Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toyahowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toyahowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2015

Humans of Przemyśl, czyli Toyahowa powraca

No więc, zupełnie nieoczekiwanie Toyahowa napisała kolejny tekst. Jeszcze parę takich, to ją wyślemy na swoje. Czyż nie?

Skończył się mój kilkutygodniowy pobyt w Przemyślu. Zawsze, zawsze, od najmłodszych lat wyjeżdżam stąd z płaczem. Serio. Tęsknię za Przemyślem w każdej minucie każdego dnia i marzę o tym, żeby w końcu, kiedyś kupić bilet w jedną stronę. Ja chcę być Przemyślanką!
Dlaczego?
Przemyślanie, jesteście fajni! Nawet o tym nie wiecie, bo myślicie, że tak jest wszędzie. Nie, nie jest.
Od półtora tygodnia jeżdżę moim nowym – starym rowerem po Przemyślu (http://osiejuk.salon24.pl/662762,toyahowa-pisze-do-michnika). Trochę brakuje tu ścieżek rowerowych, fakt, więc muszę wybierać między jechaniem po ulicy a jechaniem po chodniku. W moich, na co dzień rodzinnych, Katowicach, jest to wybór między awanturą z kierowcami a awanturą z przechodniami; zwykle wybieram tę drugą opcję, bo przechodnie mają do dyspozycji tylko parasole i torebki, można ujść z życiem.
Nawykowo w Przemysłu też wybieram chodniki.
Nigdy nie zdarzyło się dotąd by ktoś miał pretensje, jadę chodnikiem wzdłuż Sanu. Mogliby! Powinni nawet, co ja tu robię na ich promenadzie w moim stroju bułgarskiego kulomiota! Przepraszam!, wołam z odległości około dwóch metrów . Dziękuję, mówię każdemu mijanemu. Oj przepraszam, a czemu pani nie dzwoni? Jak mogę dzwonić na panią na moście? A wie pani, jeden taki kiedyś na mnie wjechał i musiałam iść na operację. Jeden taki wjechał, poszła na operację i dalej wesoło schodzi na bok? Zjeżdżam z drogi panu jadącemu z naprzeciwka : a co pani, zmieścimy się przecież. Oni się uśmiechają! Pozdrawiamy się mijając! Pcham rower pod przekaźnik ulicą Tatarską, kto był ten wie. Na górze ludzie : dawaj pani dawaj! Lepiej, proszę pana, żeby ten widok był tego wart bo tu zaraz wykituję. E tam, wszyscy pójdziemy do piachu. Fajnie, ale ja nie chcę dzisiaj. Pogadane. Dopycham, zjeżdżam Zielonką w dół, jakaś para prowadzi rowery pod górkę. Lepiej w dół niż w górę, wołam nauczona już trochę przemyskich zwyczajów. Uśmiechają się, machają.
Ludzie z Przemyśla, jacy wy jesteście fajni!
Zostawiam rower pod targiem, idę na zakupy. O, a pani wyszykowana już na wesele ja dopiero w przyszłym tygodniu. O a jak pani się udało wydać córkę za mąż, ja mam dwie i nic. Pani, moje też jakieś takie niechętne były ale zięć dobry się udał. Sprzedający ma na sobie koszulkę z logo Polonii Przemyśl: a gdzie takie można kupić? A chce pani? Chcę, wprawdzie mój Dziadek był za Czuwajem, ale może się nie dowie. Coś wam nie poszło z tym Jarosławiem we środę, może dokopiemy Resovii w sobotę? A był pan na meczu? E, ja cały czas w robocie.
Przemyski targ, przemyska obsesja: PIEROGI, PIEROGI, PIEROGI. Mam wrażenie, że rozmowy o pierogach unoszą się upalnym szeptem w powietrzu: pani, a z tego byłyby pierogi? Nakleiłam setkę z borówek wczoraj, o ja sobie dzisiaj zrobię, z kaszą pani próbowała?
W Przemyślu jest kilkanaście małych garmażerii gdzie na zapleczu klei się pierogi i sprzedaje pyszne, naprawdę tanio. Dać pani ciepłe czy zimne? Nie zna pani z soczewicą? Proszę skosztować
