Tak się złożyło, że znów przez parę dni nie będę pisał. Otóż jutro rano wjeżdżam do Poznania i pod Poznań, żeby się spotykać z ojcem Rachmajdą i naszym księdzem Don Paddingtonem. Samo to wydarzenie jest dla mnie czymś bardzo radosnym, jednak z drugiej strony martwię się cały dzień, bo chciałbym coś napisać, byście mieli co czytać przez te dwa dni, a w głowie mam tylko tego nieszczęsnego „Misia” i jego fanklub. Przez chwilę pomyślałem, ze skomentuję występ w „Kropce nad i” Marka Żylicza, profesora, członka komisji Jerzego Millera i staruszka w tak karykaturalnym wydaniu, że ani Władysław Bartoszewski, ani Tadeusz Mazowiecki, ani choćby Kazimierz Kutz nie byliby w stanie z nim konkurować, nawet gdyby ich wypuścić na nas bez snu, bez jedzenia i bez pastylek. No ale powyższe zdanie jest wszystkim co na ten temat umiem powiedzieć, a i tak mam już z pewnością grzech. Powiem tylko może jeszcze, że już nie muszę czekać aż Donald Tusk przeczyta raport, a zaprzyjaźnione biuro tłumaczeń otrzyma ten swój złoty przelew. Jeśli ów zespół Millera składa się z takiego zestawu ekspertów, to ja już wiem wszystko. Między innymi i to, ze Donald Tusk wiedział, co robi.
A więc wciąż myślę o Barei, a do tego jeszcze, za sprawą komentatora podpisującego się jako Paweł, o PRL-u. Poszło mianowicie o to, że w jednym z ostatnich komentarzy pod wpisem o Barei, chcąc mnie przekonać, że pokazana u Barei peerelowska Polska to czysty hiperrealizm, Paweł zacytował jakiegoś anonimowego recenzenta, który jakiś czas temu oświadczył, że „Miś” to:
„obraz społeczeństwa, które, poddane totalnemu kłamstwu, oddychające tym kłamstwem, zatrute nim, kupiło je i uznało za regułę rządzącą światem. […] I jeśli potrafimy patrzeć, nagle dostrzegamy syntezę socjalizmu, jakiej nie stworzył bodaj nikt. Portret tej chorej, zbrodniczej ideologii, pokazanej w jej codziennych ofiarach. Widzimy Polskę, do imentu – pardon – skurwioną, ześwinioną, załganą, przepychającą się jak stado świń u półpustego koryta, widzimy ludzi zdegenerowanych i zdeformowanych życiem w paskudztwie Peerelu, i w tych ludziach widzimy samą istność realnego socjalizmu”.
Wprawdzie, po tych słowach pada jeszcze – ni z gruszki ni z pietruszki, kompletnie bez sensu i bez śladu logiki – zapewnienie, że taka Polska i tacy Polacy, są przez Bareję przedstawieni „bez odrobiny żółci, bez pogardy dla ześwinionych ludzi, wręcz z miłością dla nich”, no ale jeśli są osoby tak naiwne, by tej wymówki nie potraktować, jako wyłącznie próby ucieczki przed najbardziej ciężkim słowem, to proszę nie oczekiwać, że będę nią ja. Widzimy u Barei Polskę „skurwioną, ześwinioną, załganą, przepychającą się jak stado świń”, widzimy Polaków „zdegenerowanych, zdeformowanych i ześwinionych”, a przy okazji bardzo ich uprzejmie zapewniamy o swojej miłości i szacunku. Oto właśnie kwintesencja tego, co się w naszej popularnej kulturze, ale również w naszej myśli o Polsce, przyjęło określać hasłem „Bareja”.
