorąc choćby tylko tę jego wypowiedź na temat Marty Kaczyńskiej – powiedziec, że on jest zwyczajnie głupi. Jak jakiś poseł Wegrzyn, posłanka Mucha, czy dziennikarz Wołek. Jednak jest już jakoś tak na świecie, że na czele idą przywódcy, a za nimi – i czym dalej tym gorzej – kręci się już zwykły plankton. I jest też tak, że ten plankton, o ile posiada podstawową orientację w tym, co dobre, a co złe, potrafi być pożyteczny, a czasem wręcz bohaterski. Potrafi się zachować dzielnie, tyle tylko, że do tego potrzebuje warunków, które z kolei tworzą czasy. I jeśli tylko czasy owej dzielności sprzyjają, wszystko będzie szło jak trzeba. Jednak to nie oni tworzą czasy. Czasy tworzą wojownicy. I wtedy, kiedy jest dobrze, wszystko też od razu staje się lepsze. I dziennikarze i artyści i politycy, ale też i zwykli ludzie. Wszyscy stają się i mądrzejsi i lepsi i zdolniejsi. Chodzi tylko więc o to, by nie przegrać z czasem. By zdążyć.
Dopóki więc mamy wojowników – a mamy ich z całą pewnością – nie powinniśmy się za bardzo martwić. Wystarczy, że pozostaniemy wierni, czujni i gotowi. I będziemy robić swoje.

wtorek, 15 czerwca 2010

O księżniczkach w post-bolszewickim świecie



Jak może większość odwiedzających ten blog wie, Toyahowa ani się tym naszym pisaniem nie interesuje, ani sama pisać nie ma ochoty. Uważam, że i jedno i drugie, to strata. Dla niej i dla nas. Szkoda zwłaszcza tego, że ona nie pisze. Nawet bowiem, gdyby przyjąć, że tak ładnie jak ja ona by składać tych literek nie umiała, to jestem pewien, że miałaby ode mnie znacznie więcej do powiedzenia. I znacznie mądrzej. Taka jest. Przy wszystkich jej wadach, trzeba to przyznać. Ona po prostu taka jest.
Wczoraj gadaliśmy trochę o Marcie Kaczyńskiej i żona moja powiedziała mi parę rzeczy, które mi nawet nie przyszły wcześniej do głowy. Zwróciła mi uwagę na parę tak interesujących kwestii, że właściwie od wczoraj sobie o tym wszystkim myślę i im dłużej o tym myślę, tym bardziej żałuję, że ona jednak nie bloguje. To by stanowczo było cenne. Trzeba sobie jednak radzić i wierzyć, że uda się nam powiedzieć to, co powiedzieć należy. Wspominałem tu już kiedyś, że ja w głównej mierze świecę światłem odbitym. Odbitym od moich wybitnych kolegów, od moich wybitnych dzieci, no i oczywiście od mojej wybitnej żony. Ja odbijam świetnie. A więc uda się. Proszę bardzo.
Kiedyś napisałem tu jeden czy dwa teksty o Richardzie Nixonie, nie jako o nieudaczniku i kłamcy, lecz o jednym z największych amerykańskich prezydentów, zniszczonym przez zbieg okoliczności i czasy, w których przyszło mu działać. W wywiadzie, który miałem okazję czytać, Nixon dumając nad swoją polityczną karierą i o tym wszystkim, jak to się wszystko zaczęło i dlaczego został tym kim został, mówi tak:
„Nie wszyscy możemy być prezydentami Stanów Zjednoczonych. Nie każdy z nas może być prezesem General Motors. Jak to się dzieje? Częściowo to kwestia szczęścia. Choć bardziej byłbym skłonny przypuszczać, że większe znaczenie ma korzystanie z możliwości. Przede wszystkim, w polityce trzeba być gotowym do podejmowania wielkiego ryzyka. Trzeba bardzo ryzykować. Kiedy patrzę w przeszłość, przypominam sobie wielu bardzo zdolnych, bardzo inteligentnych, bardzo charyzmatycznych ludzi, którzy zatrzymali się w Kongresie. Którzy nigdy nie doszli do Senatu. Nigdy nie zostali gubernatorami. Którzy zatrzymali się na tym poziomie. Ponieważ nie chcieli zaryzykować bezpiecznej posady. A kiedy człowiek zaczyna myśleć zbyt wiele o swoim bezpieczeństwie, nigdy nie odniesie pełnego sukcesu. Trzeba bardzo ryzykować i nawet przegrać, kiedy jest taka konieczność. A można przegrać i dwa razy, i trzy, ale należy wciąż wracać. W tym cała tajemnica”.
