Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ojczyzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ojczyzna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 września 2018

Narodowy konkurs na przegryzienie Polsce gardła


      Dziś będzie bardzo krótko i w sprawie choć doraźnej, to takiej, która mnie dręczy od lat. Oto wczoraj wrzuciłem tu tekst, w którym po raz  kolejny przedstawiłem swoje przywiązanie do rządów Prawa i Sprawiedliwości, pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego, i w jednej niemal chwili pojawił się komentarz, w którym zostało mi przekazane, że moje wzruszenie na widok polskiego samolotu udekorowanego w narodowe barwy, to typ emocji poniżej inteligencji poważnego polskiego patrioty.
      I ja oczywiście byłbym skłonny do tego, by ów komentarz wrzucić do specjalnej zakładki i zabrać się za pisanie tekstu o Serenie Williams i jej szaleństwie, gdyby nie to, że mnie owa uwaga nie zaskoczyła w najmniejszym stopniu, a to z tego względu, że ja tu od lat muszę się zmierzać z polskimi patriotami, dla których Polska jest wręcz idealnym celem do ataku.
Jakby tego było mało, otrzymałem parę komentarzy a toyah.pl, w których moje wierne trolle zwróciły mi uwagę na moje zapatrzenie w Prawo i Sprawiedliwość, które odbiera mi przytomność umysłu i poprosili mnie, bym się jednak zechciał opanować.
      W tej sytuacji chciałbym przedstawić w formie przypowieści swoje tu stanowisko z nadzieją, że być może w ten sposób uda mi się ugłaskać tych wszystkich z nas, którzy tak strasznie przeżywają moje zaangażowanie na rzecz projektu wciąż jeszcze szczęśliwie reprezentowanego przez Jarosława Kaczyńskiego.
      Otóż proszę sobie wyobrazić, że mam rodzinę, gdzie mój brat jest byłym ubekiem oraz aktywnym działaczem Obywateli RP, moja żona chleje bez opamiętania, syn kradnie po sklepach, córka szlaja  się po okolicy, pojawiając się w domu tylko wtedy gdy potrzebuje pieniędzy, a ja sam się snuję po obcych blogach ze swoimi komentarzami, licząc na to, że ktoś zwróci uwagę na moją inteligencję i da mi jakąś robotę. Otóż w tej sytaucji mam trzy możliwości. Przede wszystkim mogę ogłosić, że to wszystko jest nieprawda i my sobie świetnie radzimy. Druga opcja jest taka, że ja zacznę publicznie głosić, że z tej bandy idiotów nigdy nic nie będzie i żeby mnie z nimi nie łączyć. Ale jest też trzecia możliwość. Otóż ja, przyznając że nie jest lekko, deklaruję nadzieję – NADZIEJĘ – że jakimś cudem wszystko się poukłada i będzie dobrze. Proszę zwrócić uwagę, ja nie twierdzę, że nic się nie dzieje, ponieważ jednak mam do czynienia z ludźmi których kocham, pozostaje w nadziei, że oni się jakoś pozbierają.
      Otóż chciałbym tu oświadczyć, że ja Polskę kocham i choć ona mnie dzień za dniem zawodzi, ja ją wciąż kocham i mam nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy wszystko się jakoś ułoży. Nie milczę. Nie kłamię. Nie oszukuję siebie i innych. Żyję jednak nadzieją, że będzie dobrze. I tak też widzę swój patriotyzm.
      Jeśli ktoś ma tu do zaproponowania inne rozwiązania, zachęcam do rozmowy. Proszę mnie uświadomić, jak powinien wyglądać prawdziwy polski patriotyzm.
      A może ten cały patriotyzm to nic ponad jakieś pierdy zza oceanu, a nasze obowiązki wobec Polski zaczynają się tam, gdzie innych się kończą?



Tymczasem, w ramach narodowego czytania, zapraszam do czytania moich książek. Są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.