Jakiś czas temu napisałem tu parę tekstów zaczepiających Stefana Chwina, reżimowego pisarza i publicystę. Powodem dla którego się nim zająłem, była jego wypowiedź jeszcze za życia gazety o nazwie „Dziennik”, gdzie zabierając glos w ankiecie zatytułowanej „Czy Polska jest sexy”, ów mąż powiedział co następuje:
„…chodniki i jezdnie, przechodnie i latarnie, drzwi i okna, gesty, fason mówienia, naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści […] Wystarczy pojechać chociaż raz na Ibizę czy Wyspy Kanaryjskie, by poczuć do głębi prawdziwą ohydę klimatu środkowoeuropejskiego, na jaki zostaliśmy skazani fatalnym wyrokiem losu. Od listopada do maja krajobraz polski sączy prawdziwie depresyjne trucizny i nie zmienią tego nawet najbardziej olśniewające mazurki Chopina, seriale 'M jak Miłość' oraz 'Złotopolscy' czy polski Papież w każdym oknie”.
Opinię Chwina potraktowałem wówczas tak jak ona na to zasługiwała, a więc tak zwanym „kopem w ryj”, i już bardziej grzecznie sformułowaną prośbą, by Chwin się jak najszybciej spakował i z Polski wypieprzał. A proszę zwrócić uwagę na fakt, że Chwin zaprezentował tę swoją satyrę – to była satyra, prawda? – nie w stosunku do świata, który wywołuje w nas wyłącznie wzruszenie i serdeczny spokój, lecz w stosunku do świata o którym sam wciąż powtarzam, że będzie on musiał jeszcze za wiele odpowiedzieć. Mimo to potraktowałem Chwina tak jak go potraktowałem, bo ani mi do głowy nie przyszło myśleć, że Chwin wypluwając z siebie owe bluzgi pod adresem Polski i Polaków, tak naprawdę swoje talenty kierował pod adresem III RP. Ani mi do głowy nie przyszło, bym nagle miał przyznać, że, owszem, ciężkie to słowa, jednak w pewnym sensie jak najbardziej słuszne, i z pewnego punktu widzenia stawiające Chwina w naszych szeregach – szeregach ludzi, którzy poświęcają swoje życie, by Polskę wyprowadzić z tej smutnej zapaści.
Ale dziś też muszę przyznać coś samemu Chwilowi. On Polskę potraktował jak potraktował, ale przynajmniej nie zaczął się w chwilę później wykręcać i zapewniać nas, że przez niego przemawia wyłącznie miłość i szacunek. On był przynajmniej szczery. W odróżnieniu od takiego Barei i jego dzisiejszych wyznawców.
Każdy kto jest na tyle zawzięty, by czytać ukazujące się tu od ponad już trzech lat teksty, wie, co ja sądzę o współczesnej Polsce i Polakach. Ale też wie, jakie jest moje zdanie na temat PRL-u, na temat ludzi PRL-u i na temat życia w tamtych czasach. Myślę, że wie też, że, kiedy zdarza mi się wpaść w nastrój naprawdę ponury, miewam prawdziwy dylemat, co do tego, czy rzeczywiście warto nam było zamieniać to cośmy mieli kiedyś, na to co mamy dziś. Napisałem zresztą na ten temat całkiem pokaźną liczbę tekstów, i wydaje mi się, ze nie obrażę się, jeśli ktoś po ich przeczytaniu pomyślał sobie o mnie, że jestem zwykłym komunistą. A mimo to – muszę jeszcze raz na to zwrócić uwagę – kiedy przeczytałem, jak Chwin traktuje moją Polskę, uznałem, że jeśli mam wybierać między połączonymi siłami PRL-u i III RP, a nim, to bez chwili wahania skreślam jego. Stefana Chwina – durnia, szuję i zaprzańca.
Ktoś mi powie, żebym się nie wygłupiał, bo wszyscy wiemy, czym był PRL. Otóż ja mam nie gasnące przekonanie, że chyba jednak nie wszyscy. To znaczy, wszyscy wiemy, czym podobno był PRL, natomiast czym on był naprawdę, wielu z nas albo nie miało okazji się nigdy przekonać, albo – jeśli kiedyś się o tym osobiście przekonali – to z jakiegoś powodu dali sobie z czasem pomieszać skutecznie w głowach i tę wiedzę stracili. A najlepiej o tym świadczą nie filmy Barei – bo sam Bareja akurat doskonale to wiedział, tyle że kręcił śmieszne filmy – lecz opinie o PRL-u takie, jak powyższa, zacytowana – ciekawe, że najprawdopodobniej w jak najlepszych intencjach – przez Pawła.