Na targu pomidory. Ale jakie! Olbrzymie twarde mięsiste, mniejsze, malusieńkie i moje odkrycie sezonu: małe podłużne żółte, pycha! Pomidory kupujemy jednak u źródła: w firmowym sklepie przy szklarni. Przemiły ogrodnik opowiada o nich z czułą fascynacją właściwą tylko prawdziwym profesjonalistom. A chce pani zobaczyć szklarnię? Czy chcę! Moi lwowscy przodkowie ze strony taty mieli ogrodnictwo na Piekarskiej przez trzy pokolenia a ich nazwisko było znakiem firmowym. Czy ja chcę zobaczyć szklarnię! Skąd pan wiedział? W szklarni pani Ogrodnikowa, Katowiczanka; szczęściara, udało się pani zamienić Katowice na Przemyśl! Rozmawiamy chwilę o wspólnych miejscach w Katowicach. Wie pani, ja trochę tęsknię za Katowicami.
Rankiem wdrapujemy się z Wujkiem na Kopiec Tatarski zobaczyć mgły nad miastem. Idzie facet, wygląd niedbałego intelektualisty, rozmawia chwilę z naszym jamnikiem szorstkowłosym, zna się na psach, to widać, opowiada o swoim wyżle. Czy tam na górze są jakieś butelki? Nie chce mi się wchodzić bez sensu. Nie, nie ma, mówimy i dopiero teraz widzę, że facet wyjmuje z koszy puszki, zgniata i pakuje do plecaka, dosłownie na moment przed przyjazdem miejskich śmieciarzy, fachowiec. Gdzie na świecie facet zbierający puszki jest bystrym, inteligentnym, miłym panem? Co za miasto ten Przemyśl! Co za ludzie!
Pani sprzedająca lody w Krasiczynie. Paulinko, mówi do wnuczki Wujka, dam ci drugi wafelek to nie pobrudzisz sobie rączek. Trzymaj ostrożnie.
Pani Koziołowa, dawna sąsiadka moich Dziadków i matka sporej gromadki wakacyjnych kompanów sprzed lat. Spotykamy się na cmentarzu: jak ona wszystko pamięta, jak ona opowiada! A co u Krzyśka Marianowego? Mój Andrzej już cztery i pół roku nie żyje a taki był dobry dla mnie, wnuki to już nie to samo: wszystko zajęte swoimi sprawami.
Msze święte to trochę osobny temat, pamiętamy jak Piotr Wierzbicki pisał, że w kościele nie ma szarego człowieka. Przemyślanie są i tam bardziej kolorowi : ustępowaniu sobie miejsca nie ma końca, a machanie po twarzy wiechciami pierwocin zbóż i owoców w Matki Boskiej Zielnej przyjmują z uśmiechem mimo dość bezlitośnie długiego kazania w Kaplicy krasiczyńskiego zamku. (35* , brak miejsc siedzących a potem była jeszcze litania, pozdro dla księdza Proboszcza!)
Jedziemy taksówką z moimi malinami (letnia obsesja, nawet z tym nie walczę). O, nareszcie otworzyli ten wodny plac zabaw, eeee Przemyśl to dziadostwo, miał być basen. Jak pan może tak mówić?! Jest tyle fajnych miejsc w Przemyślu: kopiec na górze, San na dole, promenada na Franciszkańskiej, lody na Kazimierzowskiej, wyciąg krzesełkowy czasem działa a dla nastolatków Galeria Sanowa, chociaż oni chyba wola swojski Leżajsk nad Sanem. Wie pan, w moim mieście niedziele są martwe, niech pan nie grzeszy narzekaniem. Skoro pani tak mówi… Przekonałam go! Dzień wart wstania z łóżka!
Inny taksówkarz, walę w ciemno 6 sierpnia: dziękuję panu to idziemy teraz oglądać Dudę. Och ten Duda, cała nadzieja w nim, może wreszcie… A wie pan, ja mu napisałam na fejsbuku, że go kocham, bo tak jest. Och pani to jest.
Ach, ludzie z Przemyśla: jest jeszcze mój Wujek, ale moje amatorskie pióro nie jest w stanie Mu sprostać. Na razie nie.