       

czwartek, 22 grudnia 2011

Sznurek i kulka, czyli Bóg się rodzi, moc truchleje

Kompletnie nie mam pojęcia, dlaczego moje najmłodsze dziecko, kiedy jej to opowiadam, śmieje się ze mnie i informuje, że musiało mi się coś przyśnić i teraz już tylko miesza mi się fikcja z rzeczywistością. Nie rozumiem tego, bo przede wszystkim, moim zdaniem, dzieci powinny szanować swoich ojców, a nie wmawiać im, że mają pomieszane w głowie, a poza tym, moja historia, choć, owszem, dość szczególna – nieszczególnych, jak już czytelnicy tego bloga zauważyli, tu raczej nie ma – wcale nie jest aż tak egzotyczna, by trudno było w nią uwierzyć. A stało się tak, że jeszcze zanim zaczęła się ta zima na dobre, a więc zanim spadł pierwszy śnieg, któregoś ranka, jak zwykle, poszedłem z urodzinowym psem wspomnianej już mojej córki do parku na spacer. Jak mówię, śniegu jeszcze nie było, natomiast zrobiło się już zdecydowanie zimniej, i na trawie, na drzewach i na ławkach leżał szron. Pewnie dlatego, że było dość zimno i jakoś ponuro, park był raczej pusty i w polu widzenia mieliśmy właściwie tylko siebie. On mnie, a ja jego.
Kiedy w parku jest pusto, uczucia mam mieszane. Z jednej strony, cieszę się, bo wiem, że mogę bezpiecznie spuścić psa ze smyczy, nie ryzykując, że jego nieskończenie przyjazna natura każe mu potraktować inne osoby jak najbliższych przyjaciół, i tym samym wprowadzić mnie w stan poważnego zakłopotania. Gorzej, że nie ma ładnych dziewcząt z psami, z którymi można pogawędzić, a przecież dla kogoś w moim wieku, okazja do zamienienia paru uprzejmych słów miłą dziewczyną, stanowi zawsze bardzo sympatyczną odamianę. Zresztą, wcale nie musi chodzić tylko o dziewczyny. Nie wiem, na ile jest to wiedza powszechna, ale fakt jest taki, że ludzie, których spotkać można w parku przed południem, kiedy spacerują ze swoimi psami, to w ogóle najczęściej bardzo mili ludzie. A więc, kiedy się od czasu do czasu kogoś spotka, bywa dobrze.
Tym razem, jak mówię, w powietrzu było zimno, wszędzie dookoła leżał szron, powietrze zanurzone było w lekkiej mgle, a wokół nie było nikogo. W pewnym momencie w oddali zauważyłem chłopca z psem. Mówię „chłopca” na podobnej zasadzie, jak marszałek Ewa Kopacz mówi „chłopiec” o swoim idolu Palikocie, a więc jak ktoś, dla kogo w pewnym momencie życia nawet osoby już mocno dorosłe stają się wyłącznie chłopcami, czy dziewczynami. Ale, owszem, był to człowiek dość młody, z dużym, białym, kudłatym psem, możliwe że Husky. Szli sobie daleką alejką i wyglądali razem naprawdę bardzo ładnie. W pewnym momencie, chłopak zatrzymał się przy jednej z ławek i najwyraźniej zaczął coś na niej pisać palcem. To znaczy, oczywiście, nie po samej ławce – no bo jak? – ale po pokrywającym ją szronie. Po chwili ruszył dalej i zniknął nam z oczu. Przez chwilę jeszcze potarzaliśmy się po oszronionej trawie, obsikaliśmy parę patyków, a ja sobie pomyślałem, że pójdziemy w stronę tej ławki i zobaczę, co on tam uznał za stosowne nam powiedzieć.
