Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 maja 2023

Vineeta Gupta, czyli niech Bóg chroni Króla

 

Dzisiejszy tekst nie obędzie się bez swego rodzaju wprowadzenia. Otóż  został on przygotowany z myślą o publikacji na portalu i.pl jeszcze w poprzednią sobotę i mimo że temat był bardzo doraźny, przez administratorów portalu został przetrzymany przez ponad tydzień, tylko po to, by mnie wczoraj wieczorem poinformowano, że nie zostanie opublikowany z dwóch powodów: po pierwsze, temat się zdezaktualizował, po drugie, sam tekst jest zbyt rozwlekły. A zatem, jak wiele razy już wcześniej, muszę przyznać, że nasi znów górą. Co będzie dalej, nie mam pojęcia, choć wielkich nadziei nie mam. Spróbuję raz jeszcze, a potem podejmę decyzję. Jak mówię: nasi mają moc.

Tymczasem, bardzo proszę. Jesteśmy na naszym blogu.

 

 

Wraz z całym światem, z pełnym i solidarnym zachwytem, oglądałem wczoraj telewizyjną transmisję z uroczystości koronacji Karola III. Od tego wydarzenia mijają kolejne godziny, a ja sobie myślę, że jeśli w owo oczarowanie wdarło się coś, co wspomniany zachwyt nieustannie waliło obuchem w łeb, to świadomość, że we współczesnym świecie – a już zwłaszcza we współczesnej Europie – nie ma najmniejszych szans na znalezienie miejsca, gdzie tak jak w przypadku Wielkiej Brytanii, chrześcijaństwo, a więc wiara w Chrystusa zabitego na krzyżu i zmartwychwstałego, mogłoby sobie pozwalać na taką impertynencję, by nie dość że podnosić wysoko głowę, to jeszcze, podnosząc ją, zamykać wszystkim skutecznie usta. Co ja mówię, zamykać usta? Wręcz zmuszać nawet najbardziej zawziętych wrogów chrześcijaństwa całego świata, nie wyłączając z tego grona naszych „opiłowiwaczy Kościoła”, by wspólnie z całym Westminster Abbey przez te kilka godzin wrzeszczeli na zmianę: „Alleluja” i „Amen”.

 Wspominam każdą chwilę londyńskich uroczystości, nieustannie mam w oczach każdy kolejny akcent owej mszy, już niemal widzę te chóry aniołów krążące nad królewskim tronem i nagle... zdaję sobie sprawę z tego, że tam żadnych aniołów nie ma. Nie ma aniołów, bo nie ma tak naprawdę żadnej mszy, a przede wszystkim nie ma Boga – przynajmniej tego, który nam się objawił jako Jezus Chrystus. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby tam pojawił się choćby Jego żywy ślad, Brytyjskie Imperium, takie jakie znamy, musiałoby się w jednej chwili zwinąć, a niewykluczone że po nim nie byłoby śladu już i tak co najmniej od pięciuset lat. Gdyby te ich znane na całym świecie słowa hymnu „God save the King” były wyśpiewywane na poważnie i ze szczerą wiarą, to oni już dawno zostaliby zmuszeni do tego by je zmienić na coś mniej... kontrowersyjnego.

Już po zakończeniu owej niezwykłej uroczystości, swojej wypowiedzi udzieliła TVP ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce i opowiadając pełnym zachwytu głosem o cudownej oprawie londyńskich uroczystości, wspaniałej brytyjskiej tradycji, podniosłych rytuałach, dodała, że „było tam też trochę religii”. Dosłownie tak: „trochę religii”. A ja już się tylko zastanawiam, co konkretnie miała ona na myśli, wspominając ową „religię”. Czy może chodziło jej o trzech mistrzów owej ceremonii, biskupa Canterbury i towarzyszące mu biskupki, czy może o Biblię, nad którą Karol III niemal się popłakał, a może wspomniane „Alleluja” i „Amen”?

      Ze wszystkich miejsc na świecie, pomijając oczywiście moje miasto, moją wieś, moje morze i moje góry – no i oczywiście mój Przemyśl – moim ulubionym jest Anglia. A szczególnie Londyn. Kiedy byłem trochę młodszy, lubiłem mawiać, że umrzeć oczywiście chciałbym w Polsce, ale gdyby mi przyszło żyć w Londynie, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jest coś takiego w Londynie, w jego kształcie, w jego ludziach i w jego atmosferze, co sprawia, że mógłby po nim wędrować od rana do wieczora i nie widzę możliwości, żebym się znudził. Kiedyś miałem okazję sobie iść wzdłuż Tamizy, od Chelsea aż do Tate. I tylko żałowałem, że nie można by tak wrócić, spojrzeć raz jeszcze na elektrownię w Battersea (to te kominy z Animals Pink Floyd) a później przejść tę drogę jeszcze raz i patrzeć na joggujących bez względu na pogodę londyńczyków i na sunące się nad głową bardzo, bardzo powoli wielkie samoloty.

Albo pojechać do Greenwich, by stanąć sobie tam, gdzie „zaczyna się czas", obok tego zegara, nad tą zielenią i spojrzeć na Londyn. Albo po prostu zajść do któregoś z pubów i popatrzeć na ludzi, pijących piwo (świetne, najlepsze) i od czasu do czasu podnoszących się ze swoich krzeseł, żeby wrzucić parę monet do grającej szafy. Żeby pójść do St. James's Park i popatrzeć na dzieci w szkolnych mundurkach, siedzące na ławkach i jedzące swoje trójkątne kanapki. Żeby znów zobaczyć te cudacznie poubierane Angielki, tak okropnie nieładne i, jednocześnie, tak nieprawdopodobnie światowe. Żeby znów poczuć w kieszeni ten miły kształt i ciężar monety jednofuntowej. I posłyszeć ten niepowtarzalny londyński akcent, który nigdy nie jest taki sam, a zawsze pozostaje ściśle londyński.

Lubię Londyn. Wbrew pozorom jednak, nie bywam tam często. Prawdę powiedziawszy, byłem w Londynie zaledwie parę razy w życiu. Na dodatek krótko i tylko w niektórych miejscach. I nic też nie wskazuje na to, żebym nagle zaczął tam podróżować. Raz że mnie nie stać, a dwa że nawet nie mam za bardzo kiedy i do kogo tam jeździć. Londyn więc, podobnie zresztą jak całą resztę Anglii, oglądam w telewizji, albo w kinie. I czytam o nim w gazetach. Właśnie z oddali widać, jak ta moja miłość do Londynu jest bezinteresowna i nieodwzajemniona. Nie ma właściwie dnia, żeby nie dochodziły do mnie informacje, że, zarówno samo miasto, jak i cały ten kraj, zmierza ku nieuchronnemu upadkowi. Jeśli się przyjrzeć dobrze, to widać bardzo wyraźnie, że to co tam jeszcze zostało, to ta wielka historia i ta nieprawdopodobnie manifestująca się wszędzie tradycja. Cała reszta, to już tylko najbardziej zwulgaryzowana cywilizacja. To już tylko rozbite rodziny, gówniarze z nożami, aborcja do 24 tygodnia, najbardziej oburzające medyczne eksperymenty, bandy debili, którzy przez cały tydzień, jeżdżą w tych swoich garniturach do pracy w City, po to by w piątek wieczorem kupić tani lot do Pragi, czy Krakowa i z powrotem, i przez weekend odstawiać tu czyste buractwo.

Jakiś czas temu w telewizji dali informację, że jakaś pani i jej chłopak (tam już małżeństw prawie nie ma), uprowadzili swoją (a może tylko jej) córkę, trzymali ją całymi tygodniami zaćpaną w tapczanie, a wszystko to po to, żeby zrobić ogólnokrajową aferę z zaginionym dzieckiem i zarobić co nieco na medialnym szumie. To też jest Anglia, którą kocham. I część tej samej Anglii przebrała się wczoraj w wesołe stroje i wyruszyła do Londynu, by świętować koronację Karola.

Jeszcze przed wielu laty, przeczytałem gdzieś że „z oksfordzkiego słownika dla dzieci usunięte zostały słowa związane z chrześcijaństwem i monarchią". Chodzi o to, że, ponieważ wydawcy słownika uznali, ze świat poszedł bardzo do przodu i nowe pokolenia mają w nosie zarówno Kościół jak i te jego tak zwane „głowy”, można spokojnie i jedno i drugie zacząć powoli eliminować ze społecznej świadomości. Według tej samej relacji, w nowym wydaniu słownika, wśród 10 000 słów, które metodycy uznali za najważniejsze dla dziecka, zabrakło takich pojęć jak „opactwo, ołtarz, biskup, kaplica, pastor, mnich, zakonnica, parafia, psalm, święty, grzech, czy diabeł". Oczywiście dla mnie najbardziej ciekawy jest ten „diabeł". Najbardziej ciekawy, najbardziej wymowny i – tak naprawdę – najbardziej podstawowy. No ale, jak mówię, nie tylko on poleciał. Mogę tylko przypuszczać, że skromnie przesunął się na sam początek kolejki.

Wiadomość ta, oczywiście, mnie zmartwiła, ale – przyznam – niezbyt zaskoczyła. Ja widziałem, co się szykuje, od pewnego już czasu. Jest taki podręcznik do nauki języka angielskiego, który popularnie nazywa się Alexander. Moim zdaniem, jeśli idzie o naukę na poziomie podstawowym, nie wymyślono dotychczas absolutnie nic lepszego. Alexander jest niepokonany i nawet nie widzę możliwości, żeby ktoś mu mógł tu zagrozić. Ale nawet nie o to chodzi. Sprawa polega na tym, że podręcznik ten już od wielu lat jest w naszych szkołach nieużywany. Nie ma go na ministerialnych listach, nie jest w ogóle nawet dopuszczony do szkół. Sami zresztą nauczyciele, nawet jeśli w o ogóle go znają, nie traktują go z powagą. Alexander jest czarno-biały, cieniutki, nie ma w nim ani zdjęć, ani komiksów, ani żadnych zbędnych rzeczy. Czysta nauka.