Jeszcze przed trzema laty, napisałem tekst, który zatytułowałem „Homo sovieticus, czyli o skuteczności tresury”. Łączy się z nim pewna anegdotka. Otóż publikowałem wtedy w Salonie24, a więc wśród komentarzy ukazujących się pod moimi notkami, obok głosów życzliwych, pojawiało się dużo akcentów wrogich, czy wręcz nienawistnych. I oto – pamiętam to świetnie do dziś – pod tym tekstem ukazała się komentarz kobiety nazwiskiem Rudecka-Kalinowska – osoby w typie…ja wiem? No, nie umiem wymyślić nic celnego. Otóż, ku mojemu zdziwieniu i zawstydzeniu, owa Rudecka-Kalinowska bardzo ten mój tekst pochwaliła, a mnie potraktowała nadzwyczaj przyjaźnie i życzliwie. Ja wiedziałem, że ona tego, co ja napisałem musiała zwyczajnie nie zrozumieć – to własnie wtedy po raz pierwszy zrozumiałem – że ona jest zwyczajnie głupia, niemniej przykrość pozostała. Ponieważ wciąż się tu powtarzają głosy, sugerujące, że Rudecka-Kalinowska uwielbia Bareję – a ja jestem na sto procent przekonany, że go uwielbia, a „Misia” zwłaszcza – tylko, ze za tym uwielbieniem stoi zwykła głupota, chciałbym przypomnieć ten swój stary tekst o „homo sovieticusie”. Tak by pokazać, że ja też tak potrafię, jak Bareja. Stworzyć coś, co będzie potem przez intelektualistów kompletnie niezrozumiałe. Zapraszam, i tradycyjnie proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. A jak wrócę w piątek, to obiecuję, że Wam znów coś opowiem.
Przeczytałem tu niedawno niezwykle ciekawą refleksję, gdzie autor zastanawiał nad tym, ogólnie rzecz ujmując, co system sowiecki zrobił z ludźmi, których uważał za swoich poddanych. Temat jest tak obszerny, że umówić go skutecznie nie udało się ani autorowi wspomnianej refleksji, ani nie uda się tego zrobić mnie, ani też nie sposób go omówić pewnie w ogóle, a co dopiero w tak krótkiej formie, jaką jest zwykły skromny blogowy wpis. Na dodatek, temat ten, oprócz tego, że niezwykle złożony, jest okropnie śliski, bowiem wystarczy powiedzieć „homo sovieticus” , żeby do tego światła zaczęły się garnąć nie tylko osoby prawdziwie uczciwe i zatroskane, ale również, a być może nawet przede wszystkim, najgorszego autoramentu manipulatorzy, którzy, gdy tylko zwietrzą okazję, by dokopać komuś, kogo nie lubią, sięgają po ten argument z niezwykłą lubością.
Z tym drugim typem mieliśmy w ciągu tych kilku lat wolności do czynienia – i wciąż mamy – aż nazbyt często. Czy to jakiś światły publicysta, czy jakiś mądry polityk, czy któryś bardzo nowoczesny ksiądz, właściwie każdego dnia nachyla się nad tym marnym, głupim Polakiem i mówi mu ciepłym, zatroskanym tonem: "“Jesteś jakże typową ofiarą systemu. Nie ja, ale ty". A system był, system działał i system nie próżnował. A ja dziś bardzo chciałbym wtrącić swoje trzy grosze do tej niekończącej się rozmowy o tym, co osiągnął?
Mam tu jedno, bardzo interesujące wspomnienie. Pewna dziewczyna studiowała w innym mieście i co tydzień wracała pociągiem do domu. Ponieważ pociąg przyjeżdżał na dworzec jej miasta późnym wieczorem, zawsze czekał na nią jej chłopak. Któregoś dnia, pociąg z jakiegoś powodu się spóźniał. Ponieważ żadnej informacji o spóźnieniu i o czasie spóźnienia nie było, chłopak poszedł do odpowiedniego okienka. Pani nie było w okienku, za to stała w głębi, na zapleczu, i gawędziła sobie z koleżanką. Chłopak czekał cierpliwie, wreszcie zawołał: “Może by tak pani zechciała tu podejść”. Pani podeszła do okienka, wychyliła głowę na zewnątrz i zawołała do przechodzących milicjantów, żeby zrobili porządek z “tym awanturującym się pijakiem”. Milicjanci przyszli, wsadzili chłopaka do swojej niebieskiej nyski, zawieźli na posterunek milicji, przesłuchali, a następnie skierowali sprawę do kolegium, które odpowiednio skazało chłopaka na bardzo wysoką grzywnę za awantury po pijanemu. Przyznać trzeba uczciwie, że go nie pobili, bo przecież mogli. Może oszczędzili go, bo się nie stawiał i nie pyskował.