Powiem uczciwie, że jako ktoś, kto zdecydowanie woli się trzymać z dala od wszelkich ekscesów, nie bardzo mam zaufanie do ludzi, którzy od czasu do czasu czują w sobie impuls, by wziąć i napisać coś na murze, czy w ogóle gdziekolwiek, na zasadzie opisanej wyżej. Nie wiem, z czego to wynika, ale wydaje mi się, że człowiek, który ma wszystko starannie poukładane w głowie i mniej więcej stara się kontrolować sytuację, nie znajduje w sobie potrzeby do tego typu pustych demonstracji. No bo co można napisać na murze? Zwłaszcza podczas porannego spaceru ze swoim psem. „CHWDP”? „Ruch psy”? „Kocham Monikę”? A może coś kompletnie niezrozumiałego, ale za to w jakimś oryginalnym bardzo kształcie, tak jak to robią młodzi hop-hopowcy? A więc szedłem w stronę tej ławki, z jednej strony z pewnym zaciekawieniem, a z drugiej – zdecydowanie bez większych nadziei. W pewnym momencie, pomyślałem nawet sobie, że coś mi się zdawało, i pewnie ten chłopak nic tam nie napisał. I proszę sobie wyobrazić, że wcale mi się nie zdawało. Na tym pokrywającym ławkę w moim parku szronie widniał, bardzo starannie, bardzo porządnie, równo i elegancko, wymalowany dużymi literami napis: „TUSK ZDRAJCA POLSKIEGO NARODU”.
Zdaję sobie sprawę, że w tej chwili mogą się tu pojawić niemal wyłącznie dwie reakcje. Jedna, ze strony wszystkich tych, którzy premiera Tuska nie szanują i mają ku temu swoje jak najbardziej określone powody, polegająca na pełnym poparciu dla tego niezwykłego, w tych – że zacytuję klasyka – okolicznościach przyrody, gestu, a druga, ze strony tych wszystkich, którzy twierdzą, że, aby nazwać Tuska zdrajcą, trzeba najpierw mocno zwariować, z pełnymi tej wiary konsekwencjami. Jak idzie o mnie, to ja przede wszystkim, naturalnie, odczuwam w stosunku do tego chłopaka wyłącznie sympatię, niemniej, w pewien bardzo szczególny sposób, czuję też coś na kształt strachu. Zwyczajnego strachu. Bo, proszę sobie uświadomić, że, jeśli tylko zachowamy w sobie przekonanie, że coś takiego jak zdrada narodu w tych szczególnie posuniętych czasach w ogóle jeszcze istnieje, tak naprawdę stoimy wobec dwóch tylko możliwości. Albo Donald Tusk w istocie jest zdrajcą, a wtedy – szczególnie biorąc pod uwagę fakt owej nieprawdopodobnej wręcz bezsilności, w jakiej musimy się poruszać my wszyscy, w tym też wyżej wspomniany chłopak – to że on sporządził ten napis na szronie, nie dość że stanowi z jego strony gest słuszny i wierny prawdzie, to wręcz konieczny. Jeśli nie – to nie ma o czym gadać, a ten tekst jest kompletnie pozbawiony sensu.
Otóż ja uważam, że tak, Donald Tusk, ale także większość członków jego rządu – i tego i poprzedniego – większość dziennikarzy, większość publicznych i medialnie wpływowych osób, popierających projekt o nazwie Platforma Obywatelska, sam Prezydent i jego współpracownicy – to są wszystko zdrajcy polskiego narodu. I nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości. Wiem też jednak oczywiście, że dziś, gdy takie słowa jak wierność, miłość, prawda, uczciwość, oddanie, poświęcenie, wiara – możnaby wymieniać – praktycznie straciły swój pierwotny sens, również zdrada stała się czymś, co tak naprawdę nie wiadomo już, czym w istocie jest. A do tego jeszcze, nawet jeśli uznamy pojęcie zdrady za wciąż jakoś tam obowiązujące, to już z całą pewnością nie będziemy mogli się zgodzić z równie pierwotnym, jak samo to pojęcie, postulatem, by zdrada wobec Państwa i Narodu była traktowana jak najbardziej okrutna zbrodnia. No bo w końcu, czym jest Naród? Czym jest dziś Państwo?