Ponieważ powstał dawno temu, niesie z w sobie całą autentyczną atmosferę nie tak wciąż bardzo starej Anglii. W Alexandrze płaci się wciąż funtami i pensami (w starszych wydaniach nawet szylingami), bohaterowie mieszkają na King Street w Londynie, nazywają się Sawyer, tworzą rodziny, czytają gazety, a jeśli są dziećmi i mają na imię Sally i Tim, odrabiają zadania domowe. Pan Sawyer odwozi je codziennie do szkoły, a wieczorem, kiedy Sally, czy Betty, chce iść do znajomych, ma wrócić przed jedenastą, bo inaczej pan Sawyer zwyczajnie jej nie puści.

Od czasu, jak L.G. Alexander napisał swój podręcznik, zmieniło się wiele. Przede wszystkim, w obecnie wydawanych książkach do nauki nie ma ani funtów, ani Betty, ani ulicy King Street w Londynie, ani dwóch dziadów w czerwonym autobusie. Dorośli latają samolotami między Los Angeles a Paryżem, dzieci siedzą przy komputerach i piszą maile, w sklepie płaci się przy pomocy Euro [sic!], ewentualnie karty, a jeśli ktoś nosi jakieś imię, to nie ma sposobu, żeby je przeczytać, a co dopiero zapamiętać z tej prostej przyczyny, ze nie są to imiona chrześcijańskie.

Jak to się stało, że do tego doszło? Kto tak fatalnie Anglików załatwił? Jak to się stało, że oni dali sobie wyrwać z rąk coś tak niepowtarzalnego i tak cennego? Powiem szczerze, że mam swoje podejrzenia, ale są one na tyle słabe, że nie będę się tutaj popisywał. Fakt jest jednak faktem. Wszystko wskazuje na to, że coś się skończyło. Na temat tych niezwykłych zmian w słowniku dla dzieci wypowiada się jakaś pani z Oxford University Press. Mówi tak: „W poprzednich wydaniach było na przykład dużo nazw kwiatów, bo wiele dzieci mieszkało na wsi. Teraz ich środowisko się zmieniło. Żyjemy w wielokulturowym społeczeństwie. Ludzie nie chodzą już tak często do kościoła”.

Więc oczywiście, jest to jakieś wytłumaczenie. Ale ja bym potrzebował czegoś mocniejszego, bardziej pewnego. Wbrew pozorom bowiem, to o czym tu pisze, to nie jest problem wyłącznie angielski. Odpowiedź na to pytanie jest również ważna dla mnie, Polaka, mieszkającego tu i planującego tu mieszkać do końca. Liczącego bardzo na to, ze Polska sobie poradzi dużo zgrabniej, niż Anglia. Mam więc wrażenie, że o wiele lepszą i pełniejszą odpowiedź na te moje dylematy daje – zgadzam się, w sposób bardzo symboliczny – co innego. Ta pani z Oksfordu nazywa się Vineeta Gupta. A wczoraj, w chórze śpiewającym w Westminster Abbey pieśni na cześć Jezusa Zmartwychwstałego nie mogłem nie zauważyć też jakiegoś Sikha w turbanie. Ciekawe czy to nie było przypadkiem mąż pani Gupty.



 

czwartek, 7 października 2021

O głęboko ukrytym sensie Brexitu

 

Z powodów które nawet jeśli mogą być ciekawe, to z pewnością nie są istotne, jutro wybieram się na cztery dni w ścisły rejon obowiązywania stanu wyjątkowego i do niedzieli mnie tu nie będzie. W związku z tym, drogą absolutnie szczególnego wyjątku, już dziś, a więc w formie swego rodzaju przedpremiery, przedstawiam Państwu felieton, który w „Warszawskiej Gazecie” ukaże się dopiero jutro. Jest oczywiście pewna szansa, że napiszę coś i stamtąd, ale tego dziś wiedzieć nie mogę. A zatem do usłyszenia i życzę przyjemnej lektury.    

 

 

      Od paru dni ogólnopolskie media żyją tym co spotkało Rafała Ziemkiewicza na londyńskim Heathrow. Otóż odwoził Ziemkiewicz swoją córkę na studia do Oxfordu, pragnąc wraz z nią przeżyć tak ważny w życiu rodziny dzień, kiedy okazało się, że Brytyjczycy uznają Ziemkiewicza za persona non grata i go bez ceregieli odesłali do Polski. Gdyby ktoś myślał, że oni ów wrogi akt pozostawili bez uzasadnienia, jest w błędzie, bo uzasadnienie jak najbardziej zostało dołączone:
Wnioskował pan o pozwolenie na wjazd do Wielkiej Brytanii jako gość na dwa dni. Jednakże uważam, że wykluczenie pana ze Zjednoczonego Królestwa sprzyja interesowi publicznemu. Wynika to z pańskiego zachowania oraz głoszonych poglądów, które są sprzeczne z brytyjskimi wartościami i mogą być obraźliwe dla innych, a tym samym sprawiają, że uzyskanie możliwości wjazdu jest niepożądane”.

      Brytyjski gest wywołał w Polsce dwojaką reakcję, a więc część opinii publicznej zakipiała zrozumiałym oburzeniem na ów antycywilizacyjny wręcz gest, a część zadławiła się nieprzytomną satysfakcją, że Ziemkiewcz dostał na co zasłużył. Mimo to, jak sądzę, w głębi serca nawet ci drudzy są przekonani, że ze Zjednoczonym Królestwem jest coś zdecydowanie nie tak, a jednocześnie, podobnie jak pierwsi, zachodzą w głowę, jak to jest w ogóle możliwe, że tekst jak ten zacytowany powyżej mógł w ogóle się ukazać poza murami najbardziej skretyniałych uniwersytetów po zachodniej stronie współczesnego świata. Otóż, wierząc że zrozumieć, nawet jeśli nie oznacza wybaczyć, to przynajmniej pozwala zachować odpowiedni spokój, pragnę poinformować Czytelników, że Wielka Brytania, prawdopodobnie od zarania swoich dziejów jest zbudowana na systemowym donosicielstwie, które tam stanowi zarówno obywatelski jak i prawny obowiązek. Obywatelski dlatego, że zdaniem ojców założycieli owej patologii, społeczeństwo jest w stanie należycie funkcjonować tylko wtedy, gdy się je spęta obserwacyjną pajęczyną, a prawny, bo wedle tej samej doktryny, mówiąc najprościej, kto nie kapuje jest współwinnym zdrady.

       Tak tam było zawsze, dziś natomiast, gdy współczesny świat wpadł w niewolę politycznej poprawności w wersji turbo plus, ów straszny system wręcz triumfuje. Informują mnie na przykład brytyjscy znajomi, że dziś tam jest tak, że wystarczy że ktoś przy kimś użyje na przykład słowa „negro”, a informacja o owym ekscesie dotrze do władz, człowiek zostaje natychmiast potraktowany z wszelkiego owego przestępstwa konsekwencjami, od aresztowania po utratę pracy.

        A przez to że nieważny jest czyn gdy wystarczy donos, wystarczyło Ziemkiewiczowi, że ktoś kto go z czysto politycznych względów nie lubi, poinformował brytyjskie służby, że ten na przykład notorycznie szydzi z osób LGBT, używając wobec nich polskiego określenia „zboki” i Ziemkiewicz z mety dostaje zakaz wjazdu na Wyspy.

        Współczujmy więc oczywiście Ziemkiewiczowi, że nie przyszło mu być świadkiem trumfalnego wkroczenia swojej córki w mury Oxfordu, ale miejmy też nadzieję, że on, jako człowiek niewątpliwie inteligentny, odpowiednio wcześniej ową przykrość wliczył w sobie w koszta.



Post Scriptum - Proszę sobie wyobrazić, że powyższą fotografię udało mi się tu zamieścić dopiero za szóstym razem. Wszystkie wcześniejsze próby kończyły się informacją, że ściągnięcie tego zdjęcia może być niebezpieczne, a zatem system je automatycznie, dla naszego wspónego dobra, niezmiennie blokował. Baaaardzo to jest znaczące.

wtorek, 16 lutego 2021

Vineeta Gupta, czyli jak samodzielnie zdjąć i założyć pampersa

 

Trafiłem niedawno na ciekawą informację dotyczącą sytuacji w angielskich szkołach podstawowych, gdzie, jak się okazuje, skutkiem bardzo zaawansowanego rozwoju wychowania seksualnego w brytyjskich szkołach, świadomość brytyjskich dzieci w tym temacie jest tak wysoka, że coraz częściej obserwuje się przypadki gwałtów popełnianych przez siedmioletnich nawet niekiedy chłopców na swoich koleżankach i kolegach. Wiadomość ta, choć oczywiście szokująca, nie byłaby może aż tak interesująca, gdyby nie towarzysząca jej informacja kolejna, że coraz częściej również angielskie dzieci chodzą do szkoły z pieluchą, ponieważ rodzice nie potrafili odpowiednio wcześnie zadbać o to, by one potrafiły korzystać samodzielnie z toalety. Zadumawszy się nad owym szczególnym postępem, przypomniałem sobie swój tekst jeszcze z roku 2008 w pewnym sensie zapowiadający to co nadejść musiało, no i, jak się okazuje nadeszło. Bardzo proszę.

 

 

      Z wszystkich miejsc na świecie, pomijając oczywiście moje miasto, moją wieś, moje morze i moje góry - no i oczywiście mój Przemyśl - moim ulubionym jest Anglia. A szczególnie Londyn. Kiedy byłem trochę młodszy, lubiłem mawiać, że umrzeć oczywiście chciałbym w Polsce, ale gdyby mi przyszło żyć w Londynie, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jest coś takiego w Londynie, w jego kształcie, w jego ludziach i w jego atmosferze, co sprawia, że mógłby po nim wędrować od rana do wieczora i nie widzę możliwości, żebym się znudził. Kiedyś miałem okazję sobie iść wzdłuż Tamizy, od Chelsea aż do Tate. I tylko żałowałem, ze nie można by tak wrócić, spojrzeć raz jeszcze na elektrownię w Battersea (to te kominy z Animals Pink Floyd) a później przejść tę drogę jeszcze raz i patrzeć na joggujących bez względu na pogodę londyńczyków i na sunące się nad głową bardzo, bardzo powoli wielkie samoloty.