Uważam że jednym z największych nieszczęść komunizmu było to, że zabił on w ludziach naturalną dążność do osiągania sukcesu. Ale nie tylko. Komunizm sprawił, że jeśli ktoś osiągał sukces, zostawał dyrektorem, prezesem, czy premierem, to z jednej strony za tym bardzo często nie stała ani praca, ani ambicja, ani zdolności, ale wręcz przeciwnie – ich brak i ich kompletna zbędność, z drugiej natomiast strony ludzie, którzy osiągnęli sukces, społecznie funkcjonowali nie jako ktoś godny szacunku i naśladowania, lecz jako najgorszy typ ludzkiego upadku. Wydaje mi się, że to stąd właśnie jeszcze dziś tak wielu z nas gardzi nie tylko urzędnikami, nauczycielami, lekarzami, sędziami, politykami, nie tylko posłami, premierami, prezydentami, ale wręcz Polskim Państwem. I to niezależnie od tego, czy wielu z nich na tę pogardę zasługuje, czy nie, i niezależnie od tego, czy Polska nam dała więcej powodów, by ją kochać, czy by z niej szydzić.
A więc nie mamy szacunku do Polskiego Państwa, bo uważamy je za zjawisko kompletnie przypadkowe. Uważamy, że są ludzie zdolni i są ludzie mało zdolni, i że niektórzy z nich mają kompetencje, a inni nie mają, a co z tego wyniknie, jest już wyłącznie kwestią przypadku. I to jest oczywiście sytuacja bardzo niedobra. Raz dlatego, że prowadzi ona bezpośrednio do przekonania, że tak naprawdę nie ma nic poza z jednej strony kompetencjami, a więc techniką, i z drugiej strony przypadkiem. Z tego punktu widzenia, to że taki wspomniany wyżej Richard Nixon, jeśli został prezydentem Stanów Zjednoczonych, jest wynikiem wyłącznie wynikiem tego, że albo był kompetentny, albo został tam awansowany przez swoich kumpli, lub rodzinę. Z tego punktu widzenia, wszystko to co opowiada Nixon, a więc ta gotowość do podejmowania ryzyka, upór, i to coś jeszcze, co już naprawdę nie sposób nazwać, jest kompletnie bez znaczenia. Z tego punktu widzenia, Nixon został prezydentem Stanów Zjednoczonych, bo się dobrze uczył na studiach, albo był wyjątkowym sukinsynem, a takim zawsze łatwiej. Z tego punktu widzenia, jest wręcz niemożliwe, żeby on awansował tak wysoko, bo był na przykład jakoś tam dotknięty palcem Boga. I ten typ myślenia uważam za bardzo przykre dziedzictwo bolszewickiej Polski.
Wczoraj napisałem tekst o Marcie Kaczyńskiej i o tym, jak to System uniemożliwia jej całkowicie naturalną działalność publiczną. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, przypomnę. Marta Kaczyńska, po tragicznej śmierci jej ojca i po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego chęci kontynuowania dzieła brata, miała jak się zdaje plan, by zaangażować się w kampanię wyborczą. Na tę deklarację, cały polityczno-medialny mainstream w sposób absolutnie bezprecedensowy zaatakował ją, zarówno na poziomie prawnym, obyczajowym jak i osobistym, i doprowadził do tego, że ona zwyczajnie została pozbawiona swojego najbardziej podstawowego i oczywistego prawa. Jak to się stało, że ten atak skończył się takim powodzeniem? Otóż uważam, że nie bez znaczenia było to, że duża część opinii publicznej bardzo chętnie przyjęła optykę podpowiedzianą przez mainstream i uznała, że taka Marta Kaczyńska nie może być osobą o jakiś szczególnych predyspozycjach, talentach, czy charyzmie, ale jest kimś kompletnie byle jakim – w najlepszym wypadku kimś takim jak my – kto tylko chce wyskoczyć w górę na śmierci swojego ojca. Który sam przecież, też nie był w niczym lepszy od nas. Właśnie dlatego, tak łatwo udało się wyeliminować Martę Kaczyńską z kampanii.
Pod wspomnianym tekstem rozpoczęła się dyskusja, w której oprócz wielu różnych opinii, pojawiła się i taka, że nie ma żadnego powodu, żeby Marta Kaczyńska zgłaszała ambicje polityczne, bo ona nie ma żadnych absolutnie w tej mierze kompetencji poza tym, że jej ojciec zginął w katastrofie. Proszę zwrócić uwagę. Do jej kompetencji, jeśli w ogóle, nawet nie należałoby to, że jej ojciec był prezydentem, ale to że zginął w katastrofie. Z punktu widzenia odmóżdżonego społeczeństwa post-sowieckiego, jeśli już w ogóle mówić o kompetencjach, to z pewnością większe daje katastrofa, a więc przypadek, niż osobisty sukces.