Żyjemy w czasach rozpasanego tak zwanego humanizmu, gdzie człowiek jest bytem absolutnie najwyższym, a przez to właśnie, że jest bytem najwyższym i całkowicie niezależnym od wszystkiego co poza nim, ma prawo zarówno do swojej wielkości, jak i swojego upadku. W końcu, jak to wie każde dziecko, w życiu, jak to w życiu – raz jest z górki, raz pod górkę. Poza tym, jak wiemy z telewizji, ludzkie życie jest tak niezwykle skomplikowane, że w efekcie człowiek nie ma wpływu na nic, i jeśli zdarzy nam się coś nieoczekiwanego, często nie jest to nawet nasza wina, lecz wina zwyczajnego zbiegu okoliczności. W dzisiejszym więc świecie, jeśli nawet przyjąć, że taki Donald Tusk istotnie zdradził Polskę, to jest naprawdę wystarczająco dużo kar, w tym udzielenie mu obywatelskiej nagany, by nie trzeba było się uciekać do tak drastycznych rozwiązań, jak sznur na szyję, czy kula w łeb. Przecież on tak naprawdę jest tylko zwykłym człowiekiem. Tak jak my wszyscy. To zaledwie jeden z nas. Z żoną , dziećmi, przyjaciółmi, marzeniami… A tu nagle jacyś dziwni ludzie chcieliby go narażać na tak ciężką nieprzyjemność jak sprawiedliwa kara.
Otóż, z mojego punktu widzenia, sprawa jest bardzo jasna i czytelna. Przede wszystkim, nikt Donaldowi Tuskowi – podobnie jak jego ministrom, Arabskiemu, Sikorskiemu, czy Kopacz – nie kazał brać na siebie odpowiedzialności za sprawy tak poważne i kluczowe, jak losy Narodu i Państwa. Podobnie, każdy z nich miał okazję żyć w czasach, kiedy o Polsce mówiło się wyłącznie z należnym nabożeństwem, i jeśli każdy z nich nagle doszedł do przekonania, że to wszystko jest jednak strasznie nudne i głupie, to – przepraszam bardzo – ale nie ma litości. Jeśli oni wszyscy, jeszcze przecież nie tak dawno, mieli świadomość tego że obraz – jakże okropnie absurdalny – polskiego samolotu, gnijącego w przemieszanej z rosyjskim błotem polskiej krwi na obcej ziemi, bez należnej pamięci i należnego szacunku, jest czymś absolutnie horrendalnym, a dziś – z sobie tylko wiadomych względów – doszli do przekonania, że jest akurat wręcz odwrotnie, że to wszystko jest warte jedynie śmiechu, lub irytacji – to znaczy, że dla nich nie ma już litości. Dla nich należałby się najpierw już tylko porządny sąd, a potem sznur, lub kula w łeb. Choćby ze względu na pamięć o tych, co dla Polski, jeszcze w czasach podstawowych wartości, oddali życie.
No ale niech będzie, że czasy faktycznie się zmieniły. Że skoro nawet nie można jak należy powiesić zwykłego, okrutnego mordercy – bo albo na to nie pozwala nowa cywilizacja, albo niezgłębione serce Ojca Świętego – to trudno sobie wyobrazić, by świat miał się brać za jakichś Bogu ducha winnych bałwanów, których, czy to dzieje, czy też ich rozbuchane ambicje, rzuciły tam, gdzie oni dziś są, a gdzie jest i trudno i niebezpiecznie. No więc dobra - niech sobie używają swojego nędznego życia. Ale skoro tak, miejmy przynajmniej odrobinę zrozumienia dla ludzi – młodych, kurcze, bardzo – którzy wstają rano z łóżka, by wyprowadzić psa na spacer, idą z nim do parku, chodzą sobie między drzewami, krzakami i alejkami, i nagle – być może wyłącznie po to, by im z tego wzruszenia nie pękło serce – napiszą palcem na zaszronionej ławce słowa prostej, zwykłej prawdy.
Idą Święta. Następny tekst będzie dopiero w poniedziałek. Mam nadzieję, że wszyscy to zrozumieją. Raz że nie wypada, a poza tym – co widać, słychać i czuć – ja ostatnio nie mam sumienia, by pisać byle jak, i to mnie odrobinę spowalnia. Natomiast mamy jeszcze przed sobą kawałek czwartku i piątek. Gdyby ktoś miał ochotę i możliwości, bardzo proszę o wpłaty na podany obok numer konta. A ja obiecuję, że to wszystko zostanie wydane ze starannym pożytkiem. Poza tym, jest, jak zawsze, książka o liściu. Też obok. Zachęcam. To naprawdę dobra książka. Dziękuję i wszystkim życzę Wesołych Świąt Narodzenia Bożego.