Przypominam że nasza księgarnia znajduje się pod adresem www.coryllus.pl



poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Toyahowa pisze do Michnika

Zgodnie z przedwczorajszą obietnicą, przedstawiam list, jaki moja żona napisała do rzeszowskiej gazowni i przez co, niespodziewanie zupełnie, została nieodwołanie kolejnym pisarzem. Miejmy nadzieję, że na dobre.

Kocham Przemyśl, rodzinne miasto mojej Mamy. Nie mieszkałam tu nigdy na stałe, ale przyjeżdżam od urodzenia: najpierw do moich Dziadków, teraz do Wujka. Najpierw z Rodzicami, potem z narzeczonym, mężem, z dziećmi, ostatnio - sama.
W tym roku przyszedł mi do głowy pomysł zwiedzania moich ulubionych okolic na rowerze. Przemyśl - miasto turystyczne, jaki problem?
I tu się zaczyna opowieść.
„Wypożyczalnia rowerów ul. Sanocka 8a” - taka płachta wisi na płocie hotelu Accademia. Ok, poszukamy gdzie to. Faceci w piwiarni przy hotelu mówią, że to musi być przy lodowisku. Pani przy lodowisku (tor gokartowy; sennie i pusto) mówi, że ten pan, o tamten, będzie wiedział, ale trzeba obejść ogrodzenie, wyjść z powrotem na ulicę i tam wołać. Pan nie reaguje na wołanie, szukam dalej. Na nowym wodnym placu zabaw gwarno i wesoło; zaczepiam pana, najwyraźniej z obsługi: „Jakie rowery, on nic nie wie. Może na Polonii”.
Polonia. Dużo rowerów, wyraźnie należących do piłkarzy, przyszłych i obecnych.
Pani z obsługi nic nie wie: może w tamtej budzie? Tam, gdzie opony?
Poszukamy budy. I opon też poszukam, ja chcę pojeździć po przemyskich ścieżkach rowerowych! Ja chcę szlakiem twierdzy Przemyśl!
Są opony, jest pan, miły jak wszyscy poprzednio, i pomocny. A tak, tu stała taka buda, ale już jej nie ma. Była buda, nie ma budy, co robi reklama na płocie nawet go nie pytam, on ma swoje opony.
Hotel Accademia, recepcja. Przepraszam pana, gdzie w Przemyślu można pożyczyć rower? Hmmm (zakłopotanie)... Nigdzie.
A kupić? Jakiś komis? W ostateczności lombard?
A tak, jest lombard na 3 Maja.
Dobra, są wakacje, mój czas nic niewart, idę.
W lombardzie jest rower!!! Zielony!!! Ja go chcę! Można zobaczyć?
No przecież pani widzi.
Ale przez małą szybkę, ja go chcę kupić, muszę zobaczyć z bliska, przejechać kawałek, to używany rower.
Żeby się przejechać trzeba zapłacić. Nie, nie zapłacę dopóki się nie przejadę; robi się nerwowo. No dobra, pani rzecz sprzedać, moja kupić nie kłóćmy się, czy można to siodełko obniżyć? Można, jak pani ma klucz. Aha, więc wyglądam na kogoś kto zasuwa po mieście z kluczami rowerowymi po kieszeniach. Nie, nie mam klucza. To ja może przyjdę jutro jak będzie jakiś pani zmiennik? Dobra, to jutro.
Ekscytacja przygnała mnie pod lombard o 9 rano, jest zmiennik. Fajny, pomocny, obniża siodełko, śmiejemy się z braku wypożyczalni rowerów w Przemyślu. Mogę się przejechać, zostawiam plecak i dalejże po chodniku ulicy 3 Maja. Nie ustaliliśmy odległości, na jaką mogę się oddalić od lombardu i na pewno nie powinnam była odjeżdżać na ponad 50 metrów, ale czy 50, może 70 metrów to za dużo na testowanie roweru? Cholera, za dużo.
Facet z lombardu dogania mnie dość szybko. Eeeeeej proszę pani, co pani, wracamy do sklepu zawołałem policję. Przepraszam pana, chciałam sprawdzić przerzutki, ja chcę kupić ten rower. Co mi pani przepraszam, na policję! Prowadzi pani ten rower do sklepu i tam porozmawiamy z policją. Jak można było tak daleko odjechać! Facet jest tak zły, że zaczynam się go bać. Eskortuje mnie przez chodnik ulicy 3 maja. A tam u pana w sklepie został mój plecak. Co mnie pani plecak obchodzi, idziemy na policję. Jego nie, mnie tak, w plecaku jest kasa na rower, karty, dokumenty, cudze klucze do mieszkania i moje nowe okulary słoneczne warte ze dwa takie rowery.