      Albo pojechać do Greenwich, by stanąć sobie tam, gdzie „zaczyna się czas", obok tego zegara, nad tą zielenią i spojrzeć na Londyn. Albo po prostu zajść do któregoś z pubów i popatrzeć na ludzi, pijących piwo (świetne, najlepsze) i od czasu do czasu podnoszących się ze swoich krzeseł, żeby wrzucić parę monet do grającej szafy. Żeby pójść do St. James's Park i popatrzeć na dzieci w szkolnych mundurkach, siedzące na ławkach i jedzące swoje trójkątne kanapki. Żeby znów zobaczyć te cudacznie poubierane Angielki, tak okropnie nieładne i, jednocześnie, tak nieprawdopodobnie światowe. Żeby znów poczuć w kieszeni ten miły kształt i ciężar monety jednofuntowej. I posłyszeć ten niepowtarzalny londyński akcent, który nigdy nie jest taki sam, a zawsze pozostaje ściśle londyński.

      Lubię Londyn. Wbrew pozorom jednak, nie bywam tam często. Prawdę powiedziawszy, byłem w Londynie zaledwie parę razy w życiu. Na dodatek krótko i tylko w niektórych miejscach. I nic też nie wskazuje na to, żebym nagle zaczął tam podróżować. Raz że mnie nie stać, a dwa że nawet nie mam za bardzo kiedy i do kogo tam jeździć. Londyn więc, podobnie zresztą jak całą resztę Anglii, oglądam w telewizji, albo w kinie. I czytam o nim w gazetach. Właśnie z oddali widać, jak ta moja miłość do Londynu jest bezinteresowna i nieodwzajemniona. Nie ma właściwie dnia, żeby nie dochodziły do mnie informacje, że, zarówno samo miasto, jak i cały ten kraj, zmierza ku nieuchronnemu upadkowi. Jeśli się przyjrzeć dobrze, to widać bardzo wyraźnie, że to co tam jeszcze zostało, to ta wielka historia i ta nieprawdopodobnie manifestująca się wszędzie tradycja. Cała reszta, to już tylko najbardziej zwulgaryzowana cywilizacja. To już tylko rozbite rodziny, gówniarze z nożami, aborcja do 24 tygodnia, najbardziej oburzające medyczne eksperymenty, bandy debili, którzy przez cały tydzień, w swoich garniturach, jeżdżą do pracy w City po to, żeby w piątek wieczorem kupić tani lot do Pragi, czy Krakowa i z powrotem, i przez weekend odstawiać tu czyste buractwo.

      Niedawno w telewizji dali informację, że jakaś pani i jej chłopak (tam już małżeństw prawie nie ma), uprowadzili swoją (a może tylko jej) córkę, trzymali ją całymi tygodniami zaćpaną w tapczanie, a wszystko to po to, żeby zrobić ogólnokrajową aferę z zaginionym dzieckiem i zarobić co nieco na medialnym szumie. To też jest Anglia, którą kocham. Bez odpowiedzi.

      Parę dni temu, w Rzeczpospolitej, przeczytałem artykuł o tym, że „z oksfordzkiego słownika dla dzieci usunięte zostały słowa związane z chrześcijaństwem i monarchią". Chodzi o to, że, ponieważ wydawcy słownika uznali, ze świat poszedł bardzo do przodu i nowe pokolenia mają w nosie zarówno Kościół, jak i Królową, można spokojnie i jedno i drugie zacząć powoli eliminować ze społecznej świadomości. Według relacji Rzepy, w nowym wydaniu słownika, wśród 10 000 słów, które metodycy uznali za najważniejsze dla dziecka, zabrakło takich pojęć jak „opactwo, ołtarz, biskup, kaplica, pastor, mnich, zakonnica, parafia, psalm, święty, grzech, czy diabeł". Oczywiście dla mnie najbardziej ciekawy jest ten „diabeł". Najbardziej ciekawy, najbardziej wymowny i - tak naprawdę - najbardziej podstawowy. No ale, jak mówię, nie tylko on poleciał. Mogę tylko przypuszczać, że skromnie, usunął się na sam koniec kolejki.

      Wiadomość ta, oczywiście, mnie zmartwiła, ale - przyznam - niezbyt zaskoczyła. Ja widziałem, co się szykuje, od pewnego już czasu. Jest taki podręcznik do nauki języka angielskiego, który popularnie nazywa się Alexander. Moim zdaniem, jeśli idzie o naukę na poziomie podstawowym, nie wymyślono dotychczas absolutnie nic lepszego. Alexander jest niepokonany i nawet nie widzę możliwości, żeby ktoś mu mógł tu zagrozić. Ale nawet nie o to chodzi. Sprawa polega na tym, że podręcznik ten już od wielu lat jest w naszych szkołach nieużywany. Nie ma go na ministerialnych listach, nie jest w ogóle nawet dopuszczony do szkół. Sami zresztą nauczyciele, nawet jeśli w o ogóle go znają, nie traktują go z powagą. Alexander jest czarno-biały, cieniutki, nie ma w nim ani zdjęć, ani komiksów, ani żadnych zbędnych rzeczy. Czysta nauka.

      Ponieważ powstał dawno temu, niesie z w sobie całą autentyczną atmosferę nie tak wciąż bardzo starej Anglii. W Alexandrze płaci się wciąż funtami i pensami (w starszych wydaniach nawet szylingami), bohaterowie mieszkają na King Street w Londynie, nazywają się Sawyer, tworzą rodziny, czytają gazety, a jeśli są dziećmi i mają na imię Sally i Tim, odrabiają zadania domowe. Pan Sawyer odwozi je codziennie do szkoły, a wieczorem, kiedy Sally, czy Betty, chce iść do znajomych, ma wrócić przed jedenastą, bo inaczej pan Sawyer zwyczajnie jej nie puści.

      Od czasu, jak L.G. Alexander napisał swój podręcznik, zmieniło się wiele. Przede wszystkim, w obecnie wydawanych książkach do nauki nie ma ani funtów, ani Betty, ani ulicy King Street w Londynie, ani dwóch dziadów w czerwonym autobusie. Dorośli latają samolotami między Los Angeles a Paryżem, dzieci siedzą przy komputerach i piszą maile, w sklepie płaci się przy pomocy euro, ewentualnie karty, a jeśli ktoś nosi jakieś imię, to nie ma sposobu, żeby je przeczytać, a co dopiero zapamiętać z tej prostej przyczyny, ze nie są to imiona chrześcijańskie.

      Jak to się stało, że do tego doszło? Kto tak fatalnie Anglików załatwił? Jak to się stało, że oni dali sobie wyrwać z rąk coś tak niepowtarzalnego i tak cennego? Powiem szczerze, ze mam swoje podejrzenia, ale są one na tyle słabe, że nie będę się tutaj popisywał. Fakt jest jednak faktem. Wszystko wskazuje na to, że coś się skończyło. W artykule w Rzeczpospolitej, wypowiada się na temat tych niezwykłych zmian w słowniku dla dzieci jakaś pani z Oxford University Press. Mówi tak: „W poprzednich wydaniach było na przykład dużo nazw kwiatów, bo wiele dzieci mieszkało na wsi. Teraz ich środowisko się zmieniło. Żyjemy w wielokulturowym społeczeństwie. Ludzie nie chodzą już tak często do kościoła."

      Więc oczywiście, jest to jakieś wytłumaczenie. Ale ja bym potrzebował czegoś mocniejszego, bardziej pewnego. Wbrew pozorom bowiem, to o czym tu piszę, to nie jest problem wyłącznie angielski. Odpowiedź na to pytanie jest również ważna dla mnie, Polaka, mieszkającego tu i planującego tu mieszkać do końca. Liczącego bardzo na to, ze Polska sobie poradzi dużo zgrabniej, niż Anglia. Mam więc wrażenie, że o wiele lepszą i pełniejszą odpowiedź na te moje dylematy daje - zgadzam się, w sposób bardzo symboliczny - co innego. Ta pani z Oksfordu nazywa się Vineeta Gupta.

 


wtorek, 26 stycznia 2021

O tym jak skutecznie nie zostać szmatą

 

        Wśród pojawiających się tu i ówdzie – z każdym dniem, jak się zdaje, coraz niestety częściej –  argumentów za tym by Polakowi skazanemu przez państwo brytyjskie na śmierć dać święty spokój i pozwolić mu umrzeć z głodu i pragnienia, na czoło wysuwają się cztery. Pierwszy to ten, że jeśli brytyjska służba zdrowia oraz sądy uznały że nie ma najmniejszego sensu zamęczać tego człowieka jego istnieniem, to trzeba uznać, że oni wiedzą lepiej, a Polska powinna się w tej sprawie dyskretnie nie odzywać; drugi – podobny w sumie bardzo – że już nawet święty papież Jan Paweł II, swoim cierpieniem i godnym odejściem, przekazał nam naukę na temat moralnego wymiaru tak zwanej „uporczywej terapii”; po trzecie, słyszymy że skoro osoby temu człowiekowi najbliższe i najbardziej go kochające uważają że on powinien umrzeć, to  my powinniśmy ich stanowisko uszanować i się niepotrzebnie w coś co do nas nie należy nie angażować. Wreszcie argument z tych ważnych ostatni, to ten mianowicie, że transportowanie przez tysiące kilometrów kogoś kto, jeśli w ogóle,  pragnie już tylko umrzeć, byłby czymś nieludzkim. Oczywiście są jeszcze i inne wypowiedzi, choćby takie że wysyłanie helikopteru po warzywo to zbytnia rozrzutność, czy że można by było to zrobić, ale tylko pod warunkiem, że on sam by przeszedł próbę ognia i dał radę sięgnąć po podstawiony mu pod nos talerz z jedzeniem, no ale ja chciałbym się skupić tylko na tych, co przynajmniej udają człowieczeństwo.

        Zadanie tu mam o tyle ułatwione, że z dwoma ostatnimi rozliczyłem się już we wczorajszym tekście, przypominając sprawę malutkiego Charliego Garda z roku 2017, gdzie nikt w ogóle ani nie dyskutował kwestii bezpieczeństwa jego transportu, ani pragnień jego najbliższych. System zadecydował, że ani mama ani tata tego dziecka nie mają nic do gadania, a co więcej, że jeśli ono ma umrzeć – a umrzeć ma –  to w żadnym wypadku w domu, ale w którejś z instytucji znajdujących się pod łaskawym panowaniem Jej Królewskiej Wysokości. I nie pomogły błagania rodziców, by dać temu dziecku żyć, a jeśli już trzeba je zabić, to by zrobić to w jego domu, do którego – jak rozumiem – nie trzeba było go transportowac helikopterem – wszystko na nic. Charlie Gard ostatecznie umarł wśród obcych. Pozostają zatem już tylko te dwie ostatnie kwestie: uporczywa terapia, oraz to że skoro brytyjskie instytucje się w tej sprawie już wypowiedziały, my tu w Polsce, skoro już nam tak bardzo na tym zależy, możemy najwyżej odmawiać te swoje różańce. A mnie się w tym momencie przypomina coś, co kiedyś zrobiło na mnie ogromne wrażenie i co chyba po raz pierwszy pozwoliło mi zrozumieć, czym jest patriotyzm jako racja stanu.