wtorek, 5 lipca 2011

Ja, homo sovieticus

Tak się złożyło, że znów przez parę dni nie będę pisał. Otóż jutro rano wjeżdżam do Poznania i pod Poznań, żeby się spotykać z ojcem Rachmajdą i naszym księdzem Don Paddingtonem. Samo to wydarzenie jest dla mnie czymś bardzo radosnym, jednak z drugiej strony martwię się cały dzień, bo chciałbym coś napisać, byście mieli co czytać przez te dwa dni, a w głowie mam tylko tego nieszczęsnego „Misia” i jego fanklub. Przez chwilę pomyślałem, ze skomentuję występ w „Kropce nad i” Marka Żylicza, profesora, członka komisji Jerzego Millera i staruszka w tak karykaturalnym wydaniu, że ani Władysław Bartoszewski, ani Tadeusz Mazowiecki, ani choćby Kazimierz Kutz nie byliby w stanie z nim konkurować, nawet gdyby ich wypuścić na nas bez snu, bez jedzenia i bez pastylek. No ale powyższe zdanie jest wszystkim co na ten temat umiem powiedzieć, a i tak mam już z pewnością grzech. Powiem tylko może jeszcze, że już nie muszę czekać aż Donald Tusk przeczyta raport, a zaprzyjaźnione biuro tłumaczeń otrzyma ten swój złoty przelew. Jeśli ów zespół Millera składa się z takiego zestawu ekspertów, to ja już wiem wszystko. Między innymi i to, ze Donald Tusk wiedział, co robi.
A więc wciąż myślę o Barei, a do tego jeszcze, za sprawą komentatora podpisującego się jako Paweł, o PRL-u. Poszło mianowicie o to, że w jednym z ostatnich komentarzy pod wpisem o Barei, chcąc mnie przekonać, że pokazana u Barei peerelowska Polska to czysty hiperrealizm, Paweł zacytował jakiegoś anonimowego recenzenta, który jakiś czas temu oświadczył, że „Miś” to:
obraz społeczeństwa, które, poddane totalnemu kłamstwu, oddychające tym kłamstwem, zatrute nim, kupiło je i uznało za regułę rządzącą światem. […] I jeśli potrafimy patrzeć, nagle dostrzegamy syntezę socjalizmu, jakiej nie stworzył bodaj nikt. Portret tej chorej, zbrodniczej ideologii, pokazanej w jej codziennych ofiarach. Widzimy Polskę, do imentu – pardon – skurwioną, ześwinioną, załganą, przepychającą się jak stado świń u półpustego koryta, widzimy ludzi zdegenerowanych i zdeformowanych życiem w paskudztwie Peerelu, i w tych ludziach widzimy samą istność realnego socjalizmu”.
Wprawdzie, po tych słowach pada jeszcze – ni z gruszki ni z pietruszki, kompletnie bez sensu i bez śladu logiki – zapewnienie, że taka Polska i tacy Polacy, są przez Bareję przedstawieni „bez odrobiny żółci, bez pogardy dla ześwinionych ludzi, wręcz z miłością dla nich”, no ale jeśli są osoby tak naiwne, by tej wymówki nie potraktować, jako wyłącznie próby ucieczki przed najbardziej ciężkim słowem, to proszę nie oczekiwać, że będę nią ja. Widzimy u Barei Polskę „skurwioną, ześwinioną, załganą, przepychającą się jak stado świń”, widzimy Polaków „zdegenerowanych, zdeformowanych i ześwinionych”, a przy okazji bardzo ich uprzejmie zapewniamy o swojej miłości i szacunku. Oto właśnie kwintesencja tego, co się w naszej popularnej kulturze, ale również w naszej myśli o Polsce, przyjęło określać hasłem „Bareja”.