A co pan powie policji jak już przyjedzie?
Że pani chciała ukraść rower.
A ja powiem, że wcale nie chciałam, zobaczymy co z tym zrobią. Wracamy do sklepu z cholernym rowerem, plecaka nie widać. Aha, został aresztowany przez faceta z lombardu. A mogę sobie z niego wyjąć telefon? Nie! Jak przyjedzie policja! No i super, niech przyjedzie jak najszybciej.
Wychodzę przed sklep, chodzę tam i z powrotem, to się chyba nie dzieje naprawdę. Drzwi lombardu się otwierają, facet prawie rzuca mi plecak: Miłego dnia! Tak powiedział, serio.
Dzwonię do rodziny, opowiadam co się właśnie zdarzyło. Poważnie? Dobrze, że nic ci się nie stało, co to za wariat jakiś.
Ale ja chcę rower.
Parę numerów powyżej lombardu, na 3 Maja jest! Używane rowery, serwis sprzedaż, stoją jacyś młodzi faceci na ulicy, rozmawiają, fajni. Ma pan może jakieś używane rowery? Nie, w tej chwili nie mam. Oj, a gdzie w Przemyślu można wypożyczyć rower? Ja wypożyczam! O jak super, i pożyczyłby mi pan? Tak, 50 zł dziennie. 50? Pan żartuje? Nie, serio. A jak mi pani połamie przerzutkę? To są górskie rowery! A jak panu nie połamię to też 50? Też. I ma pan klientów na to? Mam. O kurde co za frajerzy.
Chyba chciał się mnie pozbyć, nikt przy zdrowych zmysłach nie wypożyczy roweru za 50 zł dziennie.
Spaceruję dalej. Jest lombard przy Grunwaldzkiej! Oj, tylko złoto i biżuteria, pech.
Jest jeszcze jeden! Jest rower!!! Jest fajna, naprawdę fajna dziewczyna. A mogę się przejechać, bo przed chwilą facet mnie prawie położył na ulicy? Na pewno mogę? Mogę. Jadę.
Rower ok, ale nie w moim typie, crossowy. Jadę nad San i z powrotem. Dziękuję, to ja się jeszcze zastanowię; może do Tesco? Jasne przecież nie musi pani brać. W trakcie rozmowy rower tanieje, o jak fajnie.
Rynek. W rynku sklep sportowy, same plecaki, kurtki. Bardzo miła pani mówi mi, że rowery to o, tam, na Fredry. I na Mickiewicza, za dworcem, tam też coś jest.
Na Fredry bardzo mi się podoba, sklep prowadzą bardzo mili pasjonaci, rozmawiamy chwilę; mają używaną damkę bez przerzutek i jakiś inny rower, bez koła. Zastanawiam się przez chwilę, czy wolę bez koła, czy bez przerzutek, co mi uświadamia, że determinacja zaczyna powoli panować nad rozsądkiem. Dziękuję, do widzenia.
Mickiewicza. O tak, na Mickiewicza jest super! Krzątają się bardzo mili faceci, uśmiechnięci, pomocni. Są używane rowery. Damki z przerzutkami. Mogę się przejechać, ale czy na pewno, bo wie pan jeden taki dzisiaj rano. Mogę. Francuski rower Peugeot bardzo mi się podoba, trochę cienkie koła, ale jest ok. Potargujemy się trochę? A, to z szefem. Szef trochę spuszcza, to ja idę do bankomatu.
Przepraszam was, Panowie z Mickiewicza, że nie wróciłam z bankomatu. Serio byliście super, ale pomyślałam idąc po gotówkę, że tamten crossowy jest trochę tańszy, ma więcej przerzutek i może się nauczę jeździć w skłonie.
Wracam na Grunwaldzką. O, wróciła pani do mnie; skoro tak spuszczam jeszcze dwie dychy tylko niech pani nie zapomni o tym wariacie napisać.
No to napisałam, nie tylko o nim.

http://rzeszow.gazeta.pl/rzeszow/1,34975,18507394,przemysl-to-sie-nie-moglo-dziac-naprawde-list-czytelniczki.html

Przypominam, że nakład mojej książki „Marki dolary banany i biustonosz marki Triumph”, w której między innymi opisałem początki mojej kolaboracji z „Gazetą Wyborczą” jest już prawie wyczerpany. Proszę się pospieszyć. I ta i inne książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...