        Oto 4 lutego 1997 roku do szpitala w Bostonie przywieziono ośmiomiesięcznego Matthew Eappena z roztrzaskaną czaszką i będącym konsekwencją urazu krwiakiem mózgu, a pięć dni później ów chłopczyk zmarł. Policja niemal natychmiast po wypadku aresztowała 19-letnią Brytyjkę, Louise Woodward, zarzucając jej, że zajmując się dzieckiem jako au pair, w pewnym momencie w złości rzuciła dzieckiem – jak sama zapewniała, tylko na łóżeczko – no i stało się nieszczęście. Woodward najpierw oskarżono o napaść oraz pobicie, a następnie, naturalnie,  morderstwo pierwszego stopnia. Sąd nie zgodził się na wniosek obrony ani na zwolnienie Woodward za kaucją, ani na przeniesienie sprawy do innego sądu, w celu zapewnienia jej uczciwego procesu, i rozprawa się rozpoczęła, a ja przede wszystkim z tamtych dni pamiętam to jak Wielka Brytania potraktowała sprawę Louise Woodward jako kwestię wagi państwowej. Pamiętam zaangażowanie brytyjskich mediów, opinii publicznej, oraz jak najbardziej rządu, na rzecz przekazania dziewczyny w ręce brytyjskie. Nie mam dziś pewności, czy jej wina była wówczas kwestionowana, czy nie, natomiast pamiętam bardzo mocno ów nacisk z jednym jedynym argumentem: Woodward jest Brytyjką i jako taka stanowi część Korony. Sprawa musiała być na tyle jednoznaczna, że już 30 października ława przysięgłych uznała Woodward winną morderstwa drugiego stopnia, a niejaki sędzia Zobel skazał ja na dożywocie, z możliwością zwolnienia po 15 latach. I to akurat pamiętam. Pamiętam też swoją satysfakcję, że tym razem Imperium nic nie wskórało, a jednocześnie też swoje zdziwienie, jak bardzo dla nich fakt, że ktoś jest poddanym Królowej, zmienia wszelką wyobrażalną perspektywę.

         Co się działo później, tego już oczywiście nie wiemy, ale oczywiście obrona Woodward apelowała i proszę sobie wyobrazić, że po ponownym procesie ten sam sędzia Zobel uznał wprawdzie że Woodward to dziecko faktycznie zabiła, ale przyjmując stanowisko przysięgłych, że dziewczyna była w stanie histerii, która w połączeniu z brakiem doświadczenia, praktycznie nie pozwoliła jej na uniknięcie nieszczęścia, zaliczył jej w poczet kary spędzony w areszcie rok i pozwolił wrócić do domu.

         No i pamiętam coś jeszcze, a mianowicie przyjęcie jakie jej zgotowano po powrocie. Ona była witana przez Brytyjczyków jak bohaterka i zresztą w jednej chwili bohaterką się stała, występując w telewizji, udzielając wywiadów i w ogóle robiąc za gwiazdę. I muszę w tym momencie zaznaczyć, że ja naprawdę nie mam pojęcia, co się tam w tamtym domu stało 4 lutego 1997 roku, nie wiem, czy ona to dziecko chciała zabić, czy nie, czy zrobiła to z zimną krwią, czy w panice; nie wiem tego i szczerze powiedziawszy, nie bardzo mnie to dziś interesuje. Natomiast wciąż pamiętam jak wtedy Brytyjczycy walczyli o jakąś pozornie kompletnie nieważną dziewiętnastolatkę nie dlatego że byli przekonani o jej niewinności, ale wyłącznie dlatego, że ona, podobnie jak oni była Brytyjką, a w tym stanie rzeczy tylko oni, i nikt inny mieli prawo ją oceniać.

         I przypominam sobie tamtą historię gdy słyszę te wszystkie kpiny skierowane w stronę polskiego rządu, że to jest już jest naprawdę bezczelne by oni akurat mieli się wtrącać w decyzje podjęte przez brytyjskie sądy i brytyjską służbę zdrowia. Właściwie do tego wszystkiego tylko mi brakuje tego, że któryś z nich wstanie i przeprosi Brytyjczyków za nasze polskie buractwo.



 

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Charlie Gard, czyli Nowy Holocaust

 

Wszyscy czekamy na decyzję brytyjskich władz w sprawie przekazania skazanego przez tamtejszy system na śmierć Polaka w polskie ręce, a ja chciałbym przypomnieć jedno życie i jedną śmierć sprzed grubo ponad trzech już lat, prosząc jednocześnie o cierpliwość, bo odpowiedni komentarz nastąpi na koniec.  

 

      Dotychczas o sprawie Charliego Garda ani nie pisałem, ani choćby jednym słowem nie wspominałem, bo zwyczajnie nie miałem odwagi, bojąc się, że jedno moje słowo sprawi, że wszystko runie. Gdyby ktoś nie wiedział – co zresztą jest w tych mocno wypełnionych emocjami czasach nadzwyczaj prawdopodobne – o co chodzi, spieszę wyjaśnić. Otóż Charlie Gard to niespełna roczny chłopczyk, który wczoraj właśnie biał być i zapewne już został w majestacie prawa zamordowany, bo był chory, a dzisiejsza służba zdrowia nie była w stanie znaleźć dla niego lekarstwa.

      Ktoś powie, że to nic nowego. W końcu każdy z nas wie, co to takiego eutanazja, a poza tym to nie pierwszy przecież raz, jak się dowiadujemy, że gdzieś ktoś umarł, bo był chory, a lekarze nie potrafili na jego chorobę znaleźć sposobu. To prawda, tego typu przypadków mieliśmy przez ostatnie lata wystarczająco dużo, by się z nerwów spocić. Tym razem jednak stoimy wobec jakości całkowicie nowej: oto po raz pierwszy to nie człowiek mający już dość tego życia, czy choćby i jego rodzina, wołają o śmierć, ale owej śmierci żąda System. Wbrew choremu, wbrew rodzinie, wbrew tym wszystkim, którzy twierdzą, że to życie jest święte, a nie śmierć. Przypadek Charliego Garda to sytuacja całkowicie nowa, gdzie rodzice tego biednego dziecka błagają, by to dziecko im zostawić, uruchamiają ogólnoświatową akcję w obronie prawa ich dziecka do życia, a System decyduje: „Ma umrzeć”.

      Powtarzam, dotychczas było tak, że kiedy – zachowajmy już może to imię, jak symbol – Charlie był zbyt mały, zbyt niedołężny, ewentualnie zwyczajnie zbyt chory, by artykułować swoje oczekiwania od świata, który go zdecydował się przyjąć, ów świat uznawał, że ostateczna decyzja należy do rodziny. To rodzice, rodzeństwo, dzieci, dziadkowie, krótko mówiąc, osoby najbliższe, mają prawo decydować, co jest dobre dla tego, kogo kochają najbardziej. I przyznaję, że za tym stała jakaś – owszem, nie do końca ludzka – ale jednak logika. Dziś nagle się okazuje, że to było tylko takie gadanie, na które można było sobie pozwolić do czasu, gdy sprzyjała temu sytuacja. Dziś nagle okazuje się, że kiedy zabrakło argumentów, zostało owo słynne pragnienie śmierci i wspierająca je naga siła. Dziś nagle okazuje się, że to co nam zostało, to nie prawo do życia, lecz prawo do śmierci.

      O zabójstwie Charliego Garda dowiedziałem się z portalu tvn24.pl, a więc od ludzi reprezentujących wspomniane życzenie śmierci. Proszę posłuchać:

Brytyjski sędzia, po rozpatrzeniu racji wszystkich stron, musiał postawić ultimatum: albo rodzice ustalą ze szpitalem do czwartkowego popołudnia, gdzie ich niespełna roczny syn dożyje swoich dni, albo zostanie przewieziony do dziecięcego hospicjum, gdzie zostanie odłączony od aparatury podtrzymującej życie”.

      Proszę zwrócić uwagę, z czym my tu mamy do czynienia. Oto sędzia „rozpatrzył” rację wszystkich stron i „musiał” postawić ultimatum: albo rodzice Charliego sami wskażą miejsce egzekucji, albo owo miejsce wskaże System.

      Ale oto dalszy ciąg tej niezwykłej relacji: „We wtorek rodzice zgodzili się na przerwanie uporczywej terapii”. A ja w tej sytuacji już tylko się dziwię, że oni nie napisali, że, przekonani argumentami sędziego, który „rozpatrzył racje wszystkich stron”, nie tyle się zgodzili, co wręcz zwrócili się z łaskawą prośbą o przerwanie terapii.

      Ale jest coś jeszcze. Otóż, jak nas informuje ten sam portal, rodzice Charliego, pragnąc go ochronić przed karzącą ręką Nowego Wspaniałego Świata, z prośbą, by nie zbijać ich dziecka zwrócili się do instytucji, wydawałoby się w tego typu sprawach najwyższej, a więc Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, no i proszę sobie wyobrazić, że ów trybunał również ogłosił, że prawem człowieka nie jest żyć, lecz umrzeć.

      To nie wszystko. Kiedy już wszystkie próby uniknięcia tej masakry okazały się bezskuteczne, rodzice Charliego, który tymczasem leżał sobie gdzieś w brytyjskim szpitalu, czekając na egzekucję, zwrócili się do Systemu, by ten pozwolił im zabrać swojego synka do domu, by on umarł tam, u siebie, w swoim łóżeczku. No i również tym razem okazało się, ze to nie te czasy. Okazało się, że „względy proceduralne” nie pozwalają na tego typu ekstrawagancje, a Charlie ma umrzeć na łonie Systemu. Tego, że przede wszystkim liczą się znaki, już naturalnie nikomu się wspomnieć nie chciało.