Jakiś czas temu napisałem tu parę tekstów zaczepiających Stefana Chwina, reżimowego pisarza i publicystę. Powodem dla którego się nim zająłem, była jego wypowiedź jeszcze za życia gazety o nazwie „Dziennik”, gdzie zabierając glos w ankiecie zatytułowanej „Czy Polska jest sexy”, ów mąż powiedział co następuje:
…chodniki i jezdnie, przechodnie i latarnie, drzwi i okna, gesty, fason mówienia, naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści […] Wystarczy pojechać chociaż raz na Ibizę czy Wyspy Kanaryjskie, by poczuć do głębi prawdziwą ohydę klimatu środkowoeuropejskiego, na jaki zostaliśmy skazani fatalnym wyrokiem losu. Od listopada do maja krajobraz polski sączy prawdziwie depresyjne trucizny i nie zmienią tego nawet najbardziej olśniewające mazurki Chopina, seriale 'M jak Miłość' oraz 'Złotopolscy' czy polski Papież w każdym oknie”.
Opinię Chwina potraktowałem wówczas tak jak ona na to zasługiwała, a więc tak zwanym „kopem w ryj”, i już bardziej grzecznie sformułowaną prośbą, by Chwin się jak najszybciej spakował i z Polski wypieprzał. A proszę zwrócić uwagę na fakt, że Chwin zaprezentował tę swoją satyrę – to była satyra, prawda? – nie w stosunku do świata, który wywołuje w nas wyłącznie wzruszenie i serdeczny spokój, lecz w stosunku do świata o którym sam wciąż powtarzam, że będzie on musiał jeszcze za wiele odpowiedzieć. Mimo to potraktowałem Chwina tak jak go potraktowałem, bo ani mi do głowy nie przyszło myśleć, że Chwin wypluwając z siebie owe bluzgi pod adresem Polski i Polaków, tak naprawdę swoje talenty kierował pod adresem III RP. Ani mi do głowy nie przyszło, bym nagle miał przyznać, że, owszem, ciężkie to słowa, jednak w pewnym sensie jak najbardziej słuszne, i z pewnego punktu widzenia stawiające Chwina w naszych szeregach – szeregach ludzi, którzy poświęcają swoje życie, by Polskę wyprowadzić z tej smutnej zapaści.
Ale dziś też muszę przyznać coś samemu Chwilowi. On Polskę potraktował jak potraktował, ale przynajmniej nie zaczął się w chwilę później wykręcać i zapewniać nas, że przez niego przemawia wyłącznie miłość i szacunek. On był przynajmniej szczery. W odróżnieniu od takiego Barei i jego dzisiejszych wyznawców.
Każdy kto jest na tyle zawzięty, by czytać ukazujące się tu od ponad już trzech lat teksty, wie, co ja sądzę o współczesnej Polsce i Polakach. Ale też wie, jakie jest moje zdanie na temat PRL-u, na temat ludzi PRL-u i na temat życia w tamtych czasach. Myślę, że wie też, że, kiedy zdarza mi się wpaść w nastrój naprawdę ponury, miewam prawdziwy dylemat, co do tego, czy rzeczywiście warto nam było zamieniać to cośmy mieli kiedyś, na to co mamy dziś. Napisałem zresztą na ten temat całkiem pokaźną liczbę tekstów, i wydaje mi się, ze nie obrażę się, jeśli ktoś po ich przeczytaniu pomyślał sobie o mnie, że jestem zwykłym komunistą. A mimo to – muszę jeszcze raz na to zwrócić uwagę – kiedy przeczytałem, jak Chwin traktuje moją Polskę, uznałem, że jeśli mam wybierać między połączonymi siłami PRL-u i III RP, a nim, to bez chwili wahania skreślam jego. Stefana Chwina – durnia, szuję i zaprzańca.
Ktoś mi powie, żebym się nie wygłupiał, bo wszyscy wiemy, czym był PRL. Otóż ja mam nie gasnące przekonanie, że chyba jednak nie wszyscy. To znaczy, wszyscy wiemy, czym podobno był PRL, natomiast czym on był naprawdę, wielu z nas albo nie miało okazji się nigdy przekonać, albo – jeśli kiedyś się o tym osobiście przekonali – to z jakiegoś powodu dali sobie z czasem pomieszać skutecznie w głowach i tę wiedzę stracili. A najlepiej o tym świadczą nie filmy Barei – bo sam Bareja akurat doskonale to wiedział, tyle że kręcił śmieszne filmy – lecz opinie o PRL-u takie, jak powyższa, zacytowana – ciekawe, że najprawdopodobniej w jak najlepszych intencjach – przez Pawła.