I teraz przed nami trzech bohaterów tego zdarzenia. Wszyscy trzej żyli w ramach systemu i trzej podlegali obróbce, o której własnie przeczytałem na jednym z blogów. Pani z okienka, pan milicjant i chłopak. Powstaje pytanie: która z tych trzech osób dała się wytresować systemowi? Pan milicjant, który napisał wniosek do kolegium, pani z okienka, która poczuła się częścią systemu i zadziałała, czy chłopak, który wszystko, co milicjanci kazali, wykonał bez protestu, mimo, że był całkowicie niewinny? Gdybym pytanie to zadał komuś takiemu, jak na przykład red. Żakowski, to pewnie bym się dowiedział, że „homo sovieticusa” poznajemy nie po tym, co robił kiedyś, ale jak się prowadzi obecnie. Gdybyśmy spytali o to jakiegoś komunistę, powiedziałby nam, że nikt tu nie zawinił, bo PRL był naszą wspólną ojczyzną i trzeba było jakoś żyć. A my? Co na ten temat sądzę ja i Wy? Pozwólcie, że zanim ja wypowiem się jednoznacznie, jeszcze przez chwilę powspominam.
Kiedy byłem dzieckiem, chodziłem z moim ojcem na pochody pierwszomajowe. Bardzo lubiłem te pochody i bardzo lubiłem, jak jest 1 maja, bo było wesoło, kolorowo, pod moim oknem jeździli kolarze, w parku sprzedawali watę na patyku i wiatraczki z plastiku i oranżadę. Później przestałem je lubić i przestałem w nich brać udział. Zorientowałem się też, że nikt właściwie pierwszomajowych pochodów nie lubi, a już zwłaszcza ci, którzy na nie chodzą. Pochodów nikt nie lubił, komunistów każdy nienawidził, a gdybym historię chłopca z dworca opowiedział publicznie tym wszystkim obywatelom machającymi flagami, balonikami i chorągiewkami, prawdopodobnie ogromna większość splunęłaby symbolicznie, ale by się nie zdziwiła. Bo ogromna większość wiedziała, że komuniści to mordercy, których należy się bać. Jednocześnie jednak, pewnie ta sama większość powiedziałaby, że po pierwsze chłopak dobrze zrobił, że się nie kłócił, że milicjant jakiś porządniejszy, bo chłopca nie pobił, a pani z okienka to zwykła ruska swołocz, ale może była pijana.
Czy można powiedzieć, że oni wszyscy – ci ludzie w komunistycznym pochodzie – byli psychicznymi ofiarami systemu? Czy może na odwrót. Może to właśnie dzięki ich zdrowemu rozsądkowi, jakoś się nam udało? Skłonny jestem przypuszczać, że owszem, wśród nas było dużo, bardzo dużo ludzi, którzy jakoś tam padli ofiarą tej wielkiej operacji pod nazwą “budujemy człowieka radzieckiego”. Niektórzy bardziej, inni mniej, jedni częściej, inni rzadziej. Ale na ogół nie mam pretensji. Uważam, że na ogół nie daliśmy się.
Może z wyjątkiem naprawdę nielicznych. Takich, jak na przykład artysta Janusz Józefowicz, który zamiast iść w pochodzie, jak przystało na normalnego obywatela, łaził po szwedzkich supermarketach i kradł wszystko, co uznał za ładne i przydatne, a o czym jakiś czas temu, w wywiadzie dla magazynu „Pani”, czy może „Twój Styl” – diabli wiedzą, jak to się nazywało – czegoś z dumą opowiadał.