      Ponieważ zrobiło się tak upiornie, że jeszcze chwila, a ja zwyczajnie eksploduję, proponuję byśmy wrócili na powierzchnię i przyjrzeli się temu, co tam, panie, w polityce. Jak wiemy, rząd Prawa i Sprawiedliwości, wbrew bardzo stanowczym protestom pewnej części społeczeństwa, a przede wszystkim europejskich instytucji, chciał przeprowadzić reformę sądownictwa, niestety ową reformę zawetował Prezydent, swój ruch tłumacząc tym, że on wprawdzie uważa, że reforma jest pilna i niezbędna, niemniej, wprowadzając ją, należy postępować rozważnie. Otóż nie. Przypadek chłopczyka, zamordowanego wczoraj gdzieś w którymś z brytyjskich – jakaż to ironia – hospicjów, pokazuje nam bardzo jednoznacznie, że tu nie ma czasu na dąsy. Toczy się wojna dwóch kompletnie różnych światów i stawką jest życie, albo śmierć. A kiedy już dojdzie do tego, że przegramy, to oni nas jako swoich jeńców zwyczajnie dobiją. Też nowość.

 

Jak już wspomniałem, Charlie Gard został skazany na śmierć, a wyrok został wykonany jeszcze w roku 2017, a ja jakimś cudem znalazłem w sobie siłę by o tym co się stało wspomnieć tu na tym blogu. Dziś, kiedy tak bardzo czekamy na to aż uda się sprowadzić do Polski umierającego w szpitalu w Plymouth Polaka, chciałbym ze smutkiem wyrazić obawę, że oni go ze swoich lepkich rąk nie wypuszczą, i to wcale nie dlatego, że - jak nam niektórzy tłumaczą - ci co go najbardziej kochają, czyli żona i dzieci, sobie tego nie życzą. Przyczyny są daleko bardziej proste.  Oni zwyczajnie nie mogą. Teraz już nie mogą.



 


piątek, 4 grudnia 2020

Dlaczego naziści nie lubią margaryny "Palma"?

       Nie wiem czy Państwo wiedzą, ale od kilku dobrych miesięcy na angielskich boiskach piłkarskich panuje taki obyczaj, że tuż przed rozpoczęciem każdego meczu, piłkarze, sztab trenerski, nie zapominając o sędziach klękają na kilka sekund w geście zadośćuczynienia za wszelkie krzywdy, jakich czarni mieszkańcy Wielkiej Brytanii każdego dnia doznają z rąk białych rasistów. Ponieważ oglądanie angielskiej piłki nożnej jest dla mnie w tej chwili już chyba jedna z ostatnich pasji, zmuszony jestem oglądać ten cyrk i doprawdy nie wiem, kiedy on się wreszcie skończy i czy w ogóle. A, owszem, biorę mocno pod uwagę, że to już pozostanie stałym boiskowym rytuałem po wieczne czasy, zgodnie zresztą z pewną anegdotą, jaką jeszcze pamiętam z czasów komuny, kiedy to gdzieś kiedyś z przemową wystąpił Stalin i kiedy po jej zakończeniu rozległy się huczne brawa, trwały one przez kilka dni i nocy, bo juz nawet po tym jak Josif Wissarionowicz sobie poszedł, nikt z zebranych nie miał odwagi, by jako pierwszy przestać klaskać, bo to mogło dla niego oznaczać śmierć.

      Ktoś powie, że ja przesadzam, bo w końcu gdzie Rzym a gdzie Krym, daję jednak słowo, że o żadnej przesadzie mowy nie ma, ponieważ gdy obserwuję to co się dzieje dziś na świecie, dochodzę do przekonania, że spodziewać się już można naprawdę wszystkiego. Oto choćby wczoraj media podały, że żona piłkarza Lewandowskiego udzieliła okładkowego wywiadu magazynowi dla kobiet „Vogue”, a ponieważ jednym słowem nie wspomniała tam o walce Strajku Kobiet, spotkał ją ze strony wspomnianego strajku taki hejt, że nie wiadomo, czy ona nie będzie musiała jednak za swoje niedopatrzenie przeprosić i ogłosić, że ona jak najbardziej „jebie PiS”.

      Wróćmy jednak na boiska Premier League. Oto w miniony weekend doszło do starcia Southampton z Manchesterem United, w którym urugwajski piłkarz Edinson Cavani dzięki swoim dwóm bramkom ze stanu 2:0 dla Southampton doprowadził do zwycięstwa United 3:2. I proszę sobie wyobrazić, że ów Cavani chodził w glorii bohatera zaledwie kilka chwil, bo, jak ktoś swoim czujnym okiem wypatrzył i o sprawie natychmiast zameldował komu trzeba, jakiś kumpel Cavaniego z Urugwaju wysłał mu na Instagramie przyjacielskie gratulacje, ten w odpowiedzi napisał mu „Gracias Negrito”, no i wybuchło piekło. Wprawdzie zarówno sam Cavani jak i wielu jego kolegów, południowoamerykańskich piłkarzy, zaczęło go usprawiedliwiać, tłumacząc że w takim Urugwaju imieniem „czarnuszek” określa się choćby osoby o kruczoczarnych włosach, a kolega Cavaniego, również Urugwajczyk, Luis Suárez z Atletico Madryd, zaświadczył, że kiedy był dzieckiem, jego rodzice nie wołali na niego inaczej jak „negrito”. Nikt go jednak już nie słuchał, ponieważ natychmiast głos zaczęli zabierać kolejni komentatorzy, i jak się okazało jedyny problem jaki  w tej sytuacji istniał to ten, czy Cavani za swoją podłość powinien zostać zdyskwalifikowany na trzy, pięć, czy może więcej meczów. Sam piłkarz oczywiście w jednej chwili się zamknął, swój wpis na Instagramie natychmiast usunął, a następnie wydał oświadczenie, że on nigdy w życiu nie był rasistą, swojego wpisu nie przemyślał i że wszystkich za to co uczynił, z całego serca przeprasza. Czy coś mu to da? Z tego co widzę, szanse są małe, bo sądząc po aktualnej dyskusji dyskwalifikacja jest pewna, natomiast to co jest dodatkowo rozważane, to paląca konieczność powołania w Wielkiej Brytanii specjalnego ciała, które zajmie się organizacją specjalnych kursów na temat tego, czym jest rasizm, jak walka z nim jest ważna w Wielkiej Brytanii i jakie obowiązki mają tu osoby najwidoczniej wciąż zbyt dzikie, żeby rozumieć, co wypada, a co nie.

       I ja wcale nie żartuję. Kiedy śledzę kolejne wypowiedzi na temat nieobyczajnego wybryku Cavaniego, kwestia ta wraca raz za razem, a wraz z nią argument, że nawet jeśli przyjmiemy, że są kraje na świecie takie jak choćby Urugwaj, gdzie lokalna kultura dopuszcza różnego rodzaju z naszego punktu widzenia dziwne zachowania, to skoro ktoś z tamtego rejonu decyduje się przyjechać do Wielkiej Brytanii, ma się albo przystosować, albo won! I tu właśnie pojawia się propozycja organizacji specjalnych szkoleń dla przybyszów z innego kręgu kulturowego, by mogli się oni zapoznać z tym, co im grozi, jeśli tę swoją kulturę będą próbowali przenieść na obcy grunt, no i żeby nie mogli się już tłumaczyć, że „nie wiedzieli”.

       A ja sobie myślę, że to jest naprawdę piękne, jak to pogrążone w swoim obłędzie lewactwo padło ofiarą swojej własnej broni. Oni tak dużo mówili o tolerancji, szacunku dla odmienności, zrozumienia dla różnorodności środowisk i kultur, że nagle sami zaczęli demonstrować czysty, niczym nie wzruszony rasizm. Bo proszę zwrócić uwagę na to, do czego tu doszło. Oni nie mają pretensji do Cavaniego o to, że on nienawidzi Czarnych, czy choćby nimi gardzi; oni nawet nie twierdzą, że on na temat Czarnych ma jakiekolwiek poglądy, które by się kłóciły z wyznawaną przez nich filozofią powszechnej miłości. Oni zarzucają Cavaniemu wyłącznie to, że jest Urugwajczykiem i nie chce o tym zapomnieć, kiedy przebywa na terenie Wielkiej Brytanii, pracuje tam i zarabia na życie. Oni od niego żądają wyłącznie tego, by zrezygnował z własnej kulturowej, w tym wypadku wyrażanej przez język tożsamości. Oni tak naprawdę zakazują mu używania słowa określającego jeden z kolorów. Ich zdaniem, jeśli on chce powiedzieć, że coś jest czarne, może sobie to robić u siebie w dżungli, a nie na cywilizowanym jak najbardziej Instagramie. 

      Banda pieprzonych nazistów!

      A ja oczywiście bardzo się cieszę, że jestem tu gdzie jestem i mogę wciąż jeszcze bezkarnie się zażerać moim ulubionym murzynkiem na niedzielny deser, tuż po odpowiednio mięsistym kotlecie mielonym, usmażonym jak najbardziej na margarynie „Palma”.