I tu dochodzimy do sprawy podstawowej. Do kompetencji właśnie. W najnowszej historii Polski mieliśmy czterech prezydentów. Każdy z nich miał dzieci. Lech Wałęsa nawet ich wiele. Zacznijmy od nich. Co robią dzieci Wałęsy? Nie bardzo wiem. Jeden z jego synów został politykiem niskiego szczebla, a reszta jakoś się rozbiegła. Jego córkę widziałem kiedyś w telewizji, ale jedyne co z tego zapamiętałem to to, że ona nie chce się mieszać w sprawy polityki i ojca, i nawet nie bardzo spędza z rodzicami czas. Córka Jaruzelskiego jest jak się zdaje jakąś gwiazdą kolorowych pism. Podobnie Ola Kwaśniewska. Żadne z tych dzieci, pomijając ewentualnie wspomnianego syna Wałęsy, nie wybrało kariery publicznej w sensie dosłownym. Niemal wszyscy z nich postanowili zostać celebrytami, często najgorszego gatunku. Niemal każdy z nich pokazał, że nie ma żadnych talentów i ambicji poza – w najlepszym wypadku – prowadzeniem zwykłego życia na uboczu.
Czy ta sytuacja w jakikolwiek sposób dziwi opinię publiczną? Ani trochę. Dla przeciętnego obywatela zarówno Ola Kwaśniewska, jak i Monika Jaruzelska robią to co w sposób oczywisty powinny robić, a mianowicie wydają pieniądze rodziców na to, by dobrze wyglądać i się lansować na jakichś żenujących balach. Czy one mają nie mają żadnych zdolności i kompetencji? Ależ oczywiście – mają jak najbardziej. Są ładne, eleganckie i umieją gadać. A dlaczego nie poszły w politykę, lub choćby na służbę Państwu? To proste. Po pierwsze polityka śmierdzi, po drugie państwo to obciach, a poza tym, skąd one mają się na tym znać?
Teraz staje się oczywiste, że na tym tle, Marta Kaczyńska zachowuje się po prostu bezczelnie. Z perspektywy post-sowieckiego umysłu, to że jej ojcem był człowiek, który w powszechnych wyborach został wybrany prezydentem państwa, nie ma żadnego znaczenia. To że ona ma ambicje polityczne i potrzebę działalności publicznej dla dobra ogółu, z tej perspektywy, jest co najmniej szwindlem. Prawdziwy obywatel nie może dopuścić do tego rodzaju skandalu. Marta Kaczyńska, jeśli chce być sławna, a oczywiście do tego ma prawo, niech występuje w Tańcu z Gwiazdami, lub prowadzi program w TVN Style. A jeśli chce chodzić do pracy, niech aplikuje i może Małgorzata Domagalik przyjmie ją na swojego zastępcę do magazynu Pani.
24 maja 1837 roku Alexandrina Victoria – znana powszechnie jako Królowa Wiktoria – ukończyła 18 lat. Niecały miesiąc później 20 czerwca, dziewczyna została obudzona przez matkę, która poinformowała ją, że o 2.12 nad ranem, zmarł w wieku 72 lat król Wilhelm IV i że tym samym Victoria została królową Wielkiej Brytanii. Proszę to sobie uświadomić. Ona miała zaledwie 18. Bywało różnie, ale domyślam się, że pewnie nie była dzieckiem szczególnie głupim. Możliwe bardzo, że wręcz przeciwnie – była osobą bardzo wybitną. Zapewne też była starannie wykształcona i bardzo dobrze ułożona. Ale fakt jest faktem – miała zaledwie 18 lat i została królową, ponieważ… no właśnie, dlaczego? Nie wiadomo. Ale z całą pewnością nie dlatego, że miała do bycia królową formalne do tego kompetencje. Można też być pewnym, że tą królową być chciała. No i nią została. Na długo i bardzo, jak wiemy, skutecznie.
Ktoś mi powie, że to moje porównanie jest równie bezczelne, jak chęć Marty Kaczyńskiej kontynuowania dzieła ojca. Może tak. Nie będę się upierał. Może i jestem bezczelny. Mam jednak przy tym całkowitą pewność, że gdyby XIX-wieczna Anglia była w tym intelektualnym stanie, co dzisiejsza Polska, Victoria nie zostałaby ani królową Wielkiej Brytanii, ani nawet Cesarzową Indii, ale w najlepszym wypadku siedziałaby w domu i pisała wiersze. Natomiast na tron skierowano by jakiś autorytet. Najlepiej staruszka po siedemdziesiątce, z lewą profesurą i postępującym szaleństwem.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...