Jeszcze przed trzema laty, napisałem tekst, który zatytułowałem „Homo sovieticus, czyli o skuteczności tresury”. Łączy się z nim pewna anegdotka. Otóż publikowałem wtedy w Salonie24, a więc wśród komentarzy ukazujących się pod moimi notkami, obok głosów życzliwych, pojawiało się dużo akcentów wrogich, czy wręcz nienawistnych. I oto – pamiętam to świetnie do dziś – pod tym tekstem ukazała się komentarz kobiety nazwiskiem Rudecka-Kalinowska – osoby w typie…ja wiem? No, nie umiem wymyślić nic celnego. Otóż, ku mojemu zdziwieniu i zawstydzeniu, owa Rudecka-Kalinowska bardzo ten mój tekst pochwaliła, a mnie potraktowała nadzwyczaj przyjaźnie i życzliwie. Ja wiedziałem, że ona tego, co ja napisałem musiała zwyczajnie nie zrozumieć – to własnie wtedy po raz pierwszy zrozumiałem – że ona jest zwyczajnie głupia, niemniej przykrość pozostała. Ponieważ wciąż się tu powtarzają głosy, sugerujące, że Rudecka-Kalinowska uwielbia Bareję – a ja jestem na sto procent przekonany, że go uwielbia, a „Misia” zwłaszcza – tylko, ze za tym uwielbieniem stoi zwykła głupota, chciałbym przypomnieć ten swój stary tekst o „homo sovieticusie”. Tak by pokazać, że ja też tak potrafię, jak Bareja. Stworzyć coś, co będzie potem przez intelektualistów kompletnie niezrozumiałe. Zapraszam, i tradycyjnie proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. A jak wrócę w piątek, to obiecuję, że Wam znów coś opowiem.

Przeczytałem tu niedawno niezwykle ciekawą refleksję, gdzie autor zastanawiał nad tym, ogólnie rzecz ujmując, co system sowiecki zrobił z ludźmi, których uważał za swoich poddanych. Temat jest tak obszerny, że umówić go skutecznie nie udało się ani autorowi wspomnianej refleksji, ani nie uda się tego zrobić mnie, ani też nie sposób go omówić pewnie w ogóle, a co dopiero w tak krótkiej formie, jaką jest zwykły skromny blogowy wpis. Na dodatek, temat ten, oprócz tego, że niezwykle złożony, jest okropnie śliski, bowiem wystarczy powiedzieć „homo sovieticus” , żeby do tego światła zaczęły się garnąć nie tylko osoby prawdziwie uczciwe i zatroskane, ale również, a być może nawet przede wszystkim, najgorszego autoramentu manipulatorzy, którzy, gdy tylko zwietrzą okazję, by dokopać komuś, kogo nie lubią, sięgają po ten argument z niezwykłą lubością.
Z tym drugim typem mieliśmy w ciągu tych kilku lat wolności do czynienia – i wciąż mamy – aż nazbyt często. Czy to jakiś światły publicysta, czy jakiś mądry polityk, czy któryś bardzo nowoczesny ksiądz, właściwie każdego dnia nachyla się nad tym marnym, głupim Polakiem i mówi mu ciepłym, zatroskanym tonem: "“Jesteś jakże typową ofiarą systemu. Nie ja, ale ty". A system był, system działał i system nie próżnował. A ja dziś bardzo chciałbym wtrącić swoje trzy grosze do tej niekończącej się rozmowy o tym, co osiągnął?
Mam tu jedno, bardzo interesujące wspomnienie. Pewna dziewczyna studiowała w innym mieście i co tydzień wracała pociągiem do domu. Ponieważ pociąg przyjeżdżał na dworzec jej miasta późnym wieczorem, zawsze czekał na nią jej chłopak. Któregoś dnia, pociąg z jakiegoś powodu się spóźniał. Ponieważ żadnej informacji o spóźnieniu i o czasie spóźnienia nie było, chłopak poszedł do odpowiedniego okienka. Pani nie było w okienku, za to stała w głębi, na zapleczu, i gawędziła sobie z koleżanką. Chłopak czekał cierpliwie, wreszcie zawołał: “Może by tak pani zechciała tu podejść”. Pani podeszła do okienka, wychyliła głowę na zewnątrz i zawołała do przechodzących milicjantów, żeby zrobili porządek z “tym awanturującym się pijakiem”. Milicjanci przyszli, wsadzili chłopaka do swojej niebieskiej nyski, zawieźli na posterunek milicji, przesłuchali, a następnie skierowali sprawę do kolegium, które odpowiednio skazało chłopaka na bardzo wysoką grzywnę za awantury po pijanemu. Przyznać trzeba uczciwie, że go nie pobili, bo przecież mogli. Może oszczędzili go, bo się nie stawiał i nie pyskował.