     

 

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Bóg, Honor, Ojczyzna, czyli o ludziach z Google Translate

      Pisząc wczorajszy tekst o Brytyjskim Imperium, słowo daję, że nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie przyszło mi do głowy, że spotka go jakieś większe zainteresowanie, a co dopiero kompletnie bezprzytomna agresja, z jaką ostatecznie przyszło nam tu mieć do czynienia. Przeczytałem wcześniej tamten tekst w „Kurierze Galicyjskim”, dowiedziałem się z niego czegoś dla mnie zupełnie nowego, tego mianowicie, że polscy generałowie, którzy po II Wojnie Światowej trafili do Wielkiej Brytanii, zostali przez rząd brytyjski potraktowani jak bezdomne śmieci i pomyślałem, że to jest wiadomość na tyle ciekawa, że być może kogoś zainteresuje. Z drugiej strony, wiedząc, jak wielkie antybrytyjskie nastroje wzbudza tu od lat Coryllus, brałem pod uwagę, że jedyną reakcją na ten tekst będzie wzruszenie ramion i krótkie pytanie: „I cóż to za sensacja? Gabriel o tym pisał wielokrotnie”.
      Dlatego też, jak może niektórzy zauważyli, bardzo mało miejsca zostawiłem na osobiste refleksje, gdy natomiast chodzi o sam temat, tak naprawdę ograniczyłem się wyłącznie do zacytowania fragmentu rozmowy z Wojciechem Markertem i apelu o zajrzenie do oryginału. I nawet nie znalazłem odpowiedniego miejsca, by wspomnieć sam początek owej rozmowy, gdy Markert mówi:
     „Brytyjczycy zachowali się podobnie jak w jakiejś mierze traktowały nas inne narody, czyli jako narzędzia, służące do utrzymania własnego imperium”.
     No ale napisałem ów tekst – powtarzam, nie o generałach Sosabowskim, Maczku, czy Borze-Komorowskim, ale o Brytyjskim Imperium – i nagle, zupełnie ni stąd ni z owąd parka komentatorów, zamiast trzymać się tematu, nadzwyczaj skutecznie i całościowo strolowała mi ów tekst, kierując całość dyskusji na temat rzekomej pierdołowatości owych zapomnianych żołnierzy, którzy zamiast zachowac się honorowo, czyli, albo poszukać sobie pracy zgodnej ze swoimi ambicjami, albo sobie strzelić w łeb, kompromitowali siebie i Polskę, jako owa tytułowa „srebrna brygada”, na której widok każdy odpowiednio zmotywowany człowiek może się najwyżej posrać ze śmiechu.
      Oczywiście każdy w miarę doświadczony czytelnik tego bloga wie, że tego typu zachowanie budzi we mnie wyłącznie furię, tym razem jednak zamiast furii przyszła pewna, moim zdaniem, dość ciekawa refleksja. Otóż ja od pewnego czasu zauważam, że tu na blogu – szczególnie owej jego wersji zamieszczanej pod adresem szkolanawigatorow.pl – pojawiają się komentarze ludzi, których całe życie  intelektualne zbudowane jest w oparciu o trzy, czy cztery koncepty, które ci eksploatują na zmianę, w każdej możliwej okoliczności. A zatem, załóżmy że ja napiszę tekst o tym, że Roger Federer, odbierając kolejny puchar za zwycięstwo w Australian Open, znów się pobeczał, a w tym samym momencie, jako pierwszy, pojawi się ktoś, kto mi napisze, że to jest z mojej strony niepoważne emocjonować się Federerem, bo Federer to Szwajcar, a, jak wiemy, Szwajcarzy to banda satanistów. Jeśli z kolei napiszę tekst o tym, że Roald Dahl pisał świetne powieści, natychmiast pojawi się ktoś, kto mi zacznie wypominać, że Dahl był niesławnym brytyjskim agentem, a, jak wiemy, Imperium to zło.
     No ale jest jeszcze coś, i to, moim zdaniem, znacznie nam owo spektrum ludzkiej nędzy rozszerza. Otóż gdy ja napiszę tekst o tym, że gdzieś w Polsce do miejscowego sklepu przyszło dwoje dzieci, położyło na ladzie dwa czterdzieści i poprosiło dwa jajka plus kilogram ziemniaków, natychmiast znajdzie się ktoś kto na tę wiadomość uśmiechnie się z pobłażaniem i powie, że on też kiedyś tak miał, ale dziś pracuje w korporacji, bo swego czasu, zamiast jęczeć bez sensu, zakręcił się i dziś ma to co ma, a mnie poradzi, bym przestał zajmować się głupstwami, tylko napisał coś może na temat zbyt wysokich podatków.
      I w tym momencie pojawia się element naprawdę złowieszczy. Jednym z nielicznych komentatorów na moim oryginalnym blogu pod adresem toyah.pl jest od miesięcy człowiek podpisujący się Chris Horse. Jego ostatni komentarz, dotyczący mojego wcześniejszego  posta, na temat Bertolda Kittela, brzmi tak: „Lache swietnie obciagala ...a Bertold nein ... 8-))))) Przypadek z procesem kretyna szeremietiewa - dlatego debil zyje - gdyby nie blowjob dziadek bylby w piachu”. Ktoś mi powie, że mamy do czynienia z człowiekiem chorym i ja tę opinie potwierdzam. To co mnie natomiast uderza, to fakt, że gdyby pominąć to szaleństwo, to komentarz owego dziwnego człowieka tak naprawdę nie różni się niczym od tego, z czym mieliśmy do czynienia pod wczorajszym tekstem o Imperium. Tu mamy dokładnie ten sam poziom obsesji i ten sam rodzaj trollingu.
      No ale porzućmy te złośliwości i wróćmy do świata ludzi, co by o nich nie mówić, to żywych. W swojej, dziś już niedostępnej, książce. „Twój pierwszy elementarz” jedną z notek poświęciłem tak zwanemu liberalizmowi. A było tak:
      „Liberalizm – System, który każe człowiekowi wierzyć, że jego powodzenie jest zasługą systemu właśnie, natomiast jego porażka, jego osobistą winą. Z tego właśnie powodu, jedni liberałowie, kiedy słyszą głos ‘poniżonych i bitych’, zatykają sobie uszy, a inni nachylają się nad tymi co proszą o zmiłowanie z zaciekawieniem i pytają: ‘A dlaczego wy uważacie, że wasze problemy są moimi problemami?’ Oczywiście, liberałowie twierdzą, że to nieprawda, że oni chcą tylko ludziom dać wędkę, i takie tam. Tyle że ja akurat nie widziałem jednego z nich, który by szedł z wędką. Może dlatego, że sami łowią na prąd”.
      Powiem uczciwie, że kiedy pisałem tamten tekst, w życiu bym się nie spodziewał, że przyjdzie czas, że i oni tu na mój blog przylezą i w dodatku będą występować z pozycji jego przyjaciół. Gdzieś musiałem popełnić błąd. Może ktoś mi pomoże dojść do tego, na czym on polegał? I proszę mojego kumpla Valsera, by mi nie tłumaczył, że Stanisław Sosabowski to był dupek, bo jak w tej kwestii nie mam ani wiedzy ani zainteresowania. Ja na wszelkie uwagi na ten temat ziewam.
       No i jeszcze jedna rzecz. Na toyah.pl nie pojawił się w tej kwestii ani jeden komentarz, nawet w wykonaniu wspomnianego wczesniej wariata, natomiast, owszem, ową notkę przeczytało 1280 osób, co jak na niedzielę, stanowi bardzo dobry wynik. Kocham to miejsce i jestem z niego bardzo dumny. Tu ludzie przychodzą, czytają, wracają do swoich codziennych zajęć i pojawiają się ponownie w kolejnym dniu. Tu nikt nie przychodzi po to, by się popisać tym, co odkrył, kiedy jeszcze był dzieckiem.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam gorąco.


niedziela, 19 stycznia 2014

O panach, niewolnikach i o tym, co zostawiono dla nas

Ostatnio, z bardzo dużym napięciem oglądamy tu u nas dokument brytyjskiego dziennikarza Jeremy’ego Paxmana pod tytułem „Empire”. Nie wiem, czy ten film był kiedykolwiek wyświetlany w Polsce, i czy w ten sposób istnieje gdzieś w polskiej wersji językowej, jeśli jednak nie, to myślę, że to wielka szkoda, choćby z tego powodu, że nie obejrzy go mój kumpel Coryllus. Czemu uważam, że jemu ten film by się spodobał? Otóż ja nigdzie dotychczas, poza właśnie publicystyką Coryllusa, nie widziałem tak mocnej i przekonującej krytyki doktryny państwowej Wielkiej Brytanii, jak właśnie w filmie Paxmana. Nigdzie chyba, poza publicystyką Coryllusa, nie spotkałem się z tak gwałtowną demaskacją całej owej zbrodni, jaka pomogła Wielkiej Brytanii stać się finansową, ale nie tylko przecież finansową, potęgą. Oglądam owo „Imperium” i nie mogę nie zadać sobie pytania, że przepraszam bardzo, ale wiele wskazuje na to, że wielka myśl Adolfa Hitlera o nadczłowieku i jego misji wcale nie była taka oryginalna. Wręcz nie była oryginalna w jakikolwiek sposób. Można by nawet powiedzieć, że Hitler ten stary już bardzo plan wręcz zwulgaryzował i dramatycznie ograniczył.
Mieliśmy niedawno pewne zamieszanie z niemieckim filmem, powszechnie określanym, jako serial o ojcach i matkach. Główny zarzut wobec tego filmu, pomijając ten z naszego, polskiego punktu widzenia, podstawowy, a więc próbę przerzucenia części odpowiedzialności za zbrodnie wojenne na Polaków, jest taki, że jego realizatorzy niemiecki udział w tych zbrodniach starają się pokazać, albo jako szczególną złośliwość losu, albo dzieło ludzi, którzy i bez tego byli źli, głupi i występni. Pretensje do owego filmu polegają na tym, że tam, jeśli mamy do czynienia z Niemcem złym, to ów zły Niemiec jest albo jakimś psychopatą, lub kompletnym durniem, a nie trybikiem w maszynie; nie częścią świetnie działającego systemu. W efekcie, mamy sytuację taką, że współczesny Niemiec, oglądając ten film, wie z niego tylko tyle, że ta wojna i wszystkie te nieszczęścia z nią związane, to dzieło Polaków i grupy jakichś zdegenerowanych Niemców, kto wie, czy rodzinnie z Polską nie powiązanych. A więc, jest jak zwykle: to nie my – to oni.
Jak sobie radzą Brytyjczycy i ich krewni, Amerykanie? Oto wczoraj obejrzeliśmy, nominowany aż w dziewięciu kategoriach do tegorocznego Oscara, film „12 Years a Slave”, podobno opartą na prawdziwych zdarzeniach historię pewnego Murzyna, który w XIX wieku, jeszcze przed Wojną Secesyjną mieszkał sobie z żoną i dziećmi, jako wolny człowiek, w mieście gdzieś na Północy i któregoś dnia został porwany przez handlarzy niewolników i sprzedany białym właścicielom do pracy na plantacji, skąd został uwolniony dopiero po 12 latach. Film, jak wiele robionych dziś filmów, taki sobie, z wektorem skierowanym w dół. Inna sprawa, że tu naprawdę nie było materiału na filmową historię. W końcu 12 lat to kupa czasu, a trudno sobie wyobrazić, że ów czas, zakładając, że mamy do czynienia z historią prawdziwą i nie wypada nam za bardzo fantazjować, obfitował w niezliczone suspensy. Mamy więc to Południe, ten dom, ten chlew, tę plantację, wreszcie tych Murzynów… a poza tym dzień, który mija za dniem, a po nim przychodzi następny. Cóż więc pozostaje? Otóż pozostaje to, co pozostać musiało, aby ten film uzyskał odpowiedni kształt, no i dostał te swoje nominacje – a więc okrucieństwo białego człowieka.
Nie trzeba być szczególnie „oblatanym” w historii niewolnictwa, wystarczy podstawowe doświadczenie i minimum zdrowego rozsądku, by wiedzieć, na czym polegał problem. Otóż biały właściciel, kupując sobie czarnych niewolników, nie robił tego po to, by sobie poużywać, ale po to, by mieć tanią i wydajną siłę roboczą. Wystarczy podstawowa logika i minimum zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że przeciętny plantator na Południu Stanów, płacił ciężkie pieniądze na targu za czarnego niewolnika, czy niewolnicę, nie po to, by móc sobie bezkarnie popieprzyć, a w przypływie gniewu kogoś bezkarnie skatować, bo takie zachowanie świadczyłoby o nim jak najgorzej, nawet nie w wymiarze moralnym, ale z punktu widzenia jego przebiegłości biznesowej. Oczywiście, tamte lata, to był czas, kiedy mało kto traktował Murzynów, jak ludzi, a już z całą pewnością nie jak ludzi równych sobie, ale nie wyobrażam sobie, by ów brak świadomości miał się realizować w tym, że na widok jednego, czy drugiego, każdego z nich natychmiast ogarniało takie zezwierzęcenie, że musiał ich albo dręczyć, albo gwałcić. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, sądzę, że to musiało trochę wyglądać tak, jak dziś możemy obserwować na niektórych wiejskich podwórkach, gdzie mamy psa na łańcuchu z miską jedzenia pod pyskiem. Pies tam stoi, żeby szczekać na obcych, odganiać lisa, które przyjdzie kraść kury, no i ewentualnie, czasem dać się pogłaskać. Żadnemu gospodarzowi nie przyjdzie do głowy, by tego psa kochać i wpuszczać do salonu, tym bardziej już, by go traktować, jak członka rodziny, ale też – z wyjątkiem sytuacji patologicznych – nikt go nie będzie bezmyślnie katował, głodził, a już na pewno nie będzie go zaciągał do łóżka w celach erotycznych. Oczywiście są też domy, takie jak nasz, gdzie pies jest traktowany jak członek rodziny, jest kochany i pieszczony, i nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, by go bez powodu uderzyć, ale też i tu – my wiemy, że to mimo wszystko nie jest człowiek. Przepraszam, ale czy w tym jest coś złego?
Jak się łatwo możemy domyślić, wiek XVIII, czy lata wcześniejsze, to był czas, gdy nie było absolutnie mowy o tym, by czarnych traktować inaczej, jak zwierzęta, ale z całą pewnością, jeżeli już ktoś sobie takie „zwierzę” kupił i traktował je nie, jak zabawkę, ale jak narzędzie pracy, to o nie dbał, a kto wie, czy nierzadko myślał o nich tak, jak my dziś myślimy o naszym psie – a więc, jak o członku rodziny. Czy to dobrze? Oczywiście, że dobrze w tym sensie, że nikt tam się nad nikim nie znęcał, ale też z kolei nie najlepiej, że przez ogólną sytuację cywilizacyjną, traktował drugiego człowieka, jak nieomal przedmiot. I jeśli tam coś było nie tak, to właśnie to – system, który pozwolił białemu człowiekowi uznać, że są stworzenia, gdzieś za górami i morzami, które w ramach naturalnej ekspansji można zacząć traktować, jak niemal doskonałe narzędzie pracy. System, który pozwolił białemu człowiekowi płynąć do Afryki, czy na Karaiby, czy do Indii, i kupować sobie tubylców tak, jak się kupuje zwykły towar, i nie myśleć o każdym z tych ludzi, jak o dziecku bożym, naszym bracie i naszej siostrze.
Amerykanie, jak słyszę, mają wciąż ciężki zgryz z tą swoją historią. Tu czarny prezydent, tu czarna artystka, tu czarny sportowiec, a tam to okropne wspomnienie, sięgające nawet nie tamtego zamierzchłego już stulecia, ale choćby lat 60, kiedy to Miles Davis został pobity przez policjanta, bo się zachowywał podejrzanie przed klubem, w którym miał za chwilę wystąpić. Kręcą więc film, za pomocą którego chcą się rozliczyć ze swoich grzechów, i jedyne na co ich stać, to powiedzieć, że gdyby nie kilku psychopatów, nie byłoby tak naprawdę o czym mówić. Ja nic nie zmyślam. Z tego, co widzimy na ekranie, wynika, że tak naprawdę nie było problemem to, że Amerykanie w pewnym momencie swoich dziejów uznali za stosowne eksploatować ludzi, których uznali za gorszych, a jeśli w jakikolwiek sposób lepszych, to przez to, że silniejszych, szybszych i bardziej wytrzymałych, ale że tymi eksploratorami niekiedy byli kompletni wariaci. Ten film – przypominam, że film, który ma wszelkie szanse na to, by zdobyć tak zwaną „oscarową koronę” – owszem, pokazuje, że był czas w historii Ameryki, którego Ameryka powinna się wstydzić, niemniej jednak on przede wszystkim jest już dawno za nami, a poza tym główną winę ponoszą jacyś kompletnie stuknięci dziwacy, a nie system, który w rzeczy samej do dziś stanowi o sukcesie tego państwa i tego narodu.
A ja jestem bardzo ciekawy, czy kiedykolwiek, czy to Brytyjczycy, czy Amerykanie, czy Francuzi – bo na Niemców, jak wiadomo, już liczyć nie można – a więc ci, którzy kiedyś doszli do wniosku, że im się należy więcej, niż innym, i, aby owo przekonanie móc realizować w pełni, mają prawo zapuszczać się w najdalsze zakątki świata i wszystko, co znajdą na swojej drodze traktować, jak swoje, wyprodukują prawdziwy hollywoodzki film, który następnie otrzyma wszystkie możliwe oscarowe nominacje , a następnie zdobędzie wszystkie możliwe statuetki, który to film opowie historię tego sukcesu choćby tak, jak to opowiada Jeremy Paxton w swoim dokumencie. Jednak nie sądzę, żeby tak się miało stać. W końcu Paxton to człowiek, który z jednej strony niedawno miał odwagę, determinację, a przede wszystkim pozycję, by premiera Camerona publicznie zwymyślać od idiotów, a z drugiej ktoś, o kim pies z kulawą nogą nie wspomni, gdy chodzi o to, co się nazywa przestrzenią prawdziwie publiczną. A zatem, już zapewne do końca świata będziemy żyli w przekonaniu, że czy to londyńskie City, czy też nowojorska Piąta Aleja, czy niemieckie banki, to, owszem, statek zwany „Cywilizacją”, tyle że już bez tej norwidowskiej ironii.

Jak już wspominałem, z jakiegoś powodu, przez minione kilka dni ten blog przeżywa naprawdę ciężki czas. Dziś więc proszę raz jeszcze o wsparcie na podany obok numer konta. Dziękuję i ze swojej strony obiecuję stałą obecność.

czwartek, 26 września 2013

Jest dobrze - tygodnik "W Sieci" pochylił się nad księżną Kate

O Anglii, czy w ogóle o Zjednoczonym Królestwie, piszę wyłącznie przy okazji okazjonalnych wizyt w Londynie, a zatem głównie o musztardzie Colman’s, piwie London Pride i o ludziach joggujących wzdłuż Tamizy. Poza tym, wszystkie związane z Koroną kwestie pozostawiam mojemu drogiemu koledze Gabrielowi. Natomiast nie ukrywam, że to, co on pisze, czytam namiętnie, i z satysfakcją stwierdzam, że, mimo pewnych różnic w szczegółach, zgadzamy się co do jednego: Z nimi nie ma żartów. Z nimi w żadnym wypadku żartów nie ma.
Całkiem niedawno, przy okazji ślubu księcia Williama z Kate Middleton, napisałem tu notkę, w której stwierdziłem dokładnie to, co powyżej, a więc, że kiedy czytam, jak taki, dajmy na to Łukasz „Pilot Boeinga” Warzecha dworuje sobie z całej tej ceremonii i z emocji, w jakich przy tego typu okazjach toną Wyspy, owo dworowanie świadczy przede wszystkim o nim, a nie o tych poprzebieranych w brytyjskie flagi ludziach. Dlatego mianowicie, że jeśli Warzecha siedzi tu w warszawskiej redakcji Axela Springera i daje upust swoim prowincjonalnym kompleksom, pierwszy lepszy Brytyjczyk pijący herbatę z kubka, na którym widnieje zdjęcie zakochanej pary książęcej, jest od niego postokroć bardziej człowiekiem wolnym i świadomym miejsca, jakie sobie wygospodarował na tym świecie.
Niestety, świadomość tych relacji jest u nas tak rzadka, że raz za razem trafiamy na kolejne refleksje kolejnego frustrata, który wszystko, co wie o świecie, to, z jednej strony, to co przeczytał w kolorowej prasie, a z drugiej, co wyniku już z jego osobistych refleksji, ograniczających się akurat do tego, że owa prasa to jakieś, panie, disco polo.
W najświeższym wydaniu, jak najbardziej naszego, tygodnika „W Sieci” znajduję tekst podpisany przez niejakiego Andrzeja Świdlickiego, jak czytam, „dziennikarza i korespondenta z Londynu”, a poświęcony najsłynniejszej dziś pewnie brytyjskiej mamie i żonie, wspomnianej wcześniej Kate Middleton. Tekst ten, w zamierzeniu, jak się domyślam, zaplanowany, jako okropnie głęboki i demaskatorski, tak naprawdę złożony jest z omówień artykułów prasowych, jakie – wśród tysięcy innych – zostały opublikowane w Wielkiej Brytanii, a zawierające nic ponad najbardziej bulwarową polemikę z bulwarem właśnie. A więc, kiedy kolorowe magazyny piszą, że księżna Kate jest śliczna i słodka, Świdlicki nas informuje, że to nieprawda, bo ona jest „wykreowana przez Komitet, a precyzyjna maszyna wymodelowała ją na przegubową lalkę do wieszania na niej ciuchów”. Kiedy kolorowe magazyny piszą, że ona jest wspaniałą mamą i żoną, Świdlicki argumentuje, ze to są tylko pozory, bo wystarczy popatrzeć, jakie ona ma białe zęby, by zrozumieć, że to jest wszystko fikcja. Kiedy wreszcie kolorowa prasa pisze, że Kate jest cała nasza, Świdlicki ostrzega:
O księżnej Catherine wiadomo niewiele. Ma 31 lat. Ukończyła prywatną szkołę Marlborough i historię sztuki na szkockim uniwersytecie St Andrews. Tam na pokazie mody wpadła w oko księciu Williamowi, odziana, jeśli jest to właściwe słowo, w sukienkę nasuwającą skojarzenia z damska bielizną.[…] Na liście życiowych doświadczeń Kate, figuruje opędzanie się od dziennikarzy w okresie cokolwiek przydługiego, dziewięcioletniego narzeczeństwa z Williamem”.
Proszę zwrócić uwagę na te retoryczne drobiazgi: „odziana, jeśli to jest właściwe słowo”; „na liście życiowych doświadczeń”; „cokolwiek przydługiego”. No i to, co na samym początku: „O księżnej wiemy niewiele”. Rzeczywiście – bardzo niewiele. A to co wiemy, to jakaś nędza. Oto ta głupia brytyjska monarchia – jakieś cizie bez historii zrobione na „przegubowe lalki” i łażące dwa kroki za swoimi mężami. Nie to, co żona redaktora Terlikowskiego, gdzie i nasza wiedza aż się przelewa z dobrobytu, no a poza tym te życiowe doświadczenia!
Można dostać cholery! I przepraszam bardzo, ale nic mi innego nie przychodzi do głowy, kiedy czytam te smutki obłożonego jakimiś trzeciorzędnymi artykułami prasowymi „korespondenta z Londynu”, próbującego nam udowodnić, że oto przed nami ostateczna analiza sytuacji, w jakiej musi działać brytyjska korona w konfrontacji z bulwarem.
W tej sytuacji ja bym tylko chciał przypomnieć wszystkim tym, który wciąż nie rozumieją tego, z czym faktycznie mamy do czynienia, że według bardzo poważnych przypuszczeń, niegdysiejsza księżna Diana została najzwyczajniej w świecie zamordowana. Gdyby zarówno redakcja tygodnika „W Sieci”, jak i ich londyński korespondent, nie pamiętali, kto to taki, to też gotów jestem przypomnieć. Księżna Diana, to żona przyszłego króla, brytyjska ikona, a przy okazji jedna z najbardziej celebrowanych kobiet na świecie. I ona to właśnie, ponieważ nie chciała zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, została, jak to się gdzie nigdzie mówi, sprzątnięta. A świat nawet nie westchnął… No, może troszeczkę, choćby ze względu na łzy Eltona Johna.
Jak można tego nie rozumieć i pieprzyć coś trzy po trzy o sukienkach w groszki i niebieskich koszulach z podwiniętymi rękawami?