I teraz przed nami trzech bohaterów tego zdarzenia. Wszyscy trzej żyli w ramach systemu i trzej podlegali obróbce, o której własnie przeczytałem na jednym z blogów. Pani z okienka, pan milicjant i chłopak. Powstaje pytanie: która z tych trzech osób dała się wytresować systemowi? Pan milicjant, który napisał wniosek do kolegium, pani z okienka, która poczuła się częścią systemu i zadziałała, czy chłopak, który wszystko, co milicjanci kazali, wykonał bez protestu, mimo, że był całkowicie niewinny? Gdybym pytanie to zadał komuś takiemu, jak na przykład red. Żakowski, to pewnie bym się dowiedział, że „homo sovieticusa” poznajemy nie po tym, co robił kiedyś, ale jak się prowadzi obecnie. Gdybyśmy spytali o to jakiegoś komunistę, powiedziałby nam, że nikt tu nie zawinił, bo PRL był naszą wspólną ojczyzną i trzeba było jakoś żyć. A my? Co na ten temat sądzę ja i Wy? Pozwólcie, że zanim ja wypowiem się jednoznacznie, jeszcze przez chwilę powspominam.
Kiedy byłem dzieckiem, chodziłem z moim ojcem na pochody pierwszomajowe. Bardzo lubiłem te pochody i bardzo lubiłem, jak jest 1 maja, bo było wesoło, kolorowo, pod moim oknem jeździli kolarze, w parku sprzedawali watę na patyku i wiatraczki z plastiku i oranżadę. Później przestałem je lubić i przestałem w nich brać udział. Zorientowałem się też, że nikt właściwie pierwszomajowych pochodów nie lubi, a już zwłaszcza ci, którzy na nie chodzą. Pochodów nikt nie lubił, komunistów każdy nienawidził, a gdybym historię chłopca z dworca opowiedział publicznie tym wszystkim obywatelom machającymi flagami, balonikami i chorągiewkami, prawdopodobnie ogromna większość splunęłaby symbolicznie, ale by się nie zdziwiła. Bo ogromna większość wiedziała, że komuniści to mordercy, których należy się bać. Jednocześnie jednak, pewnie ta sama większość powiedziałaby, że po pierwsze chłopak dobrze zrobił, że się nie kłócił, że milicjant jakiś porządniejszy, bo chłopca nie pobił, a pani z okienka to zwykła ruska swołocz, ale może była pijana.
Czy można powiedzieć, że oni wszyscy – ci ludzie w komunistycznym pochodzie – byli psychicznymi ofiarami systemu? Czy może na odwrót. Może to właśnie dzięki ich zdrowemu rozsądkowi, jakoś się nam udało? Skłonny jestem przypuszczać, że owszem, wśród nas było dużo, bardzo dużo ludzi, którzy jakoś tam padli ofiarą tej wielkiej operacji pod nazwą “budujemy człowieka radzieckiego”. Niektórzy bardziej, inni mniej, jedni częściej, inni rzadziej. Ale na ogół nie mam pretensji. Uważam, że na ogół nie daliśmy się.
Może z wyjątkiem naprawdę nielicznych. Takich, jak na przykład artysta Janusz Józefowicz, który zamiast iść w pochodzie, jak przystało na normalnego obywatela, łaził po szwedzkich supermarketach i kradł wszystko, co uznał za ładne i przydatne, a o czym jakiś czas temu, w wywiadzie dla magazynu „Pani”, czy może „Twój Styl” – diabli wiedzą, jak to się nazywało – czegoś z dumą opowiadał.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...