Króciutki ten tekst, i chyba nie do końca wychodzący naprzeciw oczekiwaniom. Jednak przede wszystkim, przeczytałem wspomniany tekst w „W Sieci” i autentycznie nie wytrzymałem, no a poza tym, chciałbym w tych dniach, kiedy głównie kończę tę książkę, pokazać, że jestem. No i przy okazji podziękować wszystkim za tak szeroki ostatnio odzew na moje skargi. Dziękuję.

czwartek, 14 marca 2013

Za co lubię Leszka Millera

Zakończone wczoraj konklawe, oraz wskazanie przez kardynałów argentyńskiego jezuity, jako głowy naszego Kościoła, niejako automatycznie zmusiło mnie do ponownego uczestnictwa w przekazywanym codziennie na żywo festiwalu zidiocenia, którego obsługą w ostatnich latach zajmuje się telewizja i w ogóle media. Jak więc wszyscy z nas, czekaliśmy już od paru już dni, aż poznamy imię nowego papieża, a kiedy wczoraj w pewnym momencie na owym watykańskim kominie usiadła biała mewa i przez chyba z godzinę nie chciała odlecieć, wszyscy odczytaliśmy to jako dobry znak, że to się stanie właśnie dziś, za chwilę, i już naprawdę nie było sposobu, by ten telewizor wyłączyć, i przestać choć na chwilę słuchać tych głosów.
Nie wiem, czy to dlatego, że dawno telewizji w takim natężeniu nie oglądałem, czy może przez to, że owo bałwaństwo w zderzeniu z uroczystością i powagą chwili stało się jeszcze bardziej dojmujące niż zwykle, czy wreszcie skutkiem tego, że ostatnio w ogóle gorzej znoszę wszelki, fizyczny i intelektualny, chaos, ale muszę powiedzieć, że w pewnym już momencie, z tego zdenerwowania, nie byłem w stanie się skupić na tym, czego ten dzień tak naprawdę dotyczył, rozglądałem się za czymś, czym można by było rzucić w któryś z tych łbów.
Są jednak w tym całym nieszczęściu rzeczy, które pozwalają zachować dobry nastrój. Pierwsza z nich, to oczywiście sama osoba nowego papieża i popłoch, jaki w sposób ewidentny ten akurat wybór wywołał w szeregach tych, którzy to zło definiują. Ja naprawdę nie pamiętam, kiedy to miałem więcej tej zimnej, grzesznej satysfakcji, niż wczoraj właśnie, kiedy oni się powoli zsuwali z tej swojej nicnieznaczącej paplaniny o tym, jaki to równy facet z tego nowego papieża, jaki to liberał, jak to on jeździ metrem do roboty, i jak to on teraz oczyści Kościół z tego bagna, to fantastycznie wręcz symbolizującego ową panikę wystąpienie polskiego ambasadora w Argentynie, który poproszony o komentarz i może jakąś relacje z tego, co się dzieje na ulicach Buenos Aires, zaczął coś nieporadnie bąkać o tym, że on akurat nie może wiele powiedzieć, bo jeszcze akurat nie miał okazji wyjrzeć przez okno, samego papieża zna o tyle o ile, i może tylko powiedzieć, że to czarny konserwatysta, no i by do niego może zadzwonić jutro, to on do tego czasu się zorientuje.
Jednak dziś właśnie dotarła do mnie pewna informacja, która może na pierwszy rzut oka wcale nie może być bardzo pocieszająca, a kto wie, czy wręcz przeciwnie, nie powinna być przez nas odbierana jako coś wręcz bolesnego, a mimo to, mój niemal wrodzony minimalizm, jak idzie o oczekiwania, jakie ja mam w stosunku do świata, każe mi czuć pewną nadzieję. Otóż proszę sobie wyobrazić, że nie u nas w TVN24, nie u nas w TVP Info, ani nawet nie u nas w Polsacie, ale w dalekiej Wielkiej Brytanii, to słynne ich BBC akurat transmitowało pierwsze wystąpienie papieża Franciszka, kiedy nagle papież zaczął się modlić, najpierw słowami „Ojcze Nasz”, a następnie „Zdrowaś Maryjo”, a zatrudniony przez nich tłumacz kompletnie zgłupiał, i zaczął jedną i drugą modlitwę przekładać literalnie, na tyle dokładnie, na ile pozwalała mu znajomość języka włoskiego. W rezultacie, otrzymaliśmy coś w rodzaju: „Ojcze nas, który jesteś w niebie… eee… niech będzie święte Twoje imię… eee… niech Twoje królestwo przyjdzie… niech będzie tak jak sobie życzysz” i tak do końca, w tym samym stylu charakterystycznym dla kogoś, kto tę modlitwę słyszy pierwszy raz w życiu.
Ktoś powie, że skoro nasz świat doszedł do tego punktu, w tym nie ma nic pocieszającego, lecz wręcz przeciwnie, powinniśmy bić na alarm. I, owszem, ja się zgadzam, że sytuacja, w której się nagle okazuje, że w samym środku cywilizowanego świata, słowa „Ojcze Nasz” są tak samo mniej więcej rozpoznawane, jak tekst pierwszego lepszego popowego hitu, a więc na takiej zasadzie, że kto lubi, ten zna, nie jest zbyt interesująca. Natomiast uważam, że już znacznie ciekawsza jest reakcja, jaką ten wczorajszy przypadek wywołał w Wielkiej Brytanii. Z tego, co czytam w Internecie, wynika, że z tego co narobili, BBC musi się dziś tłumaczyć znacznie gęściej, niż z kolejnej próby zrzucenia odpowiedzialności za Holocaust na Polaków. I to nie przed jakimś Watykanem, czy obcą ambasada, ale znacznie gorzej – przed własną publicznością. W dodatku jeszcze w reakcji na tę cholerę, jaka ogarnęła wielu Brytyjczyków, taki Daily Mail na przykład poczuł się w obowiązku przytoczyć w całości i w wersji podstawowej słowa „Ojcze Nasz”. A to jest, uważam, znak dobry.
Ale jest jeszcze coś, co mnie wprawia w lepszy nastrój. Cokolwiek by nie powiedzieć o tych kretynach z TVN-u czy TVP Info, jednego możemy być pewni – póki co, u nas coś takiego by się nie zdarzyło. U nas, nawet gdyby w roli tego tłumacza wystąpił sam prezydent Komorowski, ze swoimi powszechnie znanymi możliwościami, on by słowa tej modlitwy wyrecytował od początku do końca tak by nawet jego osobisty kumpel kardynał Nycz nie miał się do czego przyczepić. Co ja mówię, Komorowski? Nawet Leszek Miller by sobie poradził.
Minimalizm? Zgoda. Niech będzie minimalizm. Sam przecież już się do tego przyznałem. Muszę jednak powiedzieć, że z mojego punktu widzenia, jest już tak do dupy, że można się cieszyć nawet tym, że w czerwcu w Krakowie zagra Portishead, a co tu dopiero mówić o takich przyjemnościach jak świadomość, że nawet Millera, nawet Komorowskiego stać na wiele, ale jednemu rady nie dadzą – potędze Sakramentu.

Proszę się na mnie nie gniewać, ale, jak większość z nas wie, ja, mimo że staram się jak mogę, wciąż bez Waszej pomocy nie daję rady. Bardzo więc proszę o wsparcie dla tego bloga, który jeszcze przez jakiś czas będzie musiał stanowić główne źródło mojego utrzymania. Dziękuję. A na koniec BBC. Kto da radę, niech się wsłucha.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...